Przepraszam, czy ktoś zamawiał duszenie? - Iwona Banach - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Przepraszam, czy ktoś zamawiał duszenie? ebook i audiobook

Iwona Banach

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

19 osób interesuje się tą książką

Opis

W miasteczku Wieszczyce, w kompleksie hotelowym Leśne Zamczysko ma się odbyć Backstreet Books Festiwal, czyli festiwal autorów i książek spoza mainstreamu. Jego organizator, agent literacki Lolo Ćwik chce w ten sposób zdobyć nowych autorów. Niekoniecznie dobrych, ale koniecznie obiecujących.

Dlatego wszyscy piszący chcą się tam znaleźć.

Hotel, kiedyś wspaniały, teraz podupada i szykuje się do remontu generalnego.

Finansowania festiwalu, w zamian za promowanie okolicy podejmuje się miasto Wieszczyce.

Uczestnicy festiwalu wyczuwają „nutkę” mistycyzmu i astrologii, gdyż w Wieszczycach grasują… wieszczyce. Żeńskie demony słowiańskie, nieco wampiryczne, o nie do końca określonych preferencjach dotyczących krwi i poezji.

Niestety w łazience przy restauracji, w schowku na miotły, zostaje odkryty martwy i nagi agent literacki…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 360

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 51 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Gaya Rosa

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Las, noc, ciemność, drzewa i kłęby morderczego dymu. No, może nie kłęby, ale smugi, i nie morderczego, a smrodliwego, pełno dymu w miejscu, gdzie nie powinno go być.

– Co ty tu robisz?! – Dziewczyna trochę teatralnie zakasłała, żeby pokazać, że to, co się dzieje, wcale jej się nie podoba. Nie uzyskała odpowiedzi, jakiej by się spodziewała, a spodziewała się przynajmniej jakiegoś głupiego tłumaczenia, a nie paniki w oczach.

– A co cię to obchodzi?! Szykuję specjalne atrakcje na nocny wypad festiwalowy – odpowiedziała jej osoba spod drzewa.

Odpowiedź może i dało się zaakceptować, ale była nielogiczna. Jaki spacer? W krzakach? Kto podczas festiwalu literackiego chodzi między krzakami nocą i wdycha dym spalenizny? I po co miałby to robić?

Owszem, atrakcje są potrzebne i nawet były zapowiadane, ale nie takie! No i dym wydaje się raczej obrzydliwy, a nie kuszący.

– Taaa, jasne, co to za atrakcje? Grilla będziesz robić? W takim miejscu? Nie no, to zły pomysł. – Westchnęła i rozkasłała się jeszcze bardziej, smród był bowiem tak duży, że szok, a sama lokalizacja na imprezę zupełnie się nie nadawała.

– Może grilla, a może ognisko? Zresztą, to nie twoja sprawa. Coś robię, ale tobie nic do tego!

– Odwala ci, naprawdę! To może być niebezpieczne! – Wskazała ręką dookoła, szczególnie po okolicznych drzewach i krzakach.

– Czego się czepiasz? Co? Odwal się i tyle! Wracaj do zamczyska i nie pchaj nosa w nie swoje sprawy. Nie interesuj się lepiej, bo kociej mordy dostaniesz. A ja zrobię, co zechcę, ognisko czy grill, to nie twoja sprawa!

– Ja pierdolę, to jest chore, ognisko pod drzewem? Spalisz tu wszystko albo jakiś pożar wywołasz! Lepiej przestań, rozgrzeb to i zgaś natychmiast! Polecę po gaśnicę. Mam nadzieję, że nie palisz tu niczego ważnego?

– Zdziwiłabyś się…

Przybyła kopnęła kupę śmieci leżących przy rozpalającym się powoli ogniu.

– Ale co tu robią te… Zaraz… Kapelusz? Czy to nie są ubrania…

– I widzisz, jednak nie polecisz po gaśnicę! Nigdzie nie polecisz. A zostałaś uprzedzona. Prawda?

Nikt nie usłyszał krzyku.

***

Dostałaś? – Dźwięk prywatnej wiadomości na Facebooku wywołał uśmiech na twarzy Brygidy, w swoim własnym mniemaniu znanej pisarki, która właśnie w tym momencie głowiła się nad sceną łóżkową. Postanowiła na siłę dopisać ją do swojej nowej powieści, bo seks łatwo się sprzedaje, a jej książki nie za bardzo ostatnio były poczytne.

Ostatnio. Jakkolwiek to brzmi, po prostu nie sprzedawały się wcale. Niektórzy twierdzili, że to wina błędów językowych (nie pokuszono się o redakcję książki), a inni, że wydawanie w trzystu egzemplarzach to bezsens. Jeszcze inni twierdzili, że tekst był denny.

Brygida uważała, że wszelkie negatywne opinie to hejt, a tym nie zamierzała się przejmować.

Redakcja książki nie interesowała jej wcale, bo co ma piernik do wiatraka? A egzemplarze można dodrukować. I helou! Życie jest piękne, ale czasami wkurwiające.

Czytelnicy zarzucali jej niedopuszczalne wręcz braki w zakresie scen miłosnych, dlatego co drugą stronę usiłowała coś takiego wstawić, chociażby co dwunasty akapit. Musiała posługiwać się słownikiem, by nie powtarzać się za bardzo. Była więc rozogniona buława, batuta, berło, drzewce… Synonimy. Tak ze słownika. Proste. Wszystko napęczniałe spermą, ewentualnie pełne chuci. Napęczniałe chucią i rozognione spermą. Kiedy doszła do rozognionego pastorału, stwierdziła, że tak się nie da i dobrze zrobiła, bo chyba by ją ktoś zlinczował.

 

Kochana, oczywiście, że dostałam! – odpisała, udając oburzenie pytaniem i nie miała zamiaru mówić nikomu, że miejsce na festiwalu wykupiła sobie dzięki znajomościom.

Koleżanka szybko się zmitygowała.

 

No oczywiście, że dostałaś. Tak myślałam, w sumie racja, nie mogło być inaczej! – skomentowała koleżanka, wyraźnie zmieszana.

 

To czemu pytasz?

 

Bo Aśka podobno też dostała. No i tam ma być Lolo Ćwik…

 

Ja to nie wiem, czy się cieszyć, czy płakać.

 

Wszyscy wiedzieli, że Lolo jest na festiwalu osobą najważniejszą i najważniejszym czynnikiem sławorodnym, choć rzeczywiście, bywał bardzo wredny i wymagający.

 

Może nie jest taki zły jak go malują?

 

Koleżanka Brygidy, Karolina Wydra pisywała romanse historyczne i właśnie się przebijała przez gęstą od niemożliwości drogę wydawniczą, zwłaszcza że w swoich opowieściach traktowała historię po macoszemu. Myliła powstania, mieszała epoki, gubiła wątki. Kiedy powstanie warszawskie przeniosła do osiemnastego wieku wzbudziła taki popłoch w jednej z redakcji, że naczelny zemdlał z wrażenia. Książki jej nie wydał, niestety, wydała ją sama i to bez poprawek, bo w końcu, kogo interesuje historia? Miłość jest o wiele ważniejsza.

Karolina zdecydowanie chciała się przebić.

I dlatego tu była.

To przebijanie się nie szło jej najlepiej, choć czuła, że nie jest to jej wina. Jak każdy w tym środowisku uważała, że jest genialna, tylko niedoceniana, a ponadto była to wina układów i układzików, w które jeszcze nie weszła, choć miała na to wielką ochotę. Jak każdy.

Ludzie się oczywiście złoszczą, burzą, wściekają, że układy, że znajomości, ale jak tylko przyjdzie co do czego i pojawia się szansa na najmniejszy choćby układzik, to sami chętnie korzystają, i wtedy to jest już zupełnie „co innego”.

Karolina zaproszenia jeszcze nie zdobyła, choć nie zamierzała się tym chwalić. Liczyła, że to wkrótce się zmieni. Kiedyś. Na pewno. W końcu jakoś je zdobędzie.

 

A kto jeszcze przyjedzie? – zapytała znów Brygida.

 

Nic nie jest pewne. Ludzie wykupili miejsca na pniu, po kilka, a potem rzucili bilety na czarny rynek. W sumie nie wiadomo. Są też jeszcze zaproszenia vipowskie. Ale tych najważniejszych gości to muszą dokładnie dobrać.

 

No tak, potencjał, wartość sprzedażowa, umiejętność promowania się – wyliczała Brygida.

 

Talent – odpisała Karolina.

 

Obie na chwilę przerwały korespondencję. Talent to było coś, co nie było najważniejsze, ale nikt by nim nie pogardził.

 

Ale to jeszcze nie wszystko. – Karolina wystukała po chwili tajemniczo.

 

To znaczy? – Brygida tylko udawała nic niewiedząca świętą naiwniaczkę. Coś tam wiedziała, ale udawanie naiwniaczki zawsze przynosiło korzyści w postaci ciepłych plotek i świeżych wieści.

 

Bo na festiwalu będzie Adrianna Lalama!

 

Adrianna Lalama? Przecież ona jest od poradników ezoterycznych! – Brygida się zdziwiła. To nie jest literatura!

 

Literatura lub nie, ale ona będzie robiła panele z poczucia weny, emocjonalności pisarsko duchowej, oraz z inspiracji zaświatem.

 

Czym?

 

No, zaświatem i czymś tam jeszcze. Takim ogólnym podejściem całościowym do tekstu literackiego, żeby był holistycznie integralny i jakiś tam, z uważnością. To takie nowe. Modne bardzo ostatnio.

No wiesz? Ja tam wierzę, że to będzie coś fajnego i nowego.

 

Żartujesz?! Z Ćwikim? Nowego? Oby nie było masakry! Przecież ludzie będą się tratować pod jego pokojem albo biurem, choć odwalała prawie sto procent nadesłanych tekstów i działa w mainstreamie.

 

I to była prawda, odwalał, i to bez ceremonii. Bez słowa, bez skrupułów albo, jak ktoś go wkurzył, z awanturą i „ciepłymi słowami”, wśród których podobno królowały „tłumok”, „grafoman” i „beztalencie”. Podobno, bo tak głosiła plotka, ta stugębna, a ludzie listami czy mailami od Ćwika przecież się nie chwalili.

Festiwal był nowy. I tak naprawdę nie był taki, na jakiego miał wyglądać.

Było to zgromadzenie ludzi, którzy uważali, że umieją pisać.

Uważali, że umieją. I to było najbardziej istotne.

Nie ma oczywiście pisarza, który uważa, że nie umie pisać, a jednak pisze. Ale to jednak inna bajka.

Jakby to powiedzieć… No po prostu miała to być zbieranina ewentualnych talentów, ponieważ było możliwe, że jakieś talenty się tam jednak znajdą.

I o to chodziło. Kilku wydawców chciało sprawdzić, co w chaszczach piszczy. Tak właśnie w chaszczach i chwastach, a nie w trawie. Czyli poza systemem, poza głównym obiegiem, poza mainstreamem.

***

Balbina nie była gąską i miała straszliwy żal do swojej matki za to potworne imię, którego nienawidziła z całego serca. Właściwie mogła je zmienić, choć tak naprawdę nie mogła. Dawało jej ono pewną przewagę nad innymi, bo nie było człowieka, który by jej nie zauważył i nie zapamiętał. A to było już coś, gdyż innych atutów nie posiadała. Nie wyróżniała się ani big cycem, ani tyłkiem na poziomie, ani diafragmową talią (i nie chodzi o tę, która wygina futryny). Planowała operację plastyczną, ale nawet na Turcję nie było jej stać. Póki co, jako wabik musiało wystarczyć imię.

Ona sama niestety nie była ani ósmym cudem świata ani osobą z sercem na dłoni. Była wredna do szpiku kości. Czarny PR też coś daje, czasami więcej niż laurki, ale nie można przesadzać.

Włączyła laptop, weszła na swoją pocztę jedną, drugą, osiemnastą, przeszukała spam, rzuciła mięsem, skarciła siebie sama za takie niegodne zachowanie i westchnęła z rezygnacją.

Nie powinna była tak postępować, tak się ekscytować i stresować, w końcu jak nie dostanie zaproszenia vipowskiego, to i tak je jakoś sobie załatwi.

Niestety, zależało jej na tym aż za bardzo, bo choć nie był to festiwal, o jakim marzą wszyscy, to mógł być do niego przepustką.

Festiwal był oboczny i skierowany jedynie do piszących inaczej, czyli do tak zwanego drugiego obiegu, ale i tak ludzie chcieli się tam znaleźć.

Ci piszący fanfiki w necie nie mieli żadnych możliwości, ale ci, którzy wydawali swoje powieści w szemranych wydawnictwach, rozprowadzali je w e-bookach, albo szaleli na Wattpadzie i mieli wszelkie szanse, by się tam dostać i  zostać zauważonym. Nie ważne było, co pisali.

Balbina jeszcze raz przejrzała wszystkie konta pocztowe. Na wszelki wypadek.

Było coraz mniej czasu. Kilka VIP-ek na Facebooku już się pochwaliło zaproszeniami, kilka pisało, że na pewno je otrzymają. I kim oni byli? Jakimiś marnymi płotkami, które słabo poruszają się w morzu literatury kosmicznoobyczajowej, o ile to coś, co pisały, można nazwać literaturą (przygodny seks na statku kosmicznym, miłość i ponadziemsko wredna teściowa). Jakieś pisarki od siedmiu boleści i erotycznego fantasy, ktoś z kryminałów… Jakieś ufoseksiary, a także kosmiczni kochankowie apokalipsy. Mniej więcej tyle, plus dwie domorosłe erotomanki, które rodziły seksbooki jak małe królice.

A ona?

Nie była w stanie zrozumieć takiego zachowania organizatorów, przecież jak się chce coś znaczyć, to wybiera się najlepszych!

A ona była najlepsza! Wydała za własne pieniądze sześćdziesiąt trzy powieści i kilkanaście e-booków o każdej możliwej tematyce! Pisała o traumach, miłości, dobrej i złej karmie, kosmosie, a nawet o chorobach autoimmunologicznych.

– No i co? Nic? – zapytał Borys, jej osobisty chwilowo chłopak, z którym pomieszkiwała, ale z którym nie wiązała wielkich nadziei, w końcu jak się jest kimś, to się ma wymagania, a Borys strasznie marnie zarabiał i nie zanosiło się na to, by kiedykolwiek zarabiał więcej.

Popatrzyła na niego i zdała sobie sprawę, że jego uśmiech nie był chyba taki jak należy. Przez te zmarszczki mimiczne przebijało jakby zadowolenie? Uciecha? Satysfakcja?

O niedoczekanie, gnoju!

– No właśnie nic – odpowiedziała niezadowolona i postanowiła jeszcze poszukać, może przez przypadek zaproszenie wpadło do usuniętych? Do spamu? A może do jakiejś innej głupiej zakładki?

Może Borys z zazdrości je wywalił? Oby tylko nie skasował. Wyczuwała w nim ostatnio zadatki na przemocowca, byłby zdolny do takiego chamstwa.

Tak. Byłby.

Backstreet books festival właśnie się tworzył. Powstawał, a jego pierwsza odsłona miała mieć miejsce dosłownie za moment, a tu nic. Czuła się jak zbita gęś, jak porzucony pies, jak nic nie warty śmieć, aż nagle usłyszała dzwonek do drzwi.

– Szlag – burknęła i kopnęła Borysa w kostkę. – Idź, otwórz, pewnie znowu jakiś pieprzony domokrążca albo chuj wie kto!

Borys posłusznie poczłapał do drzwi. On też czuł się jak zbity pies, ale jednak pies. Jego przemiła niegdyś dziewczyna Balbina zrobiła się ostatnio wredna i wcale nie chodziło nawet o menopauzę. Żeby chociaż. No i to nie mogło być PMS, bo miesiączki nie dostaje się co drugi dzień.

***

Irmina szła ulicą i wgapiała się w telefon. Trochę to wyglądało dziwnie w jej wieku, ale ona nie miała na tym punkcie żadnych kompleksów.

Wyglądała na siedemdziesiąt lat, na głowie miała elegancki kapelusz, w ręku superdrogi telefon, a także wielkie, choć zdecydowanie paskudne, plany. Łączyły się one z festiwalem literackim, ale nie tylko.

Lubiła namieszać.

Teraz właśnie pichciła e-maila do jednego z wydawców, żeby „uprzejmie go zawiadomić” go, że jedna z jego autorek jest chora psychicznie i lepiej się jej pozbyć, a już na sto procent nie wydawać jej książek, bo zwariowała i może biegać po ulicy z siekierą. Irmina usłużnie dołączyła do wiadomości zdjęcie, na którym rzeczywiście było widać jak rzeczona autorka biegała po ulicy z siekierą, ale zdjęcie było tak wykadrowane, że nikt nie wiedział, że był to fragment właśnie nagrywanego filmu promocyjnego do powieści kryminalnej tejże podobno szalonej autorki.

– Uważaj, gdzie leziesz, kretynko! – zawołał za nią jakiś facet leżący na chodniku, o którego się właśnie potknęła.

– Tylko bez kretynek… Debilu zasrany! – odpowiedziała i kopnęła leżącego, choć grzeczne starsze panie nie powinny tego robić. – Śmierdziel pierdolony, no! Całego e-maila szlag mi trafił, bo się chuj wypierdolił w miejscu publicznym. Wynocha stąd, zasrańcu! Kulturalnym ludziom przeszkadzasz! Won!

Mężczyzna nie pierwszej świeżości doznał szoku.

– No ja sobie wypraszam! – wydukał, nadal leżąc, bo choć wiązanki znał wszelkie, nawet szewskie i krawieckie, z dodatkiem takich używanych przez taksówkarzy z warszawskiej Pragi, to jednak mowę mu odjęło, co wcale nikogo nie powinno dziwić. – W końcu mamy wolność, mogę sobie leżeć, gdzie chcę! – dodał niepewnym głosem.

– Ja też sobie wypraszam – warknęła. – Czy pan wie, kim ja jestem? – dorzuciła mocno i wściekle.

– Jasne, że wiem, jest pani pojebaną suką, która łazi po ulicy jak jakieś pieprzone zombie, ale co mnie to obchodzi? Zresztą… – zawahał się nagle, zamarł i niezgrabnie usiadł na krawężniku.

– Menel? – prychnęła Irmina z dezaprobatą.

Siedzący na krawężniku mężczyzna obraził się z kretesem.

– A gdzie tam menel, zaraz menel, zwyczajny pijak jestem. A leżę, bo się wypierdoliłem, a nie że coś tam, żadne tam jodły na gór szczycie czy maki na Monte Casino, nic z tych rzeczy, wstawać mi się nie chciało, zresztą, co to taką dziunię pieprzoną może obchodzić? Co?!

– A może. – Irmina przystanęła, wyłączyła telefon i podrapała się nim po czole. – Myszadło?! – zapytała głosem pełnym zachwytu i nieukrywanej nostalgii.

– Dla kogo Myszadło, dla tego Myszadło! – odpowiedział niepewnym głosem, wpatrując się w postać przed sobą. Miał marne szanse, żeby cokolwiek konkretnego zobaczyć, bo siedział na chodniku i obserwował wszystko z dołu, a Irmina miała na głowie kapelusz, a na całej swojej postaci eleganckie, haftowane, szalenie kolorowe, ale i obszerne letnie płaszczysko, w którym wyglądała jak odświętna Buka.

No cóż niczego jej nie brakowało, nadprogramowych kilogramów też, choć naprawdę ich nie lubiła.

– Jak to dla kogo Myszadło?! Kordian! Nie poznajesz mnie?! Jak możesz?! To ja! Powinieneś mnie pamiętać! Tyle dla ciebie zrobiłam! – zawołała egzaltowanym głosem.

Mężczyzna raczej nie wyglądał na zachwyconego.

– Znaczy kto? I co? I w ogóle…

– Irmina przecież! Ir–mi–na! – Podkreśliła swoje imię, jakby miało ono wielkie znaczenie – A kto na ciebie mówił Kołdrianek? Co?

– Każdy, kto chciał – odburknął, wpatrując się z niedowierzaniem w kobietę. – Ale nie jesteś przecież tą Irminą. Tą krową, przez którą wylądowałem w więzieniu? Co?!

Na chwilę zapadła cisza, ale nie wydawała się jakaś zakłopotana czy nieprzyjemna. Irmina wzruszyła ramionami, jakby to, co powiedział, nie miało znaczenia.

– Prawda? Nie jesteś nią? Tak? Znaczy nie? – Mężczyzna zaczynał wyraźnie panikować.

– Jasne, że jestem! – prychnęła dumnie Irmina. –  A w więzieniu wylądowałeś, bo popełniłeś przestępstwo! Złodziej żeś jest chujowy, to cię złapali, zachłanny żeś był, trzeba było tyle tego brać, że aż ze schodów zleciałeś na zbity ryj? Aaa? – zapytała złośliwie. – I skazali cię tylko na dwa lata! – zawołała z niezadowoleniem.

– Kurwa, jasne! Na zbity ryj? Na zbity?! A kto mnie kopniakiem zrzucił ze schodów?

– Oj, nie marudź! Rok nie wyrok!

– Rok to nie wyrok, dwa lata jak dla brata? Ale ty się zawinęłaś i zniknęłaś. Zniknęłaś całkowicie! Z moim łupem!

– Kurwa, już przestań, co to był za łup, gówniane papiery! Nic cennego.

– To po coś znikała? Dlaczego uciekłaś? Co? I dlaczego mnie olałaś?! Ha?

– Bo tak należało. No wstawaj. Ty jakiś bezdomny jesteś czy tylko tak? – zapytała na wszelki wypadek, bo bardzo się ceniła, gdyby Kordian okazał się osobą potrzebującą wsparcia, domu czy czegokolwiek innego, to natychmiast przestałaby się nim interesować.

– Odpoczywam. Zdomny jestem, całkiem nawet! Rodzice mi zostawili domek na Willowej. Wiesz, tam koło Biedronki.

– Spadek ogarnąłeś? Wow. Znaczy nie żyją?

– A dlaczego mieliby nie żyć?! Pojechali na wycieczkę dookoła świata – odpowiedział, wzruszając ramionami.

Irmina nie była przekonana.

– Zamordowałeś ich i zakopałeś w ogródku?! – zapytała podejrzliwie.

W ogóle była podejrzliwa, zawsze i wszędzie oraz w stosunku do każdego, ale Kordiana znała, a to jeszcze bardziej wzbudzało jej podejrzenia, z drugiej strony było jej wszystko jedno, co rzeczony Kordian zrobił z własnymi rodzicami i czy podróżują po tym czy po tamtym świecie.

Kordian wyraźnie się obraził, w końcu matko- oraz ojcobójstwo to paskudna sprawa. Podejrzenie to wyraźnie go wkurzyło, ale on też doskonale znał Irminę i wiedział, że potrafi być paskudnie wredna. Trafił swój na swego, można powiedzieć, choć Kordian był jednak sympatyczniejszy i mniej zachłanny.

– No co ty! Ja taki nie jestem! Poza tym łatwo się męczę, kopanie w ogródku nie jest dla mnie. Sama widzisz, co robię, leżę i kwiczę – rzucił stwierdzeniem, niezbyt adekwatnym w tej sytuacji.

– Ale dlaczego tutaj? – zapytała, wskazując na rozkopany chodnik i dziurę po studzience kanalizacyjnej.

– Bo tu się zmęczyłem i nie kop mnie, bo ja też potrafię – burknął, widząc jak elegancka i kolorowa Irmina od czasu do czasu dość zamaszyście trąca go nogą.

– Wstawaj, do cholery! – wrzasnęła w końcu takim głosem, że nie umiał jej nie posłuchać. Mówi się, że stara miłość nie rdzewieje, ale przyzwyczajenie też robi swoje, a on był przyzwyczajony do słuchania poleceń.

Zresztą oni się nie kochali, byli dość luźnymi znajomymi z benefitami, tyle że benefity w tym układzie nie były ani amerykańskie, ani za bardzo seksualne. Mieli inne.

***

Anastazja Wyciorek była dyplomowaną wróżką, z prawdziwym internetowym dyplomem z Uniwersytetu Hokusfordzkiego, którym chwaliła się na prawo i lewo, bo w kręgach, w których się obracała, i w których obracali się jej obserwatorzy między Oksfordem a Hokusfordem nie widziano żadnej różnicy.

Nie bawiła się kryształowymi kulami ani tablicami OUIJA. Ona wyczuwała aurę. Jest to o wiele zabawniejsze i na dodatek nikt nie może jej zagrozić czymś w stylu; „Zaraz, zaraz, ja tu widzę coś innego” albo „Nie, nie, to nie było urwał, tylko kurwał, litery się pani na tablicy pomyliły”.

Wyczuwanie samo w sobie jako czynność jest z zasady niewidoczne (nie wymaga ani hołubców, ani podskoków), a aurze, która też w zasadzie jest niewidoczna, daje wielkie pole do popisu.

I zamyka pyski hejterom.

Anastazja wyczuwała więc wszystko, potrafiła przepowiedzieć nawet koniec świata i robiła to co drugi dzień na Facebooku, bo to najbardziej podnosiło zasięgi. I nie, nie bała się, że ludzie przestaną jej wierzyć. Końce świata były eleganckie, więc ludzie im wybaczali, jej też.

Ludzie zdają sobie sprawę, że przepowiadanie przyszłości to nie w kaszę dmuchał, na to przepisów unijnych się nie produkuje, nie ma norm ani wymogów i nawet najlepsi nie wszystko dokładnie widzą, bo to nie takie proste, dlatego uważali, że Anastazja po prostu się stara, szkoli, wysila, i mówi to, co jej podpowiadają zaświaty, ale nie każdy może to zrozumieć.

Tak jak u Nostradamusa?

Dlatego cokolwiek by nie powiedziała, było prawdą, udzielała się w internecie, w telewizji, jeździła z wykładami, a teraz została poproszona o wygłoszenie cyklu wywiadów o duchowości wenicznej na festiwalu literackim.

Duchowość weniczna to całkiem nowa dziedzina, w której nie ma wielu specjalistów, dlatego miała ogromne pole do popisu, zwłaszcza że ona sama tę weniczność wymyśliła. To znaczy ukradła innej astrolożce, ale ludzie spragnieni wyższych odczuć zaraz to pochwycili i liczyła na to, że uda jej się na tym jeszcze nieźle zarobić.

W końcu wszystko zawsze rozbija się o pieniądze. Trzeba więc jakoś je zarabiać, a tu było o co kopie kruszyć.

Weniczność to nic innego jak współdziałanie z weną, a kto nie potrzebuje weny? Może hydraulikowi nie jest specjalnie potrzebna, ale już pisarz musi się z nią liczyć. Plastyk, poeta, kucharz, a nawet krawiec czy felietonista muszą współdziałać z weną i oczywiście z Anastazją, a nie chodzi tylko o takie zwykłe: owszem wiem i szanuję, lecz o brzęczącą monetę, bo ona mogła na przykład wenę przywołać albo na przykład ją… odwołać!

Naprawdę potrafiłą to zrobić, bo wiedziała, jak działa sugestia.

– Od dziś nie sklecisz ani zdania, ty literacka wywłoko, odwołuję twoją wenę! Jak nie zapłacisz, to koniec twojej kariery pisarskiej. – Mogła tam komuś napisać. Albo powiedzieć.

Mogła również komuś zagrozić w jakiś zakamuflowany sposób, a ludzie są przesądni. Astrologiczny haracz to niezły zarobek, a dziedzina? Cóż, każdy orze jak może.

Jednemu kucharzowi od jej groźby jak najbardziej warzyły się wszystkie beszamele. Musiał zapłacić.

Anastazja była zdolna do wszystkiego, mogła rozbudzić drzemiące w kimś natchnienie lub je całkiem uśpić, a w ostateczności nawet zabić, zdusić w zarodku, skasować.

No tak.

Mogła i zamierzała tak zrobić, ale przecież nie tam, nie na festiwalu. Tam chciała tylko pokazać się z najlepszej strony, żeby potem ludzie długim mrówczym łańcuszkiem pchali się do niej w kolejce, jak do niektórych pisarzy po autografy. Pewne możliwości w życiu się nie powtórzą.

Wykłady na festiwalu były więc dla niej czymś istotnym. Owszem, zdawała sobie sprawę z tego, co to za festiwal i dla kogo jest przeznaczony, ale właśnie w takich środowiskach liczyła na najwięcej.

Było to zbiorowisko ludzi niedocenianych, którzy siebie samych cenili aż za bardzo i dlatego chcieli zdobyć rozgłos i renomę. Odrzucani przez mainstreamowych wydawców, hejtowani, pouczani, pomijani, uważali się za zdolnych i nowatorskich, dlatego chcieli te swoje zdolności i nowatorstwo wszystkim udowodnić.

Anastazja mogła tam, w tym bardzo specyficznym środowisku, z jednej strony pełnym ludzi przekonanych o własnej wyjątkowości, z drugiej przesądnych, zrobić sobie naprawdę świetną reklamę.

***

– Hej, no rusz dupę – zawołała Balbina za oddalającym się w kierunku drzwi Borysem i pokręciła głową ze zniechęceniem. – Szybciej, no! – Naprawdę miała dość jego lenistwa. No dobrze, pracował, robił coś tam, potem trochę ogarniał chałupę, ale na litość boską robił to naprawdę bez śpiewu na ustach, wszystko leżało odłogiem, wszystko było zasyfione, a naczynia kisły, jak ich sama nie umyła. Zupełnie nie rozumiała, po co związała się z tym ćwokiem, który nie był w stanie zapewnić jej podstawowych wygód i bezpieczeństwa finansowego, o wydawaniu książek za jego pieniądze nie wspominając.

I nie był przystojny. I do tego jego wyposażenie w dolnych partiach… hm, jakby to powiedzieć, kadłuba, było marne i niechętnie się aktywowało. No ciul.

W ogóle, jeżeli chodzi o seks, to nie wymiatał.

Rozumiała tradycyjne role męskie i żeńskie, akceptowała je, wiedziała, że mężczyzna powinien zarabiać, a kobieta leżeć i pachnieć. Taka zawsze była zasada w dobrych domach. Też tak mogła, ale postanowiła, że się poświęci i zajmie się pracą, że będzie pisała książki, toteż on powinien się choć poczuwać do sprzątania i gotowania, ale nie. Nie, on był przecież jak wielki pan. On nawet zmywarki nie umiał załadować, a jak załadował, to potem kisił w niej brudne talerze dwa dni, zanim się zorientowała i wcisnęła odpowiedni guzik „start”.

Raz to nawet o mało nie została porażona prądem.

– Jakiś polecony. Możliwe, że do ciebie – zawołał. –  Pewnie rachunek. Śmiecie wrzuciłem do kominka –  oświadczył i poszedł do łazienki wziąć kąpiel.

Balbina, kiedy zrozumiała, co powiedział, oszalała. Rzuciła się do salonu i z przerażeniem stwierdziła, że w kominku płonie jakiś list. Płonie, czernieje, skręca się i dymi.

– Ten bydlak zrobił to celowo! – zawołało jej serce i wątroba, zanim ona sama się rzuciła, żeby wyciągnąć z płomieni tlące się papiery.

Poczuła, że coś jest nie tak. Z Borysem coś jest nie tak. Jak on mógł coś takiego zrobić. Przecież wiedział, że ona czeka…

To znaczy nie wiedział, bo mu nie powiedziała, ale mógł się domyślić.

Dodała do tego porażenie przez zmywarkę (nie całkiem, ale prawie) i kilka innych zachowań i stwierdziła, że albo chce ją zabić, albo ma kochankę.

Wolała to pierwsze, bo było bardziej romantyczne i dawało więcej rozgłosu.

Kochanki to przeżytek. Zdrady to bezsens. Nikt się tym już nie ekscytuje, za to usiłowanie zabójstwa daje osobie, którą usiłowano zabić (i to przecież kilka razy, jakby się tak dobrze przyjrzeć) sporo punktów mocy, kiedy potem opowiada o tym na spotkaniach autorskich, w telewizji śniadaniowej albo przy winie z wydawcą. Choć taka rozmowa z wydawcą mogłaby zostać różnie odebrana. Jak kiedyś powiedziała jednemu wydawcy, że elektryczny szop pracz, którego kochanka ojca kupiła jej synowi na Mikołajki, postanowił ją zabić, nie zyskała na tym zbyt wiele, bo wydawca zakrztusił się winem i musieli go zabrać na oddział ratunkowy.

Już wyobrażała sobie, jak snuje swoją opowieść w telewizji śniadaniowej, może nie tej najbardziej znanej, ale jednak w telewizji.

– A tak między nami mówiąc, bliskość śmierci bardzo wzmacnia doznania weniczne. I to pokazuje, jak niebezpieczne jest życie pisarza.

W chwilę potem, we własnym salonie, niestety, nie w telewizji śniadaniowej, poczuła, że zapaliła jej się spódnica. Tak trochę, nie za bardzo, ale jednak zapaliła.

Bliskość płomieni też zwiększyła jej doznania weniczne, zwłaszcza w zakresie słowotwórstwa mięsnego.

Zaczęła trzepać spódnicą i machać nią, co jeszcze bardziej ją rozpłomieniło i to wcale nie wenicznie.

Miała bardzo marną wiedzę na temat tego typu spraw. Coś gdzieś czytała, że tlen jest do czegoś potrzebny, a dwutlenek nie, ale dlaczego to takie ważne? Przecież to chyba wszystko jedno?

Miotanie się po pokoju spódnicy nie ugasiło.

Od spódnicy zapaliła się firanka.

Balbina machała listem na wszystkie strony, żeby przestał się tlić i żeby mogła go otworzyć i odczytać, ale płomienie zaczęły ogarniać pomieszczenie.

Balbina, czuła, że to była jego wina, Borysa. Jak zawsze!

Kobiety czują takie rzeczy.

Ona chciała rolety w oknach, a Borys ciągle tylko firanki i tiul. W ogóle nie powinna była mu pozwalać na udział w urządzaniu mieszkania. Fakt, należało do niego, ale ona miała o wiele lepszy gust i powinna mieć najwięcej do powiedzenia.

Cieszyła się więc, że wkrótce dostanie dom po ciotce i wtedy dopiero pokaże, na co ją stać, a Borysa do urządzania go nie dopuści.

– Ratunku! – zawołała rozpaczliwie spośród płomieni i wpadła do łazienki.

Borys ugasił ją słuchawką prysznica. Miała potem trochę siniaków.

Balbina zdecydowanie się z tego nie ucieszyła.

– Jak mogłeś mi to zrobić?! Jak mogłeś wywalić tak ważny list do kominka?! Zrobiłeś to specjalnie! – zawołała z rozpaczą. Patrz! – rozdarła nadpaloną kopertę, z której wypadł kawałek kartki. Było to ciut zwęglone zawiadomienie, o tym, że w czwartek MZGK zbiera gabaryty i elektrośmieci.

– Do kominka wywaliłem tylko to! List zostawiłem na stoliku w przedpokoju. Żeby się tylko Fafik do niego nie dobrał.

– To nie jest Fafik. To Agamemnon! – zawołała wściekła.

Mieli psa, który wabił się Fafik. Nie, gorzej, Borys miał psa i ten pies to był Fafik i Balbina uznała, że to brzydkie i poniżające imię i zmieniła je na Agamemnon. Nie reagował na nie, ale ładnie było tak iść i wołać: „Agamemnon do nogi”. To było takie godne, wspaniałe. Takie luksusowe! To świadczyło. To znaczy pokazywało jej klasę, a Borys tylko Fafik i Fafik, jak tak można?!

Wypadła do przedpokoju bo Fafik lub Agamemnon, jak zwał tak zwał, jednak potrafił wszystko poszarpać i wymemłać.

Był oślinionym potworem.

Firanki dogorywały, płonąc. Nie było obok nich nic takiego, co mogłyby podpalić, dlatego tylko czerniały i opadały. Śmierdziały plastikiem, bo tak właśnie śmierdzą sztuczne przecież firanki.

***

– Wstawaj wreszcie, bo wilka złapiesz, a ja się tobą zajmować nie będę! – wrzasnęła takim głosem, że musiał posłuchać. Zawsze, kiedy byli razem, układ był właśnie taki. Ona rządziła, on słuchał. Ona wrzeszczała, on wykonywał zadania. Po prostu robił to, co mu kazała.

Znali się od dawna, ale nie widzieli od kilku lat. I właściwie nawet za sobą nie tęsknili, ale w pewnych specyficznych momentach życia pamiętali, jak to było kiedyś.

Najczęściej ze zgrozą.

Teraz właśnie oboje się zastanawiali, co z tego wyniknie. On bał się kolejnej odsiadki, ona jego bezguścia i jak pokaże go ludziom. Niestety, nie był w żaden sposób atrakcyjny. Gdyby choć miał tak teraz modną urodę menela, wąsy, brodę długie włosy… A tu nic!

– Wiesz co? Zrobimy ci doczepy – oświadczyła, nie informując go, o czym właśnie pomyślała i dlaczego to jest ważne.

Chciał się oczywiście wymigać, ale nie wiedział jak. Za każdym razem, kiedy los ich ze sobą stykał, miał dla Kordiana w zanadrzu wielką i niestety bolesną niespodziankę, dlatego nie sądził, że tym razem będzie lepiej albo choć inaczej.

Przez chwilę się wahał, po czym jednak się odezwał.

– No wiesz, trochę mi się nie chce wierzyć, że ty to ty! A może ty się tylko pod Irminę podszywasz? – pisnął trochę przerażony, wiedząc, jak kobiety w ogóle, a kobiety pokroju Irminy tym bardziej, odbierają uwagi na temat swojej urody.

Tym razem jednak Irmina się nie wściekła. Ba, nawet się uśmiechnęła z zadowoleniem.

Kordian założył, że ma przywidzenia, skulił się więc jeszcze bardziej, ale Irmina poprawiła tylko ręką kapelusz.

– A to? Tak, no, okej… Trochę się podrasowałam –  oświadczyła, co jeszcze bardziej go zaszokowało.

– Myślałem, że kobiety się rasują w drugą stronę – wydukał niepewnie, niezgrabnie gramoląc się z krawężnika i otrzepując siedzenie oraz przyległości.

– Zależy, co chcą osiągnąć!

– A ty?

– Och, nie będę ci tego tłumaczyć na ulicy, chodźmy gdzieś! – oświadczyła i Kordian natychmiast odczuł to jako żądanie.

– No, ale gdzie? Nie mam kasy… – Chciał się sprytnie wywinąć i pluł sobie w brodę, że sam z własnej woli wpadł jej w sidła, ale każdy wie, jak działają wspomnienia.

Wybiórczo.

Kordian kasę miał. Nie było tego dużo, dlatego nie chciał jej pochopnie wydawać. Wykombinował sobie, że trochę na Irminie skorzysta, naciągnie ją na piwo czy dwa, może na sporego schabowego, w końcu jak mieli coś razem działać, to przecież nie na głodniaka. Niestety, przeliczył się.

– To idziemy do ciebie – oświadczyła i w tym momencie zdał sobie sprawę, że przegrał z kretesem, bo jeżeli była taka, jaką ją pamiętał, to właśnie postanowiła u niego zamieszkać.

Tak, Irmina wzięła to pod uwagę, ale tym razem jej plany sięgały dalej i wyżej, samo mieszkanie nie było aż takie istotne, choć oczywiście, jak los coś ci daje, to się to bierze, darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, bo los bywa drażliwy na punkcie swoich prezentów.

***

Agamemnon był pieskiem o szczurzym pyszczku, uszach jak u fenka, płowej sierści i grubym brzuszku. Miał też manię wielkości i ostre, szpileczkowate zębiska.

Spokojnie mieścił się w większej torebce i spacery z nim w tej formie były całkiem do przyjęcia, niestety, sąsiedzi zagrozili donosem do towarzystwa opieki nad zwierzętami, bo biedny piesek w ten sposób wyprowadzany nie mógł obwąchiwać latarni.

Balbina musiała więc przynajmniej jakąś część trasy spacerowej prowadzić psa na smyczy, co było dla niej trudne, gdyż spacer z Agamemnonem na smyczy był bardzo często drogą przez mękę, piekło i SOR, bo to chucherko o lwim sercu atakowało wszystko, co się rusza. Atakował samochody, co nie było najgorsze, a także duże psy agresywnych ras oraz wózki dziecięce.

Kto wie, co jest gorsze, pitbull bez kagańca czy rozwścieczona „madka”, której bombelek został obszczekany.

No i pitbull zaatakuje psa, a „madka”… jego właścicielkę.

Teraz piesek stał i patrzył na Balbinę, a w jego oczach czaiło się wyzwanie.

Z pyska wystawał mu napoczęty list.

Jeżeli by do niego podeszła i usiłowała mu odebrać wymemłaną kopertę, to nie dość, że poszarpałby w ułamku sekundy list, lecz jej ręce nie nadawałby się do niczego przez całe tygodnie.

Jak mały mikser elektryczny szybkoobrotowy o zębatych ostrzach, poraniłby ją naprawdę poważnie.

Przez chwilę miała ochotę go złapać, przetrącić i spacyfikować ręcznie. I to dosłownie, i na zawsze.

Zrezygnowała. Znęcanie się nad psami źle wygląda w pisarskim CV. Podeszła do lodówki. Wyciągnęła stek z wołowiny Wagyu, z australijskiego antrykotu za czterysta złotych kawałek, sezonowany na mokro, który Borys zamierzał zjeść na kolację.

Cóż, jego pies, jego problem, niech płaci.

Armageddon patrzył i memłał list, dziurawiąc go szpileczkami swoich zębów i śliniąc siebie i papier jeszcze bardziej na widok wołowiny.

Wyglądało to obrzydliwie.

W jednej chwili zmieniła psu imię, mając gdzieś gadanie, że pies się przyzwyczaił. Zawołanie: „Armageddon do nogi”, też całkiem dobrze brzmi.

***

Anastazja Wyciorek z zainteresowaniem przyglądała się liście osób zaproszonych na festiwal w roli uczestników, panelistów oraz przedstawicieli poszczególnych działów literatury i obliczała, kto i ile może na tym skorzystać.

Była tu potrzebna bardzo, gdyż planowano serie eventów, odrobinę mistyczno-feministycznych, demęskocentrycznych, oraz jakby powiedzieć, pisarsko wenotwórczych, które miała wraz z innymi organizować.

To miało być inspirujące, ale nie miało polegać tylko na gadaniu. To miało być twórcze.

Astrologicznie.

Podpierając się swoją wiedzą i jakby nie było, szalonymi pomysłami, miała zorganizować warsztaty.

Każdy wie, co się mieści pod tą nazwą. Dokładnie wszystko.

***

Laura zastanawiała się nad tym, co może zaproponować jako atrakcje lub zajęcia dodatkowe. Pomyślała o kilku akcjach, które mogły kogoś doprowadzić do zawału, tekście z Nostradamusa, warsztatach kulinarno-literackich oraz stole z przekąskami i sztuczną głową na półmisku.

To powinno coś dać.

Chciała rozruszać i towarzystwo, i temat, zmienić formułę festiwalu.

Owszem, rozumiała, że to trochę niezwykły pomysł, ale musiała coś takiego zrobić. Liczyła, że potem po trochu jakoś to się wygładzi, pozmienia, może z czegoś zrezygnuje, ale jako organizatorka nie chciała festiwalu gadających głów.

Nie tym razem.

Nie chciała samych krzeseł i opowieści o tym, jak to cudnie (albo trudno) być pisarką, jak to czytelnicy są wymagający albo wybredni, jak to literatura schodzi na psy rasy ciułała albo MOPS (bo na marinie się zarabia). Na pewno byłyby i takie wypowiedzi, ale nie przez cały czas!

Uczestniczący w tym festiwalu pisarze byli za mało znani, żeby ktoś chciał ich słuchać, ale oni siebie samych mogli słuchać godzinami. Samych sienie, a nie innych!

Chciała zorganizować dansing, ale zrezygnowała, bo było za mało facetów, a jak baby (w rożnym wieku) przesiedzą pod ścianami kilka godzin, to obsmarują organizatorów tak, że pójdzie im w pięty.

To znaczy jej pójdzie w pięty, bo obsmarują właśnie ją, Laurę.

Dlatego postawiła na działalność astrologiczno-weniczną, która miała przywoływać wenę, wzburzać fale natchnienia, budzić inspirację… natchnąć natchnieniem.

Tak czy siak miało być przyjemnie, bardzo korzystnie dla wszystkich oraz tak, by wzbudzało to powszechny zachwyt.

Laura chciała być prekursorką czegoś, czego jeszcze nie było – nowatorskiego festiwalu literackiego dla wszelkiej maści pisarskich niedobitków.

***

Anastazja też była zmęczona myśleniem nad tym, co i jak powinna zorganizować, żeby i kobiety, i mężczyźni, choć nie było ich wielu, byli zadowoleni, albo choć zaciekawieni.

Zazwyczaj było tak, że mężczyźni, mniej niż kobiety, interesowali się astrologicznym kontentem, ale to oczywiście nie jest cała prawda, bo zależy od czegoś zupełnie innego niż tylko posiadanie penisa.

Mężczyźni trochę bardziej się krygują, ukrywają, kombinują, ale jednak też chcą wiedzieć, co przyniesie im los, chcą ten los oszukać, obłaskawić lub ewentualnie mu dopomóc, chcą wiedzieć, co może się stać lub co zrobić, żeby tak się stało. Literalnie chcą się przygotować na wszelką ewentualność. Wolą wiedzieć, kiedy do plecaka wrzucić kastet, a kiedy pierścionek zaręczynowy.

Kobiety dokładnie tak samo, ale one mówią o tym głośno, faceci zaś tylko w zaciszu prywatnych gabinetów astrologicznych.

Dodatkowo, zależy, kto jest przesądny i kto aż za bardzo wierzy w przeznaczenie. Poeata bowiem wcale nie musi być bardziej wrażliwy od kierowcy ciężarówki, ale zdecydowanie może. Z czym kojarzy się poeta? Z poezją, a kierowca ciężarówki? Z konserwą turystyczną i cebulą oraz tirówkami, ewentualnie z piwem i zupką chińską.

Natchnienie ucieka od cebuli i smalcu. Przynajmniej tak uważała Anastazja.

No i wiek. Nie, wiek od cebuli i smalcu niestety nie ucieka, ale trzeba go brać pod uwagę, i to nie tylko z powodu woreczka żółciowego i cholesterolu.

Wydaje się, że starsze panie są bardziej podatne na astrologię niż siksy, ale z tym zawsze można sobie poradzić przez zmianę podejścia. Tu nie wiek gra rolę, lecz temat.

Starsze panie mają inne priorytety, choć i to zależy od środowiska. Na festiwalu nota bene literackim miały być osoby ze świata literatury. Istniał też podział na starszych i młodszych, dla różnych przedziałów wiekowych tematy astrologicznie będą zdecydowanie inne.

Przejrzała nazwiska i zobaczyła, że będzie kilkoro znanych na Facebooku autorów. Tak właśnie, na Facebooku, bo poza nim nie bardzo.

– Wszyscy będą? Znaczy z tych tu zapisanych? – zapytała Laury, organizatorki całego przedsięwzięcia.

– A jak myślisz?! Mamy dobrą reklamę, ludzie chcą wziąć udział w festiwalu.

– A co będzie, jak się coś spierdoli? – Anastazja wietrzyła już jakieś straszliwe kłopoty, ale prawdę powiedziawszy, tam właściwie nie było niczego, co mogłoby się nie udać.

***

– Rhhh – warknął pies, kiedy próbowała wyciągnąć do niego rękę po list, tę, w której nie było mięsa, bo bała się, że jak wyciągnie tę drugą, pies złapie mięso i ucieknie z listem.

Był wredny. Mógł to zrobić.

Ludzie uważają psy za najlepszych przyjaciół człowieka, lecz ten był przyjacielem najlepszej wołowiny. Zresztą, każdej.

– Rhhh – warknął raz jeszcze, po czym rzucił się z wściekłym warkotem na Balbinę, a właściwie na jej rękę. W chwilę potem była cała poszarpana. Ręka, nie Balbina, bo udało jej się wydrzeć mu list i zatkać mu ten krwiożerczy, rekini niemalże pysk, daniną z mięsa.

Zakrwawiona pobiegła do łazienki po coś do odkażania ran.

***

– Zaczekaj, muszę załatwić akcję próbną – powiedziała Laura do Anastazji i wyszła z pomieszczenia, żeby móc swobodnie porozmawiać.

– No to jak, kochana, weźmiesz swojego faceta i będziesz tu natychmiast?

– Ale czekaj, zaraz, teraz? A po co? – zdziwiła się jej rozmówczyni.

– Bo chcę przetrenować na was wszelkie atrakcje. Tam takie rożne gówienka, ale muszę sprawdzić, jak działają.

– Jest sens?

– Jasne, że jest. Przyjedziecie, odpoczniecie, pokażę wam atrakcje, skorzystacie, sprawdzicie, powiecie, co trzeba dopracować.

– No to w sumie dlaczego nie? – ucieszyła się jej rozmówczyni.

– No właśnie, tylko nikomu nic nie mówicie! – zażądała, bo znała środowisko.

– Jasne że nie powiemy.

Przez chwilę milczały, bo Laura się zastanawiała, czy dotrzyma słowa. Nie miała jednak jak tego sprawdzić.

Kiedy Laura zakończyła rozmowę, jej interlokutorka aż się rozpromieniła. Przez chwilę zastanawiała się, czy i komu powiedzieć o tym wielkim honorze, bo to był i zaszczyt, i bajer, i w ogóle cudo. Niby miała nie mówić nikomu, ale po chwili postanowiła jednak pokazać kilku osobom, jakie wyróżnienie ją spotkało.

Mogła podpaść Laurze, ale to tak nie działa! Zazdrość koleżanek jest warta wszystkiego, a Laura następny festiwal zorganizuje dopiero za rok, albo później! A poza tym, jak przyjdzie co do czego, jeśli ktoś coś sypnie, to zawsze można zwalić na męża, na Pegasusa, na zhakowany telefon, w sumie na wszystko.

***

Wielki, w tej chwili prawie pusty kompleks hotelowy, z restauracją i salą balową, był idealnym miejscem na taką imprezę. Hotel udało się wynająć za grosze, bo zaraz miał iść do remontu i właściciel, godząc się na festiwal, z przyjemnością przywitał kilka groszy oraz świetną reklamę na potem.

Umiejscowiony pięknie pośród leśnego gąszczu, albo właściwie czegoś, co ten gąszcz udawało, obrośnięty przedziwną roślinnością, hotel robił wrażenie.

Przywodził na myśl horror, thriller, romans i powieść historyczną razem wzięte, był tak literacki, że niczego innego nie było trzeba.

***

– Pytasz, co będzie, jak się nie uda? Nie wiem, co masz na myśli, ale wszystko mamy ogarnięte, dopracowane, obyś ty nie zawaliła z atmosferą. Nie widzę możliwości, żeby cokolwiek poszło nie tak.

– Ale wiesz… Czuję, że coś może się nie do końca… A ja czuję naprawdę często… Takie różne… – Anastazja się trochę przestraszyła, że wszystko spadnie na nią, jak coś pójdzie nie tak, jak chciałaby Laura.

– Moja droga, twoje zdolności wróżebne możesz ćwiczyć na naiwniakach, ja się na to nie łapię. Mamy kilku niezłych sponsorów, choć ścianka z podwawelską i kiełbasa jako nagroda może być kontrowersyjna, z drugiej strony, ja spróbuję to przedstawić tak, że autor (zdecydowanie powinien to być mężczyzna) nie będzie musiał martwić się zakupami i gotowaniem, i będzie mógł pisać pod kiełbasę, ile zechce.

– A faceci w ogóle martwią się gotowaniem? – Anastazja roześmiała się sarkastycznie.

– No dobra, ale sto trzydzieści kilo podwawelskiej to świetna nagroda.

– Kurwa, daj spokój. Kto to zje? I jak to przechować, zepsuje się jak nic… Nikt nie ma aż tak wielkich zamrażarek! Podziel to na dwa, bo przecież to trochę bezsens.

– Tak, jasne. Podzielę i będę musiała obrazić dwóch autorów? Mowy nie ma!

Laura doskonale wiedziała, jacy są ludzie pióra. Kiełbasę lubią, ale nie w związku z literaturą. Gdyby ją dać przed festiwalem, albo po, jasne, każdy byłby zachwycony, ale nie jako nagrodę!

***

Redakcja

Beata Gołkowska

 

Korekta

Agata Jagiełło

 

Skład i łamanie wersji do druku, projekt graficzny okładki

Agnieszka Kielak

 

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026

© Copyright by Iwona Banach, Warszawa 2026

 

Wydanie pierwsze

ISBN: 9788384302996

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w Internecie.

 

 

 

WYDAWCA

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2

00-036 Warszawa

tel. 22 416 15 81

[email protected]

www.skarpawarszawska.pl

@skarpawarszawska

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści