Potężniejsze niż miecz: 3 w 1 - Ann Hawthorne - ebook

Potężniejsze niż miecz: 3 w 1 ebook

Ann Hawthorne

0,0

Opis

Tom 1: Pisarka i Wicehrabia

 

Bohaterka szukająca ucieczki. Bohater szukający zapomnienia. Dwór, na którym nikt nie ukryje się przed wścibskimi spojrzeniami…

 

Lavinia Dudley, młoda autorka romansów, która niespodziewanie zdobyła sławę, dostąpiła wielkiego zaszczytu — zostanie przedstawiona królowej Charlotcie. Jednak nowe obowiązki i cięte języki wyższych sfer wyczerpują ją do granic. Co gorsza, jest wydana na łaskę wyniosłych dam, które nigdy nie pozwolą jej zapomnieć, że jest zaledwie córką nauczyciela muzyki.

 

Hughowi, lordowi Granville, nadarzyła się wspaniała okazja — stanowisko królewskiego koniuszego i szansa, by zmazać hańbę zmarłego ojca. Lecz nowa rola wyrywa go z ukochanego domu i życia, które znał, pchając ku zmysłowym uciechom.

 

Królewska podróż do Cheltenham połączy ich losy. Lecz gdy plan, który wspólnie uknują, zaprowadzi ich za daleko — czy miłość wystarczy, by ich ocalić?

 

Tom 2: Poetka i Dziedzic

 

Bohaterka szukająca natchnienia. Bohater szukający dziczy. Lato na odludnej posiadłości…

 

Mroczna, pełna namiętności poezja Felicity Deacons jest znana w londyńskich księgarniach i salonach arystokratek… aż pewna tajemnicza tragedia odbiera jej wszelką wolę pisania. Przyjmuje zaproszenie wdowy po zamożnym ziemianinie, mając nadzieję, że spokojne lato z dala od miasta pomoże jej dojść do siebie. Lecz nazwa posiadłości jest jej aż nazbyt dobrze znana — dwór należy teraz do przyjaciela z dzieciństwa, który niegdyś złamał jej serce…

 

Tom 3: Powieściopisarka i Hrabia

 

Bohaterka w okowach obowiązku. Bohater w okowach dziedzictwa. Czy zaaranżowane małżeństwo przyniesie im szczęście?

 

Jedyny raz, gdy Isabella Rivers złamała zasady dobrego wychowania, było wtedy, gdy zaczęła pisać powieści gotyckie — a i wtedy posłużyła się pseudonimem, by nie przynosić wstydu szacownej rodzinie.

 

Gdy rodzice aranżują jej związek ze szkockim hrabią Airth, podporządkowuje się z cichym pragmatyzmem, który ją cechuje.

 

Lecz nie tylko okazuje się obcą w obcym kraju — odkrywa też, że jej nowy mąż skrywa przed nią wiele tajemnic…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 430

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



POTĘŻNIEJSZE NIŻ MIECZ

3 W 1

ANN HAWTHORNE

Potężniejsze niż miecz

Tytuł oryginalny: Mightier than the Sword

Autor: Ann Hawthorne

Korekta: Cowper Author Services

© Copyright by Ann Hawthorne, Berlin 2024

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Cowper Publishing, Berlin 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana bez pisemnej zgody właściciela praw.

Wydanie I Berlin 2026

Wydawnictwo Cowper Publishing

ISBN 978-3-69477-012-1

PISARKA I WICEHRABIA

ROZDZIAŁ 1

Lavinia nie była pewna, czego właściwie oczekiwała od tego roku, trzeciego roku swojej służby na dworze. Jakaś jej cząstka żywiła nadzieję, że zasady nieco zelżeją i w zestawie tańców pojawi się żywszy kadryl. Była to jednak nadzieja równie niedorzeczna, jak życzenie sobie, by słońce pewnego dnia wzeszło na zachodzie. Zdaniem Jej Królewskiej Mości całe to podskakiwanie i wirowanie było nad wyraz niestosowne i z pewnością nie wypadało na balu wydanym na jej cześć.

Lavinia nigdy nie była na prawdziwym balu, zanim trafiła na dwór jako druga strażniczka królewskiej garderoby. Nawet u szczytu swojej literackiej sławy, kiedy podejmowali ją przyjaciele świętej pamięci doktora Johnsona, nie otrzymywała podobnych zaproszeń. Bynajmniej jednak nie była obca temu, co wychodziło spod pras drukarskich. Jej wydawca, pan Wickman, mający swój sklep przy katedrze św. Pawła, prowadził intratny handel nutami do kadryli, a dla tancerzy stateczniejszych – allemand.

Ale to było tam, na zewnątrz, w tętniącym świecie Londynu, Bath, Bristolu i dalszych miast – w świecie, gdzie życie kotłowało się niczym wzburzone morze. Tutaj, na dworze króla Jerzego, przypominało raczej jezioro gładkie jak lustro, a tańcem najczęściej widywanym na balach urodzinowych jego małżonki był kotylion. W tym roku, jak we wszystkich poprzednich, bal urodzinowy królowej Charlotty odbył się przed jej urodzinami. Urodziła się w maju; jednak zgodnie z labiryntową logiką dworskiego ceremoniału jej urodziny świętowano w styczniu.

Lavinia piła tego wieczoru trzeci kieliszek niesłodzonego szampana. Zwykle nie przepadała za tym trunkiem – właściwie za żadnym alkoholem – lecz inaczej trudno jej było wyglądać na ożywioną, a nawet żywą. Nie umiała sobie wyobrazić, skąd brały się opowieści o dworskim życiu pełnym próżnowania i bezczynności. Być może gdzieś daleko, poza zasięgiem jej własnego doświadczenia, rzeczywiście toczyło się takie życie. Lavinia jednak musiała dziś wstać o szóstej rano – tak samo jak wczoraj i każdego ranka przez trzy minione lata – i cierpliwie czekać, aż zostanie wezwana do swoich obowiązków. Oczywiście na balu urodzinowym królowej Charlotty nie mogła okazać nawet śladu takiego rygoru. Wiedziała, że i to należy do jej powinności – uśmiechać się i udawać łagodną radość.

Nie tylko udawać – przypomniała sobie. Żeby być należycie dobrą i wdzięczną, powinna ze wszystkich sił starać się poczuć to w sercu. Jakże nienaturalna musiała być, skoro stanowisko, za które większość kobiet w kraju dopuściłaby się morderstwa, przynosiło jej jedynie tępą niedolę?

„To będzie już pani ostatni kieliszek szampana na dzisiejszy wieczór” – oznajmiła pani Juliana Schwellenberg tonem raczej opiekunki wobec dziecka niż pierwszej strażniczki królewskiej garderoby zwracającej się do drugiej. „Dość już sobie pani pozwoliła.”

„Nie zamierzałam sobie pozwalać” – próbowała wyjaśnić Lavinia głosem równie cierpliwym, co uniżonym. „Po prostu jestem trochę zmęczona i —”

„Zmęczona! Cóż za kruche stworzenie z pani. Można by pomyśleć, że kobiety pani pochodzenia mają twardsze dusze i ciała niźli pani.”

Ojciec Lavinii był nauczycielem muzyki i uczonym, a jej nieżyjąca już matka – genialną harfistką. Słuchając dam dworu, można by pomyśleć, że Lavinia spędziła dzieciństwo przy pługu, na ciężkiej roli.

Nie poprawiła jednak starszej kobiety. Wiedziała, że nie przyniesie to nic prócz dalszych uszczypliwości. Musiała postąpić rozsądnie. Musiała przełknąć tę zawoalowaną obelgę, udać, że jest zbyt niemądra, by ją pojąć, i skinąć głową.

Jej uwagę przyciągnął głośny śmiech. Znała tych mężczyzn – królewskich ekwierów, od najmłodszych po najstarszych – lecz żadnego nie znała dobrze. Stali nieco z boku w małej grupie, wszyscy wysocy i barczyści; młodzi byli rosłymi młodzieńcami, starsi dworzanie mieli w sobie coś z wojennych bohaterów. Wszyscy byli tacy z wyjątkiem mężczyzny, który właśnie skończył mówić, tego, którego żart wywołał taki wybuch śmiechu.

Także był wysoki, lecz na tym kończyło się podobieństwo tego jasnowłosego dżentelmena do reszty. Był raczej smukły niż masywny i ubrany wedle ostatniego krzyku mody – odrobinę bardziej, niż uchodziło za dopuszczalne na surowym i powściągliwym dworze króla Jerzego i królowej Charlotty. Jego biała jedwabna kamizelka wieczorowa była haftowana odrobinę nazbyt bogato; koszula zaś, jeśli Lavinia mogła sądzić po wykwintnie marszczonych rękawach, również była z jedwabiu, a nie z płótna.

Pośród innych mężczyzn zdawał się promieniować i nie chodziło tylko o blask świec odbijający się od jego płowych włosów.

„Wielki Boże – powiedziała pani Schwellenberg – za moich czasów młodego człowieka tego pokroju nazwano by macaronim.”

„Dlaczego?” – spytała Lavinia, nie odrywając wzroku.

„Oczywiście przez tę włoską ekstrawagancję. Choć, jak mniemam, dziś większość fircyków wzoruje się raczej na Francuzach.”

Jakże osobliwy musiał być umysł pani Schwellenberg, rozmyślała Lavinia, podobnie zresztą jak umysły większości dworzan. Tam, na ulicach, w londyńskich kawiarniach i drukarniach, naśladowanie Francuzów oznaczało rzeczy zatrważające, zaczynające się od ateizmu, a kończące królobójstwem. Tutaj, w murach pałacu św. Jakuba – albo w Kew, albo, co częściej, w Windsorze – czas stał w miejscu, a francuskie obyczaje wciąż oznaczały modę i wymyślne peruki.

Jasnowłosy ekwier odwrócił wzrok od towarzyszy i spojrzał prosto na nią. Jego oczy były zielone jak trawa, a na ustach wciąż błąkał się wesoły uśmiech. Były to usta, które niektórzy – pani Schwellenberg na przykład – uznaliby za niezwykle pełne jak na mężczyznę.

Przez sekundę Lavinia wyobraziła sobie spustoszenie, jakie ten uśmiech i te usta musiały siać wśród dam wielkiego świata, zanim ów dżentelmen objął swój zaszczytny urząd, a potem wśród dam dworu, gdy już go objął.

„Mam nadzieję – zauważyła pierwsza strażniczka królewskiej garderoby – że nie czuje się pani urzeczona wicehrabią Granville’em.”

„Oczywiście, że nie.” Lavinia wreszcie na nią spojrzała, ale nie zdołała zdobyć się na tyle oburzenia, by zabrzmiało w jej głosie. „Nawet nie znałam jego nazwiska ani tytułu, zanim mi pani o tym powiedziała.”

„Nie sądzę, by drogi pani i lorda Granville’a tak często się przecinały. A przynajmniej mam nadzieję, że nie, dla pani bezpieczeństwa.”

„Czy to człowiek gwałtowny?”

„Gorzej. To człowiek, w którym nie ma ani odrobiny szczerości, o czym mogą zaświadczyć niezliczone damy, ku którym kierował swą galanterię. Tamte panie chroniły się nazwiskami mężów, nie mówiąc już o własnej szlachetnej krwi. Pani natomiast, panno Dudley, nie ma niczego podobnego.”

Lavinia niemal fizycznie się cofnęła. Pierwsza strażniczka królewskiej garderoby często bywała okrutna w drobiazgach, ale kłamstwo nie należało do jej przywar. Jeśli to, co mówiła pani Schwellenberg, było prawdą, lord Granville należał do najniebezpieczniejszych istot, jakie mogły stanąć na drodze młodych kobiet takich jak ona. Pięknie ubarwiona żmija zdolna wyssać z człowieka życie i godność, by potem zostawić po sobie zhańbioną wydmuszkę i raźno ruszyć ku następnej ofierze.

Lavinia nie była pewna, czy żmije w ogóle wysysają ofiary. W myślach zanotowała, że musi popracować nad metaforami. Jej nowe życie na służbie pozostawiało jej bardzo mało czasu na prawdziwe pisanie, ale to nie znaczyło, że mogła pozwolić umiejętnościom zmarnieć.

Jakby wicehrabia usłyszał jej myśli, bo ledwie ucichła muzyka, odszedł od swej grupy i ruszył w jej stronę. Chyba nie mógł naprawdę szukać jej towarzystwa? Wicehrabia zatrzymał się, dotarłszy do rogu sali, gdzie stały Lavinia i pani Schwellenberg.

Początkowo Lavinia żywiła jeszcze próżną nadzieję, że zamierza nawiązać rozmowę z pierwszą strażniczką królewskiej garderoby, damą o wiele od niej dostojniejszą i stojącą nieporównanie wyżej, niż ona sama mogłaby kiedykolwiek stanąć. Kiedy jednak uśmiech rozświetlił mu twarz niczym muśnięcie słońca, to na nią właśnie patrzył.

„Nie sądzę, bym miał zaszczyt zostać pani przedstawiony. Proszę mi wybaczyć.” Jego głos był lekki jak atłas, bez najlżejszego śladu poważnego żalu. „Nie miałem jeszcze czasu zawrzeć wielu znajomości. Służba u Jego Królewskiej Mości nie jest synekurą.”

Służba Jej Królewskiej Mości również nią nie jest, miała ochotę odparować Lavinia tym samym lekkim, iskrzącym tonem. Jego słowa coś w niej rozluźniły, choćby tylko na chwilę. Tak musiały się czuć te kobiety, które szły za każdym nakazem mody i sznurowały sobie talie tak ciasno, kiedy wreszcie luzowano im gorsety.

Ale pierwsza strażniczka królewskiej garderoby oddychała jej nad ramieniem, a sala balowa pełna była ludzi o czujnych uszach. Lavinia nie mogła więc powiedzieć prawdy ani nawet jej zasugerować. Zamiast tego przybrała wyraz oficjalnej uprzejmości i odrzekła:

„Jestem pewna, że dla pańskiej rodziny to wielki zaszczyt.”

„Mój ojciec uznałby to za wielki zaszczyt, gdyby jeszcze był pośród nas.”

„Jego Królewska Mość jest ojcem nas wszystkich – wtrąciła ostro pani Schwellenberg – a synowie są mu potrzebni, zwłaszcza w czasach zamętu.”

Lavinia podejrzewała, że cała ich trójka wie, iż gdy pani Schwellenberg mówi o czasach zamętu, nie ma na myśli wojny z Francją. Chodziło o bitwę szalejącą wewnątrz umysłu samego króla Jerzego, bitwę, w której nie mogło być zwycięzców.

Lecz o takich rzeczach nie mówi się w lśniącej sali balowej, osłoniętej i ogrzanej przed zimowym chłodem, podczas tak radosnej uroczystości jak królewskie urodziny. Nikt zresztą nie powinien.

„Bez wątpienia” – odparł lord Granville beztrosko. „Czy byłaby pani tak uprzejma przedstawić jednego z jego metaforycznych synów jego metaforycznej córce, w takim razie?”

„Panno Dudley – powiedziała chłodno pani Schwellenberg – pozwoli pani, że przedstawię pani Hugha, wicehrabiego Granville’a. Milordzie, pozwoli pan, że przedstawię panu pannę Lavinię Dudley, drugą strażniczkę królewskiej garderoby.”

„Panna Dudley? Sławna powieściopisarka?”

„Mogła nią być, zanim przyjęła łaskawą ofertę Jej Królewskiej Mości. Teraz jest drugą strażniczką królewskiej garderoby.”

„Byłaby to szkoda – rzekł lord Granville – gdyby jedno naprawdę miało wykluczać drugie. Moje kuzynki były zachwycone Mirandą.”

„Nie sądzę, bym znała tę damę” – odparła pierwsza strażniczka królewskiej garderoby.

„Miranda była powieścią debiutową panny Dudley.”

„Jak dotąd moją jedyną powieścią” – odważyła się dodać Lavinia, a dawny lęk znów zacisnął się na niej. Co, jeśli naprawdę miała pozostać jej jedyną powieścią? Co, jeśli nigdy nie ukończy wszystkich tych gorączkowo rozpoczętych utworów, które porzuciła po przybyciu na dwór – albo jeśli je ukończy, lecz przyniosą jedynie rozczarowanie czytelnikom? To byłoby niemal gorsze. Nienapisane dzieło zawsze było arcydziełem, podczas gdy to, co trafiało na papier, nader często okazywało się jedynie pokraczną bryłą słów.

„Skromna, a przy tym urocza” – zauważył lord Granville. „Gdybym był mężczyzną pisującym do gazet, już bym panią zachwalał choćby z samych tych powodów.”

„Milordzie, to nazbyt śmiałe” – powiedziała ostro pani Schwellenberg.

„Doprawdy? Przecież nie mówię o powabie jej sukni.”

„Zapewne dlatego, że nie wychował się pan w rynsztoku.”

„Czy panna Dudley zechciałaby zaszczycić mnie tańcem?” – Mówił tak, jakby te przygany nigdy nie padły i nie raniły go tak, jak raniły Lavinię.

Lavinia wiedziała, że pod żadnym pozorem nie wolno jej przyjąć tej propozycji. Ale, Boże drogi, jak gorąco tego pragnęła. Czuła to w kościach: ten mężczyzna ożywiłby nawet najstateczniejszy kotylion, choć nie mógłby w nim położyć dłoni choćby w pobliżu jej talii, jak mógłby to uczynić w allemandzie.

Wiedziała jednak również, że nie jest kobietą o żelaznej woli, że jej reputacja jest krucha, a nade wszystko, że wszyscy ją obserwują, wypatrując najmniejszego potknięcia.

„Proszę mi wybaczyć, milordzie – wymamrotała Lavinia – ale jestem dziś niedysponowana i nie czuję się na siłach, by tańczyć.”

„Doprawdy? Przykro mi to słyszeć. Sądzę, że większości panów tego wieczoru byłoby równie przykro.”

Podtekst był aż nadto czytelny. Jeśli posłuży się tym nazbyt przejrzystym wykrętem, będzie to oznaczało, że przez resztę wieczoru będzie musiała całkiem zrezygnować z tańca.

Uśmiech na ustach lorda Granville’a pozostał równie czarujący.

„Mnie również przykro, że ich rozczaruję – odparła Lavinia stanowczo – ale takie są okoliczności.”

„W takim razie nie chciałbym narzucać pani swego towarzystwa. Życzę pani, by cieszyła się tą uroczystością.” Skłonił jej głowę, a potem – jakby od niechcenia – Julianie Schwellenberg. Następnie odwrócił się na pięcie i zniknął w tłumie, zabierając ze sobą blask swojej obecności.

ROZDZIAŁ 2

To nie był pierwszy raz — ani, jak podejrzewał, ostatni — kiedy Hugh Granville znalazł się w sypialni kobiety niebędącej jego żoną. Niezwykle rzadko jednak zdarzało mu się czynić to pod nieobecnością samej damy. Właściwie to nigdy dotąd się nie zdarzyło.

Hugh rozejrzał się po sypialni Lavinii Dudley. Była mała i schludna — niemal zbyt schludna, aż nienaturalnie. To wykraczało poza dzieło pilnej pokojówki. Pokój wyglądał tak, jakby nikt w nim nie mieszkał albo jakby zatrzymywał się tu jedynie przypadkowy gość — nie kobieta, która, wedle jego ustaleń, przybyła na dwór trzy lata temu.

Pokój znajdował się na parterze. Logika była oczywista — druga strażniczka królewskiej garderoby musiała przebywać blisko apartamentów królowej na wypadek nagłej potrzeby. Okna wychodziły na nagi zimowy ogród. Sielanka martwego spokoju.

Hugh niecierpliwie przetrząsał szuflady biurka. Wiedział, że jego metody są ordynarne, ale po ich rozmowie na balu było jasne, że pogłoski krążące wśród panów na dworze były prawdziwe. Każdy z nich uważał pannę Dudley za uosobienie lodowatej pruderii, z równie lodowatą dezaprobatą wobec wszelkiego zachowania, które nie spełniało najwyższych standardów. Gdyby było inaczej, spróbowałby zawrzeć z nią znajomość i otwarcie wyciągnąć od niej wieści o jej najnowszych utworach — albo, jeśli zaszłaby potrzeba, wyciągnąć je żartem, przymilaniem się lub pochlebstwem. Wiedział, że jego kuzynka Camilla nie dałaby mu spokoju, gdyby dowiedziała się, że jej ulubiona pisarka znalazła się teraz w orbicie Hugha.

W tej sytuacji musiał uciec się do mniej honorowych sposobów, by posiąść zakazaną wiedzę. Hugh powtarzał sobie, że przecież nie zamierza w żaden sposób zaszkodzić tej damie ani jej twórczości. Jeśli szczęście mu dopisze, nigdy się nawet nie dowie, że zerknął na jej najnowszy rękopis.

Szczęście istotnie się do niego uśmiechnęło i wkrótce odkrył cienki plik kartek z tytułem wypisanym na wierzchu. Oswald i Elfgiva.

Interesujące. Czyżby znudziły ją salony wielkiego świata i postanowiła rzucić się w odległą przeszłość? Same imiona brzmiały dla niego wyraźnie saksońsko. Mógł kiedyś znać jakiegoś Oswalda w Gloucestershire, w odległej, zielonej przeszłości, ale imienia bohaterki z pewnością nie sposób już było spotkać na tych wyspach.

Hugh ostrożnie przewrócił kartkę i zaczął czytać. Istotnie, akcja rozgrywała się w mrocznym średniowieczu, w jakimś nieokreślonym czasie zawieszonym między najeźdźcami, gdy po bagniskach grasowały potwory. Panna Dudley nie zapuszczała się jednak w grozę nadprzyrodzoną. Potwory, o których pisała, były jak najbardziej dziełem ludzi. Skłócone rodzeństwo, rozdzieleni kochankowie, czarny charakter szantażujący bohaterkę, by zmusić ją do małżeństwa, i słaby ojciec, który potrafił godzinami prawić o męskim obowiązku, lecz gdy przyszło co do czego, nie zdołał bohaterki ochronić.

Całość była napisana poszarpanym, udręczonym potokiem słów, w którym tylko oddany wielbiciel mógłby rozpoznać autorkę Mirandy. Mimo to Hugh był nieco zaciekawiony, w jaki sposób panna Dudley zamierza ocalić Elfgivę.

Ostatni rozdział wykazał, że bynajmniej. Bohaterka skończyła martwa — białe ciało rozbite na czarnych urwiskach.

Hugh nigdy nie uważał się za kogoś, na kim tak mroczny melodramat potrafi zrobić wrażenie. A jednak coś niepokojącego było w kontraście między krzykiem tej opowieści a schludnym, zimowym pokojem, w którym ją skryto.

Odłożył rękopis ostrożnie na bok i wznowił poszukiwania niedokończonego arcydzieła, o którym mógłby napisać do domu. Hugh znalazł wprawdzie kilka nieukończonych utworów, lecz arcydzieła wśród nich nie było. Wszystkie były wariacjami na ten sam temat: akcja osadzona dostatecznie daleko w przeszłości, by graniczyła z mitem, wiotka i bezwolna wydmuszka bohaterki, niekończący się potok nieszczęść i... mury dookoła nich wszystkich. Odkrył bohaterki niesłusznie więzione. Bohaterki okaleczone. Bohaterki zmuszane do małżeństwa. Bohaterki zdradzone przez każdą bez wyjątku wyższą władzę, w którą pokładały wiarę.

Hugh przypomniał sobie czujną, bladą twarz panny Dudley. Czy to wszystko było jedynie ćwiczeniem literackim, czy też za niewzruszoną dworską maską roztropnej damy wrzał kocioł namiętności i niedoli?

Odkrył, że ma — przewrotnie — nadzieję na to drugie. Nie żeby życzył jej cierpienia — w odróżnieniu od pewnych osób nie zrobiła mu nic, czym by na to zasłużyła. Ale jeśli była... znał doskonały sposób, by jej pomóc.

Pomóc jej, a przy okazji wymierzyć celny cios osobie, która niegdyś go uraziła.

Był to jeden z tych cichych wieczornych koncertów, w których Jego Królewska Mość tak się lubował — jak dodawali niektórzy za zamkniętymi drzwiami — w jego jaśniejszych chwilach. Ci ludzie zwykle woleli, by owe drzwi były zamknięte jak najszczelniej.

Klawesyn zawsze pozostawiał Lavinię obojętną, ale nie wypadało tego powiedzieć w odpowiedzi na wielki zaszczyt, jakim było zaproszenie. Prawdę powiedziawszy, koncerty te stały się niemal instytucją. Gazety, nawet te bardziej zuchwałe, zazwyczaj przyznawały, że koncerty stanowią niewątpliwą poprawę w porównaniu z rozrywkami ojca Jego Królewskiej Mości i dają lepszy przykład niż hulanki jego syna.

Kiedy Lavinia zobaczyła, kto zajmuje miejsce obok niej, krew nie zastygła jej w żyłach jak tamtej nocy po balu. Raczej zawrzała z irytacji. Taki zbieg okoliczności mógł być jedynie szyderstwem losu. Szyderstwem albo ludzką intrygą.

„Mam nadzieję, że ten wieczór sprawi pani przyjemność, panno Dudley” — powiedział lord Granville po krótkim, chłodnym powitaniu. Było coś szczególnie bezczelnego w jego uśmieszku, gdy wypowiadał te ostatnie trzy słowa, jakby obiecywał jej przyjemności, które nie miały nic wspólnego z harfą, klawesynem ani żadnym innym instrumentem.

Muzycznym, w każdym razie.

„Powiedziałabym, że i panu tego życzę, lordzie Granville, ale obawiam się, że moje życzenie na nic się nie zda.”

„Ależ ma pani rację, panno Dudley!” Skinął głową z udawaną aprobatą. „Całkowitą rację! Wszystko tu istotnie podupadło od czasów Haendla. Mam jednak nadzieję, że Ich Królewskie Mości wciąż lubią dzieła epickie. W końcu, gdyby było inaczej, pani tragedie mogłyby im nie przypaść do gustu.”

Lavinia poczuła, jak świat przed jej oczami zasnuwa się mgłą, zniekształca i przybiera kontury koszmaru.

„Moje...?” Starała się ze wszystkich sił udać niewiedzę, lecz głos zdradziecko jej zadrżał.

„Wiem, co pani napisała tego lata, panno Dudley. I tej jesieni, i zapewne także przez święta Bożego Narodzenia.”

„Kto śmiał — kto mógł —” Czuła się zdradzona. Wrzucona w błoto. Znów bezradnym dzieckiem.

„Ja. Dostęp do pani pokoju nie jest tak pilnie strzeżony, jak powinien być dostęp do sypialni niezamężnej młodej damy. Zbyt nisko pani ceni moją śmiałość.”

„Pan —” Muzyka wezbrała, łagodna, lśniąca krystalicznym blaskiem. Lavinia musiała ściszyć głos, czując, że za chwilę zapadnie się pod ziemię — albo uderzy mężczyznę, który tak beztrosko siedział obok niej. „Panie łajdaku, jadowita kreaturo —”

„Łajdakiem być może jestem, ale nie widzę nic łajdackiego w podziwie dla dobrych powieści. To właśnie z miłości do nich chcę pani pomóc.”

„Pomóc mi w czym? W zrobieniu z siebie pośmiewiska?”

Ale nawet kiedy wypowiadała te słowa, w jej sercu poruszyła się głupia, nikła nadzieja. Być może lord Granville, przy całej swojej szydliwości, rzeczywiście zamierzał jej pomóc. W końcu nie powiedział, że jej tragedie mu się nie podobają. Być może miał dobre koneksje w świecie sztuk pięknych i literatury — być może znał nawet samego pana Sheridana, właściciela Teatru Drury Lane, albo —

„Nie” — odparł lord Granville. „Wyrwać się z dworu.”

„Dlaczego, na Boga, miałby pan sądzić, że mogłabym pragnąć czegoś podobnego? Królowa Charlotta wyświadczyła mi wielki zaszczyt, powierzając mi to stanowisko.”

„Nie jestem szpiegiem Korony, panno Dudley, nie musi pani powtarzać przede mną tych wyuczonych formułek. Niezależnie od tego, jakie były pani powody, by przyjąć tę ofertę, powodem nie było szczere przywiązanie do tego miejsca ani dworska ambicja. Czytałem Mirandę i czytałem pani tragedie —”

„To nic” — zaprzeczyła gwałtownie Lavinia. „Zwykłe skrobotki. Nie były przeznaczone dla wścibskich oczu — w ogóle dla żadnych oczu!”

„Skrobotki? Cóż za osobliwe słowo. Sama je pani wymyśliła?” Lord Granville znów się uśmiechnął, tym razem — o dziwo — bez cienia dzikości czy złośliwości. Przeciwnie — był to taki uśmiech, który zdawał się skąpać całą twarz w słonecznym blasku i sprawiał, że człowiek wyglądał młodziej i łagodniej.

A lord Hugh Granville, jeśli się nad tym zastanowić, takiego efektu wcale nie potrzebował. W istocie nie był starszy od samej Lavinii, uświadomiła sobie. Jakoś tak wyszło, że myśląc o nim jako o zaprawionym rozpustniku, dodała mu w myślach dobrych dziesięć lat.

„Załóżmy, że tak…”

„To osobliwe słowo. Czy mogę je sobie zapisać?”

„Ludzie patrzą!”

„Niech sobie myślą, że jestem żarliwym wielbicielem pani talentu, zapisującym perły pani roztropnych słów. Choć nie jestem pewien, czy uznaliby panią za równie roztropną, gdyby przeczytali Elfgivę i jej ród. Nie było tak złe jak niektóre z tragedii wystawianych dziś na scenie, ale to nie była Miranda.”

„Teraz jest pan krytykiem?”

„Kiedy muszę. Chciałaby pani usłyszeć moją opinię? Fabuła była pogmatwana jak kocia kołyska i posępna jak gołe skały.”

„Pisałam ją przesiąknięta zimową rozpaczą.”

„Postacie równie dobrze mogłyby pochodzić ze średniowiecznego moralitetu — sądząc po ich cnotach i występkach.”

„To było zamierzone” — skłamała Lavinia.

„Proza” — powiedział lord Granville z miną człowieka wymierzającego cios kata — „była straszliwa. Torturowana niczym więźniowie w lochach Borgiów.”

Lavinia siedziała oniemiała. To istotnie był koszmar. Przed laty, kiedy po raz pierwszy anonimowo opublikowała Mirandę, zanim Hester Thrale-Piozzi wzięła ją pod swoje skrzydła i wywabiła na światło dzienne, właśnie takich słów się lękała. Trzeba przyznać, pochwał lękała się niemal równie mocno. Lękała się wszelkiej sławy i wszelkiego rozgłosu, które mogłyby sprawić, że ludzie wezmą ją za jakąś zarozumiałą oryginałkę. Ale ponieważ była, mimo ewidentnych wątpliwości lorda Granville'a, istotą ludzką, a nie stworzeniem z porcelany, najbardziej lękała się właśnie takiej druzgocącej klęski.

„Czy to naprawdę było aż tak złe?” — usłyszała własny głos, nie tyle cichy, ile nikły.

„Jeszcze gorsze” — odparł lord Granville z miną niemal powagi. „I właśnie dlatego sądzę, że musi się pani stąd wyrwać raz na zawsze. Weszła utalentowana istota z lekkim piórem, a wyszła żywa ruina, wydobywająca z siebie jedynie literackie lamentacje? Nie trzeba być lekarzem, by wydedukować, że miejsce, przez które przeszła, raczej nie było Ogrodem Eden.”

„Nawet gdybym się zgodziła…” Nawet gdybym się zgodziła, że dwór Jego Królewskiej Mości jest dla mnie miejscem druzgocącym duszę — Lavinia zachowała resztę zdania dla siebie. Ktoś mógłby to usłyszeć, źle odczytać jej ironiczny ton albo wręcz z rozmyślem go opacznie zrozumieć i puścić ten szept dalej. Wówczas jej kariera — jeśli nie, w tych bardziej cywilizowanych czasach, jej życie — z pewnością byłaby zagrożona. „Nawet jeśli uznamy, że ma pan rację, dlaczego miałby pan chcieć mi pomóc? Czy ja… budzę pańskie zainteresowanie?”

Przez chwilę wydawało się, że lord Granville zlekceważy wszelkie reguły decorum, jakie narzucał dworski koncert, i po prostu wybuchnie śmiechem. „Proszę mi wybaczyć, panno Dudley. Doprawdy, proszę mi wybaczyć, ale nie jest pani typem kobiety, który zwykle budzi moje zainteresowanie. A przynajmniej nie tym rodzajem zainteresowania, o którym pani wspomina. Choćby dlatego, że jest pani niezamężna.”

„Co za bezwstydne z pana stworzenie, lordzie.”

„Przeciwnie, jestem stworzeniem nader ostrożnym. Mężowie z wielkiego świata bywają o wiele bardziej obojętni niż tamtejsi ojcowie.”

„Więc dlaczego?”

„Już pani mówiłem. Lubię dobre powieści i nie znoszę złych tragedii, a to stanowisko, jak się zdaje, sprawia, że pisze pani mniej tych pierwszych, a więcej tych drugich. Tak dalej być nie może.”

„Czy zamierza pan wstawić się za mną u Jej Królewskiej Mości?” — spytała Lavinia, a nikła nadzieja po raz kolejny uniosła głowę.

„Mogę, ale wątpię, by mi to cokolwiek dało. Moja pozycja na dworze nie jest bynajmniej wysoka.”

„Jak to? Jest pan ekwierem Jego Królewskiej Mości!”

„To długa historia. Powiedzmy po prostu, że królowa Charlotta nie ma powodów, by żywić wobec mnie życzliwość.”

Musiał uwieść jedną z jej dam dworu, uznała Lavinia. Wszyscy wiedzieli, jak pieczołowicie Jej Królewska Mość strzegła cnoty kobiet ze swego otoczenia.

„Nie” — ciągnął lord Granville — „mój plan jest o wiele prostszy i, mówiąc wprost, o wiele weselszy. Wydamy panią za mąż.”

„Słucham pana?!”

„Niech pani pomyśli, panno Dudley. Gdy zostanie pani panią od jakiegoś tam nazwiska, nie będzie już pani mogła pełnić obowiązków drugiej strażniczki królewskiej garderoby. Jej Królewska Mość nie będzie miała innego wyjścia, jak pozwolić pani wycofać się do domu męża.”

„Mam nadzieję, że pan zdaje sobie sprawę, iż w takim razie musiałabym mieszkać w tym domu do końca życia? Mąż to nie nowy słomkowy kapelusz!”

„Nie, choć znam damy, które o ten drugi dbają o wiele staranniej niż o tego pierwszego. Ma pani lepszy pomysł?”

„Mam.” Być może dałaby się bardziej skusić, gdyby człowiek, który jej ten plan proponował, był w jakikolwiek sposób godny zaufania albo choć w najmniejszym stopniu miał na uwadze jej dobro. Ale lekkomyślny arystokrata, którego ulubionym zajęciem było uwodzenie zamężnych dam, z całą pewnością nie był ani jednym, ani drugim. Lavinia skrycie uważała, że każdy mężczyzna, który narusza świętość jej pisarskiego biurka, zasługuje, by dostać wazonem w głowę. „Zapomnijmy o tych niedorzecznościach i posłuchajmy tego, co zostało jeszcze z koncertu.”

„Pani przyszłość nie jest niedorzecznością.”

„To prawda. Strzegę jej pilnie. Proszę mi wybaczyć, że uważam Jej Królewską Mość za lepszą strażniczkę mojej przyszłości niż pana.”

Lavinia wiedziała, że nie powinna w ten sposób marnować świec. Była to, w gruncie rzeczy, osobliwa prawda, że skoro kłaść się spać mogła nie wcześniej niż o północy, a wstawać musiała o szóstej rano, niewiele zostawało jej czasu na sen i rozsądniej byłoby spożytkować te godziny na odpoczynek. Jednak jeśli miała mało czasu, a jeszcze mniej sił, by rzeczywiście pisać powieści, mogła przynajmniej wykroić sobie parę godzin na listy — te bowiem pozostawały jej jedyną więzią ze światem zewnętrznym.

Czasami, zwłaszcza gdy odpowiedzi zbyt długo nie nadchodziły, Lavinia zastanawiała się, czy jej słowa w ogóle docierają do adresatów, czy też świat poza pałacem Świętego Jakuba, Windsorem i Kew utonął w jakiejś śmiercionośnej mgle i po cichu wyzionął ducha, ona zaś tego nawet nie zauważyła. Ostatni raz widziała kogoś ze swego dawnego życia — życia, które teraz wydawało się na wpół snem — wiele miesięcy temu, w środku lata, kiedy szła z innymi do kaplicy i ujrzała Hester Thrale-Piozzi stojącą przy pałacowej bramie. Wspomnienie tamtego dnia zalało ją całą.

Kiedy Lavinia zobaczyła panią Thrale-Piozzi stojącą przy pałacowej bramie, nie mogła się powstrzymać od okrzyku dziewczęcej radości i pobiegła na spotkanie tej wielkiej damy świata literackiego i swojej dawnej patronki.

„No, proszę” — powiedziała pani Thrale-Piozzi z przekąsem, zmierzywszy Lavinię wzrokiem od stóp do głów. „Wygląda pani nad wyraz elegancko. Zupełnie niepodobna do tego na wpół skończonego stworzenia, które niegdyś przyjęłam pod swój dach.”

Na pozór był to komplement; jednak Lavinia nie mogła się oprzeć wrażeniu, że coś pod gładką powierzchnią drapie. „Tak brakuje mi tych obiadów u pani, pani Thrale-Piozzi.” Lavinii naprawdę brakowało tych obiadów i pragnęła, by mogło być ich więcej.

„Teraz ma pani zapewne inne obowiązki.”

„Wiem, że pani zrozumie. Jest pani przecież znów mężatką, a kobieta ma wobec męża tyleż poważnych obowiązków, co służebnica Korony wobec niej.”

„Skoro pani tak upiera się twierdzić, panno Dudley. Pani zapewne wie lepiej. Nie powiedziałabym, żeby mój signor Piozzi nakładał na mnie aż tak ciężkie obowiązki.”

„Ach!” Lavinia chwyciła się podsuniętego wątku z zapałem. „Jak wyglądały pani podróże z nim? Czy jemu się podobały? A pani? A pani córce? I czy to prawda, że zamierza pani napisać o tym książkę?”

„Raczej niewielki zbiór listów, na wzór lady Montagu. Moim prawdziwym dziełem są wspomnienia o świętej pamięci doktorze Johnsonie.”

„Czy zechce mi pani przysłać wczesny egzemplarz do przeczytania?” Lavinia wiedziała, że tą prośbą przekracza wszelkie granice, ale było tak, jakby otwarła się w niej jakaś nienasycona paszcza, żądając jak najwięcej, póki pora karmienia jeszcze trwała. „Chodzi o to, że nie mam czasu wybrać się do miasta ani możliwości poprosić kogokolwiek, żeby poszedł tam za mnie, i nie uda mi się znaleźć biblioteki wypożyczalnej ani biblioteki prenumeracyjnej, ani żadnej innej, a —”

Pani Thrale-Piozzi rozchyliła usta, by odpowiedzieć, lecz pani Schwellenberg, która podeszła do niej na miękkich dworskich pantoflach, chwyciła ją za rękaw i odciągnęła na bok, bynajmniej nie delikatnie. Lavinia zastanawiała się, czy pani Thrale-Piozzi odpowiedziałaby odmową czy obietnicą, gdyby pani Schwellenberg nie przerwała ich rozmowy.

„Czy pani postradała zmysły?” — syknęła pierwsza strażniczka królewskiej garderoby. „Próbuje się pani wymknąć? Pogardza pani wiarą czy tylko swoim obowiązkiem?”

„Przepraszam” — wyjąkała Lavinia, a nowo odnaleziona żywiołowość odpłynęła z niej równie szybko, jak się pojawiła. „Po prostu pani Thrale-Piozzi była moją dobrą przyjaciółką.”

Jeśli była na świecie kobieta dość nieustraszona, by otworzyć usta wobec dworskiej dostojniczki, była nią Hester Thrale-Piozzi. Uniosła jedynie jedną brew i zapytała: „Była? Panno Dudley, czy jest pani na mnie obrażona, czy też umarła i spoczywa w grobie? Czy rozmawiam z pani duchem, jakbym stała na blankach Elsynoru?”

Pani Schwellenberg po raz pierwszy spojrzała pani Thrale-Piozzi prosto w oczy, zamiast besztać Lavinię ponad jej głową. Potem pochyliła się i rzekła: „Co do pani — równie dobrze mogłaby nią być.” I zaciągnęła Lavinię z powrotem w wolną procesję.

Wspominając tamte wydarzenia, Lavinia nie była zadowolona ze swego zachowania — a raczej z braku działania. Teraz, pośród martwej ciszy nocy, przyszło jej do głowy, że mogła obrać inne drogi. Mogła sprzeciwić się pani Schwellenberg i jej oburzającym słowom. Mogła wyrwać rękę z jej uścisku i odmówić pójścia dalej.

Albo mogła siłą woli stać się lekka jak powietrze i ulecieć ku księżycowi. To było mniej więcej równie prawdopodobne.

Niestety, to nie był koniec sprawy. Koronnym zakończeniem okazało się coś jeszcze bardziej upokarzającego niż wszystko, co je poprzedziło. Gdy wierni zajmowali miejsca w królewskiej kaplicy, królowa Charlotta odwróciła głowę i spojrzała prosto na Lavinię. Teraz przejmował ją ten sam chłód aż do szpiku kości, co wtedy. Słowa Jej Królewskiej Mości zabrzmiały ostro, gdy spytała, kim jest owa pomalowana cudzoziemka.

Lavinia nie pamiętała już, co naprędce wymyśliła w odpowiedzi. Wiedziała tylko, że nie było to godne odparcie tego ostatniego określenia ani nic, co choćby napomykało o reputacji pani Thrale-Piozzi, jej dowcipie, przyjaźni ze świętej pamięci doktorem Johnsonem, wielkim mężem pióra, czy czymkolwiek innym, co mogłoby uczynić ją godną szacunku.

Dokładne słowa — wypowiedziane w śmiertelnym żarze słońca, jakim była królewska uwaga — umknęły już Lavinii, ale zapewne brzmiały mniej więcej tak: „Proszę mi wybaczyć. To dawna przyjaciółka z mojego poprzedniego życia.”

Pogrążona teraz w tych sennych wspomnieniach, Lavinia z początku nie uświadomiła sobie, że poruszenie, które słyszy na korytarzu, nie jest częścią snu. Przycisnęła głowę do drzwi, jakby podsłuchiwała świat zewnętrzny. Dwie pary kroków zbliżyły się, a potem zaczęły się oddalać. Kimkolwiek byli, przechodzili obok jej drzwi w jakiejś własnej sprawie.

Lavinia wiedziała, że mądrze i roztropnie byłoby usunąć się i pozostawić tych ludzi ich sprawom. Równie dobrze mogła to być para potajemnych kochanków. Równie dobrze mógł to być lord Granville ze swoją kochanką miesiąca, z ramieniem oplecionym wokół jej talii, dłonią zwisającą zapewne swobodnie i palcami dotykającymi pośladków damy albo gładzącymi jej talię leniwymi, zmysłowymi ruchami. Jeśli tak, twarz kobiety najpewniej płonęła rumieńcem przyjemności i oczekiwania na więcej. To mogłoby tłumaczyć pośpiech tych kroków…

Lavinia otworzyła drzwi i wyszła na korytarz. Jeśli on lub jakikolwiek inny rozpustnik zamierzał uprawiać swój romans, to z pewnością nie pod jej drzwiami.

Zjadliwe uwagi, które mogłyby znaleźć się na kartach powieści, formowały się już w jej myślach, gdy nagle zobaczyła coś, co zatrzymało ją jak wryta. To nie byli kochankowie. Parę tę stanowiły dwie damy dworu, jedna mniej więcej w wieku Lavinii, druga znacznie starsza, a na ich twarzach malowała się czysta panika.

„Co się stało?” — wydyszała Lavinia.

Starsza nawet nie raczyła obdarzyć jej spojrzeniem. Młodsza na moment przystanęła w swoim gorączkowym marszu — żadna kobieta z dobrego domu, a już zwłaszcza dama dworu, nie zrobiłaby czegoś tak nieokrzesanego jak bieg — i wydyszała:

„Królowa krzyknęła.”

Krew odpłynęła Lavinii z twarzy. Wszystkie potworne opowieści francuskich emigrantów, jakie kiedykolwiek słyszała przed przybyciem na dwór, rozgorzały nagle w jej pamięci, zaludniając wyobraźnię myślami o zamachach i rewolucjonistach. Nie zatrzymała się ani po to, by włożyć buty, ani po to, by pomyśleć. Popędziła korytarzem.

Droga do królewskiej sypialni ciągnęła się długo. Tak długo, że Lavinia przez chwilę, z lękiem, zastanawiała się, jak donośny musiał być ów krzyk, skoro usłyszały go kobiety, za którymi teraz podążała — i co mogło go wywołać.

Kiedy drzwi do tej świętej przestrzeni wreszcie się otwarły, Lavinia ujrzała osobliwy obraz światłocienia: ciemny przepych, kilka świec płonących przy łożu, bladą kobietę na nim — i starego mężczyznę pochylonego nad nią.

I tym razem nie pomyślała. Po prostu porwała jeden z kandelabrów stojących przy łóżku i uniosła go wysoko. Młodsza dama dworu pisnęła i chwyciła ją za rękę, nim Lavinia zdołała opuścić ciężki przedmiot na głowę złoczyńcy. Zaskoczona tą zdradą, odwróciła się ku niej, gotowa do walki, gdy starsza dama zawołała:

„Wasza Królewska Mość! Ogromnie przepraszamy — sądziłyśmy, że małżonka Waszej Królewskiej Mości jest… niedysponowana!”

Jego małżonka? Lavinia wpatrywała się w mężczyznę przykucniętego przy królewskim łożu. Na pierwszy rzut oka miał niewiele wspólnego z ojcem narodu, różanolicym królem farmerem, którego każdy lojalny poddany urodzony w ciągu ostatnich kilku dekad był uczony — choć nie zawsze skutecznie — kochać. Ale im dłużej patrzyła, tym wyraźniej rozpoznawała rysy, które mignęły jej podczas tych nielicznych — a w ostatnich latach doprawdy bardzo nielicznych — publicznych wystąpień monarchy.

Właśnie omal nie uderzyła króla Jerzego w głowę kandelabrem. Być może pani Schwellenberg miała rację, sądząc, że Lavinia nie nadaje się na dwór.

„A więc i wy wiecie o jej chorobie?” — spytał król Jerzy, nie wypuszczając ręki milczącej małżonki.

Nie sposób było powiedzieć mężczyźnie w koronie — choćby dotkniętemu chorobą umysłu — że nie ma się najmniejszego pojęcia, o czym mówi. Toteż cała trójka milczała, mrugając grzecznie.

„Moja droga Charlotta się przeziębiła.” W jego głosie pobrzmiewało zniecierpliwienie, ale nie gniew. „Gdzież są jej lekarze? Niektórzy z tych ludzi to tacy niegodziwcy. Nie sposób oczekiwać, by obchodził ich pacjent choćby o jotę. Nie sądzisz, Amelio?”

Te ostatnie słowa skierował — ku jej przerażeniu — do niej samej. Brał ją za księżniczkę Amelię, swoją ukochaną córeczkę. Jego córka mogła być równie piękna i łagodna, jak przystało księżniczce, ale nie miała jeszcze nawet dziesięciu lat, była więc znacznie młodsza od Lavinii.

Co miała zrobić Lavinia? Co mógł uczynić ktokolwiek, a cóż dopiero ktoś obdarzony choć odrobiną współczucia, jeśli nie podtrzymać to złudzenie?

„Owszem” — odparła, unikając zwrócenia się do niego „ojcze”. To mogłoby pomóc go uspokoić, ale kto wie, jaką plotkę bardzo przytomne damy obecne w komnacie mogłyby z tego w przyszłości usnuć. „Są śliscy. Śliscy jak węgorze.”

„Jaka z ciebie grzeczna dziewczynka, Amelio. I jak urosłaś! Będziesz dobrą towarzyszką dla swojej matki. Twój przyszły mąż będzie szczęśliwym człowiekiem.” Na twarzy króla Jerzego odmalowało się coś na kształt czułości.

„Wątpię, żeby wyszła za mąż” — odważyła się wtrącić królowa Charlotta, wyraźnie biegła w sztuce podtrzymywania złudzeń. „Potrzebuję Amelii tutaj, tak samo jak potrzebuję jej sióstr. Chyba nie chciałbyś, abym została samotna, kiedy wszystkie powychodzą za mąż?”

„Oczywiście, że nie, droga Charlotto. Zresztą małżeństwa z krwi tak rzadko bywają równie szczęśliwe jak nasze. Pamiętasz, co stało się z biedną Mathilde, kiedy ojciec ją odesłał?”

Ciało królowej Charlotty jakby skamieniało. Rysy jej twarzy zastygły, ramiona zesztywniały, a głos stał się surowy niczym głos nauczycielki, gdy powiedziała:

„Nie mówimy o tej kobiecie w obecności naszych córek. Choroba czy nie choroba.”

„Wasza Królewska Mość” — odezwała się starsza dama dworu — „skąd dowiedziała się Wasza Królewska Mość o… niedyspozycji Jej Królewskiej Mości?”

„Ależ nie musiałem się o tym dowiadywać! Zawsze wiem, kiedy mojej żonie coś dolega. Ona również doskonale zna moje dolegliwości, bo inaczej nie otoczyłaby mnie aż tyloma lekarzami.” Uśmiechał się z prawdziwą czułością, lecz w jego oczach błyszczało coś osobliwego. „Na szczęście wiem, jak wymknąć się ich opiece, kiedy staje się nie do zniesienia. Każdy z nas ma swoje małe sztuczki. Czyż nie, Charlotto?”

Na wzmiankę o ucieczkach twarz królowej pobladła jeszcze bardziej. Ledwie przypominała damę, która niegdyś publicznie zganiła Lavinię w kaplicy — damę we wspaniałych, obszernych szatach, o nieskazitelnej postawie, otoczoną lśniącym orszakiem. Kobieta leżąca teraz przed nią miała twarz bladą jak papier, oczy podkrążone cieniem i — mimo obecności w pokoju trzech osób poza jej mężem — była niewiarygodnie, bezgranicznie samotna.

Młodsza dama dworu skorzystała z chwili, gdy uwaga wszystkich odwróciła się od niej, i zaczęła cichutko przesuwać się bokiem ku drzwiom. Nie zaszła daleko.

Król Jerzy odwrócił się gwałtownie w jej stronę i tym razem gniew mroczno wypisał się na jego rysach.

„Cóż to za dwórka z ciebie, młoda damo, skoro chcesz porzucić swoją królową w godzinie potrzeby? Czy po to rodzice wysłali cię na dwór? Wielkie zaszczyty niosą ze sobą wielką odpowiedzialność!”

„J-ja wiem, Wasza Królewska Mość” — wyjąkała młoda kobieta.

„Więc o tym nie zapominaj. Chodź tutaj. Siadaj. Jesteś damą dworu, prawda?”

„Tak, Wasza Królewska Mość.”

„A zatem czekaj. Twoja królowa może jeszcze cię potrzebować, nim nadejdzie świt.”

„Zapewniam, że nie ma powodu do niepokoju” — wtrąciła pośpiesznie zupełnie zdrowa królowa Charlotta. „Czuję się… czuję się znacznie lepiej.”

„Lepiej mieć pewność. Gorączka to okropna rzecz. Amelio, podejdź bliżej. Twoja matka potrzebuje twojego towarzystwa i pogody ducha.”

Moja matka nie żyje — pomyślała Lavinia, klękając przy królewskim łożu. Wkrótce rozbolały ją kolana, mimo kosztownego dywanu oddzielającego ją od twardej posadzki. Przez zamknięte powieki widziała rozbłyski samotnych świec, bursztynowe w ciemności.

Noc za oknami stała w zenicie, a Lavinia wiedziała, że miną jeszcze długie, długie godziny, nim księżyc zacznie zachodzić i ustąpi miejsca słońcu.

ROZDZIAŁ 3

Lavinia szła alejkami ogrodu z gorączkową, nerwową energią, zrodzoną z mieszaniny pośpiechu i lęku. A jeśli się przeliczyła? Jeśli królewscy ekwierowie nie wstawali tak wcześnie albo nie przechadzali się tędy, a nawet jeśli wstawali i wychodzili na poranny spacer, to co, jeśli akurat ten, którego szukała, tego nie robił? A jeśli pani Schwellenberg zacznie jej szukać i zastanie jej grzeczny pokoik pustym? Jeśli⁠—

Wypuściła powietrze, gdy dostrzegła grupę rosłych młodych mężczyzn przechadzających się pośród wiosennej zieleni. Byli wcieleniem męskiej pogody ducha, żywo o czymś rozprawiając między sobą. Równie dobrze mogliby wyjść z innego świata, tak dalece ich nastrój odbiegał od mrocznego zamętu, w którym pogrążona była Lavinia.

W innych okolicznościach zbyt by się bała, by do nich podejść; wszak naprawdę przedstawiono ją tylko jednemu z nich. A nawet wtedy nie mogła po prostu wtrącić się między nich i odciągnąć go od towarzyszy. Ale tu i teraz jej myślami i decyzjami rządziła inna logika. W pewnych wypadkach, uznała, dobre maniery można być może poświęcić na rzecz konieczności chwili — o ile sytuacja jest dostatecznie poważna, rzecz jasna. Z jej punktu widzenia była aż nadto poważna.

„Milordzie” — zwróciła się do lorda Granville’a, który szedł na czele grupy. „Czy moglibyśmy porozmawiać?”

„Lavinia Dudley zgadza się rozmawiać z kimś takim jak ja bez przyzwoitki? Chyba piekło zamarzło.”

„To raczej pilne” — błagała. „Nie odejdziemy daleko — pańscy przyjaciele będą nas mieli cały czas na widoku — nikt by nie podejrzewał intrygi ani...”

„Panno Dudley, tylko się z pani droczyłem.” Zielone oczy Hugh Granville’a nieco złagodniały. „Drażnienie pani to ostatnio wprost rozkoszna rozrywka. Oczywiście, możemy się przejść.”

Lavinia posłała mu wdzięczny uśmiech. Ujmując podane jej ramię, starała się ze wszystkich sił ignorować zaskoczone i zaciekawione spojrzenia mężczyzn z dworu. Było to zrozumiałe — jeśli nie pachniało intrygą, to flirtem. A czuła je jak rozpalone do białości żelazo na potylicy.

„Czy pańska propozycja jest nadal w mocy?” — szepnęła, gdy odeszli zaledwie kilka kroków.

„Moja propozycja poślubienia pani?” — odparł. „To znaczy kogoś innego?” — dodał z błyskiem w oku.

„Pańska propozycja pomocy w ucieczce.”

„Cóż, wyjazd do Cheltenham nie nastąpił i nie minął, prawda? To znaczy, że wciąż mamy mnóstwo czasu. Ale” — uniósł palec, uprzedzając jej odpowiedź — „najpierw chciałbym wiedzieć, skąd taka zmiana zdania.”

„Być może oprzytomniałam i zrozumiałam, jak znakomitym źródłem rad pan jest.”

„Musiałaby się pani bardziej postarać, by mnie przekonać, panno Dudley.”

„Co pana to obchodzi?” — omal nie warknęła i oblała się rumieńcem, gdy uświadomiła sobie, co jej się wymknęło.

Lord Granville spojrzał na nią nowym wzrokiem, lecz na szczęście w jego oczach malowało się zaskoczenie, nie uraza.

„Panno Dudley.” Złagodził głos bardziej, niż wymagałaby tego sama tajemność. „Co dokładnie się stało?”

„Nic. Jego Królewska Mość...” Autorom pamfletów i pismakom z Grub Street, żyjącym przecież tak daleko stąd, łatwo było z uciechą pisać: Jego Królewska Mość jest do reszty szalony. Lavinia, która istniała teraz tak blisko nieznośnie jaśniejącego centrum władzy, nie potrafiła się nawet zmusić, by powiedzieć: popełnił błąd. „Jego Królewska Mość pomyślał, że Jej Królewska Mość jest chora. Przyszedł do niej w nocy, a ja akurat tam byłam, i...”

„Ach, więc stary Jerzy Gospodarz znów szaleje?”

„Milordzie!”

„Pani reprymendy brzmiałyby mniej słabo, gdyby nie była pani blada jak płótno.”

„Byłam tylko... trochę wstrząśnięta...”

„Tak trochę wstrząśnięta, że nawet zaniedbała pani dziś swoje obowiązki, żeby przybiec i mnie odszukać.”

„Niczego nie zaniedbałam. Dziś nie mam żadnych obowiązków. One... Jej Królewska Mość uznała, że lepiej będzie” — nie powiedziała: bezpieczniej — „podtrzymać złudzenie Jego Królewskiej Mości i spędzić cały dzień w łóżku. Moja posługa przy ubieraniu nie jest jej dziś potrzebna.”

„Rozumiem.” Wypowiedział te dwa słowa z nutą czegoś przypominającego szczerość. Uniósł lewą dłoń i przez sekundę Lavinia myślała, że ściśnie jej palce, próbując ją pocieszyć. Zesztywniała na myśl o tych wszystkich mężczyznach, którzy ich obserwowali, mężczyznach, którzy mieli uszy i usta, i rozwiązane języki, nie mniej niż kobiety, cokolwiek by kto twierdził.

Na szczęście lord Granville najwidoczniej się rozmyślił i opuścił rękę. Lavinia odczuła ulgę, rzecz jasna, że nie dał pożywki plotkom, lecz gdzieś w głębi — musiała być doprawdy wstrząśnięta — była też odrobinę rozczarowana, że nie zaznała dotyku jego dłoni w rękawiczce na swojej. Miał zresztą, zauważyła, nader eleganckie palce.

„Czy miał pan na myśli kogoś konkretnego, kogo mogłabym... poprosić, żeby mnie stąd zabrał?” Jej spojrzenie bezwiednie przesunęło się ku grupie jego przyjaciół.

„Nie w pani obecnej sytuacji.”

„Co pan ma na myśli?”

„Tacy mężczyźni, jakich pani wypatruje, tacy, którzy mogą nalegać na małżeństwo i narazić się na niełaskę Jej Królewskiej Mości, potrzebują posagów, nie rękopisów. To nie znaczy, że nigdy nie poślubiają olśniewających piękności zaledwie z kilkoma funtami rocznego dochodu, ale...”

„...ale ja nie jestem olśniewającą pięknością” — dokończyła za niego Lavinia. Tego rodzaju szczerość wyciekła z niej niczym krew puszczona lancetem średniowiecznego cyrulika, i to już wkrótce po przybyciu na dwór, lecz coś w sposobie bycia lorda Granville’a sprawiało, że wyznania przychodziły jej z zadziwiającą łatwością.

To z kolei kazało jej się zastanowić, czy portret nikczemnego uwodziciela w Mirandzie nie był z gruntu fałszywy. Być może większość takich mężczyzn wcale nie była gładka, mroczna i niebezpieczna; być może raczej mieli dar wywoływania śmiechu i gniewu u swoich przyszłych zdobyczy w mgnieniu oka, by później przemieniać te emocje w doznania o wiele gorętsze.

„Może nie, ale można sprawić, by wyglądała pani jak jedna z nich.”

„Jak?”

„Dzięki odrobinie pieniędzy i odpowiednim strojom. Ja mogę zapewnić to pierwsze, a jestem pewien, że zna pani modystkę, która dostarczy to drugie. Jeśli ktoś zapyta, chce pani wyglądać stosownie na królewską wizytę.”

„A co ludzie pomyślą, jeśli zobaczą, że pan opłaca moje rachunki?”

„Moja droga panno Dudley, czy naprawdę sądzi pani, że jeszcze nie nauczyłem się opłacać rachunków kobiety tak, by nikt tego nie zauważył?”

„Dlaczego pan to dla mnie robi?” — spytała Lavinia wprost, zaniepokojona. Nie była na tyle głupia, by sądzić, że na tym świecie istnieje spontaniczna i szczera hojność, zwłaszcza gdy płynie od młodych mężczyzn ku młodym kobietom, których nie poślubili.

„Przecież już pani to powiedziałem.”

„Tak, lubi pan dobre powieści i nie znosi złych tragedii.”

„Ach, a więc zapamiętała pani moje słowa co do słowa! Jestem zaszczycony.”

„Nie ma pan powodu, lordzie Granville, bo im nie uwierzyłam. To znaczy, bez trudu wierzę, że lubi pan dobre powieści, ale nie sądzę, by był to dostateczny powód, by próbować obejść wolę królowej.”

„A gdybym powiedział, panno Dudley, że obejście królewskiej woli jest właśnie celem samym w sobie?”

Lavinia zmarszczyła brwi. Z pewnością żartował. Nie było mowy, by młody królewski ekwier chciał rozmyślnie zwodzić królową Charlottę, chyba że dla jakiejś wielkiej korzyści. Chyba że... „Robi pan to dla kaprysu?”

Przez sekundę jego wargi zacisnęły się w sposób, który, o dziwo, zdradzał frustrację, a nawet gniew. Potem jednak niebo się przejaśniło i lord Hugh Granville znów stał się swoim słonecznym sobą.

„Tak, panno Dudley. Dla kaprysu. Czy zechce mi pani dopomóc w tym kaprysie?”

Lavinia rozważyła swoje możliwości i uświadomiła sobie, jak niewiele ich miała.

„Tak, milordzie” — powiedziała. „Tak uczynię.”

„Boże Wszechmogący” — powiedziała modystka, wchodząc do pokoju Lavinii. „Kto by pomyślał, że przy tych wszystkich złoceniach i przepychu, przy całej tej przestrzeni i świetle, nie znaleźliby dla ciebie lepszego miejsca do spania niż to.”

„Jestem zupełnie zadowolona z kwater, pani Hunt” — odparła posłusznie Lavinia; słowa te schodziły jej z ust jak gładkie, od dawna ogładzone kamyki. Wewnętrzny głos szeptał jej, że nie narazi się na żadne ryzyko, skarżąc się komuś z zewnątrz, kobiecie niezwiązanej z dworem, która raczej nie rozpowiadałaby o tym komukolwiek, kto się tutaj liczył. Lecz kluczem do panowania nad sobą był żelazny nawyk, a złamanie go choćby raz mogło sprawić, że któregoś dnia cała ta konstrukcja się zawali.

„Skoro tak mówisz, kochanie. Choć wyobrażam sobie, że w domu miałaś pokój nieco większy.” Pani Hunt, która ubierała niegdyś zmarłą matkę Lavinii, nim zaczęła ubierać samą Lavinię, nigdy właściwie nie widziała wnętrza domu Dudleyów — nie byli bowiem dość wysoko urodzeni, by modystka odwiedzała ich w zaciszu własnego domu. Jej domysł był jednak całkowicie trafny.

Lavinia odpowiedziała jakimś nieokreślonym dźwiękiem, który równie dobrze można było uznać za potwierdzenie, zaprzeczenie albo wyraz obojętności wobec całej sprawy.

„Przypuszczam, że nowa posada ma też swoje pociechy” — ciągnęła pani Hunt. „Tylu młodych młodzieńców na dworze! To dla nich chcesz się teraz trochę wystroić, czyż nie?”

„Pani Hunt.” Lavinia się zaczerwieniła. „Nie mam nic takiego na myśli. Po prostu uświadomiłam sobie, że nie mam w garderobie nic nowego, i...”

„Nie musisz mi bajać, panno Dudley. Nie ma nic grzesznego w tym, żeby chcieć dobrze wyjść za mąż. Właśnie po to zjawiłaś się na dworze, prawda?”

Lavinia aż się wzdrygnęła. Czy to właśnie o niej mówiono? Że przyjęła propozycję królowej nie po to, by przynieść zaszczyt rodzinie i wesprzeć karierę ojca oraz własną, lecz po to, by pazurami wdrapać się do wyższych sfer?

Nie mogła już jednak zbyt żarliwie temu zaprzeczyć. Nie teraz. Już nie. Postanowiła więc odpowiedzieć tylko skrytym uśmiechem.

„Wiedziałam, że jesteś rozsądną dziewczyną.” Pani Hunt skinęła głową. „Masz coś konkretnego na myśli?”

„Myślę... może półtoaleta? Z...” Lavinia zawahała się, po czym zmusiła się, by przypomnieć sobie, że przez jakiś czas pieniądze nie stanowią problemu. „Z satyny. Szara.”

„Satyna? Ale już dawno najwyższa pora, żebyś miała porządny wiosenny strój! Do tego nada się tylko jedwab demi-saison.”

„To...” Pierwszym odruchem Lavinii było powiedzieć: za drogie. „Rozsądne.”

„Szary także nie jest kolorem dla ciebie. Owszem, jeśli chcesz zaimponować dżentelmenom swoją ujmującą skromnością, ale wiem z doświadczenia, że robi ona na nich wrażenie tylko na kartach poradników dobrego wychowania. Mogą szukać tej cechy u żony, ale sama w sobie nie wystarczy, by zwabić ich do ołtarza.”

„Mam nadzieję, że nie chce mi pani powiedzieć, że mam wdziać coś karmazynowego?” — zażartowała Lavinia ze swoją dawną znajomą.

„Oczywiście, że nie. Karmazynowy nie jest dla ciebie. Znacznie lepszy byłby jasny błękit. Rękawy z białej krepy, obszyte blondą. Myślę, że wszystkie kolory Bertin byłyby dla ciebie bardzo odpowiednie.”

„Kolory Bertin?”

„Odcienie, w jakie ubierała biedną, zmarłą królową Francji. Pudrowy błękit, delikatny żółty, odrobina zieleni... Tkaniny byłyby może zbyt śmiałe jak na nasze strony — słyszałam, że Jej Królewska Mość ma surowe poglądy na kwestię damskiego ubioru — ale same kolory sprawdziłyby się wyśmienicie.”

Biedna, zmarła królowa Francji. Lavinia słyszała te słowa bardzo często przez ostatnie — jak długo właściwie — sześć miesięcy, siedem? Ludzie mówili posępnie o śmierci monarchów i końcu wielkiej epoki francuskiej dominacji, lecz w ich słowach pobrzmiewała też tłumiona ulga: »Bogu dzięki, że nie stało się to tutaj; Bogu dzięki, że nasza królowa Charlotta żyje i ma się dobrze«. A w głębi duszy byli wdzięczni, że królowa Charlotta jest uosobieniem cnoty. Żaden pismak z Grub Street nie ośmieliłby się choćby zasugerować, że królowa ma kochanka, i żaden demagog nie znalazłby słów, by obrócić tłumy przeciw niej. Lud był wdzięczny, że Jej Królewska Mość jest filarem przyzwoitości, jaśniejącą gwiazdą wszelkich ujmujących kobiecych cnót.

„Od jakiegoś czasu chodziło mi po głowie pewne coś” — ciągnęła pani Hunt — „tylko nie byłam pewna, co z tym począć. Większość kobiet, które ubieram, mówiąc szczerze, nie ma środków na coś takiego, a ty, jak sądziłam, nie miałabyś na to ochoty. Ale skoro to się zmieniło...”

Jak zauważyła Lavinia, nie szukała rysunku zbyt długo. To znaczyło, że nie trzymała go ukrytego tak głęboko, jak chciała zasugerować. Jeśli już, musiała go przygotować jeszcze zanim tu przyszła. Bo któż, jeśli nie cudowna latorośl Dudleyów, która niewątpliwie świetnie sobie radziła na dworze, miałby i pieniądze, i chęć na jakąkolwiek wspaniałą kreację zrodzoną w wyobraźni pani Hunt?

Lavinia spojrzała na ów rysunek i wizja ta napełniła ją nagłą tęsknotą. Przyszła kreacja to suknia z bladozielonego jedwabiu z tiulową halką, przystrojoną bzami. Na głowie ledwie naszkicowana postać miała pióropusz z białych piór.

„To nakrycie głowy nie jest, rzecz jasna, do noszenia na co dzień” — wyjaśniła pani Hunt, jak gdyby to wymagało wyjaśnienia — „może tylko na dni salonów królowej.”

Tak, pomyślała Lavinia, na przyjęcia u królowej nadawałoby się doskonale, tak samo jak sama suknia nadawałaby się znakomicie na mniej oficjalne wieczorne okazje.

Jeśli będzie mnie na nią stać. Ta myśl pojawiła się w jej głowie nieproszona, pchnięta samą siłą przyzwyczajenia. W zasadzie mogła sobie na nią teraz pozwolić, ale nawyku oszczędności całego życia nie dało się porzucić przez jedną obietnicę zapłacenia za jedną ekstrawagancję.

Być może nie tylko jedną. Jeśli lord Granville rzeczywiście mówił poważnie o tym, co nazywał swoim kaprysem — co samo w sobie było paradoksem słownym, może czymś, co warto zapamiętać do przyszłego utworu — mógł opłacić wszelkie zbytki, jakich wymagała ta okazja. Najpewniej był równie hojny, jeśli nie hojniejszy, wobec dam, które zaszczycał swymi względami w inny sposób.

Ta myśl napełniła ją niesmakiem — niewątpliwie dlatego, że nie była obeznana z tą stroną życia wyższych sfer. Lavinia przełknęła ślinę, próbując zdławić żółć, która na chwilę podeszła jej do gardła. Żartobliwe wizje zasypania biurka lorda Granville’a niezapłaconymi rachunkami prysły bez śladu.

„Przykro mi” — powiedziała Lavinia. „Ja... nie sądzę, bym mogła włożyć coś takiego.”

„Czemuż to?”

„Ja... Jest za krótka.” Znalazła wadę, za którą mogła się uchwycić. „Proszę spojrzeć, prawie odsłania mi kostki!”

„Ależ, moje dziecko, masz takie śliczne kostki! Gdybyś tylko dobrała do nich dość zgrabne pantofelki, wyglądałabyś jak anioł. Cóż, nie jak anioł. Mężczyźni, czy to szlachetnie urodzeni, drobni kupcy, czy nawet żebracy, zawsze wzięliby kobietę z krwi i kości zamiast unoszącego się anioła.”

„Kiedy mówi pani »wzięliby«, ma pani na myśli...”

„Za żonę, rzecz jasna” — odparła pani Hunt z miną uosobionej niewinności. „Cóż innego? Chyba że ten unoszący się anioł ma wielki posag.”

„Zawsze była pani bardzo praktyczną kobietą.”

„Tak, i jestem z tego dumna. Twoja matka też nie była żadnym rozmarzonym serafinem — znałam ją. Gdyby jeszcze żyła, może nie zamurowałabyś się w tej wysokiej wieży kaznodziejskich idei. Za krótka, doprawdy! Próbujesz zdobyć męża, droga Lavinio, a nie zrobić wrażenie na jakimś hiszpańskim mnichu.”

Zdobyć męża. Cały jej cel można by ująć w tych dwóch słowach. Lavinia Dudley — kobieta, która szczyciła się życiem umysłu i obowiązkiem córki — istotnie próbowała zdobyć męża, żeby uchylić się od tego obowiązku. A żeby to uczynić, przyjmowała finansowe podarki od libertyńskiego dżentelmena, którego zamiary znał tylko on sam.

Kaznodziejskie idee, doprawdy. Być może przez cały czas szukała jedynie przyzwolenia na bunt, a tamta noc grozy w towarzystwie obłąkanego króla i przerażonej królowej dała jej właśnie to.

Ten bunt nie potrwa długo, obiecała sobie Lavinia. Zapewne nie przetrwa roku. Albo, jeśli los okaże się dla niej łaskawy, miesiąca.

„Być może ma pani rację” — powiedziała, spuszczając wzrok w czymś, co wydało jej się parodią własnego zwykłego wycofania. „Być może rzeczywiście potrzebuję tej sukni z halką z tiulu.”

Była siódma rano, a Lavinia, która musiała wstawać o szóstej, nie była w nastroju na niespodzianki. Mimo to właśnie zdumienie poczuła, gdy spieszyła korytarzem prowadzącym z jej pokoju w »apartamentach królowej« i omal nie wpadła na panią Schwellenberg.

„Dzień dobry” — powiedziała Lavinia, tłumiąc niepokój, który podnosił się w jej sercu. Wiedziała, że pierwsza strażniczka królewskiej garderoby nigdy nie wstaje tak wcześnie. Ubieranie królowej Charlotty i układanie jej fryzury rozpoczynała cicho mówiąca Niemka, pani Thielky, a kończyła je sama Lavinia. Pani Thielky zajmowała się uczesaniem, a Lavinia pomagała przy stroju, podając stelaż sukni, suknię, pantofle, chustkę na szyję, a na końcu wachlarz pani Thielky, która przekazywała każdy z tych przedmiotów Jej Królewskiej Mości. Pani Schwellenberg nie brała udziału w żadnej części tego rytuału; jeśli już, była raczej czymś w rodzaju dostojnej towarzyszki niż cichej służącej, jaką teraz była sama Lavinia.

„Ja niestety nie mogę powiedzieć tego samego, panno Dudley” — odparła pierwsza strażniczka królewskiej garderoby, a jej stalowoszare oczy pozostały nieubłagane. „Szukam pani wiele popołudni, ale wygląda na to, że jest pani bardzo zajęta. Z modystką, ze wszystkich możliwych osób.”

„Przepraszam.” Lavinia nie zdołała ukryć w głosie pewnego zniecierpliwionego pośpiechu. Musiała wypełnić obowiązek i nie potrafiła sobie nawet wyobrazić konsekwencji, gdyby spóźniła się na ceremonię ubierania. A raczej na ceremonię podawania części garderoby pani Thielky, aby to ona mogła dokonać właściwego ubierania.

„Czy uważa mnie pani za głupią, panno Dudley?”

„Słucham?”

„Przez wszystkie te lata, kiedy była pani tutaj moją podopieczną, udawała pani skromność myszy kościelnej.”

Lavinia wzdrygnęła się w duchu na to sformułowanie. Jej podopieczna istotnie — jak gdyby była wieczną pensjonarką, a pani Schwellenberg jej guwernantką, której nigdy nie należy odprawić.

„A teraz” — ciągnęła starsza kobieta — „nagle stroi się pani w zbytki. Przypadkiem usłyszałam kilka pani rozmów z tą panią Hunt. Jedwab! Satyna! Można by pomyśleć, że uważa się pani za szlachetnie urodzoną dziedziczkę!”