Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
148 osób interesuje się tą książką
Nielegalna gra. Zapomniane uczucia. I namiętność, która nie zna granic.
Piotr, wpływowy biznesmen i były senator, otrzymuje propozycję udziału w polityczno-gospodarczej rozgrywce. Zgadza się, ale stawia warunek – w nie do końca legalny projekt musi zostać zaangażowana Agnieszka… matka jego dziecka. Kobieta, którą kiedyś kochał do szaleństwa i z którą rozszedł się w atmosferze skandalu.
Agnieszka pała do niego czystą nienawiścią. Jednak gdy ich drogi po latach znów się krzyżują, nie potrafi zignorować powracających wspomnień. Emocje, jakie nigdy nie wygasły, uderzają ze zdwojoną siłą. Rosnące napięcie, pożądanie i strach – wszystko to otwiera rany, które nie zdołały się do końca zagoić.
Czy skrzywdzona kobieta i wzgardzony mężczyzna zdołają odbudować relację mimo tego, co ich dzieli? A może echo tamtej miłości nie wystarczy, by uleczyć złamane serca?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 283
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
– Do diabła! Jak to możliwe, że siedem lat temu nasz kochany kraj sprzedał Włochom odtrutkę wojenną, której nigdy nie wytworzono?! Na przygotowanie specyfiku było tyle lat, a tymczasem badania nad nią utknęły w martwym punkcie! Włosi domagają się towaru, za który zapłacili, a my co?! Mamy ich tak po prostu przeprosić?! Takie transakcje w cywilizowanym świecie nazywa się oszustwem! – zagrzmiał minister, patrząc z wyrzutem na swojego zastępcę Artura Blagę. – Ciekaw jestem, kto do tego doprowadził!
– Szukanie winnych po tylu latach jest bezcelowe. Należy uderzyć się w piersi i poprosić wielbicieli makaronów o wydłużenie terminu dostawy. Może w międzyczasie uda się coś jeszcze wymyślić… No chyba że przegramy wybory i zwycięzcy przejmą gorący kartofel, a wtedy problem sam się rozwiąże – padło ze strony Blagi.
– Co to za cwaniackie chwyty?! Przyzwoici ludzie nie postępują w ten sposób! – podsumował rozmówca, po czym zapytał: – A tak naprawdę to w czym rzecz? Czyżby coś się stało z tymi, którzy prowadzili projekt? Zostali zjedzeni przez larwy stonki ziemniaczanej? Odlecieli na skrzydłach biedronki azjatyckiej? Galopują na konikach polnych?
– Jak nie wiadomo, o co chodzi, to gra zawsze toczy się o pieniądze – usłyszał od zastępcy. – A te rozeszły się na kampanie społeczne. Mają przykryć kilka głośnych afer…
– Miej się na baczności! – Tym razem minister uderzył pięścią w stół. – Wszystkie osoby, które za tym stoją, poniosą odpowiedzialność. Dopilnuję tego osobiście.
– Co w takim razie zrobić?
– Przynieść rozwiązanie sprawy. W zębach.
Artur Blaga zestresował się nie na żarty. Wiedział, że gra, która właśnie się rozpoczęła, to jego polityczne być albo nie być. Odszukał w popłochu numer telefonu do starego przyjaciela – byłego senatora, a teraz biznesmena i milionera – Piotra Hajsa. Wiele lat temu wspólnie zaczynali przygodę ze światem władzy. Byli świetnie wykształceni, obłędnie przystojni, pełni werwy i energii, a przede wszystkim ambicji. Niestety, dekadę temu ich drogi się rozeszły, ponieważ Hajs wycofał się z życia publicznego w atmosferze skandalu. Stało się to po tym, jak na rynku w Krakowie zrobiono mu serię kompromitujących zdjęć. Prasa, do której przedostały się fotki, uczyniła z niego agresywnego oszołoma, który deptał setki czerwonych róż. A później klęczał w błocie przy porozrzucanych strzępach roślin i płakał na głos jak dziecko, wznosząc ręce ku niebu. Plotki mówiły, że postradał rozum z powodu partnerki, Agnieszki Skok, z którą miał dziecko – córkę Weronikę.
Blaga był pewien, że właściwie zarzuca sieć. Dawny przyjaciel to niezwykle wytrawny gracz. Szybko wróci do formy i uratuje mu tyłek, a co uszczknie na nowo zbudowanych kontaktach, będzie jego premią.
*
– Piotr, mam dla ciebie intratną propozycję – powiedział Artur Blaga wyważonym tonem, gdy tylko Hajs odebrał telefon. – Myślałeś o powrocie do polityki?
– Jesteś na imprezie? Drink odbija się od drinka? – usłyszał. – No chyba że oszalałeś ze starości. W końcu mamy po czterdzieści dwa lata, więc…
– Żarty na bok. – Blaga nie dawał za wygraną, lekceważąc drobne złośliwości. – To jak, jaśnie panie milionerze?
– Wkręcasz mnie? Wszedłeś w konszachty z diabłem? Światem mediów? Założyłeś się z wyznawcą czarnej magii?! – Rozmówca ponownie zasypał Blagę pytaniami.
– Że niby mi odbiło? Nic z tych rzeczy – przerwał mu kumpel. – No, decyzja… Szybka decyzja… Włosy nam siwieją, a wokół oczu rysuje się siatka zmarszczek… Aha, i jeszcze jedno, skandal z Krakowa sprzed lat został wygumkowany. Zarówno dla prasy, jak i opinii publicznej.
– Mówisz i masz – parsknął śmiechem Hajs, po czym, starając się na odczepnego wypracować niespełnialne warunki, po których kumpel zrezygnuje z kpin, dodał: – Wrócę, jeśli otrzymam tekę ministra w prestiżowym resorcie.
– Ile zapłacisz za umieszczenie na listach wyborczych? – zapytał rzeczowo Blaga.
– Niech to! Maksymalnie trzydzieści milionów euro! – rzucił zaskoczony Hajs.
– Umowa stoi – usłyszał od oferującego.
– Dobrze, a teraz szczerze: pojawił się gruby temat i szukacie jelenia, który weźmie na siebie megaprzekręt?! Czy zabawiacie się w prowokacje, by aferą przykryć turboskandal?! – wypalił, niemalże krzycząc. – Za stary jestem na naiwność!
– Zapraszam pojutrze o dziesiątej. – Blaga pominął pytania i insynuacje.
– Jestem we Włoszech, nad jeziorem Como – jęknął Piotr przeciągle. – Wiesz, jak to na wyjazdach bywa. Mam tutaj moją seksowną Kicię…
– Też mi wymówka – padło. – Bardziej bałbym się tłumaczenia przed twoją konkubiną Karoliną, że zabierasz kobiety typu Kicia na wyjazdy. Co najgorsze, sporo od niej młodsze. Nie wiem, jak to przeżyje z jej pędem do zatrzymania czasu… Według mnie wybór jest prosty: z twoim kapitałem możesz mieć takich Kici, kotków i kociątek na pęczki. Nikogo to nie zgorszy. Wszyscy wiedzą, że od czasu rozstania z Agnieszką Skok używasz ile wlezie. Jedna w tę czy w tamtą…
– Nie żartuj w ten sposób. Zabraniam. Karolina kocha prasę i mnie zniszczy! – wrzasnął przerażony milioner. – A przy okazji i ciebie!
– Decyzja leży w twoich rękach! – powiedział rozmówca i się rozłączył.
*
Teraz, kiedy Blaga wiedział, że ma Hajsa w garści, postanowił zwrócić się o pomoc do przedstawicieli służb specjalnych. Wsiadł do limuzyny i udał się do pilnie strzeżonego obiektu, który pozornie wydawał się być ruiną. Po zaliczeniu wszelkich możliwych zabezpieczeń znalazł się w jego wnętrzu. Poprowadzono go wprost do sali obrad.
– Panowie, około dziesięć lat temu nasz kraj zobowiązał się do dostarczenia specyfiku chemicznego, który był w fazie badań. Włosi zapłacili za produkt awansem czterdzieści milionów euro. Ale jak to w życiu bywa, pieniądze się rozeszły. Nie dość, że specyfik nie powstał, to nawet nie ma za co dokończyć cholernych badań – rozpoczął spotkanie, po czym drżącym głosem dodał: – Sprawa gardłowa. Wyskoczyła jak ropucha spod kamienia.
– Czy pan myśli, że mamy maszynkę na korbkę do robienia pieniędzy i produkujemy coś na lewo?! Czy wydaje się panu, że posiadamy wehikuł czasu, aby cofnąć się do momentu, gdy rozpieprzano forsę?! Czy też może odniósł pan wrażenie, że dysponujemy tajnymi, podziemnymi laboratoriami i rzeszami spiskujących naukowców, gotowych na Bóg wie jakie zlecenia?! – usłyszał Blaga.
– Martwi mnie pański brak zrozumienia. Ta sytuacja to zwykły wypadek przy pracy politycznej, który w moim przekonaniu jest w pełni rozwiązywalny!
– A niby w jaki sposób?! – zabrzmiał zdecydowany głos mundurowego.
– Pojawił się inwestor, który przekaże trzydzieści milionów euro. Dodatkowo postaramy się o dziesięciomilionowe dotacje i granty. W sumie uzbiera się pełna wartość kontraktu, czyli te nieszczęsne czterdzieści milionów… – wyliczał wiceminister. – Albo z pomocą tych pieniędzy dokończymy badania, albo, w razie niepowodzenia, zwrócimy Włochom zrealizowane płatności. Z odsetkami, ma się rozumieć.
– Na czym miałaby polegać nasza rola? Na sporządzeniu kontraktu menadżerskiego dla tegoż inwestora lub wniosku o dotacje czy granty? – zareagował kpiąco zniecierpliwiony przedstawiciel służb, znużony owijaniem w bawełnę prawdziwego celu wizyty Blagi.
– Chodzi o to, aby prześlizgnąć się przez przepisy i procedury. Wprowadzić do obrotu te pieniądze. Przecież inwestor nie może sobie ot tak wpłacić do kasy państwa trzydzieści czy czterdzieści milionów! Bo co to niby miałoby być? Darowizna, od której zapłaci podatek? Czy anonimowo podrzucone worki na śmieci wypchane forsą? – rzekł wiceminister, wprawiając dyskutantów w osłupienie, które zaowocowało ciszą.
– Najprościej założyć firmę wydmuszkę z branży kosmetycznej – rzucił rozmówca po chwili milczenia i badawczo rozejrzał się po sali. – Kosmetyki mają to do siebie, że nie da się dokładnie sprawdzić, ile wydano na badania. A poza tym można stosunkowo szybko otrzymać dotację…
– Co ta fikcyjna firma kosmetyczna będzie produkowała? Czyżby naszą chemiczną odtrutkę wojenną? – zastanawiał się głośno Blaga.
– Przeciwnie, coś, czego nikt nie połączy z odtrutką: eliksir młodości! Innowacyjny, inteligentny specyfik, który zastąpi salony kosmetyczne i gabinety medycyny estetycznej! – usłyszał ożywiony głos. – Nasze działania przyciągną zainteresowanie i staną się zasłoną dymną dla przepompowania pieniędzy z biznesu do naukowców, którzy dokończą badania nad odtrutką.
– Co się stanie z eliksirem młodości? – wydukał zaskoczony Blaga.
– Tego produktu nigdy nie będzie! Zrobimy nibylimitowaną serię i narzucimy niewyobrażalnie wysoką cenę. Upozorujemy szybką wyprzedaż w ramach przedsprzedaży. W ten sposób eliksir nigdy nie trafi na otwarty rynek i półki drogerii. A co najważniejsze: nikt nie będzie miał o to pretensji – padło w odpowiedzi. – Proste jak plaśnięcie z liścia.
– W życiu bym na to nie wpadł! – zawołał rozentuzjazmowany wiceminister.
– A tak w ogóle to co to za inwestor, który ma sypnąć pieniędzmi? Skąd się wziął? Kim on właściwie jest?
– Nazywa się Piotr Hajs – powiedział głośno i wyraźnie inicjator spotkania.
– To ten gość z listy najbogatszych?! – zabrzmiało pytanie.
– Zgadza się, zbieżność nazwisk nieprzypadkowa. Uprzedzam pytania i wątpliwości: to zaufany człowiek. Sporo razem przeszliśmy. Znamy się od lat. Choć nie zamierzam zdradzić mu całej prawdy o jego roli – zapewnił Blaga.
– Które ośrodki badawcze zaangażujemy? – zapytano, schodząc z tematu inwestora.
– Instytut Badań Strategicznych i Instytut Międzynarodowych Badań Chemicznych. To one prowadziły badania nad odtrutką. Od teraz będą wykorzystywane także do prowadzenia fikcyjnych prac nad eliksirem. Oczywiście w taki sposób, aby ich pracownicy nie zorientowali się w naszych zakulisowych zagrywkach – padło ze strony Blagi.
– Czy to bezpieczne? Słyszałem, że w Instytucie Badań Strategicznych jest ktoś, kto był podejrzewany o wynoszenie danych analitycznych do jakiejś organizacji ze Wschodu. Co się stanie, jeśli materiały dotyczące naszego tajnego przedsięwzięcia trafią w taaakie ręce? – zapytano.
– Bez obaw, od kilku tygodni mamy tam jednego z naszych doskonale przygotowanych i doświadczonych współpracowników: profesora Tomasza Wtykę, oficera w stanie spoczynku, który bacznie przygląda się poczynaniom donosiciela. Naturalnie, wiedza profesora w zakresie ściemy z eliksirem i odtrutką będzie ograniczona. Czytaj: żadna!
Agnieszka
– Wyjeżdżam na kilka dni – powiedział mój mąż beznamiętnym tonem.
– Tomasz? Kiedy i dokąd? Czy tym razem to ponownie jakaś bliżej nieokreślona miejscówka? Owiana tajemnicą służbową data, którą będziesz ukrywał przede mną, spowiednikiem, a nawet sądem? A ostatecznie zabierzesz ją ze sobą do grobu? – zapytałam, nie dając po sobie poznać, jak bardzo jestem wściekła.
– Daj spokój – rzekł i głośno westchnąwszy, dodał: – Szukasz powodu do wojny na argumenty, to…
– Nie szukam, jestem przyzwyczajona do samotności. Bardzo ją sobie cenię. Uwielbiam sytuacje, gdy wszystko zostaje na mojej głowie – przerwałam mu, dając do zrozumienia, co jest przyczyną mojej reakcji. – W końcu całe życie zawodowe spędziłeś w rozjazdach i dawałam radę. Dlaczego teraz miałoby być inaczej?
– Zawsze powtarzałaś, że lubisz wszystko mieć pod kontrolą i nie znosisz ograniczeń w postaci mojego zdania. – Zaakcentował słowo „kontrola”, patrząc przeciągle i z niedowierzaniem.
– Nie będę się wdawała w dalszą dyskusję. Uwłacza mi to – ponownie dałam wyraz temu, jak bardzo negatywnie na mnie oddziałuje.
– Odłóżmy tę rozmowę na później. Spieszę się do pracy – usłyszałam i nim się spostrzegłam i pospieszyłam z ripostą, Tomasz zamknął za sobą drzwi wyjściowe.
Mając ochotę dać ujście złości, wybiegłam na dwór z zaciśniętymi pięściami. Chciałam go dogonić i się na niego rzucić. Niestety, spóźniłam się – zanim go dopadłam, odjechał z piskiem opon. Odwróciłam się i popatrzyłam z zachwytem na nasze nowe gniazdko pod miastem, gdzie przenieśliśmy się dwa miesiące temu z Warszawy. Budynek miał prostą bryłę, która w konstrukcji skrywała dwa piętra. Do tego piękne drewniane okiennice pomalowane na ciemnozielono, podobnie zresztą jak dach. Front posiadłości ozdabiały proste kolumny, nad którymi umieszczony był niewielki balkon. Przypominał ten, na którym Julia w Weronie konwersowała z Romeo. Niestety, wbrew pięknu i okazałości oraz moim marzeniom, ten dom wcale nie tętnił radością. A ze mnie taka Julia, jak z mojego męża Romeo. Żadna.
Skąd to skojarzenie? Kochałam Włochy. Zanim się tutaj osiedliliśmy, chciałam w każdy weekend przeistaczać się w typową polsko-włoską mamuśkę. Skupiać się wyłącznie na dobrostanie bliskich i przyjaciół. W tym celu kupiłam mnóstwo książek z przepisami kulinarnymi i wymyślnych naczyń do serwowania. Planowałam urządzać pikniki i przyjęcia, pielęgnować ogród i przydomowy warzywnik, zajmować się robieniem nalewek, gotowaniem makaronów i ciężkich, kalorycznych sosów w okazałych garnkach. Chciałam palić w kominku, doglądać porządków, sprawdzać stany zapasów. Nawet jeśli musiałabym oszukiwać siebie, bliskich i przyjaciół, że wszystko jest o wiele piękniejsze niż ponura rzeczywistość.
Prawda była taka, że nasze małżeństwo nie należało do najszczęśliwszych. Żyliśmy razem, choć zupełnie osobno. Łudziłam się jednak, że to jeszcze nie koniec, że jeszcze odwrócimy złą kartę. Tymczasem po dwóch miesiącach od przeprowadzki wszystko było po staremu. Dokładnie tak, jak wówczas, gdy mieszkaliśmy, a raczej wzajemnie się mijaliśmy w drzwiach starego mieszkania w kamienicy na Mokotowie. Bo Tomasz nigdy nie miał zacięcia do rzeczy przyziemnych. Był typowym naukowcem. Świat namacalny leżał poza obszarem jego zainteresowań. W zlewie mogły piętrzyć się naczynia, po podłodze biegać mrówki, a w powietrzu unosić się drobiny kurzu jak gęsta mgła. Dla wiecznie nieobecnego duchem Tomasza warunkiem brzegowym każdego lokum był duży gabinet, w którym składował dokumenty i książki. Nie wspominając o starym, solidnym biurku, które odziedziczył po dziadku – przedwojennym wojskowym profesorze.
Za to ja, Agnieszka Skok-Wtyka, żona tegoż pana, byłam jego przeciwieństwem: ambitną perfekcjonistką, pnącą się po szczeblach kariery w świecie biznesu. Odebrałam surowe wychowanie, więc nigdy nie pozwalałam sobie na błędy i niedopatrzenia – tak w domu, jak i w pracy wszystko musiało być dopięte i ukończone z sukcesem.
Ostatnio wymagałam od Tomasza jeszcze mniej niż zazwyczaj. Właśnie zmienił pracę. Po osiemnastu latach w wojsku i zdobyciu stopnia profesora tytularnego zdecydował o przejściu do świata cywilnego. Jako emeryt od tej jesieni miał się zajmować projektami badawczymi w Instytucie Badań Strategicznych. Nie byłam naiwna i wiedziałam, że dojrzałego trzydziestoośmioletniego faceta nie da się zmienić. Mimo wszystko w głębi duszy liczyłam, że transformacja zawodowa korzystnie wpłynie na rytm życia rodziny. A już z pewnością zwielokrotni jego obecność w domu.
Pełne goryczy i żalu rozmyślania przerwał zimny podmuch wiatru. Postanowiłam jak najszybciej wrócić do domu i korzystając z wolnego z tytułu odbioru nadgodzin, zmierzyć się ze zwykłą, szarą codziennością.
*
W pokoju mojej córki Weroniki, a pasierbicy Tomasza, panował solidny nieład. Lubiłam ją usprawiedliwiać. Tłumaczyłam, że jest to tak zwany twórczy bałagan. Pamiętałam doskonale z dzieciństwa, że sama również nie lubiłam sprzątać. Wydawało mi się to bezcelowe. Zabierało czas, który mógłby być poświęcony na inne rozrywki, jak sport lub książki. O jakże ja kochałam rower, bieganie, a nawet skakanie na skakance. Do tego czytałam jak szalona. Wszystko, co wpadło mi w ręce. Na samą myśl, jak podkradałam rodzicom lektury dla dorosłych, uśmiechnęłam się do siebie. A jednak po chwili rozrzewnienia wspomnieniami z dzieciństwa zeszłam na ziemię. Nie z własnej woli, lecz z powodu zastanawiających okoliczności. Przeglądając szafę w poszukiwaniu rzeczy do prania, natrafiłam na poplamione jeansy. Włożyłam dłonie do kieszeni, aby wyrzucić monety i inne przedmioty.
– Weronikaaa! – krzyknęłam zszokowana, natykając się na zmiętolony zwitek, który przypominał papier toaletowy z liśćmi herbaty umieszczonymi wewnątrz. – Chodź natychmiast!!! – wrzasnęłam jeszcze głośniej niż poprzednio.
– Iiidę! – odezwała się i w mgnieniu oka stanęła przede mną, patrząc na trzymanego w dłoniach papierosa, a raczej jego resztki.
– Skąd to się wzięło? – zaatakowałam, patrząc na brudne jeansy, które trzymałam w dłoniach.
– Z nocowanki – usprawiedliwiała się zaskoczona córka.
– Wiesz, ile kosztują zabiegi na cerę zniszczoną przez papierosy, alkohol i narkotyki?! – Tylko to w tej chwili przyszło mi do głowy. – Jeśli nie wiesz, to ci powiem. A potem rozkażę to napisać flamastrem na kartce i powiesić na tablicy korkowej nad twoim biurkiem. Jeśli nie poskutkuje, zarządzę, że koniec z nocowankami.
– Skoro to znalazłaś, to znaczy, że nie zapaliłam… – usłyszałam w odpowiedzi i poczułam na sobie przenikliwe spojrzenie córki, która zaczęła lustrować moją cerę. – A tak w ogóle to dlaczego mówisz o zabiegach na twarz? Coś z tobą nie tak? Przecież całkiem nieźle wyglądasz jak na osobę wiekową. Na dodatek po przejściach z mężem i żyjącą w stresie z powodu wyrodnego dziecka… O co tak naprawdę chodzi?
– O to, z czym wiążą się używki – westchnęłam, wytrącona z równowagi.
– Nie panikuj – powiedziała moja rozmówczyni. – Nie wolno palić i nie będę! Nie chcę się przedwcześnie zestarzeć jak ty i inne dojrzałe kobiety! Idę na spacer!
– Tak rano? – zdziwiłam się.
– No, spacery to zdrowie! To twoje słowa! – wytłumaczyła.
Weronika była krnąbrna i uparta. Podobnie jak jej biologiczny ojciec – Piotr Hajs. Od lat próbowałam wymazać tego człowieka z pamięci, co niestety, z uwagi na różne okoliczności, graniczyło z cudem. Po pierwsze, stale widziałam jego obraz w oczach własnego, ukochanego dziecka. Po drugie to, kim był i co robił, nie pozwalało raz a dobrze schować, a następnie zamknąć go w szufladzie z napisem „przeszłość”.
Zadania nie ułatwiało, że niegdyś jako czynny polityk, a teraz jako milioner z listy najbogatszych Polaków, pojawiał się na głośnych wydarzeniach. Media skrzętnie je relacjonowały. Unikałam takich informacji jak ognia. Nie miałam ochoty na mierzenie się z jakimkolwiek przejawem jego obecności w świecie żywych. Nie zawsze się to udawało.
Gdy upewniłam się, że drzwi za córką się zatrzasnęły i zostałam w domu sama, zeszłam po schodach do kuchni. Wyjęłam zapalniczkę i zapaliłam papierosa, a raczej jego pozostałości. Rozkoszowałam się wdechem i wydechem, zaciągnięciem i wypuszczeniem dymu. Znudzona, podeszłam do kredensu z kieliszkami i wyjęłam największy puchar. Wypełniłam naczynie po brzegi czerwonym winem. Przemknęłam do łazienki. Popalałam i popijałam trunek, od czasu do czasu odkładając papierosa i kieliszek na umywalkę, aby dłońmi porozciągać policzki. W końcu zaczęłam powtarzać na głos samogłoski: „a, o, i, y, u…”. To ćwiczenie miało mieć zbawienny wpływ na elastyczność skóry.
Ni z tego, ni z owego napłynęły wspomnienia sprzed wielu lat, gdy miałam idealną cerę. Z czasów, gdy ja i przeklęty Piotr zaczęliśmy się spotykać. Nasza znajomość naznaczona została zranieniem tych, z którymi wtedy byliśmy. Ja pewnie bym odpuściła, ale Piotr okazał się zdeterminowany i przekonujący. Nie mogłam się oprzeć i popłynęłam. Zamknęłam oczy, a obrazki z przeszłości zalały moją duszę…
To było lato sprzed ponad dekady, gdy spędziliśmy dwa tygodnie na Mazurach. W małym, kameralnym hotelu w Mikołajkach. Wyjazd był szarpnięciem finansowym, ale nie żałowaliśmy wydatku. Doświadczyliśmy w tamtym miejscu wielu upojnych chwil. Pamiętałam, jak pewnego dnia Piotr zabrał mnie na wycieczkę statkiem z Mikołajek do Rynu. Podczas rejsu wyziębiliśmy się, bo pomimo tego, że świeciło słońce, surowy wiatr smagał po twarzach. Na lądzie mieliśmy około dwóch godzin wolnego, a później żegluga planowała powrót. Nie mając nic ciekawego do roboty, poszliśmy do przybrzeżnej restauracji, aby wypić po drinku i rozgrzać się przed powrotem. I rzeczywiście nas rozgrzało. Tyle że erotycznie. Nie do wytrzymania.
Piotr wpadł na pomysł, abyśmy wybrali się do Zamku Ryn i wynajęli pokój na godziny, co oczywiście było niemożliwe. W tej sytuacji wynajęliśmy go na całą dobę, a do Mikołajek wróciliśmy następnego dnia innym rejsem. Nie mieliśmy ze sobą ubrań na zmianę ani przyborów toaletowych. Nie stanowiło to problemu, bo i tak przez wiele godzin nie robiliśmy nic innego poza kochaniem się. W każdym możliwym miejscu tego pokoju, z wykorzystaniem każdego możliwego sprzętu. Oczami wyobraźni widziałam teraz horyzont jeziora, widoczny z pokoju, który wynajęliśmy. Zza tego horyzontu wyłaniało się poranne słońce, skąpane we wszystkich możliwych odcieniach różu i pomarańczu. Nawet ten spektakularny widok nie był w stanie przebić szczęścia i miłości, którą dzieliliśmy. Ufni jak nieopierzeni licealiści. Napędzani marzeniami o przyszłości. Niepoprawnie optymistyczni. Naiwnie pełni nadziei. Nie potrzebowaliśmy zbyt wiele do tego, aby unosić się kilka centymetrów nad ziemią.
A później wszystko się zmieniło. Nie tylko na gorsze, ale wręcz dramatycznie posępne i smutne. Stop. Nie ma co tracić energii na człowieka, który sięgnął moralnego dna. Popatrzyłam ponownie w lustro. Kurze łapki, lwia zmarszczka, linie marionetki… – oceniałam krytycznie w myślach swój wygląd.
– Cholera jasna! Tyle szmalu zostawiam w salonach kosmetycznych i to wszystko na nic! Jedyny ratunek w tym, że kiedyś wynajdą jakiś cudowny eliksir młodości! Niech się stanie! – krzyknęłam, a z rąk wypadł mi puchar z winem i roztrzaskał się w drobny mak.
Pomyślałam, że rozbite szkło zwiastuje szczęście. Tylko ciekawe w czym?
Nie widzieliśmy się od lat, ale googlowałem Agnieszkę całkiem regularnie. Dobrze, że jest internet. Gdyby nie było mi dane jej oglądać choćby z daleka, dawno zasiliłbym szeregi czubków. W sieci znajdowało się mnóstwo aktualnych zdjęć, wykonanych na okoliczność jej poczynań zawodowych. Nic dziwnego, w końcu była dyrektorem ds. marketingu w jednej z wiodących firm farmaceutycznych. Nigdy nie mogłem się napatrzeć na jej długie, jasne włosy, spływające kaskadą po plecach. Zauważyłem, że na rautach zazwyczaj miała na sobie wieczorowe suknie i dość mocny makijaż. Teraz wydawała się jeszcze piękniejsza niż niegdyś. Uważałem, że z wiekiem jej uroda nabrała szlachetności. Zarówno ona, jak i ja mieliśmy po czterdzieści dwa lata, ale patrząc na fotki prasowe, odnosiłem wrażenie, że jest tą samą młodą, rozgadaną, rezolutną dziewczyną. Podczas gdy ja stałem się dojrzałym facetem w sile wieku. Z urodą nadgryzioną przez ząb czasu. Zresztą jaki ząb?! Ostry, nieubłagany, bezwzględny kieł mamuta!
Agnieszka była jedynaczką z tak zwanego dobrego domu. Jej matka pracowała w instytucjach państwowych, a ojciec był profesorem. Marzyli o zięciu, który będzie przystawał do rodziny. Najlepiej z koneksjami w świecie lekarskim lub prawniczym. No, ewentualnie mógł być naukowcem, bo choć to nie zajęcie intratne finansowo, to jednak prestiżowe. Tymczasem byłem synem krawcowej i stolarza, urodzonym i wychowanym w wielodzietnej rodzinie. Na dodatek w małej, zapyziałej miejscowości na południu Polski. Zdolny i pomysłowy, ale w ich przekonaniu wciąż niewystarczająco dobry. Dlatego pracowałem jak oszalały, aby udowodnić całemu światu, że na nią zasługuję, bo jestem w stanie zapewnić jej życie na takim poziomie, o jakim nawet nie śniła i nie marzyła.
Niestety, wir kariery i sukcesów wciągnął mnie zbyt mocno. Na mój brak dojrzałości i bąbelki szampana, którym zapijałem pierwsze sukcesy zawodowe, nałożył się poważny konflikt z rodzicami Agnieszki. Nie potrafiłem odpowiednio rozegrać sprawy, gdy przypadkiem stałem się świadkiem rozmowy o smutnej i przybijającej tajemnicy rodzinnej, którą zataili przed córką. Jej ojciec, którego od początku znajomości czciła i stawiała mi za wzór, wcale nie był żadnym świętym, lecz zdradzającym matkę na prawo i lewo rozpustnikiem. Owocem jego rozwiązłości pozostawało dziecko pozamałżeńskie, więc Agnieszka nie była w rzeczywistości jedynaczką, choć nie miała o tym pojęcia.
Wiedząc, że nie mam szans na porozumienie się z ojcem i matką ukochanej, którzy zaczęli mnie szantażować zniszczeniem kariery, jeśli ujawnię to, co podsłuchałem w ich rozmowie, ostatecznie usunąłem się w cień. Zostawiłem Agnieszkę, chcąc, by była szczęśliwa i ułożyła sobie życie z kimś, kto być może rzuci jej świat do stóp i przyczyni się do harmonijnych relacji w rodzinie. Zrobiłem to z potwornym bólem serca, ponieważ musiałem odsunąć się wówczas także od mojej małoletniej córki Weroniki, ale na tamten moment wydało mi się to jedynym możliwym wyjściem.
Po kilku latach, gdy byłem u szczytu kariery, zyskałem na odwadze i dojrzałem na tyle, że chciałem naprawić błąd z przeszłości. Tliła się we mnie iskra nadziei, że Agnieszka podaruje mi drugą szansę. Pozwoli się wytłumaczyć i wybaczy minione czasy. Chciałem wyznać, że nie potrafię bez niej żyć. Że ją kocham i nigdy nie przestanę, a wszystko, cokolwiek bym zrobił, nie ma dla mnie bez niej sensu. Nie miało znaczenia, czy od razu uwierzy w moje słowa, czy będę musiał powtarzać je po tysiąckroć.
Wtedy, nie znajdując innego punktu odniesienia, zdecydowałem, że poszukam sojusznika w jej znienawidzonych rodzicach. Miałem pieniądze i popularność, stałem się szanowanym człowiekiem, który mógł zapewnić ich córce naprawdę wiele. Potrzebowałem wsparcia, nawet jeśli nie uważałem ich za wartościowych ludzi. Wbrew moim obawom zobowiązali się przekazać Agnieszce zaproszenie na spotkanie.
Miało się odbyć na neutralnym gruncie – na rynku w Krakowie. Kupiłem setki czerwonych róż i czekałem ponad godzinę w wyznaczonym miejscu. Czas dłużył się, a ona wciąż nie przychodziła. Padał deszcz i początkowo myślałem, że skryła się w którejś z pobliskich kawiarni. Przyszło mi także do głowy, że rozładował się jej telefon albo w piwnicach knajpek nie ma zasięgu. Po dwóch godzinach wyczekiwania, przemoknięty do suchej nitki i oszalały z tęsknoty i miłości, zacząłem wchodzić do wszystkich okolicznych lokali. Gorączkowo wypatrywałem jej zarówno w tłumie, jak i w twarzy każdego pojedynczego człowieka.
W końcu musiałem spojrzeć prawdzie w oczy. Nie odnalazłem jej, bo nie przyszła. Rozgoryczony i pozbawiony nadziei, nie bacząc na to, że jestem znanym politykiem i rozpoznawalną osobą publiczną, cisnąłem naręczem kwiatów o ziemię. Zrobiłem to na tyle mocno, że z części z nich oderwały się łebki, a z części posypały płatki. Następnie stanąłem na zniszczonych roślinach obunóż i zacząłem z całej siły wdeptywać je w mokry i pokryty błotem chodnik.
Nie pomagało.
I nagle wszystko, co mnie otaczało, stało się obojętne. Jak ostatni idiota ukląkłem na kwiatach i zacząłem wyć. Moim ciałem wstrząsały na przemian dreszcze i konwulsje, nad którymi nie byłem w stanie zapanować. Później snułem się i błądziłem przez wiele godzin po nocnych, zamglonych ulicach Krakowa, szukając choćby cienia Agnieszki.
Na próżno.
Po kilku tygodniach od wspólnych znajomych dowiedziałem się, że kobieta mojego życia w tym feralnym dniu została szczęśliwą żoną Tomasza Wtyki – wojskowego naukowca z dziedziny chemii. Trafił mnie szlag, i to na tyle mocno, że z perspektywy czasu dziękowałem Bogu, iż nie ubrano mnie wtedy, gdy popadłem w szał, w biały kaftan.
Teraz, po obejrzeniu fotek z wczoraj, z jakiegoś bankietu, na którym była Agnieszka, nie wytrzymałem. Korzystając z nieobecności mojej konkubiny Karoliny, nalałem sobie kilka szklaneczek whisky i odpaliłem telewizję, aby obejrzeć w spokoju wiadomości. Miałem nadzieję, że pomoże mi się to wyciszyć, a przede wszystkim odciąć od wspomnień. A jednak, mimo wszystko, zostałem zdominowany przez wykańczające zajawki z przeszłości. Tym razem z czasu, gdy z Agnieszką wybraliśmy się na weekend do Lidzbarka Warmińskiego.
Weronika była wtedy bardzo mała, miała kilka latek. Nie mieliśmy jej z kim zostawić. Padło na moich, żyjących jeszcze wówczas, rodziców. Rodzice Agnieszki, zajęci własnymi sprawami towarzyskimi, nigdy nie mieli dla niej czasu.
Matka nie posiadała się z radości, gdy ją przywiozłem do naszego skromnego mieszkania. A my zyskaliśmy całe dwa i pół dnia na wypoczynek. Na wspomnienie tamtych chwil zamknąłem oczy. Jak ja wtedy dziękowałem Bogu, że Agnieszka wybrała właśnie mnie. Była najpiękniejszą kobietą w hotelu, na basenie, w spa i na ulicach miasteczka. Wydawało mi się, że spaceruję pod rękę z gwiazdą rodem z Hollywood. Chociaż nie! Gwiazdy z Hollywood mogły w tamtych czasach Agnieszce czyścić jedynie buty! Nikt i nic nie równało się z jej nieziemską urodą i silną, bogatą osobowością…
Nie. Tego było zbyt wiele. Wspomnienia mnie kiedyś wykończą. Zamachnąłem się i cisnąłem z całej siły pustą szklanką po whisky w śnieżnobiałą ścianę. Szkło roztrzaskało się, rozsypując po podłodze i okolicznych sprzętach.
– Niech to szlag! – wrzasnąłem i opadłem na kanapę, ukrywając twarz w dłoniach.
Następnego dnia byłem umówiony z Arturem Blagą, przyjacielem ze starych czasów, które zwałem w myślach „czasami Agnieszki”. Wiedziałem, że muszę coś wymyślić, najlepiej w ramach realizowanego dealu politycznego i biznesowego. Niezależnie od tego, jak wysoka będzie stawka w tej grze i na jakie narazi mnie ryzyko. Trzeba przerwać szaleństwo, które dopadało mnie za każdym razem, gdy tylko zbyt długo koncentrowałem się na tej kobiecie. A działo się to coraz częściej. W sposób, który niszczył życie mnie i moim bliskim.
*
– Witaj, jak interesy? – powiedział bez ceregieli i kurtuazji Artur Blaga, rozsiadając się wygodnie w moim biurze, mieszczącym się w jednym z renomowanych drapaczy chmur w centrum Warszawy.
– Doskonale. Formalności dograne. Firma założona. Kapitał wpłacony. Wnioski o dofinansowania przygotowane. Muszę jedynie dopiąć sprawy pod względem kadrowym – odpowiedziałem z właściwą dla siebie pewnością, po czym, skinąwszy głową w kierunku barku wbudowanego w jedną ze ścian gabinetu, zagadnąłem: – Napijesz się?
– Przywiózł mnie kierowca. Nie muszę być trzeźwy – zakomunikował.
– Nie ma jak torfowa… – Upiłem łyk whisky.
– Torfowa, nie torfowa… Dobrze mieć zamożnych znajomych – przerwał mi.
– Jeśli chciałeś mnie połechtać, udało ci się – powiedziałem. – A teraz coś z innej bajki: skoro wykładam poważną forsę, uczestniczę w zaawansowanym i półlegalnym knuciu i spiskowaniu, nie mając tak naprawdę dostępu do jądra wiedzy, chciałbym postawić choćby minimalne warunki…
– O co konkretnie chodzi? – zapytał, panicznie bojąc się nowych inicjatyw.
– Chcę, aby marketingiem eliksiru młodości zajęła się Agnieszka Skok-Wtyka. – Wbiłem w osłupienie mojego rozmówcę. – Ma na tym zarobić kwotę, o jakiej nawet by nie pomyślała. Ani nie śniła.
– Pierdolisz?! – krzyknął Blaga. – Po moim trupie!
– Tylko ona jest w stanie sprawić, że ulice i środki masowego przekazu zostaną zalane informacjami o eliksirze! Jest najlepsza!
– Jak sobie wyobrażasz pospinanie tajnych zamierzeń z otwartym i niemalże przezroczystym rynkiem farmaceutycznym?! Czy to, co się stało lata temu, wyparowało ci z pamięci jak poranna rosa w Tatrach?! A jeśli tym razem mariaż uczuć względem Agnieszki i spraw rangi państwowej skończy się podobnie?! – zarzucił mnie pytaniami Blaga, a następnie, starając się nakłonić do zmiany zdania, dodał: – Jest takie powiedzenie, że nie należy dwa razy powtarzać tych samych błędów…
– Jest też takie, że prawdziwe uczucie nigdy nie przemija – zaśmiałem się. – I wiesz co? Jesteś jakiś znerwicowany… blady… zmęczony… Przyjaciel ma winnicę w Kalifornii. Mnóstwo pokoi, piękne widoki i tym podobne sprawy. Dzieci z pewnością ucieszyłaby wizyta w Universal Studios… Załatwić ci bilety wstępu?
Wiedziałem, że Blaga jako mąż niepracującej żony i ojciec piątki dzieci nigdy nie mógłby pozwolić sobie na tego typu wyjazd. Nie czułem się zbyt dobrze, proponując mu to mało etyczne rozwiązanie, ale dla moich planów związanych z Agnieszką poprowadziłbym Blagę i jego rodzinę pod rękę wprost do samego diabła. Na tacy, na taczce, na tarczy.
– Wyrażam zgodę na zaangażowanie Agnieszki w prace, ale z zachowaniem najwyższego stopnia poufności. Ona nie ma prawa wiedzieć o drugim dnie. – Blaga zmiękł. – Aha, i jeszcze jedno: musisz to załatwić sam. O tym, czy chcesz się ujawnić jako wspaniałomyślny chrzestny jej kariery i fortuny, też musisz zadecydować sam.
– Moja w tym głowa. Mam finansową moc sprawczą – odparłem cynicznie.
W ramach tak zwanego rozwoju osobistego, konieczności pracy nad sobą i związkiem z Tomaszem zapisałam się na roczne warsztaty w Ośrodku Walki z Typami Wampirycznymi. Nosiły nazwę: Uśmierzanie bólu małżeństwa i partnerstwa. Miały pomóc w uporządkowaniu priorytetów po czterdziestym roku życia. Dzisiaj uczestniczyłam w nich po raz pierwszy. Czas sprzyjał, ponieważ Tomasz wyjechał do Gdańska.
Na początek zalecono, abyśmy usiadły przy stole, na którym stały termosy ze świeżo zaparzoną kawą, herbatą i miętą. Oprócz tego zaoferowano zdrowe przekąski: seler naciowy, pomidorki koktajlowe, suszone owoce. Kiedy rozsiadłyśmy się wygodnie i zaczęłyśmy częstować, rozdano miotełki z dziurawca, które polecono odpalić w taki sposób, aby się ledwie tliły. Skorzystałam z lekkiego zamieszania i przyjrzałam się uczestniczkom. Czytając ogłoszenie o warsztatach, spodziewałam się bitych, poniżanych i porzuconych kobiet, które walczą ze światem równie mocno, jak ja z domniemaną nadwagą. Tymczasem przy stole zasiadały: znana aktorka, rozpoznawalna medialnie była modelka i inne. Absolutnie nie przypominały zagubionych czy nieszczęśliwych. A jednak się tutaj znalazły! Podobnie jak ja!
Nie zapamiętałam ich imion, ale dla własnych potrzeb nazwałam je zgodnie z wyróżniającymi je cechami: „Pulchna po pięćdziesiątce”, „Ruda”, „Kłótliwa”, „Kobieta w stylu boho”, „Artystka”.
– Okadzamy się! Dokładnie! – mówiła prowadząca, wskazując na wiązki dziurawca. – Okadzamy się, aby przepędzić złe życzenia, kochanki naszych partnerów, wrogów!
Pomieszczenie było totalnie zadymione. Zapach grzęzł w gardle, powodując odruch niepowstrzymywanego kasłania. Mościł się we włosach i ciele, nie wspominając o ubraniach. Wszyscy niecierpliwie czekali na dalszą część spotkania, patrząc wymownie w stronę animatorki. Wówczas ta, spowita chmurą dymu, powiedziała odkrywczym głosem:
– Im więcej uwagi poświęcasz sobie, tym mocniej on myśli, że robisz to dla niego! Dlatego, drogie siostry, myślmy wyłącznie o sobie. Stawajmy się małymi, wyzwolonymi, podłymi, pieprzonymi egoistkami!
– Co racja, to racja. Przez całe życie wszystko robiłam dla mojego pana. Przybyło mi dwadzieścia lat, dziesięć kilogramów i tysiące siwych włosów. Ale i skórę mam grubszą, bo się uodporniłam na drania! – podchwyciła Pulchna po pięćdziesiątce.
– Wiek? Nie masz na to wpływu! Kilogramy? Kochanego ciała nigdy za dużo! Siwe włosy? No, teraz są na topie! Daj spokój, jak na kobietę w taaakim wieku, jesteś zadbana! A co najważniejsze, wcale nie wyglądasz na osobę, która mogłaby być niezadowolona z wyglądu! – padły słowa pocieszenia ze strony Rudej.
– O, przepraszam! W dzisiejszych czasach siwizna to karygodne wykroczenie – skwitowała krytycznie i bez skrupułów Kobieta w stylu boho, przyciągając zażenowany wzrok pozostałych uczestniczek.
Nie zważając na pyskówkę, głos zabrała prowadząca:
– Koncentracja na partnerze to skupienie na sobie. Im bardziej dostosowujesz świat do własnych potrzeb, tym bardziej ten pieprzony, siermiężny świat podziwia twoją wyjątkowość. A teraz niech każda z was opowie o tym, co pięknego, dobrego i wyjątkowego robi dla siebie i podłego, przebrzydłego świata, zaczynając zdanie od słów: „Dla siebie…”.
– Dla siebie? Jest przed dwudziestą drugą, więc jeszcze nie pora na żarty, ale niech będzie, powiem, co robię dla siebie… – rzuciła Kobieta w stylu boho, przybierając cyniczny ton. – Otóż, dla siebie, miłe panie, przymykam oczy na zachowania męża. Na przykład udaję, że nie czuję, gdy czasami szarpie za ubranie, albo markuję wiedzę, że mnie zdradza.
– Dla siebie namiętnie chodzę do salonów wellness & spa – zabrałam głos. – Pindrzę się, maluję i często odwiedzam fryzjera. Dla siebie dbam o linię, bo lubię się mieścić w ciuchy, które kupiłam lata świetlne temu. Poza tym dla siebie flirtuję i uwodzę, bo uwielbiam się podobać facetom i przepadam za tym, jak mnie adorują. A później, jak już dotrę do celu i któremuś bardzo, bardzo, bardzo wpadnę w oko, wyżywam się na nim za całokształt. Proste i przyjemne.
– Dla siebie wyrzucam wszystko, co mi leży na sercu, żołądku, a nawet wątrobie. Jak kto woli. Lubię w sobie to, że mam odwagę się kłócić i spierać. Do upadłego. Na śmierć i życie. W końcu mój znak to skorpion – wyartykułowała znerwicowanym tonem kobieta, którą określiłam per Kłótliwa. – Od razu uprzedzam, że gdyby któraś z was okazała się nielojalna i zechciała wynieść na zewnątrz to, o czym tutaj rozmawiamy, spotka ją zasłużona kara. A będę o tym wiedziała, bo przecież skorpiony mają szósty zmysł. Tak więc wiem wszystko znacznie wcześniej, niż zostanie ujawnione…
– Dla siebie w akcie buntu, a po części w pogoni za modą na naturę, nie depilowałam przez pół roku nóg i pach. Cholera jasna! Było brzydko i nieestetycznie! Ale mieściłam się we współczesnym trendzie, więc chyba nie jest źle, prawda? – powiedziała dumna z siebie Ruda.
[…]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Przerwane linie serca
isbn 978-83-8423-516-4
© Magdalena Artomska-Białobrzeska i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Anna Pomianek | JezykoweDylematy.pl
korekta: MAQ PROJECTS
okładka: Paulina Radomska-Skierkowska
konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz Studio Akapit
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: sekretariat@novaeres.pl
http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
