Gra w udawanie - Olivia Hayle - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Gra w udawanie ebook i audiobook

Olivia Hayle

4,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

1737 osób interesuje się tą książką

Opis

West Calloway jest bogaty, arogancki i irytująco przystojny. Jest też najlepszym przyjacielem mojego brata i facetem, w którym kiedyś beznadziejnie się podkochiwałam.

Kiedy przez stalkera muszę opuścić mieszkanie i przeprowadzić się do Westa, ten wpada na jeszcze „lepszy” pomysł: będziemy udawać parę. Świat ma uwierzyć, że jestem zajęta i chroniona przez niego i jego ludzi. Zgadzam się na to pod jednym warunkiem: on nauczy mnie randkować, a mój brat o niczym się nie dowie.

Ja nie mam pojęcia o związkach, on nie wierzy w miłość.

Brzmi jak układ idealny. Tyle że nasze prywatne lekcje szybko zaczynają obejmować intymniejsze aspekty życia, a mnie coraz trudniej uwierzyć, że tylko udajemy…

 

Motywy:

  • udawany związek
  • przyjaciel jej brata
  • slow burn
  • lekcje randkowania

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 513

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 16 godz. 10 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Małgorzata Gradkowska

Oceny
4,6 (33 oceny)
24
6
2
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
wreader

Nie oderwiesz się od lektury

OMG! 😈❤️‍🔥 Pyknęłam 500 stron w jeden dzień, nie byłam w stanie się oderwać. Czytałam wcześniej tylko Miodowy miesiąc dla singli, który był OK, ale to, Olivia tak rozwinęła skrzydła, że muaaaah! West ❤️❤️
20
aga1420

Z braku laku…

Nie przebrnęłam.
10
mosttrowska017

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka
10
asiorek02

Nie oderwiesz się od lektury

Przyejmnie się czytało
00
niania183

Nie oderwiesz się od lektury

czekam na drugi tom;)
00



Tytuł oryginału: The Faking Game

 

Redaktorka inicjująca: Agnieszka Mazurkiewicz

Tłumaczenie: Danuta Fryzowska

Redakcja: Kamila Recław

Korekta: Agata Bogusławska, Sandra Popławska

Konsultacja językowa: Paulina Sobolak

Projekt okładki: Chloe Quinn Astound US Inc

Przygotowanie polskiej wersji okładki, opracowanie graficzne i skład: Elżbieta Wastkowska

Ilustracja: @jacqueillustrates

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

 

Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

[email protected]

www.wydawnictwoagora.pl

 

Copyright © by Olivia Hayle, 2025. All rights reserved.

Copyright for the Polish translation © by Danuta Fryzowska, 2026

Copyright for this edition © by Agora Książka i Muzyka sp. z o.o., 2026

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

 

Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.

 

Warszawa 2026

 

ISBN: 978-83-8380-560-3

 

Wydanie pierwsze

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

 
 
 

Dla wszystkich dziewczynek starających się przypodobać innym, które wyrosły na kobiety bojące się stawiać granice.Obyście znalazły w sobie odwagę, aby je w końcu wyznaczyć, i miłość, która mimo wszystko powie „tak”.

 
 
 
 
Rozdział 1
Nora

NAJLEPSZE W WYPADZIE do nocnego klubu jest to, że kiedyś w końcu można sobie wyjść.

Spędziłam w tym dudniącym miejscu niecałą godzinę i, jak na mój gust, to i tak było o trzydzieści minut za długo. Pulsujące neonowe światła przeszywają mrok, malując wijące się w tańcu ciała kolorami tęczy. Ledwo słyszę, co obok mnie mówi Poppy.

Napisałam do niej wczoraj, kiedy skończyłam się rozpakowywać w moim wynajmowanym nowojorskim mieszkaniu, i zapytałam, czy chce się spotkać. Poznałyśmy się poprzez modeling i może mogłybyśmy się zaprzyjaźnić. Dobrze by było mieć jakichś przyjaciół w nowym mieście.

Poppy chciała przyjść właśnie tu. Do tego ekskluzywnego klubu, w którym teraz siedzimy w loży dla VIP-ów razem z siedmioma innymi modelkami.

– ...prawda? Nie sądzisz, że mogłoby być fajnie?! – krzyczy mi do ucha.

Kiwam głową i się uśmiecham, jakbym słyszała, co powiedziała. Liczyłam dziś raczej na kolację, może drinki. W jakimś miejscu, gdzie naprawdę dałoby się porozmawiać.

Inna kobieta, najwyższa z całej grupki blondynka, pochyla się nad stołem.

– Jeszcze jedna kolejka? – rzuca, podnosząc butelkę szampana.

Reszta ekipy wiwatuje, a sympatyczna, androgyniczna modelka, z którą kilka razy współpracowałam, podstawia jej pusty kieliszek. W loży siedzą jeszcze dwaj mężczyźni, którzy najwyraźniej za wszystko płacą. Mają po trzydzieści, może czterdzieści lat, wypasione karty kredytowe i aroganckie uśmieszki.

Ledwo kojarzę, jak się nazywają. Chad i... chyba Dean. Albo jakoś tak. Ten niski, obcięty na jeża krzyknął mi ich imiona prosto do ucha, trzymając rękę nisko na moich plecach. Uśmiechnęłam się tylko i odsunęłam.

Poppy łapie mnie za ramię i przyciąga do siebie.

– Jest super, no nie? – pyta z zachwytem. – Tak się cieszę, że wróciłaś do Nowego Jorku!

– Uhm, ja też! – odpowiadam.

Uśmiecha się i odwraca do Deana. Albo do Chada.

Poppy jest miła. Przynajmniej zawsze tak myślałam, ilekroć spotykałyśmy się na wspólnej sesji zdjęciowej do jakiejś kampanii reklamowej albo brałyśmy udział w tym samym pokazie mody. Dlatego teraz znowu się do niej odezwałam. Bo wydawało mi się, że naprawdę fajnie spędzało nam się razem czas. I było to szczere. Nie takie udawane, tylko ze względu na moje nazwisko.

Patrzę na zegarek. Od ostatniego razu, kiedy na niego zerkałam, minęło zaledwie osiem minut. Jest zdecydowanie za wcześnie, żeby zasugerować przeniesienie się do innego, cichszego miejsca. Jeśli postanowię zostać, będę musiała wytrzymać jeszcze kilka godzin. A naprawdę powinnam zostać. Spróbować się z kimś zaprzyjaźnić.

Poppy nachyla się do mnie i patrzy na mój nadgarstek.

– To Artemis? – prawie krzyczy.

– Tak – odpowiadam i kiwam głową.

Przesuwa palcami po platynowym zegarku. Moja rodzina produkuje tę markę od prawie stu lat. Na odwrocie koperty znajduje się nawet maleńka flaga Szwajcarii – znak, że miejscem produkcji wciąż jest szwajcarska dolina, w której urodził się mój dziadek.

– Wow. Pewnie masz ich na pęczki. – Odrywa palce od mojego nadgarstka i znowu szczerzy zęby w uśmiechu. – W tym sezonie też będziesz reklamować jakieś wasze własne marki?

Wzruszam ramionami.

– Jakieś pewnie tak, ale nie przyjechałam tutaj, żeby pracować jako modelka.

– Co?

Przysuwam się bliżej.

– Nie wróciłam do Nowego Jorku, żeby zajmować się modelingiem!

Unosi wysoko idealnie wyregulowane brwi.

– A dlaczego?

– Tworzę własną kolekcję mody – wyjaśniam. Za kilka miesięcy startuję w konkursie u boku dwunastu innych anonimowych projektantów.

Jej wyraz twarzy się zmienia; teraz maluje się na niej mieszanka zdziwienia i czegoś jeszcze, czego nie potrafię nazwać.

– Och, wow. To... ciekawe. Dlaczego nie chcesz już tego robić? – Pochyla się. – Mogłabyś być top modelką, wiesz? Z twoimi koneksjami...

Sięgam po prawie pusty kieliszek.

– Owszem, lubię ten zawód, ale chcę spróbować czegoś innego.

Poppy kiwa głową, ale wiem, że tak naprawdę już mnie nie słucha. Odwraca się do pozostałych i porusza ramionami w rytm muzyki. Cholera. Ona jednak wciąż zajmuje się modelingiem, chociaż ja tego nienawidzę. Może nie powinnam była nic mówić. Następnym razem bardziej się postaram.

Dopijam drinka. Nasz stolik jest wciśnięty w najdalszy róg strefy dla VIP-ów, w dodatku pod ciemnym sufitem, ale mimo wszystko widać go doskonale z parkietu. Muszę się przejść.

Wstaję z kanapy i idę do baru.

Może wstąpię jeszcze do toalety. A może po prostu stąd wyjdę i wrócę do mojego nowego mieszkania.

Jestem już kilka kroków od celu, kiedy ktoś znowu kładzie mi dłoń na plecach. Szlag. To Chad albo Dean. Przysuwa się do mnie, i to tak blisko, że wyraźnie czuję zapach jego wody kolońskiej i potu.

– Hej – rzuca mi do ucha, owiewając moją skórę oddechem, tak że aż przechodzą mnie ciarki. Uch. – A dokąd to się wymykasz?

Może innym kobietom wydaje się to czarujące. Może to ja jestem dziwna, że tak tego nie odbieram. Odwracam się, a jego dłoń zsuwa się z mojego ciała.

– Idę tylko po coś do picia.

Ma mętne spojrzenie. Czyżby coś zażył? Skąd Poppy w ogóle zna tych kolesiów?

– Postawię ci drinka! – krzyczy, ale i tak ledwo co słyszę przez dudniącą muzykę. Jeszcze bardziej się ku mnie nachyla, a jego ręka znowu zaczyna błądzić. W końcu ląduje na moim biodrze. – Przypomnij mi, jak się nazywasz.

– Eléanore! – odpowiadam najgłośniej, jak się da.

Uśmiecha się szeroko.

– Ślicznie! To moje ulubione imię.

Boże, dopomóż.

– Serio?

Ech, dlaczego ta kolejka do baru przesuwa się tak wolno?

Próbuję się trochę od niego oddalić, ale on podąża za mną, zupełnie jakbyśmy tańczyli.

– Ty też jesteś modelką, no nie?

– Tak. Ale już się tym nie zajmuję.

W każdym razie taki jest cel, chociaż naprawdę trudno mi odmówić, ilekroć dzwoni do mnie agentka. Pracuje dla firmy należącej do mojej rodziny i dla mojego starszego brata i mam wrażenie, że oni ciągle chcą, żebym była twarzą czegoś.

Koleś potakuje głową – dwa szybkie skinienia, które pozwalają mi przypuszczać, że tak naprawdę nie słyszał, co powiedziałam.

– Tak, tak. Wiesz co, trochę tu głośno. Mieszkam niedaleko. W Tribece!

Szlag. Nienawidzę, kiedy faceci tak robią, i już szukam jakiejś dobrej wymówki. Że boli mnie głowa. Że mam plany. Że pękła mi rura w mieszkaniu... Nie zamierzam się stąd ruszać. Spławianie facetów to jedyne, w czym jestem naprawdę dobra. Robię to na okrągło.

On jeszcze bardziej się nachyla i... O Boże. Z każdej strony otaczają mnie obcy ludzie, no i on. Nie mam dokąd uciec.

Kiedyś lubiłam chodzić po klubach. Teraz to dla mnie tylko miejsca pełne zatłoczonych stref dla VIP-ów i oczekiwań.

– Zostaw ją! – Ponad muzyką dudniącą z głośników rozbrzmiewa donośny męski głos. Jakiś mężczyzna wciska się między mnie i Chada i prawie całkiem zasłania go swoim szerokim ramieniem.

Żołądek podchodzi mi do gardła. Znam ten głos.

– Przepraszam! – krzyczy Chad. – Ona jest z tobą?

Mężczyzna się odwraca i spogląda na mnie.

Nie widziałam go od prawie sześciu miesięcy. Starałam się o nim nie myśleć – o tym facecie, którego mój brat nazywa swoim najlepszym przyjacielem. Jego spuścizna dorównuje mojej. Niegdyś był słynnym następcą rodu Callowayów, ale po śmierci ojca przejął po nim wszystko. Posiadłości, firmę, władzę.

West mierzy mnie wzrokiem spod przymrużonych powiek. Ciemne brwi ma ściągnięte; lewą przecina blizna. Zawsze się zastanawiałam, jak się jej dorobił.

– Tak. Jest ze mną – odpowiada. – I właśnie wychodzi.

Chad się wycofuje. Znika w tłumie w sposób, który byłby niemożliwy dla Westa, ze względu na jego wzrost i budowę.

– Co ty tu robisz? – pytam go, chociaż znam odpowiedź. Chociaż się jej domyślam.

Pochyla się.

No tak. Muzyka. Wspinam się na palce i zbliżam do niego bardziej niż kiedykolwiek.

– Co tu robisz? Rafe cię przysłał?

– Nie musiał – rzuca oschle. – No, dalej. Wychodzimy.

– Chcę jeszcze zostać – oponuję.

Mimo że bolą mnie stopy, jestem zmęczona i nie mogę się doczekać, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Może być tylko jeden powód, dla którego się tu zjawił. Wbrew temu, co mówi, Rafe przysłał go w roli mojej niańki.

Zaciska dłoń na moim łokciu.

– Wychodzimy – powtarza, a tłum, przez który dopiero co próbowałam się przebić, ot tak rozstępuje się przed nim i nas przepuszcza.

Ruszam za nim i, cholera, muszę przyznać, że z każdym krokiem, który przybliża nas do drzwi, trochę łatwiej mi się oddycha.

Wychodzimy na ruchliwą nowojorską ulicę. Przed wejściem do klubu ludzie tłoczą się w kolejce. Mijamy ich i kierujemy się prosto do dużego czarnego auta, czekającego przy chodniku z włączonym silnikiem.

– Gdzie miałaś głowę? – rzuca z frustracją, kiedy w końcu puszcza mój łokieć. – Wyszłaś bez ochroniarzy, których ci przydzieliłem.

– Nie chcę, żeby w kółko za mną łazili.

Jego przystojna twarz przybiera surowy wyraz i przypomina teraz wściekłą maskę. Oplatam się ramionami. Mimo że to końcówka kwietnia, w nocy nie jest jeszcze wystarczająco ciepło na cienką, zwiewną sukienkę, którą włożyłam. To jeden z moich najnowszych autorskich projektów.

– Dlaczego? – chce wiedzieć. – Donieśli mi przed godziną, że wymknęłaś się z budynku tylnym wyjściem, nie mówiąc im, dokąd się wybierasz.

– To nie ich sprawa, a już na pewno nie twoja.

– Owszem, to jest moja sprawa. Twój brat o to zadbał. – Mruży oczy. – A odkąd przeprowadziłaś się do Nowego Jorku, także ty sama.

– Przyjechałam tu, żeby pracować, a nie być pod stałym nadzorem.

Wystarczy, że miałam tak w Europie.

West zamiera w bezruchu. Trochę mnie to przeraża, zwłaszcza kiedy mruży te swoje oczy w kolorze whiskey. Sądząc po garniturze, pewnie był gdzieś poza domem, kiedy zadzwonili do niego w mojej sprawie. Czyżbym w czymś mu przeszkodziła? Zepsułam mu wieczór?

– Popraw mnie, jeśli się mylę – zaczyna – chociaż wiem, że nie, ale od jakichś czterech miesięcy dostajesz pogróżki. Listy, esemesy, prywatne wiadomości, a ostatnio także zdjęcia, które nie pozwalają wątpić, że ktoś cię prześladuje. Rafe załatwił ci w Paryżu ochronę, ale teraz jesteś tutaj i to zadanie spadło na mnie. Mimo to uznałaś, że to dobry pomysł – przysuwa się bliżej – aby wybrać się do klubu w środku nocy, i to sama?

– Nie byłam sama. Przez cały czas otaczali mnie ludzie.

– Owszem, obcy.

– Potrafię o siebie zadbać – rzucam.

West wybucha śmiechem. Krótkim i ponurym.

– Właśnie widzę. Dlatego musiałem cię uratować przed tym pijanym idiotą, który cię obłapywał.

– Nie prosiłam cię o pomoc – odwarkuję. – A ci ochroniarze nie powinni cię informować o każdym moim ruchu.

– Oczywiście, że powinni. To mnie poproszono, żebym się tobą zaopiekował.

– Może i jestem młodszą siostrą Rafe’a, ale nie jestem dzieckiem.

Zaciska szczęki.

– Nie, nie jesteś dzieckiem. Już nie. Więc powinnaś potraktować to poważnie.

– Chciałam tylko spędzić zwyczajny wieczór na mieście – stwierdzam.

I w ogóle jak on śmie? Traktuję to bardzo poważnie. I to od pierwszego dnia, kiedy zaczęłam dostawać te dziwne wiadomości. Ale teraz jestem w nowym mieście i naprawdę miałam nadzieję, że zostawiłam to wszystko za sobą. Po prostu chciałam się z kimś zaprzyjaźnić.

Wzmaga się wiatr i rozwiewa moje brązowe włosy.

West przenosi wzrok na moje ręce, które pokrywa gęsia skórka. Przybiera jeszcze surowszą minę i zdejmuje marynarkę.

– Proszę – mówi i zarzuca mi ją na ramiona.

– Dziękuję. – Nienawidzę tego, że jest taka ciepła. A jeszcze bardziej tego, że tak pięknie pachnie.

Kiwa głową w kierunku samochodu.

– Chodź. Odwiozę cię do domu.

Waham się chwilę, jeszcze szczelniej otulając się marynarką.

– Mogę wezwać sobie taksówkę. Nie musisz...

Wzdycha z irytacją.

– Wsiadaj do auta.

– Okej.

Przechodzę obok Westa, a serce wali mi jak oszalałe. Nie jestem osobą konfliktową. Nigdy taka nie byłam. Ale on jakoś zawsze wzbudza we mnie chęć buntu. W jego obecności staję się bardziej zadziorna.

Wślizguję się na tylne siedzenie eleganckiego czarnego SUV-a. West porusza się tak, jakby wytwarzał własne pole grawitacyjne, z każdym ruchem zmieniając trajektorię wszystkiego, co go otacza. Włącznie z tym, co sobie zaplanowałam na ten wieczór.

Powinien mieć zakaz takiego poruszania się, bo kto to widział, żeby tak seksownie przy tym wyglądać.

Zawsze przyćmiewał innych.

Jego nazwisko jest powszechnie znane w Ameryce, a także w wielu innych krajach. To jeden z tych wielkich, klasycznych rodów epoki pozłacanego wieku. Astorowie, Vanderbiltowie... i Callowayowie. Oni jako jedni z nielicznych wciąż prowadzą świetnie prosperującą firmę i nadal są właścicielami rodzinnej posiadłości.

West jest spadkobiercą spuścizny, której nie sposób sobie wyobrazić. Założę się, że arogancja także wchodzi w jej skład. Jest przekazywana z ojca na syna z rodu Callowayów. Niepodzielnych władców swoich własnych małych królestw.

– Nie rób tego więcej – rzuca w mroku auta.

Zamykam oczy i opieram głowę o zagłówek.

West ma głęboki, kojący głos. Ale to, co mówi, słyszałam już nie raz. Zrób to. Zrób tamto. Stań tu. Powiedz to. Bądź grzeczną dziewczynką. Bądź dobrą siostrą. Miej na oku młodsze rodzeństwo. Wszyscy na nas patrzą. Uśmiechaj się bardziej, uśmiechaj się mniej, wygnij plecy.

– Nie jesteś moim bratem – odpowiadam.

– No i całe szczęście – mamrocze.

Jego profil odcina się na tle miejskich świateł, przemykających za oknem samochodu. Ostro zarysowana szczęka to też coś, co odziedziczył.

– Doceniam to, że przydzieliłeś mi ochroniarzy – rzucam. – Naprawdę. Ale nie wydaje mi się, żebym potrzebowała aż takiej obstawy. Będę na siebie uważać. Obiecuję. Więc dzięki, West, ale poradzę sobie sama.

Spogląda na mnie w półmroku.

– Świetnie – mówi – tyle że nie ty o tym decydujesz. Od jutra nigdzie się bez nich nie ruszasz.

 
 
 
 
Rozdział 2
West

NORA MONTCLAIR to młodsza siostra mojego najlepszego kumpla. A skoro Rafe jest dla mnie właściwie jak brat, to ją powinienem traktować jak własną siostrę. Sęk w tym, że jeśli chodzi o tę kobietę, to nic, co teoretycznie „powinno” być takie, a nie inne, się nie sprawdza.

Nora to mój problem. Zawsze tak było. Już od naszego pierwszego spotkania wiele lat temu, kiedy z uśmiechem na twarzy i szkicownikiem pod pachą weszła do willi Montclairów. Lśniące ciemnobrązowe włosy, bystre oczy i roześmiane usta. Cztery lata młodsza, wychowywana pod kloszem i absolutnie urocza. Tylko kilka centymetrów niższa ode mnie, o twarzy stworzonej do reklam i tego, żeby widnieć na billboardach.

No i teraz ten problem stał się wręcz palący, bo jakiś idiota postanowił mieć chorobliwą obsesją na jej punkcie. Rafe opowiedział mi o stalkerze, którego jego firma ochroniarska nie była w stanie wytropić. O tym, jak cała sprawa eskalowała, kiedy komentarze w mediach społecznościowych przerodziły się w e-maile, aż w końcu na adres domowy Nory przyszedł pierwszy list.

Nora przeprowadziła się do Nowego Jorku, żeby rozpocząć karierę projektantki, i chociaż Raphaël ma świetnych ochroniarzy, wyszkolonych do pilnowania jego europejskich nieruchomości, to jednak ja znam to miasto jak własną kieszeń.

Dam radę. Wszystko będzie dobrze.

Po prostu będę miał z nią sporo do czynienia przez ileś tam tygodni. Będzie trzeba mieć ją stale na oku, sprawdzać, czy jest bezpieczna, a to oznacza pozostawanie w ciągłej gotowości. Pod moją opieką nie może jej spotkać nic złego.

Zupełnie jakby chodziło o moją własną siostrę.

Chociaż złość, która mnie ogarnęła zeszłego wieczoru, kiedy odepchnąłem tamtego naprzykrzającego się jej kolesia, balansowała na granicy czegoś innego. Czegoś, na co mnie nie stać, na co nie mogę sobie pozwolić i o czym nie mogę za dużo myśleć.

Po raz ostatni widziałem Norę kilka miesięcy temu, na przyjęciu wyprawionym przez Raphaëla. Wyglądała ślicznie w tej niebieskiej sukience, zachowywała się miło i uprzejmie, a na jej twarzy gościł uśmiech, który wtedy wydawał się szczery, chociaż często miałem wrażenie, że taki nie jest.

Ona zawsze była miła dla wszystkich, tylko nie dla mnie.

Podobnie jak zeszłego wieczoru, kiedy spierała się ze mną na każdym kroku – tym razem w czarnej jedwabnej sukience i ciemnym makijażu.

Przeczesuję włosy palcami, ignorując spojrzenia kilku moich pracowników. Rzadko bywam w siedzibie Calloway Holdings w centrum Manhattanu, ale dzisiaj tu jestem i oni to odnotowują.

Z jakiegoś powodu działam Norze na nerwy. I to od lat.

Osobiście obiecałem jednak Raphaëlowi, że zadbam o jej bezpieczeństwo. Bo Rafe jest dla mnie jak rodzina. Już odkąd chodziliśmy razem do Belmont Academy i byliśmy niepokornymi nastolatkami, z dala od domu i rodziców, mającymi zbyt dużo wolnego czasu.

Zatrzymuje mnie jedna z moich kierowniczek; powiedziałem jej, że chcę, aby mnie poinformowano, kiedy spłyną najnowsze raporty finansowe.

Pyta, czy mam czas.

Odpowiadam, że tak, chociaż teraz to właśnie czasu mi brakuje.

Ten stary budynek służył za siedzibę Calloway Holdings już w latach trzydziestych ubiegłego wieku, kiedy mój pradziadek odniósł błyskawiczny sukces w branży wyrobów stalowych. Plotka głosi, że kupił go za bezcen w czasie Wielkiego Kryzysu. Zero skrupułów.

Ale przecież taki właśnie był „Maverick”, niepokorny ekscentryk, jak mówiło już jego przezwisko. Zaledwie w ciągu pięciu ostatnich lat ukazały się aż dwie biografie na jego temat; żadnej nie przeczytałem. Jego portret wiszący w mojej jadalni wyleczył mnie z wszelkiej ciekawości. Patrzę na jego minę wystarczająco często, żeby wiedzieć, czego się ode mnie oczekuje.

A po tym, jak mnie wydymał, nie żywię do niego już nawet krztyny sympatii. To on założył fundusz powierniczy dla Fairhaven Estate na Long Island – miejsca, które uważam za swój dom. Jasne, dostanę w spadku firmę, natomiast posiadłość... tylko pod warunkiem, że się ożenię, zanim ukończę trzydzieści lat. Czyli do końca tego lata.

Nie dość, że kończy mi się czas, to teraz jeszcze muszę się zająć dodatkowym problemem – frustrującą, zdecydowanie zbyt ładną i bynajmniej nie bezpieczną Norą.

Słucham mojej dyrektorki finansowej, ale dociera do mnie tylko połowa tego, co mówi. Dziękuję Allison za streszczenie sprawy i kieruję się do wind. Szybkie spojrzenie na zegarek zdradza, że mogę nie zdążyć na następne spotkanie, a nie cierpię się spóźniać.

Nagle dostaję widomość od Rafe’a.

 

RAFE

Jak minął pierwszy dzień?

 

Zwlekam tylko sekundę i od razu odpisuję.

 

WEST

W porządku. Wszystko pod kontrolą.

 

Nie musi wiedzieć, że już pierwszy wieczór, kiedy była pod moją opieką, okazał się całkowitą porażką. Gdy staliśmy na chodniku przed klubem, w oczach Nory dostrzegłem błysk buntu, który sprawił, że sam się zaperzyłem. Ale nie umknęło mi drżenie jej głosu, kiedy oznajmiła, że sama potrafi o siebie zadbać.

Zawsze miałem przy niej to poczucie, że światu pokazuje tylko jedną wersję siebie, a tę drugą starannie ukrywa.

Przychodzi kolejny esemes od Raphaëla.

 

RAFE

Dzięki. Mam u ciebie dług.

 

Aż zaciskam zęby. Nie, nie ma. Naprawdę nie jest mi nic winny. Nie po tym, jak zeszłego lata oddał mojej siostrze do dyspozycji swoje paryskie mieszkanie. Nie po tym, jak pomógł mi przetrwać szkołę z internatem i nie zwariować. Ani teraz, kiedy prosi mnie jedynie o zwykłą przysługę w ramach rewanżu. A jak tu nie oddać przysługi bratu? No bo przecież jesteśmy rodziną. W każdym tego słowa znaczeniu – poza więzami krwi.

A z tego wynika, że Nora powinna być dla mnie jak siostra.

Spotkanie z zarządem ciągnie się w nieskończoność. Nic, tylko liczby i prognozy dla różnych holdingów, do kompletu z konkretnymi rekomendacjami na nadchodzące kwartały. Robimy przerwę dopiero późnym popołudniem. Spoglądam na telefon i widzę dwa nieodebrane połączenia od mojego szefa ochrony.

Szlag. Natychmiast przechodzę w stan pełnej gotowości. Znowu widzę przed sobą jej oczy i słyszę jej drżący głos. Jeśli ktoś ją przestraszył...

Przepraszam na moment, wychodzę i oddzwaniam.

– Mów.

– Nic jej nie jest. Ale na chwilę zniknęła – mówi Michael, krótko i do rzeczy. – Poszła pobiegać do Central Parku. Mieliśmy ją cały czas na oku, gdy nagle nam uciekła. Namierzyliśmy ją ponownie dopiero po piętnastu minutach. Moi ludzie eskortują ją teraz z powrotem do mieszkania.

– Jak to: uciekła?

– Naprawdę szybko biega. Kazałem ją śledzić moim dwóm najbardziej doświadczonym ochroniarzom, ale nie byliśmy przygotowani... na to, jaka jest szybka. Myślę, że zrobiła to poniekąd celowo. Następnym razem przydzielę jej kogoś szybszego. To się już nie powtórzy.

– Szlag – rzucam po nosem. – I na pewno macie ją teraz na oku?

– Tak. Jest w drodze do swojego mieszkania. Powinna tam dotrzeć za jakieś dwadzieścia minut.

– Informuj mnie na bieżąco.

Ponownie przepraszam członków zarządu i wychodzę z biura. Najszybciej będzie złapać taksówkę. I tak oto już po chwili przebijam się przez korki do mieszkania Nory.

Od lat nie byłem w żadnym związku. Nie mam na to czasu. Nora jest w Nowym Jorku od niecałych dwóch dni, a ja już czuję się tak, jakbym w kółko za kimś biegał. Próbował zgrać ze sobą dwa różne grafiki.

Taksówka zatrzymuje się przed budynkiem, w którym mieszka. Raphaël przysłał mi szczegółowe informacje, a moja ekipa zdążyła już sprawdzić teren. Ale jest jeszcze sporo nieznanych czynników. Sąsiedzi. Liczne punkty wejścia i wyjścia. Okna, przez które można ją podglądać.

Madison z mojej ekipy czeka w holu.

– Piętro ósme – mówi. – Jest w środku.

W korytarzu przed jej mieszkaniem stoi kolejny ochroniarz. Nazywa się Jason i jest nowy.

Na policzkach ma wypieki.

Musiał biec, żeby za nią nadążyć? Naprawdę jest aż taka szybka?

Pukam do drzwi. Dopiero po dłuższej chwili słyszę, że przekręca klucz w zamku, i drzwi się otwierają.

Nora jest w stroju treningowym. Ciemnobrązowe włosy ma związane w kucyk i patrzy na mnie, unosząc smukły podbródek. Jej jasna skóra także nabrała rumieńców. Wygląda teraz...

Nie powinienem zwracać na to uwagi. Jest dla mnie właściwie jak siostra.

– Nora – rzucam.

– West. – Wychyla się i zerka na ochroniarza. – Hej, na pewno nie chcesz szklanki wody?

Jason kręci głową.

– Nie, dziękuję.

– Zapukaj, jeśli zmienisz zdanie. – Jej uśmiech blednie, kiedy znowu przenosi wzrok na mnie, ale otwiera drzwi na całą szerokość, żebym wszedł do środka. – A może ty chcesz się napić?

– Nie, nie chcę.

Jej mieszkanie jest przestronne i nowocześnie urządzone, z wielkimi oknami od podłogi do sufitu i zapierającym dech widokiem na miasto. Na ścianach wiszą gustowne dzieła sztuki, a otwartą przestrzeń mieszkalną wypełniają stylowe meble. Nienajgorzej, zwłaszcza jak na coś, co wynajmuje się na krótko.

– Podobno poszłaś pobiegać.

– Czyli dlatego tu jesteś. – Nora opiera się o tył kanapy. Ma na sobie czarne legginsy, które opinają się na jej wyrzeźbionych nogach. – Tak, poszłam pobiegać. I wzięłam ze sobą ochroniarzy. Nie wydaje mi się, żebym zrobiła coś złego.

– Obiecałaś, że już więcej im nie uciekniesz.

– Nie uciekłam im – protestuje, ale po chwili macha energicznie ręką. – No dobra, technicznie rzecz biorąc, uciekłam. Ale to nie moja wina, że nie potrafią za mną nadążyć.

Mijam ją i podchodzę do okien. Z mieszkania naprzeciwko dobrze widać jej lokum, chociaż oba budynki dzieli ulica.

– Musisz się dostosować albo zmienić swoje przyzwyczajenia. Wieczorami zasuwasz zasłony?

– Tak. Twoi ludzie już tu byli i wszystko sprawdzili.

Kiedy tak stoi ze skrzyżowanymi ramionami, jej piersi są jeszcze bardziej wyeksponowane, zwłaszcza że ma na sobie obcisły czarny top.

Na ten widok aż zaciskam zęby. Ona powinna być dla mnie jak siostra. Ale nie jest. Nigdy nie potrafiłem patrzeć na nią w ten sposób.

– Wiem.

– Nie ufasz im?

– Sobie ufam bardziej.

Idę do sypialni i omiatam ją szybko wzrokiem. Urządzono ją równie gustownie co pozostałą część mieszkania; większość miejsca zajmuje wielkie łóżko. Jest tu tylko jedno okno, które wychodzi na dziedziniec.

Dobrze, że mieszka tak wysoko.

– Chyba czujesz się za bardzo jak u siebie, nie sądzisz? – Zza pleców dobiega do mnie głos Nory. – Czego właściwie szukasz?

Mój wzrok zatrzymuje się na czarnej koszulce przewieszonej przez oparcie krzesła w rogu. Obok wisi czarny stanik.

– Twój brat mi zaufał – mówię. – Jestem po prostu skrupulatny.

– Chcesz przeszukać moją toaletkę? – pyta chłodno. – Zajrzeć do szuflad? Do mojego terminarza? Udostępniłam już to wszystko twojej ekipie. Dodam, że złożonej głównie z mężczyzn, których nie znam, a którzy teraz kręcą się pod moimi drzwiami dwadzieścia cztery godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu.

Stoi z uniesioną brodą i wbija we mnie spojrzenie zielonych oczu. Na twarzy nie ma już makijażu z wczoraj, przez co jej rysy wyglądają łagodniej. Młodziej. Jej nos jest usiany piegami, a ona zaciska usta w wąską kreskę.

Widać, że to dla niej trudne. Naprawdę trudne.

Krzyżuję ramiona na piersi.

– Przedstawili się chociaż? Moi ludzie.

– Tak – przyznaje. – Ale dopiero po tym, jak ich poprosiłam.

– Czy przy którymś z nich poczułaś się zagrożona?

– Nie – odpowiada, ale zaraz przeciąga dłonią po karku. – Nienawidzę tego, że ich potrzebuję.

– Rozumiem. Rafe też załatwił ci ochronę, prawda? Zanim tu przyjechałaś.

– Tak. Z niektórymi z tych kolesiów nawet się zaprzyjaźniłam. – Bierze głęboki wdech. – Nie sądzę, żeby stalker przyleciał za mną aż do Nowego Jorku.

Powiedziała „nie sądzę”, ale ja słyszę coś innego, coś, czego nie mówi. Nadzieję. Ma nadzieję, że właśnie tak jest.

Przyglądam się jej przez kolejną wypełnioną ciszą minutę.

– Masz mój numer. Przysłałem ci go. Zadzwoń, jeśli nie będziesz się czuła bezpiecznie. Bez względu na powód.

Kiwa głową, a jej twarz nie wyraża już takiej bezsilności i niepokoju.

– Żebyś mógł tu wparować i ponarzekać na to, że musisz mnie niańczyć, tak jak wczoraj?

– Traktuję swoją pracę poważnie.

– To może wrzuć trochę na luz – ripostuje.

Usta mi drgają.

– Naraziłem ci się czymś, o czym nie wiem? Stłukłem jakąś twoją pamiątkę rodzinną? Niechcący przejechałem jakieś twoje zwierzątko?

Przewraca oczami.

– Nie, na szczęście nic z tych rzeczy. Ale mam dwadzieścia cztery lata. Potrafię o siebie zadbać i wiem, jak wygląda życie z ochroniarzami. Już to przerabiałam.

– Im też uciekałaś i przyprawiałaś swojego brata o atak serca?

Nora uśmiecha się słodko.

– Jesteś w świetnej formie i w kwiecie wieku. Twoje serce jakoś to zniesie.

– To był komplement? W takim razie chyba powinienem częściej wpadać na inspekcję twojego mieszkania.

Podchodzi do drzwi wejściowych.

– Wystarczy, że raz widziałeś moją sypialnię. Więcej się to nie powtórzy.

Cóż, to się akurat zgadza. Nie powinienem zbliżać się do niej bardziej, niż to absolutnie konieczne.

Ruszam do wyjścia. Nora wciąż patrzy na mnie buntowniczo.

– Nie przestanę biegać – oznajmia.

– Przydzielę ci szybszych ochroniarzy.

 
 
 
 
Rozdział 3
Nora

WEST CALLOWAY NIGDY mnie nie lubił.

Wnoszę to po pierwsze po tym, że ze wszystkich przyjaciół mojego brata tylko on nigdy się do mnie nie uśmiecha. Nawet cichy i poważny James to robi. Ale West nigdy.

Po drugie, kiedyś próbowałam go poderwać, a on dał mi kosza. To było podczas przyjęcia bożonarodzeniowego, które wyprawił mój ojciec. Rafe przyprowadził na nie swoich kumpli. Następnego dnia, w Nowy Rok, wylatywali całą paczką w Alpy na narty. On, James, Alexander... i West. Ja właśnie skończyłam dziewiętnaście lat. Wypiłam trochę za dużo szampana i zanim zegar wybił północ, zebrałam się na odwagę i podeszłam do Westa. Stał sam przy wielkim kominku, z kieliszkiem brandy w ręce. Na wszelki wypadek wygładziłam dłonią włosy... i zaproponowałam wspólnego drinka. West zmierzył mnie wzrokiem od góry do dołu, po czym utkwił go w mojej twarzy. W jego oczach dostrzegłam jedynie odrzucenie. „Jesteś pijana, Nora. Idź już spać”.

Poczułam się okropnie. Nigdy dotąd nie przejmowałam inicjatywy w kontaktach z mężczyznami, ale tej nocy się odważyłam i okazało się to iście idiotycznym pomysłem. Odeszłam bez słowa, ze łzami w oczach.

Jakby tego było mało, rok później podsłuchałam, jak wyznał Alexowi, że może i jestem ładna, ale nudna i za nic w świecie by się ze mną nie umówił. Od tamtej pory West właściwie mnie nie zauważa. Rzadko się zdarza, że przebywamy w swoim towarzystwie, ale ilekroć do tego dochodzi, West traktuje mnie jak powietrze.

Inni kumple Rafe’a tacy nie są. Alexander żartuje sobie ze mną przy każdej okazji; James jest onieśmielający, ale uprzejmy. Za to West nie. A przecież widziałam, jak śmieje się z innymi. Dlatego wiem, że to coś osobistego. Że to właśnie mnie nie lubi. A ponieważ ja nie lubię, kiedy ktoś mnie nie lubi, postanowiłam, że też poskąpię mu swojej sympatii.

Jest arogancki. Uwielbia rywalizować. Ma się za lepszego od innych. I zachowuje się tak, jakby każde pomieszczenie, do którego wchodzi, należało do niego. Taka pewność siebie graniczy z zarozumiałością.

Dlatego w ramach hobby zaczęłam katalogować wszystkie powody, dla których uważam, że wcale nie jest taki wspaniały. To, jak się uśmiecha – rzadko i krzywo. To, że nigdy nie jest gładko ogolony. Jego ubrania wyglądają tak, jakby dobrał je w ostatniej chwili, bez przemyślenia, a jednak jakimś cudem leżą na nim idealnie – na przykład grube swetry z warkoczowym splotem i mokasyny. Jego gęste brązowe włosy, które stale zaczesuje do tyłu, i ta blizna przecinająca jego brew, którą ma, odkąd pamiętam. Mój brat lubi wyglądać jak milion dolarów, tymczasem West prezentuje się tak, jakby w każdej chwili był gotów wyskoczyć gdzieś, żeby pouprawiać sport.

Pewnie nawet nie zastanawia się nad tym, w co się ubiera, a i tak zawsze to on przyciąga wszystkie spojrzenia. Ależ to irytujące.

Czuję się przy nim taka mała, niedojrzała i nieistotna. Jakbym wciąż była tamtą dziewczyną, która pyta najlepszego kumpla swojego starszego brata, czy się z nią czegoś napije, a on gasi ją jakimś tekstem.

A teraz nagle uznał, że jego rolą jest dbanie o moje bezpieczeństwo – tu, w jednym z największych miast świata.

Rafe powiedział, że West będzie się trzymał z boku. Zapewniał, że zajmie się tylko nadzorowaniem ochrony. Jasne. Bo trzymanie się z boku polega właśnie na zaglądaniu do mojej sypialni.

Następnego ranka idę do wynajmowanej przeze mnie pracowni, dwie przecznice dalej, niosąc wielką torbę pełną materiałów, które udało mi się już kupić. Za mną podąża dwóch mężczyzn przysłanych przez Westa – ubranych w jeansy i granatowe kurtki. Jeden z nich ma na głowie założoną tyłem do przodu bejsbolówkę, spod której wystają kasztanowe loki.

Wcześniej ucięliśmy sobie pogawędkę.

Obecność Sama i Miguela nieustannie mi przypomina, że ktoś może mnie obserwować. Boję się przyznać, jak bardzo mnie to przeraża. Bo jeśli powiem o tym innym, będą się martwić jeszcze bardziej niż teraz, a tego nie chcę.

Całe moje życie opiera się na byciu lubianą. Na uszczęśliwianiu ludzi wokół. Może właśnie dlatego West aż tak mnie irytuje. Bo jeszcze nie do końca wiem, jak zadowolić akurat jego. A przecież zawsze potrafię to rozgryźć. Wiem dokładnie, co zrobić, żeby moja mama była wniebowzięta. Ona na przykład uwielbia piękno. Uwielbia moją karierę modelki. Uwielbia osiągnięcia. A ja jestem mistrzynią w odczytywaniu, co znaczą jej mina albo ton głosu.

Kiedy skończyłam osiemnaście lat, zabrała mnie do chirurga, żeby zoperował mi nos, co miało mi pomóc w karierze modelki, którą dla mnie wymyśliła. Mama była zachwycona moim nowym, węższym, lekko zadartym nosem. Tata nawet nie zauważył zmiany.

Kiedy po śmierci mojego najstarszego brata rodzice się rozwodzili, Rafe został wysłany do szkoły z internatem, więc musiałam samotnie radzić sobie z następstwami tej sytuacji. Słuchałam krzyków, gróźb i żądań, a potem trwającej miesiącami batalii sądowej o podział majątku. Do tego czasu ojciec zdążył zamieszkać z kobietą, która później została Żoną Numer Dwa.

Pojawiła się także Żona Numer Trzy. A ja starałam się zaprzyjaźnić z nimi wszystkimi.

Akurat w tym jestem dobra: w dawaniu poczucia, że nikomu nie zagrażam. Nietrudno sprawić, żeby ludzie czuli się swobodnie, kiedy potrafi się odczytywać wysyłane przez nich sygnały. Problem w tym, że życie kogoś, kto zawsze stara się wszystkim dogodzić i nienawidzi konfliktów, jak na ironię usłane jest konfliktami. Począwszy od: „Jak to, nie chciałaś sezamu do sushi?”, a skończywszy na: „Nie wierzę, że do mnie nie zadzwoniłaś, chociaż obiecałaś”.

Związki intymne to – jak mawia moja terapeutka Zeina – nieustanne negocjowanie granic. Ale kiedy ktoś boi się je wyznaczać, to nie może wchodzić w intymne związki. Chyba że będzie we wszystkim ustępował i tak bardzo naginał się do wszelkich wymagań, że równie dobrze mógłby zacząć praktykować jogę.

Zbyt często chodziłam na randki z mężczyznami, którzy czegoś ode mnie chcieli. „Uśmiechnij się dla mnie, Nora”. „Spotkaj się ze mną, Nora”. „Pozwól się pocałować, Nora”. To był nieustanny potok oczekiwań. Słyszałam to całe życie – od mężczyzn, od mojej rodziny, od fotografów, dla których pozowałam. „Zrób to, zrób tamto, stań tutaj”.

To wszystko zagłusza moje własne uczucia i sprawia, że czuję się przytłoczona pragnieniami innych. Odtrącam wszystkich facetów, a z tymi nielicznymi, którym dałam szansę, nie miałam zbyt dobrych doświadczeń. Dlatego prościej jest w ogóle nie zawracać sobie głowy randkowaniem, a to oznacza, że mam teraz dwadzieścia cztery lata i całkiem poukładane życie – pomijając dwa drobiazgi: nigdy nie byłam zakochana i nigdy nie uprawiałam seksu. To mój najbardziej wstydliwy sekret. Nikt o tym nie wie poza dwiema najlepszymi przyjaciółkami i moją terapeutką. Kiedy ktoś mnie o to pytał, zawsze, ale to zawsze, kłamałam. Chyba lepsze to, niż wymyślać odpowiedź na nieuchronne kolejne pytanie: „Dlaczego”?

Ale to się już wkrótce zmieni. Jestem w nowym mieście i mam listę z trzema punktami do odhaczenia.

1. Uszyć dwanaście spójnych kreacji, żeby wystartować w konkursie mody.

2. Przetrwać to, że West Calloway będzie nadzorował moją ochronę, której wolałabym nie potrzebować. I przy okazji nie dać się zabić stalkerowi.

3. Stracić dziewictwo, zanim skończę dwadzieścia pięć lat, co nastąpi dokładnie za siedem miesięcy.

Na razie przystąpiłam do realizacji pierwszego. Jeśli chodzi o drugi, to stalker jeszcze się nie pojawił. Jestem w Nowym Jorku od czterech dni i w końcu znów czuję się lekko, swobodnie. Zupełnie jakbym gdzieś po drodze pozbyła się całego strachu.

A dziś wieczorem zamierzam zabrać się za trzeci punkt.

Kiedy znowu obudziłam się zdecydowanie za wcześnie z powodu jet lagu i okazało się, że jestem zbyt śpiąca, żeby siąść do pracy nad projektami, otworzyłam coś, co uważam za swoje osobiste nemezis. Tę małą kwadratową ikonkę na ekranie mojego telefonu, która obiecuje bliskość i kontakt z drugim człowiekiem.

Tę nieszczęsną aplikację randkową.

Od dwóch dni piszę z pewnym kolesiem. Wydaje się słodki, normalny, może odrobinę nerdowaty. Mówi, że lubi biegać, więc przez chwilę gadamy o tym. Rzadko korzystam z aplikacji randkowych, ale kiedy postanawiam poćwiczyć randkowanie, to zaczynam właśnie tam.

Lubię ich najpierw sprawdzić.

Umawiamy się na kolację tego samego wieczoru, a ja przez resztę dnia chodzę ze ściśniętym żołądkiem. Właśnie tego nienawidzę w randkowaniu. Tego pełnego napięcia oczekiwania i tych nerwów. Nigdy nie czuję się tak, jakbym mogła być naprawdę sobą.

„Bądź obecna. Pozwól im zobaczyć prawdziwą ciebie. Nie musisz przed nimi udawać” – świetna rada od Zeiny. Tyle że naprawdę trudno wcielić ją w życie.

Kiedy zbieram się do wyjścia, przed moimi drzwiami czeka dwójka nowych ochroniarzy. Niska kobieta o kręconych blond włosach i poważnym spojrzeniu, która przedstawia się jako Madison, oraz wysoki mężczyzna imieniem Amos, z szerokim uśmiechem i ciasno zaplecionymi warkoczykami.

– Wychodzi pani? – pyta.

– Tak – odpowiadam i lekko się uśmiecham. – Bez obaw, nie zamierzam biegać.

Ale jak się okazuje, to wcale nie jest gwarancja, że wszystko pójdzie gładko.

 
 
 
 
Rozdział 4
West

DOSTAJĘ TĘ WIADOMOŚĆ gdzieś między daniem głównym a deserem.

 

MICHAEL

Jest na randce. Nie wiemy, co to za typ. Na wszelki wypadek go sprawdzamy.

 

Przepraszam na chwilę osobę, z którą akurat rozmawiam, i odpisuję.

 

WEST

Macie ją na oku?

 

Mój szef ochrony odpowiada bezzwłocznie.

 

MICHAEL

Tak. Jest bezpieczna.

 

Może i tak, ale także lekkomyślna, i w tym cały szkopuł. Dziękuję za kolację, na którą zostałem zaproszony, żegnam się i pośpiesznym krokiem opuszczam apartament przy Piątej Alei.

Nora jest na randce z jakimś facetem? Na randce?! To może być ktokolwiek. Nawet stalker utrzymujący, że dopiero co sprowadził się do Nowego Jorku. Rafe mnie uprzedził, że mieli duży problem z ustaleniem personaliów tamtego kolesia, a to nie jest dobry znak. Szalony, owładnięty obsesją fan nie pasuje do profilu kogoś skrupulatnego i na tyle bystrego, żeby przechytrzyć zespół wyszkolonych profesjonalistów.

Ech, pilnowanie Nory pochłonie cały mój czas, a i tak mam go za mało.

Samochód już czeka na mnie przed budynkiem. Wsiadam do środka, a Arthur od razu wstukuje do GPS-a ostatnią znaną lokalizację Nory. Tworzymy zgrany zespół i chyba nigdy nie byłem za to aż tak wdzięczny jak teraz.

– Dotrzemy tam za dziesięć minut – mówi Arthur.

– Dzięki – rzucam w odpowiedzi.

Najpierw musiałem wyciągnąć ją z klubu, a teraz muszę przerwać jej randkę. Ale się na mnie wkurzy.

W zasadzie nie powinno mnie to aż tak ruszać. A jednak tak się dzieje, bo jeśli o nią chodzi, to naprawdę nic, co teoretycznie „powinno” być takie, a nie inne, się nie sprawdza.

Zatrzymujemy się pod restauracją w śródmieściu. Przechodzę obok ludzi czekających w kolejce na stolik. Kelner uśmiecha się do mnie sztywno, ale mówię mu, że w środku siedzi już moja znajoma. Mój ton nie zachęca do zadawania pytań, a gość jest na tyle mądry, że żadnych nie zadaje.

Nie dostrzegam jej od razu, ale przez okno widzę jednego z zatrudnionych przeze mnie ochroniarzy. Nasze spojrzenia się spotykają, a on wskazuje głową do tyłu.

I oto jest.

Nora włożyła czerwoną sukienkę, a brązowe włosy upięła do góry tak, że odsłaniają twarz. Patrzy wprost na mężczyznę siedzącego naprzeciwko. On ma włosy w kolorze piasku i coś mówi, żywo gestykulując.

Ona spogląda na niego z lekkim uśmiechem zdradzającym zainteresowanie, którym mnie nigdy nie obdarzyła. Chociaż widziałem, jak obdarza nim innych. Jest uroczy. I wydaje się też nieszczery.

Jestem już prawie przy jej stoliku, kiedy Nora nagle mnie dostrzega. Unosi brwi w szoku, ale zaraz zaciska usta w wąską kreskę.

– West. Co tu robisz?

– Muszę przerwać ci randkę. – Kładę dłoń na oparciu krzesła mężczyzny, nie zaszczycając typa spojrzeniem. – Przed lokalem czeka samochód.

Jej partner przeskakuje wzrokiem to na mnie, to na nią, wyraźnie skołowany.

– Przepraszam, a ty to kto?

– Nikt ważny – odpowiada Nora. – Tak mi przykro, Mark. To zwykłe nieporozumienie.

Mierzę ją gniewnym spojrzeniem.

– Wcale nie. Posłuchaj... Mark, zgadza się? Wasz wieczór dobiegł końca. – Wyciągam portfel i kładę na stole kilka banknotów. – Nora, wychodzimy.

Widzę wściekły błysk w jej oczach, ale zachowuje się jak uosobienie wdzięku, kiedy znowu przeprasza Marka.

– Napiszę do ciebie – mówi.

Na te słowa pięści same zaciskają mi się z frustracji.

Koleś znowu spogląda na mnie, a potem na pieniądze. Czekam, aż Nora przejdzie obok mnie, i dopiero wtedy odwracam się do niego plecami.

– Co jest, do cholery? – syczy w moją stronę Nora, zmierzając do wyjścia przy wtórze stukających obcasów. – Co tu robisz?

– Mógłbym zapytać cię o to samo. Coś ty sobie myślała?

– Przez cały czas przebywałam w miejscu publicznym. Nie uciekłam ochroniarzom. Poprosiłam, żeby poczekali na zewnątrz. Zrobiłam, jak kazałeś. Jak każe mi Rafe.

Otwieram drzwi i przepuszczam ją przodem. Gdy wychodzimy, moją twarz owiewa przyjemny chłód.

Gniew Nory to już trochę gorsza sprawa. Ale przynajmniej jest prawdziwy. Nie to, co wyćwiczony, uprzejmy uśmiech.

Odwraca się do mnie gwałtownie.

– Nie miałeś prawa tego robić. Nikt ci na to nie pozwolił.

– Jak dobrze znasz tego kolesia?

Krzyżuje ramiona na piersiach.

– Nie twoja sprawa. Mark jest miły.

– No tak. To jak długo znasz Marka?

– Yyy... Ze trzy dni?

Spoglądam w niebo. Na otaczające nas wieżowce i nigdy niegasnące światła.

– Boże, dopomóż. Nie masz za grosz instynktu samozachowawczego.

– A właśnie że mam.

– Już drugi raz musiałem cię zgarnąć z tej okolicy późnym wieczorem. Nie możesz choć raz zostać w domu? Aż tak bardzo potrzebujesz ciągłej uwagi?

W jej oczach pojawia się błysk.

– Nie zrezygnuję ze swojego życia.

– Nie proszę cię o to.

– Owszem, prosisz – mówi zaciekle. – Nie zrobiłam dziś nic złego.

Przybieram kamienny wyraz twarzy.

– Nora, jesteś znaną osobą. Do kurwy nędzy, kilka miesięcy temu byłaś na billboardach na Times Square.

Otwiera szeroko oczy.

– Widziałeś je?

– Trudno było ich nie zauważyć.

Opierała się swobodnie o walizkę jednej z najbardziej znanych luksusowych marek należących do jej rodziny, miała lekko zmierzwione włosy, jakby dopiero się obudziła, i wpatrywała się prosto w obiektyw. Prosto we mnie – takie odnosiłem wrażenie za każdym razem, kiedy tamtędy przechodziłem.

– Nie powinno cię obchodzić, z kim się spotykam.

– Dlaczego tak bardzo chcesz mi utrudnić pracę, która jest i tak wystarczająco trudna?

– Nie ty masz zapewnić mi bezpieczeństwo. To zadanie twoich ochroniarzy, a oni świetnie się z niego wywiązują. Czekali pod restauracją i przez cały czas nas pilnowali. Pewnie z nudów zaczęliby zaraz chodzić po ścianach.

– Mylisz się, to jest moje zadanie. Zlecił mi je twój brat – przypominam. – Nawet nie wiesz, co to za facet. Może być twoim stalkerem. Pomyślałaś o tym?

Bierze głęboki wdech.

– To nie on. Poznaliśmy się przez aplikację randkową.

– Co nie dowodzi absolutnie niczego – stwierdzam oschle. Nora i aplikacje randkowe? Jest zbyt znana, żeby się w to bawić. – To nie przelewki. Rafe’owi też stroiłaś fochy jak rozpieszczona damulka?

– Ja niby jestem rozpieszczona? – pyta. – Przypomnij mi, gdzie mieszkasz. Sam wybudowałeś Fairhaven? Kupiłeś tę posiadłość? Czy może ją odziedziczyłeś?

Usta drgają mi w dziwnym rozbawieniu. Oto i jest, myślę w duchu. Cała ona, prawdziwa Nora. Nie ta uprzejma, słodka siostrzyczka, za którą uważa ją Rafe.

– Próbuję ci pomóc.

– I ja to doceniam, serio... Chociaż w kółko mi przypominasz, jak bardzo ci to nie na rękę. Ale muszę mieć jakieś życie. – Ponownie krzyżuje ramiona na piersiach. – Nie zrobiłam nic złego. Wzięłam dziś ze sobą ochroniarzy i poinformowałam ich o swoich planach. Nie musiałeś się mieszać.

Robię krok w jej stronę i zniżam głos.

– Czy ci się to podoba, czy nie, Kłopocie, i tak zostałem w to wmieszany. I dopóki nie złapiemy tego... natręta z obsesją na twoim punkcie, jesteś na mnie skazana.

– Mam być do ciebie przykuta? Przyklejona do twojego boku? West, mam pracę, spotkania, sprawy do załatwienia. – Cofa się, jakby chciała zwiększyć między nami dystans. – Uwierz mi, zdaję sobie sprawę z zagrożenia. Ale nie mogę całkiem zmienić swojego życia z powodu kilku listów. Przeprowadziłam się tu, żeby zacząć od nowa.

– Nie wiemy jeszcze, czy możesz czuć się bezpieczna – zauważam, bo nie jestem pewien, czy jej stalker został po drugiej stronie Atlantyku, czy może tu za nią przyleciał.

– Może nie. – Jej głos lekko drży, chociaż w oczach widać zaciekłość. – Ale nie zamierzam rezygnować ze swojego życia.

– Czyli z włóczenia się po nocnych klubach i umawiania z nieznajomymi? Nadal możesz chodzić do pracy. Możesz robić mnóstwo innych rzeczy. Tylko nie chodź do słabo oświetlonych miejsc z obcymi facetami, zwłaszcza na randki. – Kręcę głową. – Przynajmniej na razie.

– Ale ja muszę chodzić na randki – wypala nagle, zupełnie jakby niechcący zdobyła się na wyznanie.

Mrużę oczy.

– Musisz?

– Tak. Muszę.

– A niby dlaczego?

– Bo muszę to poćwiczyć. – Jej policzki oblewa rumieniec. – Nie żeby to była twoja sprawa, ale w przeszłości rzadko to robiłam. Nie mam w tym zbyt dużej wprawy, a kiedyś chciałabym być w związku, więc to dla mnie ważne.

– Nie masz w tym zbyt dużej wprawy... – powtarzam.

Jej policzki płoną. Wygląda tak, jakby chciała cofnąć każde słowo.

– Nie i nie zamierzam przez kilka następnych miesięcy ukrywać się w domu przez jakiegoś stalkera. Przeprowadziłam się tutaj, żeby... – Kręci energicznie głową i odwraca wzrok, jakby nie widziała sensu w kończeniu tego zdania.

– Wiem, dlaczego to zrobiłaś – mówię. – Z powodu tego konkursu dla projektantów, do którego się załapałaś.

Ponownie wbija we mnie spojrzenie.

– Wiesz o nim?

– Tak. Twój brat mi powiedział. To imponujące. – Przesuwam dłonią po brodzie. – Ale jak to w ogóle możliwe, że nie masz doświadczenia w randkowaniu?

– Nie powiedziałam, że nie mam, tylko że mam go za mało. Tamten koleś był naprawdę miły, a ty potraktowałeś go bardzo po chamsku.

– Czy był równie miły jak ty?

Mruży oczy.

– Mógł być miłością mojego życia.

Aż parskam śmiechem.

– Uhm, a ty wyszłaś stamtąd dlatego, że ci kazałem, no nie? Ciekawe, przy mnie jakoś nigdy nie musiałaś udawać kogoś, kim nie jesteś. Gdyby tamten typ rzeczywiście miał być miłością twojego życia, to dalej siedziałabyś z nim w tej restauracji. Albo po tej akcji wisielibyście na telefonie i gruchali przez całą noc jak zakochane gołąbeczki. Świetnie bym wypadł w roli czarnego charakteru, który was do siebie zbliżył.

– Dobra, może nie był aż taki fajny. Ani szczególnie miły – przyznaje. – Ale to nie znaczy, że ta randka nie była dla mnie ważna.

– Nie rozumiem, jak ćwiczenie randkowania ma ci pomóc w stworzeniu związku.

– Nie spodziewałam się, że to zrozumiesz. – Spogląda ponad moim ramieniem na ludzi w oddali. Jej twarz jest pozbawiona wyrazu. – Czy właśnie tak można zepsuć dzień Westowi Callowayowi? Wystarczy wybrać się na randkę, o której wcześniej nic nie wiedział?

– Nie przeginaj z tym, Kłopocie.

– Przestań mnie tak nazywać. – Jej oczy znowu rozbłyskują.

– W ostatnim czasie właśnie tym jesteś. Moim kłopotem.

– Tylko dlatego, że za bardzo przejmujesz się tym, co robię i z kim. – Przechodzi obok mnie i zatrzymuje się przy drzwiach samochodu. – Odwieziesz mnie do domu?

Zirytowany ton oczekiwania, pobrzmiewający w jej głosie, sprawia, że kącik ust drga mi w uśmiechu.

– Jeśli obiecasz, że przestaniesz chodzić na randki z przypadkowymi kolesiami.

– Obiecuję – zaczyna, przechylając głowę z godnością królowej pozbawionej dworu – że przestanę chodzić na randki z przypadkowymi kolesiami. Następnego najpierw sprawdzą twoi ludzie. Może być?

Mijam ją i otwieram jej drzwi. Na samą myśl o niej z innymi facetami na kolejnych randkach rzednie mi mina. Ale tylko zapraszam ją gestem do środka.

– Rozumiem, że to znaczy „tak” – mówi i znika w ciemnym wnętrzu samochodu.

Moja odpowiedź faktycznie powinna brzmieć „tak”, nawet jeśli wszystko we mnie krzyczy „nie i jeszcze raz nie”.

 

[...]

 

Książka do nabycia na kulturalnysklep.pl, w formie ebooka na Publio.pl