Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Burmistrzyni Virginia Martín staje przed najgorszym tygodniem swojego życia. Bianca — kobieta, którą kocha i przez którą traci rozsądek — stawia jej ultimatum, zmuszając ją do wyboru: zaryzykować utratę stanowiska albo stracić ją na zawsze.
Jakby tego było mało, w tym samym czasie nad wybrzeże nieubłaganie nadciąga tropikalny sztorm, grożący zniszczeniem wszystkiego na swojej drodze.
Virginia będzie musiała funkcjonować na granicy wytrzymałości — mierząc się z własnym chaosem emocjonalnym, a jednocześnie przygotowując miasto na nadejście katastrofy.
Bianca, funkcjonariuszka lokalnej policji, zrobi wszystko, by unikać Virginii, dopóki ta nie podejmie decyzji. Jednak sytuacja kryzysowa sprawi, że ich drogi będą przecinać się każdego dnia, wywołując między nimi napięcie, nad którym żadna z nich nie potrafi już zapanować.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 152
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
PODCZAS BURZY
MÓNICA BENÍTEZ
Copyright © 2026 Mónica Benítez
Wszelkie prawa zastrzeżone
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tego materiału nie może być reprodukowana w żadnej formie ani żadnymi środkami bez wyraźnej zgody autorki. Dotyczy to między innymi przedruków, fragmentów, fotokopii, nagrań oraz wszelkich innych form reprodukcji, w tym środków elektronicznych.
Wszystkie postacie, relacje między nimi oraz zdarzenia przedstawione w tej książce są całkowicie fikcyjne. Wszelkie podobieństwo do osób żywych lub zmarłych bądź do rzeczywistych wydarzeń jest przypadkowe.
Safe creative: 2404197691412
Twitter: @monicabntz
Instagram: mbenitezlibros
Tik Tok: @mbenitez_escritora
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Epilog
Funkcjonariuszka Policji Lokalnej Bianca Zurita słyszy jakiś dźwięk i otwiera oczy tak gwałtownie, jakby na niego czekała. Serce zaczyna jej bić szybciej, jakby do domu wszedł złodziej, choć doskonale wie, że tak nie było. Macając po nocnym stoliku, w końcu znajduje lampkę i zapala ją. Siada na łóżku i spogląda na prawą stronę — pusta.
Zerkając na telefon, widzi, że jest zaledwie wpół do ósmej. W każdą inną niedzielę spałaby co najmniej do dziesiątej, ale Bianca nie jest u siebie — jest w domu Virginii. A Virginia Martín to nie byle jaka kobieta: to burmistrzyni Tamuro, miejscowości na północy Teneryfy liczącej niemal piętnaście tysięcy mieszkańców.
Prawie w ogóle tej nocy nie zmrużyła oka — i nie tylko dlatego, że kochały się bardzo długo, ale też dlatego, że odczuwa nieswojość w tym domu, a zwłaszcza w tym łóżku, w którym Virginia śpi ze swoim mężem każdej nocy, z wyjątkiem tego weekendu, gdy on wyjechał na kongres medyczny. Kiedy Virginia zaproponowała, żeby spędziły razem kilka dni, Bianca o mało nie zwariowała ze szczęścia. Od miesięcy czekała na coś takiego. Do tej pory żadne z ich spotkań nie trwało dłużej niż trzy godziny — z oczywistych powodów — a perspektywa spędzenia z nią więcej czasu i swobodnego ciągnięcia tych rozmów, które tak bardzo lubi, bez ciągłego spoglądania na zegarek, wydała jej się najlepszym z możliwych planów.
A jednak, odkąd wczoraj przed południem przekroczyła próg tego domu, coś nie pozwoliło jej w pełni nacieszyć się tym czasem z Virginią. W głębi serca Bianca wie, o co chodzi — i nie chodzi tylko o to, że jest w miejscu, które do niej nie należy i w którym zagości jedynie przy takich okazjach, gdy on zniknie z powodów zawodowych. Chodzi też o to, że choć robiła wszystko, żeby tak się nie stało, nie zdołała tego powstrzymać i zakochała się w Virginii po uszy. Dopiero gdy uświadomiła sobie ten fakt, zrozumiała, skąd bierze się ta przejmująca tęsknota za każdym razem, gdy się rozstają, niepokój, który ją ogarnia, gdy Virginia pisze, i równie duży, gdy nie pisze, niepewność, czy wszystko z nią w porządku, gdy spóźnia się na spotkania, i to paraliżujące mrowienie, które przeszywa jej ciało za każdym razem, gdy burmistrzyni do niej mówi, patrzy na nią lub jej dotyka. Yanira — jej najlepsza przyjaciółka i koleżanka z pracy — ostrzegała ją już w pierwszych tygodniach.
— Jesteś zakochana — stwierdziła pewnego popołudnia, gdy Bianca po raz drugi wspomniała o tej tajemniczej kochance, której imienia za żadne skarby nie chciała zdradzić.
— Nieprawda — odpowiedź Bianki była stanowcza, choć serce podskoczyło jej o wiele bardziej, niż chciałaby przyznać.
— Mów, co chcesz — Yanira skrzywiła się i utkwiła swoje ciemne oczy w Biance — ale ten sposób, w jaki o niej mówisz, ta nerwowość i ten głupawy uśmiech, który ci się pojawia, gdy cię pytam — to trzy wyraźne sygnały. Możesz to przyznać albo nie, to nie moja sprawa, ale wpadasz w to po uszy.
To tak zbito Biancę z tropu, że zmieniła temat — choć nie minęło wiele dni, zanim przyznała, że przyjaciółka miała rację.
Świst wiatru za oknem miesza się z odgłosami, jakie Virginia wydaje w kuchni. Bianca doznaje ukłucia niepokoju w środku piersi i stoi bez ruchu, dopóki nie mija. Wstaje z łóżka i wzdycha, zbierając swoje ubrania i ubierając się. Gdy nakłada bluzę, patrzy na swoje odbicie w pełnowymiarowym lustrze, które Virginia ma na jednych z drzwi szafy. Lekko poprawia włosy — na szczęście ma je bardzo cienkie i nie potrzeba wiele, żeby wyglądały przyzwoicie — i wkłada ręce do kieszeni z rezygnacją. Obraz, który rano odbija jej lustro, wcale jej się nie podoba, podobnie jak przyspieszony oddech. Od kilku dni kręci jej się po głowie pewna myśl, którą odpychała, bo nie była pewna, czy da radę to udźwignąć, ale ta myśl nie odpuszczała — powoli dobijała się do jej świadomości, aż w końcu wymusiła na niej uwagę.
Właśnie skończyła trzydzieści siedem lat i do tej pory niespecjalnie miała szczęście w miłości — albo to ona była porzucana, albo po prostu nie odczuwała wystarczająco dużo, żeby iść dalej. Bianca marzy o prawdziwym związku, o tym, żeby być zakochaną tak jak w Virginii i być kochaną wzajemnie. Nie chce się ukrywać, ale przede wszystkim nie chce zadowalać się okruchami, które burmistrzyni może jej dać lub zechce dać. Wie, że zasługuje na o wiele więcej, a odkąd Virginia wyznała jej, że też się w niej zakochuje, głowa jej nie przestaje pracować.
— Co tu robisz jak zjawa? — głos Virginii sprawia, że Bianca podskakuje i obraca się w stronę drzwi.
Coś w środku wyrywa się z piersi — stoi tam ona, patrząc na nią z uśmiechem, jakby była najpiękniejszą rzeczą na świecie. Policjantka topi się za każdym razem, gdy Virginia tak na nią patrzy. Virginia należy do tych ludzi naładowanych magnetyzmem i energią, która pochłania cię bez reszty i sprawia, że chcesz być przy niej zawsze, bezpieczna i spokojna. W tej chwili Bianca daje się ponieść chęci, by ją przytulić — odwzajemnia smutny uśmiech i wtula się w nią, pozwalając, żeby burmistrzyni owinęła ją tym ciepłem, które potrafiłoby roztopić bryłę lodu.
— Jak dobrze pachniesz — szepce Virginia, czując jednocześnie nieprzyjemny ucisk w piersi.
Nie jest głupia — od razu wyczuwa, że coś jest nie tak, i napina się. Mogłaby udawać, że nic się nie dzieje, wyminąć temat i odwrócić uwagę Bianki jakąś rozmową, która wyrwałaby ją z tego zamyślenia, ale Virginia Martín nie lubi uciekać od problemów — przynajmniej nie od tych, z którymi jej zdaniem można się zmierzyć, choćby się bardzo bała.
Odchyla głowę do tyłu, aż udaje jej się spojrzeć w twarz Bianki, i ujmuje jej brodę w dłonie.
— Co się dzieje, kochanie?
Bianca odczuwa, jak ściskają ją struny głosowe. Przez chwilę ma wrażenie, że ktoś ją dusi. Za oknem kolejny podmuch wiatru wywołuje huk, ale żadna z nich nie zwraca na to uwagi — patrzą na siebie; jedna smutno, druga z przestrachem.
— Bianca, wiesz, że nie lubię ciszy — mówi burmistrzyni, napinając się. — Cokolwiek to jest, mów już.
Policjantka cofa się o krok, bo potrzebuje trochę powietrza. Bliskość Virginii tak bardzo ją onieśmiela, że trudno jej układać w głowie spójne zdania, więc na chwilę opuszcza wzrok, aż się uspokaja, a potem znów wpatruje się w twarz tej kobiety.
— Dobrze, będę szczera — mówi Bianca. — Czy zostawiłabyś go dla mnie?
Poważna mina Virginii nie drga ani trochę. Mogłaby udać zaskoczenie albo że nie rozumie, o co chodzi, żeby zyskać czas i przygotować najlepszą odpowiedź, ale zrozumiała od razu.
— Rozumiem — wzdycha Bianca z rezygnacją.
— Nie twierdzaj rzeczy, których nie powiedziałam — warczy Virginia, wściekła, że postawiono ją w takiej sytuacji akurat tego dnia, gdy planowała zrobić Biance coś miłego, żeby wynagrodzić jej ten szczupły czas, który jej poświęca.
— Myślę, że brak odpowiedzi to wystarczająca odpowiedź.
— To, że nie odpowiadam od razu, nie znaczy, że nie odpowiem wcale.
Sytuacja wymyka się burmistrzyni spod kontroli — a to coś, do czego nie jest przyzwyczajona i z czym nie za bardzo umie sobie radzić.
— Dobrze, to co odpowiesz? Pytanie jest proste, Virginia: czy zostawiłabyś swojego męża?
— To bardziej skomplikowane i sama to wiesz, do cholery.
Virginia prycha i siada na łóżku. Bianca robi to samo, siadając obok niej z małym odstępem między nimi.
— Dla mnie nie jest aż tak skomplikowane.
— Oczywiście, że nie — ty jesteś wolna i twoja praca nie jest pod lupą wszystkich. Ja muszę uważać na każdy swój krok. Kolejne wybory są tuż za rogiem i wiesz doskonale, że jeśli teraz się rozwiodę, bo zadurzyłam się w kobiecie, która na dodatek jest policjantką w mieście, którym kieruję, to mogę zapomnieć o fotelu burmistrzyni.
Bianca przyjmuje słowa Virginii, jak może, nie chcąc pokazywać, jak bardzo ją ranią, ani tym bardziej tego, że w tej chwili ma ochotę ją uderzyć.
— A gdybyś nie była burmistrzynią?
Virginia szybko obraca w jej stronę głowę — na to pytanie nie musi się zastanawiać, ma odpowiedź całkowicie jasną od kilku tygodni.
— Już dawno bym się rozwiodła — wyznaje, czując, że właśnie obnażyła swoją duszę.
Bianca marszczy brwi, bo słowa, które powinny ją ucieszyć, właśnie dobijają ją do reszty.
— Rozumiem, ale to tu się kończy — mówi i wstaje.
Virginia też się podnosi. Chce zrobić krok w jej stronę, położyć dłoń na jej piersi, pocałować ją w usta i błagać, żeby się zastanowiła. Wie, że gdyby tego chciała i użyła całego swojego uroku i siły przekonywania, mogłaby wygrać jeszcze kilka tygodni — do wyborów, a potem zobaczyć, co dalej — ale nie chce tak postąpić z Bianką. Zbyt bardzo zaczyna ją kochać, żeby zadawać jej taki egoistyczny ból.
— Jasne, że twoja praca zawsze będzie dla ciebie ważniejsza niż ja. Od początku wiedziałam, że mogę konkurować z mężczyzną, ale nie z fotelem burmistrzyni.
— Bianca… — Virginia nie wie, co powiedzieć — teraz to jej ściska się gardło i chce jej się płakać.
Policjantka przykłada jej palec do ust i uśmiecha się mimo strumienia słonych łez spływających po jej policzkach.
— Nic nie mów, bo tylko będzie trudniej. Mam nadzieję, że wygrasz i dostaniesz to, czego chcesz — całuje ją w usta i obydwie wiedzą, że to ostatni raz — a właściwie wiem, że tak będzie. Mam tylko nadzieję, że warto.
Bianca bierze swoją torbę przez ramię i wychodzi z domu Virginii, czując, że to rozstanie będzie najtrudniejszym, z jakim przyjdzie jej się zmierzyć. Unosi wzrok ku niebu, szukając choć odrobiny spokoju, ale od wczoraj wieje dość mocno i zanosi się na deszcz, jakby miał się skończyć świat. Nie może oprzeć się wrażeniu, że pogoda postanowiła zsynchronizować się z nią i wyrazić smutek podobny do tego, który sama czuje.
Virginia była tak rozbita po odejściu Bianci, że nie mogła myśleć. Stała przez kilka minut przy drzwiach, przykuta do miejsca z telefonem w dłoni, nie wiedząc, czy wybiec za swoją kochanką, czy zadzwonić i błagać ją, żeby wróciła. Ręka drżała jej w tym samym rytmie co serce w piersi, a ostatecznie nie zrobiła ani jednego, ani drugiego.
Nie była w stanie myśleć jasno i ogarniała ją wielka złość — nie na Biancę za to, że ją zostawiła, lecz na siebie samą za tchórzostwo. Do tej pory wydawało jej się, że ma to pod kontrolą, że mimo świadomości, iż zakochuje się w policjantce, zdoła tym zarządzać i pogodzić z dotychczasowym życiem. Nie przewidziała jednak, że Bianca zażąda więcej, a tym bardziej że ją zostawi. Nagle dopadło ją coś w rodzaju duszności, które ją przestraszyło, a jednocześnie sprawiło, że poczuła się okropnie nieswojo. Zdała sobie sprawę, że jeśli zostanie zamknięta w domu przez tyle godzin, tego nie wytrzyma — ściany zaczną ją przytłaczać.
Rozdrażniona, ubrała się w spodnie dresowe i koszulkę, wzięła klucze i wyszła na ulicę gotowa na spacer, który miał jej pomóc oczyścić głowę. Ledwo postawiła stopę za progiem, podmuch wiatru rzucił jej włosy na twarz. Sięgnęła po gumkę, którą nosiła na nadgarstku, i zebrała bujne włosy w niedbały kucyk, nie przejmując się zbytnio swoim wyglądem tego ranka. Spojrzała w niebo i zmrużyła oczy — nie dość, że wiał wiatr, to jeszcze nad jej głową rozciągał się koc szarych chmur, przez które od czasu do czasu przebijała się błyskawica gdzieś w oddali. Mimo że na wyspach zwykle dopisuje pogoda, miała w zwyczaju codziennie sprawdzać prognozę — wczoraj jednak, przy Biancy, straciła poczucie czasu i zapomniała, a dziś rano też nie zajrzała. Nie pamiętała, żeby ostatnio zapowiadano burzę, ale postanowiła nie przykładać do tego wagi i ruszyła dalej.
Przeszła przez część miasteczka mniej uczęszczanymi uliczkami, dotarła do strefy leśnej i weszła na jeden z rzadko uczęszczanych szlaków, którymi od czasu do czasu chodziła. Była kobietą towarzyską, ale dziś nie miała ochoty znosić nikogo, a jako burmistrzyni zawsze znajdował się ktoś, kto zatrzymywał ją na ulicy podczas zakupów czy zwykłego spaceru. Raz tylko po to, żeby się przywitać, innym razem żeby poskarżyć się na coś albo poprosić o ulepszenie, które okazywało się niemożliwe. Virginia zawsze słuchała, robiła nawet notatki w telefonie — żadnej prośby ani sugestii nie odrzucała bez wcześniejszego zbadania sprawy. Dziś jednak nie miała nastroju. To był jej wolny dzień, a kochanka właśnie z nią zerwała, więc miała ochotę tylko krzyczeć.
Do domu wróciła trzy godziny później. Pogoda była dokładnie taka sama — wyglądało na to, że to burza bez deszczu, której towarzyszyły jedynie te bardzo uciążliwe porywy wiatru i błyskawice rozświetlające niebo co jakiś czas. Weszła pod prysznic, a gdy wyszła, skierowała się do kuchni. Uczucie pustki po odejściu Bianci nie zniknęło — wręcz przeciwnie, miała wrażenie, że tęskni za nią jeszcze bardziej niż wcześniej. Przynajmniej zły humor nieco ustąpił dzięki wysiłkowi fizycznemu i nie była już tak rozedrgana jak kilka godzin temu.
Nastawiła wodę na makaron i kiedy smażyła sofrito, sprawdziła prognozę pogody. Przez kolejne pięć dni pojawiały się ostrzeżenia przed silnym wiatrem i deszczem, a właśnie w tej chwili dostała powiadomienie z Rządu Wysp Kanaryjskich, które w skrócie informowało, że na Oceanie Atlantyckim uformowała się tropikalna burza o znacznych rozmiarach, mogąca przerodzić się w huragan. Brwi Virgini uniosły się w górę, gdy czytała dalej, że będą ją uważnie śledzić, ponieważ ze względu na jej położenie — choć brzmiało to niewiarygodnie — nie wykluczają, że może przejść przez archipelag Wysp Kanaryjskich.
Dziesięć minut po tej wiadomości Virginia zaczęła odbierać telefony od niektórych członków rady miejskiej, od obrony cywilnej i od komendanta Policji Lokalnej. Ostatecznie uzgodniły spotkanie nazajutrz rano, żeby omówić sprawę — choć przez chwilę była kuszona, żeby zwołać je natychmiast, byle tylko przestać myśleć o Biancy i zyskać kilka godzin wytchnienia. W końcu jednak zrezygnowała z tego pomysłu: trzeba było działać tak jak zwykle, a lepiej było dać upłynąć kilku godzinom i zobaczyć, jak burza się rozwinie do następnego dnia.
Po obiedzie zrobiła sobie relaksującą herbatę ziołową i wyciągnęła się na kanapie z telefonem w dłoni. Patrzyła na ekran bez przerwy, kciuk wędrował po nazwisku Bianci z nieodpartą chęcią napisania do niej albo zadzwonienia. Nadal tego nie robiła. Nie miała prawa — jeśli nie jest w stanie dać jej tego, czego potrzebuje, to przynajmniej niech jej okaże tyle szacunku.
W pewnym momencie, myśląc o niej, musiała zasnąć, bo obudziło ją brzęczenie kluczy i gdy otworzyła oczy i spojrzała w stronę drzwi, zobaczyła wchodzącego męża z małą walizką, którą sama mu spakowała kilka dni temu.
— No proszę, śpi — rzucił Joel jak gdyby na powitanie, z nutą nagany w głosie, którą zaraz przykrył uśmiechem.
Burmistrzyni nie odpowiedziała i przeciągnęła się, żeby się rozbudzić. Bolało ją kilka partii mięśni i ogarniało ją przytłaczające zmęczenie po tak długim marszu, zbyt szybkim i wymagającym jak na ten ranek.
— Co ty masz taką minę? — zapytał Joel. — Tak ci przykro, że mnie widzisz?
— Nie mów głupstw, po prostu wyszłam rano na spacer i boli mnie całe ciało.
— Na spacer w taką pogodę?
Odstawił walizkę, pocałował ją w usta i usiadł obok.
Virginia odczuła nagle nieswojość, równie nagłą co niewyjaśnioną. Od czterech miesięcy zdradzała męża z Biancą i do tej właśnie chwili nigdy nie czuła niechęci do jego pocałunków — teraz jednak zdała sobie sprawę, że gdy ich wargi się zetknęły, nie poczuła absolutnie nic, i to ją wewnętrznie zachwiało.
Joel poluzował krawat i przysunął się do niej, kładąc rękę za jej talią, żeby pewnie przyciągnąć ją do siebie.
— Może uda mi się sprawić, żebyś poczuła się lepiej — mruknął, używając drugiej ręki do głaskania wewnętrznej strony jej uda.
Burmistrzyni powstrzymała natarczywość męża tak szybko, że sama zorientowała się, jak dziwna była jej reakcja. Joel zastygł w bezruchu, ale nie cofnął ręki i patrzył na nią, szukając wyjaśnienia.
— Przepraszam, po prostu mam przed miesiączką i bardzo mi nie wychodzi — bąknęła, żeby wybrnąć z sytuacji.
Pierwsze nie było kłamstwem, drugie już tak.
— Dobrze, idę pod prysznic.
Gdy zabrał rękę, Virginia odczuła ulgę, a zaraz potem frustrację. Nie rozumiała tej nagłej zmiany w sobie i siedziała tak, z łokciami opartymi na kolanach, a głowa płonęła jej od szukania odpowiedzi. Po kilku minutach przyszło jej do głowy tylko jedno wyjaśnienie, które bardzo ją przerażało: do tej pory miała pewność — a przynajmniej tak jej się zdawało — że Bianca zawsze będzie przy niej. To właśnie sprawiło, że zbudowała dwa życia, rozdzieliła Virginia-żonę od Virginia-cudzołożnicy. Utrata policjantki była dla niej ciosem rzeczywistości, który pokazał jej, ku komu kierują się teraz jej prawdziwe uczucia.
— Co robiłaś w ten weekend?
Virginia odwróciła się z szeroko otwartymi oczami i zobaczyła Joela w drzwiach łazienki, z mokrymi włosami i w piżamie. Tak bardzo odpłynęła myślami, że nawet nie usłyszała, kiedy zakręcił kran pod prysznicem.
— Nic — odrzekła spięta — oglądałam serial na Netfliksie.
— Jaki serial?
Serce Virgini podskoczyło. Ani przez chwilę nie przyszło jej do głowy, że tak proste pytanie postawi ją w tak trudnym położeniu. Myślała, co odpowie, jeśli mąż zapyta, co robiła — ale nie przewidziała czegoś tak podstawowego jak tytuł, i nagle poczuła się głupio.
— Wiesz co, tak naprawdę nie zwróciłam uwagi na tytuł, powiem ci później — odparła i wstała. — Jesteś głodny?
Virginia zmieniła temat i mąż dał się z tym pogodzić. Ona jednak nie — ogarniał ją niepokój, chciała, żeby godziny leciały szybciej i żeby móc wyjść do pracy, bo może tam uda jej się myśleć z większą jasnością.
