Przerwane linie serca - Artomska-Białobrzeska Magdalena - ebook
NOWOŚĆ

Przerwane linie serca ebook

Artomska-Białobrzeska Magdalena

0,0

148 osób interesuje się tą książką

Opis

Nielegalna gra. Zapomniane uczucia. I namiętność, która nie zna granic.

Piotr, wpływowy biznesmen i były senator, otrzymuje propozycję udziału w polityczno-gospodarczej rozgrywce. Zgadza się, ale stawia warunek – w nie do końca legalny projekt musi zostać zaangażowana Agnieszka… matka jego dziecka. Kobieta, którą kiedyś kochał do szaleństwa i z którą rozszedł się w atmosferze skandalu.

Agnieszka pała do niego czystą nienawiścią. Jednak gdy ich drogi po latach znów się krzyżują, nie potrafi zignorować powracających wspomnień. Emocje, jakie nigdy nie wygasły, uderzają ze zdwojoną siłą. Rosnące napięcie, pożądanie i strach – wszystko to otwiera rany, które nie zdołały się do końca zagoić.

Czy skrzywdzona kobieta i wzgardzony mężczyzna zdołają odbudować relację mimo tego, co ich dzieli? A może echo tamtej miłości nie wystarczy, by uleczyć złamane serca?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 283

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Prolog

– Do dia­bła! Jak to moż­li­we, że sie­dem lat temu nasz ko­cha­ny kraj sprze­dał Wło­chom od­trut­kę wo­jen­ną, któ­rej ni­g­dy nie wy­two­rzo­no?! Na przy­go­to­wa­nie spe­cy­fi­ku było tyle lat, a tym­cza­sem ba­da­nia nad nią utknę­ły w mar­twym punk­cie! Wło­si do­ma­ga­ją się to­wa­ru, za któ­ry za­pła­ci­li, a my co?! Mamy ich tak po pro­stu prze­pro­sić?! Ta­kie trans­ak­cje w cy­wi­li­zo­wa­nym świe­cie na­zy­wa się oszu­stwem! – za­grzmiał mi­ni­ster, pa­trząc z wy­rzu­tem na swo­je­go za­stęp­cę Ar­tu­ra Bla­gę. – Cie­kaw je­stem, kto do tego do­pro­wa­dził!

– Szu­ka­nie win­nych po tylu la­tach jest bez­ce­lo­we. Na­le­ży ude­rzyć się w pier­si i po­pro­sić wiel­bi­cie­li ma­ka­ro­nów o wy­dłu­że­nie ter­mi­nu do­sta­wy. Może w mię­dzy­cza­sie uda się coś jesz­cze wy­my­ślić… No chy­ba że prze­gra­my wy­bo­ry i zwy­cięz­cy przej­mą go­rą­cy kar­to­fel, a wte­dy pro­blem sam się roz­wią­że – pa­dło ze stro­ny Bla­gi.

– Co to za cwa­niac­kie chwy­ty?! Przy­zwo­ici lu­dzie nie po­stę­pu­ją w ten spo­sób! – pod­su­mo­wał roz­mów­ca, po czym za­py­tał: – A tak na­praw­dę to w czym rzecz? Czyż­by coś się sta­ło z tymi, któ­rzy pro­wa­dzi­li pro­jekt? Zo­sta­li zje­dze­ni przez lar­wy ston­ki ziem­nia­cza­nej? Od­le­cie­li na skrzy­dłach bie­dron­ki azja­tyc­kiej? Ga­lo­pu­ją na ko­ni­kach po­lnych?

– Jak nie wia­do­mo, o co cho­dzi, to gra za­wsze to­czy się o pie­nią­dze – usły­szał od za­stęp­cy. – A te ro­ze­szły się na kam­pa­nie spo­łecz­ne. Mają przy­kryć kil­ka gło­śnych afer…

– Miej się na bacz­no­ści! – Tym ra­zem mi­ni­ster ude­rzył pię­ścią w stół. – Wszyst­kie oso­by, któ­re za tym sto­ją, po­nio­są od­po­wie­dzial­ność. Do­pil­nu­ję tego oso­bi­ście.

– Co w ta­kim ra­zie zro­bić?

– Przy­nieść roz­wią­za­nie spra­wy. W zę­bach.

Ar­tur Bla­ga ze­stre­so­wał się nie na żar­ty. Wie­dział, że gra, któ­ra wła­śnie się roz­po­czę­ła, to jego po­li­tycz­ne być albo nie być. Od­szu­kał w po­pło­chu nu­mer te­le­fo­nu do sta­re­go przy­ja­cie­la – by­łe­go se­na­to­ra, a te­raz biz­nes­me­na i mi­lio­ne­ra – Pio­tra Haj­sa. Wie­le lat temu wspól­nie za­czy­na­li przy­go­dę ze świa­tem wła­dzy. Byli świet­nie wy­kształ­ce­ni, obłęd­nie przy­stoj­ni, peł­ni we­rwy i ener­gii, a przede wszyst­kim am­bi­cji. Nie­ste­ty, de­ka­dę temu ich dro­gi się ro­ze­szły, po­nie­waż Hajs wy­co­fał się z ży­cia pu­blicz­ne­go w at­mos­fe­rze skan­da­lu. Sta­ło się to po tym, jak na ryn­ku w Kra­ko­wie zro­bio­no mu se­rię kom­pro­mi­tu­ją­cych zdjęć. Pra­sa, do któ­rej prze­do­sta­ły się fot­ki, uczy­ni­ła z nie­go agre­syw­ne­go oszo­ło­ma, któ­ry dep­tał set­ki czer­wo­nych róż. A póź­niej klę­czał w bło­cie przy po­roz­rzu­ca­nych strzę­pach ro­ślin i pła­kał na głos jak dziec­ko, wzno­sząc ręce ku nie­bu. Plot­ki mó­wi­ły, że po­stra­dał ro­zum z po­wo­du part­ner­ki, Agniesz­ki Skok, z któ­rą miał dziec­ko – cór­kę We­ro­ni­kę.

Bla­ga był pe­wien, że wła­ści­wie za­rzu­ca sieć. Daw­ny przy­ja­ciel to nie­zwy­kle wy­traw­ny gracz. Szyb­ko wró­ci do for­my i ura­tu­je mu ty­łek, a co uszczk­nie na nowo zbu­do­wa­nych kon­tak­tach, bę­dzie jego pre­mią.

*

– Piotr, mam dla cie­bie in­trat­ną pro­po­zy­cję – po­wie­dział Ar­tur Bla­ga wy­wa­żo­nym to­nem, gdy tyl­ko Hajs ode­brał tele­fon. – My­śla­łeś o po­wro­cie do po­li­ty­ki?

– Je­steś na im­pre­zie? Drink od­bi­ja się od drin­ka? – usły­szał. – No chy­ba że osza­la­łeś ze sta­ro­ści. W koń­cu mamy po czter­dzie­ści dwa lata, więc…

– Żar­ty na bok. – Bla­ga nie da­wał za wy­gra­ną, lek­ce­wa­żąc drob­ne zło­śli­wo­ści. – To jak, ja­śnie pa­nie mi­lio­ne­rze?

– Wkrę­casz mnie? Wsze­dłeś w kon­szach­ty z dia­błem? Świa­tem me­diów? Za­ło­ży­łeś się z wy­znaw­cą czar­nej ma­gii?! – Roz­mów­ca po­now­nie za­sy­pał Bla­gę py­ta­nia­mi.

– Że niby mi od­bi­ło? Nic z tych rze­czy – prze­rwał mu kum­­­­pel. – No, de­cy­zja… Szyb­ka de­cy­zja… Wło­sy nam si­wie­ją, a wo­kół oczu ry­su­je się siat­ka zmarsz­czek… Aha, i jesz­cze jed­no, skan­dal z Kra­ko­wa sprzed lat zo­stał wy­gum­ko­wa­ny. Za­rów­no dla pra­sy, jak i opi­nii pu­blicz­nej.

– Mó­wisz i masz – par­sk­nął śmie­chem Hajs, po czym, sta­ra­jąc się na od­czep­ne­go wy­pra­co­wać nie­speł­nial­ne wa­run­ki, po któ­rych kum­pel zre­zy­gnu­je z kpin, do­dał: – Wró­cę, je­śli otrzy­mam tekę mi­ni­stra w pre­sti­żo­wym re­sor­cie.

– Ile za­pła­cisz za umiesz­cze­nie na li­stach wy­bor­czych? – za­py­tał rze­czo­wo Bla­ga.

– Niech to! Mak­sy­mal­nie trzy­dzie­ści mi­lio­nów euro! – rzu­cił za­sko­czo­ny Hajs.

– Umo­wa stoi – usły­szał od ofe­ru­ją­ce­go.

– Do­brze, a te­raz szcze­rze: po­ja­wił się gru­by ­te­mat i szu­­­­ka­cie je­le­nia, któ­ry weź­mie na sie­bie me­ga­prze­kręt?! Czy za­ba­wia­cie się w pro­wo­ka­cje, by afe­rą przy­kryć tur­bo­skan­dal?! – wy­pa­lił, nie­mal­że krzy­cząc. – Za sta­ry je­stem na na­iw­ność!

– Za­pra­szam po­ju­trze o dzie­sią­tej. – Bla­ga po­mi­nął py­ta­nia i in­sy­nu­acje.

– Je­stem we Wło­szech, nad je­zio­rem Como – jęk­nął Piotr prze­cią­gle. – Wiesz, jak to na wy­jaz­dach bywa. Mam tu­taj moją sek­sow­ną Ki­cię…

– Też mi wy­mów­ka – pa­dło. – Bar­dziej bał­bym się tłu­ma­cze­nia przed two­ją kon­ku­bi­ną Ka­ro­li­ną, że za­bie­rasz ko­bie­ty typu Ki­cia na wy­jaz­dy. Co naj­gor­sze, spo­ro od niej młod­sze. Nie wiem, jak to prze­ży­je z jej pę­dem do za­trzy­ma­nia cza­su… We­dług mnie wy­bór jest pro­sty: z two­im ka­pi­ta­łem mo­żesz mieć ta­kich Kici, kot­ków i ko­cią­tek na pęcz­ki. Ni­ko­go to nie zgor­szy. Wszy­scy wie­dzą, że od cza­su roz­sta­nia z Agniesz­ką Skok uży­wasz ile wle­zie. Jed­na w tę czy w tam­tą…

– Nie żar­tuj w ten spo­sób. Za­bra­niam. Ka­ro­li­na ko­cha pra­sę i mnie znisz­czy! – wrza­snął prze­ra­żo­ny mi­lio­ner. – A przy oka­zji i cie­bie!

– De­cy­zja leży w two­ich rę­kach! – po­wie­dział roz­mów­ca i się roz­łą­czył.

*

Te­raz, kie­dy Bla­ga wie­dział, że ma Haj­sa w gar­ści, po­sta­no­wił zwró­cić się o po­moc do przed­sta­wi­cie­li służb spe­cjal­nych. Wsiadł do li­mu­zy­ny i udał się do pil­nie strze­żo­ne­go obiek­tu, któ­ry po­zor­nie wy­da­wał się być ru­iną. Po za­li­cze­niu wszel­kich moż­li­wych za­bez­pie­czeń zna­lazł się w jego wnę­trzu. Po­pro­wa­dzo­no go wprost do sali ob­rad.

– Pa­no­wie, oko­ło dzie­sięć lat temu nasz kraj zo­bo­wią­zał się do do­star­cze­nia spe­cy­fi­ku che­micz­ne­go, któ­ry był w fa­zie ba­dań. Wło­si za­pła­ci­li za pro­dukt awan­sem czter­dzie­ści mi­lio­nów euro. Ale jak to w ży­ciu bywa, pie­nią­dze się ro­ze­szły. Nie dość, że spe­cy­fik nie po­wstał, to na­wet nie ma za co do­koń­czyć cho­ler­nych ba­dań – roz­po­czął spo­tka­nie, po czym drżą­cym gło­sem do­dał: – Spra­wa gar­dło­wa. Wy­sko­czy­ła jak ro­pu­cha spod ka­mie­nia.

– Czy pan my­śli, że mamy ma­szyn­kę na korb­kę do ro­bie­nia pie­nię­dzy i pro­du­ku­je­my coś na lewo?! Czy wy­da­je się panu, że po­sia­da­my we­hi­kuł cza­su, aby cof­nąć się do mo­men­tu, gdy roz­pie­prza­no for­sę?! Czy też może od­niósł pan wra­że­nie, że dys­po­nu­je­my taj­ny­mi, pod­ziem­ny­mi la­bo­ra­to­ria­mi i rze­sza­mi spi­sku­ją­cych na­ukow­ców, go­to­wych na Bóg wie ja­kie zle­ce­nia?! – usły­szał Bla­ga.

– Mar­twi mnie pań­ski brak zro­zu­mie­nia. Ta sy­tu­acja to zwy­kły wy­pa­dek przy pra­cy po­li­tycz­nej, któ­ry w moim prze­ko­na­niu jest w peł­ni roz­wią­zy­wal­ny!

– A niby w jaki spo­sób?! – za­brzmiał zde­cy­do­wa­ny głos mun­du­ro­we­go.

– Po­ja­wił się in­we­stor, któ­ry prze­ka­że trzy­dzie­ści mi­lio­nów euro. Do­dat­ko­wo po­sta­ra­my się o dzie­się­cio­mi­lio­no­we do­ta­cje i gran­ty. W su­mie uzbie­ra się peł­na war­tość kon­trak­tu, czy­li te nie­szczę­sne czter­dzie­ści mi­lio­nów… – wy­li­czał wi­ce­mi­ni­ster. – Albo z po­mo­cą tych pie­nię­dzy do­koń­czy­my ba­da­nia, albo, w ra­zie nie­po­wo­dze­nia, zwró­ci­my Wło­chom zre­ali­zo­wa­ne płat­no­ści. Z od­set­ka­mi, ma się ro­zu­mieć.

– Na czym mia­ła­by po­le­gać na­sza rola? Na spo­rzą­dze­niu kon­trak­tu me­na­dżer­skie­go dla te­goż in­we­sto­ra lub wnio­sku o do­ta­cje czy gran­ty? – za­re­ago­wał kpią­co znie­cier­pli­wio­ny przed­sta­wi­ciel służb, znu­żo­ny owi­ja­niem w ba­weł­nę praw­dzi­we­go celu wi­zy­ty Bla­gi.

– Cho­dzi o to, aby prze­śli­zgnąć się przez prze­pi­sy i pro­ce­du­ry. Wpro­wa­dzić do ob­ro­tu te pie­nią­dze. Prze­cież in­we­stor nie może so­bie ot tak wpła­cić do kasy pań­stwa trzy­dzie­ści czy czter­dzie­ści mi­lio­nów! Bo co to niby mia­ło­by być? Da­ro­wi­zna, od któ­rej za­pła­ci po­da­tek? Czy ano­ni­mo­wo pod­rzu­co­ne wor­ki na śmie­ci wy­pcha­ne for­są? – rzekł wi­ce­mi­ni­ster, wpra­wia­jąc dys­ku­tan­tów w osłu­pie­nie, któ­re za­owo­co­wa­ło ci­szą.

– Naj­pro­ściej za­ło­żyć fir­mę wy­dmusz­kę z bran­ży ko­sme­tycz­nej – rzu­cił roz­mów­ca po chwi­li mil­cze­nia i ba­daw­czo ro­zej­rzał się po sali. – Ko­sme­ty­ki mają to do sie­bie, że nie da się do­kład­nie spraw­dzić, ile wy­da­no na ba­da­nia. A poza tym moż­na sto­sun­ko­wo szyb­ko otrzy­mać do­ta­cję…

– Co ta fik­cyj­na fir­ma ko­sme­tycz­na bę­dzie pro­du­ko­wa­ła? Czyż­by na­szą che­micz­ną od­trut­kę wo­jen­ną? – za­sta­na­wiał się gło­śno Bla­ga.

– Prze­ciw­nie, coś, cze­go nikt nie po­łą­czy z od­trut­ką: elik­­­­sir mło­do­ści! In­no­wa­cyj­ny, in­te­li­gent­ny spe­cy­fik, któ­ry za­stą­pi sa­lo­ny ko­sme­tycz­ne i ga­bi­ne­ty me­dy­cy­ny es­te­tycz­nej! – usły­szał oży­wio­ny głos. – Na­sze dzia­ła­nia przy­cią­gną za­in­te­re­so­wa­nie i sta­ną się za­sło­ną dym­ną dla prze­pom­po­wa­nia pie­nię­dzy z biz­ne­su do na­ukow­ców, któ­rzy do­koń­czą ba­da­nia nad od­trut­ką.

– Co się sta­nie z elik­si­rem mło­do­ści? – wy­du­kał za­sko­czo­ny Bla­ga.

– Tego pro­duk­tu ni­g­dy nie bę­dzie! Zro­bi­my ni­by­li­mi­to­wa­ną se­rię i na­rzu­ci­my nie­wy­obra­żal­nie wy­so­ką cenę. Upo­zo­ru­je­my szyb­ką wy­prze­daż w ra­mach przed­sprze­da­ży. W ten spo­sób elik­sir ni­g­dy nie tra­fi na otwar­ty ry­nek i pół­ki dro­ge­rii. A co naj­waż­niej­sze: nikt nie bę­dzie miał o to pre­ten­sji – pa­dło w od­po­wie­dzi. – Pro­ste jak pla­śnię­cie z li­ścia.

– W ży­ciu bym na to nie wpadł! – za­wo­łał roz­en­tu­zja­zmo­wa­ny wi­ce­mi­ni­ster.

– A tak w ogó­le to co to za in­we­stor, któ­ry ma syp­nąć pie­niędz­mi? Skąd się wziął? Kim on wła­ści­wie jest?

– Na­zy­wa się Piotr Hajs – po­wie­dział gło­śno i wy­raź­nie ini­cja­tor spo­tka­nia.

– To ten gość z li­sty naj­bo­gat­szych?! – za­brzmia­ło py­ta­nie.

– Zga­dza się, zbież­ność na­zwisk nie­przy­pad­ko­wa. Uprze­dzam py­ta­nia i wąt­pli­wo­ści: to za­ufa­ny czło­wiek. Spo­ro ra­zem prze­szli­śmy. Zna­my się od lat. Choć nie za­mie­rzam zdra­dzić mu ca­łej praw­dy o jego roli – za­pew­nił Bla­ga.

– Któ­re ośrod­ki ba­daw­cze za­an­ga­żu­je­my? – za­py­ta­no, scho­dząc z te­ma­tu in­we­sto­ra.

– In­sty­tut Ba­dań Stra­te­gicz­nych i In­sty­tut Mię­dzy­na­ro­do­wych Ba­dań Che­micz­nych. To one pro­wa­dzi­ły ba­da­nia nad od­trut­ką. Od te­raz będą wy­ko­rzy­sty­wa­ne tak­że do pro­wa­dze­nia fik­cyj­nych prac nad elik­si­rem. Oczy­wi­ście w taki spo­sób, aby ich pra­cow­ni­cy nie zo­rien­to­wa­li się w na­szych za­ku­li­so­wych za­gryw­kach – pa­dło ze stro­ny Bla­gi.

– Czy to bez­piecz­ne? Sły­sza­łem, że w In­sty­tu­cie Ba­dań Stra­te­gicz­nych jest ktoś, kto był po­dej­rze­wa­ny o wy­no­sze­nie da­nych ana­li­tycz­nych do ja­kiejś or­ga­ni­za­cji ze Wscho­du. Co się sta­nie, je­śli ma­te­ria­ły do­ty­czą­ce na­sze­go taj­ne­go przed­się­wzię­cia tra­fią w ta­aakie ręce? – za­py­ta­no.

– Bez obaw, od kil­ku ty­go­dni mamy tam jed­ne­go z na­szych do­sko­na­le przy­go­to­wa­nych i do­świad­czo­nych współ­pra­cow­ni­ków: pro­fe­so­ra To­ma­sza Wty­kę, ofi­ce­ra w sta­nie spo­czyn­ku, któ­ry bacz­nie przy­glą­da się po­czy­na­niom do­no­si­cie­la. Na­tu­ral­nie, wie­dza pro­fe­so­ra w za­kre­sie ście­my z elik­si­rem i od­trut­ką bę­dzie ogra­ni­czo­na. Czy­taj: żad­na!

Rozdział I

Agniesz­ka

– Wy­jeż­dżam na kil­ka dni – po­wie­dział mój mąż bez­na­mięt­nym to­nem.

– To­masz? Kie­dy i do­kąd? Czy tym ra­zem to po­now­nie ja­kaś bli­żej nie­okre­ślo­na miej­sców­ka? Owia­na ta­jem­ni­cą służ­bo­wą data, któ­rą bę­dziesz ukry­wał przede mną, spo­wied­ni­kiem, a na­wet są­dem? A osta­tecz­nie za­bie­rzesz ją ze sobą do gro­bu? – za­py­ta­łam, nie da­jąc po so­bie po­znać, jak bar­dzo je­stem wście­kła.

– Daj spo­kój – rzekł i gło­śno wes­tchnąw­szy, do­dał: – Szu­kasz po­wo­du do woj­ny na ar­gu­men­ty, to…

– Nie szu­kam, je­stem przy­zwy­cza­jo­na do sa­mot­no­ści. Bar­dzo ją so­bie ce­nię. Uwiel­biam sy­tu­acje, gdy wszyst­ko zo­sta­je na mo­jej gło­wie – prze­rwa­łam mu, da­jąc do zro­zu­mie­nia, co jest przy­czy­ną mo­jej re­ak­cji. – W koń­cu całe ży­cie za­wo­do­we spę­dzi­łeś w roz­jaz­dach i da­wa­łam radę. Dla­cze­go te­raz mia­ło­by być ina­czej?

– Za­wsze po­wta­rza­łaś, że lu­bisz wszyst­ko mieć pod kon­tro­lą i nie zno­sisz ogra­ni­czeń w po­sta­ci mo­je­go zda­nia. – Za­ak­cen­to­wał sło­wo „kon­tro­la”, pa­trząc prze­cią­gle i z nie­do­wie­rza­niem.

– Nie będę się wda­wa­ła w dal­szą dys­ku­sję. Uwła­cza mi to – po­now­nie da­łam wy­raz temu, jak bar­dzo ne­ga­tyw­nie na mnie od­dzia­łu­je.

– Odłóż­my tę roz­mo­wę na póź­niej. Spie­szę się do pra­cy – usły­sza­łam i nim się spo­strze­głam i po­spie­szy­łam z ri­po­stą, To­masz za­mknął za sobą drzwi wyj­ścio­we.

Ma­jąc ocho­tę dać uj­ście zło­ści, wy­bie­głam na dwór z za­ci­śnię­ty­mi pię­ścia­mi. Chcia­łam go do­go­nić i się na nie­go rzu­cić. Nie­ste­ty, spóź­ni­łam się – za­nim go do­pa­dłam, od­je­chał z pi­skiem opon. Od­wró­ci­łam się i po­pa­trzy­łam z za­chwy­tem na na­sze nowe gniazd­ko pod mia­stem, gdzie prze­nie­śli­śmy się dwa mie­sią­ce temu z War­sza­wy. Bu­dy­nek miał pro­stą bry­łę, któ­ra w kon­struk­cji skry­wa­ła dwa pię­tra. Do tego pięk­ne drew­nia­ne okien­ni­ce po­ma­lo­wa­ne na ciem­no­zie­lo­no, po­dob­nie zresz­tą jak dach. Front po­sia­dło­ści ozda­bia­ły pro­ste ko­lum­ny, nad któ­ry­mi umiesz­czo­ny był nie­wiel­ki bal­kon. Przy­po­mi­nał ten, na któ­rym Ju­lia w We­ro­nie kon­wer­so­wa­ła z Ro­meo. Nie­ste­ty, wbrew pięk­nu i oka­za­ło­ści oraz moim ma­rze­niom, ten dom wca­le nie tęt­nił ra­do­ścią. A ze mnie taka Ju­lia, jak z mo­je­go męża Ro­meo. Żad­na.

Skąd to sko­ja­rze­nie? Ko­cha­łam Wło­chy. Za­nim się tu­taj osie­dli­li­śmy, chcia­łam w każ­dy week­end prze­ista­czać się w ty­po­wą pol­sko-wło­ską ma­muś­kę. Sku­piać się wy­łącz­nie na do­bro­sta­nie bli­skich i przy­ja­ciół. W tym celu ku­pi­łam mnó­stwo ksią­żek z prze­pi­sa­mi ku­li­nar­ny­mi i wy­myśl­nych na­czyń do ser­wo­wa­nia. Pla­no­wa­łam urzą­dzać pik­ni­ki i przy­ję­cia, pie­lę­gno­wać ogród i przy­do­mo­wy wa­rzyw­nik, zaj­mo­wać się ro­bie­niem na­le­wek, go­to­wa­niem ma­ka­ro­nów i cięż­kich, ka­lo­rycz­nych so­sów w oka­za­łych garn­kach. Chcia­łam pa­lić w ko­min­ku, do­glą­dać po­rząd­ków, spraw­dzać sta­ny za­pa­sów. Na­wet je­śli mu­sia­ła­bym oszu­ki­wać sie­bie, bli­skich i przy­ja­ciół, że wszyst­ko jest o wie­le pięk­niej­sze niż po­nu­ra rze­czy­wi­stość.

Praw­da była taka, że na­sze mał­żeń­stwo nie na­le­ża­ło do naj­szczę­śliw­szych. Ży­li­śmy ra­zem, choć zu­peł­nie osob­no. Łu­dzi­łam się jed­nak, że to jesz­cze nie ko­niec, że jesz­cze od­wró­ci­my złą kar­tę. Tym­cza­sem po dwóch mie­sią­cach od prze­pro­wadz­ki wszyst­ko było po sta­re­mu. Do­kład­nie tak, jak wów­czas, gdy miesz­ka­li­śmy, a ra­czej wza­jem­nie się mi­ja­li­śmy w drzwiach sta­re­go miesz­ka­nia w ka­mie­ni­cy na Mo­ko­to­wie. Bo To­masz ni­g­dy nie miał za­cię­cia do rze­czy przy­ziem­nych. Był ty­po­wym na­ukow­cem. Świat na­ma­cal­ny le­żał poza ob­sza­rem jego za­in­te­re­so­wań. W zle­wie mo­gły pię­trzyć się na­czy­nia, po pod­ło­dze bie­gać mrów­ki, a w po­wie­trzu uno­sić się dro­bi­ny ku­rzu jak gę­sta mgła. Dla wiecz­nie nie­obec­ne­go du­chem To­ma­sza wa­run­kiem brze­go­wym każ­de­go lo­kum był duży ga­bi­net, w któ­rym skła­do­wał do­ku­men­ty i książ­ki. Nie wspo­mi­na­jąc o sta­rym, so­lid­nym biur­ku, któ­re odzie­dzi­czył po dziad­ku – przed­wo­jen­nym woj­sko­wym pro­fe­so­rze.

Za to ja, Agniesz­ka Skok-Wty­ka, żona te­goż pana, by­łam jego prze­ci­wień­stwem: am­bit­ną per­fek­cjo­nist­ką, pną­cą się po szcze­blach ka­rie­ry w świe­cie biz­ne­su. Ode­bra­łam su­ro­we wy­cho­wa­nie, więc ni­g­dy nie po­zwa­la­łam so­bie na błę­dy i nie­do­pa­trze­nia – tak w domu, jak i w pra­cy wszyst­ko mu­sia­ło być do­pię­te i ukoń­czo­ne z suk­ce­sem.

Ostat­nio wy­ma­ga­łam od To­ma­sza jesz­cze mniej niż za­zwy­czaj. Wła­śnie zmie­nił pra­cę. Po osiem­na­stu la­tach w woj­sku i zdo­by­ciu stop­nia pro­fe­so­ra ty­tu­lar­ne­go zde­cy­do­wał o przej­ściu do świa­ta cy­wil­ne­go. Jako eme­ryt od tej je­sie­ni miał się zaj­mo­wać pro­jek­ta­mi ba­daw­czy­mi w In­sty­tu­cie Ba­dań Stra­te­gicz­nych. Nie by­łam na­iw­na i wie­dzia­łam, że doj­rza­łe­go trzy­dzie­sto­ośmio­let­nie­go fa­ce­ta nie da się zmie­nić. Mimo wszyst­ko w głę­bi du­szy li­czy­łam, że trans­for­ma­cja za­wo­do­wa ko­rzyst­nie wpły­nie na rytm ży­cia ro­dzi­ny. A już z pew­no­ścią zwie­lo­krot­ni jego obec­ność w domu.

Peł­ne go­ry­czy i żalu roz­my­śla­nia prze­rwał zim­ny po­dmuch wia­tru. Po­sta­no­wi­łam jak naj­szyb­ciej wró­cić do domu i ko­rzy­sta­jąc z wol­ne­go z ty­tu­łu od­bio­ru nad­go­dzin, zmie­rzyć się ze zwy­kłą, sza­rą co­dzien­no­ścią.

*

W po­ko­ju mo­jej cór­ki We­ro­ni­ki, a pa­sier­bi­cy To­ma­sza, pa­no­wał so­lid­ny nie­ład. Lu­bi­łam ją uspra­wie­dli­wiać. Tłu­ma­czy­łam, że jest to tak zwa­ny twór­czy ba­ła­gan. Pa­mię­ta­łam do­sko­na­le z dzie­ciń­stwa, że sama rów­nież nie lu­bi­łam sprzą­tać. Wy­da­wa­ło mi się to bez­ce­lo­we. Za­bie­ra­ło czas, któ­ry mógł­by być po­świę­co­ny na inne roz­ryw­ki, jak sport lub książ­ki. O jak­że ja ko­cha­łam ro­wer, bie­ga­nie, a na­wet ska­ka­nie na ska­kan­ce. Do tego czy­ta­łam jak sza­lo­na. Wszyst­ko, co wpa­dło mi w ręce. Na samą myśl, jak pod­kra­da­łam ro­dzi­com lek­tu­ry dla do­ro­słych, uśmiech­nę­łam się do sie­bie. A jed­nak po chwi­li roz­rzew­nie­nia wspo­mnie­nia­mi z dzie­ciń­stwa ze­szłam na zie­mię. Nie z wła­snej woli, lecz z po­wo­du za­sta­na­wia­ją­cych oko­licz­no­ści. Prze­glą­da­jąc sza­fę w po­szu­ki­wa­niu rze­czy do pra­nia, na­tra­fi­łam na po­pla­mio­ne je­an­sy. Wło­ży­łam dło­nie do kie­sze­ni, aby wy­rzu­cić mo­ne­ty i inne przed­mio­ty.

– We­ro­ni­ka­aa! – krzyk­nę­łam zszo­ko­wa­na, na­ty­ka­jąc się na zmię­to­lo­ny zwi­tek, któ­ry przy­po­mi­nał pa­pier to­a­le­to­wy z li­ść­mi her­ba­ty umiesz­czo­ny­mi we­wnątrz. – Chodź na­tych­miast!!! – wrza­snę­łam jesz­cze gło­śniej niż po­przed­nio.

– Iii­dę! – ode­zwa­ła się i w mgnie­niu oka sta­nę­ła przede mną, pa­trząc na trzy­ma­ne­go w dło­niach pa­pie­ro­sa, a ra­czej jego reszt­ki.

– Skąd to się wzię­ło? – za­ata­ko­wa­łam, pa­trząc na brud­ne je­an­sy, któ­re trzy­ma­łam w dło­niach.

– Z no­co­wan­ki – uspra­wie­dli­wia­ła się za­sko­czo­na cór­ka.

– Wiesz, ile kosz­tu­ją za­bie­gi na cerę znisz­czo­ną przez pa­pie­ro­sy, al­ko­hol i nar­ko­ty­ki?! – Tyl­ko to w tej chwi­li przy­szło mi do gło­wy. – Je­śli nie wiesz, to ci po­wiem. A po­tem roz­ka­żę to na­pi­sać fla­ma­strem na kart­ce i po­wie­sić na ta­bli­cy kor­ko­wej nad two­im biur­kiem. Je­śli nie po­skut­ku­je, za­rzą­dzę, że ko­niec z no­co­wan­ka­mi.

– Sko­ro to zna­la­złaś, to zna­czy, że nie za­pa­li­łam… – usły­sza­łam w od­po­wie­dzi i po­czu­łam na so­bie prze­ni­kli­we spoj­rze­nie cór­ki, któ­ra za­czę­ła lu­stro­wać moją cerę. – A tak w ogó­le to dla­cze­go mó­wisz o za­bie­gach na twarz? Coś z tobą nie tak? Prze­cież cał­kiem nie­źle wy­glą­dasz jak na oso­bę wie­ko­wą. Na do­da­tek po przej­ściach z mę­żem i ży­ją­cą w stre­sie z po­wo­du wy­rod­ne­go dziec­ka… O co tak na­praw­dę cho­dzi?

– O to, z czym wią­żą się używ­ki – wes­tchnę­łam, wy­trą­co­na z rów­no­wa­gi.

– Nie pa­ni­kuj – po­wie­dzia­ła moja roz­mów­czy­ni. – Nie wol­­­­no pa­lić i nie będę! Nie chcę się przed­wcze­śnie ze­sta­rzeć jak ty i inne doj­rza­łe ko­bie­ty! Idę na spa­cer!

– Tak rano? – zdzi­wi­łam się.

– No, spa­ce­ry to zdro­wie! To two­je sło­wa! – wy­tłu­ma­czy­ła.

We­ro­ni­ka była krnąbr­na i upar­ta. Po­dob­nie jak jej bio­lo­gicz­ny oj­ciec – Piotr Hajs. Od lat pró­bo­wa­łam wy­ma­zać tego czło­wie­ka z pa­mię­ci, co nie­ste­ty, z uwa­gi na róż­ne oko­licz­no­ści, gra­ni­czy­ło z cu­dem. Po pierw­sze, sta­le wi­dzia­łam jego ob­raz w oczach wła­sne­go, uko­cha­ne­go dziec­ka. Po dru­gie to, kim był i co ro­bił, nie po­zwa­la­ło raz a do­brze scho­wać, a na­stęp­nie za­mknąć go w szu­fla­dzie z na­pi­sem „prze­szłość”.

Za­da­nia nie uła­twia­ło, że nie­gdyś jako czyn­ny po­li­tyk, a te­raz jako mi­lio­ner z li­sty naj­bo­gat­szych Po­la­ków, po­ja­wiał się na gło­śnych wy­da­rze­niach. Me­dia skrzęt­nie je re­la­cjo­no­wa­ły. Uni­ka­łam ta­kich in­for­ma­cji jak ognia. Nie mia­łam ocho­ty na mie­rze­nie się z ja­kim­kol­wiek prze­ja­wem jego obec­no­ści w świe­cie ży­wych. Nie za­wsze się to uda­wa­ło.

Gdy upew­ni­łam się, że drzwi za cór­ką się za­trza­snę­ły i zo­sta­łam w domu sama, ze­szłam po scho­dach do kuch­ni. Wy­ję­łam za­pal­nicz­kę i za­pa­li­łam pa­pie­ro­sa, a ra­czej jego po­zo­sta­ło­ści. Roz­ko­szo­wa­łam się wde­chem i wy­de­chem, za­cią­gnię­ciem i wy­pusz­cze­niem dymu. Znu­dzo­na, po­de­szłam do kre­den­su z kie­lisz­ka­mi i wy­ję­łam naj­więk­szy pu­char. Wy­peł­ni­łam na­czy­nie po brze­gi czer­wo­nym wi­nem. Prze­mknę­łam do ła­zien­ki. Po­pa­la­łam i po­pi­ja­łam tru­nek, od cza­su do cza­su od­kła­da­jąc pa­pie­ro­sa i kie­li­szek na umy­wal­kę, aby dłoń­mi po­roz­cią­gać po­licz­ki. W koń­cu za­czę­łam po­wta­rzać na głos sa­mo­gło­ski: „a, o, i, y, u…”. To ćwi­cze­nie mia­ło mieć zba­wien­ny wpływ na ela­stycz­ność skó­ry.

Ni z tego, ni z owe­go na­pły­nę­ły wspo­mnie­nia sprzed wie­lu lat, gdy mia­łam ide­al­ną cerę. Z cza­sów, gdy ja i prze­klę­ty Piotr za­czę­li­śmy się spo­ty­kać. Na­sza zna­jo­mość na­zna­czo­na zo­sta­­ła zra­nie­niem tych, z któ­ry­mi wte­dy by­li­śmy. Ja pew­nie bym od­pu­ści­ła, ale Piotr oka­zał się zde­ter­mi­no­wa­ny i prze­ko­nu­ją­cy. Nie mo­głam się oprzeć i po­pły­nę­łam. Za­mknę­łam oczy, a ob­raz­ki z prze­szło­ści za­la­ły moją du­szę…

To było lato sprzed po­nad de­ka­dy, gdy spę­dzi­li­śmy dwa ty­go­dnie na Ma­zu­rach. W ma­łym, ka­me­ral­nym ho­te­lu w Mi­ko­łaj­kach. Wy­jazd był szarp­nię­ciem fi­nan­so­wym, ale nie ża­ło­wa­li­śmy wy­dat­ku. Do­świad­czy­li­śmy w tam­tym miej­scu wie­lu upoj­nych chwil. Pa­mię­ta­łam, jak pew­ne­go dnia Piotr za­brał mnie na wy­ciecz­kę stat­kiem z Mi­ko­ła­jek do Rynu. Pod­czas rej­su wy­zię­bi­li­śmy się, bo po­mi­mo tego, że świe­ci­ło słoń­ce, su­ro­wy wiatr sma­gał po twa­rzach. Na lą­dzie mie­li­śmy oko­ło dwóch go­dzin wol­ne­go, a póź­niej że­glu­ga pla­no­wa­ła po­wrót. Nie ma­jąc nic cie­ka­we­go do ro­bo­ty, po­szli­śmy do przy­brzeż­nej re­stau­ra­cji, aby wy­pić po drin­ku i roz­grzać się przed po­wro­tem. I rze­czy­wi­ście nas roz­grza­ło. Tyle że ero­tycz­nie. Nie do wy­trzy­ma­nia.

Piotr wpadł na po­mysł, aby­śmy wy­bra­li się do Zam­ku Ryn i wy­na­ję­li po­kój na go­dzi­ny, co oczy­wi­ście było nie­moż­li­we. W tej sy­tu­acji wy­na­ję­li­śmy go na całą dobę, a do Mi­ko­ła­jek wró­ci­li­śmy na­stęp­ne­go dnia in­nym rej­sem. Nie mie­li­śmy ze sobą ubrań na zmia­nę ani przy­bo­rów to­a­le­to­wych. Nie sta­no­wi­ło to pro­ble­mu, bo i tak przez wie­le go­dzin nie ro­bi­li­śmy nic in­ne­go poza ko­cha­niem się. W każ­dym moż­li­wym miej­scu tego po­ko­ju, z wy­ko­rzy­sta­niem każ­de­go moż­li­we­go sprzę­tu. Ocza­mi wy­obraź­ni wi­dzia­łam te­raz ho­ry­zont je­zio­ra, wi­docz­ny z po­ko­ju, któ­ry wy­na­ję­li­śmy. Zza tego ho­ry­zon­tu wy­ła­nia­ło się po­ran­ne słoń­ce, ską­pa­ne we wszyst­kich moż­li­wych od­cie­niach różu i po­ma­rań­czu. Na­wet ten spek­ta­ku­lar­ny wi­dok nie był w sta­nie prze­bić szczę­ścia i mi­ło­ści, któ­rą dzie­li­li­śmy. Ufni jak nie­opie­rze­ni li­ce­ali­ści. Na­pę­dza­ni ma­rze­nia­mi o przy­szło­ści. Nie­po­praw­nie opty­mi­stycz­ni. Na­iw­nie peł­ni na­dziei. Nie po­trze­bo­wa­li­śmy zbyt wie­le do tego, aby uno­sić się kil­ka cen­ty­me­trów nad zie­mią.

A póź­niej wszyst­ko się zmie­ni­ło. Nie tyl­ko na gor­sze, ale wręcz dra­ma­tycz­nie po­sęp­ne i smut­ne. Stop. Nie ma co tra­cić ener­gii na czło­wie­ka, któ­ry się­gnął mo­ral­ne­go dna. Po­pa­trzy­łam po­now­nie w lu­stro. Ku­rze łap­ki, lwia zmarszcz­ka, li­nie ma­rio­net­ki… – oce­nia­łam kry­tycz­nie w my­ślach swój wy­gląd.

– Cho­le­ra ja­sna! Tyle szma­lu zo­sta­wiam w sa­lo­nach ko­sme­tycz­nych i to wszyst­ko na nic! Je­dy­ny ra­tu­nek w tym, że kie­dyś wy­naj­dą ja­kiś cu­dow­ny elik­sir mło­do­ści! Niech się sta­nie! – krzyk­nę­łam, a z rąk wy­padł mi pu­char z wi­nem i roz­trza­skał się w drob­ny mak.

Po­my­śla­łam, że roz­bi­te szkło zwia­stu­je szczę­ście. Tyl­ko cie­ka­we w czym?

Piotr

Nie wi­dzie­li­śmy się od lat, ale go­oglo­wa­łem Agniesz­kę cał­kiem re­gu­lar­nie. Do­brze, że jest in­ter­net. Gdy­by nie było mi dane jej oglą­dać choć­by z da­le­ka, daw­no za­si­lił­bym sze­re­gi czub­ków. W sie­ci znaj­do­wa­ło się mnó­stwo ak­tu­al­nych zdjęć, wy­ko­na­nych na oko­licz­ność jej po­czy­nań za­wo­do­wych. Nic dziw­ne­go, w koń­cu była dy­rek­to­rem ds. mar­ke­tin­gu w jed­nej z wio­dą­cych firm far­ma­ceu­tycz­nych. Ni­g­dy nie mo­głem się na­pa­trzeć na jej dłu­gie, ja­sne wło­sy, spły­wa­ją­ce ka­ska­dą po ple­cach. Za­uwa­ży­łem, że na rau­tach za­zwy­czaj mia­ła na so­bie wie­czo­ro­we suk­nie i dość moc­ny ma­ki­jaż. Te­raz wy­da­wa­ła się jesz­cze pięk­niej­sza niż nie­gdyś. Uwa­ża­łem, że z wie­kiem jej uro­da na­bra­ła szla­chet­no­ści. Za­rów­no ona, jak i ja mie­li­śmy po czter­dzie­ści dwa lata, ale pa­trząc na fot­ki pra­so­we, od­no­si­łem wra­że­nie, że jest tą samą mło­dą, roz­ga­da­ną, re­zo­lut­ną dziew­czy­ną. Pod­czas gdy ja sta­łem się doj­rza­łym fa­ce­tem w sile wie­ku. Z uro­dą nad­gry­zio­ną przez ząb cza­su. Zresz­tą jaki ząb?! Ostry, nie­ubła­ga­ny, bez­względ­ny kieł ma­mu­ta!

Agniesz­ka była je­dy­nacz­ką z tak zwa­ne­go do­bre­go domu. Jej mat­ka pra­co­wa­ła w in­sty­tu­cjach pań­stwo­wych, a oj­ciec był pro­fe­so­rem. Ma­rzy­li o zię­ciu, któ­ry bę­dzie przy­sta­wał do ro­dzi­ny. Naj­le­piej z ko­nek­sja­mi w świe­cie le­kar­skim lub praw­ni­czym. No, ewen­tu­al­nie mógł być na­ukow­cem, bo choć to nie za­ję­cie in­trat­ne fi­nan­so­wo, to jed­nak pre­sti­żo­we. Tym­cza­sem by­łem sy­nem kraw­co­wej i sto­la­rza, uro­dzo­nym i wy­cho­wa­nym w wie­lo­dziet­nej ro­dzi­nie. Na do­da­tek w ma­łej, za­py­zia­łej miej­sco­wo­ści na po­łu­dniu Pol­ski. Zdol­ny i po­my­sło­wy, ale w ich prze­ko­na­niu wciąż nie­wy­star­cza­ją­co do­bry. Dla­te­go pra­co­wa­łem jak osza­la­ły, aby udo­wod­nić ca­łe­mu świa­tu, że na nią za­słu­gu­ję, bo je­stem w sta­nie za­pew­nić jej ży­cie na ta­kim po­zio­mie, o ja­kim na­wet nie śni­ła i nie ma­rzy­ła.

Nie­ste­ty, wir ka­rie­ry i suk­ce­sów wcią­gnął mnie zbyt moc­no. Na mój brak doj­rza­ło­ści i bą­bel­ki szam­pa­na, któ­rym za­pi­ja­łem pierw­sze suk­ce­sy za­wo­do­we, na­ło­żył się po­waż­ny kon­flikt z ro­dzi­ca­mi Agniesz­ki. Nie po­tra­fi­łem od­po­wied­nio ro­ze­grać spra­wy, gdy przy­pad­kiem sta­łem się świad­kiem roz­mo­wy o smut­nej i przy­bi­ja­ją­cej ta­jem­ni­cy ro­dzin­nej, któ­rą za­ta­ili przed cór­ką. Jej oj­ciec, któ­re­go od po­cząt­ku zna­jo­mo­ści czci­ła i sta­wia­ła mi za wzór, wca­le nie był żad­nym świę­tym, lecz zdra­dza­ją­cym mat­kę na pra­wo i lewo roz­pust­ni­kiem. Owo­cem jego roz­wią­zło­ści po­zo­sta­wa­ło dziec­ko po­za­mał­żeń­skie, więc Agniesz­ka nie była w rze­czy­wi­sto­ści je­dy­nacz­ką, choć nie mia­ła o tym po­ję­cia.

Wie­dząc, że nie mam szans na po­ro­zu­mie­nie się z oj­cem i mat­ką uko­cha­nej, któ­rzy za­czę­li mnie szan­ta­żo­wać znisz­cze­niem ka­rie­ry, je­śli ujaw­nię to, co pod­słu­cha­łem w ich roz­mo­wie, osta­tecz­nie usu­ną­łem się w cień. Zo­sta­wi­łem Agniesz­kę, chcąc, by była szczę­śli­wa i uło­ży­ła so­bie ży­cie z kimś, kto być może rzu­ci jej świat do stóp i przy­czy­ni się do har­mo­nij­nych re­la­cji w ro­dzi­nie. Zro­bi­łem to z po­twor­nym bó­lem ser­ca, po­nie­waż mu­sia­łem od­su­nąć się wów­czas tak­że od mo­jej ma­ło­let­niej cór­ki We­ro­ni­ki, ale na tam­ten mo­ment wy­da­ło mi się to je­dy­nym moż­li­wym wyj­ściem.

Po kil­ku la­tach, gdy by­łem u szczy­tu ka­rie­ry, zy­ska­łem na od­wa­dze i doj­rza­łem na tyle, że chcia­łem na­pra­wić błąd z prze­szło­ści. Tli­ła się we mnie iskra na­dziei, że Agniesz­ka po­da­ru­je mi dru­gą szan­sę. Po­zwo­li się wy­tłu­ma­czyć i wy­ba­czy mi­nio­ne cza­sy. Chcia­łem wy­znać, że nie po­tra­fię bez niej żyć. Że ją ko­cham i ni­g­dy nie prze­sta­nę, a wszyst­ko, co­kol­wiek bym zro­bił, nie ma dla mnie bez niej sen­su. Nie mia­ło zna­cze­nia, czy od razu uwie­rzy w moje sło­wa, czy będę mu­siał po­wta­rzać je po ty­siąc­kroć.

Wte­dy, nie znaj­du­jąc in­ne­go punk­tu od­nie­sie­nia, zde­cy­do­wa­łem, że po­szu­kam so­jusz­ni­ka w jej znie­na­wi­dzo­nych ro­dzi­cach. Mia­łem pie­nią­dze i po­pu­lar­ność, sta­łem się sza­no­wa­nym czło­wie­kiem, któ­ry mógł za­pew­nić ich cór­ce na­praw­dę wie­le. Po­trze­bo­wa­łem wspar­cia, na­wet je­śli nie uwa­ża­łem ich za war­to­ścio­wych lu­dzi. Wbrew moim oba­wom zo­bo­wią­za­li się prze­ka­zać Agniesz­ce za­pro­sze­nie na spo­tka­nie.

Mia­ło się od­być na neu­tral­nym grun­cie – na ryn­ku w Kra­ko­wie. Ku­pi­łem set­ki czer­wo­nych róż i cze­ka­łem po­nad go­dzi­nę w wy­zna­czo­nym miej­scu. Czas dłu­żył się, a ona wciąż nie przy­cho­dzi­ła. Pa­dał deszcz i po­cząt­ko­wo my­śla­łem, że skry­ła się w któ­rejś z po­bli­skich ka­wiar­ni. Przy­szło mi tak­że do gło­wy, że roz­ła­do­wał się jej te­le­fon albo w piw­ni­cach knaj­pek nie ma za­się­gu. Po dwóch go­dzi­nach wy­cze­ki­wa­nia, prze­mok­nię­ty do su­chej nit­ki i osza­la­ły z tę­sk­no­ty i mi­ło­ści, za­czą­łem wcho­dzić do wszyst­kich oko­licz­nych lo­ka­li. Go­rącz­ko­wo wy­pa­try­wa­łem jej za­rów­no w tłu­mie, jak i w twa­rzy każ­de­go po­je­dyn­cze­go czło­wie­ka.

W koń­cu mu­sia­łem spoj­rzeć praw­dzie w oczy. Nie od­na­la­złem jej, bo nie przy­szła. Roz­go­ry­czo­ny i po­zba­wio­ny na­dziei, nie ba­cząc na to, że je­stem zna­nym po­li­ty­kiem i roz­po­zna­wal­ną oso­bą pu­blicz­ną, ci­sną­łem na­rę­czem kwia­tów o zie­mię. Zro­bi­łem to na tyle moc­no, że z czę­ści z nich ode­rwa­ły się łeb­ki, a z czę­ści po­sy­pa­ły płat­ki. Na­stęp­nie sta­ną­łem na znisz­czo­nych ro­śli­nach obu­nóż i za­czą­łem z ca­łej siły wdep­ty­wać je w mo­kry i po­kry­ty bło­tem chod­nik.

Nie po­ma­ga­ło.

I na­gle wszyst­ko, co mnie ota­cza­ło, sta­ło się obo­jęt­ne. Jak ostat­ni idio­ta uklą­kłem na kwia­tach i za­czą­łem wyć. Moim cia­łem wstrzą­sa­ły na prze­mian dresz­cze i kon­wul­sje, nad któ­ry­mi nie by­łem w sta­nie za­pa­no­wać. Póź­niej snu­łem się i błą­dzi­łem przez wie­le go­dzin po noc­nych, za­mglo­nych uli­cach Kra­ko­wa, szu­ka­jąc choć­by cie­nia Agniesz­ki.

Na próż­no.

Po kil­ku ty­go­dniach od wspól­nych zna­jo­mych do­wie­dzia­łem się, że ko­bie­ta mo­je­go ży­cia w tym fe­ral­nym dniu zo­sta­ła szczę­śli­wą żoną To­ma­sza Wty­ki – woj­sko­we­go na­ukow­ca z dzie­dzi­ny che­mii. Tra­fił mnie szlag, i to na tyle moc­no, że z per­spek­ty­wy cza­su dzię­ko­wa­łem Bogu, iż nie ubra­no mnie wte­dy, gdy po­pa­dłem w szał, w bia­ły ka­ftan.

Te­raz, po obej­rze­niu fo­tek z wczo­raj, z ja­kie­goś ban­kie­tu, na któ­rym była Agniesz­ka, nie wy­trzy­ma­łem. Ko­rzy­sta­jąc z nie­obec­no­ści mo­jej kon­ku­bi­ny Ka­ro­li­ny, na­la­łem so­bie kil­ka szkla­ne­czek whi­sky i od­pa­li­łem te­le­wi­zję, aby obej­rzeć w spo­ko­ju wia­do­mo­ści. Mia­łem na­dzie­ję, że po­mo­że mi się to wy­ci­szyć, a przede wszyst­kim od­ciąć od wspo­mnień. A jed­nak, mimo wszyst­ko, zo­sta­łem zdo­mi­no­wa­ny przez wy­kań­cza­ją­ce za­jaw­ki z prze­szło­ści. Tym ra­zem z cza­su, gdy z Agniesz­ką wy­bra­li­śmy się na week­end do Lidz­bar­ka War­miń­skie­go.

We­ro­ni­ka była wte­dy bar­dzo mała, mia­ła kil­ka la­tek. Nie mie­li­śmy jej z kim zo­sta­wić. Pa­dło na mo­ich, ży­ją­cych jesz­cze wów­czas, ro­dzi­ców. Ro­dzi­ce Agniesz­ki, za­ję­ci wła­sny­mi spra­wa­mi to­wa­rzy­ski­mi, ni­g­dy nie mie­li dla niej cza­su.

Mat­ka nie po­sia­da­ła się z ra­do­ści, gdy ją przy­wio­złem do na­sze­go skrom­ne­go miesz­ka­nia. A my zy­ska­li­śmy całe dwa i pół dnia na wy­po­czy­nek. Na wspo­mnie­nie tam­tych chwil za­mkną­łem oczy. Jak ja wte­dy dzię­ko­wa­łem Bogu, że Agniesz­ka wy­bra­ła wła­śnie mnie. Była naj­pięk­niej­szą ko­bie­tą w ho­te­lu, na ba­se­nie, w spa i na uli­cach mia­stecz­ka. Wy­da­wa­ło mi się, że spa­ce­ru­ję pod rękę z gwiaz­dą ro­dem z Hol­ly­wo­od. Cho­ciaż nie! Gwiaz­dy z Hol­ly­wo­od mo­gły w tam­tych cza­sach Agniesz­ce czy­ścić je­dy­nie buty! Nikt i nic nie rów­na­ło się z jej nie­ziem­ską uro­dą i sil­ną, bo­ga­tą oso­bo­wo­ścią…

Nie. Tego było zbyt wie­le. Wspo­mnie­nia mnie kie­dyś wy­koń­czą. Za­mach­ną­łem się i ci­sną­łem z ca­łej siły pu­stą szklan­ką po whi­sky w śnież­no­bia­łą ścia­nę. Szkło roz­trza­ska­ło się, roz­sy­pu­jąc po pod­ło­dze i oko­licz­nych sprzę­tach.

– Niech to szlag! – wrza­sną­łem i opa­dłem na ka­na­pę, ukry­wa­jąc twarz w dło­niach.

Na­stęp­ne­go dnia by­łem umó­wio­ny z Ar­tu­rem Bla­gą, przy­ja­cie­lem ze sta­rych cza­sów, któ­re zwa­łem w my­ślach „cza­sa­mi Agniesz­ki”. Wie­dzia­łem, że mu­szę coś wy­my­ślić, naj­le­piej w ra­mach re­ali­zo­wa­ne­go de­alu po­li­tycz­ne­go i biz­ne­so­we­go. Nie­za­leż­nie od tego, jak wy­so­ka bę­dzie staw­ka w tej grze i na ja­kie na­ra­zi mnie ry­zy­ko. Trze­ba prze­rwać sza­leń­stwo, któ­re do­pa­da­ło mnie za każ­dym ra­zem, gdy tyl­ko zbyt dłu­go kon­cen­tro­wa­łem się na tej ko­bie­cie. A dzia­ło się to co­raz czę­ściej. W spo­sób, któ­ry nisz­czył ży­cie mnie i moim bli­skim.

*

– Wi­taj, jak in­te­re­sy? – po­wie­dział bez ce­re­gie­li i kur­tu­azji Ar­tur Bla­ga, roz­sia­da­jąc się wy­god­nie w moim biu­rze, miesz­czą­cym się w jed­nym z re­no­mo­wa­nych dra­pa­czy chmur w cen­trum War­sza­wy.

– Do­sko­na­le. For­mal­no­ści do­gra­ne. Fir­ma za­ło­żo­na. Ka­pi­tał wpła­co­ny. Wnio­ski o do­fi­nan­so­wa­nia przy­go­to­wa­ne. Mu­szę je­dy­nie do­piąć spra­wy pod wzglę­dem ka­dro­wym – od­po­wie­dzia­łem z wła­ści­wą dla sie­bie pew­no­ścią, po czym, ski­nąw­szy gło­wą w kie­run­ku bar­ku wbu­do­wa­ne­go w jed­ną ze ścian ga­bi­ne­tu, za­gad­ną­łem: – Na­pi­jesz się?

– Przy­wiózł mnie kie­row­ca. Nie mu­szę być trzeź­wy – za­ko­mu­ni­ko­wał.

– Nie ma jak tor­fo­wa… – Upi­łem łyk whi­sky.

– Tor­fo­wa, nie tor­fo­wa… Do­brze mieć za­moż­nych zna­jo­mych – prze­rwał mi.

– Je­śli chcia­łeś mnie po­łech­tać, uda­ło ci się – po­wie­dzia­łem. – A te­raz coś z in­nej baj­ki: sko­ro wy­kła­dam po­waż­ną for­sę, uczest­ni­czę w za­awan­so­wa­nym i pół­le­gal­nym knu­ciu i spi­sko­wa­niu, nie ma­jąc tak na­praw­dę do­stę­pu do ją­dra wie­dzy, chciał­bym po­sta­wić choć­by mi­ni­mal­ne wa­run­ki…

– O co kon­kret­nie cho­dzi? – za­py­tał, pa­nicz­nie bo­jąc się no­wych ini­cja­tyw.

– Chcę, aby mar­ke­tin­giem elik­si­ru mło­do­ści za­ję­ła się Agniesz­ka Skok-Wty­ka. – Wbi­łem w osłu­pie­nie mo­je­go roz­mów­cę. – Ma na tym za­ro­bić kwo­tę, o ja­kiej na­wet by nie po­my­śla­ła. Ani nie śni­ła.

– Pier­do­lisz?! – krzyk­nął Bla­ga. – Po moim tru­pie!

– Tyl­ko ona jest w sta­nie spra­wić, że uli­ce i środ­ki ma­so­we­go prze­ka­zu zo­sta­ną za­la­ne in­for­ma­cja­mi o elik­si­rze! Jest naj­lep­sza!

– Jak so­bie wy­obra­żasz po­spi­na­nie taj­nych za­mie­rzeń z otwar­tym i nie­mal­że prze­zro­czy­stym ryn­kiem far­ma­ceu­tycz­nym?! Czy to, co się sta­ło lata temu, wy­pa­ro­wa­ło ci z pa­mię­ci jak po­ran­na rosa w Ta­trach?! A je­śli tym ra­zem ma­riaż uczuć wzglę­dem Agniesz­ki i spraw ran­gi pań­stwo­wej skoń­czy się po­dob­nie?! – za­rzu­cił mnie py­ta­nia­mi Bla­ga, a na­stęp­nie, sta­ra­jąc się na­kło­nić do zmia­ny zda­nia, do­dał: – Jest ta­kie po­wie­dze­nie, że nie na­le­ży dwa razy po­wta­rzać tych sa­mych błę­dów…

– Jest też ta­kie, że praw­dzi­we uczu­cie ni­g­dy nie prze­mi­ja – za­śmia­łem się. – I wiesz co? Je­steś ja­kiś zner­wi­co­wa­ny… bla­dy… zmę­czo­ny… Przy­ja­ciel ma win­ni­cę w Ka­li­for­nii. Mnó­stwo po­koi, pięk­ne wi­do­ki i tym po­dob­ne spra­wy. Dzie­ci z pew­no­ścią ucie­szy­ła­by wi­zy­ta w Uni­ver­sal Stu­dios… Za­ła­twić ci bi­le­ty wstę­pu?

Wie­dzia­łem, że Bla­ga jako mąż nie­pra­cu­ją­cej żony i oj­ciec piąt­ki dzie­ci ni­g­dy nie mógł­by po­zwo­lić so­bie na tego typu wy­jazd. Nie czu­łem się zbyt do­brze, pro­po­nu­jąc mu to mało etycz­ne roz­wią­za­nie, ale dla mo­ich pla­nów zwią­za­nych z Agniesz­ką po­pro­wa­dził­bym Bla­gę i jego ro­dzi­nę pod rękę wprost do sa­me­go dia­bła. Na tacy, na tacz­ce, na tar­czy.

– Wy­ra­żam zgo­dę na za­an­ga­żo­wa­nie Agniesz­ki w pra­ce, ale z za­cho­wa­niem naj­wyż­sze­go stop­nia po­uf­no­ści. Ona nie ma pra­wa wie­dzieć o dru­gim dnie. – Bla­ga zmiękł. – Aha, i jesz­cze jed­no: mu­sisz to za­ła­twić sam. O tym, czy chcesz się ujaw­nić jako wspa­nia­ło­myśl­ny chrzest­ny jej ka­rie­ry i for­tu­­­­ny, też mu­sisz za­de­cy­do­wać sam.

– Moja w tym gło­wa. Mam fi­nan­so­wą moc spraw­czą – od­par­łem cy­nicz­nie.

Agnieszka

W ra­mach tak zwa­ne­go roz­wo­ju oso­bi­ste­go, ko­niecz­no­ści pra­cy nad sobą i związ­kiem z To­ma­szem za­pi­sa­łam się na rocz­ne warsz­ta­ty w Ośrod­ku Wal­ki z Ty­pa­mi Wam­pi­rycz­ny­mi. No­si­ły na­zwę: Uśmie­rza­nie bólu mał­żeń­stwa i part­ner­stwa. Mia­ły po­móc w upo­rząd­ko­wa­niu prio­ry­te­tów po czter­dzie­stym roku ży­cia. Dzi­siaj uczest­ni­czy­łam w nich po raz pierw­szy. Czas sprzy­jał, po­nie­waż To­masz wy­je­chał do Gdań­ska.

Na po­czą­tek za­le­co­no, aby­śmy usia­dły przy sto­le, na któ­rym sta­ły ter­mo­sy ze świe­żo za­pa­rzo­ną kawą, her­ba­tą i mię­tą. Oprócz tego za­ofe­ro­wa­no zdro­we prze­ką­ski: se­ler na­cio­wy, po­mi­dor­ki kok­taj­lo­we, su­szo­ne owo­ce. Kie­dy roz­sia­dły­śmy się wy­god­nie i za­czę­ły­śmy czę­sto­wać, roz­da­no mio­teł­ki z dziu­raw­ca, któ­re po­le­co­no od­pa­lić w taki spo­sób, aby się le­d­wie tli­ły. Sko­rzy­sta­łam z lek­kie­go za­mie­sza­nia i przyj­rza­łam się uczest­nicz­kom. Czy­ta­jąc ogło­sze­nie o warsz­ta­tach, spo­dzie­wa­łam się bi­tych, po­ni­ża­nych i po­rzu­co­nych ko­biet, któ­re wal­czą ze świa­tem rów­nie moc­no, jak ja z do­mnie­ma­ną nad­wa­gą. Tym­cza­sem przy sto­le za­sia­da­ły: zna­na ak­tor­ka, roz­po­zna­wal­na me­dial­nie była mo­del­ka i inne. Ab­so­lut­nie nie przy­po­mi­na­ły za­gu­bio­nych czy nie­szczę­śli­wych. A jed­nak się tu­taj zna­la­zły! Po­dob­nie jak ja!

Nie za­pa­mię­ta­łam ich imion, ale dla wła­snych po­trzeb na­zwa­łam je zgod­nie z wy­róż­nia­ją­cy­mi je ce­cha­mi: „Pulch­na po pięć­dzie­siąt­ce”, „Ruda”, „Kłó­tli­wa”, „Ko­bie­ta w sty­lu boho”, „Ar­tyst­ka”.

– Oka­dza­my się! Do­kład­nie! – mó­wi­ła pro­wa­dzą­ca, wska­zu­jąc na wiąz­ki dziu­raw­ca. – Oka­dza­my się, aby prze­pę­dzić złe ży­cze­nia, ko­chan­ki na­szych part­ne­rów, wro­gów!

Po­miesz­cze­nie było to­tal­nie za­dy­mio­ne. Za­pach grzęzł w gar­dle, po­wo­du­jąc od­ruch nie­po­wstrzy­my­wa­ne­go ka­sła­nia. Mo­ścił się we wło­sach i cie­le, nie wspo­mi­na­jąc o ubra­niach. Wszy­scy nie­cier­pli­wie cze­ka­li na dal­szą część spo­tka­nia, pa­trząc wy­mow­nie w stro­nę ani­ma­tor­ki. Wów­czas ta, spo­wi­ta chmu­rą dymu, po­wie­dzia­ła od­kryw­czym gło­sem:

– Im wię­cej uwa­gi po­świę­casz so­bie, tym moc­niej on my­śli, że ro­bisz to dla nie­go! Dla­te­go, dro­gie sio­stry, myśl­my wy­łącz­nie o so­bie. Sta­waj­my się ma­ły­mi, wy­zwo­lo­ny­mi, pod­ły­mi, pie­przo­ny­mi ego­ist­ka­mi!

– Co ra­cja, to ra­cja. Przez całe ży­cie wszyst­ko ro­bi­łam dla mo­je­go pana. Przy­by­ło mi dwa­dzie­ścia lat, dzie­sięć kilo­gra­mów i ty­sią­ce si­wych wło­sów. Ale i skó­rę mam ­grub­szą, bo się uod­por­ni­łam na dra­nia! – pod­chwy­ci­ła Pulch­na po pięć­dzie­siąt­ce.

– Wiek? Nie masz na to wpły­wu! Ki­lo­gra­my? Ko­cha­ne­go cia­ła ni­g­dy za dużo! Siwe wło­sy? No, te­raz są na to­pie! Daj spo­kój, jak na ko­bie­tę w ta­aakim wie­ku, je­steś za­dba­na! A co naj­waż­niej­sze, wca­le nie wy­glą­dasz na oso­bę, któ­ra mo­gła­by być nie­za­do­wo­lo­na z wy­glą­du! – pa­dły sło­wa po­cie­sze­nia ze stro­ny Ru­dej.

– O, prze­pra­szam! W dzi­siej­szych cza­sach si­wi­zna to ka­ry­god­ne wy­kro­cze­nie – skwi­to­wa­ła kry­tycz­nie i bez skru­pu­łów Ko­bie­ta w sty­lu boho, przy­cią­ga­jąc za­że­no­wa­ny wzrok po­zo­sta­łych uczest­ni­czek.

Nie zwa­ża­jąc na py­sków­kę, głos za­bra­ła pro­wa­dzą­ca:

– Kon­cen­tra­cja na part­ne­rze to sku­pie­nie na so­bie. Im bar­dziej do­sto­so­wu­jesz świat do wła­snych po­trzeb, tym bar­dziej ten pie­przo­ny, sier­mięż­ny świat po­dzi­wia two­ją wy­jąt­ko­wość. A te­raz niech każ­da z was opo­wie o tym, co pięk­ne­go, do­bre­go i wy­jąt­ko­we­go robi dla sie­bie i pod­łe­go, prze­brzy­dłe­go świa­ta, za­czy­na­jąc zda­nie od słów: „Dla sie­bie…”.

– Dla sie­bie? Jest przed dwu­dzie­stą dru­gą, więc jesz­cze nie pora na żar­ty, ale niech bę­dzie, po­wiem, co ro­bię dla sie­bie… – rzu­ci­ła Ko­bie­ta w sty­lu boho, przy­bie­ra­jąc cy­nicz­ny ton. – Otóż, dla sie­bie, miłe pa­nie, przy­my­kam oczy na za­cho­wa­nia męża. Na przy­kład uda­ję, że nie czu­ję, gdy cza­sa­mi szar­pie za ubra­nie, albo mar­ku­ję wie­dzę, że mnie zdra­dza.

– Dla sie­bie na­mięt­nie cho­dzę do sa­lo­nów wel­l­ness & spa – za­bra­łam głos. – Pin­drzę się, ma­lu­ję i czę­sto od­wie­dzam fry­zje­ra. Dla sie­bie dbam o li­nię, bo lu­bię się mie­ścić w ciu­chy, któ­re ku­pi­łam lata świetl­ne temu. Poza tym dla sie­bie flir­tu­ję i uwo­dzę, bo uwiel­biam się po­do­bać fa­ce­tom i prze­pa­dam za tym, jak mnie ad­o­ru­ją. A póź­niej, jak już do­trę do celu i któ­re­muś bar­dzo, bar­dzo, bar­dzo wpad­nę w oko, wy­ży­wam się na nim za ca­ło­kształt. Pro­ste i przy­jem­ne.

– Dla sie­bie wy­rzu­cam wszyst­ko, co mi leży na ser­cu, żo­łąd­ku, a na­wet wą­tro­bie. Jak kto woli. Lu­bię w so­bie to, że mam od­wa­gę się kłó­cić i spie­rać. Do upa­dłe­go. Na śmierć i ży­cie. W koń­cu mój znak to skor­pion – wy­ar­ty­ku­ło­wa­ła zner­wi­co­wa­nym to­nem ko­bie­ta, któ­rą okre­śli­łam per Kłó­tli­wa. – Od razu uprze­dzam, że gdy­by któ­raś z was oka­za­ła się nie­lo­jal­na i ze­chcia­ła wy­nieść na ze­wnątrz to, o czym tu­taj roz­ma­wia­my, spo­tka ją za­słu­żo­na kara. A będę o tym wie­dzia­ła, bo prze­cież skor­pio­ny mają szó­sty zmysł. Tak więc wiem wszyst­ko znacz­nie wcze­śniej, niż zo­sta­nie ujaw­nio­ne…

– Dla sie­bie w ak­cie bun­tu, a po czę­ści w po­go­ni za modą na na­tu­rę, nie de­pi­lo­wa­łam przez pół roku nóg i pach. Cho­le­ra ja­sna! Było brzyd­ko i nie­este­tycz­nie! Ale mie­ści­łam się we współ­cze­snym tren­dzie, więc chy­ba nie jest źle, praw­da? – po­wie­dzia­ła dum­na z sie­bie Ruda.

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Przer­wa­ne li­nie ser­ca

isbn 978-83-8423-516-4

© Mag­da­le­na Ar­tom­ska-Bia­ło­brze­ska i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Anna Po­mia­nek | Je­zy­ko­we­Dy­le­ma­ty.pl

ko­rek­ta: MAQ PRO­JECTS

okład­ka: Pau­li­na Ra­dom­ska-Skier­kow­ska

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@no­va­eres.pl

http://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.