Granice - Mónica Benítez - ebook

Granice ebook

Mónica Benítez

0,0

Opis

Morgan Kane odeszła z wojska z trzema nieśmiertelnikami i złamanym sercem.
Casey Hunter kieruje firmą żelazną ręką, jednocześnie dusząc się pod naporem ataków paniki.

Gdy ich drogi się przecinają, obie odkrywają, że najgłębsze rany można uleczyć tylko wtedy, gdy odważymy się zaufać komuś innemu.

Między ćwiczeniami oddechowymi a szeptanymi wyznaniami Casey i Morgan przekonają się, że czasem trzeba stracić kontrolę, by odnaleźć samą siebie.

Zrobią to razem, a pośród tej walki odnajdą znacznie więcej niż tylko drogę do uzdrowienia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 208

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



GRANICE
MÓNICA BENÍTEZ
COPYRIGHT © 2026 MÓNICA BENÍTEZWSZYSTKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana w jakiejkolwiek formie ani za pomocą jakichkolwiek środków bez wyraźnej zgody autorki. Dotyczy to między innymi przedruków, fragmentów, kserokopii, nagrań oraz wszelkich innych metod reprodukcji, w tym środków elektronicznych.
Wszyscy bohaterowie, relacje między nimi oraz wydarzenia przedstawione w książce są całkowicie fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych bądź rzeczywistych wydarzeń jest całkowicie przypadkowe.
Safe creative: 2501260731256
https://monicabenitez.es
Twitter: @monicabntz
Instagram: mbenitezlibros
https://www.facebook.com/monicabntz
TikTok: @mbenitez_escritora
SPIS TREŚCI
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Epilog
Rozdział 1
Casey
Kiedy o wpół do szóstej budzik wreszcie zaczyna dzwonić, czuję ulgę zamiast irytacji. Od godziny leżę rozbudzona, przewracam się z boku na bok i powtarzam sobie, że mam zostać w łóżku i spróbować zasnąć, ale choćbym nie wiem jak mocno zaciskała powieki, w głowie kłębią mi się tylko liczby, kontrakty i spotkania, które czekają mnie w ciągu dnia.
Gdy siadam na łóżku, na Apple Watchu pojawia się powiadomienie: tętno przyspieszone bardziej, niż powinno. Ignoruję je, jak robię to od kilku dni, odkąd te alerty walą się jeden po drugim niemal bez przerwy, włączam ekspres i wchodzę pod prysznic. Po wyjściu ubieram się i zauważam, że ręce mi drżą, kiedy nakładam odrobinę makijażu. Znowu zbywam te sygnały — przypominają mi tylko o stresie, w którym tonę — i sięgam po parującą filiżankę kawy, której potrzebuję, by się obudzić i stawić czoła kolejnemu dniowi w roli prezeski Hunter Industries. Wiodąca firma branży oprogramowania finansowego, którą dziadek założył jeszcze jako fabrykę kas fiskalnych i sprzętu księgowego, przejął ją po nim ojciec, a ten — w odpowiedzi na czasy — postawił na technologie i zaczął rozwijać oprogramowanie. Za rok, gdy ojciec przejdzie na emeryturę, w całości odziedziczę ją ja. Mamy ponad trzy tysiące pracowników w biurach w dwunastu krajach i nigdy nie czułam, by te liczby mnie przygniatały — aż do chwili, kiedy ojciec oznajmił, że zamierza zejść z pokładu. Od tamtego dnia czuję na gardle niewidzialną dłoń, która zaciska się i nie puszcza.
O szóstej wchodzę do swojego gabinetu na czterdziestym piętrze z widokiem na port w Bostonie. To jedyne, co lubię w tym potwornym wieżowcu, który postawił dziadek — mój gabinet. Jest narożny, dwie zewnętrzne ściany ma w całości przeszklone, a najbardziej imponuje taras, na który wychodzę zawsze, gdy potrzebuję zaczerpnąć powietrza. A ostatnio zdarza się to bardzo często.
Robię sobie kolejną kawę i patrzę na okropną, brązową, skórzaną kanapę, która stoi pod lewą ścianą. Dostałam ją kilka lat temu od ojca, kiedy doszedł do wniosku, że ja, podobnie jak on, spędzam w biurze tyle godzin, że prędzej czy później przyjdzie mi tu przenocować. Nigdy jej nawet nie dotknęłam — wręcz, prawdę mówiąc, usiadłam na niej tylko raz, w dniu, w którym ją przywieźli, żeby zrobić ojcu przyjemność. Nie dość, że mi się nie podoba, to jeszcze przypomina mi tę, którą matka miała w swoim pokoju do czytania. Czasem mam wrażenie, że ojciec próbuje mnie w nią zamienić — daje mi wszystko, co lubiła matka, jakby z racji podobieństwa do niej musiało mi się to także podobać.
Godzinę później budynek ożywa, ściągają wszyscy pracownicy. Ja piję już trzecią kawę i nie ruszyłam się z fotela, raz po raz przeglądając te same liczby pod jutrzejsze spotkanie z akcjonariuszami. To pierwsze, na którym ojca nie będzie. Twierdzi, że muszę zacząć się oswajać z chwilą, w której odejdzie na dobre, i przyznaję mu rację — jestem przygotowana, w pełni zdolna prowadzić tę firmę bez niego. A jednak odkąd przekazał mi wieść o emeryturze, coś we mnie szwankuje. Coś, czego nie umiem nazwać, a co ma wiele wspólnego z tą niewidzialną dłonią dławiącą mnie w gardle.
Drzwi się otwierają i do gabinetu wchodzi Emily Parker, moja sekretarka od dwóch miesięcy, z tym wiecznym uśmiechem, którego nie rozumiem i który czasem mnie wkurza, bo wygląda, jakby presja jej nie dotyczyła, a świat był różowy. Idealnie wyprasowany kremowy żakiet i blond włosy upięte w nienagannego koka tylko podsycają moje rozdrażnienie.
— Dzień dobry, pani Hunter — mówi Emily słodkim głosem.
— Cześć, Emily — odpowiadam, nie odrywając od niej wzroku.
Podchodzi do biurka z grubą teczką i odkłada ją na bok.
— Raporty, o które pani prosiła. Wszystko, co dotyczy rynku w Tokio. A może wolałaby pani, żebym je przesłała mailem? — pyta, mrużąc oczy.
— Nie. Wiesz przecież, że wolę czytać na papierze — odpowiadam i niemal odruchowo biorę teczkę, wyrównuję ją tak, by kartki leżały idealnie, i odkładam w róg biurka, równo z krawędziami.
— Jasne, rozumiem — uśmiecha się.
W rzeczywistości nie rozumie, ale kłamie, żeby mi dogodzić. Bywa, że sama nie rozumiem swojego zachowania, ale mimo skończonych czterdziestu dwóch lat wciąż trzymam się tej samej metody przyswajania informacji, którą wypracowałam na studiach: czytać, podkreślać i streszczać ręcznie.
— A oto pani dzisiejszy harmonogram. Dwa mniej istotne spotkania przesunęłam na koniec tygodnia, żeby miała pani czas zapoznać się z dokumentami.
Podnoszę wzrok i Emily cofa się o krok, czując, jak ją wzrokiem przebijam. Nie robię tego specjalnie, ale nie znoszę, kiedy ktoś podejmuje za mnie decyzje, nawet w dobrej wierze. Telefon znów wibruje powiadomieniem — tętno znów wyższe niż zwykle. Próbuję się opanować i liczę do trzech, jak prosił mnie ojciec po naszej ostatniej kłótni, w której bardzo trzeźwo zauważył, że nie mogę wyrzucać każdej kolejnej sekretarki, ilekroć zrobi coś, co mi się nie podoba. I oto stoję tu, patrząc na Emily i tłumiąc chęć kazania jej spakować rzeczy i zniknąć mi z oczu razem z tym jej ukochanym uśmiechem.
— Mogę je przeprogramować z powrotem, jeśli zmiana pani nie odpowiada — mówi niemal jąkając się.
— Nie trzeba, jest dobrze. Dziękuję — udaje mi się wycedzić.
Znów ten słodki uśmiech rozlewa się jej po twarzy i nienawidzę jej za to o włos bardziej.
— W takim razie wracam do siebie. Gdyby pani czegoś potrzebowała…
— Dobrze, dam ci znać — przerywam, ale moja oschłość nie potrafi zetrzeć z jej twarzy tego rozanielonego, głupkowatego wyrazu i Emily wychodzi z mojego gabinetu jak grzeczna dziewczynka, która właśnie pobiegła na przerwę. — Cholera — wzdycham i cmokam.
Odchylam się w fotelu na chwilę i wodzę wzrokiem między ekranem laptopa a opasłą teczką, którą Emily właśnie zostawiła na biurku. Powinnam zabrać się za to natychmiast — za moment ruszają negocjacje z rynkiem w Tokio, a jeśli zagramy je dobrze, będzie to wielomilionowy kontrakt dla firmy. Tyle że potrafię myśleć tylko o jutrzejszym spotkaniu z akcjonariuszami i znów to dziwne ssanie pnie mi się po klatce piersiowej, potwierdzając to, czego od kilku dni się boję: że nagle, jakby z dnia na dzień, straciłam tę żelazną pewność siebie, która zawsze była moim znakiem firmowym.
Dzień mija, zanim w ogóle to zauważę. Uświadamiam to sobie dopiero, gdy Emily znów zagląda do gabinetu, żeby się pożegnać, a zaraz po niej wchodzi mój ojciec.
— Cześć, tato.
Nie odpowiada. Wkracza tym wojskowym krokiem, który wyrobił sobie w latach służby, i siada naprzeciwko mnie.
— Emily mówi, że nie wyszłaś z biura przez cały dzień — rzuca jak fakt, który nie wymaga potwierdzenia.
— Teraz mnie szpiegujesz? — pytam zirytowana, ale jego spojrzenie twardnieje i nagle czuję się mała.
— Po prostu zadaję pytanie. Ludzie w takich sytuacjach z grzeczności odpowiadają. Jadłaś coś?
Przełykam ślinę. Rzeczywiście, gdzieś tam żołądek przez chwilę protestował, ale tonęłam w liczbach i głód ulotnił się sam, więc o nim zapomniałam.
— Coś przekąszę po powrocie do domu.
— Cholera, Casey — burczy zniecierpliwiony. — Wstawaj, idziemy na kolację.
— Co? — pytam zaskoczona.
Nie żebym miała z ojcem złe relacje, ale odkąd pięć lat temu zmarła matka, oboje się zmieniliśmy. On stał się jeszcze bardziej zamknięty, niż bywał wcześniej, i jeszcze poważniejszy, jeśli to w ogóle możliwe. A ja po prostu czuję, że muszę być tak doskonała jak ona, żeby nie miał poczucia, że stracił wszystko.
— Nie chce mi się, tato. Jestem zmęczona. Chcę wrócić do domu, wziąć prysznic i…
— I iść spać — kończy za mnie. — Bez nic w żołądku przez cały dzień. To nie jest sugestia, Casey. To rozkaz.
Patrzę w jego szare oczy, identyczne jak moje, na to, jak zmarszczki na czole pogłębiają się, gdy ściąga brwi. Mimo skończonych sześćdziesięciu pięciu lat zachował tę samą wyprostowaną sylwetkę i ten autorytarny sposób bycia, który pamiętam z dzieciństwa.
Nie protestuję dłużej. Czasem mam wrażenie, że ojciec wciąż uważa się za wojskowego, choć rzucił służbę ponad trzydzieści lat temu, kiedy nagle zmarł dziadek i nie pozostało mu nic innego, jak wrócić i stanąć na czele firmy.
— Niech ci będzie — kapituluję, pakując czarną skórzaną teczkę. — Wygrałeś. Tylko żadnych azjatyckich knajp.
— Żadnych azjatyckich — zgadza się, unosząc ręce, a w jego twarzy na sekundę przebłyskuje ten uśmiech, który miał, jeszcze gdy żyła matka. — Znam pewną nową włoską knajpę. Spodoba ci się.
Rozdział 2
Casey
Jeśli wczoraj spała mało, dziś nie zmrużyła oka. Węzeł zaciskający jej pierś na myśl o spotkaniu zarządu jest coraz mocniejszy i chwilami ma wrażenie, że powietrza nie starcza, by mogła oddychać. Materiał jedwabnej bluzki stał się szorstki na nadwrażliwej skórze, a tykanie ściennego zegara, który dostała od matki i którego nie ma odwagi się pozbyć, dudni jej w uszach jak młot.
Spędza w gabinecie trzy godziny i mimo wyczuwalnego chłodu na zewnątrz drzwi na taras są szeroko otwarte; co kilka minut wychodzi, bo to uczucie duszenia i kręcenia w głowie, które nawiedza ją coraz częściej, naprawdę ją przeraża.
Wypija trzecią filiżankę kawy. Gorzki płyn parzy gardło, a żołądek burczy pustym dźwiękiem, który celowo ignoruje. Nie jest w stanie nic przełknąć, sama myśl skręca jej trzewia. Stoi oparta plecami o jedną ze ścian tarasu i raz po raz powtarza dane, które ma przedstawić zarządowi, podczas gdy niemal lodowate powietrze muska jej szyję i przyprawia o dreszcze. Cyfry na ekranie tańczą przed zmęczonymi oczami. Materiał ze spotkania zna na pamięć, prowadziła takie rozmowy dziesiątki razy u boku ojca. Dziś nie powinno być inaczej; od miesięcy to ona tym wszystkim kieruje i nigdy nie drży jej ręka, a jednak w tej chwili nie utrzymałaby nawet marakasów, żeby nie zagrzechotały.
— Akcjonariusze już czekają — oznajmia Emily, zaglądając na taras.
Casey podnosi wzrok i widzi ją tam, wyczekującą, z tym nieodłącznym uśmiechem, kiedy obejmuje się ramionami w oczekiwaniu na odpowiedź. Powiadomienie z zegarka znów wibruje, informując, że puls jest szybszy, niż powinien, więc Casey wzdycha, próbując się uspokoić.
— Powiedz im, że za chwilę przyjdę.
Emily wygląda na wdzięczną, że może czym prędzej wrócić do środka, by się nie zmrozić, a Casey chciałaby tu zostać i zamienić się w bryłę lodu. Nie rozumie, co się z nią dzieje, i to tylko pogłębia jej dyskomfort.
Wraca do biurka, papiery zamienia na laptopa, ale zanim wyjdzie, postanawia zajrzeć na chwilę do łazienki — i z przerażeniem stwierdza, że nawet makijaż nie zdołał ukryć ogromnych worków pod oczami, z którymi przyszła do pracy. Najbardziej jednak rzuca jej się w oczy nabrzmiała żyła na szyi, w której doskonale widzi rytm walącego serca.
— Cholera — wzdycha i kładzie na niej palce w jałowej próbie uspokojenia.
Potem zamyka oczy, wypuszcza powietrze, aż opróżni płuca, wychodzi z łazienki, zabiera laptopa i wreszcie rusza stawić czoła spotkaniu.
Gdy wchodzi do sali konferencyjnej, woń drogich perfum zlewająca się z zapachem skóry z wykonawczych foteli uderza ją w nos i wywołuje mdłości. Widzi ogromny podłużny stół, przy którym wita ją trzynaście par oczu, i żółć podchodzi jej do gardła, dławiąc odruchem wymiotnym. Wyczekujące twarze rozmywają się w nieostre plamy i nie potrafi pojąć, co się z nią dzieje.
— Dzień dobry — mówi i przez ułamek sekundy o mało nie kieruje się ku pustemu krzesłu w prawym rogu, ale tym razem nie ono jej przypada, tylko to u szczytu stołu — krzesło ojca.
Spotkanie się rozpoczyna i Casey skupia się na realizacji punktów z porządku obrad. Jeśli wszystko pójdzie bez zacięć, szybko skończą — tylko że zimny pot natychmiast zalewa jej plecy, a w oczach co rusz ciemnieje, uniemożliwiając posuwanie się naprzód w tempie, w jakim by chciała.
— Wszystko w porządku, Casey? — pyta Ariel Banks, jeden z najstarszych akcjonariuszy firmy i przyjaciel jej ojca z czasów tak odległych, że mógłby powiedzieć, że zmieniał jej pieluchy.
— Tak. Po prostu źle spałam — tłumaczy się, ściskając grzbiet nosa.
— Może zrobimy przerwę? — proponuje zaniepokojony.
— Nie — odpowiada stanowczo, świadoma, że oddech robi jej się nieregularny i bardzo chaotyczny.
Bierze tablet, próbuje przejść do następnego ekranu, ale ręka tak jej drży, że nie potrafi trafić w odpowiednią ikonę. Podnosi wzrok, żeby się upewnić, że nikt z obecnych tego nie zauważył, i to, co widzi, przeraża ją do reszty: nie sięga wzrokiem dalej niż własna dłoń, obraz całkiem jej się rozmywa, robi się słabo.
— Casey, źle wyglądasz — słyszy Ariela.
Nie potrafi nawet na niego spojrzeć. Z drżącymi nogami odpycha krzesło z absurdalnym zamiarem wstania i wyjścia z sali na świeże powietrze, ale gdy tylko próbuje się podnieść, wszystko ciemnieje, w głowie rozbrzmiewa nieprzyjemny pisk i osuwa się.
Następne, co widzi, otwierając oczy, to białe światło, które ją oślepia i zmusza do ich ponownego zaciśnięcia.
— Casey, słyszysz mnie?
Otwiera je gwałtownie na dźwięk głosu ojca i próbuje się podnieść, zdezorientowana, ale jego ogromna dłoń na piersi jej to uniemożliwia.
— Nie ruszaj się. Lekarz powiedział, żebyś odpoczęła.
— Lekarz? — powtarza nieprzytomnie.
Rozgląda się i z przerażeniem stwierdza, że jest w szpitalu. Nic z tego nie rozumie — ostatnie, co pamięta, to to okropne spotkanie, a potem czarna dziura.
— Co się stało?
— Zemdlałaś na zarządzie — wyjaśnia ojciec, a jej przeklęty zegarek znów wysyła powiadomienie, kiedy puls jej skacze.
— Niemożliwe, tato. Byłam…
Nie potrafi dokończyć — nie pamięta nic od momentu wejścia do tamtej sali.
— Padłaś jak worek, Casey. Miałaś szczęście, że nie roztrzaskałaś sobie głowy o stół. Ariel zadzwonił po karetkę i do mnie. I tak się znaleźliśmy tutaj — kończy poważnym tonem.
— Nie wiem, co powiedzieć, tato. Zwołam spotkanie ponownie na dzisiaj po południu, już mi przeszło — mówi i próbuje się unieść.
Znów go zatrzymuje jego dłoń, a w spojrzeniu widzi coś, co ją przeraża.
— Niczego nie zwołasz. Nawet nie zapytałaś, co ci się stało. Nic cię to nie obchodzi?
Casey patrzy na niego, mruga kilka razy, przełyka.
— Spadek ciśnienia?
— Atak paniki — rzuca wprost, a jego słowa przeszywają ją jak włócznia.
— Atak paniki? Niemożliwe — odpowiada i tym razem nie potrafi jej powstrzymać przed usadzeniem się na kozetce. — Nie miałam żadnego ataku paniki. Zemdlałam, bo nie zjadłam śniadania, koniec historii. Możemy już iść?
— Nie — odmawia stanowczo. — I przestań udawać, że nic się nie dzieje.
— Nic nie udaję, tato — odpowiada nerwowo. — Lekarze się pomylili. Powiedz im, żeby powtórzyli badania, niech tu wrócą i podepną mnie do tych kabli, na pewno to, co miałam, to mikrozawał.
Oprócz tego, że plecie bzdury, znów czuje, że nie ma czym oddychać i że pokój wiruje. Przez chwilę wydaje jej się, że znów się osunie, ale pewne dłonie ojca ją podtrzymują i pomagają się położyć, a on prosi, żeby się uspokoiła.
— Zostajemy tu, dopóki nie poczujesz się dobrze, więc przestań pleść głupstwa i postaraj się wyluzować — żąda akurat w chwili, kiedy do sali wchodzi lekarz.
Mężczyzna tłumaczy jej dokładnie to samo, co przed chwilą ojciec, tylko że robi to drobiazgowo, opisując kolejno wszystkie objawy ataku paniki — co do jednego te, które towarzyszą jej od tygodni.
— A jak się to leczy? — pyta z niepokojem.
— Żeby je opanować, trzeba wiedzieć, co je wywołuje, pani Hunter. Najczęstszą przyczyną ataków paniki jest stres. Czuła się pani ostatnio zestresowana? — pyta lekarz.
— Nie, w żadnym razie — zaprzecza stanowczo, czując, jak ostre spojrzenie ojca wbija się w jej skroń.
Podczas gdy ona okłamuje lekarza, ojciec milczy oparty o ścianę w głębi z założonymi rękami i obserwuje ją uważnie. Wie, że powinna powiedzieć prawdę: że jest pracoholiczką, która nie potrafi się zatrzymać, i że ostatnio jest tak zestresowana, że ledwo je i nie potrafi spać dłużej niż cztery godziny — ale tego nie robi. Zapewnia lekarza, że to z pewnością coś jednorazowego, nerwy przed ważnym spotkaniem, i że ma nad tym kontrolę. W końcu zostaje wypisana.
— Dziś nie chcę cię widzieć w biurze — rzuca ojciec, wysadzając ją pod domem.
Po tych słowach odjeżdża, a ona zostaje skonsternowana. Spodziewała się, że w drodze powrotnej wybuchnie i nawrzeszczy na nią za to kłamstwo, ale przez całą drogę milczał, i to milczenie ją niepokoi.
Wchodzi do mieszkania, a cisza uderza w nią jak policzek. Zsuwa szpilki i bosa idzie do okna. Miasto rozciąga się przed nią, niezmordowane, gorączkowe — zupełnie jak jej dotychczasowe życie — i po raz pierwszy od dawna zastanawia się, czy naprawdę wszystko ma pod kontrolą, jak zawsze sądziła.
Rozdział 3
Morgan Kane
Nawet na emeryturze poranne pompki i brzuszki to coś, czego nie potrafię wyrzucić z rutyny, choć moje obecne życie nie ma już nic wspólnego z dyscypliną wojskową. Rytmiczny dźwięk własnego oddechu i kontakt z chłodną podłogą cofają mnie do czasów, gdy wszystko wydawało się prostsze, kiedy rozkazy i jasna struktura były wszystkim i pomagały mi zachować skupienie.
Karierę, która — jak sądziłam — była moją pasją, porzuciłam dziewięć lat temu, po pewnym traumatycznym wydarzeniu, którego nie zdołałam unieść. Kiedy wróciłam do cywila, straciłam orientację i błąkałam się przez kilka lat, aż w końcu, jakieś cztery lata temu, znalazłam pomoc, której potrzebowałam, w jednym z ośrodków dla weteranów.
Poznałam tam pewnego konkretnego człowieka, kapitana, też dawno emerytowanego. Posępny, małomówny, zdystansowany — a jednak z jakiegoś powodu wziął mnie pod swoje skrzydła i stał się kompasem, dzięki któremu się ustabilizowałam. Jego wsparcie dało mi odwagę, by spróbować nowych rzeczy. Spokój znalazłam w jodze, więc założyłam własną firmę i teraz zajmuję się treningiem personalnym osób zagubionych, zestresowanych albo na granicy załamania — kontroluję im rutyny, posiłki, a nawet czas wolny. I prawda jest taka, że klientów mi nie brakuje.
Kiedy kończę ćwiczenia, herbata, którą sobie wcześniej zaparzyłam, jest już gotowa do wypicia. Wypiję ją, a potem wezmę prysznic. Naga przed lustrem zatrzymuję wzrok na nieśmiertelnikach, które zostawiłam na marmurze, gdy się rozbierałam. Metal jest poszczerbiony przez lata, ale nazwiska wciąż doskonale czytelne. Czuję, jak w środku piersi zaciska się mały węzeł — nie trwa długo, ale po dziewięciu latach wciąż tu jest. Wiem, że powinnam przestać nosić te blaszki — moją i Sary — ale nie dzisiaj. Wieszam je sobie na szyi, ubieram się i wychodzę z domu. Mam się spotkać na śniadaniu z moją najlepszą przyjaciółką, też emerytowaną wojskową, Samanthą Wells.
— Spóźniłaś się — rzuca Samantha, ledwie siadam naprzeciwko niej.
— Łżesz — odpowiadam z uśmiechem.
Można mi zarzucać wiele, ale nie brak punktualności. Samantha uśmiecha się i podsuwa mi filiżankę zielonej herbaty, którą zamówiła wcześniej.
— Właśnie ją przyniosły. Bez cukru, jak lubisz.
— Dzięki — biorę ją do ręki.
— Co u ciebie? Chcesz iść pobiegać? — proponuje Samantha.
Unoszę brew i wykrzywiam ten półuśmiech, który w moich czterdziestu pięciu latach doprowadził do szału niejedną kobietę — choć mnie, odkąd zostawiłam wojsko, kobiety obchodzą tylko o tyle, o ile pomagają zabić czas.
— Odkąd wyszłaś za tego bogatego dziada, masz za dużo wolnego czasu — kpię, obejmując dłońmi filiżankę.
— Patrzcie ją, kto to mówi. Sama nie masz teraz żadnego intensywnego programu i kontrolujesz klientów przez telefon — to dopiero jest wymarzona praca.
— Ale przynajmniej pracuję — uśmiecham się i zerkam na kalendarz.
Tak jak mówi, dwa tygodnie temu zakończyłam ostatnią umowę na pełen etat z poprzednią klientką i teraz tylko monitoruję ją telefonicznie — ją i kilkoro innych, którzy po trzech miesiącach pod moimi rozkazami wypracowali rutynę pomagającą im opanować nerwy, lepiej spać, lepiej się odżywiać i być skuteczniejszymi w tym, co robią.
— Dziś rano mam zaplanowane dwie sesje. Potem, jeśli chcesz, możemy pójść pobiegać.
— Świetnie. Z kim sesje? Influencerka jest w tym gronie? — pyta jadowicie.
Uśmiecham się i kiwam głową.
— Kiedy ją wreszcie przelecisz?
— Nie zamierzam jej przelecieć, Samantho. Mówiłam ci tysiąc razy: żadnego mieszania interesów z przyjemnością — odpowiadam ze znużeniem. — To są zasady.
— Ale ona jest tobą zafiksowana. Jestem pewna, że ciągnie te sesje tylko po to, żeby z tobą rozmawiać. Twoje zasady są głupie — nie chce zrozumieć.
Przewracam oczami.
— Ciągnie je, bo jeszcze sobie nie ufa i boi się, że znowu się rozsypie. A teraz ucisz się na chwilę — mówię, gdy telefon zaczyna dzwonić, a na ekranie widzę nazwisko mężczyzny, któremu — jak czuję — jestem winna bardzo wiele.
Samantha unosi ręce w geście rozejmu.
— Panie Hunter, wszystko w porządku? — pytam zaniepokojona.
— Zawsze powtarzałaś, że mi się odwdzięczysz, Morgan — mówi w swoim typowym, suchym tonie.
— Oczywiście. Czego pan potrzebuje?
— Żebyś zrobiła to, co zwykle robisz, z Casey. Z moją córką.
Zajmuje mi chwilę, zanim odpowiadam, oszołomiona. Nie znam córki pana Huntera, ale po sposobie, w jaki o niej mówił, nigdy nie pomyślałabym, że potrzebuje tego rodzaju pomocy.
— Morgan? — upewnia się, że nie rozłączyłam się.
— Jestem, panie Hunter. Co się dzieje z Casey? — pytam.
— Wczoraj dostała ataku paniki, który w środku ważnego spotkania skończył się omdleniem. Od tygodni mało je, źle śpi, w biurze spędza więcej godzin niż w domu. Krótko mówiąc, jest zestresowana, wymyka się spod kontroli i mnie nie słucha. Za niecały rok przechodzę na emeryturę, Morgan, i nie mogę zostawić córki na czele firmy ze świadomością, że w każdej chwili może się posypać. Potrzebuję, żebyś nauczyła ją się zatrzymywać, bo mnie najwyraźniej się nie udało.
— Jasne, żaden problem — odpowiadam z przekonaniem, że dam radę jej pomóc.
— Właściwie problem jest — odpowiada Jackson Hunter.
— Jaki?
— Casey jeszcze o niczym nie wie, ale gwarantuję ci, że nie zgodzi się na to ani trochę.
Łapię się na uśmiechu — w głębi duszy najbardziej lubię wyzwania.
— W takim razie będzie pan musiał mnie zatrudnić i dać mi wolną rękę: niech robię i burzę, jak mi się podoba, a ona niech nie ma żadnej możliwości, by mi w czymkolwiek przeszkodzić — proszę z niepokojąco silnym pragnieniem poznania tej kobiety.
— Z tym nie będzie problemu. Ja zadbam o to, żeby nie mogła cię zwolnić i żebyś miała dostęp do wszystkiego, czego potrzebujesz. A ty zadbaj o to, żeby przestała mieć cienie pod oczami i żeby kolejne, co spotka moją córkę, nie było zawałem.
— Kiedy mam zaczynać? — pytam niecierpliwie.
— Jutro.
— Dobrze. Za chwilę prześlę panu listę wszystkiego, czego potrzebuję. Zdzwonimy się później.
— Nowa klientka? — pyta Samantha, gdy się rozłączam.
— Klientka. Córka kapitana Huntera.
— Nie wiedziałam, że jego córka to neurotyczna prezeska — żartuje Samantha i milknie, gdy przeszywam ją wzrokiem.
— Nie jest neurotyczką, po prostu wygląda na lekko zestresowaną. Tak czy inaczej, bieganie musimy przełożyć — puszczam jej oczko, a Samantha wzdycha sfrustrowana.
Rozdział 4
Casey
Popołudnie ciągnie się dziwnie i wydaje się nie mieć końca. Casey nie pamięta, kiedy ostatnio spędziła je poza biurem, a najgorsze jest to, że laptop został tam, więc nie da rady popracować z domu. Cisza w mieszkaniu jest niemal ogłuszająca. Zmęczona przeskakiwaniem kanałów, wyłącza telewizor i wstaje, gotowa sięgnąć po jedną z wielu książek czekających od dawna na swoją kolej, te kupowane i piętrzące się zakurzonym stosem na stoliku albo regale. Ale gdy czyta tytuły i wodzi palcami po grzbietach w poszukiwaniu czegoś, co przykułoby jej uwagę, dociera do niej, że i na to nie ma ochoty. Potrzebuje tylko jednego: wyjść stąd, wrócić do biura i sprawdzić raporty — bo to jest to, w czym jest dobra, co umie robić i na co ma ochotę. I w tej samej chwili uświadamia sobie, jak puste jest jej życie.
Opiera się plecami o ścianę, przytłoczona, gotowa cisnąć tym przeklętym zegarkiem o podłogę, kiedy znów odzywa się powiadomienie: tętno znów podwyższone. Chrząka i próbuje się skupić na czymś, co ją odciągnie, ale myśl wraca jak bumerang — matka miała rację, mówiąc, że nie wolno jej pozwolić, by życie kręciło się wyłącznie wokół firmy, bo z czasem zamknęła się w sobie i została sama. Nie żeby potrzebowała przyjaciół. A może i tak — sama nie wie. W każdym razie teraz przydałby jej się ktoś, z kim mogłaby pójść na drinka i przewietrzyć głowę.
Przez chwilę bawi się myślą, żeby pójść samej i upić się do nieprzytomności w byle podrzędnym barze, ale natychmiast ją odrzuca, bo w szpitalu dali jej leki na lęki, a łączenia tych tabletek z alkoholem raczej nie będzie się polecać. Zdesperowana podchodzi do okna w salonie i otwiera je, żeby chłodne powietrze uderzyło ją w twarz, ale to nie to samo co taras w gabinecie, bo tam jest czterdzieste piętro i wrażenie zupełnie inne.