Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Fundacja Krajowy Depozyt Biblioteczny
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 388
Rok wydania: 2007
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Podróż Bezślubna
Podróż poślubna bywa czasem ważniejsza
od samego ślubu
1-Vos2ynski i S-ica
Podróż Bezślubna
Julia Llewellyn Podróż Bezślubna
Tl
Julia Llewellyn Podróż Bezślubna
516 0 084945 00
Przełożyła Maria Jędrzejczyk
P ./
'* J i
1--Voszy^sl<i i S-Ua
Tytuł oryginału AMY'S HONEYMOON
Copyright © Julia Llewellyn, 2007 First Published in Penguin Books 2007 Ali rights reserved
Projekt okładki Marta Weronika Żurawska-Zaręba
Zdjęcie na okładce © RG Images/Stock4B/Corbis/FotoChannels
Redaktor prowadzący Grażyna Smosna
Redakcja Lucyna Łuczyńska
Korekta Justyna Żebrowska
Łamanie Ewa Wójcik
ISBN 978-83-7839-286-6
Warszawa 2012
Wydawca Prószyński Media Sp. z o.o. 02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28 www.proszynski.pl
Druk i oprawa Drukarnia Skleniarz 31-033 Kraków, ul. Lea 118
Jamesowi
Była ósma rano. Kobieta o zmęczonej twarzy, pracujaca na stanowisku odpraw British Airways, zerknęła na Amy - na szczęście przelotnie, bo inaczej wzięłaby ją za kompletną idiotkę, widząc, że nosi okulary przeciwsłoneczne w zamkniętym pomieszczeniu.
- Dokąd pani leci? - Zeskanowała paszport Amy i ziewnęła.
- Do Rzymu.
- Rzym - westchnęła. - Była pani już tam kiedyś?
- Nie, nigdy. - Amy zdjęła ciemne okulary.
- Będzie pani zachwycona. - Spojrzała w dal, uśmiechając się do odległego wspomnienia. Potem znów zerknęła na monitor. - O, jest notatka, że to pani podróż poślubna! Nie wyobrażam sobie bardziej romantycznego miejsca na podróż poślubną.
- Naprawdę? - Amy starała się, by jej głos nie drżał.
- Naprawdę. Przed ślubem, gdy pracowałam w lotach krótkodystansowych, robiliśmy z mężem wypady weekendowe do Rzymu. Zanim pojawiły się dzieci... - Uśmiechnęła się znowu, jakby z cieniem żalu. - Cieszcie się sobą, póki możecie, tyle pani powiem. Niech się pani nie śpieszy z powiększaniem rodziny, pani... - Spojrzała na monitor.
- O, przepraszam, doktor Fraser. - Otrząsnęła się z zadumy i kontynuowała oficjalnym tonem: - A więc. Tak. Dobrze. Gdzie jest szczęśliwy pan Fraser?
Amy próbowała się do niego dodzwonić całą drogę na lotnisko.
- Już jedzie. Coś... mu wypadło. Ma mnie dogonić.
- Ojej. - Kobieta spojrzała na nią współczująco. - Bi-dulka. Kiedy wzięliście ślub?
- Wczoraj. Był jakiś problem z płatnością za catering. Musiał to wyjaśnić. Dlatego dojedzie później. - Telefon Amy zabrzęczał w torbie. Serce aż podskoczyło jej w piersi, by po chwili runąć w dół niczym nurek z klifu w Acapulco, gdy zobaczyła w telefonie imię Gaby.
Jak się masz? przeczytała. I natychmiast skasowała wiadomość.
- To właśnie on - powiedziała kobiecie, a ta przypatrywała się jej z coraz większym zaciekawieniem. - Będzie tutaj za pół godziny.
- Ledwie zdąży na czas - stwierdziła ostro kobieta, jednak widząc napiętą twarz Amy, zmiękła niczym masło na słońcu. - Niech się pani nie martwi. Zdąży. - Wstukała parę słów do komputera, podniosła wzrok i mrugnęła porozumiewawczo. - Założę się, że będzie zadowolony, gdy się dowie, że leci klasą biznesową. - Drukarka zabrzęczała i wydrukowała kartę pokładową Amy. Kobieta w okienku uśmiechnęła się szeroko i napisała coś na karcie. - To przepustka do poczekalni dla VIP-ów. Będzie pani mogła zaczekać na niego w komfortowych warunkach, napić się szampana. Chociaż chyba ma pani dość po wczorajszym, sądząc z worków pod oczami.
Gdyby jeszcze tydzień temu ktoś powiedział Amy, że znajdzie się w takiej sytuacji, piałaby z zachwytu. Gaby dawno temu poinstruowała ją dokładnie, co robić, żeby sprawiać lepsze wrażenie, i przez lata Amy zachowywała się zgodnie z jej instrukcjami: ubierała się elegancko, sugerowała obsłudze, że jest VIP-em, nie zamawiała wegetariańskiego jedzenia halal. Nigdy nie odniosła jednak zamierzonego skutku. Aż do dzisiaj. A teraz mogliby ją nawet zapakować do skrzyni razem z gorylem, tyle ją to obchodziło.
- Dziękuję - zdołała wydusić.
- Cała przyjemność po mojej stronie. Ach... Życzę doskonałej zabawy. I proszę się nie martwić. Nawet jeśli mąż nie zdąży na ten lot, zawsze możemy wsadzić go do następnego samolotu. Niech się pani cieszy Rzymem. I proszę nie zapomnieć wrzucić monety do fontanny di Trevi. Wtedy na pewno tam pani wróci.
Zapytała jeszcze o zawartość bagażu i czy Amy pakowała się sama. Po raz pierwszy Amy nie czuła wewnętrznego przymusu, by powiedzieć: „Nie, pakował mnie mój kuzyn z Afganistanu i tak, poprosił, bym przewiozła mu kilka paczek, a teraz, gdy pani o tym wspomniała, owszem, słyszałam dziwne tykanie". Kobieta odesłała ją więc od okienka z kartą pokładową, kilkakrotnie jeszcze życząc spędzenia miło czasu.
Dokoła niej kłębili się ludzie, rodziny kłóciły się skupione wokół swoich przeładowanych walizek.
Jakiś biznesmen i kobieta przepychali się wśród nich nienaturalnie szybko, niczym roboty, których mechanizmy zacięły się na niewłaściwych ustawieniach. Amy spojrzała na zegarek. Półtorej godziny do odlotu. Jeszcze tydzień temu skakałaby z radości na myśl o tych wszystkich sklepach wolnocłowych, o szampanie i wygodnych kanapach czekających na nią w poczekalni dla VIP-ów. W tej chwili marzyła tylko o znalezieniu pustej toalety i schowaniu się w niej.
- Napijesz się szampana - powiedziała do siebie. - Bądź co bądź to twoja podróż poślubna.
Poszła do damskiej toalety, znalazła wolną kabinę, usiadła i się rozpłakała.
- Nie dam rady lecieć, nie dam rady - wyjęczała.
Ktoś zapukał do drzwi.
- Wszystko w porządku? - W głosie więcej było oburzenia niż zatroskania.
- W porządku, dziękuję - krzyknęła Amy piskliwie. - Coś... wpadło mi do oka.
Nie musiała lecieć. Mogła wrócić na Heathrow Ex-press, wsiąść do pociągu i za półtorej godziny być u siebie. Mogła się tam zaszyć, zamawiać jedzenie z dostawą do domu, zapuścić włosy po kostki i spędzić resztę życia jak odludek w rodzaju Howarda Hughesa. Tyle że tak naprawdę nie mogła tego zrobić - za dwa tygodnie musi wrócić do pracy albo ją straci, nie będzie w stanie spłacić hipoteki i wyląduje na bruku. A poza tym Doug wciąż tam mieszkał...
Rozległ się dzwonek telefonu. Pociągając nosem, wygrzebała komórkę z torby. To pewnie on, to musiał być on. Ale - o nie - rodzice. Powinna odebrać, przechodzili trudny czas i bez jej zniknięcia.
- Cześć.
- Amy? - odezwały się dwa głosy naraz. - Jak się masz, kochanie? Gdzie jesteś? Razem z Dougiem? Co się dzieje, kochanie?
- Jestem na lotnisku.
- Na lotnisku? - Mamę zatkało, a tata krzyknął: - Co tam, u diabła, robisz?
- Jadę w podróż poślubną.
- W podróż poślubną? - powtórzył ze zdumieniem tata. - Amy, przecież ty nie wzięłaś ślubu!
-No...
- Pogodziłaś się z Dougiem? - W pytaniu mamy było tyle nadziei, że Amy nie mogła tego znieść.
- Yhm...
Ton głosu mamy zmienił się z zaniepokojonego w podejrzliwy.
- Chyba nie pobraliście się w tajemnicy, co?
- Och, Amy, wiesz, jak bardzo chciałem poprowadzić cię do ołtarza - wtrącił się tata.
- Nie, nie martwcie się, nie było żadnego ślubu. Po prostu muszę na jakiś czas wyjechać.
- Ale Amy, kochanie - mówiła zupełnie zdezorientowana mama. - Nie rozumiem. Powiedz nam, co się stało?
Nie mogła znieść tej rozmowy. Rodzice zawsze chcieli dla niej jak najlepiej, a ona nienawidziła ich zawodzić.
- Nie teraz, mamo, wzywają już na mój lot. Odezwę się. F&.
Posiedziała jeszcze chwilę na sedesie, przysłuchując
się rozmowom innych pasażerów:
„Muszę kupić jakiś dezodorant".
„Pośpiesz się, musimy kupić trochę euro przed wejściem na pokład".
„Cześć, przepraszam, tracę zasięg... Tak, tak, jestem w drodze do Zurychu. Nie, jutro wracam. Tak, wiem, spotkanie. Nudne jak cholera, ale trzeba to jakoś przeżyć".
Trzeba to jakoś przeżyć, pomyślała.
Westchnęła głęboko i wstała, chociaż nogi miała jak po wypiciu butelki San Pellegrino. Otworzyła drzwi. Nie korzystała z toalety, ale podeszła do umywalki i umyła ręce, jak przystało na sumiennego lekarza.
Z lustra, spod perfekcyjnie wyregulowanych brwi i rzęs wytuszowanych granatową maskarą, spoglądały na nią zapadnięte oczy ze śladami łez. Była tak zorganizowana, że zabiegi kosmetyczne wykonała tydzień wcześniej, na wypadek alergii, tak jak radzono w magazynie „Panna młoda".
- Trzeba to jakoś przeżyć - powiedziała głośno, aż stojąca obok niej kobieta odziana od stóp do głów w hidżab podskoczyła.
Amy wyszła z toalety, przecisnęła się przez tłum litewskich emerytów wracających do domu po wymianie kulturowej i skierowała się do odprawy paszportowej.
Samolot wystartował o czasie. Amy usadowiła się na miękkim siedzeniu kabiny Club World. Wpatrując się tępo w chmury, myślami cofnęła się o dwadzieścia cztery godziny. Powinna być wtedy w urzędzie stanu cywilnego, wymieniać obrączki i przysięgi, a zamiast tego siedziała w fartuchu lekarskim na sofie swojej przyjaciółki Gaby, w jej salonie w Balham, sączyła gin z tonikiem i szlochała.
Gaby była najlepszą przyjaciółką Amy. Poznały się w akademiku Uniwersytetu Edynburskiego, gdy okazało się, że mieszkają obok siebie. Na pierwszy rzut oka wiele je różniło. Amy pochodziła z małego miasteczka w Devon i była chowana pod kloszem. Gaby chodziła do szkoły z internatem dla panienek z dobrych domów, w której życie polegało głównie na piciu jabłecznika na skraju boiska i podrywaniu tylu chłopców ze szkoły po drugiej stronie ulicy, ilu się dało. Amy chciała uciec od swoich korzeni, więc skutecznie zachęcana przez sąsiadkę wkrótce popijała piwo w barze, tańczyła na stołach przy najnowszym disco i odkrywała radość z palenia marihuany i z seksu, zarówno grupowego, jak i w parze.
- Ja nie mogę! - powiedziała Gaby rankiem, po wyjątkowo dzikiej imprezie. - Nie wróciłaś wczoraj na noc, nie? Cicha woda brzegi rwie!
Amy poczerwieniała.
- Ja się tylko dobrze bawię. Przecież to właśnie robi się na studiach, nie?
- No jasne. Ja cię nie potępiam. Jestem pod wrażeniem.
Po ukończeniu studiów Amy przeniosła się do Londynu, żeby ukończyć specjalizację lekarską, a Gaby została w Edynburgu, gdzie dostała pracę jako specjalistka do spraw PR-u w biurze podróży. Przez prawie dekadę wysyłała dziennikarzy na testowanie nowych pięciogwiazdkowych ośrodków SPA. Miała trzydzieści jeden lat, gdy dołączyła do Amy w Londynie. Założyła tu własne biuro podróży organizujące wakacje dla tych, których nazywała „bogatymi w gotówkę, ubogimi w czas". Jednym z tych okazów był prawnik około czterdziestki zwany PJ-em, który niedawno się rozwiódł, nieprzyzwoicie bogaty i - wbrew stereotypowi - bardzo sympatyczny. W miesiącu, w którym Gaby obchodziła trzydzieste trzecie urodziny, przyszedł na świat ich syn, Archie. Miesiąc wcześniej Gaby i PJ pobrali się na trawniku w Wiltshire, w obecności dwustu najbliższych przyjaciół.
Zakończenie jak z bajki, ale niezupełnie. Eksżona PJ-a Annabel ciągle miała do niego żal, podobnie jak ich dwie nastoletnie córki. Gaby była szczęśliwa, chociaż nieco zszokowana, gdy cztery miesiące temu zorientowała się, że znów jest w ciąży.
Kiedyś Amy onieśmielało zorganizowanie Gaby. Należała do osób, które dwa razy do roku rozmrażają zamrażarkę, raz w miesiącu przewracają materac na drugą stronę, na pudełkach z butami przyklejają zdjęcie zawartości, kupują i naprawdę używają ustrojstw do czyszczenia zmywarki. Dawniej Amy męczyła obsesja Gaby na punkcie listy magazynu „Harper's Bazar" Hity i Kity i jej pozycji na liście oczekujących na torbę Balenciagi.
Pod warstwą pozorów Gabi skrywała jednak serce bardziej szczerozłote niż u labradora. Tyle razy Amy nie poradziłaby sobie bez niej - zwłaszcza poprzedniego dnia, gdy
0 siódmej rano zjawiła się przed pachnącym farbą domem przyjaciółki, w którym trwał remont. W holu stał owinięty folią podwójny wózek dziecięcy. Gaby od razu wzięła się do roboty: skontaktowała się z każdym z listy gości, informując, że wszystko jest odwołane, a potem zadzwoniła też do urzędu stanu cywilnego i wściekłej obsługi sali balowej.
Następnie przyrządziła Amy ogromny gin z tonikiem
1 zajęła się odbieraniem jej telefonu, który dzwonił mniej więcej co dwadzieścia sekund.
- Halo?... Nie, jej przyjaciółka Gaby... Cześć, John. Pamiętam cię. Co słychać? Ojej, przykro mi. Nie, Amy nie ma. Obawiam się... tak, to było zaskoczenie... Wiem, że loty są kosztowne... Naprawdę aż tyle?... Nie wiem, gdzie ona jest... Zadzwoni do ciebie... Tak... Cześć.
- Twój stary kumpel, John - oznajmiła. - Wkurzony jak cholera. Przyleciał z Francji i zatrzymał się w hotelu Landmark. Mówi, że wydał pięćset funtów na wesele, którego nie było.
Amy chwyciła się za głowę.
- O Boże, to straszne.
- Na litość boską, przestań się nim przejmować! Pomyśl o sobie. To ty zostałaś porzucona przed ołtarzem.
Amy się skrzywiła. Gaby nigdy nie mówiła niczego delikatnie, jeśli można to było ująć brutalniej. Ale Amy i tak nie wiedziała, jak poradziłaby sobie bez niej w sytuacjach takich jak ta.
Telefon znów się odezwał.
- Halo? Dzień dobry, pani Gubbins, tu Gaby. Nie, niestety Amy nie ma. Nie wiem, gdzie jest. Tak, zapomniała komórki. Jest teraz trochę roztargniona... Z pewnością niedługo do pani oddzwoni... Tak, to okropne. Ci wszyscy krewni... Cóż, skoro jesteście w Londynie, może powinniście i tak pójść razem na kolację. Albo na spektakl. Na Mamma Mia mogą być jeszcze bilety... Proszę o tym pomyśleć... Jeśli się odezwie, powiem, żeby do pani zadzwoniła... Nie, niestety raczej nie jest z Dougiem. Nie, nie wiem, co się stało... Oczywiście, powiem jej, że pani dzwoniła. Do widzenia.
Rozłączyła się.
- To znowu twoja mama. Naprawdę będziesz musiała do niej zadzwonić, Amy.
- Wiem. Zadzwonię. Zadzwonię. Ale Gaby, to jakiś koszmar... - Amy znów zaczęła płakać. - Moi biedni rodzice. To kosztowało ich fortunę.
- No, niezupełnie fortunę. Sama się żaliłaś, że dali ci na wesele tylko trzy patyki.
- Zachowałam się okropnie. Trzy patyki to dla nich dużo. - To było dużo. Tata Amy pracował w urzędzie miasta, a mama zajmowała się domem. - Powinniśmy jednak zdecydować się na ubezpieczenie ślubne.
Niewiele by to zmieniło. Ubezpieczenie nie obejmuje zmiany decyzji.
- Trzy patyki wyrzucone w błoto. Cholera, jak im to wynagrodzę?
- Trzy patyki to nic w porównaniu z tym, ile kosztowałby cię rozwód. Wiesz, ile cholerna Annabel i dziewczyny kosztowały PJ-a? Sto pięćdziesiąt patyków rocznie.
Dla Amy nie było to żadne pocieszenie.
- Wydałam tyle pieniędzy. I tych dwieście osób... Zmarnowałam ich czas. Jak mogłam to zrobić?...
Gaby tupnęła nogą.
- Ile razy mam ci powtarzać? Ty nic nie zrobiłaś. To była decyzja Douga. Chociaż chciałabym, żebyś mi powiedziała dlaczego. - Zmrużyła oczy. - Jesteś pewna, że to nie ma nic wspólnego z Pinny?
- Nie chcę o tym rozmawiać.
Zanim Gaby zdążyła zaprotestować, do pokoju wszedł PJ w pomarańczowej koszulce do rugby i różowych sztruksach, niosąc Archiego, świeżo po dwugodzinnej południowej drzemce, zgodnie z zaleceniami supermani. PJ wyglądał, jakby podczas przerzucania kanałów natknął się na reklamę tamponów. Nie znał się na dziewczyńskich kłopotach.
- Hej, Amy. Jak leci? - Rzucił okiem na swoją żonę, miał bowiem nadzieję, że jakoś go naprowadzi. Nie widząc odzewu, dodał: - Co zamierzasz zrobić z podróżą poślubną?
- Cholera. - Gaby złapała się dłonią za usta. - Jak mogłam zapomnieć? Przykro mi to mówić, ale... jeśli odwołasz ją teraz, nie dostaniesz zwrotu. Za późno.
- Chyba żartujesz.
- Niestety nie. Mogę zadzwonić w kilka miejsc. Zobaczę, co da się zrobić. Ale w najlepszym razie i tak będziesz
musiała zapłacić przynajmniej trzy czwarte ceny. Hotele są nieubłagane, jeśli chodzi o anulowanie rezerwacji.
- Niech to szlag.
- Słuchaj, postaram się jakoś tę sprawę załatwić - obiecała, chociaż z tonu jej głosu Amy wywnioskowała, że szanse są nikłe. - Idę dzwonić.
- W ogóle nie pomyślałam o podróży poślubnej...
Gaby przewijała listę kontaktów w telefonie.
- Okej, nie ma pewności, że są dzisiaj w pracy, ale warto spróbować. Pójdę do gabinetu.
Amy i PJ zostali sami. Uśmiechali się do siebie z zakłopotaniem.
- Piękna pogoda. - PJ wyglądał przez uchylone okno na podmiejską ulicę. - Wspaniały dzień na ślub. Szkoda.
- Widząc minę Amy, pośpiesznie dodał: - Może jeszcze ginu?
Zaciekle rozmawiali o krykiecie, a Archie popychał przez pokój wózek, który Amy, jego matka chrzestna, podarowała mu z okazji chrztu, i od czasu do czasu obejmował ją za nogi. Widok jego pulchnych nóżek, zapach jego loczków, dźwięk jego głosu, rozkoszne gaworzenie
- a także alkohol, którego PJ ciągle jej dolewał - sprawiły, że Amy poweselała. Gdy Gaby wróciła, Amy była już nieco wstawiona.
- Nie jest dobrze - oznajmiła Gaby. - Nie chcą zwrócić pieniędzy. Mówią, że gdyby to było chociaż na tydzień przed... Ale na dobę przed to za późno.
Amy jednym haustem wychyliła resztę drinka.
- A więc nie dość, że zmarnowałam czas i pieniądze tylu osób i wystawiłam się na pośmiewisko, to jeszcze
wywaliłam prawie dziesięć tysięcy funtów na wakacje, na które nie mogę jechać.
- Miałaś lecieć jutro, tak? - zapytał PJ.
-No.
- Więc możesz zrobić tylko jedno: nie rezygnuj z podróży poślubnej. Po prostu jedź sama.
Spojrzały na niego z niedowierzaniem.
- Nie wygłupiaj się - odezwała się Amy. - Nie mogę.
- Dlaczego nie?
- No... bo to podróż poślubna. Czyli po ślubie.
- Tyle że ty nie wzięłaś ślubu - podsumował PJ. - Ale nie możesz pozwolić, by zmarnowało się tyle kasy.
Amy zastanowiła się przez chwilę. Wzięła przecież wolne w pracy. Ucieczka od ciągle dzwoniącego telefonu kusiła. Poza tym gdzie miałaby spędzić następne tygodnie? Nie mogła wrócić do domu, bo z tego, co wiedziała, to nadal był również dom Douga. Chociaż uwielbiała Gaby, spędzenie nocy pod jednym dachem ze szczęśliwym małżeństwem i brzdącem w pokoju obok też byłoby trudne do zniesienia. Mogła jechać do rodziców, ale ich rozczarowanie sprawiało jeszcze większy ból niż jej własne.
- Dwa samotne tygodnie w Rzymie...
- Nie muszą być samotne - powiedziała wolno Gaby. - Mogę jechać z tobą.
- Naprawdę?
- No tak. Przecież należy mi się kilka dni wakacji. Nie mogę wylecieć jutro, bo we wtorek mam USG w dwudziestym tygodniu ciąży. Ale mogę w środę. Do tego czasu Faviola już wróci.
Faviola była mieszkającą z nimi „cudowną" nianią z Filipin.
- To znaczy... Byłabym z tobą tylko kilka dni. Nie sądzę, żebym przetrwała tyle czasu na Capri bez wyrzutów sumienia - mocno przytuliła Archiego - ale nie byłam nigdzie sama, odkąd się urodził. W każdym razie to lepsze niż nic, prawda?
- Byłoby wspaniale. - Amy westchnęła. - Jesteś pewna?
- Oczywiście, że jestem pewna. Urlop dobrze mi zrobi. PJ zajmie się resztą. Prawda, kochanie?
- Oczywiście - przytaknął dobrodusznie.
- A, słuchaj, miałam cię o coś zapytać. Nie czułam jeszcze ruchów dziecka, to normalne? Czy powinnam się martwić?
- Normalne. - Amy już przywykła do tego typu pytań ze strony znajomych. Zwróciła się do PJ-a: - Naprawdę nie masz nic przeciwko?
- Nic a nic. Z przyjemnością spędzę kilka dni sam, zwłaszcza że zaczynają się zawody. Ej! - krzyknął, gdy Gaby go szturchnęła.
- Możemy wygrzewać się na słońcu, chodzić do muzeów. - Amy puściła wodze wyobraźni. Wszystko, o czym marzyła, miała robić z Dougiem. Gardło jej się ścisnęło. - Pięć dni w Rzymie i dziesięć dni na Capri.
- Będziemy jeść makaron i pizzę. - Gaby się uśmiechnęła. -I lody... a nie, lody lepiej nie, nie wiadomo, czy są pasteryzowane. Leżeć przy basenie. Chodzić po mieście. Poznawać Romeów. Bo jeśli się nie poderwie nowego faceta we Włoszech, trzeba sprawdzić w akcie urodzenia, czy na pewno jest się dziewczyną.
- Ej! - PJ skarcił żonę wzrokiem i po raz pierwszy od dwudziestu czterech godzin Amy się uśmiechnęła.
- Ja nie chcę nikogo podrywać. Już nigdy się nie zakocham.
- Tylko tak mówisz. Ale poczekaj, aż jakiś lubieżny Luigi zacznie ci szeptać czułe słówka w świetle księżyca.
Znów zadzwonił telefon.
- Halo? - Mina Gaby od razu się zmieniła. - Witam, pani Fraser. Hm, niestety nie ma jej w tej chwili. Nie wiem, gdzie jest. Tak, wiem. Wiem, że jest pani zdenerwowana... Nie, nie wiem, gdzie jest Doug. A pani?
Amy się skrzywiła. Widok matki Douga na wojennej ścieżce to więcej niż mogła znieść. Przynajmniej więcej jej nie zobaczy. Ani nikogo z klanu Fraserów. Były więc jakieś plusy tego zerwania.
- Tak, przepraszam - kontynuowała Gaby. - Tak, tak. Na pewno jest zdenerwowany. Ale Amy też. - Zacisnęła zęby. - Tak, przekażę, żeby do pani zadzwoniła. Ale nie potrafię powiedzieć, kiedy to będzie. Po prostu nikt nie wie, gdzie ona teraz jest.
Rozłączyła się.
- No więc wiesz już, kto to był.
Amy pomyślała o kolejnych dniach pełnych takich rozmów. Więcej już nie wytrzyma.
- Macie rację. Muszę stąd wyjechać.
- Hurrra! - Gaby wyciągnęła rękę, by przybić piątkę. - Dalej, dziewczyno! Jedziesz w podróż poślubną! I nie przejmuj się kilkoma dniami w samotności. Dobrze ci to zrobi. Nabierzesz sił. Zobaczysz.
W salonie apartamentu Picasso w hotelu de Russie Hal Blackstock, jedząc owoce, ze znudzeniem skakał po jakichś pięćdziesięciu kanałach na olbrzymiej plazmie, najwidoczniej pozostawionej przez George'a Clooneya po jego dłuższym pobycie. Opera mydlana, powtórka „Przyjaciół" po włosku, powtórka „Ostrego dyżuru", opera mydlana. O Boże. Piłka nożna. Zatrzymał się na chwilę, ale grały ze sobą dwie mało znane drużyny tureckie, o których nawet on słyszał tylko raz, więc przeskakiwał dalej, aż na ekranie pojawiły się dwie blondynki o ostrych rysach twarzy i ewidentnie sztucznych cyckach, wijące się na dywanie z owczej wełny.
- Ekstra. Rosyjskie porno. To z chęcią obejrzę.
- Och, Hal - westchnęła Vanessa, jego asystentka, siedząca przy małym biurku i przeglądająca plan trasy.
Hal uśmiechnął się szeroko i pogłośnił telewizor.
- Uwielbiam, kiedy jęczą z tym słowiańskim akcentem. To takie seksowne.
- Jesteś okropny - powiedziała spokojnie Vanessa, jak zwykle nie dając się sprowokować.
Blondynki zaczęły udawać jednoczesny orgazm. Hal ziewnął i zmienił kanał. - Hej, Scooby Doo po włosku!
- Oglądał może przez pięć minut, potem się znudził i dalej przeskakiwał z kanału na kanał. Chwilę zatrzymał się na wyścigu motocykli. Może się zdrzemnie. Tylko że służąca wciąż była w sypialni i rozpakowywała jego walizkę Vuittona. Kobieta była niska i biuściasta, rudawa, ale Hal trzymał się z dala od personelu hotelowego, odkąd dziewczyna, która zapewniła mu „obsługę pokojową" na wyspie Man, sprzedała swoją historię do „Sunday Mirror".
Poczuł mrowienie pod koszulką. O Boże, znowu ten pryszcz. Miał go od kilku dni, po lewej stronie, na drugim żebrze od dołu, poniżej i na prawo od sutka. Kiedy pierwszy raz go zauważył, pomyślał, że to zwykły syf. Był jednak spuchnięty, bardzo wrażliwy, bardziej niż normalne pryszcze, i nie znikał, nie zmniejszał się ani nie rósł. Hal się skrzywił, lepiej o tym nie myśleć.
- To co mamy dzisiaj w planach, Nessie? Nessie? - Ona jednak tym razem nie słuchała, wpatrzona w ekran laptopa.
- Wiedziałam! - krzyknęła nagle. - To nie jest najlepszy apartament w hotelu. Powinieneś mieszkać w apartamencie Niżyński albo w Popolo. Oba są dużo lepsze.
- Stąd, gdzie siedzę, widok jest niezły.
- Nie dość dobry - stwierdziła, a różowy punkt na czubku jej delikatnie zadartego nosa pociemniał. - Stąd mamy widok tylko na ogród. A z innych apartamentów widać dachy rzymskich budynków.
- Jakoś przeżyję. Widziałem już dachy. - Hal ziewnął i pomyślał, że może zagra na Play Station.
- Nie w tym rzecz. - Zmrużyła oczy. Wzięła słuchawkę telefonu i końcem ołówka wcisnęła zero.
Vanessa już trzy lata pracowała dla Hala i była najlepszą asystentką, jaką kiedykolwiek miał. Jego osobistą panną Moneypenny, o głosie, przy którym głos królowej brzmiał pospolicie. Miała mózg jak iBook i była bezwzględna niczym Attyla, wódz Hunów. Żaden szczegół nie umknął jej sokolemu wzrokowi, a żadna osoba nie była zbyt ważna, by uniknąć jej wyrzutów, jeśli cokolwiek dla jej szefa nie było zrobione perfekcyjnie.
Oczywiście to, że - jak większość kobiet - kochała się w Halu, bardzo pomagało. Nigdy jednak do niczego między nimi nie doszło. Nie żeby Nessie była nieatrakcyjna, ze swoimi anielskimi blond włosami i długimi nogami. Raz czy dwa, znudzony i napalony, utknąwszy w jakimś obskurnym moskiewskim apartamencie podczas kolejnej podróży, nawet to rozważał - już nawet podnosił słuchawkę, by zadzwonić do jej pokoju. Ale zawsze na czas ją odkładał.
Na dłuższą metę bardziej zabawne było obserwowanie jej poświęcenia nieudolnie maskowanego władczym spojrzeniem i tego zawsze skrywanego nagłego bólu, przeszywającego ją, gdy rano wchodziła do jego apartamentu i zastawała tam kolejną dziewiętnastolatkę, którą poznał w nocnym klubie i która ziewała ubrana w górę od jego piżamy Thomasa Pinka. Ostatnio Vanessa lekceważyła go za każdym razem, gdy przełączała rozmowę od Flory albo gdy prosił, by przesłała jej kwiaty. A Hal nie był głupi. Wiedział, że seks wszystko by zepsuł, że złamałby Vanessie serce, musiałby ją zwolnić i nie znalazłby żadnej innej, która byłaby choć w najmniejszym stopniu tak skuteczna i broniła jego interesów jak ona.
Wystarczyło jej teraz posłuchać:
- Tak, witam, signor Ducelli, jak się pan miewa?... Cóż, przykro mi to mówić, ale nie jest dobrze. Apartament niezły, lecz nie rozumiem, dlaczego pan Blackstock nie znalazł się w apartamencie Niżyński albo Popolo. To najlepsze, jakie macie, prawda? Czy może pan natychmiast nas przenieść? - Zacisnęła wargi. - Rozumiem... Cóż, oczywiście Justina musi zostać tam, gdzie jest. Ale czy nowożeńców nie można nakłonić do zamiany? Przypominam, że mówimy o Halu Blackstocku. Prawdopodobnie z chęcią by to zrobili... Nie może pan zapytać?... Dlaczego?... Cóż, przykro mi, signor Ducelli, ale to naprawdę nie wystarczy. Powinnam dopilnować, by studio zadbało, żeby jego gwiazdy w przyszłości omijały hotel de Russie... Możliwe, że w naszym apartamencie są dwie litografie Picassa, ale pan Blackstock ma własnego olejnego Picassa, więc... Rozumiem, że apartament jest już zajęty, ale nie rozumiem, dlaczego nie może ich pan prosić o zamianę... Nie, mnie jest przykro, signor Ducelli. Do widzenia.
- Niezła próba, Nessie. - Hal wyciągnął się na sofie.
- Było bardzo blisko. Nieważne.
- Chciał nas spławić, mówiąc, że w apartamencie są dwie litografie Picassa - prychnęła.
- Nie mam Picassa.
- Wiem o tym. Ale Ducelli nie wie. - Skrzywiła się.
- Niżyński odpada, bo Justina go zajmuje.
Justina Maguire była drugą obok Hala gwiazdą filmu „The Apple Tree", na którego promocję przyjechał do Rzymu. Była dwudziestojednoletnią pustą bulimiczką z Laguna Beach o figurze wykałaczki. Hal za nią nie przepadał.
- Jezu, nie myślałem, że umieszczą ją w tym samym hotelu co mnie. Cóż, jak dotąd szanse, żebym z nią po-flirtował, są absolutnie zerowe.
- Ale Popolo zajmują nowożeńcy. - Vanessa się zamyśliła. - Oczywiście się zamienią. Jeśli signor Ducelli nic nie zrobi, sama będę musiała to załatwić.
- Nie rób tego. - Hal ze znużeniem potarł twarz. W większości wypadków Vanessa bywała zabawna, zachowywała się niczym rottweiler, jednak czasem czuł zakłopotanie, słysząc, jak wykłóca się z menedżerem restauracji o najlepszy stolik, ze stewardessą o najlepsze miejsce w samolocie, z agentami domów mody o darmowe ubrania. Nie mógł udawać, że tego nie lubi. I wiedział przecież, jak wygląda świat filmu - kłótnie o to, kto ma największe winneba-go\ najbardziej błyszczącą limuzynę, którą podjeżdża codziennie rano na plan, najlepszy stolik u Ivy, prywatny odrzutowiec zamiast zwykłych miejsc w pierwszej klasie.
- Zostaw nowożeńców w spokoju - powiedział. - Niech mają trochę przyjemności, zanim on zacznie ją zdradzać, a ona się puszczać.
- Jesteś cyniczny - odparła Vanessa oschle. - Mimo to zapytam. Z doświadczenia wiem, że będą zaszczyceni, mogąc zamienić się z Halem Blackstockiem. A jeśli będą się opierać, dorzucę dwa bilety na premierę.
Zadzwonił telefon.
- O, to pewnie signor Ducelli, chce powiedzieć, że ich przekonał.
Podniosła słuchawkę.
Winnebago - marka amerykańskiego samochodu kempingowego.
- Halo? - Ton jej głosu zmienił się z agresywnego w służalczo uprzejmy. - Ach. Tak, witaj Floro. Tak, sprawdzę tylko, czy jest dostępny.
- Oczywiście, że jestem dostępny dla Flory - krzyknął Hal. Boże, Nessie potrafiła być śmieszna.
Odebrał przy stole.
- Cześć, kochanie.
- Czy to pan Jarse? - spytała Flora omdlewającym głosem z Upper East Side.
Nie mógł powstrzymać chichotu.
- Przy telefonie.
- Pan Hugh Jarse? - Westchnęła. - Nigdy ci się nie znudzi meldowanie się pod innymi nazwiskami?
- Nigdy.
Wyobraził sobie Florę w jej apartamencie na Jamajce, przewracającą z irytacją oczami. Nie do końca akceptowała jego poczucie humoru.
- Jak się masz, kochanie? U ciebie musi być... - rzucił okiem na swojego roleksa - strasznie wcześnie.
- Jest przed siódmą. Ale ja jestem na nogach od piątej. Medytowałam, a potem poszłam popływać. Za pół godziny jedziemy odwiedzić obóz dla kobiet. A jak u ciebie?
- Po staremu. Jestem tutaj dopiero od godziny. Hotel w porządku. Tak myślę, chociaż Nessie nie udało się załatwić dla mnie najlepszego apartamentu. - Ostatnie słowa wypowiedział głośniej, wiedząc, że to strasznie wkurzy Nessie. A właściwie dlaczego ona się tutaj cały czas kręci? - Zaczekaj chwilę, skarbie. - Rzucił asystentce swoje najbardziej władcze spojrzenie. - Vanessa, czy mogę mieć chwilę prywatności?
Rozbawiło go, że czubki jej uszu poczerwieniały.
- Oczywiście, Hal. - Nawet nie mrugnęła okiem. - Pójdę wyjaśnić tę nonsensowną sytuację z apartamentem. - I wyszła z pokoju, stukając platformami od Patricka Coxa.
- Ta kobieta podtarłaby mi tyłek, gdybym ją o to poprosił - stwierdził.
- Hal! Jesteś obrzydliwy! Zginąłbyś bez Vanessy.
- Zginąłbym bez ciebie - powiedział tym głupim, przesłodzonym tonem bohatera romansu, którym zawsze mówił przy Florze. Udając, że gra, nie musiał się zastanawiać, czy naprawdę miał na myśli to, co mówił.
- Och Hal,, to takie słodkie. - Odpowiedź Flory też brzmiała jak czytana ze skryptu.
- Jak dziewczynki? - Flora miała dwie małe córeczki ze swoim byłym mężem, francuskim dyrygentem Pierre'em de Belleville Crecy. Hal nie lubił dzieci, ale zaskoczyło go, że w niewielkich dawkach były nawet miłe. Czasem nawet zabawniejsze od ich matki.
- Świetnie. Szaleją na plaży, uczą się o morskich ekosystemach. Jakie masz plany?
- Jutro cały dzień wywiady. Wiadomo, jak będzie: „Hal, kiedy ożenisz się z Florą?", „Hal, czy kochasz jeszcze Marinę?". Bla, bla, bla, bla, bla. - Nie powinien był tego mówić. Dwa najlepsze tematy, żeby wywołać u Flory złość.
- Powiedz, że nie rozmawiasz o swoim życiu prywatnym - odpaliła.
- Powiem, ale i tak będzie to cholernie nudne. - Od razu zmienił temat: - I ciągle mam ten pryszcz.
- Jaki pryszcz? A, ten na piersi?
- No. Naprawdę boli - dodał, tylko trochę przesadzając. - Gdy naciskam, ból rozchodzi się falą.
- To nie naciskaj - odparła, jakby mówiła do półgłówka.
- Dobrze, nie będę. - Westchnął. - To chyba nic poważnego, jak myślisz?
- Nie. Ale jeśli się martwisz, może powinieneś iść do lekarza.
- Nie, nie ma takiej potrzeby. - Nie spodobał mu się ten pomysł. Albo dowie się, że to śmiertelne, z czym sobie nie poradzi, albo, jak bywało do tej pory z jego przeróżnymi dolegliwościami, usłyszy, że nie ma się czym martwić, i poczuje się jak marnujący czas kretyn. Lepiej o tym nie mówić. - Czy nie mogłabyś przyjechać trochę wcześniej? Zostaw tych durnych Jamajczyków. Sami są sobie winni, że byli tak głupi i próbowali szmuglować narkotyki.
- Hal! Wiesz, że to nie tak. Zdajesz sobie sprawę, w jakiej biedzie żyją tu kobiety?
- Przepraszam! Tylko żartowałem. Po prostu... byłoby fajniej, gdybyś się tutaj pojawiła.
- Już niedługo będę z tobą. - Miała przylecieć we wtorek, żeby towarzyszyć mu w środowy wieczór podczas premiery, po której zaplanowali tydzień w hotelu Quisi-sana, na Capri. - A w tym czasie możesz się świetnie bawić sam. Rzym to niezwykłe miejsce.
- Tak, ale wszystko tutaj już widziałem. Chciałem pokazać ci miasto. Zrobić na tobie wrażenie moim włoskim. Chciałem, żeby wspomnienia odżyły. - Uczył się włoskiego oraz francuskiego w Cambridge i w ramach studiów spędził rok w Rzymie. Jego włoski nie był doskonały, Hal miał zamiar jeszcze się podszkolić. To by przypomniało Florze, że nie jest tylko ładną twarzą o bezmyślnym wyrazie. Flora, kobieta o statusie poważnej aktorki, mogłaby traktować protekcjonalnie jego, gwiazdę komedii romantycznych.
- Dojadę do ciebie za kilka dni. Hal, mój samochód właśnie podjechał. Słuchaj, zadzwonię, gdy wrócę, dobrze?
- Okej. Pogadamy później.
- Pa, skarbie.
Odłożył słuchawkę i wyciągnął się na kanapie znudzony. Dlaczego wspomniał o Marinie? Wiedział, że Flora nie znosi, kiedy on mówi o swojej byłej. I po co ta uwaga o ślubie? Flora pewnie i tak wie, że ludzie wciąż go wypytują. Niemniej jednak zawsze radził sobie z unikaniem tego tematu, jakby to był kosmita próbujący schwytać go w grze na Play Station.
Wstał i poszedł do sypialni. Otworzył szafę i nacisnął 1102, cyfry daty jego urodzin, na klawiaturze sejfu. Drzwiczki się otworzyły. Wyjął z wnętrza aksamitne pudełko i otworzył je. W środku lśnił wielki diament otoczony maleńkimi szmaragdami. Flora miała dużo biżuterii, ale z pewnością czegoś takiego jeszcze nie widziała. Uśmiechnął się, wyobrażając sobie chwilę, kiedy jej go da. Oczywiście jeszcze nie zdecydował, czy tego właśnie chciał, ale ten hotel wydawał się idealnym miejscem na taką okoliczność. Oświadczy się przy kolacji, na tarasie. Szkoda - dopiero teraz pomyślał o tym - że mieli widok tylko na ogród. Dachy domów byłyby lepsze. Poza tym będą tutaj na widoku, ludzie w innych pokojach mogą ich zobaczyć, tak samo z innych tarasów. Nessie miała rację. Jak zwykle.
Chwycił pilota i znów zaczął skakać po kanałach. Wreszcie trafił na jeden ze swoich filmów, pod który podłożono bułgarskie dialogi. Boże, minęło zaledwie pięć lat, a dużo lepiej wtedy wyglądał... Rzucił okiem na zegarek. Po pierwszej. Kiedy Nessie wróci, każe jej zamówić jakiś lunch, potem może się zdrzemnie, a później trening. Sam nie wiedział, dlaczego ma taki ponury nastrój. To pewnie nerwy. Bądź co bądź był tuż przed zrobieniem życiowego kroku - nawet ktoś tak pewny siebie jak on czuł się nieswojo na krawędzi.
Ku wielkiemu rozczarowaniu Amy rzymskie lotnisko było takie jak każde inne, oświetlone nieprzyjemnym światłem jarzeniówek, z niekończącymi się pasażami i reklamami sieci komórkowych. Przeszła przez kontrolę paszportową, wzięła swoją walizkę ze Snoopym z pasa transmisyjnego i przecisnęła się przez tłum podróżnych. Po drugiej stronie barierki stał, ziewając, przysadzisty mężczyzna w uniformie, z kartką, na której widniał napis Państwo Fraser. Puknęła go w ramię.
- Dzień dobry, to ja jestem panią Fraser.
- Dzień dobry. Nazywam się Vincenzo. - Rozejrzał się wokół. - A... pan Fraser?
Amy jakoś to przełknęła. Będzie musiała do takich sytuacji przywyknąć.
- Dołączy do mnie później. Coś go zatrzymało. Przyleci późniejszym lotem.
- Późniejszym lotem? Ale to państwa podróż poślubna?
- Tak. Szkoda. Ale co zrobić! - zabrzmiał jej stłamszony śmiech. - Muszę na niego poczekać!
Vincenzo podniósł jej walizkę ze Snoopym, którą wypatrzyła w butiku ze stylowymi rzeczami niedaleko Brick
Lane i pomyślała, że będzie to śmieszny zakup. Teraz poczuła się staromodna. Przeszła za mężczyzną przez drzwi terminalu. Żar rzucił się na nią niczym wściekły kochanek.
- Uff, ale upał! - stwierdziła bardzo oryginalnie.
Rzucił jej spojrzenie, na jakie zasługiwała ta uwaga.
- Jest sierpień. Za gorąco, żeby zostać w Rzymie. Wszyscy są na wakacjach. - Amy zauważyła, że jego angielski był perfekcyjny, z delikatnym śladem akcentu z Birmingham.
- Poza panem - odparła, podążając za nim na wielopoziomowy parking.
- Nie, ja wolę być tutaj. - Amy czekała na ciąg dalszy, ale mężczyzna zatrzymał się przy dużym czarnym mercedesie. Gaby pytała ją, czy zniesie Rzym w środku lata. „Będzie palące słońce i puste ulice", mówiła. „Ale apartament dużo tańszy". „W hotelu jest klimatyzacja, prawda?", odpaliła Amy. „To ulubione miejsce Douga, które zawsze chciał mi pokazać". A gdy Gaby się zgodziła, Amy wykrzyczała „Zróbmy to!".
Wsiadła na tylne siedzenie samochodu. Chwilę później Vincenzo wiózł ją po autostradzie otoczonej wypalonymi nieużytkami i gdzieniegdzie rozjazdami. Równie dobrze mogliby być na peryferiach Milton Keynes. Nie pędzili z zawrotną prędkością, jak sobie wyobrażała, droga była prawie pusta, a prędkościomierz nie wskazywał więcej niż sto trzydzieści kilometrów na godzinę. Co gorsza, nie było słońca, za którym Amy tęskniła. Dzień wilgotny i szary, jak zapomniana koszulka na dnie kosza na pranie, nie nastrajał optymistycznie.
- Pierwszy raz w Rzymie, signora?
- Tak, pierwszy raz we Włoszech. - Amy nie przypuszczała, że tak to będzie wyglądać. Wyobrażała sobie błękitne
niebo, szalonych młodzieńców jeżdżących we wszystkich kierunkach na vespach, melodię ThafsAmore graną na akordeonie i zgarbione staruszki przy drodze robiące domowy makaron. Ale myślała też, że będzie tutaj ze swoim mężem.
Przypomniała sobie o telefonie, który wyłączyła na czas lotu. Wygrzebała go z torebki i włączyła. Może dzwonił, gdy była osiem tysięcy metrów nad ziemią? W poczcie głosowej czekało siedem nowych wiadomości. Z każdą kolejną odsłuchiwaną wiadomością nadzieja jednak przygasała. Przyjaciel, kolejny przyjaciel, koleżanka, daleki znajomy, daleki znajomy Douga, którego widziała w jakimś pubie przez dziesięć minut - wszyscy dzwonili, by dowiedzieć się, czy wszystko u niej w porządku, a w ich współczujących głosach słychać było wyraźnie nieprzepartą chęć dowiedzenia się, co się tak naprawdę stało. Sześć wiadomości tekstowych miało podobny wydźwięk.
Niech ich szlag. Amy nie zamierzała nic nikomu tłumaczyć.
- Gdzie pani mieszka w Anglii?
- W Londynie.
- A zna pani Nuneaton? Przez dwa lata pracowałem tam w barze.
- Nie znam. Ale to tłumaczy pański doskonały angielski.
Vincenzo kiwnął głową z zadowoleniem, skręcając
z autostrady w drogę, która wyglądała jak wąska wiejska ścieżka, wysadzana drzewami. Po chwili jednak znów się rozszerzała - musieli być na przedmieściach. Przy ulicy stały nowoczesne bloki mieszkalne w kolorze brzoskwini, ' z zamkniętymi okiennicami. Co jakiś czas Amy widziała napisy Pizzeria, Trattoria, Gelateria. Na ulicach nie było
żywego ducha. Droga stawała się coraz szersza i bardziej ruchliwa. Minęli wielką piramidę z cegieł.
- Grobowiec Gajusza Cestiusza - wyjaśnił Vincenzo. - Widział piramidy w Egipcie i postanowił zbudować taką również dla siebie.
- No tak. - Amy zastanawiała się, czy powinna wiedzieć, kim był Gajusz Cestiusz.
Przed nią wyłaniał się pierwszy znak, że jest rzeczywiście w Rzymie - Koloseum. Takie, jak zapamiętała z „Gladiatora".
- Koloseum - powiedział Vincenzo. - Tutaj pierwszych chrześcijan rzucono na pożarcie lwom.
- Oczywiście. - Wiedziała, jak musieli się czuć.
- A po lewej widać Forum. - Spojrzała przez zamglone okno na coś, co wyglądało jak kupa gruzu. Dalej zobaczyła dużo nowocześniejszy wielki budynek, biały niczym zęby na reklamie pasty Colgate, ze schodami i filarami, usiany posągami jadących rydwanów, które wyglądały jak anioły.
- Pomnik króla Wiktora Emanuela. Nazywamy go tortem weselnym. - Amy wzdrygnęła się na to porównanie, a Vincenzo kontynuował: - To jedyny brzydki budynek w Rzymie.
Jechali dalej długą wąską uliczką, wzdłuż której znajdowały się same sklepy. Po lewej minęli duży plac z rzeźbioną kolumną - Vincenzo wyjaśnił, że to Piazza del Parlamento. Potem skręcił w prawo i przejechał przez ogromny plac z małą fontanną pośrodku i ludźmi kłębiącymi się wszędzie.
- Piazza di Spagna. - Po prawej Amy zobaczyła schody wznoszące się do eleganckiego kościoła, i też mnóstwo ludzi. - Tutaj rzymianie przychodzą na riinorchiare. Podrywać dziewczyny. Ale to akurat pani nie zainteresuje. Pani jest w podróży poślubnej. - Jechali dalej w dół wąską uliczką.
- To jest Via del Babuino. Eccol Pani hotel.
Hotel de Russie był wysokim budynkiem z kamienia, stojącym tuż przy ulicy. Boj hotelowy w eleganckim szarym uniformie i czapce otworzył drzwi i wyjął walizki z bagażnika. Amy poczuła się niezręcznie: podziękowała Vincenzowi, ale nie mogła dać mu napiwku, bo zapomniała wymienić pieniądze na lotnisku.
- Przepraszam.
- Nic się nie stało - odpowiedział. Wyciągnął do niej rękę. Od razu zauważyła, że miał idealnie wypielęgnowane dłonie i paznokcie pociągnięte różowawym lakierem.
- Miłego pobytu, signora.
Weszła za bojem do budynku i skierowała się do hotelowego lobby. Było urządzone minimalistycznie, z kamienną podłogą i wysokim sufitem. Zza kontuaru recepcji uśmiechał się do niej młody łysy mężczyzna.
- Witam, pani Fraser. Miło nam gościć panią w hotelu de Russie.
- Właściwie to doktor Fraser - sprostowała. W duchu dziękowała Bogu, że jej medyczne wykształcenie pozwala ominąć tytuł „pani", do którego przecież nie miała żadnego prawa. Postanowiła przez jakiś czas pozostać przy nazwisku Fraser. Po latach bycia doktor Gubbins przynajmniej na tyle zasługiwała. Tak bardzo nie mogła doczekać się porządnego nazwiska, że zawczasu zmieniła dane na kartach kredytowych, w paszporcie i na karcie Club Card do Tesco. A teraz będzie musiała znów je wymieniać. Kolejny punkt do jej listy zadań, obok nieuniknionego wystawienia aukcji na ebay'u: Sprzedam nową suknię ślubną Very Wang, rozmiar 10. Okazyjna cena.
- Przepraszam - powiedział recepcjonista. - Doktor. Mamma mia\ - Więc Włosi naprawdę tak mówią. - To dla nas zaszczyt. A... pan Fraser?
To będzie koszmar.
- Przyleci późniejszym lotem.
- Rozumiem - odpowiedział spokojnie recepcjonista. - Nie ma problemu. Proszę o wypełnienie tego formularza i o pani paszport.
Amy wypełniła formularz. Fałszywe nazwisko. Adres. Gdy szukała w torebce paszportu, na podłogę wypadł jej tampon. Schyliła się, by go podnieść, i usłyszała krzyk mężczyzny o akcencie z Yorkshire:
- Halo, przepraszam!
- Tak, panie Doubleday? - Recepcjonista miał ten sam przyjazny uśmiech na twarzy.
- Nie jestem zadowolony z pokoju. Proszę natychmiast przydzielić mi apartament.
- Panie Doubleday, przykro mi, ale wszystkie apartamenty są zajęte.
Amy odwróciła się, by spojrzeć na mężczyznę. Koło pięćdziesiątki, niski, przysadzisty, szpakowaty, o wykrzywionych ustach i czole tak błyszczącym, jakby dopiero co je wypolerował. Miał na sobie luźne spodnie i sweter z golfem. Na jego szyi wisiała cała kolekcja aparatów fotograficznych.
- Na pewno możecie coś zrobić! - warczał. - Jestem bardzo ważnym gościem!
- Przykro mi. To bardzo gorący sezon. W środę mamy premierę filmową i mnóstwo osób się u nas zatrzymało.
- Wiem, że jest premiera, kolego. Jestem tutaj, żeby robić na niej zdjęcia - wrzasnął i odszedł.
- Co za kretyn - odezwał się ktoś wytwornym tonem, również po angielsku.
Amy znów się odwróciła. Kobieta w średnim wieku, ubrana w granatową letnią sukienkę, uśmiechnęła się do niej. Za nią stał mężczyzna w koszulce i szortach.
- Prawda? Kompletny prostak.
- Rzeczywiście, zachował się dość niegrzecznie - przytaknęła Amy.
- Dość niegrzecznie?! - parsknęła kobieta. - Kutas jeden!
- Marion! - uspokajał ją łagodnie mężczyzna.
- No co, Roger, wiesz, że zawsze nazywam rzeczy po imieniu. - Znów uśmiechnęła się do Amy, pokazując rząd zdrowych, mocnych zębów. - Pani dopiero przyjechała? Tutaj jest pięknie. Będzie się pani podobać.
- Na pewno. - Amy odwróciła się do lady.
- Jest pani w podróży poślubnej?
Zauważywszy kątem oka spojrzenie recepcjonisty, Amy potwierdziła.
- My też - powiedziała Marion.
- Ale...
/ - W drugiej podróży poślubnej - uściśliła. - Po raz pierw
szy przyjechaliśmy tutaj trzydzieści lat temu, uwierzyłaby pani? Teraz kiedy dzieci są już dorosłe, pomyśleliśmy, że wrócimy przeżyć drugą młodość. Jesteśmy skiersami*.
Skier - ang. narciarz; tutaj gra słów: SKI-er - określenie emerytów wydających pieniądze na ekskluzywne życie zamiast pozostawienia ich dzieciom w spadku (Spending the Kids' Inheritance) - przyp. tłum.
- Czy o tej porze roku jest wystarczająco zimno?
Marion wybuchnęła śmiechem.
- A to dobre! Nie, SKI-ersami. Nasze dzieci są już dorosłe, właśnie wykopaliśmy z domu najstarsze. Ma trzydzieści cztery lata.
- Tyle, ile ja.
- No tak, ale pani jest wrażliwą mężatką, a on narko-manem-włóczęgą. A gdzie pani mąż?
- Poszedł już na górę - odparła Amy cicho, żeby recepcjonista nie usłyszał.
- Cóż, mam nadzieję, że go poznam. Musimy wybrać się razem na drinka któregoś wieczoru. Nie zatrzymujemy pani. Dzisiaj zwiedzamy Villa Borghese. Ciao, jak mówią Włosi.
Odeszła, serdecznie machając ręką, a za nią Roger. Amy odwróciła się z powrotem do lady. Recepcjonista uśmiechnął się i grzecznym gestem dłoni wskazał na boja hotelowego.
- Miłego miesiąca miodowego, pani Fraser. Tommaso zaprowadzi panią do apartamentu.
Amy podążyła za Tommaso przez lobby z wysokim sufitem, pełne nowoczesnych rzeźb. Z tyłu szklane drzwi prowadziły do ogródka ze stolikami skrytymi pod dużymi białymi parasolami. Skręcili w lewo, Tommaso nacisnął przycisk windy. Wjechali na szóste piętro i znaleźli się w korytarzu wyłożonym beżową wykładziną. Przeszli do końca holu, gdzie Tommaso włożył kartę-klucz w bladozielone drzwi i otworzył je.
- Proszę przodem, signora.
Amy weszła do salonu.
- Wow.
Pokój, w którym stała sofa i biurko, nie był duży, ale przepiękny: żółte ściany były ozdobione czarno-białymi zdjęciami kwiatów. Amy pomyślała, że bałaby się tutaj poruszać, żeby nie narobić bałaganu.
- Tam dalej jest sypialnia, signora.
Amy weszła za Tommaso do sypialni pełnej balonów. Były wszędzie i miały kształt różowych serduszek. Na każdym widniał napis Amy i Doug. Już bardziej kiczowato być nie mogło. Gaby musiała to zaaranżować i pewnie zapomniała odwołać.
- Szczęśliwego miesiąca miodowego! - życzył Tom-maso.
- Dzię... dziękuję. - Poczuła znajome swędzenie w nosie i pieczenie w oczach. Tommaso spojrzał na nią zaniepokojony.
- Signora, proszę zobaczyć tutaj - wykrzyknął niczym matka próbująca odwrócić uwagę płaczącego dziecka.
Otworzył drzwi na taras, gdzie drzewka cytrynowe mieszały się z donicami geranium. Stały tam dwa leżaki wyściełane białymi poduchami. Stół pod białym parasolem był nakryty na dwie osoby, z białym obrusem, błyszczącymi sztućcami, połyskującą porcelaną, świecami i kwiatami. Idealne miejsce na romantyczną kolację a deux o zachodzie słońca. Amy nie mogła znieść tego widoku.
- Pięknie - zdołała wydusić.
- Proszę podejść, signora - zachęcał Tommaso, wskazując barierkę.
Pod nimi roztaczał się wielki plac z szeroką bramą po jednej stronie i olbrzymią kopułą kościoła po drugiej - tak blisko, że Amy mogła jej prawie dotknąć. Pośrodku wznosił się spiczasty obelisk.
- Proszę spojrzeć, signora. Piazza del Popolo. Jesteśmy w samym sercu Rzymu.
- Tak.
Spojrzał na nią zatroskany.
- Proszę za mną, signora. - Wskazał gestem, by weszła z powrotem do środka. - Tutaj jest łazienka.
- Yhm. - Spoglądała na mozaikę na ścianie.
- Signora, czy mam pokazać, jak korzystać z telewizora? Zestawu stereo? Prysznica?
- Nie, dziękuję. Poradzę sobie.
- Richard Gere zawsze tutaj nocuje. I Madonna. A także Sting i Leonardo di Caprio. - Po chwili dodał: - Ostatnio gościliśmy Victorię Beckham.
- Wspaniale.
- I proszę nie zapomnieć, signora, że mamy wspaniałe centrum odnowy z sauną, łaźnią parową, basenem do hydroterapii. Jest w podziemiu.
- A, tak. - Amy nie mogła się doczekać, kiedy on wreszcie pójdzie, ale wciąż zwlekał. Oczywiście. Czekał na napiwek.
- Tak mi przykro, nie wymieniłam jeszcze pieniędzy. Czy mogę dać panu napiwek później?
- Żaden problem, signora. - Uśmiechnął się życzliwie. -Jeśli będzie pani czegoś potrzebować, proszę pytać o mnie. Jesteśmy do pani dyspozycji. Mały napiwek wystarczy.
Czy możecie cofnąć zegar o tydzień? Powiedzieć mi, że wszystko, co się zdarzyło, to tylko zły sen?, pomyślała.
- Dziękuję. - Wysiliła się na uśmiech. - Będę o tym pamiętać.
Wracając do windy, Tommaso nie mógł zebrać myśli. Naprawdę nie miał żalu o brak napiwku. Martwił się o tę kobietę o czarnych włosach związanych w kucyk i długich, patykowatych nogach. Ani trochę nie przypominała kobiet, które zazwyczaj zatrzymywały się w apartamencie Popolo. Były to albo bizneswoman w garsonkach, które od razu bombardowały go pytaniami o wtyczki i dostęp do sieci, albo żony (a często również kochanki) po drogich operacjach plastycznych, choć żadna kwota pieniędzy nie była w stanie ukryć niezadowolenia w ich oczach. Ta kobieta też nie wyglądała na szczęśliwą. Gdzie był jej mąż? Tommaso, żonaty od blisko trzydziestu lat, nigdy nie spędził nocy z dala od swojej żony. Przyjaciołom przytakiwał w żartach, że skok w bok byłby ciekawy, choć wcale tak nie myślał.
Na górze, w apartamencie Popolo Amy siedziała na łóżku i płakała, płakała, płakała. Nie mogła uwierzyć, że to ją spotkało: że była w luksusowym hotelu, z cudownym widokiem, a jedyne na co miała ochotę, to wskoczyć do wanny, zanurzyć głowę i już więcej nie wypłynąć.
- Dlaczego mnie to spotyka? - krzyknęła i zamilkła, usłyszawszy dzwonek do drzwi. Szeroko otworzyła oczy, przekonana, że się przesłyszała, ale dzwonek znów zabrzmiał. To on! Przyjechał! Rzuciła się do drzwi i otworzyła. Za nimi stała kobieta mniej więcej wzrostu Amy, w dopasowanym kostiumie, z błyszczącymi blond włosami związanymi w ścisły kucyk.
- Dzień dobry - powiedziała kobieta gładką angielszczyzną. - Przepraszam, że panią niepokoję. Vanessa Trimingham. Gratuluję. Słyszałam, że jest pani świeżo upieczoną mężatką.
-Ja...
- Świetnie. Cóż. Proszę wybaczyć, ale zaszło pewne nieporozumienie. Jestem osobistą asystentką Hala Black-stocka, który również zatrzymał się w tym hotelu... - Zawiesiła głos, by do rozmówczyni dotarła waga informacji. - Zwykle to jest jego apartament. Ale wygląda na to, że głupki w recepcji pomyliły się i przydzieliły go pani. Pan Blackstock ma więc nadzieję, że się pani zamieni. Jest w apartamencie Picasso po drugiej stronie, więc właściwie to bez różnicy.
- Słucham?
- Tak, gdyby mogła pani zamienić się na apartamenty. Pan Blackstock będzie bardzo wdzięczny.
Amy nie wierzyła własnym uszom.
- Nie, dziękuję. Chcę zostać tutaj.
W głosie Vanessy pojawiła się ostra nuta, a jej spojrzenie stwardniało; przypominała teraz Charłesa Bronsona w „Życzeniu śmierci", gdy mścił się za zmasakrowanie jego rodziny.
- Hmm, niezmiernie mi przykro, ale chyba się nie rozumiemy. Mówimy o Halu Blackstocku. Na pewno wie pani, kim on jest.
- Oczywiście - wypaliła Amy. Do cholery, wszyscy wiedzą, kim jest Hal Blackstock. Brytyjskim gwiazdorem filmowym, mającym około czterdziestki. Zdumiewająco dobrze wyglądającym, z dopasowanymi zębami, roztrzepaną grzywką i powierzchownością amanta z wyższych sfer. Był nieco zbyt ugłaskany jak na jej gust, ale Gaby zawsze miała do niego słabość, a dla matki Amy ucieleśniał ideał mężczyzny. Na początku lat dziewięćdziesiątych występował w wielu filmach kostiumowych, potem nakręcił kilka hollywoodzkich hitów. Głośny był romans Hala z Mariną Dawson, prezenterką, która dzięki niemu zaistniała w Hollywood, została twarzą Magie Cosme-tics i jurorką w programie „Catwalk", telewizyjnym show modelingowym, które leciało od lat. Nocami, gdy Doug grywał z zespołem, ulubioną rozrywką Amy było leżenie na kanapie i oglądanie go.
Marina i Hal zerwali kilka lat temu. Teraz ona umawiała się z jakimś miliarderem. Od tamtej pory Hal trochę zniknął z widoku, Amy nie mogła sobie przypomnieć żadnego filmu, w którym by wystąpił od lat, chociaż ostatnio był we wszystkich magazynach - zaśmiecały poczekalnię na chirurgii - przez swój związek z Florą de Belleville Crecy, piękną aktorką (a są jakieś inne?), która sporo udzielała się charytatywnie.
- Więc nie będzie problemu? - naciskała Vanessa.
- Tego bym nie powiedziała. To jest moja podróż poślubna. Nie chcę się zamieniać.
- Apartament Vaselli też jest uroczy.
- Cóż, w takim razie pan Blackstock powinien być zadowolony.
- Ale on zawsze zatrzymuje się w tym apartamencie.
- Więc zmiana dobrze mu zrobi - Amy nie mogła uwierzyć, że prowadzi taką rozmowę. - Zegnam.
Zatrzasnęła drzwi.
- Bezczelna krowa. - Odetchnęła. Usiadła na łóżku i obrzuciła wzrokiem otaczający ją luksus. Cóż, to jednak było coś; Hal Blackstock chciał się z nią zamienić na apartamenty! Gaby padnie z wrażenia, gdy jej to powie.
Znów dzwonek...
Telefon! Amy rozejrzała się, niezdecydowana, który aparat wybrać. Wreszcie chwyciła słuchawkę leżącą na biurku.
- Halo? - Nadzieja była tym razem mniejsza, ale jeszcze się tliła. Głos Vanessy całkiem ją zgasił.
- Pani mnie chyba nie zrozumiała. Pan Blackstock zawsze zatrzymuje się w apartamencie Popolo. Był tak uprzejmy, że zaoferował pani i mężowi bilety na jutrzejszą premierę jego filmu „The Apple Tree".
- Przykro mi - odparła Amy - ale ja... to znaczy my zarezerwowaliśmy go trzy miesiące temu. Na moją... to znaczy naszą podróż poślubną. I nie mam zamiaru się zamieniać.
Gdy się rozłączyła, zachichotała po raz pierwszy od trzech dni, po raz pierwszy od czasu, gdy zapadła decyzja, że ślubu nie będzie.
- Chodź, Amy Gubbins - powiedziała na głos. - Teraz zobaczysz Rzym.
Pierwsze wyjście Amy było katastrofą. Tym bardziej, że upał aż dusił. Idąc ulicą, czuła się jakby brnęła w gęstej zupie, a piękna lniana sukienka szybko zrobiła się mokra i przykleiła do ciała.
Kiedy ona i Doug wyjeżdżali na weekendy do Sztokholmu, Lyonu, Barcelony, Nowego Jorku - cudowne weekendy, gdyby nie fakt, że to Amy zawsze musiała je organizować, płacić za nie, wymieniać pieniądze i zamawiać transport z lotniska i na lotnisko - spędzała godziny przed komputerem, czytała relacje z podróży, szukała ważnych szczegółów, istotnych słów jak „proszę" i „dziękuję" czy lokalnych zasad dawania napiwków (w egalitarnej Szwecji to nie jest w zwyczaju, natomiast w Nowym Jorku to co najmniej piętnaście procent, jeśli nie chciało się być gonionym po ulicy przez kelnera z tasakiem w ręku).
Na żółtych karteczkach zapisywała rzeczy do zrobienia i zobaczenia, restauracje, w których należało zjeść, i sklepy do odwiedzenia.
Bez reszty pochłonięta przygotowaniami do ślubu nie myślała o podróży poślubnej. A teraz nie miała serca otworzyć przewodnika kupionego tydzień temu w Daunt
Books przy Marylebone High Street po ostatniej szybkiej wizycie w firmie cateringowej w celu skontrolowania tortu weselnego, który tak długo wybierała. Tydzień temu, gdy wszystko wydawało się być na dobrej drodze.
Amy włóczyła się, mając nadzieję, że natknie się na kilka obowiązkowych pozycji do zobaczenia, jak Forum czy Piazza Navona. Miasto wyglądało obiecująco: na Via del Babuino było mnóstwo cudownych starych sklepów i modnych butików, postanowiła jednak nie zaglądać do nich dzisiaj, ale zostawić tę przyjemność na przyjazd Gaby. Skręciła za rogiem i znalazła się na mrocznej ulicy w pobliżu dworca, pełnej obskurnych sklepów z plastikowymi figurkami papieża. Wokół widziała tylko albo wyglądających na zmęczonych transwestytów, albo Afrykańczyków - ci próbowali wcisnąć jej podróbki toreb od Valentino. Wreszcie znalazła bankomat. Rozejrzawszy się, czy w pobliżu nie ma podejrzanych typów, włożyła kartę, każąc maszynie przejść na angielski, i wystukała PIN. Wpisała maksymalną kwotę pięciuset euro - to powinno jej wystarczyć na czas pobytu. Maszyna zawyła. Niewystarczające środki do dokonania transakcji - przeczytała na ekranie. - Sprawdź saldo.
Z duszą na ramieniu nacisnęła kilka kolejnych przycisków. Na ekranie wyświetliło się saldo. Dziewięćset dziewięćdziesiąt pięć funtów na minusie. Cholera! Zwykle stawiała sobie sztywny limit pięciuset. Dziurę w budżecie spowodowały pewnie te cholerne buty od Emmy Hope. Zaczęła nerwowo liczyć. Pensja wpłynie na konto w połowie tygodnia - do tego czasu może wyjąć jedynie równowartość czterdziestu pięciu funtów. Oczywiście mogła korzystać z karty kredytowej, ale ile będzie musiała za to zapłacić?
Chryste! Zawsze śmiała się z ludzi, którzy spłukiwali się na wesela, a teraz ona zrobiła to samo.
- Spokojnie - powiedziała do siebie, gdy wyjęła kilka euro. - Po prostu trzeba będzie zacisnąć pasa przez parę dni.
Głodna i spragniona usiadła w ogródku kawiarnianym i zamówiła espresso, pewna, że dostanie prawdziwą włoską kawę. Po dwudziestu minutach skrzywiony kelner przyniósł jej filiżaneczkę płynnej smoły, która nie miała nic wspólnego z pyszną kawą, jaką można dostać w Star-bucks za rogiem obok jej miejsca pracy. Wypiła to w pięć sekund, nie zamówiła kanapki i poprosiła o rachunek.
- Dziesięć euro - burknął kelner.
Gorączkowo liczyła. To jakieś siedem funtów.
- Scusi?
- Dziesięć euro.
- To śmieszne - odpowiedziała. - Rozbój w biały dzień.
- Siada pani przy stoliku, płaci pani więcej - wyjaśnił z kamienną twarzą. - Jeśli chce pani espresso za jedno euro, stoi pani przy barze.
Trzęsąc się i z wściekłości, i od kofeiny, wyciągnęła banknot. Chamstwo. Myślała, że Włosi są lekkoduchami, pełnymi wiary w dolce vita. Nawet nie mogła myśleć o lunchu. Ile kazaliby jej zapłacić? Zresztą i tak nie miała ochoty na samotne siedzenie w restauracji i reklamowanie faktu, że jest porzuconą panną młodą. Dlaczego posłuchała Gaby? Przyjaciółka nie miała racji: samotny wyjazd nie dodawał sił. Wręcz przeciwnie.
Spłynęła na nią fala strachu. Co z nią będzie dalej? Straciła miłość swojego życia, mężczyznę, z którym planowała się zestarzeć. Chciała do niego zadzwonić. Ale duma i strach, że może być z Pinny, powstrzymały ją.
