Przyjaciół trzymaj blisko - Murphy Cynthia - ebook + książka
NOWOŚĆ

Przyjaciół trzymaj blisko ebook

Murphy Cynthia

3,0

17 osób interesuje się tą książką

Opis

Wejdź do świata, gdzie rządzi zabójcza ambicja…

Chloe Roberts wiedzie prym w Morton Academy – jest pewną kandydatką do roli liderki tajnego stowarzyszenia Klejnotu i Kości. Świat Chloe wali się w gruzy, kiedy zdradza ją najlepsza przyjaciółka. Sytuacja staje się jeszcze mroczniejsza, gdy dziewczyna odkrywa Księgę Zbrodni i Kar – rejestr przewinień uczniów Morton oraz przypisanych im kar. Wkrótce wpisy z księgi zaczynają się zgadzać z morderstwami dokonanymi na członkach KK. Czy Chloe zdoła rozwikłać tę pokrętną grę, zanim sama stanie się kolejną ofiarą?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 400

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,0 (3 oceny)
0
1
1
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Kamila03085

Dobrze spędzony czas

polecam
00



W książce pojawiają się: sekta, zbrodnia, śmierć, krew, zwłoki.

Tytuł oryginału: Keep Your Friends Close

Przekład: Aleksandra Misior-Mroczkowska

Redaktor prowadząca: Agata Piotrowska

Korekta: Aleksandra Wietocha, Katarzyna Sarna, korekta w programie firmy Lingventa

Opracowanie okładki i skład: Radosław Kamiński

Ilustracje na okładce: Dave Wall/Arcangel (schody); Liz Kcer/Shutterstock.com (książka); Oksana Mizina/Shutterstock.com (krew); OSTILL is Franck Camhi/Shutterstock.com (postać).

Ilustracja w środku: Daniel Prudek/Shutterstock.com (pszczoły).

Text copyright © 2025 by Cynthia Murphy All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form. No part of this book may be used or reproduced in any manner for the purpose of training artificial intelligence technologies or systems. This work is reserved from text and data mining (Article 4(3) Directive (EU) 2019/790). This edition published by arrangement with Random House Children’s Books, a division of Penguin Random House LLC.

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Warszawa 2026

Wszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki możliwe są tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I

ISBN 978-83-8388-726-5

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. 00-807 Warszawa, Al. Jerozolimskie 94 tel. 22 379 85 50, fax 22 379 85 [email protected]

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Dla Luke’a, za wszystko

Piątek, 9 lipca 1999

Co za suka.

Uprzejmie klaszczę, gdy moja najlepsza przyjaciółka w Morton Academy staje obok mnie na scenie. Zmuszam się do tego tylko po to, by nie wytrącić z jej zdradzieckich dłoni odznaki prefektki naczelnej. I tak nic by mi to nie dało. Prawda?

No jasne.

Zamiast tego robię to, co zawsze – rozluźniam szczękę, przyklejam wyćwiczony uśmiech i udaję, że wszystko jest w porządku.

Po prostu świetnie.

W końcu mi przejdzie, tak jak za każdym razem. Zastępczyni prefektki naczelnej to może nie pierwsze miejsce, ale prawie. Nieważne, że byłam faworytką do tej funkcji i zdążyłam już zaplanować, jak urządzę łazienkę w nowym pokoju, który miałam dostać w pakiecie. Zresztą to i tak nie ma już znaczenia. Teraz muszę iść naprzód i udawać, że jej zdrada mnie nie rusza. Mam całe lato, żeby ochłonąć w domu, a kiedy wrócę tu we wrześniu, będę miała tylko dwa cele.

Pierwszy to przetrwanie ostatniego roku w jednym kawałku. A drugi? Przyglądam się przyjaciółce. Mały czarny znaczek błyszczy na klapie jej żakietu, a ja duszę w sobie pokusę, by zacisnąć palce na jej szyi. Drugi cel to zadbanie o to, bym nie zamordowała Nikhity Patel.

1

Niedziela, 5 września 1999

Udaje mi się zaparkować tyłem już przy trzeciej próbie. Jak na pierwszy raz po jazdach z instruktorem to całkiem niezły wynik. Na egzaminie w lecie też nie musiałam tego zdawać. Gaszę silnik, robię powolny wydech i zamykam oczy, by nie patrzeć na wysokie żywopłoty oddzielające parking od głównego budynku szkoły.

– Poradzisz sobie – szepczę, odpinając pas.

Otwieram oczy, sprawdzam makijaż w lusterku wstecznym i sięgam po torbę z fotela obok. Wyciągam małą różową Nokię, włączam komórkę i przez chwilę podziwiam brokatową obudowę. Dostałam ją od mamy – to prezent z okazji nowego roku szkolnego. Wiem, że wcale nie było jej na to stać, więc robię, jak obiecałam: wysyłam szybkiego esemesa z informacją, że bezpiecznie dotarłam na miejsce. Kiedy wczoraj wręczyła mi telefon, chciałam zaprotestować, że to niepotrzebne. Przecież mogę dzwonić do niej ze szkolnej budki telefonicznej. Jednak duma w jej oczach zamknęła mi usta.

– Chloe? – Żołądek podjeżdża mi do gardła, gdy znajomy męski głos wpada do środka przez otwarte okno samochodu.

– Theo? – O mój Boże, oczywiście wygląda obłędnie. Niebieskie oczy spoglądają na mnie zza kurtyny brązowych kosmyków. Nie sądziłam, że zjawi się od razu. Umówiliśmy się, że dziś pogadamy, ale nie mieliśmy ze sobą kontaktu prawie przez całe wakacje, więc założyłam, że zobaczę go dopiero wieczorem na imprezie. Przeczesuję palcami długie brązowe włosy i pochylam głowę do okna. – Hej, daj mi sekundę. – Kręcę korbką, zamykając okno, a potem wyciągam kluczyki ze stacyjki i otwieram drzwi. – Kiedy przyjechałeś? – Wysiadam, dyskretnie strzepując okruszki z kolan. Podróż była długa, więc zatrzymałam się w McDonaldzie na drive-thru. Posiadanie własnego samochodu to jednak luksus.

– Kilka godzin temu, około południa. Dobrze cię widzieć – mówi i wyciąga ręce, by mnie uścisnąć.

Waham się, ale wzbierająca fala ulgi popycha mnie w jego ramiona. Więc nadal jesteśmy parą. Nie zerwaliśmy ze sobą ani nic z tych rzeczy, ale od tygodni martwiłam się o nasz związek. Podczas wakacji nie rozmawialiśmy zbyt często – ja brałam podwójne zmiany, żeby zapłacić za kurs na prawko, a Theo pracował w Eurocampie we Włoszech. Któreś z nas zawsze było w biegu i teraz, gdy o tym myślę, mam wrażenie, że prawie w ogóle ze sobą nie rozmawialiśmy.

– Tęskniłam za tobą – mamroczę w jego szyję.

Odprężenie, które czuję na jego widok, zagłusza niepokój związany z powrotem i całą tą aferą o prefektkę. Theo nie jest jedyną osobą, z którą w te wakacje prawie nie rozmawiałam. Robię krok do tyłu, żeby lepiej mu się przyjrzeć. Włosy ma trochę dłuższe i grzywka opada mu teraz na twarz, ale wciąż wygląda świetnie. Na bladej skórze widać resztki letniej opalenizny. Uśmiecham się do niego, gdy zakłada mi kosmyk za ucho.

– Czy to... sałata? – W palcach trzyma zieloną pozostałość z mojego Big Maca. Theo nie cierpi śmieciowego jedzenia.

– Jechałam z otwartym oknem – tłumaczę, starając się nie brzmieć, jakbym miała coś na sumieniu. – To pewnie jakiś liść.

– Okej. – Wpatrujemy się w siebie przez kilka sekund. – Masz w samochodzie bagaże? Pomóc ci?

W duchu modlę się, żeby torba po jedzeniu nie wystawała spod fotela.

– Och, jasne, proszę – mówię.

Dlaczego nagle robi się między nami tak niezręcznie? Otwieram bagażnik i wyciągam walizkę, a Theo mierzy wzrokiem czerwonego Forda Fiestę.

– I jak ci się podoba? Wiem, że to nie Porsche, ale jeździ sprawnie i kosztował niewiele, więc...

– Jest spoko – przerywa mi Theo. Bierze ode mnie walizkę i stawia ją na ziemi. – Posłuchaj, Chloe. Nie bez powodu chciałem zobaczyć się z tobą od razu.

– Tak? – Udaję, że szukam czegoś w bagażniku, starając się zapanować nad głosem. W żołądku czuję znajomy ucisk sygnalizujący kłopoty.

– Chodź do mnie. – Theo łapie mnie delikatnie za ręce i obraca przodem do siebie. Jego duże niebieskie oczy są pełne szczerości, gdy ciężko wzdycha. – Naprawdę żałuję, że tak wyszło, Clo.

– Co masz na myśli? – Silę się na zdziwiony ton, ale nie jestem głupia. Doskonale wiem, co zaraz usłyszę.

– Na pewno też to czujesz. Podczas tych wakacji oddaliliśmy się od siebie...

Kiedy Theo zaczyna swoją gadkę o zerwaniu, dzwoni mi w uszach. Co za kretyn. Oddaliliśmy się od siebie? W praktyce oznacza to, że prawie w ogóle nie rozmawialiśmy, a do tego nie odpisywał na moje listy z wyjątkiem ostatniego w zeszłym tygodniu. Przeczuwałam, że będzie chciał to zakończyć, ale kiedy zobaczyłam go czekającego na parkingu, pomyślałam, że może wszystko wyolbrzymiam. Nie sądziłam, że zerwie ze mną, gdy tylko wysiądę z tego cholernego samochodu. Cały Theo – nigdy nie pozwoliłby sobie na scenę przy wszystkich. Cóż, może właśnie to powinnam zrobić – zacząć wrzeszczeć, przejechać paznokciami po jego policzkach i powiedzieć wszystkim, do czego próbował mnie namówić podczas imprezy na koniec roku szkolnego w lipcu i...

– ...skupić się na nauce. Przerwa wyjdzie na dobre nam obojgu.

– Na dobre? Nam obojgu? – powtarzam jak echo i łapię się na tym, że przestałam go słuchać. Wypuszczam powietrze, a moje wizje zemsty gasną, gdy ciężar rzeczywistości spycha gniew na dalszy plan i uderza we mnie z całej siły.

– Wiedziałem, że zrozumiesz. No wiesz, teraz jestem prefektem naczelnym, a ty... zastępczynią. Należymy do Stowarzyszenia Klejnotu i Kości. Oboje jesteśmy pod presją, żeby wypaść jak najlepiej. Musimy się skupić. – Uśmiecha się łagodnie, jakby sądził, że ta pauza przed „zastępczynią” umknęła mojej uwadze.

A więc o to chodzi. Nie jestem już dla niego wystarczająco dobra. Mam ochotę oderwać z Forda boczne lusterko i rozbić mu je na głowie, a potem wbić kolano prosto między nogi.

– Cieszę się, że dobrze to przyjęłaś, Clo.

– Jasne. – Zabieram ręce i nakładam maskę uprzejmości.

Wiesz, jak to działa – upominam się w duchu. – Nie pokazuj mu, że jesteś zdenerwowana. Zachowuj spokój.

– Jesteś taki rozsądny – dodaję.

– Ale wciąż możemy być przyjaciółmi, prawda? Nie chciałbym cię stracić.

Och, daruj sobie.

– Jasne. – Uśmiecham się i nurkuję do bagażnika po drugą walizkę.

Co za dupek.

– Jesteś najlepsza. – Theo szczerzy się do mnie i wskazuje na Forda. – Świetna fura. Może kiedyś wyskoczymy razem do Prescott. No wiesz, jako przyjaciele.

– Pewnie. – Najchętniej powiedziałabym mu, żeby spieprzał, ale mam dwie wielkie walizki i nie zamierzam targać ich dwa razy do głównego budynku, jeśli mogę tego uniknąć.

– Super. – Theo odstawia teatrzyk z poprawianiem grzywki, żeby rzucić okiem na zegarek. – Sorry, spóźnię się na spotkanie z chłopakami. Dasz sobie radę, prawda? – Gdy to mówi, idzie już w stronę szkoły.

– Jasne – cedzę przez zaciśnięte zęby.

– Do zobaczenia, Clo – rzuca przez ramię.

Powstrzymuję się, żeby nie pokazać mu środkowego palca, i staram się nie rozpłakać.

Tak po prostu straciłam chłopaka.

Theo znika za żywopłotem, zostawiając mnie z dwiema walizami, urażoną dumą i początkiem bólu głowy.

Parking Morton znajduje się z boku głównego budynku szkoły. Kiedy wreszcie docieram na teren internatu, taszczę walizki wzdłuż kolumnady ciągnącej się przed wejściem. Zadaszenie chroni mnie przed piekącym słońcem, ale gdy mijam bibliotekę, czuję, że krople potu zaraz zrujnują mi makijaż.

– Pomóc, panno Roberts? – Z ulgą podnoszę wzrok, kiedy dozorca i pan złota rączka w jednym rusza od drzwi głównych w moją stronę i wyciąga ręce po walizki.

– Dzięki, panie Loomis.

Pozwalam mu zanieść walizki do wejścia, a sama wychodzę spod eleganckich kolumn na podjazd. Owijam włosy wokół jednej dłoni, a drugą wachluję kark. Idę przez żwir na trawnik i wmawiam sobie, że chcę po prostu nacieszyć się powrotem i nie próbuję nic odwlec. Puszczam włosy i wystawiam twarz do słońca, zmuszając się do rozluźnienia, choć zaraz się rozpłynę. Dosłownie czuję, jak piegi na mojej twarzy mnożą się z sekundy na sekundę, gdy spoglądam na najbardziej prestiżowy college dla młodzieży w kraju – Morton Academy1. Okazały budynek majaczy przede mną, przytłaczając rozmachem.

Nie, „majaczy” to niewłaściwe słowo. Zbyt złowieszcze jak na miejsce, które od pierwszej chwili stało się dla mnie domem. Ale trzeba przyznać, że sam rozmiar może przytłoczyć, zwłaszcza na pierwszy rzut oka. Cztery piętra z kamienia w kolorze miodu, kolumny w greckim stylu i fasada z pewnie milionem okien. Zawsze zadziwia mnie, że to miejsce było kiedyś domem jednej rodziny, jeszcze na początku XIX wieku. Nad głównymi drzwiami widać datę 1838 – wtedy posiadłość postawiono dla obrzydliwie bogatej rodziny Mortonów mającej większość ziem w tej okolicy. Tak było aż do przełomu wieków, kiedy wieczny kawaler Patrick Morton odziedziczył posiadłość i postanowił, że zamiast pozwolić, by po jego śmierci przypadła dalekim krewnym, zrobi coś dla społeczeństwa. W 1906 założył Morton Academy – szkołę dla chłopców i dziewcząt, którzy wyróżniali się zdolnościami, ale nie mieli pieniędzy na elitarne szkoły w rodzaju Eton College czy Harrow School. Od tamtej pory placówka świetnie prosperuje.

Zastanawiam się, co rodzina Mortonów powiedziałaby na to, że ich rezydencja została przerobiona na szkołę dla dzieciaków niecieszących się przywilejami.

– No dalej, Roberts – mruczę, odpychając od siebie myśli o Theo i Nikhicie, kiedy wracam w stronę szkoły. Przez jakiś czas mogę jeszcze trzymać emocje pod kluczem w osobnych szufladkach, prawda? Podczas letniego pobytu w domu zdążyłam nabrać wprawy.

Pokonuję niskie, szerokie stopnie prowadzące do głównego holu, gdzie po obu stronach drzwi zwisają haftowane banery z napisem: „Witamy z powrotem, klaso 2000!”. Wślizguję się przez otwarte drzwi sekretariatu po lewej, gdzie od razu zwracam uwagę na niemal przytłaczający porządek.

– Dzień dobry, panno Roberts. To twój klucz. – Recepcjonistka w Morton, pani Pritchard, podaje mi srebrny kluczyk z czarnym skórzanym brelokiem.

Z jednej strony widnieje nasz herb, pszczoła robotnica, a z drugiej numer pokoju – siódemka. Czuję lekkie ukłucie zawodu, kiedy biorę go do ręki. Pod koniec zeszłego semestru byłam pewna, że po wakacjach zamieszkam w pokoju prefektki naczelnej, dlatego nie zawracałam sobie głowy tematem współlokatorek. Teraz mogę utknąć z kimkolwiek.

– Pan Loomis już zaniósł twoje rzeczy, a dziewczyny jeszcze nie dotarły, więc masz chwilę, żeby się rozpakować. – Podaje mi gruby czarny segregator z niemal neonowozielonymi brzegami. Ten kolor jest w Morton dość popularny. – Tu masz plan zajęć i resztę szkolnych informacji. Zapoznaj się z tym do jutra. Jakieś pytania?

– Tylko jedno. Z kim będę mieszkać?

– Mogłabym ci zdradzić, ale wtedy nie byłoby tak ciekawie, prawda? – Chichocze, a ja próbuję utrzymać kamienną minę. – Niedługo i tak będziecie nierozłączne!

Powstrzymuję się od głośnego westchnienia. Super, czyli mam się zaprzyjaźnić z przypadkowymi osobami. Wychodzę z sekretariatu i powoli kieruję się do zachodniego skrzydła, gdzie znajdują się pokoje dziewczyn. W poprzednim roku mieszkałam z Nikhitą i Rachel, ale gdy przydzielono nas do jednego pokoju, zupełnie się nie znałyśmy. To normalne w Morton, ponieważ wszyscy trafiają tu z różnych szkół. Na drugim roku można samemu decydować, z kim chce się zamieszkać. Oczywiście poza jednym wyjątkiem: prefekci naczelni otrzymują osobne pokoje na ostatnim piętrze, bezpośrednio obok salonów wypoczynkowych dla drugoklasistów. Do tego mają do dyspozycji własne łazienki, a reszta musi cisnąć się we wspólnych.

Wpatruję się w klucz, gdy docieram na szczyt głównych schodów. Pokój prefektki naczelnej powinien być mój. Oby pierwszej nocy zatkała się w nim toaleta. Wtedy Nikhita będzie musiała się wyprowadzić. Albo lepiej – niech zaleje jej apartament na długie miesiące.

To się nazywa karma.

Skręcam w korytarz sypialni dla drugoklasistek i staję przed drzwiami numer siedem. Są uchylone, więc lekko je popycham. Moje walizki są już w środku, a sam pokój to wierna kopia tego, który zajmowałam poprzednim razem. Są tu trzy łóżka – jedno po lewej, drugie po prawej i trzecie na wprost, każde z drewnianym stolikiem nocnym obok i kompletem białej puszystej pościeli. W szafach na pewno wiszą trzy komplety świeżo upranych i wyprasowanych mundurków. Morton może być pełne dzieciaków, które nie miały w życiu zbyt wiele, ale tutaj naprawdę traktują nas po królewsku. Są też półki i jedno wspólne biurko, choć w zeszłym roku używałyśmy go jako toaletki – wszyscy i tak uczą się w świetlicach albo w bibliotece. Na łóżkach zostawiono małe kosze prezentowe z kosmetykami i przydatnymi drobiazgami. Na każdym jest karteczka z imieniem – natychmiast je sprawdzam. Moje współlokatorki to Claire Walker i Amari Haddad. Od razu mam je przed oczami – Claire to typowa gotka z wiecznie nieszczęśliwą miną. Pewnie obejrzała Szkołę czarownic o jeden raz za dużo. Amari jest molem książkowym i raczej trzyma się w cieniu. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek miałam z nimi zajęcia, ale jedno jest pewne – nie zostały przyjęte do Klejnotu i Kości pod koniec zeszłego roku. Trzaskam drzwiami ze złością. Wiedziałam, że utknę z jakimiś przypadkowymi frajerkami. Cała reszta pewnie dopilnowała, z kim będzie dzielić pokój.

Cóż, oczywiście oprócz Nikhity, tego jestem pewna.

Próbuję przestać myśleć o mojej kłamliwej, zdradliwej byłej przyjaciółce, kiedy taszczę jedną walizkę do szafy i zaczynam się rozpakowywać. Wieszam ubrania jedno po drugim i czekam, aż spokojny rytm tej czynności pomoże mi się wyciszyć. Myślę o tym, kiedy odbędzie się pierwsze spotkanie KK, i czuję dreszcz ekscytacji. Kto by uwierzył, że dziewczyna z blokowiska w północno-zachodniej Anglii wyląduje w Morton. A co dopiero, że na ostatnim roku zostanie przyjęta do tak prestiżowego tajnego stowarzyszenia? Kiedy wracam myślami do dnia, gdy wezwano mnie do sekretariatu w mojej dawnej szkole, wciąż czuję, jakby to wszystko było snem. Wcześniej słyszałam coś o Morton Academy, ale myślałam, że to szkoła tylko dla dzieciaków milionerów albo celebrytów, więc nawet nie zawracałam sobie nią głowy. Mama i tak nie mogłaby pozwolić sobie na czesne, a ojciec ulotnił się w dniu, w którym pękła gumka. Złożyłam papiery do lokalnego college’u, tak jak wszyscy moi znajomi, ale kiedy w tym obskurnym sekretariacie poznałam dyrektora Morton Academy, pana Brierleya, wiedziałam, że moje życie właśnie się zmienia. Wręczył mi błyszczącą broszurę szkoły i oznajmił, że zostałam wybrana, by uczęszczać do Morton, a co najlepsze – zupełnie za darmo. Zanim moja wiecznie spóźniona mama do nas dołączyła, zdążyłam już podpisać oficjalne pismo o przyjęciu.

Kiedy zapełniam szafę, próbuję sobie wyobrazić, jak będzie wyglądać drugi i ostatni rok w Morton i czego mogę się spodziewać po KK.

Mam głównie zwykłe ciuchy, ale przywiozłam też jedną elegancką sukienkę na Bal Pełni Łowców, który odbędzie się za kilka tygodni. Chowam ją do pokrowca i ustawiam buty równo na podłodze. Opróżniam też drugą walizkę, którą wcześniej wypchałam książkami, kilkoma zdjęciami i drobiazgami z domu, a potem zostawiam obie walizki za drzwiami, żeby pan Loomis mógł je zabrać do magazynu. Na korytarzu kręci się już kilka osób, a ja od razu się rozpromieniam, gdy dostrzegam Lottie.

W zeszłym roku zakumplowałyśmy się już pierwszego dnia, kiedy podczas apelu powitalnego stanęłyśmy obok siebie i obie dostałyśmy głupawki. A mówiąc „głupawki”, mam na myśli to, że Lottie śmieje się jak szczekająca foka, więc w końcu cały rocznik rechotał razem z nami. Uśmiecham się na to wspomnienie i macham do niej, chcąc podejść i ją przytulić, ale Lottie tylko odwzajemnia gest, bezgłośnie mówi „do zobaczenia” i znika w korytarzu. Mój entuzjazm gaśnie, ale wypieram z głowy myśl, że właśnie zostałam spławiona, i rozglądam się za innymi znajomymi twarzami. Nie mogę się doczekać spotkania z Rachel. To jedyna osoba, z którą faktycznie spędziłam trochę czasu w wakacje, nawet jeśli widziałyśmy się tylko przelotnie.

Moich współlokatorek wciąż nigdzie nie widać.

Wracam do pokoju i rozkładam elegancką piżamę, kupioną specjalnie na dzisiejszy wieczór. Pierwsza noc po wakacjach to coroczna impreza piżamowa dla ostatnich klas, odbywająca się na dachu pod gołym niebem. Zamierzam wyglądać obłędnie i pokazać Theo, co stracił. Zabieram świeży ręcznik ze wspólnych zapasów i ruszam do łazienki, zanim zdążą pojawić się tam tłumy.

– Hej, wiedźmo! – Zamieram na dźwięk znajomego głosu, stojąc tyłem do otwartych drzwi. Zaraz potem rozbrzmiewa fałszywie wesołe: – Witaj z powrotem!

Zbieram się w sobie, teatralnie upuszczam ręcznik na podłogę i odwracam się z szeroko rozłożonymi ramionami.

– Nikhita! – piszczę. – Jak się masz?

– No wiesz, po staremu. – Rozgląda się po pokoju i wydyma usta. – Będzie mi cię brakowało w tym roku. Z kim mieszkasz?

Zaskakuje mnie, że całe to jej ściemnianie jest teraz tak oczywiste.

– Jeszcze nie przyjechały – rzucam beztrosko, przyglądając się jej uważnie. Brązowa skóra ma ciemniejszy odcień niż zwykle, więc pewnie spędziła lato w jakimś słonecznym raju. Czarne włosy urosły jej aż do połowy pleców, wciąż gęste i lśniące jak z reklamy szamponu. Żałuję, że nie wygląda gorzej.

– No więc – ćwierkam – jak twój nowy pokój?

– W porządku, chyba. Mam tylko nadzieję, że nie będzie mi zbyt samotnie – wzdycha, jakby własny pokój wcale nie był jej marzeniem. – Część dziewczyn jest już na górze. Lottie i Francesca chciały zacząć biforek, ale powiedziałam, że nie ma opcji, dopóki nie ma z nami mojej zołzy.

– Świetnie. – Chryste, czy mogłabym zabrzmieć mniej szczerze?

Nikhita zerka na mnie, mrużąc oczy.

– Wszystko w porządku? – Ścisza głos i znowu zagląda do pokoju. – Słyszałyśmy o Theo. Jak on mógł? Dla nas już nie istnieje, wiesz o tym, prawda?

Jakim cudem już się o tym dowiedziała? Ku mojemu przerażeniu czuję, że oczy mi wilgotnieją.

– No już, nie płacz. – Głos Nikhity jest pełen troski, ale ona sama nie robi kroku, by mnie pocieszyć. – Weź ciuchy i chodź na górę. Lottie ma Lambrini albo coś równie paskudnego do picia. Oderwiemy cię od tego wszystkiego.

– Dobrze – mówię cichutko, zbieram swoje rzeczy i idę za nią na korytarz, nienawidząc siebie za to, że to robię. Ale co mi pozostało? Nie mam już nikogo.

Lepszy diabeł, którego się zna.

Prawda?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

1 Morton Academy jest odpowiednikiem sixth form college – brytyjskiej szkoły dla młodzieży w wieku 16–18 lat. To dwuletni etap edukacji średniej, przygotowujący uczniów do egzaminów końcowych. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). ↩