Podwójny wstrząs - Karolina Morawiecka - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Podwójny wstrząs ebook i audiobook

Karolina Morawiecka

4,5
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

14 osób interesuje się tą książką

Opis

Fokstrot, świeże ostrygi i… zbrodnie.

Panna Konstancja Tatarewiczówna wraz z młodym medykiem Dionizym Porckolanką wyruszają do podkrakowskich Cianowic, wezwani na pomoc przez zaniepokojone mieszkanki pałacu. Wkrótce zostaną wciągnięci w sam środek zagadkowych wydarzeń, a do śledztwa dołączy wybitny komisarz Ewaryst Grzebinoga. Czy mordercą jest ktoś z rodziny? Czy uda się go powstrzymać, nim uderzy ponownie?

Elegancka zagadka, szczypta humoru, odrobina romansu – oto Podwójny wstrząs.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 250

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 53 min

Lektor: Marcin Procki

Oceny
4,5 (56 ocen)
35
13
7
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
fiolka88

Dobrze spędzony czas

1932 rok, w okolicach Ojcowa mieszkanki pałacu podkrakowskich Cianowic są mocno zaniepokojeni pewnymi wydarzeniami. Na pomoc wzywają dociekliwą Konstancję i Dionizego, medyka, który bądź co bądź może się przydać, zwłaszcza gdy kobietom dokuczają nawracające migreny, może będzie posiadał jakieś magiczne tabletki. Niebawem dochodzi do dwóch śmier*ci, starszej kobiety i młodszego mężczyzny. Kto dopuścił się tak okrutnych czynów i czy przypadkiem nie dojdzie do kolejnej zbrodni. Czy tylko mi sie wydaje, że ta powieść to taka polska wersja kryminału Agathy Christie? Dwójka dociekliwych cywilów zostaje wyciągniętych w sam środek zbrodni. Tropy prowadzą w ślepe uliczki, a podejrzanym może być każdy. Akcja toczy się powoli, a dla mnie dodatkowym plusem jest jej miejsce. Mam sentyment do okolic Ojcowa bo nieopodal się wychowywałam, co prawda w innych latach ale zawsze 😉 Zawiłe śledztwo, dużo fałszywych tropów i dobrze rozbudowany wątek obyczajowy, zwłaszcza zmieniająca się relacja między ...
00
Wenus64

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00
KasiaFingas

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniała! Czytałam wszystkie powieści autorki i "Podwójny wstrząs" chyba najbardziej mi się podobał. Są tu bohaterowie, do których chce się wracać. Czekam na kolejny tom! Lektor bardzo dobry, choć widać, że angielski zna, a francuskiego nie ;-)
00
rybkaaga

Nie oderwiesz się od lektury

polecam! bardzo przyjemna lektura 🙂
00
Goszaczyta98

Całkiem niezła

•• Fokstrot, świeże ostrygi i… zbrodnie. •• ▪️𝗥𝗘𝗖𝗘𝗡𝗭𝗝𝗔 ▪️ Kolejny raz daj się porwać zawiłej zagadce kryminalnej z udziałem Konstancji Taterwiczównej i Dionizego Porckolanko na tropie zbrodni. 🩸 🕵🏼‍♀️ W pałacu w Cianowicach zaczynają dziać się rzeczy, które trudno wytłumaczyć… I wtedy na scenę wkraczają Konstancja Taterewiczówna i Dionizy Porckolanko. Ten nietuzinkowy duet szybko wpada w sam środek gęstej sieci intryg, sekretów i coraz bardziej niepokojących wydarzeń. Gdy dochodzi do tajemniczych morderstw, do Cianowic przybywa również Ewaryst Grzebinoga, jakże błyskotliwy detektyw, który może okazać się kluczem do rozwiązania zagadki. Razem spróbują rozwikłać, kto stoi za serią nagłych śmierci i czy za tym wszystkim kryje się coś więcej, niż tylko przypadek. 🕵🏼‍♀️ Ostatnio coraz częściej sięgam po „lekkie” kryminały. Brak tu drastycznych opisów, krwawej akcji, a za to mamy zawiłą zagadkę, mnóstwo tropów do rozwiązania i akcje, która sprawia, że ciężko oderwać się od...
00

Popularność




Dedykacja

Kasi Ger­nand

Ostrzeżenie

Choć opi­sane tu miej­sca ist­nieją,

a wiele postaci żyło naprawdę,

histo­ria ta jest cał­ko­wi­cie wymy­ślona.

Niedziela, 19 czerwca – czwartek, 23 czerwca 1932 roku

Rozdział pierwszy, w którym ktoś odzyskuje świadomość, a ktoś ją traci

Owio­nął ich zapach roz­grza­nego latem lasu. Róż­no­zie­lona ściana roz­stą­piła się przed nimi gwał­tow­nie, zatrzy­mu­jąc pro­mie­nie słońca na chro­po­wa­tej korze i w spie­nio­nych koro­nach wyso­kich drzew. Przez uchy­loną szybę przy­jemny pół­mrok przy­no­sił kojący chłód i aro­mat ziół. Choć nie­wy­po­wie­dziane na głos, pyta­nie towa­rzy­szyło im od samego początku podróży, zaprzą­ta­jąc myśli, warząc humory i odbie­ra­jąc chęć na poga­wędki. „Panicz zagi­nął czy… zgi­nął?”

Che­vro­let pro­fe­sora Hen­ryka Żubrzyń­skiego gładko wszedł w zakręt i tylko nie­znacz­nie zatrząsł się na wybo­jach. Pogrą­żeni w roz­my­śla­niach podró­żu­jący nie zwró­cili naj­mniej­szej uwagi ani na dosko­nałą kon­struk­cję pojazdu, wypro­du­ko­wa­nego rap­tem dwa lata wcze­śniej w war­szaw­skiej mon­towni Eli­bor Ł.J. Bor­kow­skiego, ani na nie­naj­lep­szy stan pol­skich dróg.

Pro­wa­dzący wprawną ręką etno­graf wciąż miał w pamięci nie­dawne spo­tka­nie w gabi­ne­cie przy­ja­ciela Józefa Zawadz­kiego. Kiedy Bobiń­ski, Brzo­stow­ski i Car – szare emi­nen­cje II Rze­czy­po­spo­li­tej i jedni z naj­waż­niej­szych akcjo­na­riu­szy zamku w Pie­sko­wej Skale – wyszli zado­wo­leni, zosta­wia­jąc po sobie zapach cygar i posmak kom­ple­men­tów, towa­rzy­szący im śled­czy Ewa­ryst Grze­bi­noga raz jesz­cze pod­szedł do niego.

– Naprawdę, gdyby nie panienka Kon­stan­cja, śledz­two mogłoby poto­czyć się ina­czej. A nawet gdy­bym jakimś cudem odkrył, kim był mor­derca poko­jó­wek, nie uda­łoby się prze­cież zamknąć docho­dze­nia w tak krót­kim cza­sie. Pro­szę więc, z łaski swo­jej, nie mieć do niej pre­ten­sji o tamto.

Łatwo mu mówić – pomy­ślał teraz roz­go­ry­czony. – To nie jego opiece powie­rzono dziew­czynę, która spod tej pie­czy się wymyka. I to przez okno.

Choć z dru­giej strony – przy­po­mniał sobie spo­tka­nie w zam­ko­wej biblio­tece, pod­czas któ­rego Tata­re­wi­czówna tak zgrab­nie zasta­wiła pułapkę na zabójcę – poli­cjant miał rację. Kon­stan­cja może i ma cha­rak­te­rek, ale także wybitny umysł. Prze­cież wła­śnie dla­tego zde­cy­do­wał się zabrać ją ze sobą do pałacu hra­biny Woy-Mści­sław­skiej. Ale czy dobrze robi? A może nie­po­trzeb­nie bił się z myślami, bo cała ta sytu­acja była jedy­nie wytwo­rem kobie­cej histe­rii?

Sie­dzący tuż obok Dio­nizy Por­c­ko­lanko, medyk prze­by­wa­jący w Pie­sko­wej Skale na let­nim wypo­czynku, rów­nież pró­bo­wał zebrać myśli. Ledwo uści­snął dłoń Ewa­ry­stowi, życząc mu na poże­gna­nie powo­dze­nia w dal­szej karie­rze śled­czej oraz – im obu – jesz­cze jed­nego spo­tka­nia w bli­żej nie­okre­ślo­nej przy­szło­ści; led­wie zamknął za sobą pierw­szy i ostatni roz­dział, w któ­rym zmu­szony przez nad­zwy­czajne oko­licz­no­ści odgry­wał rolę pato­loga i detek­tywa, a już zaafe­ro­wana poko­jówka zapra­szała go do gabi­netu pre­zesa Zawadz­kiego, gdzie cze­kał na niego tele­fon z Młyn­nika. Dopiero co zakoń­czył swój udział w śledz­twie, a tu, zdaje się, szy­ko­wała się kolejna sprawa. Co prawda pro­fe­sor Żubrzyń­ski pro­sił go o inter­wen­cję medyczną – i to hipo­te­tyczną, bo prze­cież miesz­kanki Cia­no­wic mogły zacho­wać się ina­czej niż panie z Żubry­nówki – jed­nak powód ich nie­po­koju mógł wszak wią­zać się ze… zbrod­nią.

Choć bar­dzo nie chciał się do tego przy­znać, myśl o tym, że nie­znany mu panicz mógł zgi­nąć w tajem­ni­czych oko­licz­no­ściach, naprawdę popra­wiła mu humor, nieco przy­ga­szony zamknię­ciem zagadki z Pie­sko­wej Skały.

Jak to moż­liwe, że choć robię wszystko, by rato­wać ludzi od śmierci, na samą myśl o kolej­nej spra­wie czuję… eks­cy­ta­cję?

W zamy­śle­niu przy­gła­dził włosy. Cho­ciaż od pew­nego czasu sto­so­wał dosko­nałą pomadę Bryl­creem, wciąż jakiś nie­sforny loczek wyry­wał się na wol­ność, nada­jąc jego fizjo­gno­mii mło­dzień­czy cha­rak­ter. A prze­cież miał już dwa­dzie­ścia sie­dem lat i nie­jedno prze­żył. Mimo to wolał angiel­ski kosme­tyk od Bril­lan­tine Pinauda, która co prawda utrzy­my­wała loki w żela­znej dys­cy­pli­nie, lecz przy tym tłu­ściła wszystko wokół. A jemu nie miał już kto prać koł­nie­rzy­ków…

Przez moment poczuł zapach per­fum Kry­styny. Pod powie­kami zama­ja­czył jej uśmiech. Wes­tchnął ciężko. Za oknem w rów­nym ryt­mie migo­tały pnie drzew. Opu­ścił szybę jesz­cze niżej – pęd powie­trza natych­miast pomógł mu się opa­no­wać. Przy­po­mniał sobie cel tej nie­pla­no­wa­nej wyprawy.

Po pra­wej stro­nie nie­okieł­znana dotąd zie­lo­ność zaczęła rzed­nąć. W głębi lasu zama­ja­czyła jasna plama murów.

– To chyba pałac… – Bar­dziej stwier­dził, niż zapy­tał.

– Istot­nie, zaraz będziemy na miej­scu – dodał Żubrzyń­ski. W jego gło­sie nie było entu­zja­zmu.

Zamil­kli.

Sie­dząca na wygod­nej kana­pie Kon­stan­cja Tata­re­wi­czówna na­dal bez­na­mięt­nie wpa­try­wała się w okno, choć mija­nym wcze­śniej wiej­skim domo­stwom ani osza­ła­mia­ją­cej uro­dzie kra­jo­brazu nie poświę­ciła naj­mniej­szej uwagi.

Wyda­rze­nia ostat­nich tygo­dni, pro­wa­dzące do zna­ko­mi­tego finału, zatrzę­sły całym jej świa­tem. Dotąd dosko­nale wie­działa, czego chce – swoje życie zamie­rzała poświę­cić nauce. Wywal­czyła sobie prawo do stu­dio­wa­nia filo­zo­fii, choć tylko ona wie­działa, ile ten upór ją kosz­to­wał. Chciała być jak dok­torka Helena Ostoja-Gajew­ska, tyle że na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim. I zaj­mo­wać się nie medy­cyną, lecz filo­zo­fią – naj­mą­drzej­szą z nauk. Ale to wła­śnie logika pozwo­liła jej wykryć mor­dercę z pen­sjo­natu na zamku w Pie­sko­wej Skale. A to doświad­cze­nie – zwłasz­cza ostat­nia narada pod Maczugą Her­ku­lesa – otwo­rzyło w niej jakąś furtkę, o któ­rej ist­nie­niu wcze­śniej nie wie­działa. Móc łapać spraw­ców prze­stępstw, karać za ohydne zbrod­nie – tak, bez wąt­pie­nia to wła­śnie chcia­łaby robić. Cóż z tego jed­nak, skoro nie miała na to naj­mniej­szych szans?

Wes­tchnęła ciężko.

Co to za świat, w któ­rym prawa może i są równe dla wszyst­kich, ale równe szanse to mrzonka?

Wciąż miała pod powie­kami twarz Ewa­ry­sta Grze­bi­nogi, ścią­gniętą w jakimś nie­zro­zu­mia­łym dla niej gry­ma­sie.

– Naprawdę, przy­da­łaby się nam panienka w Poli­cji Pań­stwo­wej. – Skło­nił się wów­czas przed nią w drzwiach biblio­teki, z któ­rej wła­śnie wyszli wszy­scy, na czele ze schwy­ta­nym mor­dercą. Poca­ło­wał podane mu koniuszki pal­ców. – Może prze­my­śla­łaby to pani?

Uśmiech­nęła się wtedy do niego, zmę­czona zarówno wyczer­pu­ją­cym spo­tka­niem, jak i wła­snymi emo­cjami. Oczy­wi­ście wie­działa o Sta­ni­sła­wie Pale­olog. Rap­tem sie­dem lat wcze­śniej komen­dantka – pierw­sza kobieta w sze­re­gach pol­skiej poli­cji – nie scho­dziła z nagłów­ków gazet. O sen­sow­no­ści i celo­wo­ści kobie­cej Bry­gady Sani­tarno-Oby­cza­jo­wej Urzędu Śled­czego Sto­łecz­nej Komendy roz­pi­sy­wała się prasa: od „Taj­nego Detek­tywa” po „Kury­era”, kar­miąc wyobraź­nię nie tylko trzy­na­sto­let­niej dziew­czynki, którą wów­czas była, lecz także wszyst­kich Pola­ków, a Polek w szcze­gól­no­ści.

Tak, dwu­dzie­sto­let­nia Tata­re­wi­czówna mogłaby się sta­rać o przy­ję­cie do tego trzy­dzie­sto­oso­bo­wego oddziału – gdyby tylko chciała wal­czyć z sute­ner­stwem albo pra­co­wać z dziećmi z nizin spo­łecz­nych. Ale ona, czuła to teraz całą sobą, wola­łaby pro­wa­dzić śledz­twa. Podą­żać tro­pem mor­dercy, szu­kać prze­ciwko niemu dowo­dów. Z tysiąca pozor­nie nie­pa­su­ją­cych do sie­bie ele­men­tów, dzięki deduk­cji, skła­dać obraz pozwa­la­jący odtwo­rzyć prze­bieg i poznać przy­czynę zbrodni.

A co teraz? Teraz, gdy posma­ko­wała metod śled­czych, kiedy pomo­gła schwy­tać zabójcę, miała tak po pro­stu wró­cić do daw­nego życia? Zapo­mnieć? Tylko… jak?

Może jesz­cze dobry los pozwoli jej poba­wić się w detek­tywkę i poszu­kać zagi­nio­nego pani­cza. Ale potem?

Ponow­nie wes­tchnęła i na moment zamknęła oczy.

– Kon­stan­cjo, obudź się. Już jeste­śmy. – Wuj Żubrzyń­ski stał przed nią w otwar­tych drzwiach Che­vro­leta.

Tuż obok dostrze­gła uśmie­cha­ją­cego się nie­śmiało Dio­ni­zego. Nie­sforny blond loczek uno­sił się na wie­trze niczym mikro­sko­pijna aure­ola.

Zanim zdą­żyła się ode­zwać, na żwi­ro­wej powierzchni ronda przed połu­dniową ścianą pałacu poja­wiły się trzy posta­cie. Przo­dem drep­tała roz­ło­ży­sta słu­żąca w cha­rak­te­ry­stycz­nej czar­nej sukience, przy­ozdo­bio­nej bia­łym far­tusz­kiem, z koron­ko­wym koł­nie­rzy­kiem i taki­miż man­kie­tami. Za nią, nie zwa­ża­jąc na kon­we­nanse, wybie­gła kobieta, którą Tata­re­wi­czówna natych­miast uznała za panią domu.

Twarz jak Lody Halamy, tylko sporo star­sza – pomy­ślała, choć rewiową aktorkę i tan­cerkę znała jedy­nie z prasy.

Wysoka i szczu­pła, w jedwab­nej gra­na­to­wej sukience i sznu­rze pereł, owi­nię­tym trzy­krot­nie wokół nie­znacz­nie przy­wię­dłej szyi, miała oczy opuch­nięte od pła­czu i zaczer­wie­niony czu­bek nosa.

– O mój Boże! Hen­ryku drogi! Pomocy! – Czter­dzie­sto­pa­ro­latka musiała być bar­dzo wzbu­rzona, skoro nawet w obec­no­ści nie­zna­nych sobie osób zaczęła szlo­chać.

– Już, już, cio­ciu, pro­szę się uspo­koić – powstrzy­mała ją za rękę trze­cia z kobiet.

Była mniej wię­cej wzro­stu Kon­stan­cji, za to star­sza od niej o co naj­mniej dekadę. Tak jak Tata­re­wi­czówna miała nos z lek­kim garb­kiem, jed­nak jej twa­rzy daleko było do uzna­nia jej za piękną. Lub cho­ciaż ładną. Może to wina cie­niuch­nych warg, które przy­gry­zała, w wąską kre­skę? A może brwi, wymo­de­lo­wa­nych wpraw­dzie zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cymi tren­dami, lecz przy­po­mi­na­ją­cych wychu­dzone gąsie­niczki? W każ­dym razie – jak zawy­ro­ko­wała w myślach Kon­stan­cja – było w niej coś odpy­cha­ją­cego. A może raczej – popra­wiła się, zła na sie­bie za taką uwagę – po pro­stu coś… szorst­kiego.

– Ależ oczy­wi­ście. Gdzie ja mam głowę. – Lekko posi­wiała kopia Lody Halamy uspo­ko­iła się natych­miast. – Bar­dzo pań­stwa prze­pra­szam, zmar­twie­nie mamy ogromne. Mój syn… – Znów zda­wało się, że za chwilę ponow­nie się roz­pła­cze.

– Pozwolą panie, że doko­nam pre­zen­ta­cji. – Hen­ryk Żubrzyń­ski, mąż Jadwigi, ojciec trzech nie­za­męż­nych wciąż córek, do tego miesz­ka­jący pod jed­nym dachem i z krewną mał­żonki, hra­biną Marią Józefą Kul­wiec, wie­dziony dłu­go­let­nim doświad­cze­niem męż­nie sta­wił opór kobie­cym emo­cjom. – Pani Teo­doro, to Kon­stan­cja Tata­re­wi­czówna, moja pod­opieczna. Przy­je­chała z War­szawy. Tego lata gości u nas, w Żubry­nówce.

– Oczy­wi­ście. – Pani domu uśmiech­nęła się blado do dyga­ją­cej przed nią dziew­czyny. – Wiem wszystko. I bar­dzo panience dzię­kuję za odwie­dziny.

– A to nasz przy­ja­ciel. – Pro­fe­sor wska­zał na zaru­mie­nio­nego Dio­ni­zego, który szar­mancko skło­nił się przed czter­dzie­sto­pa­ro­latką, a następ­nie przed sto­jącą tuż obok niej kobietą o zacię­tym wyra­zie twa­rzy. – Pan Dio­nizy Por­c­ko­lanko. Dosko­nały medyk.

– Jeśli pani pozwoli, służę pomocą lekar­ską. Mam przy sobie – się­gnął po czarną skó­rzaną torbę, z jaką rap­tem kilka tygo­dni temu odwie­dził po raz pierw­szy Żubry­nówkę – Lumi­nal. Dosko­nały na nerwy, zapew­niam.

– Teo­dora Pierz­chow­ska. – Z wdzię­kiem podała mu czubki pal­ców, które natych­miast usłuż­nie poca­ło­wał. – A to panna Tekla Pierz­chow­ska. A to syno­wica mojego męża.

Trzy­dzie­sto­pa­ro­latka dygnęła i oblała się szkar­ła­tem, gdy wysoki blon­dyn musnął czubki pod­su­nię­tych mu pal­ców. Uło­żone w cienki łuk brwi zbli­żyły się do sie­bie, a na jej twa­rzy mimo­wol­nie zago­ścił gry­mas.

Sto­jąca obok słu­żąca, nie­na­wy­kła do takich wido­ków i takiej kolej­no­ści wyda­rzeń, zebrała się wresz­cie na odwagę.

– Pani hra­bina Woy-Mści­sław­ska czeka na sza­now­nych pań­stwa w swoim salo­niku. – Jej głos lekko drżał. – To może ja…

– Józefa może już iść i dać znać w kuchni, że goście przy­je­chali. – Teo­dora Pierz­chow­ska naj­wy­raź­niej zdo­łała na chwilę opa­no­wać sko­ła­tane nerwy. – A ja zapra­szam, zapra­szam ser­decz­nie w nasze skromne progi. Rze­czy­wi­ście, moja matka ocze­kuje nas.

Wyko­nała zapra­sza­jący gest i ruszyła w stronę budynku, z Hen­ry­kiem Żubrzyń­skim po lewej i Dio­ni­zym Por­c­ko­lanką po pra­wej ręce.

– Skromne progi to chyba prze­sada – ode­zwała się Kon­stan­cja do idą­cej z nią w parze po żwi­ro­wej ścieżce panny Tekli. – Piękny ten pałac. Doprawdy, nie­zwy­kła archi­tek­tura.

– To praca Teo­dora Talow­skiego – wyszep­tała w odpo­wie­dzi, po czym zamil­kła.

I nie ode­zwała się już wię­cej.

Nawet wów­czas, gdy na widok prze­stron­nego hallu z mar­mu­rową posadzką, spi­ral­nymi scho­dami pną­cymi się ku górze i krysz­ta­ło­wym żyran­do­lem zwi­sa­ją­cym z wyso­ko­ści dwóch kon­dy­gna­cji Tata­re­wi­czówna aż pisnęła z wra­że­nia.

Nawe wtedy, gdy Teo­dora Pierz­chow­ska popro­wa­dziła swo­ich gości do miesz­czą­cego się na par­te­rze pry­wat­nego salo­niku rodzi­cielki, gdzie hra­bina Maria Wacława Woy-Mści­sław­ska ocze­ki­wała nowo przy­by­łych.

Nie­wiel­kie pomiesz­cze­nie liczyło co naj­wy­żej trzy­dzie­ści metrów kwa­dra­to­wych. Na środku usta­wiono dwie wyście­łane gra­na­to­wym aksa­mi­tem sofy, owalny stół zaś prze­su­nięto w pobliże jed­nego z dwóch wiel­kich okien z wido­kiem na park. Przy dru­gim, wycho­dzą­cym na połu­dnie, znaj­do­wał się wysoki fotel.

– Pani hra­bino, pani pozwoli, że przed­sta­wię… – Hen­ryk skło­nił się dwor­nie przed sie­dzącą w nim sta­ruszką w czar­nej sukni. Jej szyję także zdo­bił sznur pereł, choć poje­dyn­czy. Okrą­gła twarz, o owalu mocno już sfa­ty­go­wa­nym gra­wi­ta­cją i upły­wa­ją­cym cza­sem, z nie­wiel­kim pro­stym nosem i prze­ni­kli­wie nie­bie­skimi oczami, wciąż przy­ku­wała wzrok.

Swego czasu – pomy­ślała Kon­stan­cja – musiała ucho­dzić za wyjąt­kową pięk­ność, a córka urodę odzie­dzi­czyła wła­śnie po matce.

– To zapewne panienka Kon­stan­cja Tata­re­wi­czówna. – Hra­bina, jak gdyby ni­gdy nic, wyce­lo­wała pulchny palec obcią­żony rodo­wym sygne­tem w stronę dyga­ją­cej przed nią blon­dynki o zie­lo­nych oczach. – A ten pan to zapewne medyk.

– Ow­szem, sza­nowna pani, Dio­nizy Por­c­ko­lanko. – Skło­nił się przed nią zasko­czony.

– Ale skąd…? – Zdu­mie­nie pro­fe­sora nie znało gra­nic.

Jakim cudem zga­dła? – zdzi­wiła się w duchu Tata­re­wi­czówna.

– Hen­ryczku, mój drogi, czyż to nie oczy­wi­ste? O wyczy­nach panienki sły­sza­łam, a jakże! Cia­no­wice od Młyn­nika są co prawda sporo odda­lone, ale nie aż tak. No i my tu, w pałacu, także mamy tele­fon. Poza tym gościła u mnie oneg­daj hra­bina Zofia Hen­ryka Koko­siń­ska… – zachi­cho­tała. – Uzna­łam za oczy­wi­ste, że w tak deli­kat­nej mate­rii twoja nowa pod­opieczna będzie ci towa­rzy­szyć, zwłasz­cza po jej ostat­nich doko­na­niach. Skoro zaś nie przy­je­cha­łeś z dok­to­rem Zawadz­kim, musia­łeś, mój drogi, zabrać tu do nas innego medyka, rów­nie zna­nego spe­cja­li­stę, z całą pew­no­ścią zaprzy­jaź­nio­nego z tobą i dys­kret­nego. Czyż nie mam racji?

– Cał­ko­witą! – Etno­graf skło­nił się z galan­te­rią. – Ma pani hra­bina abso­lutną rację, jak zawsze. Oprócz Kon­stan­cji pozwo­li­łem sobie przy­wieźć do Cia­no­wic mojego ser­decz­nego przy­ja­ciela, pana Dio­ni­zego Por­c­ko­lankę. Swego czasu bar­dzo nam pomógł w Żubry­nówce…

– Sądzę, że Teo­dora i Tekla istot­nie potrze­bują jakichś kro­pli na uspo­ko­je­nie. – Maria Wacława Woy-Mści­sław­ska zwró­ciła się w stronę kła­nia­ją­cego się przed nią blon­dyna. – Oba­wiam się, że poko­jówki także. Moja Józefa cał­kiem dobrze się trzyma, Micha­lina chyba też, ale Marianna… – Pokrę­ciła głową z nie­sma­kiem. – Cał­kiem jest w histe­rii. Myślałby kto, że to o jej wnuka się roz­cho­dzi… No już, już, niech pan, mój drogi, pój­dzie z Teo­dorą i Teklą tu obok, do dru­giego salonu, i zaopie­kuje się paniami. Moja wnuczka Zofia Miło­bęcka leży w apar­ta­men­cie na pię­trze. Ma straszną migrenę, bie­dac­two. Towa­rzy­szy jej mał­żo­nek, pan Sła­wosz Miło­bęcki. Gdyby mógł pan, mój drogi, z łaski swo­jej, i do nich zaj­rzeć…

Dio­nizy Por­c­ko­lanko roz­pro­mie­nił się ura­do­wany.

– Tak się dosko­nale składa, że mam przy sobie naj­now­szy pro­dukt od Bay­era. Aspi­ryna, sza­nowna pani, powinna pomóc nawet na naj­cięż­szą migrenę.

Ski­nęła mu głową zado­wo­lona.

– A potem – naj­wy­raź­niej myśli Marii Wacławy wró­ciły na wcze­śniej­sze tory – napi­jemy się kawy i omó­wimy nasze zmar­twie­nie, moi dro­dzy.

Gdy tylko medyk się­gnął po torbę, by wyko­nać pole­ce­nie, a panie Pierz­chow­skie, jedna po dru­giej, bez słowa pro­te­stu opu­ściły pokój, hra­bina zwró­ciła się do sto­ją­cej nie­cały metr przed nią osłu­pia­łej Kon­stan­cji.

– Panienka sobie usią­dzie, naj­le­piej tu, koło mnie. I niech się panienka tak nie dziwi. Deduk­cja i mądrość nie są zare­zer­wo­wane wyłącz­nie dla was, mło­dych.

– Ni­gdy bym tak nie… – ode­zwała się Tata­re­wi­czówna i zajęła wska­zane jej miej­sce.

– Och, już ja wiem, moja droga, co mło­dzi o nas sądzą! Prze­cie i ja ongiś byłam młódką, choć teraz już mnie samej wydaje się to nie­praw­do­po­dobne – zaśmiała się ser­decz­nie, jakby wła­sne prze­mi­ja­nie uznała za dosko­nały dow­cip losu. – Ale jak czło­wiek długo żyje, a mam już sporo ponad pół wieku, wyobra­żasz to sobie, pół wieku, moja droga! – cią­gnęła z oży­wie­niem. – No więc jak czło­wiek tak długo jest na świe­cie, to siłą rze­czy uczy się obser­wo­wać innych. I wycią­gać wnio­ski. Na przy­kład, moja droga, takie, że jeśli w domu, gdzie histe­ry­zują kobiety, poja­wia się męż­czy­zna z cha­rak­te­ry­styczną skó­rzaną torbą, to…

– …musi to być lekarz – dokoń­czyła, abso­lut­nie wbrew regu­łom, Kon­stan­cja.

Okrą­gła twarz hra­biny Marii Wacławy Woy-Mści­sław­skiej drgnęła pod wpły­wem tego zuchwal­stwa. Jasno­nie­bie­skie oczy zalśniły dziw­nym bla­skiem, jed­nak w jej gło­sie nie sły­chać było zło­wiesz­czych tonów. Wręcz prze­ciw­nie.

Z wiszą­cego na piersi aksa­mit­nego woreczka wycią­gnęła lor­gnon.

– Niech ci się lepiej przyj­rzę, moja droga. – Wyko­nała ręką gest, naka­zu­jąc tym samym, by sie­dząca na wyście­ła­nym aksa­mi­tem krze­śle panna nachy­liła się w jej stronę. – Rze­czy­wi­ście, Koko­siń­ska nie kła­mała, masz wielką urodę. Choć na mój gust ta współ­cze­sna opa­le­ni­zna nikomu nie służy, to jed­nak do two­ich zie­lo­nych oczu pasuje. Tak, nawet te kilka pie­gów niczego ci nie odbiera. Nos co prawda jak u naszej Tekli, ale u cie­bie nie razi, żadną miarą! Teraz rozu­miem, dla­czego męż­czyźni tracą dla cie­bie głowę i chcą się strze­lać. No już, już, nie rumień się tak. Prze­cie masz lustro…

– Mam, i ow­szem. Ale nie lubię, kiedy spro­wa­dza się mnie jeno do powierz­chow­no­ści, która zresztą nie jest moją zasługą.

– No, no, rze­czy­wi­ście, cha­rak­te­rek masz nie­zgor­szy! – zachi­cho­tała. – Maria Józefa Kul­wiec musi wycho­dzić ze skóry, miesz­ka­jąc z tobą pod jed­nym dachem! Dosko­nale! Mam już dość tych cichych owie­czek, które słowa nie powie­dzą, a boję się, że i nie pomy­ślą…

– Chyba jest pani zbyt surowa, pani hra­bino – zaopo­no­wała sta­now­czo Kon­stan­cja. – Nie każda z nas ma pani pozy­cję i pozwolę sobie dodać – rozej­rzała się po pokoju – pani mają­tek, by móc mówić to, na co się ma ochotę.

– A jed­nak nie­które z nas to robią, moja droga! – Woy-Mści­sław­ska ujęła jej rękę. Tata­re­wi­czówna poczuła bijące od niej cie­pło. – I chwała nam za to! Podo­basz mi się, moja droga – zawy­ro­ko­wała. – Dziś będziesz sie­dzieć obok mnie także przy stole.

Pocią­gnęła za aksa­mitny sznur zwi­sa­jący tuż obok fotela.

– Czas się cze­goś napić! I omó­wić nie­cier­piącą zwłoki sprawę, moi dro­dzy.

Kilka minut póź­niej w drzwiach pro­wa­dzą­cych do pry­wat­nego salo­niku hra­biny Marii Wacławy sta­nęły dwie słu­żące. Pozna­nej na początku Józe­fie, dzier­żą­cej w moc­nych dło­niach tacę z samo­wa­rem i por­ce­la­no­wym dzban­kiem, spod któ­rego pokrywki uno­sił się zacny aro­mat mokki, towa­rzy­szyła inna, rów­nie wie­kowa co nie­sione przez nią por­ce­la­nowe fili­żanki i tale­rzyki.

Naj­wy­raź­niej – prze­bie­gło przez głowę Kon­stan­cji – musi to być owa Micha­lina, która oparła się histe­rii.

Hra­bina bez trudu pod­nio­sła się z fotela i ruszyła w stronę okrą­głego stołu.

– Pań­stwo wyba­czą, że nie przy­go­to­wa­li­śmy się zbyt­nio, ale gdy w domu wyda­rza się tra­ge­dia… – zamil­kła na chwilę. – Gdyby nie panika Teo­dory i nara­sta­jąca histe­ria Zosi, nie zde­cy­do­wa­li­by­śmy się jesz­cze pro­sić o pomoc, moi dro­dzy. Dla­tego kucharka nie przy­go­to­wała nic nad­zwy­czaj­nego. Ot, tak popu­larny u nas w Gali­cji pischin­ger i cia­steczka bez amba­rasu.

– Ależ pani hra­bino – zaopo­no­wał pro­fe­sor Żubrzyń­ski – to wię­cej niż mogli­by­śmy ocze­ki­wać.

– Bar­dzo jest pan uprzejmy, Hen­ryczku. – Lek­kim ski­nie­niem głowy przy­jęła jego zapew­nie­nia. – Pro­szę, niech pan siada, mój drogi.

Po chwili w drzwiach sta­nęły panie Pierz­chow­skie, a zaraz za nimi zaafe­ro­wany Dio­nizy.

– Pani Zofia zasnęła – oznaj­mił zgro­ma­dzo­nym. – Tak jak się spo­dzie­wa­łem, Aspi­ryna zadzia­łała nie­mal od razu. Sza­nowny mał­żo­nek zde­cy­do­wał się jed­nak jej towa­rzy­szyć i czu­wać nad nią, gdyby jesz­cze potrze­bo­wała pomocy. Choć nie spo­dzie­wam się tego – dodał, z zado­wo­le­niem przy­gła­dza­jąc odsta­jący loczek.

– Bar­dzo to miłe z pana strony. – Hra­bina upiła łyk mokki z rodo­wej fili­żanki. – A Marianna?

– Tu także wszystko jest pod kon­trolą. – Dok­tór z zado­wo­le­niem przy­jął kawa­łek cia­sta wymy­ślo­nego nie tak dawno temu przez wie­deń­skiego cukier­nika Oskara Pischin­gera. – Podwójna dawka Lumi­nalu cał­ko­wi­cie zała­twiła sprawę. Tyle tylko – roz­ło­żył ręce w geście bez­rad­no­ści – że poko­jówka pań do końca dnia zapewne będzie nie­dy­spo­no­wana…

– Trudno. – Teo­dora Pierz­chow­ska z wdzię­kiem odsta­wiła fili­żankę z her­batą. Naj­wy­raź­niej i jej pomo­gło zasto­so­wane przez Por­c­ko­lankę lekar­stwo, bo wyda­wała się nad­zwy­czaj opa­no­wana, a jej twarz była dziw­nie roz­luź­niona.

– Jeśli mogę więc spy­tać, sza­nowne panie… – zaczął etno­graf, lecz nie dane mu było dokoń­czyć.

– Rozu­miem – głos hra­biny Woy-Mści­sław­skiej był dźwięczny i żadną miarą nie zdra­dzał ani wieku, ani stanu Marii Wacławy – że nie muszę pro­sić pań­stwa o dys­kre­cję… Jak pan wie, drogi Hen­ryku, mam już tylko jedną córkę, Teo­dorę, ona zaś obda­ro­wała mnie troj­giem wnu­cząt. Z Zosią nie było ni­gdy żad­nych pro­ble­mów, ale z synami…

– Ależ mamo… – wyrwało się pani Pierz­chow­skiej, umil­kła jed­nak natych­miast, zmiaż­dżona wzro­kiem rodzi­cielki.

– Naj­młod­szy wnuk mój, Mie­cio, ma złote serce, ale cią­gle cho­ruje. Oba­wiamy się naj­gor­szego…

Por­c­ko­lanko natych­miast odsta­wił fili­żankę, gotów do medycz­nej inter­wen­cji, lecz seniorka powstrzy­mała go jed­nym gestem.

– Naj­więk­szym jed­nak zmar­twie­niem jest pier­wo­rodny Teo­dory, panicz Zbi­gniew. Z cha­rak­teru wdał się w ojca…

– Ależ mamo…

– Tak, moja droga, nie ma co tu kryć! – Seniorka nie­znacz­nie pod­nio­sła głos. – Zbi­gniew jest jak Józef, niech mu zie­mia lekką! Karty! Alko­hol! I cała reszta!… – Wes­tchnęła głę­boko. – Nie pierw­szy raz się zda­rza, że nie wró­cił na noc.

– Rozu­miem, sza­nowne panie – Żubrzyń­ski chciał jakoś zała­go­dzić sytu­ację, prze­jął więc głos i dowo­dze­nie – że od wczo­raj nie mają panie pew­no­ści, gdzie prze­bywa rze­czony syn pani Teo­dory.

– Od dwóch dni go nie ma – ode­zwała się nagle panna Tekla, do któ­rej cichej obec­no­ści zdą­żyli już wszy­scy przy­wyk­nąć tak dalece, że nie­mal zapo­mnieli o jej ist­nie­niu. Teraz więc zwró­cili się w jej stronę; ona zaś oblała się szkar­ła­tem, któ­rego inten­sywne plamy bez­wstyd­nie pod­kre­ślały braki urody.

– Rze­czy­wi­ście, Zbi­gniew wyszedł w pią­tek po połu­dniu, miał się przejść do Ojcowa, ale nie wró­cił. – Zaor­dy­no­wany przez Por­c­ko­lankę Lumi­nal wciąż spra­wiał, że Teo­dora Pierz­chow­ska trzy­mała nerwy na wodzy, a jej głos pozo­sta­wał bez­barwny i matowy.

– Rozu­miem, że już wcze­śniej zda­rzały mu się takie… – zaczęła Kon­stan­cja, lecz sie­dząca tuż obok hra­bina nie pozwo­liła jej dokoń­czyć.

– Ni­gdy tak długo. Stąd takie poru­sze­nie. Wysła­li­śmy umyśl­nego, który wczo­raj rano prze­py­tał ludzi w domach wcza­so­wych i hote­lach, ale bez rezul­tatu.

– Nikt go nie widział, nawet w pią­tek. – Pani Pierz­chow­ska ze zdu­mie­niem wpa­try­wała się w fili­żankę. – Prze­padł jak kamień w wodę.

– Ależ tu trzeba wezwać poli­cję! – Tata­re­wi­czówna nie miała wąt­pli­wo­ści. – Skoro nikt go nie widział, w grę może wcho­dzić wszystko, nawet porwa­nie! Może znowu pan Ewa­ryst…

– Bój się Boga, Kon­stan­cjo! – zgro­mił ją wuj Hen­ryk.

– Ale prze­cież… – pró­bo­wała uza­sad­nić swoje sta­no­wi­sko, gdy nagle ich uwagę przy­cią­gnęły wyda­rze­nia roz­gry­wa­jące się gdzieś za oknem.

Na żwi­ro­wym pod­jeź­dzie dało się sły­szeć coraz gło­śniej­szy stu­kot kopyt i tur­kot kół. Jakiś męż­czy­zna pra­cu­jący w parku krzyk­nął, jakaś kobieta gło­śno zaszlo­chała.

– Co się tam, na Boga…? – wyrwało się prze­ję­temu Żubrzyń­skiemu.

Sie­dząca vis à vis wiel­kiego okna panna Tekla Pierz­chow­ska pobla­dła i osu­nęła się gwał­tow­nie na gruby dywan. Por­c­ko­lanko natych­miast rzu­cił się jej na ratu­nek; tym­cza­sem pani Teo­dora, zaj­mu­jąca miej­sce tuż obok syno­wicy, rap­tow­nie przy­ci­snęła dłoń do ust, zbla­dła i rów­nież omdlała. Hen­ryk z Dio­ni­zym jęli je pod­no­sić i deli­kat­nie okle­py­wać po śnież­no­bia­łych nagle policz­kach, a Kon­stan­cja z hra­biną, nie­ru­chome jak posągi na swo­ich krze­słach, wpa­try­wały się w wóz sto­jący na żwi­ro­wym ron­dzie, tuż pod oknem pry­wat­nego salo­niku Marii Wacławy.

Na drew­nia­nej pace, pokry­tej płó­cien­nymi wor­kami na mąkę, leżało ciało męż­czy­zny. Na jed­nej sto­pie, sztywno wysta­ją­cej zza szcze­bli, wciąż tkwił ele­gancki pół­but, choć w bar­dzo nieele­ganckim sta­nie, pod­czas gdy druga była bosa i nie­na­tu­ral­nie sina. Lniany letni gar­ni­tur pokry­wała zaschnięta sko­rupa krwi i kurzu; mod­nego wzoru w pasy można się było co naj­wy­żej domy­ślać. Nie­ru­choma, tru­pio blada twarz wykrzy­wiona była w paskud­nym gry­ma­sie.

Na szczę­ście ktoś mu zamknął oczy – pomy­ślała prze­jęta Tata­re­wi­czówna.

Wzięła hra­binę pod rękę.

– Tak mi przy­kro – wyszep­tała. – Rozu­miem, że to panicz?

Sta­ruszka spoj­rzała na nią i z siłą, o jaką nikt by jej nie podej­rze­wał, wyrwała się Kon­stan­cji, rusza­jąc w stronę drzwi. Dziew­czyna bez słowa poszła jej śla­dem.

– Dio­nizy, pójdź za nimi – wyszep­tał pro­fe­sor, który wła­śnie uło­żył pannę Teklę na sofie, pod­czas gdy jej wciąż na wpół świa­doma ciotka zaj­mo­wała drugą. – Tam się pew­nie zaraz bar­dziej przy­dasz.

Nim medyk zerwał się na nogi i się­gnął po torbę, doszedł ich prze­raź­liwy krzyk. To bez wąt­pie­nia, choć z naru­sze­niem wszel­kich zasad, hra­bina Maria Wacława Woy-Mści­sław­ska krzy­czała imię swego wnuka.

Zzia­jany Dio­nizy Por­c­ko­lanko zna­lazł się tuż przy niej i pod­trzy­mu­ją­cej ją Kon­stan­cji, w chwili gdy sto­jący obok wozu niski i krępy chłop, w wie­lo­krot­nie łata­nych spodniach, lecz odświęt­nej koszuli, zaczął nie­skład­nie opo­wia­dać, co zaszło. Jedną ręką trzy­mał konia za uzdę, w dru­giej mię­to­sił czapkę. Spo­tka­nie z panią na Cia­no­wi­cach wiel­kie musiało wywo­łać w nim poru­sze­nie, bo ner­wowo prze­bie­rał nogami i co i raz opusz­czał głowę, jakby pod­świa­do­mie pod­kre­ślał swoje pod­dań­stwo wobec błę­kit­nej krwi i hra­biow­skiego tytułu, choćby już od jede­na­stu lat znie­sio­nego.

– Za pozwo­le­niem, jaśnie pani – tłu­ma­czył, nie­po­mny na jej lament – roz­py­ty­wali się tu ze dwora oneg­daj o pani­cza, to jakem go zna­lazł, hen w Smar­dzo­wi­cach, na polu, to tak od razu żem se pomy­śłał, co by go do pałacu przy­wieźć. Com buta się naszu­kał, to moje, ale musiał się w dia­bły stra­cić, bo go nikaj… – urwał spe­szony. – Ale by­naj­mniej nie o nagrodę mnie się roz­cho­dzi, pro­szę jaśnie pani hra­biny.

Medyk omi­nął go bez słowa i pod­szedł do wozu. Chwy­cił ciało mło­dego męż­czy­zny za zwi­sa­jącą bez­wład­nie rękę. Zamarł. Zaafe­ro­wany, potarł skroń i jesz­cze raz spraw­dził puls.

Bez­rad­nie spoj­rzał na sto­jącą tuż przy wozie hra­binę i pod­trzy­mu­jącą ją Kon­stan­cję.

– Nie­moż­liwe…

Pochy­lił się nad zasty­głym cia­łem i przy­ło­żył ucho do piersi.

Oparł się o dra­binki i znie­ru­cho­miał.

Wresz­cie odwró­cił się w stronę roz­pa­cza­ją­cej babki z dziw­nym wyra­zem twa­rzy.

– Pani hra­bino, pani wyba­czy moją bez­po­śred­niość, ale w medy­cy­nie nie mamy na to lep­szego okre­śle­nia. Pani wnuk jest po pro­stu pijany jak bela.

Jakby na potwier­dze­nie tych słów, sto­ją­cych prze­cież w sprzecz­no­ści z logiką wyda­rzeń, z ciała pani­cza nie­spo­dzie­wa­nie wydo­był się dźwięk abso­lut­nie nie­godny gen­tle­mana.

A potem, wie­dziony jakimś nie­zwy­kłym instynk­tem, Dio­nizy Por­c­ko­lanko zdą­żył zamor­ty­zo­wać upa­dek, gdy wie­kowe ciało Marii Wacławy, niczym pierw­szy pła­tek śniegu, bez­gło­śnie opa­dło na żwi­rową nawierzch­nię pała­co­wego pod­jazdu.

Rozdział drugi, w którym coś się kończy, a coś zaczyna

Ewa­ryst Grze­bi­noga, wybitny śled­czy Czwar­tego Wydziału Śled­czo-Pości­go­wego Siód­mego Okręgu Kra­kow­skiego Poli­cji Pań­stwo­wej pochy­lił się nad cia­łem.

Wyjął kolej­nego Nila z papie­ro­śnicy i zacią­gnął się głę­boko.

Zmarła musiała być kie­dyś pięk­no­ścią – pomy­ślał ze znu­że­niem. Wie­dziony jakimś nie­zro­zu­mia­łym odru­chem popra­wił ciemny kosmyk, który prze­sła­niał nie­wi­dzące już oczy.

Tak, teraz jest lepiej. Kim­kol­wiek była, z pew­no­ścią ceniła sobie schlud­ność.

Rozej­rzał się wkoło.

Wysoka sień kamie­nicy przy ulicy Krup­ni­czej 24 była czy­sta. Nie licząc kałuży zakrze­płej krwi, którą stra­ciła leżąca pod ścianą nie­zna­joma.

– Tuż obok, pod dwu­dzie­stym szó­stym, trwa remont. – Młody poste­run­kowy Józef Gaw­ry­luk dum­nie wypiął pierś. Dosko­nale zda­wał sobie sprawę, że jeśli tylko sumienną pracą zdo­bę­dzie uzna­nie Grze­bi­nogi, jego kariera przy­spie­szy niczym auto­mo­bil. – Nie­jaki Mehof­fer Józef, malarz, lat sześć­dzie­siąt osiem, zaku­pił nie­ru­cho­mość z ogro­dem i prze­pro­wa­dza grun­towne prace. Stąd kręcą się tu różni robot­nicy. Jeden z nich mógł…

Grze­bi­noga pokrę­cił głową.

– Nie w nie­dzielę. A ciało leży tu mniej niż godzinę. – Spoj­rzał na zega­rek. Naj­now­szy model od Atlan­tica, według zapew­nień szwaj­car­skiego pro­du­centa wodo­od­porny, jak dotąd spra­wo­wał się bez zarzutu. – Mamy osiem­na­stą szes­na­ście. Stróż zna­lazł ciało za pięć szó­sta. Czyli…

– Czyli, panie komi­sa­rzu – Józef Gaw­ry­luk nie zmar­no­wał oka­zji, by kolejny raz zawal­czyć o świe­tlaną przy­szłość – ciało leżało tu nie dłu­żej niż dwa­dzie­ścia minut. Zgod­nie z zezna­niami stróża, to jest Mędla Mariana, lat czter­dzie­ści dwa, na piątą trzy­dzie­ści pod­je­chał auto­mo­bil po panie Wąsow­skie. Poma­gał im z waliz­kami, podobno jadą do wód.

Takim to dobrze. – Grze­bi­noga w mil­cze­niu zacią­gnął się papie­ro­sem. Na myśl o śledz­twie, które inco­gnito pro­wa­dził jesz­cze wczo­raj w pen­sjo­na­cie na zamku w Pie­sko­wej Skale, gdzie dla kamu­flażu i on grał w ten­nisa, podzi­wiał rajd gór­ski w Ojco­wie, ba!, był nawet na jed­nym faj­fie, poczuł falę smutku.

O co ci cho­dzi, Grze­bi­noga? Prze­cież roz­wią­za­łeś tę sprawę! Sam puł­kow­nik Jagrym-Male­szew­ski dzwo­nił z War­szawy z pochwa­łami, pie­przony Puciełko aż się skrę­cał, trząsł tą swoją tłu­stą dupą, choć nie wiem, czy z zazdro­ści, czy z rado­ści… A ty? Czemu się nie cie­szysz?

Rzu­cił nie­do­pa­łek na sta­ran­nie zamie­cioną pod­łogę i z rezy­gna­cją spoj­rzał na prę­żą­cego się poste­run­ko­wego.

– Na razie nic tu po mnie. Pocze­kasz teraz na foto­grafa, a dopiero potem pozwo­lisz zabrać stąd ciało. Dopil­nuj, żeby dowieźli je pro­sto do samego Olgierda Sie­maszki. Niby przy­czyna śmierci jest oczy­wi­sta – wska­zał na nóż z wytartą drew­nianą ręko­je­ścią, ster­czący z piersi denatki – ale kto wie, może mistrz znaj­dzie coś jesz­cze.

Wycią­gnął z kie­szeni papie­ro­śnicę. Gaw­ry­luk pospie­szył z zapał­kami.

– Dzię­kuję – mruk­nął Ewa­ryst, zacią­ga­jąc się dymem. – Gdy tylko ziden­ty­fi­ku­je­cie zwłoki, dzwoń­cie do mnie. Mój adres zna­cie.

– Się wie, panie komi­sa­rzu! – Gaw­ry­luk aż pro­mie­niał.

– No! – Śled­czy wydmu­chał dym. – Teraz znaj­dzie­cie mnie u Woł­kow­skiego, w Espla­na­dzie, przy Pod­walu. Wpadnę tam na chwilę, mają świetną kawę.

– Tak jest, panie komi­sa­rzu! – Zasa­lu­to­wał poste­run­kowy. – Się robi, panie komi­sa­rzu!

I rzu­cił się do bramy, w któ­rej poja­wili się wła­śnie jacyś mło­dzi ludzie, miesz­ka­jący, jak usły­szał na odchodne Grze­bi­noga, pod czwórką.

* * *

– Pań­stwo wyba­czą, moi dro­dzy, ale twarz Zbi­gniewa… – Maria Wacława, wciąż wzbu­rzona, choć Por­c­ko­lanko, nie zwa­ża­jąc na pro­te­sty, zaapli­ko­wał jej nie­wielką dawkę Lumi­nalu, tłu­ma­czyła się gościom.

– To ta mąka. – Etno­graf nie miał wąt­pli­wo­ści. – Naj­pew­niej z wor­ków, na któ­rych go poło­żono. Musiały nadać twa­rzy pani wnuka tę upiorną, śnieżną tona­cję. Swoją drogą – oży­wił się Żubrzyń­ski – czy sły­szeli pań­stwo o japoń­skim maki­jażu shi­ro­nuri? Pocho­dzi naj­praw­do­po­dob­niej z epoki Heian i wią­zał się z kul­turą gej… – urwał nagle, spe­szony.

Na szczę­ście żadna ze znaj­du­ją­cych się w salo­niku osób nie wyda­wała się tego dostrze­gać. Nikt też nie popro­sił go o ciąg dal­szy wykładu.

– Zapew­niam panią, że wszy­scy uzna­li­śmy pani­cza za zmar­łego – ode­zwała się Kon­stan­cja. – Ja oso­bi­ście nie krzy­cza­łam tylko dla­tego, że ze stra­chu ode­brało mi mowę.

Woy-Mści­sław­ska z wdzięcz­no­ścią pokle­pała ją po ręce.

– Dzię­kuję, moja droga. Rze­czy­wi­ście, nie widzę w waszych twa­rzach nagany. I choć w tym wieku opi­nia innych nie ma już dla mnie więk­szego zna­cze­nia, to prze­cież w waszych, moi dro­dzy, oczach nie chcia­ła­bym ucho­dzić za roz­hi­ste­ry­zo­waną.

Gdy tylko umil­kły zapew­nie­nia, że skądże znowu, pani hra­bino, i że w żad­nym wypadku i że do głowy im by to nie przy­szło, seniorka pocią­gnęła za aksa­mitny sznur.

– W takim razie wyświad­czą mi pań­stwo tę uprzej­mość i pozwolą ugo­ścić się dzi­siaj na kola­cji. Będzie co prawda skromna, spo­dzie­wa­li­śmy się prze­cie naj­gor­szego, ale nie może­cie mi, moi dro­dzy, odmó­wić tego zaszczytu.

* * *

Zapa­dła cisza. Orkie­stra jaz­zowa, którą ostat­nimi czasy zatrud­nił Woł­kow­ski, skoń­czyła wła­śnie grać Yo-yo, naj­now­szy prze­bój z rewii war­szaw­skiego Teatru Mor­skie Oko.

Jest w tej pio­sence coś, co roz­dziera serce i dusi za gar­dło.

Tań­czące jesz­cze przed momen­tem pary wra­cały na swoje miej­sca. Jed­nak nawet teraz, gdy zamiast foks­trota sły­chać było jedy­nie gwar przy­ci­szo­nych roz­mów i brzęk szkła, sie­dzący przy ulu­bio­nym sto­liku w naj­głęb­szym kącie sali, za to z dosko­na­łym wido­kiem na drzwi, Grze­bi­noga nie potra­fił zebrać myśli.

A może to wcale nie miało związku z muzyką? Może – pomy­ślał – chodziło o leżące kil­ka­set metrów dalej zwłoki kobiety w gra­na­to­wej spód­nicy z naj­tań­szej bawełny, która ostat­nimi czasy zale­wała Rzecz­po­spo­litą? Może to kwe­stia tej wiel­kiej czer­wo­nej plamy na skrom­nej bia­łej bluzce? Spra­co­wa­nych dłoni i pół­bu­tów o wytar­tych noskach? A może po pro­stu kolejne ode­brane przed­wcze­śnie życie nie dawało mu teraz spo­koju?

Nie zdą­żył dopić dru­giej kawy, gdy z morza papie­ro­so­wego dymu wyło­nił się poste­run­kowy.

– Panie komi­sa­rzu! – Zasa­lu­to­wał. – Udało się ziden­ty­fi­ko­wać zwłoki!

– Tak szybko? – zdzi­wił się Grze­bi­noga. – Zna­czy się, tutej­sza.

– W pew­nym sen­sie. – Gaw­ry­luk wciąż prę­żył się przed sto­li­kiem. – Foto­graf dora­dził, żeby temu Mędlowi, co to zwłoki zna­lazł i strasz­nie go od tego roz­te­le­pało, dać tro­chę wódki. Wal­nął dwie setki i zaraz doszedł do sie­bie na tyle, że był w sta­nie się ode­zwać. Powie­dział, że według niego zmarła miesz­kała obok, przy Krup­ni­czej dwa­dzie­ścia dwa. To czyn­szówka, ale bar­dzo zadbana. No to pole­cia­łem tam i popro­si­łem ich­niej­szego dozorcę o roz­po­zna­nie. Z cie­ka­wo­ści musiało go skrę­cać, bo ani razu nie zapro­te­sto­wał. Aż się rwał, panie komi­sa­rzu, żeby zoba­czyć ciało. Nawet mi się to podej­rzane wydało, ale cóż, ludzie są różni…. – pozwo­lił sobie na filo­zo­ficzną reflek­sję, lecz przy­na­glony wzro­kiem śled­czego wró­cił do skła­da­nia raportu. – Od razu ją roz­po­znał. Potwier­dził, że to tam­tej­sza loka­torka, nie­jaka Lechow­ska Anto­nina, lat trzy­dzie­ści sześć. Zamężna, dwoje dzieci. Miesz­kała pod ósemką.

Grze­bi­noga dopił dusz­kiem kawę, zacią­gnął się głę­boko i zga­sił uko­cha­nego Nila w popiel­niczce.

– Świetna robota, Gaw­ry­luk. A ciało?

– Zabrali przed chwilą na Grze­gó­rzecką, do samego Sie­maszki, jak pan komi­sarz…

– No to w takim razie – Ewa­ryst nie dał mu dokoń­czyć – musimy pójść roz­py­tać o naszą zmarłą.

Na Krup­ni­czej roiło się od ludzi. Nawet sto­jąc przy skrzy­żo­wa­niu z Kar­me­licką, widzieli tłum gapiów zgro­ma­dzo­nych przed żela­zną bramą po lewej.

– Coś mi mówi, że zaraz schwy­tamy zabójcę. – Grze­bi­noga mecha­nicz­nie popra­wił służ­bowy mun­dur.

– Pan komi­sarz ma na myśli, że wśród tych tam… – Prze­jęty Gaw­ry­luk wska­zał w stronę kamie­nicy, gdzie przed nie­spełna dwiema godzi­nami zna­le­ziono ciało. – Ow­szem, sły­sza­łem tę teo­rię. – Uśmiech­nął się i dum­nie wypiął pierś, choć aku­rat tego idący rów­nym kro­kiem śled­czy jedy­nie się domy­ślił. – Że zabójca zawsze wraca na miej­sce zbrodni.

Grze­bi­noga zaśmiał się pod nosem.

– Może i tak, Gaw­ry­luk, może i tak. Ja jed­nak mam taką swoją pry­watną teo­ryjkę: takie mor­der­stwa jak to, pełne namięt­no­ści, bo prze­cież jest w tym spo­so­bie zada­nia śmierci coś… – zawa­hał się – oso­bi­stego, co wiąże się choćby z bli­skim kon­tak­tem cie­le­snym z ofiarą…

– …rze­czy­wi­ście – wyrwało się zdu­mio­nemu poste­run­ko­wemu.

Tak, nie bez przy­czyny Grze­bi­noga cie­szył się taką estymą nie tylko w Kra­ko­wie, ale i w całej Mało­pol­sce.

– Więc w mojej opi­nii – Ewa­ryst jed­nak się­gnął po papie­rosa – sprawcy czę­sto należy szu­kać wśród naj­bliż­szych ofiary. Zresztą zaraz się prze­ko­namy. – Wska­zał na bramę trzy­pię­tro­wej kamie­nicy z dwoma wyku­szami, wień­czą­cymi krańce dru­giej kon­dy­gna­cji. – Pod ósemką?

Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, wbiegł po scho­dach.

Na dru­gim pół­pię­trze musiał się zatrzy­mać. Z tru­dem łapał oddech. Przez wąskie okno klatki scho­do­wej wyj­rzał na podwórko. Ogromne drzewo wycią­gało w górę gałę­zie niczym czło­wiek modlący się do pier­wot­nego bóstwa.

To miej­sce ma nie­zwy­kłą aurę. Może tutaj powinni miesz­kać arty­ści? Poeci, pisa­rze… Two­rzyć pod jed­nym dachem…

Roze­śmiał się cicho, zasko­czony wła­snym tokiem myśle­nia.

Ewa­ryst, ty głup­cze, co ci przy­cho­dzi do głowy?!

* * *

Tym razem zebrali się w więk­szym gro­nie. Panicz Zbi­gniew, cudem odna­le­ziony i przy­wró­cony do życia dzięki moc­nej kawie, potrój­nej dawce Aspi­ryny i zim­nej kąpieli, co prawda pozo­stał w swoim apar­ta­men­cie, gdzie miał nabrać sił, wró­cić do zdro­wia oraz zasta­no­wić się nad sobą, jed­nak jego sio­stra Zofia wraz z mał­żon­kiem dołą­czyli do gości.

– Mówi­łem, sza­nowna pani – Por­c­ko­lanko nie mógł się powstrzy­mać – że ten pro­dukt od Bay­era to istne cudo! Dwie tabletki i od razu wygląda pani dosko­nale. Że pozwolę sobie na zawo­dową opi­nię… – dodał pod wpły­wem spoj­rze­nia Sła­wo­sza Miło­bęc­kiego i ner­wowo przy­gła­dził odsta­jący loczek.

– Jestem panu bar­dzo wdzięczny! – Wysoki sza­tyn w sza­rej dwu­rzę­do­wej mary­narce, rap­tem kilka lat od niego star­szy, uści­snął mu mocno dłoń. Zbyt mocno. – Zosia jest taka deli­katna. Bar­dzo źle znosi wszel­kie wstrząsy…

– Już, już – uspo­ko­iła go, tym samym odga­nia­jąc myśli zebra­nych od nie­szczę­snego powodu ich spo­tka­nia.

Jeśli pani Teo­dora Pierz­chow­ska przy­po­mina Lodę Halamę, to jej córka jest jak Ina Benita – pomy­ślała Kon­stan­cja.

Dwu­dzie­sto­dwu­let­nia Zofia Miło­bęcka rze­czy­wi­ście miała fizjo­gno­mię gwiazdy fil­mo­wej: owalną twarz, wiel­kie nie­bie­skie oczy, pro­sty nos i zmy­słowo wykro­jone usta. Jed­no­cze­śnie dołeczki w policz­kach nada­wały jej posą­go­wej uro­dzie nieco figlarny wygląd. Ciemne włosy, obcięte zgod­nie z tren­dami do linii barku, spięła do góry dwiema spin­kami.

Na ich tle panna Pierz­chow­ska, która – ku zasko­cze­niu Tata­re­wi­czówny – nie prze­brała się do kola­cji i na­dal nosiła pro­stą, ciemną sukienkę, wyglą­dała szaro i mdło.

Tekla ma nie­zwy­kłą umie­jęt­ność roz­pły­wa­nia się w powie­trzu. Jest jak mebel, na któ­rego nie zwraca się zbyt­niej uwagi. Ba, któ­rego w ogóle się nie zauważa! A może to nie dar, tylko prze­kleń­stwo?

Śmie­chy dobie­ga­jące z ofi­cjal­nego salonu wyrwały Kon­stan­cję z zamy­śle­nia.

– Dosko­nała dyk­te­ryjka, panie Dio­nizy. Doprawdy! – Usły­szała roz­ba­wiony głos Marii Wacławy. – A teraz, moi dro­dzy, zapra­szam do jadalni. A ty, moja droga – zwró­ciła się do niej zado­wo­lona hra­bina – usią­dziesz dzi­siaj koło mnie.

Pani Teo­dora wska­zała drzwi po lewej, pro­wa­dzące bez­po­śred­nio z głów­nego salonu do rów­nie prze­stron­nej jadalni. Choć do pokoju wejść można było także od strony repre­zen­ta­cyj­nego hallu, na prze­ciw­le­głej ścia­nie znaj­do­wały się kolejne drzwi.

– Teo­dor Talow­ski – wyja­śniła – archi­tekt naszego domo­stwa i przy­le­ga­ją­cego do niego parku zapro­po­no­wał nam nie­zwy­kłe roz­wią­za­nie. Pro­szę sobie wyobra­zić, że tu, za tymi drzwiami – wska­zała na lewo – znaj­duje się… kuch­nia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki