Decyzje - Mónica Benítez - ebook

Decyzje ebook

Mónica Benítez

0,0

Opis

Barbara wyjechała z miasteczka z miłości.
Irene — bo była zakochana w Barbarze.

Czternaście lat później obie wracają.
Barbara z powodów rodzinnych, Irene — zmęczona ciągłym życiem w drodze, szukając stabilizacji.

Żadna z nich nie wie o powrocie tej drugiej, dopóki przypadek nie sprawia, że spotykają się w churrerii.

Irene z niepokojem odkrywa, że jej uczucia do Barbary wciąż są żywe — niezmienione.

Barbara, dojrzalsza i bogatsza o doświadczenia, nie widzi już w Irene dziewczyny, która kiedyś wyjechała. Widzi kobietę — i nagle odczuwa silną potrzebę, by poznać ją na nowo, głębiej.

Irene zrobi wszystko, by trzymać się na dystans i chronić przed własnymi uczuciami, jednak okoliczności — oraz jej praca jako lekarki w miejscowej przychodni — sprawiają, że ich drogi krzyżują się znacznie częściej, niż by tego chciała.

A wtedy uczucia jednej zaczynają narastać, a drugiej — wybuchają, jakby przez lata były tylko tłumione.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 166

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



DECYZJE

MÓNICA BENÍTEZ

COPYRIGHT © 2026 MÓNICA BENÍTEZWSZYSTKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana w jakiejkolwiek formie ani za pomocą jakichkolwiek środków bez wyraźnej zgody autorki. Dotyczy to między innymi przedruków, fragmentów, kserokopii, nagrań oraz wszelkich innych metod reprodukcji, w tym środków elektronicznych.

Wszyscy bohaterowie, relacje między nimi oraz wydarzenia przedstawione w książce są całkowicie fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych bądź rzeczywistych wydarzeń jest całkowicie przypadkowe.

Safe creative: 2403187362431

https://monicabenitez.es

Twitter: @monicabntz

Instagram: mbenitezlibros

https://www.facebook.com/monicabntz

TikTok: @mbenitez_escritora

SPIS TREŚCI

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Epilog

Rozdział 1

— Jak się masz, kochana?

Irene Costa patrzy na ekran swojego laptopa i uśmiecha się do Pauli, z oczami pełnymi łez. Od kiedy wróciła do miasteczka, emocje buzują jej blisko powierzchni i ogarnia ją tak ogromne poczucie samotności, że czuje, jakby wokół niej była tylko pustka.

— Dobrze — kłamie i uśmiecha się ponownie.

Paula, siedząca obok swojego męża Aitora, kręci głową, podczas gdy on cmoka z niezadowoleniem.

— Nie wyglądasz na kogoś, kto ma się dobrze, Irene — mówi on. — Jak przebiegł powrót?

— Ciężko — odpowiada lakonicznie.

Irene nie może znaleźć lepszego słowa na to, co czuje.

— Myślałam, że po tylu latach będzie inaczej, ale czuję się tu bardzo nieswojo. Nie znoszę tego.

— To normalne — mówi Paula — wyjechałaś stamtąd zbyt wiele lat temu, zostawiając za sobą bardzo bolesne wspomnienia. A powrót do tego domu, nie wiem, Irene...

— Tak, to nie był dobry pomysł.

Irene rozgląda się wokół, czując się obco w domu, w którym mieszkała do dwudziestego piątego roku życia. Wróciła czternaście lat później i ma wrażenie, że nie ma tu dla niej nic, że wszystkie jej dobre wspomnienia są pogrzebane pod tymi złymi, że jest jej niemożliwe je odkopać.

— Nie rozpakowałam walizki, nawet nie usiadłam na kanapie — wyznaje, przełykając ślinę, patrząc na swoich przyjaciół. — Nie powinnam była wracać.

— Powinnaś wrócić, Irene, ale nie do swojego domu, kurwa — uważa Aitor z irytacją. — Dawno powinnaś była się go pozbyć. Sprzedaj go albo wynajmij, a ty znajdź sobie inne miejsce do życia.

— Tak, może to zrobię — mówi zamyślona.

— Oczywiście, że tak, kobieto — zachęca ją Paula. — Musisz zacząć od nowa, a w tym domu nie możesz, to niemożliwe.

Irene kiwa głową, wiedząc, że jej przyjaciółka ma rację. Za każdym razem, gdy mija pokój, który należał do jej rodziców, jej ciało przechodzi nieprzyjemny dreszcz.

— A w pracy, jak tam w przychodni? — zmienia temat Paula.

— No cóż — tym razem Irene uśmiecha się szczerze — to małe miasteczko, zupełnie nie przypomina tego, co robiliśmy podczas misji humanitarnych. W ciągu dwóch dni, odkąd tu jestem, przyjęłam tylko trzech pacjentów w przychodni i jednego w domu. Prawda jest taka, że to trochę dziwne, ale podoba mi się, myślę, że potrzebuję tego spokoju.

— Oczywiście, że tak — potwierdza Aitor — czternaście lat podróżowania z obozu do obozu sprawia, że człowiek czuje się spełniony, ale takie życie wyczerpuje.

— Powiedzcie to sobie — mówi Irene i wszyscy troje się śmieją.

Irene pracowała cztery lata jako lekarka w misjach humanitarnych, kiedy poznała Paulę w obozie, w którym obie spędziły osiem miesięcy. Ich szczera przyjaźń nawiązała się natychmiast i stanowiły tak dobry zespół, że od tego czasu zawsze prosiły o te same miejsca przeznaczenia, żeby pracować razem. Dwa lata później poznały Aitora, kierował kampanią szczepień w jednej z osad, w której one miały spędzić kilka miesięcy, i w końcu dołączył do zespołu. Miłość między nim a Paulą rozwijała się powoli, z biegiem miesięcy, aż rok później wzięli ślub w ceremonii prowadzonej przez szamana, wśród kwiatów i odwiecznych rytuałów, które zafascynowały trójkę przyjaciół.

Małżeństwo nie stanęło na drodze ich pracy i wszyscy troje dalej pracowali razem, aż Paula zaszła w ciążę dwa lata temu. Wtedy zdecydowali, że dla nich misje się skończyły i nadszedł czas, by wrócić. Irene została sama i poczuła się jak na początku. Na początku radziła sobie dobrze, ale w ostatnich miesiącach zaczęła odczuwać, że ona też potrzebuje zwolnić, osiąść w jednym miejscu i stworzyć własny dom. Po długim namyśle podjęła decyzję i zaczęła działać, aż wreszcie lekarz z Tablas — miasteczka, w którym się wychowała — przeszedł na emeryturę i zaproponowano jej zostać nową lekarką rodzinną w miasteczku.

Irene nie wyobraża sobie pracy w szpitalu, posłuszeństwa rozkazom i przestrzegania zasad innych. Jest przyzwyczajona do improwizacji i podejmowania ważnych decyzji w zbyt krótkim czasie, dlatego przyjęła tę posadę, bo w miasteczku z zaledwie czterema tysiącami mieszkańców sprawy załatwia się w bardziej nieformalny sposób.

— I tobie też — odpowiada Paula. — Słuchaj, Irene, wiem, że nie jest ci łatwo tam wrócić, że wszystko może być bardzo przytłaczające po tym, co stało się z twoimi rodzicami i tym, co czułaś do tamtej dziewczyny.

Irene skręca się w żołądku.

— Barbara tam nie mieszka, ona nie stanowi problemu — mówi, starając się, żeby jej głos nie drżał, gdy wypowiada jej imię.

— No dobrze, ale ty się w niej zakochałaś tam i będzie wiele rzeczy, które ci ją przypomną. Z nami nie musisz udawać twardej, jasne? Znamy tę historię, wiemy, jak bardzo cię to wszystko dotknęło i jak nadal dotyka.

Irene ma ochotę się rozpłakać, ale przełyka ślinę i wytrzymuje, jak może.

— Wyszła za mąż i przeprowadziła się do miasta. O ile nie przyjedzie odwiedzić rodziców, bardzo wątpię, żebym się z nią spotkała.

— Ale może się zdarzyć, Irene.

— Tak, może się zdarzyć — przyznaje, wzdychając.

Irene już rozważyła tę opcję, ale nie martwi się tym zbytnio. Rodzice Barbary mieszkają na drugim końcu miasteczka i prawie niemożliwe jest, żeby miała tyle pecha, by się z nią spotkać.

— Będzie dobrze — zapewnia, uśmiechając się. — Potrzebuję tylko trochę czasu, żeby się przystosować i jak najszybciej pozbyć się tego domu.

— Dokładnie — klaszcze w dłonie Paula, doceniając jej pozytywne nastawienie.

— I nie zamykaj się w domu po pracy, poszukaj jakichś zajęć albo zaadoptuj psa i wychodź z nim na spacery, ale nawiązuj kontakty, zobaczymy, czy szybko cię wydamy za mąż — mówi Aitor.

— Żebym ja wyszła za mąż?

Irene wskazuje na siebie i śmieje się. Nigdy nie wchodziło to w jej plany, może dlatego, że w nich istnieje tylko jedna osoba, z którą byłaby gotowa na wszystko, ale ta osoba jest szczęśliwie zamężna z Moisésem, chłopakiem z tej samej paczki, z którą chodziły Barbara i ona, więc Irene, w swoich trzydziestu dziewięciu latach, nigdy nie snuje romantycznych planów.

Rozdział 2

Irene Costa obudziła się dziś rano bardziej ożywiona. Po wczorajszej popołudniowej rozmowie z przyjaciółmi czuje się nieco lepiej i przypomniała sobie, że nie jest całkowicie sama, ma ich, swoją jedyną rodzinę.

Jej pierwsza godzina pracy zarezerwowana jest na zaplanowane wizyty domowe, ale dziś nie ma żadnej, więc pomyślała, że wpadnie do cukierni, którą widziała któregoś popołudnia, gdy przyjechała do miasteczka. Ta jest nowa, bo kiedy ona tu mieszkała, w tym lokalu był sklep rowerowy. Decyduje, że zacznie dzień od śniadania składającego się z churros z czekoladą, czegoś, czego nie jadła od dawna, a kiedy skończy swoją zmianę, wpadnie do biura nieruchomości w miasteczku i wystawi swój dom na sprzedaż. Paula i Aitor ostrzegali ją przed jej przyjazdem, że wprowadzenie się do domu, który odziedziczyła po rodzicach, to zły pomysł, ale ona musiała uwierzyć, że pokonała tę część swojego życia i że może zmierzyć się z tymi duchami, przed którymi kiedyś uciekła. Rzeczywistość pokazała jej, że wciąż tam są i że prawdopodobnie nigdy nie znikną. Jak powiedziała jej kiedyś terapeutka, nie chodzi o wymazanie przeszłości, ale o nauczenie się życia z nią, a Irene jeszcze tego nie osiągnęła.

Dociera do cukierni w dziesięć minut. Ten dzień na początku czerwca wstał całkowicie bezchmurny i zapowiada się, że za kilka godzin będzie upalny. Irene poprawia swoją bluzkę i pcha drzwi. W powietrzu unosi się przyjemny zapach churros i roztopionej czekolady. Po obu stronach drzwi są stoliki, prawie wszystkie zajęte. Zauważa, jak ciekawe spojrzenia sąsiadów wbijają się w nią i czuje się bardzo nieswojo na początku, ale ogranicza się do powitania dzień dobry i przechodzi dalej, kierując się prosto do lady. Irene podchodzi ze wzrokiem wbitym w tablicę, która oferuje różne opcje śniadaniowe. Zaczyna się zastanawiać, czy chce churros, czy chce porras. Jedyne, co ma pewne, to że chce czekoladę, i jest w pełni dyskusji, kiedy jedna z kelnerek pojawia się przed nią.

— Irene?

Irene przebiega prąd, który ją paraliżuje, kiedy słyszy jej głos. Jeszcze nie widziała jej twarzy, ale wie, że to ona, nigdy by jej nie zapomniała. Serce zaczyna bić szaleńczym rytmem i powoli, z mrowiem ściskającym jej żołądek, którego nie doświadczyła od dawna, opuszcza wzrok, by natknąć się na zaintrygowane oczy Barbary Sierry, która patrzy na nią z wyrazem między zaskoczeniem a radością.

— Co ty tu robisz? — pyta Irene łamiącym się głosem i zmarszczonymi brwiami.

— Pracuję tu — odpowiada Barbara, nie wiedząc, jak poradzić sobie z sytuacją.

Serce Irene zaczyna walić w skronie, jakby otrzymywała informację, której nie jest w stanie zrozumieć. Czuje się oszołomiona i sparaliżowana i wie, że nie może zostać tam ani sekundy dłużej, bo inaczej zemdleje, jak zdarza się jej czasami.

Patrzy Barbarze w oczy ostatni raz, jakby musiała potwierdzić, że to nie jest jej halucynacja, że to nie duch i że naprawdę jej była najlepsza przyjaciółka, a jednocześnie dziewczyna, w której zakochała się tak bardzo, że bolało ją oddychanie, pracuje w tej cukierni, co oznacza, że nie mieszka już w mieście.

Irene odwraca się i idzie w stronę wyjścia, wlokąc nogi, jakby miała je zatopione w błocie. Drżą jej wargi i czuje wilgoć w oczach. Musi biec i krzyczeć, a jednocześnie wie, że nie może, bo jej ciało nie reaguje. Wychodzi na zewnątrz, odsuwa się od witryny i przykleja plecy do ściany, czując, że się dusi. Patrzy w niebo, szukając jakiejś chmury, żeby odwrócić uwagę, wyobrażając sobie kształty, ale jest całkowicie bezchmurne, więc wbija wzrok w chodnik, zaczyna liczyć kostki brukowe i idzie krótkimi, powolnymi krokami w kierunku przychodni. Już nie chce churros.

— Mówiłam ci, że wróciła — głos jej matki sprawia, że Barbara się odwraca, wciąż oszołomiona tym, co właśnie się stało.

Patrzy na swoją matkę i czeka cierpliwie, aż skończy obsługiwać klientki, które wychodzą po śniadaniu. To prawda, że jej matka powiedziała jej wczoraj, że Irene jest w miasteczku, że sąsiadka powiedziała jej, że jest nową lekarką rodzinną, ale Barbara, chociaż w głębi duszy chciała, żeby to była prawda, zwykle nie wierzy w plotki między sąsiadkami.

— Wciąż jest na mnie zła — mówi sfrustrowana, kiedy jej matka do niej podchodzi.

— Zawsze mówisz, że nic się nie stało, Barbaro, ale coś musiało się stać, żeby ta uraza trwała tyle lat.

Barbara wydycha z wściekłości i bezsilności. Irene wyjechała z dnia na dzień, bez wyjaśnień i bez pozostawienia możliwości kontaktu z nią. Barbara wciąż pamięta ten raz, kiedy zadzwoniła do niej, jak robiła to co tydzień po tym, jak wyjechała do miasta, i zamiast Irene odpowiedział jej robotyczny głos, który mówił, że ten numer już nie istnieje. Została zdezorientowana, patrząc na swój telefon. To niemożliwe, nie pomyliła się, bo miała numer Irene zapisany i musiała tylko nacisnąć przycisk połączenia. Zrobiła to ponownie i wynik był taki sam, i tak dwanaście razy. W desperacji zadzwoniła do innych wspólnych przyjaciół, którzy próbowali do niej dzwonić i działo się im to samo. Dopiero gdy Laura, jedna z jej przyjaciółek, podeszła do domu Irene i odkryła od sąsiadki, że wyjechała z miasteczka kilka dni temu. Kobieta nie mogła podać jej więcej szczegółów, bo Irene nie powiedziała jej, dokąd jedzie, tylko że będzie poza domem przez długi czas i żeby wyświadczyła jej przysługę i przewietrzyła jej dom od czasu do czasu. Tak minęły miesiące, a także lata, czternaście, żeby być dokładnym, w których Barbara nie wiedziała o niej nic, aż do teraz. Irene wróciła i nie jest w stanie wytrzymać jej spojrzenia.

Przez cały ten czas Barbara próbowała wyobrazić sobie tysiąc powodów, które mogły spowodować wyjazd Irene. Jedyny, który dla niej wszystko usprawiedliwiał, to niedawna śmierć jej rodziców, szczególnie jej matki, którą Irene znalazła wykrwawioną w wannie miesiąc po tym, jak jej ojciec zginął w wypadku przy pracy. Barbara trzymała się tej idei przez cały ten czas, ale postawa Irene sprzed kilku sekund całkowicie ją zdezorientowała. Dlaczego, do diabła, jest na nią zła, kiedy powinno być odwrotnie? To Barbara mogłaby rzucić tysiąc wyrzutów swojej przyjaciółce za zniknięcie w ten sposób bez mówienia nic właśnie jej, kiedy opowiadały sobie wszystko i miały absolutne zaufanie, czy nie?

— Nic się nie stało, kurwa — mówi zirytowana, mocno chwytając ladę. — Nie zrobiłam jej nic, mamo, mówiłam ci to tysiąc razy.

Starsze małżeństwo wchodzi na śniadanie i Esperanza, matka Barbary, zostawia córkę samą z jej frustracją i idzie ich obsłużyć.

Irene musi usiąść. Coś pali ją w piersi i uczucie duszenia się rośnie z każdą chwilą. Dociera do parku, pustego o tej porze, bo dzieci są w drodze do szkoły, więc siada na jednej z ławek i wyciąga telefon, żeby zadzwonić do Pauli.

— Co się stało, Irene? — pyta Paula, zdziwiona, że dzwoni o tej porze.

— Jest tutaj — głos Irene wychodzi chrapliwy i słaby.

— Kto? O czym mówisz?

— O Barbarze — wyrok wychodzi w towarzystwie szlochu bezsilności, którego nie może kontrolować.

Paula się przeraża. Zna bardzo dobrze swoją przyjaciółkę, wszystkie jej sekrety i lęki, i w konsekwencji wie, że odkąd Irene znalazła swoją matkę wykrwawioną w wannie i zemdlała z wrażenia — z powodu głębokiej traumy, z którą nigdy sobie do końca nie poradziła — doznaje nagłych omdleń w obliczu bardzo napiętych sytuacji, kiedy jest wstrząśnięta lub nie potrafi poradzić sobie z emocjami.

— Cholera, Irene, uspokój się. Czy ktoś jest z tobą?

— Nie, ale spokojnie, siedzę i mam to pod kontrolą.

— Jesteś pewna?

Irene kiwa głową nieświadomie, jakby jej przyjaciółka mogła ją widzieć.

— Irene.

— Tak, potrzebuję tylko to przetrawić.

— W porządku, skąd wiesz, że tam jest? Widziałaś ją?

— W cukierni, pracuje tam — Irene mówi bardzo szybko, prawie połykając słowa.

— O rany — Paula nie wie, co powiedzieć, tego się nie spodziewała. — Jak się poczułaś, kiedy ją zobaczyłaś? — pyta w końcu.

— Tak samo jak wtedy, gdy miałam dwadzieścia lat, Paulo. Co mam robić? — pyta przygnębiona.

— Nic, Irene, żyj swoim życiem. Może tak będzie lepiej. Wcześniej bałaś się, że możesz ją spotkać, jeśli przyjedzie z wizytą, teraz już wiesz, że jest w okolicy, przyjmij to do wiadomości i nie przechodź w pobliżu tej cukierni.

— Jakie to proste — denerwuje się Irene.

— A co mam ci powiedzieć, kochanie? Jeśli w ciągu czternastu lat jej nie zapomniałaś, nie zrobisz tego teraz, ale też nie możesz zatrzymać swojego życia z tego powodu ani znowu uciekać z miasteczka. Zmierz się z tym raz na zawsze, przyjmij, że ona jest tam i ty też, obiecuję, że się przyzwyczaisz.

Irene wzdycha i zamyka oczy, opierając łokcie na kolanach. Z głosem przyjaciółki po drugiej stronie linii czuje się nieco lepiej. Przynajmniej tym razem nie jest sama, ma ich, znają jej sekret, wiedzą, co czuje do Barbary i nie musi tego w sobie dusić jak wtedy, ze strachu, że ktoś się wygada, a jej przyjaciółka dowie się, co do niej czuje.

— Dobrze — mówi Irene po pauzie. — Jest tutaj.

— Tak, jest tam — potwierdza Paula spokojnie.

— Dzięki, że mnie wysłuchałaś, teraz idę do przychodni, bo w końcu się spóźnię.

— Dzwoń zawsze, kiedy będziesz potrzebować, wiesz, że jeśli w domu nie ma mnie, jest Aitor.

— Tak — Irene uśmiecha się z wdzięcznością.

— No dalej, podnieś się na duchu. Zobaczymy, czy możemy na jeden dzień zostawić dziecko moim rodzicom i wyrwiemy się do ciebie.

— To byłoby wspaniałe, dawno się nie widzieliśmy.

— Obiecuję, że wkrótce przyjedziemy.

Irene rozłącza się, trzymając się tej obietnicy i wstaje, żeby ruszyć w drogę. Nagle czuje, że wszystko się zmieniło i że jej powrót nie będzie już tak spokojny, jak planowała.

Rozdział 3

Minęły dwa dni od ich starcia z Barbarą, ale Irene nie może wyrzucić z głowy tamtej chwili, tego precyzyjnego momentu, kiedy usłyszała jej głos — ten głos — ten, którego zawsze pragnęła słuchać między szeptami w łóżku. Siedząc za biurkiem w gabinecie lekarskim drży na samą myśl o tym, nie wie jak to zrobić, nie wie w jaki sposób uda jej się przystosować do możliwości napotkania jej w każdym miejscu. Kiedyś uciekła, bo to był jedyny sposób, w jaki uznała, że zdoła o niej zapomnieć, przynajmniej o tym, co czuła, ale to nie zadziałało, jej uczucia do Barbary się nie zmieniły i zawsze warunkowały jej życie, uniemożliwiając jej kochanie i bycie kochaną.

Teraz staje w obliczu czegoś zupełnie innego, wiedząc, że nie może zmienić tego, co czuje, musi nauczyć się żyć z tym, a jednocześnie z nią, i nie jest pewna, czy da radę.

Myśląc o tym, dostaje powiadomienie z kalendarza, informujące ją, że przybyła jej następna wizyta. Irene patrzy na nazwisko, Miguel Zamora, i wstaje, by otworzyć drzwi i wpuścić go. Nogi zaczynają jej drżeć, gdy wypowiada imię i widzi oszołomiona, jak z jednego z rzędów plastikowych krzeseł zajmujących poczekalnię, wstaje Barbara, trzymając za rękę chłopca. Irene nie zwróciła uwagi na wiek Miguela Zamory, ale biorąc pod uwagę, że oprócz nich w sali jest tylko starsza pani, którą widziała każdego dnia, odkąd prowadzi tu konsultacje, dedukuje, że Miguel to dziecko, któremu towarzyszy Barbara, a zatem jej syn.

Robi krok w bok, by przepuścić ich, z przytłaczającym uczuciem zawrotów głowy. Oddycha głęboko, zanim zamknie drzwi i koncentruje się na Miguelu. Musi odłożyć swoje uczucia na bok, a także dyskomfort, który wywołuje obecność Barbary.

— Cześć, Irene — wita właścicielka cukierni.

Irene wbija w nią wzrok i odpowiada skinieniem głowy, po czym znów patrzy na Miguela, od razu zauważając, że chłopiec zachowuje się bardzo nieśmiało. Przylgnął do matki, wzrok utkwił w biurku, a myśli gdzieś pobłądziły.

— Cześć, Miguelu — wita Irene.

Miguel unosi ten uciekający wzrok i obserwuje ją przez chwilę, ale nie odpowiada i znów opuszcza głowę.

— Jest bardzo introwertyczny — wyjaśnia Barbara — bardzo trudno nawiązuje kontakt z innymi i wyraża swoje emocje.

— Asperger? — pyta Irene.

— Nie, robili mu testy, to kwestia charakteru. Jego nieśmiałość jest ekstremalna.

— Cóż, ma siedem lat — mówi doktor po szybkim rzucie oka na historię choroby — to mu przejdzie.

— To samo mi mówili, kiedy miał cztery, ale ja nie widzę żadnych zmian.

— Próbowałaś zabrać go do pedagoga?

— Nie przyszłam tu ze względu na niego, Irene, Lito jest w porządku.

— To po co? — Irene się irytuje.

— Chcę z tobą porozmawiać, a po tym, jak uciekłaś tamtego dnia, wnioskuję, że jeśli przyjdę do ciebie do domu, nie otworzysz mi drzwi, więc jedyne miejsce, gdzie przyszło mi do głowy, że mogę cię przyłapać, to tutaj.

— Nie do wiary — mówi Irene z otwartymi ustami. — Marnujesz publiczne zasoby, żeby rozwiązać swoje osobiste problemy?

— Jakie zasoby? Tam na zewnątrz masz tylko donię Paquitę, która na twoją wiadomość, przychodzi tu każdego ranka, bo jest tu chłodniej, a przy okazji dowiaduje się, co się dzieje z wszystkimi. Ta stara to plotkara.

Lito unosi zaskoczony wzrok na matkę.

— Nie zwracaj na mnie uwagi, kochanie, to mama jest zła.

— Na mnie? — Lito mówi tak cicho i skrycie, że Irene z trudem go słyszy.

— Nie, mój skarbie, nie na ciebie.

Barbara patrzy na Irene i powstrzymuje wykrzyknik.

— Czyli jest gorzej, używasz Miguela jako wymówki, sprawiasz, że traci dzień w szkole...

Miguel wydaje z siebie coś w rodzaju skowyczenia i przytula się do matki.

— Nie mów do niego Miguel, nie lubi tego. Mama nie była zbyt trafna, wybierając twoje imię — Barbara mówi do niej, a Irene ma wrażenie, że żałuje zbyt wielu rzeczy. — Mów na niego Lito.

— Zmiana imienia jemu nie zmienia tego, co ty zrobiłaś.

— Dzisiaj jego klasa jest na wycieczce, a Lito bardzo się denerwuje, kiedy oddala się od miasteczka — ucina Barbara — dlatego przyszedł ze mną.