Powiedz mi prawdę - Justyna Spandel - ebook
NOWOŚĆ

Powiedz mi prawdę ebook

Spandel Justyna

0,0

Opis

Lilianna miała umrzeć tej nocy. Na dachu szpitala dzielił ją od śmierci jeden krok, gdy pojawił się ktoś, kto złożył jej nieoczekiwaną propozycję: daj sobie ostatnią szansę i spróbuj żyć naprawdę. 

To, co zaczyna się jako desperacki układ z losem, przeradza się w poruszającą podróż w cieniu choroby, miłości i mrocznych rodzinnych tajemnic. Lilianna odkrywa, że na końcu drogi można odnaleźć sens i czasami właśnie tam zaczyna się najważniejszy rozdział w życiu.

Dziewczyna staje twarzą w twarz z prawdą, która może stać się wyzwoleniem. Ale każda prawda ma swoją cenę. Czasem najwyższą.

Powiedz mi prawdę to opowieść o wyborach, które definiują nas bardziej niż czas, który nam pozostał.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 300

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dla Łukasza

Prolog

Wydawało mi się, że nigdy nie otworzę oczu. Było całkiem przyjemnie, kiedy miałam je zamknięte. Tak jakbym znalazła się w lepszym miejscu, gdzie nikt ani nic nie mogło mnie dorwać.

Żadnych zmartwień, a także smutnych wiadomości. Zero łez oraz bólu. W końcu poczułam spokój i wcale nie chciałam się budzić.

Słyszałam muzykę. Dudniła zdecydowanie za głośno, ale to było całkiem normalne. Przypomniały mi się te wszystkie chwile, kiedy jeździłam w nocy po opustoszałych ulicach, podkręcając radio w swoim samochodzie, aż wszystko wibrowało od basów. Lubiłam to robić, jednak w mojej głowie pojawiła się niepokojąca myśl.

Dlaczego teraz ją słyszałam?

Moje powieki wciąż były zamknięte, więc nie byłam pewna, gdzie się znajdowałam – czy w samochodzie, czy w pokoju, w którym, jak sobie przypomniałam, byłam chwilę wcześniej. Poczułam dziwne mrowienie oraz tępy ból głowy, więc położyłam się na swoim łóżku, a wtedy…

Czy to znowu się stało?

Westchnęłam i zmusiłam się do otworzenia oczu. Liczyłam, że w tym momencie zobaczę to, co zawsze – cztery ściany własnej sypialni. Niestety i tym razem się przeliczyłam. Znajdowałam się w obcym pomieszczeniu, które wyglądało na salę szpitalną.

Zerknęłam na ludzi stojących obok mojego łóżka. Dopiero teraz ich zauważyłam. Oprócz znajomych twarzy dostrzegłam też kilka obcych, co utwierdziło mnie w moich podejrzeniach. Zdecydowanie byłam w szpitalu.

– Och, ocknęła się! – zawołała mama, zasłaniając usta dłońmi.

– Witamy z powrotem – powiedział mężczyzna w białym fartuchu.

Skupiłam na nim spojrzenie, ponieważ jako jedyny podszedł do mnie, nachylił się nade mną, a następnie zaczął sprawdzać moje oczy, świecąc w nie małą latarką oraz przesuwając palcem wskazującym raz w lewo, raz w prawo.

– Jak często jej się to zdarza? – zapytał, w dalszym ciągu mnie badając. Kierował to pytanie do moich rodziców, mimo że nie spuszczał ze mnie wzroku.

Rozmawiali tak, jakby mnie tam nie było, a przecież byłam i doskonale ich słyszałam, choć nie miałam za bardzo siły, by się odezwać. Czułam się otępiała i obolała. Strasznie dzwoniło mi w uszach, a moje mięśnie były wiotkie, jakbym nie używała ich od kilku lat.

– Ostatnio coraz częściej – odezwała się mama, z trudem panując nad głosem. – Często też skarży się na bóle głowy. Czy to może być nawrót choroby?

Doktor wyprostował się, ciężko westchnął i zwrócił się do moich rodziców:

– Nie dowiemy się tego, póki nie zrobimy więcej badań.

– Myślałem, że już wszystko wycięli – wtrącił tata, kręcąc głową i drapiąc się po brodzie.

– To możliwe, ale nie wykluczam najgorszego.

Mama zaczęła płakać. Podeszła do mojego łóżka i złapała mnie drżącą dłonią za rękę. Ścisnęła mnie lekko, a w jej oczach zobaczyłam strach, a także żal. W dalszym ciągu nie potrafiłam nic powiedzieć. Zupełnie jakby mój mózg nie potrafił połączyć się z językiem. Dlatego zaczęłam płakać.

Naprawdę bardzo nie chciałam być znowu chora. Doskonale pamiętałam, jak to było, gdy ostatnim razem wykryto u mnie nawrót choroby. Liczne wizyty u lekarzy, pobyty w szpitalach, nieprzyjemne leczenie. Nie miałam ochoty do tego wracać.

Dlaczego to znowu się działo? Dlaczego znowu musiałam to przeżywać?

Zamknęłam oczy. Nie mogłam patrzeć na rodziców. Ich widok jeszcze bardziej mnie zasmucał, ponieważ zdawałam sobie sprawę z tego, co musieli czuć. Ponownie obawiali się, że stracą swoją jedyną córkę. Że tym razem przegram tę ciężką bitwę i już nigdy mnie nie zobaczą.

Tak więc zabrali mnie na prześwietlenie, a potem przeciągnęli jeszcze przez kilka innych gabinetów lekarskich, gdzie dokładnie mnie diagnozowano pod okiem najlepszych specjalistów oraz oczywiście moich rodziców, którzy wiedzieli już, na co zwracać uwagę i do czego jeszcze można się przyczepić.

Niektórzy twierdzą, że wcześniejsze doświadczenia ułatwiają pacjentom uporanie się z nawrotem choroby. Po części mają rację. Po tych kilku latach walki z nowotworem znam już wszystkie metody leczenia i ich skutki uboczne, a także wiem, jak sobie z nimi poradzić.

Poznałam wielu lekarzy, pielęgniarek oraz pozostałych pracowników szpitali, dzięki czemu w razie pogorszenia mojego stanu zdrowia od razu wiedziałam, do kogo miałam się zwrócić.

Oprócz tego całkiem nieźle rozumiałam system medyczny, powszechnie używane słowa oraz terminologię. Nieobce były mi grupy wsparcia i sposoby na redukcję stresu. Mimo to ta cała wiedza była dla mnie niczym w porównaniu z informacją, że to znowu się działo. Znowu miałam przez to przechodzić.

Nigdy nie należałam do religijnych osób, ale kiedy dowiedziałam się, że prawdopodobnie mam nawrót choroby, codziennie się modliłam, żeby to nie była prawda.

W końcu nadszedł ten dzień, kiedy miałam poznać odpowiedź. Siedziałam pomiędzy rodzicami, a po drugiej stronie biurka znajdował się lekarz, który właśnie po raz trzeci miał wydać na mnie wyrok.

Przez dłuższą chwilę przeglądał wyniki moich badań. Wszyscy siedzieliśmy cicho, więc w gabinecie słychać było tylko szelest papieru, kiedy przewracał kartki.

Razem z rodzicami uważnie go obserwowałam i czekałam na jego reakcję z zapartym tchem, usilnie próbując zatrzymać w sobie resztki dogasającej nadziei, chociaż miałam wrażenie, że atmosfera gęstniała z każdym jego kiwnięciem głową oraz miną, która nie zdradzała żadnych emocji, ale mimo to mówiła mi wystarczająco dużo. Miałam wrażenie, że już dłużej nie wytrzymam tej niepewności, aż w końcu oderwał wzrok od kartek i przeniósł go na mnie oraz moich rodziców.

– Tak jak podejrzewałem, dokładne badania wykazały sporą liczbę guzów, które znajdują się głównie w głowie – wyznał. – Część z nich jest dość duża, stąd migreny. Na razie nie spowodowały żadnych poważniejszych szkód w organizmie, ale to nie jest dobra wiadomość. Tomografia ukazuje ich położenie wokół mózgu, więc w każdej chwili mogą wywołać jego obrzęk, uszkodzić nerwy, utrudnić przepływ płynu mózgowo-rdzeniowego…

Mama gwałtownie wypuściła powietrze, które ewidentnie wstrzymywała w płucach, a wraz z nim całą nadzieję, którą jeszcze zachowywała w sobie. Zaczęła trząść się w spazmatycznym szlochu. Wiedziałam, że jeśli dalej tak będzie, skończy się to atakiem paniki oraz problemami z oddychaniem.

Spojrzałam na tatę, licząc na to, że pomoże jej się uspokoić, bo sama czułam się, jakby ktoś nagle wypompował ze mnie powietrze. Jednak on nadal próbował zachować zimną krew. Siedział sztywno, wpatrując się w pustkę przed sobą. Tylko po jego oczach poznałam, że było mu naprawdę ciężko.

– Czy można je wyciąć? – zapytał spokojnie, przenosząc wzrok na doktora.

– Niestety nie – odpowiedział lekarz. – Istnieje zbyt duże ryzyko, że uszkodzimy nerwy. Moglibyśmy wykonać częściową resekcję, ale nie przy takiej liczbie guzów.

– A radioterapia? Chemioterapia? Nóż gamma? – wymieniał, a jego głos z każdą kolejną propozycją stawał się coraz bardziej nerwowy i zniecierpliwiony. – Cokolwiek, na litość boską!

– Bardzo mi przykro… – mruknął mężczyzna, wyglądając na naprawdę skruszonego. – Nie jesteśmy w stanie nic zrobić.

Przywykłam do tego wzroku. Od kilku lat widziałam go u każdego, kto wiedział, co mi dolegało. W końcu komu byłoby nie żal umierającej nastolatki, która miała jeszcze całe życie przed sobą, a jednak nie mogła go przeżyć tak, jak inni ludzie?

W pomieszczeniu zapadła cisza, przerywana łkaniem mamy. Próbowała je stłumić, chowając głowę w ramieniu taty, choć nie na wiele się to zdało.

– Ile zostało mi czasu? – zapytałam, co wywołało jeszcze gwałtowniejszą reakcję mojej rodzicielki.

Starałam się zachować spokój, jednak mój głos zadrżał, a po policzkach spłynęło kilka łez. Nie byłam już tak silna jak kiedyś. Nie potrafiłam z tym walczyć. Nie potrafiłam udawać.

– Niewiele – odparł doktor, spoglądając prosto w moje oczy. – Może kilka tygodni, a może nawet kilka miesięcy. Trudno stwierdzić, do jakich rozmiarów rozrosną się guzy i czy pojawią się nowe. W każdym razie ich lokalizacja nie daje zbyt dobrych prognoz. To może stać się w każdej chwili, jednak na pewno nie potrwa dłużej niż pół roku. – Opuścił wzrok na kartki, które kurczowo trzymał w dłoniach. – Naprawdę mi przykro.

– Nie! – zawyła mama, a jej głos pełen był cierpienia.

To sprawiło, że moja tama pękła. Za wszelką cenę próbowałam się powstrzymać, jednak z marnym skutkiem. Krztusiłam się łzami i nie potrafiłam złapać tchu. Czułam się, jakby ogromny ciężar spadł mi na klatkę piersiową. Zaczął mnie przygniatać, sprawiając, że moje płuca nie potrafiły zaczerpnąć powietrza.

A więc tym razem naprawdę miałam umrzeć.

Wiedziałam, co mnie czeka, i nie mogłam z tym walczyć. Nie mogłam nic z tym zrobić. Pozostawało mi tylko biernie przyglądać się temu, jak wszystko zostanie mi odebrane i nie będzie już nic, co mogłoby zostać zniszczone.

Śmierć jest brutalna. Nie ma litości. Nie bierze jeńców.

To boli, kiedy dotyka tak młodych ludzi jak ja, a jeszcze bardziej kiedy dotyka bezpośrednio mnie i nie potrafię zrozumieć, dlaczego.

Dlaczego zasłużyłam na śmierć? Dlaczego właśnie ja?

Tak bardzo nie chciałam umierać… Tak bardzo pragnęłam żyć, poznać świat, zakochać się i zawieść na miłości. Poznać wszystkie odcienie codzienności, które czaiły się za rogiem, kiedy całymi dniami przesiadywałam w swoim domu lub w szpitalu.

Chcę być szczęśliwa. Spełniać swoje marzenia, na które wcześniej nie miałam czasu lub siły. Realizować się w rzeczach, w których byłam dobra. Odnaleźć swoją prawdziwą pasję. Uczyć się i skończyć studia.

Chcę żyć. Tak bardzo i desperacko tego pragnę, że nie obchodzi mnie fakt, że zachowuję się egoistycznie. Nie chcę, żeby to wszystko zostało mi odebrane już teraz, bo nie jestem na to gotowa. Nie jestem gotowa, aby umrzeć.

1

Zamknęłam oczy, a następnie zrobiłam krok do przodu. Czułam się, jakby cały świat był u moich stóp i powoli tracił barwy. Intensywne dźwięki zaczęły zlewać się w jedno, a już po chwili nie słyszałam niczego oprócz moich myśli oraz głośno bijącego serca.

Moje włosy unosiły się na wietrze. Czułam, jak ciepły powiew delikatnie oplata moją twarz, jakby zapraszająco. Wystarczy, że zrobię jeszcze jeden krok, a poddam się mu całkowicie. Zawierzę mu swój los w nadziei, że dzięki temu to wszystko się skończy, a ja znajdę się w lepszym miejscu.

Nie wiedziałam, czy zrobiłam coś złego, a jeśli tak – nie miałam pojęcia co, jednak cztery dni temu Bóg wydał na mnie swój wyrok. Najwidoczniej zasłużyłam na to i moje życie wkrótce miało się skończyć.

Nie chciałam czekać. Oczekiwanie zabijało mnie bardziej niż sama choroba. Z każdym kolejnym dniem budziłam się z coraz większym ciężarem na sercu. Wiedziałam, że moja śmierć nieubłaganie się zbliża. Mogła nadejść lada moment. Ta świadomość sprawiała, że nie potrafiłam już tego znieść.

Żałowałam, że nie mogłam cofnąć czasu i się o tym nie dowiedzieć. To znacznie ułatwiłoby mi życie. Byłabym nieświadoma tego, co ma się wydarzyć, więc robiłabym to, czym zajmowałam się do tej pory, jednak to było niemożliwe. Nie potrafiłam też odkryć jakiegoś lekarstwa, które zatrzymałoby rozwój nowotworu. Jedyne, co mogłam zrobić, to pokonać czas i moje przeznaczenie, sama wybierając swoje zakończenie.

– Dlaczego chcesz to zrobić? – Usłyszałam nieznajomy męski głos za swoimi plecami.

Nie odwróciłam się ani nie otworzyłam oczu. Nie chciałam, by cokolwiek odciągnęło mnie od tego, co zamierzałam zrobić. Nie mogłam się zdekoncentrować.

– Umieram – wyjaśniłam dobitnie, a mój głos był nadzwyczaj spokojny. Tak jakby to było oczywiste i wszystko wyjaśniało.

– Tak jak my wszyscy.

Nic nie odpowiedziałam. Prychnęłam tylko, po czym przysunęłam się bliżej krawędzi, chcąc w ten sposób dać do zrozumienia mojemu towarzyszowi, żeby zostawił mnie w spokoju, ponieważ nie zmienię zdania. Zrobię to, po co tu przyszłam. Skoczę z dachu i zakończę ten koszmar.

Słyszałam szum ulicy, a także szmer rozmów ludzi, którzy mijali się pod szpitalem, na którego dachu się znajdowałam. Wybrałam go, bo to był najwyższy budynek w okolicy i wiedziałam, jak dostać się na jego dach. Wzięłam głęboki wdech, próbując dodać sobie odwagi. Wystarczy, że zrobię jeden krok. Oderwę stopy od podłoża, a potem poddam się grawitacji, która ściągnie mnie na dół.

Tylko jeden krok.

– Nie uważasz, że samobójstwo to najbardziej egoistyczna rzecz, jaką możesz zrobić? – zapytał, nie mając zamiaru się poddać. – Nie dość, że udowodnisz całemu światu, że jesteś tchórzem, to jeszcze skrzywdzisz wszystkich tych, których kochasz.

– Nie – zaprzeczyłam ostro. – Tylko odważni biorą życie w swoje ręce i decydują, jak ono ma się zakończyć. Tchórze czekają na to, co się wydarzy, bez znaczenia, czy to ich zabije, czy nie.

– Rozumiem, że dla ciebie samobójstwo to czyn bohaterski? – zakpił.

Zacisnęłam mocno szczękę, próbując za wszelką cenę nie dać się sprowokować. Wiedziałam, że to nie miało sensu. Musiałam skupić się na tym, co zamierzałam zrobić, więc zignorowałam go, mobilizując się do działania.

– To ma znaczenie, czy poczekają na to, co się wydarzy, czy nie – kontynuował zawzięcie. – Pomyśl sama. A co, jeśli postanowisz zaczekać z odbieraniem sobie życia i akurat się okaże, że jutro wszystko się zmieni?

– Nic się nie zmieni.

– Tego nie możesz wiedzieć.

– Ale wiem, że z dnia na dzień nie przestanę być chora.

– A co, jeśli choroba się zatrzyma?

– Nie zatrzyma się.

– A jeśli się mylisz? Nie chcesz pożyć jeszcze co najmniej kilka lat? Na pewno chcesz odebrać sobie taką szansę?

Poczułam, jak w gardle wyrasta mi gula. Nieznajomy uderzył w mój czuły punkt. Niczego bardziej nie pragnęłam niż mieć jakąkolwiek przyszłość. Przez roztkliwianie się nad nią zbyt długo wahałam się, czy rzeczywiście powinnam skoczyć. Musiałam przypomnieć sobie, dlaczego chciałam to zrobić. To nie był prosty wybór. Długo nad nim myślałam, wymieniając wszystkie plusy i minusy. Mimo wszystko podjęłam decyzję i nie miałam zamiaru jej zmienić. Przełknęłam więc ślinę, a następnie powiedziałam:

– Jeśli poczekają na to, co ma się wydarzyć, to będą żyć w nieustannym cierpieniu i wyczekiwaniu, aż znowu wszystko zacznie się od nowa. Kto marzyłby o takim życiu? Pełnym strachu, bólu i niepewności…

– A co z ludźmi, których kochasz? – dopytywał. – Co z twoją rodziną, przyjaciółmi, chłopakiem? Czy oni się dla ciebie liczą?

– Robię to dla nich.

– Nieprawda – zaprzeczył. – Zranisz ich bardziej, niż myślisz.

– Mylisz się.

– Nie. Wiem, że też tak myślisz, więc powinnaś przestać siebie okłamywać.

Poczułam rosnącą we mnie irytację. Zacisnęłam dłonie w pięści, a moje nozdrza zadrżały, kiedy wzięłam głęboki wdech, próbując się uspokoić.

Czy ten chłopak nie mógł znaleźć sobie kogoś innego do rozmowy?

Akurat w tym momencie nie miałam ochoty na pogawędkę. Musiałam coś zrobić i potrzebowałam do tego skupienia oraz przede wszystkim samotności.

Westchnęłam głęboko, po czym zebrałam w sobie resztki spokoju, które następnie włożyłam w swoją kolejną i – miałam nadzieję – ostatnią wypowiedź:

– Kimkolwiek jesteś, zostaw mnie w spokoju.

– Przykro mi, ale nie mogę.

– Dlaczego?

– Bo nie ma nic bohaterskiego w tym, co zamierzasz zrobić. W ten sposób nikogo nie uchronisz przed cierpieniem. Świat nie przestanie być do bani, ludzie nie przestaną umierać.

Zaśmiałam się i po raz pierwszy otworzyłam oczy. Przed sobą miałam ogromną przepaść, a na dole dostrzegłam ludzi. Z tej odległości przypominali mrówki. Nie potrafiłam rozpoznać, czy byli pacjentami, ich rodzinami, lekarzami czy ratownikami medycznymi. Wszyscy wyglądali tak samo.

Poczułam, jak moje wnętrzności unoszą się do góry, a moje nogi zaczynają drżeć, co mogło grozić upadkiem. Wystarczyłby mocniejszy podmuch wiatru, żeby strącić mnie z dachu i w ten sposób rozwiązać sprawę. Przyjęłabym to z ulgą, jednak wiedziałam, że nie ma sensu liczyć na przychylność losu. Sama musiałam skoczyć, ale najpierw postanowiłam zerknąć na mojego rozmówcę.

Odwróciłam głowę w jego stronę. Był może trochę ode mnie starszy, miał ciemne włosy i szare oczy. Wyglądał na pacjenta, chociaż po jego tonie głosu myślałam, że rozmawiam z lekarzem.

– To moja sprawa, okej? – warknęłam. – Może dla ciebie to nie jest bohaterskie i w ten sposób zrobię coś bardzo, bardzo złego, ale nie jestem bohaterką i nie zamierzam tego zmieniać. Moje życie jest do bani, umieram, wszyscy są z tego powodu nieszczęśliwi, więc chcę to zakończyć. Jeśli nie chcesz się przyłączyć, to proszę, odejdź stąd.

– Gdybyś naprawdę tego chciała, to już byś to zrobiła – zauważył. – Skoczyłabyś, nawet gdybym stał tutaj i rozmawiał z tobą.

Nic nie odpowiedziałam. Zamiast tego odwróciłam wzrok, zastanawiając się nad jego słowami. Może naprawdę brakowało mi odwagi na ten ostatni krok. W końcu gdybym się go nie obawiała, już dawno byłoby po wszystkim. Bez zamykania oczu i pozwalania, aby ktoś odwrócił moją uwagę.

– Słuchaj, nie chcę cię prowokować i jeśli naprawdę tego chcesz, to zrób to, ale mam do ciebie małą prośbę – kontynuował swoim spokojnym głosem.

Nie potrafiłam w to uwierzyć. Dałam mu jasno do zrozumienia, co o tym wszystkim myślałam, a on nadal próbował zmienić moje zdanie. Powinien odpuścić i zostawić mnie w spokoju. Tak postąpiłby pewnie każdy, będąc na jego miejscu, mimo to ten facet ewidentnie nigdy się nie zrażał.

Musiałam przyznać, że mi to zaimponowało. Nie znałam nikogo, kto miał w sobie aż tyle determinacji. Żałowałam, że nie mogłam tego powiedzieć o sobie.

– Jaką? – zapytałam, chociaż podejrzewałam, co odpowie.

– Zanim skoczysz, daj sobie trochę czasu i spróbuj żyć. To nie musi trwać długo, wystarczy kilka dni. Chcę, żebyś się przekonała, że jednak warto poczekać z taką decyzją.

– Nie mogę żyć.

– Dlaczego?

Poczułam, jak pod moimi powiekami zbierają się niechciane łzy. Mrugałam intensywnie, próbując je odgonić, jednak pomimo moich starań kilka z nich zaczęło spływać po moich policzkach.

– Tylko nie zaczynaj znowu z tym, że umierasz – zaznaczył stanowczym tonem.

Spróbowałam znowu zerknąć w jego stronę, żeby powiedzieć mu, żeby się odwalił, bo gówno wie o moim życiu, kiedy podmuch wiatru popchnął mnie do przodu. Straciłam równowagę i zaczęłam balansować na granicy murka, gdy poczułam, jak silna ręka chwyta mnie za ramię i wciąga z powrotem na dach.

Byłam tak oszołomiona tym, co się przed chwilą wydarzyło, że dyszałam ciężko, a moje serce boleśnie obijało się o klatkę piersiową, sprawiając, że słyszałam jego dudnienie w uszach.

– O kurwa – wysapałam.

Nogi trzęsły mi się jak galareta i gdyby nie to, że nieznajomy w dalszym ciągu mnie trzymał, już dawno leżałabym jak długa. Spróbowałam na niego spojrzeć, ale jedyne, co widziałam, to rozmazany kontur.

– Po twojej reakcji wnioskuję, że jednak nie chcesz umierać – stwierdził, a w jego głosie usłyszałam rozbawienie.

To ocuciło mnie na tyle, że zdołałam zebrać się w sobie, wyszarpać się z jego uścisku i stanąć metr dalej, o własnych siłach i z wysoko podniesioną głową. Spojrzałam na niego spod zmrużonych powiek:

– Bawi cię to? – warknęłam.

– Wcale – odparł, jednak nie przestawał się uśmiechać.

– Nic o mnie nie wiesz.

– Może nie wiem, ale…

– Więc zostaw mnie w spokoju – przerwałam mu. – Nie wiesz, jak to jest być chorym.

– Skąd wiesz?

Otworzyłam usta, żeby coś odpowiedzieć, jednak natychmiast je zamknęłam, zbita z pantałyku. Nie tego się spodziewałam.

– Skąd wiem, że co? – odpowiedziałam, siląc się na spokojny i lekceważący ton głosu, chociaż cała w środku drżałam.

– Że nie wiem, jak to jest być chorym?

– A wiesz?

Na jego ustach znowu pojawił się ten irytujący uśmieszek. Tego było za wiele. Wiedziałam, że już dłużej nie wytrzymam, więc ruszyłam w stronę wyjścia.

– Dokąd idziesz?! – zawołał za mną.

– Do domu.

– Nie chcesz już skakać?

– Znajdę inny budynek. – Zatrzymałam się z ręką na klamce. – Bez ciebie.

Otworzyłam drzwi i już chciałam wyjść na klatkę schodową, kiedy znowu się odezwał:

– Pamiętaj tylko, że nie jesteś jedyna. Wszyscy umieramy i nie wiemy, czy dożyjemy jutra, a jednak nie skaczemy masowo z dachu.

Nie odpowiedziałam. Zamknęłam za sobą drzwi i zbiegłam po schodach na sam dół, czując, jak po moich policzkach spływają łzy.

2

Wskoczyłam do swojego samochodu i odpaliłam silnik. Stary Golf 4, który kiedyś należał do moich rodziców, zanim zdecydowali się wymienić go na nowszy model, powoli wytoczył się z parkingu, a następnie włączył do ruchu na głównej drodze.

Jak gdyby nigdy nic ruszyłam w stronę domu. Zatrzymałam się na światłach i wpatrywałam się w wysokie kominy elektrowni oraz kłębiące się z nich białe obłoczki. Nigdy wcześniej nie zwracałam na nie uwagi, jednak teraz, kiedy im się przyglądałam, robiły wrażenie. Światła się zmieniły, więc włączyłam kierunkowskaz i skręciłam w prawo. W radiu leciała jedna z moich ulubionych piosenek, więc pogłośniłam je, wsłuchując się w słowa i bębniąc palcami o kierownicę, aż wkrótce sama zaczęłam śpiewać.

A czy widział pan

Stoję sama

Ja na imię niewidzialna mam

Szklana dama

Ta dama pije rum

Gorzkie wpadają łezki w rum

Gorzkie wpadają łezki1

Przez resztę drogi słuchałam swoich ulubionych utworów, nie przestając śpiewać, a kiedy podjechałam pod dom, na moich policzkach nie było śladu po łzach. Wyszłam z samochodu i spojrzałam w stronę okien. Zdążyło się już ściemnić, więc w salonie paliło się światło. Byłam pewna, że rodzice siedzieli na kanapie i jak zwykle oglądali telewizję. Na myśl, że nie mieli pojęcia, że ich córka przed chwilą próbowała popełnić samobójstwo, poczułam nieprzyjemny ucisk w brzuchu. Wzięłam głęboki wdech i szybko przegoniłam tę myśl z głowy. Podeszłam do drzwi wejściowych, nacisnęłam klamkę, po czym przekroczyłam próg.

Miałam nadzieję, że uda mi się niepostrzeżenie czmychnąć do swojego pokoju, ale kiedy ruszyłam w stronę schodów, tata pojawił się w wejściu do salonu.

– Gdzie byłaś? – zapytał.

Zatrzymałam się z jedną ręką położoną na balustradzie i stopą postawioną na pierwszym stopniu. Powoli odwróciłam się w jego stronę.

– Na przejażdżce – odparłam, wzruszając ramionami. – Wiesz, że to mnie uspokaja.

Kiwnął głową, zakładając dłonie na torsie i opierając się plecami o ścianę w korytarzu.

– Razem z mamą uznaliśmy, że powinnaś wrócić do szpitala i pozostawać pod opieką lekarzy – wyznał, a ja miałam wrażenie, jakbym dostała obuchem w głowę. – Tak będzie dla ciebie najlepiej.

Kilka długich sekund zajęło mi przyswojenie tych informacji, a potem wyobraziłam sobie siebie, siedzącą samotnie w jednej z tych chłodnych, bezdusznych szpitalnych sal, gdy za oknem świeciło słońce, i czekającą na śmierć. Zdecydowanie nie chciałam, żeby ta wizja się ziściła. Już przez to przechodziłam i wolałabym do tego nie wracać.

– Wcale nie – zaprzeczyłam, kręcąc z oburzeniem głową. – Dobrze wiesz, że nic nie jest w stanie mi pomóc. Nie mogą wyciąć tych wszystkich guzów. Chemioterapia też nie ma już sensu. Chcę zostać w domu i tutaj spędzić resztę swoich dni.

– Może jeszcze coś wymyślą. Zawsze jest jakaś szansa…

– Nie ma żadnej szansy, tato! – przerwałam mu, bo nie potrafiłam dłużej tego słuchać. – Słyszałeś, co powiedział lekarz. Umieram. Nie ma lekarstwa na śmierć. Ludzie umierają. Wszyscy kiedyś umrzemy i nie ma żadnej innej drogi. Siedzenie w szpitalu nic mi nie da. Pogódź się z tym.

Dopiero kiedy wylał się ze mnie ten niekontrolowany potok słów, załapałam, co miał na myśli Nieznajomy, przez którego nie popełniłam samobójstwa. Miał rację. Nie ja jedyna umierałam. To czekało nas wszystkich. Nieważne, czy ktoś ma raka, czy nie. Prędzej czy później śmierć upomni się o każdego, więc nie powinniśmy dramatyzować z tego powodu.

Tata patrzył na mnie z niedowierzaniem. Najwyraźniej nie spodziewał się usłyszeć takich słów ode mnie, a jednak to ja byłam tą osobą, która musiała je wypowiedzieć na głos, żeby wszyscy w końcu zdali sobie sprawę z powagi sytuacji.

– To jest w porządku, tato – kontynuowałam, podchodząc do niego i ściskając jego dłonie. Chciałam dodać mu otuchy, ponieważ w dalszym ciągu nie potrafił w to uwierzyć. A może nie chciał tego zrobić, bo to oznaczałoby, że jego córka rzeczywiście umiera. – Zaufaj mi i pozwól mi spędzić te ostatnie chwile w domu, a nie w szpitalu.

Spojrzałam na niego błagalnie. Jego wzrok był badawczy, a mina odzwierciedlała wewnętrzną udrękę. Nigdy wcześniej nie widziałam go w takim stanie. Zawsze starał się ukrywać swoje emocje pod przykrywką fałszywego spokoju. Tym razem było inaczej. Wszystkie emocje widoczne były na jego twarzy, która przez tyle lat zamartwiania się naznaczona była licznymi zmarszczkami.

Otworzył usta, a we mnie zaczęła rosnąć nadzieja, że to rzeczywiście się uda. Przekonam go do tego, żeby pozwolił mi zostać w domu. Nie wyślą mnie do szpitala i nie będę musiała przeżywać tego koszmaru od nowa. Wtedy w korytarzu pojawiła się mama.

– Nic z tego, Lilio – powiedziała. – Już zadecydowaliśmy.

Moje oczekiwania pękły jak bańka mydlana, sprowadzając mnie do rzeczywistości, w której moi rodzice nie byli mi przychylni.

Spojrzałam na mamę, a kiedy zauważyłam, że przyjęła obronną postawę, przeniosłam wzrok z powrotem na tatę, licząc, że obierze moją stronę, chociaż wiedziałam, że szanse na to były znikome. Zdążył już zamknąć usta i przywdziać swoją znajomą maskę.

– Tato – wyszeptałam, nie będąc zdolną podnieść głosu. – Proszę.

Opuścił wzrok na podłogę i pokręcił głową.

– Przykro mi – wydukał. – Mama ma rację.

Prychnęłam, dając upust swojej frustracji. Zdawałam sobie sprawę, że dalsze negocjacje nie miały sensu. Czułam, jak ogarnia mnie smutek, złość i rozczarowanie.

– Daj spokój, Lilio – skarciła mnie mama. – Wiesz, że robimy to dla twojego dobra.

– No pewnie – burknęłam, odwracając wzrok, ponieważ w moich oczach stanęły łzy bezradności. – Zawsze chodzi o moje dobro.

– Tylko ty nam zostałaś, więc…

– Nie chce mi się tego słuchać – przerwałam jej i zaczęłam wycofywać się w stronę schodów. – Idę do siebie.

– Lilko…

Już jej nie słuchałam, biegnąc po schodach na górę. Wparowałam do swojego pokoju i zatrzasnęłam za sobą drzwi. Oparłam się o nie plecami, a następnie osunęłam się na podłogę. Po policzkach zaczęły spływać mi kolejne łzy.

– Ja pierdolę – wyszeptałam, ze złością ścierając słone krople z twarzy.

1 Sanah, Proszę pana, z albumu Królowa dram, 2020 rok.

3

Odpaliłam swoją ulubioną playlistę na Spotify i zabrałam się za sprzątanie pokoju, próbując w ten sposób zapomnieć o minionych wydarzeniach, a w szczególności o rozmowie z rodzicami.

Dlaczego musieli być tacy uparci?

Wiem, że robili to dla mnie. Wiem, że tylko ja im zostałam i nie chcieli mnie stracić, ale w ten sposób wcale mi nie pomagali, a wręcz przeciwnie – dorzucali ciężar na moje ramiona.

Zamiast beztrosko spędzać swoje ostatnie chwile, bez przerwy musiałam się zamartwiać, denerwować, płakać. Miałam już dość łez i poczucia bezradności. Marzyłam o tym, żeby wreszcie przejąć nad swoim życiem kontrolę.

Uporządkowałam papiery na biurku, część dokumentów chowając w dolnej szufladzie. Już miałam ją zamykać, kiedy dostrzegłam swój pamiętnik. Chwyciłam za okładkę i spróbowałam go wyjąć, ale coś go blokowało. Wzmocniłam uścisk, a następnie szarpnęłam, używając zdecydowanie za dużo siły, bo pamiętnik nie tylko wypadł z szuflady, ale wyślizgnął mi się z ręki i upadł na podłogę.

– Cholera – mruknęłam, sięgając po niego.

Podniosłam go, a wtedy ze środka wypadła zgięta wpół kartka. Spojrzałam na nią i dopiero po kilku długich sekundach przypomniałam sobie, co się na niej znajdowało. Mimo to podniosłam ją na wysokość oczu, rozwinęłam i zaczęłam czytać.

Lista rzeczy do zrobienia przed śmiercią:

Spędzić noc pod gołym niebem.Pływać w basenie w nocy.Zwiedzić Paryż.Objechać Polskę.Przefarbować włosy na różowo.Odnaleźć Bastiana.Zaadoptować psa.Kupić/wynająć dom nad jeziorem.Zakochać się.Skończyć szkołę.Pójść na imprezę.Zrobić sobie tatuaż.

Ponownie zgięłam kartkę wpół i schowałam ją w pamiętniku, który zamknęłam, a następnie odłożyłam na nocny stolik, czując dziwny ucisk w brzuchu.

Pamiętam, że kiedy spisywałam tę listę, wcale nie myślałam o niej poważnie. Byłam jeszcze dzieckiem, które nie rozumiało, co oznaczało wykrycie w jego ciele raka. Nie wiedziałam, jak to jest być śmiertelnie chorym, ale wszyscy wokół mówili o mojej możliwej śmierci i powtarzali, że jestem na nią za młoda i że mam jeszcze tyle do przeżycia, więc postanowiłam zastanowić się nad tym, a także spisać na kartce swoje największe oraz najskrytsze marzenia.

Teraz, kiedy rzeczywiście byłam bliska śmierci, wiedziałam, że i tak nie zrealizuję ani jednej rzeczy z tej listy, bo po pierwsze, nie miałam zbyt wielu możliwości, a po drugie, nie miałam funduszy. Dlatego postanowiłam nie zawracać sobie tym głowy i wróciłam do sprzątania, aż zaczęło ogarniać mnie zmęczenie, a poczucie żalu, które zrodziło się w moim brzuchu, zniknęło.

Poszłam spać, licząc na to, że kolejny dzień rzeczywiście przekona mnie do tego, że życie ma mi jeszcze coś do zaoferowania. Coś, oprócz spędzenia swoich ostatnich chwil w szpitalu. Coś, co udowodni mi, że warto żyć. Mimo to znowu zaczęły rodzić się we mnie wątpliwości.

4

Następnego dnia z samego rana wybrałam się do miasta. Drogi o tej porze były w miarę przejezdne, a na parkingu przy ulicy 3 Maja znajdowało się jeszcze sporo wolnych miejsc. Zaparkowałam w najdalszym kącie i dopiero wtedy zaczęłam się zastanawiać, dokąd w zasadzie chciałam pójść.

Do centrum handlowego?

Nie, nie miałam ochoty na przeglądanie ubrań, pójście do kina czy posiedzenie w kawiarni. Próbowałam wymyślić jakieś inne zajęcie, które pomogłoby mi zabić czas, ale jedyne, co przychodziło mi do głowy, to spacer po mieście.

Westchnęłam i wyszłam z samochodu, zatrzaskując za sobą drzwi. Naciągnęłam na głowę kaptur i poprawiłam zamek pod szyją, ponieważ pomimo tego, że był już czerwiec, pogoda nadal przypominała wczesną wiosnę. W szczególności ostatnie dni, które były pochmurne, wietrzne i deszczowe.

No trudno, niech będzie spacer. Właściwie wszystko było lepsze od spędzenia czasu w domu z rodzicami, którzy bez ustanku starali się przekonać mnie do swojej decyzji.

– Fajny samochód – usłyszałam za swoimi plecami.

Odwróciłam się na pięcie i zauważyłam znajomą sylwetkę oraz twarz, na której pojawił się uśmiech rozbawienia spowodowany moim zaskoczeniem, a także zdenerwowaniem.

– Co ty tu robisz? – zapytałam z nieukrywanym wyrzutem. – Śledzisz mnie?

– Nawet nie wiem, gdzie mieszkasz – zauważył Nieznajomy. – Poza tym byłem w Empiku odebrać przesyłkę. – Pomachał paczką, którą trzymał w lewej ręce. – To chyba nie jest karalne, prawda?

Było mi głupio, że tak na niego naskoczyłam, więc opuściłam wzrok na swoje buty i wzięłam głęboki wdech, chcąc się uspokoić.

Ostatnio byłam jak tykająca bomba. Bardzo łatwo było wyprowadzić mnie z równowagi. Musiałam wziąć się w garść i przestać pozwalać emocjom, żeby przejmowały nade mną kontrolę.

– A ty co? – dopytywał. – Przyjechałaś tutaj, żeby rozejrzeć się za nowym dachem?

Spojrzałam na niego, mrużąc oczy.

– To nie jest zabawne – burknęłam.

– W pobliżu nie ma zbyt wysokiego budownictwa. Chyba że bierzesz pod uwagę któreś z centrów handlowych – kontynuował, nie zwracając uwagi na to, co przed chwilą powiedziałam. – Myślę, że lepsze budynki znajdziesz kawałek dalej. – Brodą wskazał w prawo. – Tam jest takie osiedle…

– Nie mam zamiaru skakać.

Spojrzał na mnie zdziwiony.

– Nie? – zapytał.

– Nie.

Na jego ustach pojawił się szeroki uśmiech zadowolenia. Wolną ręką potarł twarz, jakby chciał go zetrzeć, jednak nadal się na niej utrzymywał, niczym upierdliwa mucha, sprawiając, że rosła we mnie irytacja.

– To dobrze – stwierdził.

Prychnęłam i pokręciłam głową.

– Sama nie wiem, czy to dobrze – wyznałam, znowu opuszczając wzrok na swoje buty. – Moi rodzice chcą wysłać mnie z powrotem do szpitala, a to jest o wiele gorsze od popełnienia samobójstwa.

– Dlaczego? Bo uważasz, że już nie ma dla ciebie szansy? Że nikt już ci nie pomoże i zmarnujesz tam czas?

– Taka jest prawda. Lekarze stwierdzili, że nie ma już dla mnie szansy, pozostaje mi leczenie paliatywne i czekanie na to, co ma nadejść, więc nie mam zamiaru podważać ich zdania, ale moi rodzice…

Głęboko odetchnęłam, próbując zebrać w sobie siłę, żeby dokończyć zdanie, jednak nie byłam w stanie tego zrobić. Nie mogłam powiedzieć na głos, że moi rodzice nadal wierzyli w coś, czego nie mogło być i nie było, bo pewnie znowu popłakałabym się z bezradności i złości, a miałam już dość łez.

– Oni nie chcą się poddać, tak? – domyślił się.

Kiwnęłam głową, po czym podniosłam wzrok, aż nasze spojrzenia znowu się spotkały. Na jego twarzy nie widziałam już uśmiechu. Był całkiem poważny, a w jego szarych oczach dostrzegłam smutek.

– Przykro mi – wyznał, a następnie westchnął i przeczesał dłonią zmierzwione, ciemne włosy. – Wiem, że pewnie czujesz się z tym do dupy, ale jeśli chcesz, to mogę ci zdradzić, co robię, żeby poprawić sobie humor.

– Jesz lody? – zażartowałam.

– Nie, to jest o wiele lepsze od lodów.

Pokręciłam z niedowierzaniem głową.

– Sorry, ale nie wierzę, żeby coś było w stanie poprawić mi humor – powiedziałam. – Ale dzięki za propozycję.

– Byłabyś zaskoczona, jak szybko można zapomnieć o wszystkich złych rzeczach, skupiając się na drobiazgach – ciągnął. – Robiłem to nieraz, więc stworzyłem już swój system. Jeśli chcesz, mogę ci pokazać, jak to działa.

Nie kupowałam tego. Nie wierzyłam, że można tak po prostu zapomnieć o przeszłości i mieć się dobrze. Od kilku lat chorowałam i niejednokrotnie próbowałam udawać, że wszystko jest w porządku, ale za każdym razem, gdy wydawało mi się, że wszystko idzie zgodnie z planem, coś musiało się zepsuć. Raz byli to rodzice, którzy przypominali mi o tym, że w każdej chwili mogę umrzeć, więc nie powinnam dodatkowo się narażać, a innym razem był to atak choroby, przez który wracałam do szpitala, czyli do swojej normalności. Mimo to uniosłam brwi, nie mogąc ukryć rosnącego we mnie zainteresowania.

– No dalej, nie daj się prosić – ponaglał. – Pokażę ci, jak sobie radzę, kiedy życie daje mi w kość, a potem pozwolę ci odejść i zrobisz to, co będziesz uważać za słuszne.

Przez dłuższą chwilę zastanawiałam się nad jego propozycją, jednak przypomniałam sobie, że właściwie nie miałam nic do stracenia.

W takim razie co mi pozostało?

Mogłam dalej wałęsać się po mieście, zastanawiając się, co ze sobą zrobić, albo sprawdzić, o czym mówił ten chłopak, i potem podjąć decyzję.

– Okej, ale jeśli nie przekonasz mnie do swojego systemu, to popełnię to cholerne samobójstwo i będę nękać cię w snach do twojej śmierci – ostrzegłam.

Zaśmiał się, najwyraźniej nie wierząc w moje groźby, pokonał dzielącą nas odległość i zatrzymał się kilka kroków przede mną.

– A więc mamy umowę? – zapytał.

– Wydaje mi się, że tak – przytaknęłam.

Uśmiechnął się do mnie szeroko, a w jego szarych oczach zobaczyłam szczerą radość. Uczucie, którego nie widziałam od bardzo dawna. Nawet u moich rodziców. A może w szczególności nie u nich.

– Gotowa? – zapytał.

Ostrożnie kiwnęłam głową.

Patrząc na jego rozpromienioną twarz, próbowałam zmienić swoje podejście do jego teorii. Wiedziałam, że pomimo iż brzmiała absurdalnie, mogła przynieść mi pewne korzyści.

Nie liczyłam na cud, że znajdę powód, dla którego mogłabym, a nawet powinnam żyć, ale byłam naprawdę ciekawa i po cichu miałam nadzieję, że odzyskam swoją odwagę i kiedy wrócę do szarej rzeczywistości, która mnie otaczała, to coś się zmieni. Elementy układanki wskoczą na swoje miejsce i zrozumiem to, co było ponad mną.

Od dawna moje życie wyglądało tak samo. Po pierwszej diagnozie podróżowałam tylko do szpitala i z powrotem do domu. Moja dzienna rutyna była przygnębiająca. Nie było w niej miejsca na żaden element zaskoczenia. Żyłam, chociaż nieraz miałam wrażenie, że tak naprawdę tylko wegetowałam.

Teraz było dokładnie tak samo. Chciałam to zmienić. Wydawało mi się, że jedynym wyjściem jest śmierć, ale może nie miałam racji?

Dzięki temu nieznajomemu chłopakowi miałam okazję spojrzeć na wszystko z nowej, świeżej perspektywy. Naprawdę tego pragnęłam. Nie wstydziłam się powiedzieć, że nawet bardziej niż tlenu.

Wiem, że to brzmiało niedorzecznie, ale tlen zawsze mogłam dostać sztuczny, a własnego oddechu już nie. A kiedy człowiek nie czuje już nic, ponieważ kompletnie nic nie jest w stanie go zaskoczyć ani sprawić, że jego życie nabierze kolorów, to jest już martwy, pomimo że wciąż oddycha.

– To wskakuj – zakomenderował, wycofując się w stronę swojego samochodu.

– Że co? – odparłam zaskoczona.

– Pakuj się do mojego auta i jedziemy.

Wskoczył za kierownicę. Po krótkim zawahaniu ruszyłam za nim. Niepewnie usiadłam na miejscu pasażera i zapięłam pas.

Ruszyliśmy, a ja zastanawiałam się, czy jednak dobrze robię. Jakby nie było, wsiadłam do samochodu nieznajomego. Mógł wywieźć mnie do lasu i zabić.

Mimo to miałam przeczucie, że tego nie zrobi. Wyglądał na osobę godną zaufania, chociaż pewnie niejeden seryjny morderca właśnie tak był opisywany.

Cholera. Co ja wyprawiam?

Spis treści

Prolog

1

2

3

4

Redakcja: Olga Smolec - Kmoch Korekta: Elżbieta RożkiewiczProjekt okładki: Tomasz BiernatSkład: Tomasz Biernat

Copyright by Justyna Spandel 2026Copyright for the Polish Edition by Wydawnictwo Nocą,Warszawa 2026

Druk i oprawa:Drukarnia Sowa

ISBN: 978-83-68657-27-2

WYDAWNICTWO NOCĄul. Filipiny Płaskowickiej 46/8902-778 WarszawaNIP: 9512496374www.wydawnictwonoca.ple-mail: [email protected]