Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Krwawy tytuł - To miasto nigdy nie śpi – tylko czeka, aż zamkniesz oczy. W labiryncie wrażliwych, śmierdzących wilgocią uliczek i obskurnych kamienic zło nie kontrolowane w mroku. Ono nim oddycha. Czai się na kolejnych rogu, sączy z pękniętych neonów i następstw z okien mieszkań, w których nikt nie zadaje pytań, gdy ktoś nie przestanie oddychać.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 480
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
KRWAWY TYTUŁ AGA FOX WYDAWNICTWO AGRA Sp. z o.o 1. Znużyło ją to idealne, bezbłędnie poukładane życie. Na pierwszy rzut oka miała wszystko: spełniała się jako matka, była kochaną żoną i szanowaną nauczycielką. Angażowała się w projekty społeczne, bezinteresownie pomagała innym, a otoczenie darzyło ją autentyczną sympatią. Dobiegła czterdziestki – wieku, który osiągnęła, krocząc ścieżką spokoju i obyczajowej poprawności. A jednak, jak wiele kobiet w tym momencie życia, zmagała się z cichym kryzysem. Patrząc w lustro, widziała jedynie mankamenty własnego ciała, uważała się za brzydką i grubą. Na szczęście u jej boku stał człowiek, dla którego wciąż pozostawała najpiękniejs zą kobietą na ziemi. Mąż znosił jej nagłe wzloty i dramatyczne upadki z niezłomną cierpliwością i czułością. Mało kto jednak wiedział, że obecne małżeństwo było je j drugim. Pierwsze, po dziesięciu latach piekła, rozpadło się na sali sądowej w atmosferze publicznego prania brudów i upokorzenia. Tamten człowiek zdradzał ją chorobliwie, niszcząc ją fizycznie i psychicznie. Wtedy, przed laty, Ada nie widziała już żadnego sensu istnienia, ogarnięta wszechobecną bezradnością i samotnością. A przecież jako osiemnastolatka miała w sobie tyle odwagi. Uciekła z biednej, wiejskiej rodziny do Warszawy, szukając lepszego losu. Chwytała się jakiejkolwiek pracy, byle przetrwać. To wtedy poznała 1 jego. Woczach zagubionej dziewczyny jawił się jako dar od losu, wybawienie. Rzeczywistość brutalnie zweryfikowała te złudzenia tuż po ślubie. Dni Ady wypełniły się wyzwiskami; stała się „nieudacznicą”, „pasożytem”, „głupią krową”. Wielokrotnie uciekała z domu w środku nocy, boso, byle tylko uchronić się przed mężem, który wracał pijany i na niej demonstrował swoją siłę. Gwałcił ją, a potem szydził z jej słabości, powtarzając, że jest nikim. Gdy stawiała opór, jego wściekłość przybierała na sile. Kiedy brakowało mu obelg, zaczynały się ciosy. Bił ją do nieprzytomności – najpierw pięściami po twarzy, a gdy upadała, kopał jej zwijające się z bólu ciało. Patrzył na nią z taką pogardą, jakby u jego stóp leżała bezwartościowa plama rzygowin. Z czasem paradoksalnie otępiała. Ciało przywykło do razów tak bardzo, że przestało odczuwać fizyczny ból. Najbardziej krwawiła jednak jej dusza. Każdego dnia pragnęła przerwać ten koszmar, ale paraliżujący strach odbierał jej resztki sił. Wtedy, w tamtym poprzednim życiu, panicznie bała się pójść na policję. Zgłoszenie kolejnego pobicia uważała za wyrok śmierci – wiedziała, że jego zemsta byłaby bezwzględna. Dziś jako dojrzała kobieta, zupełnie inaczej definiowała miłość i patrzyła na świat przez pryzmat innych wartości. Przeszłość, choć bolesna, nauczyła ją pokory oraz głębokiego szacunku do samej siebie. Ceną za ten spokój był jednak dystans; Ada stała się ostrożna, a zaufanie do ludzi dawkowała z ogromną rezerwą. Maćka poznała zupełnie zwyczajnie, w osiedlowym 2 sklepie spożywczym. Ich historia pozbawiona była filmowego romantyzmu czy wzniosłych uniesień. Ada stała w kolejce, roztrzęsiona i zdenerwowana rozmową telefoniczną z prawnikiem, który prowadził jej sprawę rozwodową. Wpewnym momencie z drżących rąk wysunął się jej portfel, a jego zawartość z głośnym brzękiem rozsypała się po podłodze. Maciek bez słowa uklęknął, pomagając jej zbierać bilon, a potem przejął od niej ciężkie torby, by mogła spokojnie dokończyć rozmowę. Odprowadził ją do samochodu. Zanim się pożegnali, wymienili się numerami telefonów. I tak to się zaczęło. Przyszły wspólne wieczory, długie randki i niespieszne spacery po parku, podczas których ze zdumieniem odkrywali, jak wiele ich łączy. Gdy Ada zaszła w ciążę, oboje z zapartym tchem wyczekiwali narodzin syna. Kiedy Oskar przyszedł na świat, postanowili wziąć ślub, pieczętując budowę prawdziwego, bezpiecznego domu. Maciek stał się jej opoką, wspierając ją na każdym kroku. Był przy tym mężczyzną wyjątkowej urody. Wysoki, doskonale zbudowany, o ostrych, wyrazistych rysach twarzy, które nadawały mu zdecydowanego charakteru. Kilkudniowy zarost kontrastował z zaskakująco długimi, gęstymi rzęsami i ciemnymi jak noc włosami. Niejedna kobieta oglądała się za nim na ulicy, lecz on widział tylko Adę. Kiedy Oskar poszedł do przedszkola, wróciła do szkoły, by znów czerpać radość ze swoich małych, zawodowych sukcesów. Czuła się po prostu szczęśliwa u boku 3 człowieka, który skoczyłby za nią w ogień. Czteroletni dziś Oskar był owocem tej dojrzałej miłości – ufnym, spokojnym chłopcem, wychowywanym w cieple i emocjonalnym bezpieczeństwie. Tworzyli zwyczajną, polską rodzinę, niewyróżniającą się z tłumu, a Ada każdego dnia dbała o to, by mąż i syn czuli się kochani. Oparcie znalazła też w dwóch wiernych przyjaciółkach. To przed nimi mogła otworzyć serce i to z nimi, w rzadkich wolnych chwilach, celebrowała zwyczajną, kobiecą codzienność. Ktoś, patrząc z boku, rzuciłby krótko: ideał. Dom ze spłaconym kredytem, stabilna praca, rodzina, lojalni przyjaciele – wszystko na swoim miejscu, przewidywalne i do bólu typowe. I to właśnie ta typowość powoli ją zabijała. Gdzieś z tyłu głowy, niczym natrętny szept, kiełkowała pokusa, by spróbować czegoś innego. Czegoś więcej. Chciała zacząć odd ychać pełną piersią, żyć bez wiecznego oglądania się na konsekwencje. Któregoś poranka po prostu stanęła przed lustrem, spojrzała we własne oczy i uznała, że ma dość. Dość bycia bezwolną powłoką, jedynie materiałem genetycznym, zapchajdziurą czy robotem zaprogramowanym na bezrefleksyjną egzystencję. Pragnęła nie tylko trwać, ale i działać. Dokonać czegoś wielkiego, namacalnego i znaczącego. Chciała przenosić góry, zostawić po sobie ślad, który odczuje cały świat. Nie szukała przy tym poklasku, sławy ani materialnych zysków. Chodziło o wewnętrzny głos, o pewność, że ziemia staje się lepszym miejscem tylko dlatego, że ona na niej jest. Przez jedną dłuższą chwilę zapragnęła 4 wcielić się w rolę Boga – poczuć absolutną władzę nad światem i każdym żywym stworzeniem. Plan już kiełkował. Potrzebowała jedynie bodźca, iskry, która pchnie ją do działania i wskaże właściwy kierunek. Znaku, który upewni ją, że nadszedł właściwy moment, by wstrząsnąć światem w posadach. Wczesnym, słonecznym popołudniem siedziała w ogródku jednej z kawiarni na warszawskiej Starówce. Ciepłe, ale nienachalne promienie słońca zalewały stolik odsunięty od ulicznego gwaru – idealne, przytulne miejsce na intymną rozmowę lub ucieczkę w głąb dobrej lektury. Ada sączyła kawę i patrzyła na Oliwię oraz Martę. Przyjaciółki szczebiotały beztrosko, obmawiając kogoś, kogo ona nawet nie znała. Sama, zatopiona w gęstwinie własnych myśli, jedynie udawała, że słucha. Oliwia była matką uroczej dziewczynki, z którą Oskar chodził do przedszkola. Poznały się właśnie tam, w szatni, gdy mała Ania ostentacyjnie skradła Oskarowi soczystego całusa. To była miłość od pierwszego wejrzenia, a ich matki zostały skazane na wielogodzinne wysłuchiwanie opowieści o tym, jak wspaniali są ich mali wybrankowie. Z Martą natomiast Ada znała się najdłużej – od czasów pierwszej pracy w stolicy. To Marta wyciągnęła do niej rękę, gdy jako zagubiona, śmiertelnie przerażona dziewczyna nie znała w Warszawie żywej duszy i rozpaczliwie potrzebowała pomocy. Była jedyną osobą, która wtedy wyciągnęła do niej pomocną dłoń. Pożyczyła pieniądze na pierwszy start, pomogła znaleźć dach nad głową i lepszą pracę. Ich przyjaźń przetrwała lata, 5 wykuta w ogniu wzajemnego wsparcia. Dziś, wraz z Oliwią, tworzyły zgrane trio dojrzałych kobiet – mężatek, które znały się jak łyse konie i nie miały przed sobą tajemnic. – Było cudownie, naprawdę. Musicie tam ze mną pojechać. – Oliwia z entuzjazmem wspominała weekendowy wypad na Mazury. – To może za dwa tygodnie? Wpiątek akurat mam wolne. – Marta podchwyciła pomysł. – Wyjechałybyśmy pod wieczór i wróciły w niedzielę. Co ty na to, Ada? Jakie masz plany? Pytanie zawisło w próżni. Ada błądziła myślami zbyt daleko, by je usłyszeć. – Ada! Halo, ziemia do Ady! – Co?… Ach, tak… Przepraszam was, zamyśliłam się. – odpowiedziała, lekko zmieszana, wracając do rzeczywistości. – Tego akurat nie da się nie zauważyć. – mruknęła złośliwie Oliwia, przewracając oczami. Ada wyprostowała się w wygodnym fotelu, a jej twarz spoważniała. Przyjaciółki wymieniły szybkie spojrzenia. Taka sytuacja zdarzyła się po raz pierwszy. Ada, dotąd zawsze skupiona na rozmówcy, gotowa współczuć i doradzać, nagle stała się nieobecnym duc hem. – Coś się stało? Masz jakiś problem? – zapytała z troską Marta – Nie, skądże. Dzień jest po prostu taki piękny, rozmarzyłam się. – Na pewno? 6 – Tak. O czym mówiłyście? – O Mazurach. Jedziesz z nami za dwa tygodnie? Babski weekend, bez mężów. – Z miłą chęcią. – rzuciła Ada. Zgodziła się, ale bez przekonania. Gdzieś w środku targały nią wątpliwości: czy naprawdę chce zostawiać męża i małe dziecko? A może powinna ulec impulsowi i pozwolić sobie na oddech? Postanowiła odłożyć te rozważania na później. Pożegnały się, a Ada ruszyła niespiesznie parkową aleją. Wokół pyszniły się rabaty pełne rozkwitłych róż. Kochała kwiaty, ich odurzającą woń i czyste piękno natury. Wprzeciwieństwie do wielu współczesnych kobiet, goniących jedynie za karierą i pieniędzmi, Ada nosiła w sobie głęboką wrażliwość. Czytała książki, namiętnie chodziła do teatru, koiła nerwy muzyką poważną. Odkąd na świecie pojawił się Oskar, miała na to mniej czasu, choć wciąż udawało im się z Maćkiem wyrwać na romantyczną randkę, gdy teściowa zgadzała się przejąć opiekę nad małym. Spacerując, Ada snuła marzenia o wielkim domu pod Warszawą, otoczonym gigantycznym ogrodem, pełnym ziół i strzelistych słoneczników. Na razie musiała jednak zadowolić się rzeczywistością – małym domkiem z niewielkim trawnikiem na Żoliborzu, który udało im się kupić dzięki rzadkiemu, okazyjnemu zbiegowi okoliczności na rynku nieruchomości. Nie mogła narzekać na finanse. Wiodło im się całkiem dobrze, ale na tak potężną inwestycję jak spełnienie marzeń o posiadłości pod 7 miastem nie mogła sobie jeszcze pozwolić – nie przy małym dziecku i związanych z tym wydatkach. Maciek prowadził własny biznes; tworzył meble na zamówienie dla indywidualnych klientów. Czasami trafiali mu się wymagający, ale niezwykle majętni zleceniodawcy i wtedy przynosił do domu naprawdę konkretne pieniądze. Pozwalało im to odłożyć na luksusowe wakacje czy po prostu bezkarne spełnianie drobnych zachcianek. Zdarzały się jednak i takie sytuacje, gdy zamożne klientki w podeszłym wieku za wszelką cenę próbowały uwieść przystojnego rzemieślnika. Ada bywała wtedy chorobliwie zazdrosna. Kiedy zdegustowany Maciek wracał do domu i opowiadał, jak obiecujące zlecenie znów okazało się pułapką matrymonialną, kazała mu natychmiast zmieniać profesję. Sama pracowała w szkole jako nauczycielka języka niemieckiego, dorabiając na boku tłumaczeniami tekstów. Wwolnych chwilach pisywała też artykuły do biuletynu, w którym jej bliska znajoma piastowała stanowisko redaktor naczelnej. Teraz, idąc żwirową aleją parku, rozkoszowała się słońcem i ciepłym wiatrem, który plątał jej długie, blond włosy. Wracała do domu – do męża i syna, który był jej największą dumą. Na biurku czekała już jednak proza nauczycielskiego życia: sterta wypracowań. Pomysłowość uczniów nie znała granic, a te najzabawniejsze perełki Ada skrupulatnie kopiowała i zachowywała na pamiątkę. Dopiero potem miał nadejść upragniony, wspólny 8 wieczór. Tradycyjny scenariusz: ona przygotuje kolację, zjedzą razem, potem przyjdzie czas na zabawę z Oskarem, który był wyjątkowo grzecznym dzieckiem. Gdy mały uśnie, wreszcie zostaną sami. Zazwyczaj lądowali na kanapie przed telewizorem – ona z kieliszkiem wina, Maciek ze szklanką dobrego drinka. Tak mijał niemal każdy ich idealny dzień. Tak idealny, że aż mdły. Adę od środka rozsadzała dzika energia, nieodparte pragnienie, by choć raz zrobić coś na przekór rutynie. Wewnętrzny silnik pracował na zbyt wysokich obrotach, by współgrać z monotonią Żoliborza. Nagle zorientowała się, że nie jest sama. Mężczyzna idący za nią początkowo nie wzbudził podejrzeń – w końcu to park, każdy miał prawo tu spacerować. Kiedy jednak obejrzała się po raz dziesiąty, a nieznajomy wciąż deptał jej po piętach, poczuła chłód na plecach. Przyspieszyła kroku i gwałtownie skręciła w boczną, węższą ścieżkę. Mężczyzna bez wahania podążył za nią. Rozejrzała się z narastającą paniką. O tej porze park był przerażająco pusty. Matki z wózkami wróciły już do domów, a dla młodzieży szukającej ustronnych miejsc na libacje było jeszcze za wcześnie. Gdzieniegdzie majaczyła jedynie sylwetka staruszki karmiącej gołębie trzęsącymi się dłońmi. Gdyby Ada zaczęła krzyczeć, nikt nie zdołałby przyjść jej z pomocą. „To był błąd” – pomyślała z wściekłością na samą siebie. Zmiana trasy na opustoszałą alejkę była kardynalnym błędem. Mężczyzna szedł kilkanaście metrów z tyłu, wciąż zachowując dystans. Wułamku sekundy, gdy Ada pomyślała o ucieczce, on zerwał się do biegu. 9 Odległość między nimi stopniała w mgnieniu oka. Kolejne sekundy zlały się w kalejdoskop brutalnych, chaotycznych obrazów. Zaatakował bez ostrzeżenia. Dopadł ją od tyłu, chwycił garścią za długie blond włosy i szarpnął z całej siły. Straciła równowagę i runęła na ziemię. Zanim zdążyła nabrać powietrza w płuca, napastnik już na niej siedział. Poczuła na sobie jego ciężar i gwałtowne ruchy rąk, które próbowały rozerwać guziki jej bluzki. Desperacko chwyciła go za przeguby dłoni, próbując zablokować kolejne ciosy. Wyrwał się z jej uścisku i z impetem uderzył ją w twarz. Natychmiast zaczął rozpinać jej spodnie, ściągając je na siłę. Ona, mimo przerażenia, nie straciła zimnej krwi. Jej umysł działał z lodowatym opanowaniem. Gorączkowo szukała dłonią czegokolwiek, co mogłoby posłużyć za broń, jednocześnie broniąc się desperacko – kopała i odpychała jego dłonie jak najdalej od siebie. Im większy stawiała opór, tym mocniej napierał. Gdy brutalnie pozbawił ją ubrań, stanął nad nią usatysfakcjonowany. Przygniótł jej klatkę piersiową ciężkim buciorem i zaczął opuszczać spodnie do kolan. Adzie brakowało tchu; ciężar napastnika paraliżował jej ciało. Szarpiąc się z całych sił, patrzyła mu prosto w oczy. Były jasnoniebieskie, pełne dzikiego, zwierzęcego pożądania. Uśmiechał się z wyższością, ostentacyjnie demonstrując fizyczną przewagę. Jej protesty tylko go napędzały. Pochylił się, zacisnął wielkie, brudne łapy na jej szyi i zaczął dusić, przywierając ciężarem do jej wpół nagiego ciała. 10 – Drzyj się, suko! – wycharczał jej prosto w ucho oddechem przesiąkniętym alkoholem. Ada nie miała zamiaru krzyczeć – wiedziała, że w tym pustym parku nikt jej nie usłyszy. Wgęstwinie liści jej palce natrafiły w końcu na coś twardego. To był spory, ostry odłamek krawężnika. Zacisnęła na nim palce i z impetem uderzyła mężczyznę w skroń. Krew trysnęła strumieniem, zalewając jej oczy i twarz. Napastnik jęknął głucho i bezwładnie osunął się na nią, przygniatając ją swoim ciężarem. Przez chwilę leżała bez ruchu z zamkniętymi oczami. Gdy fala adrenaliny nieznacznie opadła, zalała ją fala łez. Szybko jednak ustąpiły one miejsca czystej wściekłości. Zepchnęła z siebie martwe ciało i wstała. Odnalazła rzucone w trawę spodnie, ubrała się, po czym podeszła do leżącego i z całych sił kopnęła go w brzuch. Bydlak nie drgnął. Kiedy przyklęknęła i sprawdziła puls na szyi, zorientowała się, że nie żyje. Splunęła na niego z obrzydzeniem. Dopiero wtedy podniosła z ziemi torebkę, wyciągnęła telefon i wykręciła numer alarmowy. 11 2. To nie było zwyczajne zgłoszenie, jakich co dzień wysłuchiwał mały komisariat ukryty między blokami na warszawskim Żoliborzu. Telefon odebrała Beata – młoda adeptka, która na posterunku pracowała dopiero drugi dzień. Trafiła akurat na popołudniową zmianę, która potęgowała jej i tak ogromny stres. Jako jedyna kobieta w zespole czuła się tam skrajnie nieswojo, a realia tej pracy całkowicie wykraczały poza jej strefę komfortu. Wmawiała sobie, że to tylko kwestia czasu, że w końcu przywyknie do obleśnych uśmieszków kolegów, którzy ostentacyjnie traktowali ją jak głupią gęś. – Opasłe świnie. – syknęła pod nosem, gdy kolejny raz przyłapała jednego ze starszych stopniem policjantów na taksowaniu wzrokiem jej pośladków. Popołudniowych dyżurów nienawidziła najbardziej. To wtedy miasto budziło swoje najgorsze demony. Wieczne zgłoszenia od pijanych żartownisiów mieszały się z dramatami domowymi, gdy wracający z pracy mężowie katowali żony. To popołudniami nastolatkowie handlowali pod szkołami narkotykami i tłukli się do nieprzytomności o dziewczyny, a przed zamknięciem sklepów plagą stawały się kradzieże. Ogólnie rzecz biorąc – popołudnia na Żoliborzu oznaczały dno. Zatłoczone ulice stolicy pełne 12 były spieszących do domów kierowców. Zamiast skupić się na drodze, nerwowo informowali żony przez telefony, gdzie dokładnie są i za ile będą, by chwilę później ulec dramatycznym wypadkom. Ginęli na miejscu lub trafiali na sygnale do szpitali. Beata, odbierając kolejny telefon, wiedziała, że jej mały komisariat jest bezradny – nie miała już kogo wysłać na miasto, a tym bardziej do tak poważnego zgłoszenia. – Komisariat policji Żoliborz, słucham? – głos Beaty Tyćkowskiej brzmiał pewnie i stanowczo. Tego przynajmniej nauczyli ją w akademii. – Zabiłam bydlaka, który chciał mnie zgwałcić… Wsłuchawce zapadła martwa cisza. Wgłowie Beaty pulsowała tylko jedna, chaotyczna myśl: O kurwa. Przez sekundę zupełnie zapomniała, że po drugiej stronie czeka przerażona, straumatyzowana kobieta. – Halo! Słyszy mnie pani? – w głosie Ady odezwało się zniecierpliwienie. – Tak, słyszę. Przepraszam... Proszę podać imię, nazwisko i dokładne miejsce. – Ada Wołkowicz. Jestem w parku Żeromskiego. Próbowano mnie zgwałcić, ale chyba go zabiłam. Nie rusza się. Brak tętna. – Przyjęłam zgłoszenie. Zaraz ktoś u pani będzie. Proszę pod żadnym pozorem nie oddalać się z miejsca. – Nie mam zamiaru. – ucięła Ada i rozłączyła się. Beata rozejrzała się po dyżurce. Zostało tylko dwóch mundurowych. Ktoś musiał pilnować budynku, ona zaś musiała jechać w teren. Wybrała mniejsze zło – Daniela. Uważała go za przygłupa, 13 ale drugi z nich, Rysiek, nie nadawał się nawet do prowadzenia radiowozu, a co dopiero do zabezpieczenia miejsca zbrodni. Obecność Beaty była zresztą konieczna. Procedury jasno nakazywały, by przy przestępstwach na tle seksualnym ofiarę zabezpieczał funkcjonariusz tej samej płci. Podeszła do Daniela, który właśnie kręcił się przy automacie z kawą. Szarpnęła go za rękaw. Jej ton stracił dotychczasową nieśmiałość. – Jedziemy. Razem. Uprzedzam, będzie grubo. – Na przejażdżkę? Z tobą? – Daniel zarechotał. – Chyba na wrotkach i na plac zabaw. – Zgłoszenie gwałtu, pajacu. – ucięła hardo, ignorując jego tanią docinkę. – Cholera... – zza zębów Daniela uleciał cały rezon. Pięć minut później byli na miejscu. Znaleźli Adę siedzącą na betonowym krawężniku przy jednej z alejek. Miała rozszarpane ubranie, rozwichrzone włosy i ślady krwi na twarzy. Dłońmi kurczowo usiłowała zasłonić zmasakrowaną, pełną sińców klatkę piersiową. Tuż za nią rozciągała się gęsta rabata rododendronów i wysoki bukszpan. Zza zielonych liści wystawała nieruchoma, męska dłoń. – Dzień dobry, posterunkowa Beata Tyćkowska... Nie zdążyła dokończyć, podać stopnia ani zapytać o szczegóły. Ada weszła jej w słowo: – Ada Wołkowicz. A tam leży to bydle. – Sprawdź to. – rzuciła Beata do Daniela. Mundurowy na szczęście wykazał się instynktem. Przedarł się przez krzaki, a po chwili jego głowa 14 wyłoniła się z powrotem. – Wzywamy prokuratora. Nie żyje. Podczas gdy Beata próbowała okryć Adę i zapewnić jej minimum komfortu, Daniel dzwonił już po grupę dochodzeniowo-śledczą, medyka sądowego i cały sztab ludzi, którzy mieli zabezpieczyć ślady. – Muszę zabrać panią na komisariat, żebyśmy mogły w spokoju spisać zeznania. Tutaj za chwilę zrobi się piekło. – Dobrze, rozumiem. Muszę tylko zadzwonić do męża. Powiedzieć, że się spóźnię. – Oczywiście. Przesłuchanie trwało kilka godzin. Na tym etapie nie postawiono jej zarzutów zabójstwa czy przekroczenia granic obrony koniecznej, ale śledczy lojalnie uprzedzili ją, że sprawa i tak trafi do sądu, by formalnie wyjaśnić okoliczności zgonu. Nad ranem odwieziono ją radiowozem pod wskazany adres . Maciek od godzin nie odchodził od okna. Wybiegł na zewnątrz w samych klapkach, gdy tylko zobaczył niebieskie błyski na podjeździe. – Kochanie… – dopadł do niej, blady z przerażenia. – Wszystko w porządku. Jestem cała. – powiedziała cicho, choć jej głos drżał. – Na pewno? – Tak. Muszę tylko zmyć to z siebie. Wejść pod prysznic. – Mogę ci jakoś pomóc? – Tak. Bądź przy mnie. – wyszeptała. Policjant odjechał dopiero wtedy, gdy upewnił się, że kobieta bezpiecznie przekroczyła próg domu. Maciek pomógł jej się rozebrać i wyregulował wodę pod 15 prysznicem. Nie naciskał, choć potworne pytania aż paliły go w gardle. Chciał wiedzieć wszystko. Natychmiast. Martwił się o nią bezgranicznie. Drżał na samą myśl, że tej delikatnej istocie mogło przytrafić się coś potwornego. Wjego oczach Ada była uosobieniem kruchości – wysoka, zgrabna, o porcelanowej cerze pozbawionej skaz i długich, falujących włosach koloru dojrzałego zboża. Zawsze dbała o nienaganną elegancję, przywiązując ogromną wagę do detali: subtelnej biżuterii czy idealnie dobranej torebki. Choć sama w przypływie kryzysu uważała się za brzydką, dla niego ziemia, po której stąpała, była świętością. Tym bardziej zdumiewało go jej obecne zachowanie. Ada zachowywała się tak, jakby wróciła ze zwyczajnego plotkowania z przyjaciółkami. Nie dramatyzowała, nie płakała, nie zdradzała objawów silnego wstrząsu. – Kochanie, opowiesz mi wszystko? – zapytał cicho. – Nie ma o czym opowiadać. Czekamy na proces. – Nie o to pytam, Ada. – Zabiłam człowieka, Maćku. Nie chcę teraz o tym rozmawiać. – Dobrze, rozumiem. Nie naciskał. Przytulił ją mocno, gładząc dłonią jej włosy. Chciał, by całą swoją istotą poczuła, że jest przy niej opoka, która nigdy nie zawiedzie. – Kocham cię. – Ja też cię kocham. – odpowiedziała, ale chwilę później zręcznie wysunęła się z jego uścisku. Następnego dnia poprosiła w szkole o kilka dni wolnego. 16 Musiała okiełznać chaos we własnej głowie. Pod powiekami wciąż nosiła twarz napastnika, na skórze czuła jego lepki dotyk, a w nozdrzach – odrażający oddech zmieszany z metaliczną wonią krwi. Najbardziej jednak prześladowało ją wspomnienie sekundy, w której jej palce dotknęły jego szyi, szukając pulsu tam, gdzie tętnica powinna gwałtownie uderzać, a napotkały jedynie martwą, tężejącą ciszę. Nie mogła iść do dzieci. Nie potrafiłaby udawać, że świat się nie zawalił. Ta jedna chwila zmieniła trajektorię jej życia na zawsze. Maciek początkowo odmawiał wyjścia do warsztatu, lecz ubłagała go, by nie traktował jej jak bezbronnego dziecka. Przekonywała, że jest cała i zdrowa, a zagrożenie zniknęło na zawsze wraz ze śmiercią potwora. Ustąpił niechętnie. Choć udawał przed nią, że jedzie zająć się zleceniami, jego auto zatrzymało się na obrzeżach parku Żeromskiego. Przeszedł żwirową alejką, kilkakrotnie okrążając miejsce, w którym leżał zabity mężczyzna. Splunął pogardliwie na ziemię, gdzie pośród trawy wciąż ciemniały brunatne, niedokładnie zmyte przez deszcz i techników plamy krwi. Maciek łaknął zemsty. Pragnął własnymi rękami wymierzyć sprawiedliwość, ale oprawca odebrał mu tę możliwość, dając się zabić kobiecie. Przez głowę przemknęła mu ponura myśl: ilu jeszcze takich zwyrodnialców krąży bezkarnie po żoliborskich ulicach? Gdyby tylko posiadał nadprzyrodzony dar, gdyby potrafił jednym spojrzeniem przejrzeć ludzką duszę, bez wahania eliminowałby każ dą kanalię, zanim ta podniosłaby rękę na niewinnego 17 człowieka. Wtym czasie Ada zaprowadziła Oskara do przedszkola. Celowo wyszli z domu później, by uniknąć spotkania z Oliwią i konieczności składania wyjaśnień. Wiedziała, że poranne serwisy informacyjne zdążyły już nagłośnić tragedię. Choć media pokazały park i zamazane zdjęcie ofiary napaści, dla najbliższego otoczenia sylwetka nauczycielki niemieckiego była aż nadto rozpoznawalna. Po powrocie do pustego domu natychmiast zeszła do garażu. Z szafki na narzędzia wyciągnęła butelkę alkoholu, którą Maciek trzymał na męskie wieczory przy grillu. Zamknęła się w sypialni, próbując zalać alkoholem pulsujące w skroniach otępienie. Gdy procenty nie przyniosły ulgi, bezsilność wybuchła nagłym, histerycznym płaczem. Po raz kolejny weszła pod prysznic, szorując skórę szorstką gąbką prawie do krwi, jakby mogła w ten sposób zmyć z siebie brud tamtego popołudnia. 18 3. Mijały dni, a ona wciąż przedłużała urlop, czując paraliżujący lęk przed powrotem do dawnej rutyny. Aby zająć czymś drżące dłonie i uciszyć myśli, postanowiła przeprowadzić w domu kapitalny remont. Zaczęła działać z obsesyjną determinacją. Odsunęła Maćka od wszystkiego – pozwalała mu jedynie na przesuwanie najcięższych gabarytów. Jako pierwszy na warsztat poszedł pokój Oskara. Zmusiła męża do porzucenia dotychczasowych pastelowych barw; jasny błękit ścian zastąpiła głębokim, duszno- brązowym matem. Na jednej ze ścian położyła fototapetę z motywem gęstego, bajkowego lasu, a stare umeblowanie zastąpiła nowymi bryłami, które częściowo zamówiła w sieci, a częściowo kazała Maćkowi zbić według jej własnego, surowego projektu. Remont pochłonął ją bez reszty i przyniósł upragnione ukojenie. Wydawało się, że wszystko wraca na właściwe tory, gdy nagle na ekranie telewizora znów mignęły znajome kadry. Zobaczyła park Żeromskiego, gęsty szpaler radiowozów, migające na niebiesko koguty karetek i psy tropiące, węszące w zaroślach. Zaniepokojona podgłośniła dźwięk.
„…druga ofiara śmiertelna w tej samej okolicy. Czy warszawski Żoliborz terroryzuje seryjny morderca? Kto po raz drugi w tym miesiącu odpowiada za potworną
19
śmierć? Brutalny sprawca…”
– głos reportera ociekał sensacją. Ada jednym gwałtownym ruchem wyłączyła telewizor. Nie miała zamiaru karmić się tym medialnym lękiem. – Świat staje na głowie. Tania sensacja. – mruknęła do siebie, po czym z determinacją zabrała się za mieszanie farby, by dobrać idealny, głęboki odcień do ich s ypialni. Wtym momencie zadzwonił telefon. Postanowiła odebrać. Wiedziała, że nie może bez końca uciekać przed przyjaciółkami i ukrywać się przed całym światem w nieskończoność. – Cześć. No nareszcie! – w słuchawce rozbrzmiał głos Marty. – Już miałam serdecznie dosyć wiecznego wypytywania Maćka o to, co się z tobą dzieje. – Wiem, Marto, przepraszam. Przechodziłam przez trudny czas i potrzebowałam samotności. – Rozumiem to, kochana. Ale czy na tyle doszłaś do siebie, by wyskoczyć z nami na filiżankę kawy? – Właściwie to w domu trwa mała rewolucja i wszędzie panuje potworny bałagan, ale... może wpadniecie do mnie dzisiaj wieczorem? – Wspaniale! Oczywiście, że będziemy. Do zobaczenia wieczorem. – Do zobaczenia. Pa. Ada odłożyła telefon z poczuciem ulgi. Zrozumiała, że zamykanie się we własnej, bezpiecznej skorupie doprowadzi ją do szaleństwa. Musiała zacząć normalnie funkcjonować. Do wizyty przygotowała się z niezwykłą starannością – kupiła świeże owoce i szarlotkę. 20 Obie z dziewczyn uwielbiały to ciasto podawane na ciepło z lodami śmietankowymi, zaopatrzyła się więc w solidną porcję. Kochała te dwie wariatki. Pomimo osobistego piekła, przez które przechodziła, wiedziała, że lojalność i bliskość są dla niej najważniejsze. Zrobiłaby wszystko, by ich nie stracić. Martę ceniła za jej bezkompromisowość. Ta kobieta nigdy nie ubierała głupoty w ładne słówka; zawsze nazywała rzeczy po imieniu i potrafiła wytknąć błąd prosto w oczy. Sama przeszła w życiu zbyt wiele, by teraz tracić czas na lukrowanie rzeczywistości. Dla Marty świat był czarno-biały. Jako dyrektorka jednego z warszawskich hoteli słynęła z żelaznego profesjonalizmu. Zawsze zachwycała nienaganną, wręcz posągową urodą. Nawet gdy opuszczała salę t reningową, spocona po ciężkich ćwiczeniach, wyglądała, jakby dopiero co wyszła z luksusowego salonu piękności. Ada i Oliwia żartowały czasem, że Marta ma nawet dresy wyprasowane w kant. Jej znakiem rozpoznawczym były nieskazitelnie gładkie koszule, spodnie z wysokim stanem, elegancka marynarka i pewny krok na wysokich obcasach. Oliwia stanowiła jej całkowite przeciwieństwo. Wiecznie brakowało jej czasu, by okiełznać burzę gęstych, niesfornych loków. Wciągała na siebie to, co akurat nawinęło się pod rękę – rozciągnięty dres albo zwiewną sukienkę w kwiaty. Mimo to zawsze wyglądała olśniewająco, nosząc w sobie delikatność leśnej nimfy. Jako projektantka ogrodów prowadziła własną szkółkę roślin, a w wolnych chwilach z pasją opiekowała s ię dziećmi przyjaciółek. 21 Oskar uważał ją za najwspanialszą ciocię na świecie, stworzoną wyłącznie do bezkarnego rozpieszczania. To właśnie Oliwia jako pierwsza przekroczyła próg domu Ady, ściskając w dłoni butelkę ulubionego wina. – Masz. Na pewno ci się przyda. – rzuciła od progu. – Jak się czujesz? – Wszystko w po rządku. – Dobrze, że masz taki twardy pancerz. Wiem, że sobie poradzisz. – Zobacz, kogo właśnie sprowadziłaś. – uśmiechnęła się Ada, wskazując na podjeżdżającą pod dom taksówkę, z której wysiadała Marta, energicznie machając ręką. – Cześć wszystkim! – zawołała Marta już od furtki. – Cześć, wariatko! – przywitała ją Ada. – Wchodźcie. Mam szarlotkę. Maciek zabrał Oskara do babci, więc mamy dom tylko dla siebie. Możemy się bezkarnie nagadać. – Nareszcie pogadam z kimś normalnym. – westchnęła z ulgą Marta. Spotkanie zaczęło się od prezentacji ukrytych talentów Ady. Dziewczyny nie mogły wyjść z podziwu, jak wiele prac remontowych zdołała wykonać własnymi, drobnymi rękami. Później przeniosły się do niewielkiego, lecz ze smakiem zaaranżowanego salonu. Rogowa kanapa pod dużym oknem, okrągły stolik kawowy, miękkie pufy i wysokie lampy z abażurami tworzyły oazę absolutnego relaksu. Gdy Ada krzątała się w kuchni, podgrzewając ciasto i porcjując lody, poczuła na ramionach nagłe ciepło. Marta podeszła do niej od tyłu i mocno, bez słowa wbiła się w jej ramiona. 22 Ten milczący, niemal bolesny uścisk znaczył więcej niż tysiąc słów. Był czystą, pierwotną ulgą, że jej przyjaciółka przeżyła. Obie głęboko jej współczuły. Dla każdej z nich świadomość tego, co przeszła Ada, była paraliżująca – żadna nie chciała nawet wyobrażać sobie siebie w roli ofiary. Teraz pragnęły jedynie otoczyć ją opieką, pokazać, jak bardzo podziwiają jej odwagę. Wich oczach stała się bohaterką, uosobieniem sprawiedliwości, którą wymierzyła własnymi rękami. Choć motyw tamtego koszmaru nie pojawił się już bezpośrednio w rozmowie, w każdym geście i spojrzeniu kryła się ulga, że Ada jest cała i zdrowa. Bo na taką właśnie wyglądała. Takie pozory potrafiła stwarzać. – Muszę wam o czymś powiedzieć. – wydusiła w końcu z ponurą miną, przerywając milczenie. – Co się stało? – Oliwia natychmiast odstawiła filiżankę. – Nie wiem, czy to przez te wydarzenia w parku, czy po prostu tracę zmysły... ale mam nieodparte wrażenie, że ktoś bez przerwy za mną chodzi. – Jak to? – Czasami, kiedy gwałtownie odwrócę głowę, czuję na sobie czyjś wzrok. Cień, który natychmiast znika. – Kto by to miał być? – zapytała rzeczowo Oliwia. – Może to tylko trauma? Może po prostu ci się wydaje? – próbowała łagodzić Marta. – Sama nie wiem. Chwilami ogarnia mnie paranoja, że ten bydlak, Arek... że mój pierwszy mąż mnie odnalazł. – Arek? Co on miałby tutaj robić? Przecież sama mówiłaś, że nie ma najmniejszych szans, by trafił na twój ślad. 23 – To pewnie tylko moje chore urojenia. – uciekła wzrokiem, próbując obrócić wszystko w żart. – Chore czy nie, nie można tego lekceważyć. Trzeba to sprawdzić. – oznajmiła poważnie Oliwia, wyraźnie zaniepokojona. Ada skinęła tylko głową, nie chcąc brnąć w ten temat. Gdy blacha szarlotki opustoszała, a Maciek wrócił z Oskarem umorusanym czekoladą od stóp do głów, przyjaciółki zaczęły zbierać się do wyjścia. Ada uściskała je mocno, dziękując za to, że po prostu są. – Mama kazała cię mocno pozdrowić. – powiedział Maciek, wypakowując z torby pojemniki z sałatkami i świeżo upieczonymi bułkami, które jego matka przygotowała specjalnie dla synowej. – Zadzwoń do niej później i podziękuj w moim imieniu. – Już to zrobiłem. – Widzę, że nasz syn kolację ma już z głowy. – uśmiechnęła się Ada, patrząc na czekoladowe ślady na buzi Oskara. – Nie jestem w stanie przetłumaczyć mojej matce, żeby go nie dokarmiała słodyczami. – Chyba wszystkie babcie mają to we krwi. Nawet nie próbuj, to nic nie da. Rzadko go widuje, więc próbuje nadrobić zaległości. – Ale to tylko jej wina, że widują się rzadko. Po prostu nie chce jej się ruszyć z domu. Starzeje się i tyle. – Nie narzekaj i tak jest kochana. – Nie narzekam, ale jak tak dalej pójdzie, zdzi waczeje nam na tej prowincji do reszty. Ada autentycznie uwielbiała teściową, która w wielu 24 kwestiach zastępowała jej zmarłą matkę. Rozmawiały przez telefon niemal każdego dnia, a starsza pani zawsze służyła jej mądrą radą. Żałowała jedynie, że rzadko ich odwiedza, choć teściowa zawsze powtarzała z uśmiechem, że sekretem dobrych relacji z synową jest niebywanie natrętną. I rzeczywiście – nigdy nie była upierdliwa. Małżeństwu pozostało jedynie wrzucić małego urwisa do wanny, domyć zaschniętą czekoladę z jasnych włosów i położyć go spać. 25 4. Kiedy rano kolejne doniesienia medialne potwierdziły wieść o następnym brutalnym morderstwie, na mieszkańców Żoliborza padł blady strach. To nie był już odosobniony przypadek w wielomilionowym mieście. Wszystko wskazywało na to, że ta konkretna, dotąd spokojna i prestiżowa dzielnica stała się seryjnym żerowiskiem – na koncie domniemanego potwora była już trzecia ofiara. Na ulicy, przy której mieszkali Wołkowiczowie, zapanowała duszna atmosfera. Wieczorami chodniki pustoszały. Jeśli ktoś musiał wyjść, poruszał się wyłącznie w większych grupach, nerwowo oglądając się za siebie. Z tego samego powodu na telefonie Ady wyświetliło się nazwisko przyjaciółki z redakcji, dla której okazjonalnie pisała felietony. – Cześć, Ada! Mam dla ciebie propozycję roku i od razu mówię: nie przyjmuję żadnych wymówek. Nie masz prawa odmówić. – Jeszcze nawet nie wiem, o co chodzi. – Słyszałaś na pewno o seryjnym mordercy z Żoliborza. Chcę, żebyś stworzyła o tym cykl artykułów. Musisz mnie ratować, połowa redakcji siedzi na urlopach, reszta jest chora. Nie mam kogo rzucić na ten temat. – Zwariowałaś? Kompletnie się na tym nie znam. – Przestań, piszesz genialne teksty, masz świetne pióro. Poradzisz sobie. – Nie mam żadnych sprawdzonych informacji ani dojścia do policyjnych źródeł. 26 – Informacje wyciągniesz z telewizji, potem pojedziesz na miejsce zbrodni, opiszesz klimat, dodasz odrobinę swojej wyobraźni, połączysz kropki i mamy hit! – Daj spokój, to dla mnie za ciężki kaliber. Mogę pisać o florystyce, motylach i literaturze, ale nie o morderstwach. – Ja ci pomogę, obiecuję. Proszę, chociaż spróbuj. Poza tym przypominam ci, kochana, kto jest matką chrzestną twojego syna. – Nie, Paulina. I jeszcze raz nie. – ucięła Ada z lodowatym zdecydowaniem. – Nie masz wyjścia, musisz mi pomóc. – Paulina była nieubłagana. – Ostatnia ofiara to facet, koło pięćdziesiątki, nauczyciel. Zamordowany przedwczoraj. Też cię kocham! Do roboty, ten materiał był na wczoraj. Paulina, redaktor naczelna znanej warszawskiej gazety, była zdeklarowaną, bezkompromisową feministką. Żyła solo, nigdy nie chciała mieć męża, a jej światopogląd diametralnie różnił się od tradycyjnych wartości wyznawanych przez Adę. Jednocześnie była lojalnym, dobrym człowiekiem i autentycznie kochała dzieci. Kiedy na świecie pojawił się Oskar, Ada poprosiła ją, by została matką chrzestną. Paulina od zawsze nosiła w sobie niespełnioną potrzebę macierzyństwa, a Ada – pamiętając, jak wiele przyjaciółce zawdzięcza – chciała w ten sposób złożyć jej hołd. Teraz jednak Paulina żądała tekstów o morderstwach. Ada wzbraniała się przed tym z całych sił. Nie czuła się na siłach, przerażała ją wizja kolejnych nocy zarwanych przed monitorem, a przede wszystkim – gardziła żerowaniem na ludzkiej tragedii. 27 Odmowa nie wchodziła jednak w grę. Lata temu Ada wpadła w potężne tarapaty; uzależniła się od hazardu i przegrała w kasynie życiowe oszczędności. Ich drogi skrzyżowały się w najczarniejszym momencie, gdy zdesperowana Ada próbowała pożyczyć gotówkę od pospolitych bandytów. Na szczęście trafiła na dziennikarską prowokację Pauliny, która rozpracowywała wówczas mafijny proceder pożyczek pod zastaw domów, samochodów, a nawet ludzkich narządów. Paulina wyciągnęła ją wtedy z bezwzględnego bagna. Dziś nadszedł czas spłaty tamtego długu. Westchnęła głęboko i otworzyła laptopa. Wsumie mogła zaryzykować. Nic nie stało na przeszkodzie, by zamiast opisywania etapów rozwoju płazów w szkolnych konspektach, spróbować swoich sił w mrocznej literaturze faktu. Oskar bezpiecznie bawił się w przedszkolu, obiad wystarczyło podgrzać, nie miała więc wymówek. Spuściła rolety, położyła palce na klawiaturze i ku własnemu zaskoczeniu – zaczęła pisać z niezwykłą, niemal przerażającą płynnością.
„Mężczyzna najprawdopodobniej wracał do domu. Przechodząc przez park, został zaatakowany znienacka. Nie spodziewał się uderzenia w miejscu tak popularnym i o tak wczesnej porze. Z zeznań świadków wynika, że między późnym popołudniem a wczesnym wieczorem parkowe alejki pustoszeją – nikt w tamtych godzinach nie zauważył niczego podejrzanego. Ofiara zmarła na skutek gwałtownego wykrwawienia; sekcja wykazała przeciętą
28
tętnicę szyjną oraz liczne obrażenia na całym ciele. Rana śmiertelna została zadana ostrym narzędziem. Ślady na ciele ofiary jednoznacznie wskazują na to, że przed śmiercią podjęła ona desperacką walkę. Broniąc się, mężczyzna niewątpliwie zadawał ciosy, o czym świadczą rozległe zasinienia na jego nadgarstkach i palcach.
Do ostatecznego starcia doszło w okolicach bramy wejściowej, jednak smugi krwi dowodzą, że ofiara została ranna znacznie wcześniej i próbowała uciekać.
Niestety, napastnik okazał się silniejszy i działał z lodowatą, chirurgiczną precyzją. Zadał jeden celny cios, pozbawiając mężczyznę życia, po czym rozpłynął się w powietrzu, nie zostawiając żadnych śladów ani świadków. Policja zabezpieczyła teren i wdroż yła procedury śledcze. Pozostaje mieć nadzieję, że ten koszmar się nie powtórzy i wkrótce znów będziemy mogli cieszyć się bezpiecznym miastem. Choć dziś brzmi to jak pobożne życzenia, wierzmy, że kolejny dzień przyniesie przełom…”
– Gotowe. Wyślij. – mruknęła do siebie, klikając ikonę wiadomości. Wgłębi duszy tliła się nadzieja, że Paulina odrzuci tekst jako zbyt amatorski. Odpowiedź nadeszła niemal natychmiast:
Odp: ,,
Wszystko super. Dokładnie o to mi chodziło! Wnastępnym tekście dodaj więcej detali topograficznych – gdzie dokładnie to się stało. Dopisz swoje własne przypuszczenia, jak mógł wyglądać przebieg zbrodni. Jeśli ten psychol będzie zabijał dalej, mamy zapewniony 29 temat na najbliższe miesiące. Powodzenia!” – Miałam nadzieję, że ci się nie spodoba. – syknęła Ada pod nosem, zamykając z trzaskiem klapę laptopa. Przez kilka kolejnych dni na Żoliborzu panował pozorny spokój. Dni upływały jej na monotonnych, domowych obowiązkach i celebrowaniu rodzinnej ciszy, która powoli koiła zszargane nerwy. Łudziła się, że fala zbrodni wygasła, a media straciły pożywkę. Niestety, rzeczywistość brutalnie zweryfikowała te nadzieje. Zaraz po odprowadzeniu Oskara do przedszkola wróciła do pustego domu i nawykowo włączyła telewizor. Przyciszyła dźwięk – łaknęła ciszy. Oglądała serwis bezmyślnie, dopóki jej wzroku nie przykuł pulsujący, krwistoczerwony pasek u dołu ekranu:
„KOLEJNE MORDERSTWO NA ŻOLIBORZU”
. Wtym samym ułamku sekundy jej telefon zawibrował. SMS od Pauliny składał się z jednego, bezwzględnego słowa:
„Pisz!”
Ada obejrzała relację do końca, skrupulatnie wyłapując najdrobniejsze fakty. Wgłowie natychmiast ułożył się precyzyjny szkielet nowego artykułu. Wolnym, niemal mechanicznym krokiem udała się do małego pokoju na piętrze, odpaliła laptopa i zaczęła pisać.
„Kolejna zbrodnia popełniona na warszawskim Żoliborzu już nikogo nie dziwi. Tym razem ofiarą okrutnego mordercy padł młody mężczyzna, w wieku około dwudziestu siedmiu lat. Wysoki, szczupły blondyn –
30
sądząc po stroju, sportowiec z tutejszego klubu. Nieznany sprawca musiał przyczaić się pod jego domem; ofiara nie zdążyła nawet wyjść na własne podwórko. Z ustaleń śledczych wynika, że młody człowiek został zaatakowany w godzinach wieczornych, tuż po zapadnięciu zmroku. Napastnik uderzył go tępym narzędziem w głowę, ogłuszając na miejscu, a następnie z premedytacją i przerażającą precyzją zadał kilkanaście ran ciętych w okolicach twarzy, szyi i ramion.
Tym samym narzędziem rozorał również brzuch i plecy ofiary. Mężczyzna musiał stracić przytomność tuż po pierwszym ciosie, nie odkryto bowiem żadnych śladów świadczących o próbie obrony. Przyczyną zgonu było głębokie uszkodzenie serca, zadane długim, ostr ym narzędziem – najprawdopodobniej nożem, którego nie odnaleziono na miejscu zdarzenia. Morderca pozostaje na wolności, a policja została postawiona w stan najwyższej gotowości. Śledczy nie dysponują portretem pamięciowym ani – jak nieoficjalnie ustaliliśmy – żadnymi śladami biologicznymi sprawcy. Rodzina ofiary nie jest w stanie wskazać żadnego motywu; ten młody człowiek nie miał wrogów ani zatargów ze światem przestępczym. Dochodzenie pozostaje w toku. Redakcja naszego pisma apeluje do państwa o zachowani e szczególnej ostrożności i przekazywanie policji lub naszej redakcji wszelkich informacji dotyczących zajścia przy ulicy Adama Mickiewicza 46”.
Wysłała wiadomość i czekała na reakcję Pauliny. Nie pomyliła się – znała naczelną zbyt dobrze, by nie 31 wiedzieć, że w chwilach takich jak ta kobieta nie odstępuje komputera na krok. Wyobrażała ją sobie w biurze na pierwszym piętrze, z widokiem na jedną z ruchliwych warszawskich arterii, utopioną w zwałac h papierów, chaosie notatek i pustych kubkach po kawie ze Starbucksa. Odpowiedź przyszła natychmiast:
„Tak! Rewelac ja!”
Wtym samym momencie z dołu dobiegł ją męski głos: – Kochanie, już jestem! To był Maciek. Ada szybko zamknęła laptopa i zbiegła na dół ze swojej kryjówki na piętrze. Mały, pozbawiony okien pokoik pierwotnie miał być garderobą, ale ponieważ nikomu nie chciałoby się tam biegać, Ada wstawiła szafy, proste biurko, małą lampkę i kilka bibelotów nadających wnętrzu przytulności. Nazywała to pomieszczenie kryjówką, bo kiedy zaszywała się w nim na długie godziny, świat zewnętrzny przestawał dla niej istnieć. Gdy miała gorszy dzień, po prostu tam siedziała, udając przed mężem, że pracuje, a w rzeczywistości celebrowała ciszę i toczyła monologi z samą sobą. Przywitała męża ciepłym uśmiechem. – Cześć. Jak minął dzień? – zapytała zatroskana. – Ciężko, ale mam dla ciebie niespodziankę. – O proszę. A z jakiej to okazji? – Z okazji posiadania najcudowniejszej żony na świecie. – Dobra, przyznaj się, co nabroiłeś? – zażartowała, mrużąc oczy. – Znowu jakaś napalona klientka w warsztacie? – Nie, kochanie. Po prostu pomyślałem, że zabiorę cię na 32 romantyczną kolację. Ale skoro nie masz ochoty… – Oczywiście, że mam! Ale co z Oskarem? – Oliwia odbierze go z przedszkola i przywiezie do nas później. Wszystko już z nią dogadałem. Masz dwie godziny, żeby się wyszykować. Zdążysz? – Na randkę z tobą? Zawsze. Już uciekam pod prysznic. – Świetnie. C zekam. Ada czym prędzej pobiegła do łazienki. Tym razem zrezygnowała z długiej, relaksującej kąpieli. Sprawnie wzięła prysznic i usiadła przed zabytkową, odrestaurowaną przez Maćka toaletką. Rozczesała pasma, szybko wysuszyła włosy i ułożyła je w staranną fryzurę. Zrobiła perfekcyjny makijaż, a na koniec skropiła nadgarstki ciężkimi perfumami, które jej mąż wprost uwielbiał. Maciek wszedł do sypialni, by sprawdzić, na jakim etapie są przygotowania. Podszedł do niej cicho od tyłu, nachylił się i delikatnie pocałował ją w odsłoniętą szyję. Jego dłoń powędrowała w dół, próbując rozchylić połę satynowego szlafroka w kolorze głębokiej, krwistej czerwieni. Ada zareagowała gwałtownie. Złapała materiał i owinęła się nim jeszcze szczelniej, odsuwając się nieznacznie. – Kochanie, jesteś piękna. Nie musisz się przede mną chować, naprawdę. – powiedział cicho, nieco zaskoczony jej dystansem. – Po prostu nie chcę się spóźnić. – skłamała gładko, próbując opanować przyspieszone bicie serca. – Jestem dziś umówiona z wyjątkowo przystojnym facetem, więc gdybyś był tak łaskawy i pozwolił mi dokończyć makijaż, byłabym dozgonnie wdzięczna. 33 – Cudownym facetem… tak… Rozumiem, już sobie idę . – Maciek uniósł dłonie w geście kapitulacji i wycofał się z sypialni. Uznał, że gwałtowny odruch żony wynikał po prostu z pośpiechu i kurczącego się czasu. Odetchnęła z ulgą. Zadowolona, że w końcu została sama, mogła bez przeszkód dokończyć przygotowania. Wybrała kremową, dopasowaną suknię o niebanalnym kroju z głębokim rozcięciem, które przy każdym kroku odsłaniało jej zgrabne nogi. Wplecione w materiał błyszczące nici tworzyły na powierzchni tkaniny subtelną, świetlistą poświatę, a śmiały dekolt podkreślał zarys piersi. Długie, zwiewne rękawy osłaniały ramiona aż po nadgarstki. Do kreacji dobrała skromną, złotą biżuterię, szpilki w kolorze kości słoniowej i drogą, dopasowaną do butów kopertówkę. Gdy na koniec przejrzała się w wysokim lustrze, jej spojrzenie na ułamek sekundy całkowicie się zmieniło – stało się drapieżne, groźne, wręcz mordercze. Dopiero gdy na jej ustach wykwitł uśmiech zadowolenia, w oczach powrócił łagodny, radosny blask. Maciek wszedł do pokoju, gotowy do wyjścia. Prezentował się nienagannie w klasycznym, czarnym garniturze, którego klapy i mankiety zdobiła dyskretna, złota nić. Na widok żony dosłownie zamarł, olśniony jej pięknem. – Wyglądasz jak z bajki. – To, gdzie mnie tym razem zabierasz? – uśmiechnęła się, poprawiając biżuterię. – Niespodzianka. Jesteś gotowa? Taksówka zaraz tu 34 będzie. – Tak, chyba tak. Podszedł do niej blisko, gwałtownym ruchem objął ją w pasie i uniósł wysoko do góry, chcąc zademonstrować swój zachwyt. Wtej samej chwili Ada syknęła z bólu. – Ała! Puszczaj, to boli! – krzyknęła, a na jej twarzy odmalował się autentyczny cierpki grymas. Natychmiast postawił ją na ziemi, przerażony, że zrobił jej krzywdę. – Przepraszam cię, kochanie, nie chciałem. Pokaż, gdzie cię zabolało? – Daj spokój, to nie twoja wina – skłamała, odwracając wzrok. – Od kilku dni potwornie dokucza mi kręgosłup. – Może w takim razie zostaniemy w domu? Zrobię ci masaż, odpoczniesz… – Stroiłam się przez dwie godziny, żeby teraz siedzieć na kanapie? Zwariowałeś? Idziemy. – Jesteś pewna? Co z plecami? – Albo idziesz ze mną, albo ruszam sama. – No dobrze, niech ci będzie. Idziemy, ale błagam, uważaj na siebie. Wieczór okazał się uroczy. Kameralna włoska restauracja urzekała intymnym klimatem, wykwintnym menu i nienaganną obsługą. Przy butelce doskonałego wina rozmawiali o Oskarze i jego nowych, dziecięcy ch osiągnięciach. Maciek co chwilę powtarzał, jak bardzo jest z niej dumny, jak wspaniałą jest żoną i najczulszą matką pod słońcem. Sącząca się z głośników cicha muzyka koiła zmysły. Szczęśliwi, zakochani, 35 mimo upływu lat wciąż potrafili patrzeć sobie głęboko w oczy z taką samą intensywnością, jak na początku ich znajomości, gdy liczył się dla nich tylko wspólny czas. Opuścili lokal w błogich nastrojach, gotowi na powrót do domu, gdzie Oliwia miała już na nich czekać z uś pionym synkiem. 36 5. Wsalonie zastały tylko Oliwię. Oskar spał już bezpiecznie w swoim łóżeczku. – Jak udała się randka? – spytała z uśmiechem dziewczyna. – Cudownie. – odpowiedziała zadowolona Ada. – Mam najwspanialszą żonę na świecie, więc moje randki zawsze są udane. – dodał z dumą Maciek. – Ada, skąd ty go wzięłaś? To chyba jedyny taki egzemplarz na rynku. – zaśmiała się Oliwia. – Wiem, dlatego tak pilnuję tych randek, żeby przypadkiem nie zaprosił innej. – zawtórowała jej Ada. – Młody śpi jak suseł, więc ja uciekam, a wy możecie kontynuować ten miły wieczór. – Dziękujemy ci bardzo za pomoc. – Nie ma za co, polecam się na przyszłość! Gdy drzwi za przyjaciółką się zamknęły, Ada natychmiast pobiegła do łazienki, by zmyć makijaż i wskoczyć w wygodną piżamę. Maciek w tym czasie przebrał się w dres i przygotował dla niej jej ulubiony napar – gorzką herbatę z nutą cynamonu i goździków, podaną w dużym kubku ozdobionym gwiazdkami. Chwilę później siedzieli już razem na kanapie. Ada ułożyła nogi na jego kolanach, pozwalając mu na czuły masaż stóp. Maciek leniwie skakał po kanałach w poszukiwaniu dobrego filmu, a ona przeglądała s krzynkę mailową w telefonie. 37 Nagle z głośników telewizora dobiegł ich stanowczy głos prezentera wieczornych wiadomości:
„Szanowni państwo, nadaję prosto z miejsca, w którym dokonano kolejnej makabrycznej zbrodni. Na Żoliborzu zginął kolejny człowiek, a policja wciąż desperacko poszukuje świadków…”
– Kochanie, weź to przełącz, ciągle powtarzają to samo . – Ada odezwała się nerwowo, gdy mąż z napięciem wpatrywał się w ekran i wsłuchiwał w głos prezentera. – Czekaj, czekaj, chcę wiedzieć, czy wpadli już na jakiś trop. Chciałbym wysłuchać do końca. Od dnia, w którym nieznajomy zaatakował Adę w parku, Maciek stał się chorobliwie wyczulony na doniesienia o przemocy. Oglądał serwisy informacyjne, a podczas jazdy samochodem z uwagą śledził radiowe wiadomości. Chciał wiedzieć, jakie postępy robi policja i czy Żoliborz znów jest bezpieczny. – Ganiają w kółko za własnym ogonem. Zamiast wzbudzać panikę wśród ludzi, mogliby po prostu rzetelnie wziąć się do roboty, a na pewno od razu by go złapali. – ucięła Ada. Usiadła tuż obok niego, odebrała mu pilota i bezceremonialnie wyłączyła telewizor. Przesunęła się bliżej, pocałowała go namiętnie i wyszeptała prosto w usta: – Czekam na ciebie w sypialni. – Wcale nie musisz czekać, kochanie. Już pędzę za tobą . – uśmiechnął się, a z jego twarzy zniknęło niedawne napięcie. 38 Dobrze im było razem. Rozumieli się bez słów, wspierali w każdej minucie, a wspólne troski i życiowe zakręty tylko ich spajały, zamiast dzielić, jak to bywa u większości par. Spędzali ze sobą czas z autentycznej potrzeby serca, a noce wciąż były pełne namiętności. Sielanka trwała zaledwie kilka dni, dopóki na telefonie Ady znów nie wyświetliło się nazwisko naczelnej. – Cześć, Ada. Morderca uderzył znowu. W telewizji jeszcze cisza, więc potrzebuję materiału na już. Mam pewne cynki od informatora, zaraz prześlę ci szczegóły na maila. Napisz tym razem coś mega dobrego. Zrób to z wyczuciem, daj więcej detali… Sama wiesz, napisz to tak, jakbyś tam była. Potrzebuję gotowego tekstu za godzinę. – Zwariowałaś, Paulina? Jak mam to zrobić w godzinę? – Nie wiem, rusz głową i pisz. Pospiesz się, zanim stacje telewizyjne rzucą się na świeże trupy. – Nie dam rady, nie oczekuj ode mnie cudów. – To nie cud, tylko rzemiosło. Masz charakter i dasz radę. Siadaj do komputera, szkoda cza su. Paulina rozłączyła się, nie znosząc sprzeciwu. Ada nie miała wyjścia. Zapaliła małą lampkę na biurku, otworzyła laptopa i przez dłuższą chwilę wpatrywała się w migający kursor, szukając natchnienia. Wkońcu przymknęła oczy. Odetchnęła głęboko i pozwoliła, by wyobraźnia zabrała ją w mrok warszawskiej nocy. Przeniosła się na miejsce zbrodni. 39
„Wieczór. Jedna z bocznych, rzadko uczęszczanych ulic Żoliborza – ślepa arteria, która nie łączy się z żadnym z głównych punktów dzielnicy. Słabe, żółte światło latarni ginie w gęstwinie dzikiej zieleni i głębokich zaułków. Sprawca wybrał idealną scenerię, by odebrać komuś życie. Ofiarą stał się przypadkowy mężczyzna, który tego pechowego wieczoru wracał do domu z podręcznymi zakupami. Nie podejrzewając niczego, zmierzał pewnym krokiem przed siebie, z każdym metrem zbliżając się do przyczajonego w ciemności mordercy. Cienisty kształt obserwował go z ukrycia, precyzyjnie szacując, ile siły będzie musiał włożyć, by w jak najkrótszym czasie zdławić w ofierze opór. Atak nastąpił znienacka, od tyłu. Oprawca jednym sprawnym ruchem zarzucił mu na szyję cienki, metalowy drut i zacisnął go z morderczą siłą, odcinając dopływ tlenu. Napadnięty zaczął się szarpać, desperacko próbując wsunąć palce pod garotę, która zdążyła już głęboko przeciąć skórę. Morderca okazał się jednak silniejszy – przywarł ciężarem ciała do pleców ofiary, paraliżując jej ruchy. Mężczyzna zaczął powoli osuwać się na ziemię. Człowiek, który nikomu nie zawinił, winny jedynie tego, że znalazł się w złym miejscu o niewłaściwej porze, leżał teraz bezwładnie na asfalcie. Cienka strużka krwi spływała po jego szyi, tworząc makabryczną mozaikę na bladej skórze. Oczy miał zamknięte, a na twarzy zastygł bolesny grymas.
Jego serce wciąż biło, choć z ust nie wydobywał się już żaden powiew powietrza. Sprawca, choć zdysza ny ogromnym wysiłkiem, czuł dziką satysfakcję. Zrealizował plan, który zrodził się w jego chorej głowie. Rozejrzał się
40
czujnie, upewniając się, że ma wystarczająco dużo czasu, po czym wwlókł nieprzytomne ciało w głąb zarośli.
Tam wyciągnął nóż i z furią zadał kilkanaście chaotycznych ciosów w klatkę piersiową i szyję, a na koniec bez skrupułów podciął gardło. Zostawił zmasakrowane zwłoki i odszedł w pośpiechu, gubiąc się w mroku. Następnego dnia ciało odnaleźli przechodnie. Dziś możemy już z całą pewnością mówić o seryjnym mordercy, który rzucił wyzwanie Warszawie. Bestia wciąż przebywa na wolności”
. Skończyła. Odchyliła się głęboko na oparciu krzesła, wyciągając ręce za głowę i przymknęła oczy z niemego upojenia. Była z siebie dumna, a jej ciało, mimo panującego w pokoju ciepła, pokryła gęsia skórka. – Mam nadzieję, że dokładnie o to ci chodziło. – mruknęła pod nosem i kliknęła „wyślij”, przesyłając maila Paulinie. Odpowiedź nadeszła po zaledwie kilku sekundach:
„No i właśnie tak to miało wyglądać! Jesteś genialna! Aha… następnym razem dodaj jakieś konkretne daty i godziny, to podkręci wiarygodność”
. – Gdybyś się do czegoś nie przyczepiła, to chyba nie mogłabyś żyć. – westchnęła Ada, zamykając laptopa. Musiała załatwić jeszcze jedną sprawę, by wreszcie zrzucić z barków stary ciężar. Zalogowała się na szkolną pocztę i wysłała oficjalne wypowiedzenie umowy do dyrekcji. Jako przyczynę nagłej rezygnacji podała zły stan zdrowia. Nie miała zamiaru tam wracać. 41 Jej życie uległo całkowitej rekonstrukcji, ona sama stała się kimś innym i uznała, że nie chce już marnować energii na ludzi, których w gruncie rzeczy nawet nie lubiła. Następnie zadzwoniła do Oliwii oraz Marty i umówiła się z nimi na szybką kawę. 42 6. Spotkały się w małej, przytulnej kawiarni na Starym Mieście – jednym z ich ulubionych azylów. Zamówiły to co zwykle: czarną kawę i po solidnej porcji szarlotki z lodami. Zajęły strategiczne miejsce przy wielkim oknie, by móc bezkarnie obserwować przechodniów, zagubionych turystów i zakochane pary. Wszystkie trzy uwielbiały ten rytuał – podglądanie ludzkich gestów, grymasów i zachowań w momentach, gdy nikt nie podejrzewał, że jest brany pod lupę. – Właśnie rzuciłam pracę. – oznajmiła nagle Ada, upijając łyk naparu. – Żartujesz? – Oliwia niemal zakrztusiła się ciastem, wiedząc doskonale, że Ada do tej pory czerpała ze szkoły ogromną satysfakcję. – Co się stało? – zapytała rzeczowo Marta, bacznie przyglądając się przyjaciółce. – Nic szczególnego. Po prostu poczułam, że ta formuła się wyczerpała. Paulina zaproponowała mi pisanie artykułów do swojego pisma. Na razie skupię się na tym, a potem zobaczymy, co przyniesie los. – Odważna decyzja. Ale mam nadzieję, że dobrze to przemyślałaś. – Tak. Bardzo dobrze. – Czytałam twój ostatni tekst – wtrąciła Oliwia, opierając brodę na dłoni. – Naprawdę świetnie ci idzie. Ale a propos tego żoliborskiego mordercy... Przecież te potworności dzieją się tuż obok ciebie. Nie boisz się? 43 – Oczywiście, że się boję. – skłamała ani na chwilę nie zmieniając wyrazu twarzy. – Maciek oszalał na tym punkcie, założył w domu podwójne alarmy. Martwi się, że skoro ten psychol bezkarnie krąży po ulicach, to w końcu znudzi mu się park i zacznie włamywać się do willi. – Co trzeba mieć w głowie, żeby tak bez skrupułów, ot tak, odbierać komuś życie? – westchnęła Oliwia. – Trzeba być kompletnym świrem i dewiantem. – skomentowała chłodno Marta. – Zmieńmy temat, błagam, bo zaraz całkiem przestanę wychodzić z domu. – poprosiła Oliwia, która z natury była osobą kruchą, bojaźliwą i niezwykle wrażliwą. – Co z naszym wypadami na Mazury? Aktualne? – Ja jestem jak najbardziej za. – skinęła głową Marta. – Ja też chętnie pojadę. – zapewniła Ada. – Cudownie, w takim razie biorę organizację na siebie i dam wam znać. A tak przy okazji, Ada, wiadomo już coś o twojej rozprawie w sprawie tego napastnika z parku? – Jeszcze nic nie wiem. Nie dostałam żadnego pisma. – Może rozpatrzą to zaocznie, uznają obronę konieczną, uniewinnią cię i przyślą tylko suchy komunikat? – głośno zastanawiała się Marta. – Nie mam pojęcia. Na razie po prostu czekam. Wypiły kawę i zaczęły niespiesznie zbierać się do wyjścia – zbliżała się pora odebrania maluchów. Oliwia zaproponowała, że podwiezie Adę swoim samochodem. Po drodze, jak to zwykle bywało, ich rozmowa krążyła wyłącznie wokół przedszkolnego romansu ich dzieci oraz codziennych trudów wychowawczych. 44 Gdy Ada przekroczyła próg domu, zastała Maćka trzymającego w rękach wielką, plastikową koparkę oraz bukiet świeżych kwiatów przeznaczonych dla niej. – Tata! – wrzasnął z zachwytu Oskar, natychmiast przechwytując zabawkę, o której marzył od tygodni. – Cześć, kochanie. – Ada podeszła do męża i ucałowała go w policzek. – Jak wam minął dzień? – Super, tato! – rzucił w biegu mały, nie odrywając wzroku od plastiku, po czym popędził do swojego pokoju, by metodycznie przekopywać dywan. – Dość spokojnie. – odpowiedział Maciek, wręczając żonie kwiaty. – Jakie mamy plany na wieczór? – Muszę wyjść. Mam spotkanie z Pauliną w redakcji. Mamy omówić ostateczne warunki naszej stałej współpracy. – Wtakim razie chętnie cię zawiozę. – Nie trzeba, kochanie. Umówiłyśmy się na dziewiątą wieczorem, ktoś musi zostać z małym. Wezmę taksówkę, to nie potrwa d ługo. – Nie lubię, kiedy wychodzisz nocą. – Maciek natychmiast spoważniał, a w jego głosie pojawiła się dobrze znana nuta troski. – Wiesz o tym. Tym bardziej teraz, gdy ten szaleniec grasuje po okolicy. – Przypominam ci, mój drogi, że potrafię o siebie zadbać – uśmiechnęła się blado, a w jej oczach na powrót mignął ten sam drapieżny błysk, który rano widziała w lustrze. – Wiem, ale i tak umieram ze strachu. Ta twoja naczelna nie mogła spotkać się wcześniej? – Niestety, przez tę całą kryminalną gorączkę w mieście 45 dziewczyna jest potwornie zawalona robotą . – To chociaż poproszę któregoś z chłopaków ze stolarni, żeby zrobił za kierowcę i na ciebie poczekał. – Nie przesadzaj, Maciek. Naprawdę. Ustąpił, choć z ogromnym oporem. Został w domu z małym Oskarem, odprowadzając żonę pełnym niepokoju spojrzeniem. Ubrała się byle jak, ku wielkiemu zaskoczeniu męża. Tym razem nie miała oporów, by pokazać się ludziom w zwyczajnym, szarym dresie – choć dobrze dopasowanym, to jednak skrajnie odmiennym od jej codziennej elegancji. Maciek nie skomentował tego w żaden sposób. Przy czteroletnim dziecku pracy nigdy nie brakuje. Trzy godziny dyżuru minęły mu na wymyślaniu coraz to nowych zabaw, przerywanych nieustannym: „Tato, pić”, „Tato, daj…”, „Tato, chodź”. Zanim się obejrzał, noc zgęstniała, a Ada wciąż nie wracała. Spotkanie z Pauliną miało przecież potrwać tylko chwilę. Ogarnięty nagłym niepokojem, chwycił za telefon. Na szczęście odebrała. Wsłuchawce usłyszał jej gwałtowny, urywany oddech. – Halo! Gdzie ty jesteś? – Spokojnie, kotku. – wydyszała. – Jestem już prawie pod domem. – Czemu tak ciężko oddychasz? – Zaraz ci wszystko wyjaśnię. – rzuciła i rozłączyła się, nie dodając nic więcej. WMaćku aż zagotowało się ze złości. Nie miał pojęcia, gdzie podziewała się jego żona, a ten paniczny, zdyszany głos tylko potęgował najgorsze domysły. 46 Nie mogąc znaleźć sobie miejsca, zaczął krążyć po kuchni niczym lew w klatce. – Już jestem. – oznajmiła Ada, przekraczając próg. – Nareszcie! Co się stało? Jesteś cała? – Spokojnie, kochanie. Nic się nie stało. Po prostu postanowiłam pobiegać. – Postanowiłaś co?! – Maciek aż zamarł. – No, pobiegać. Wysiadłam z taksówki kilka przecznic wcześniej, tuż przy parku i wróciłam do domu truchtem. – Ty naprawdę straciłaś rozum? Kobieto, biegać ci się zachciało o tej porze?! – Każda pora jest dobra na odrobinę ruchu. – Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z tego, co się dzieje wokół nas? Że ten szaleniec zarzyna ludzi na sąsiednich ulicach, a ty ot tak, w środku nocy, idziesz sobie biegać?! Maciek był wściekły; ze złości drżały mu dłonie. Ten zawsze opanowany, emanujący anielską wręcz cierpliwością człowiek tym razem nie wytrzymał. Cisnął trzymaną w ręku szklanką o ścianę, aż ta rozprysła się na drobne, lśniące kawałki. Ada gwałtownie podskoczyła, a w jej oczach mignął autentyczny strach. Nigdy wcześniej nie widziała go w takim stanie. – Przepraszam… – mruknęła speszona, uciekając wzrokiem. – Masz rację, nie pomyślałam. Głupia jestem. – Jesteś! – warknął ostro, wyraźnie głęboko zraniony jej lekkomyślnością. Nigdy się nie kłócili, ale teraz Maćkowi po prostu puściły nerwy. Paniczny lęk o jej życie przejął nad nim kontrolę. Nie wyobrażał sobie, że mogłoby jej zabraknąć; 47 nie przeżyłby tego. Już raz, przed laty, o mało jej nie stracił i nie zamierzał kusić losu. Przecież nie mógł rzucić pracy, by śledzić każdy jej krok. Ada musiała wreszcie pojąć, jak wiele zła czai się wokół. W jego oczach przejawem skrajnej naiwności było jej wieczne wdawanie się w pogawędki z nieznajomymi – przypadkowym staruszkiem, bezdomnym czy facetem pytającym o drogę. Każdy z nich mógł okazać się porywaczem lub gwałcicielem. Chronienie jej bez przerwy, bycie krok przed jej nieprzewidywalnymi pomysłami, stawało się nierealne. Tę noc Maciek spędził na kanapie w salonie, odgrodzony od żony murem milczenia. Rano jednak, mimo wciąż wypisanej na twarzy urazy, przygotował dla niej śniadanie – dokładnie takie, jakie lubiła najbardziej. Zapach przypiekanych tostów z serem i świeżych warzyw szybko wypełnił całą kuchnię. – Wciąż jesteś na mnie zły? – zapytała cicho, wchodząc do pomieszczenia. – Tak, jestem zły, bo zachowałaś się skrajnie nieodpowiedzialnie. – Wiem. Przepraszam cię. – A gdyby ten morderca akurat tam był? Gdyby cię zaatakował? Nie zależy ci już na mnie? Na Oskarze? – Przecież przeprosiłam, Maciek. – Zjedz, zanim mały wstanie. Muszę już uciekać. – Masz dziś dużo pracy? – Tak, czeka mnie ciężki montaż u klienta, wrócę późno. Masz na siebie uważać. Żadnego samotnego szwendania się po okolicy. Jasne? 48 – Dobrze. – odpowiedziała krótko, rzucając słowa bez pokrycia, wyłącznie dla świętego spokoju. Wyszedł, wciąż naburmuszony, zostawiając ją samą w cichym domu. Oskar wciąż smacznie spał. Ona jednak nawet nie dotknęła jedzenia; jednym ruchem zgarnęła tosty do kosza na śmieci, wzięła do ręki kubek z czarną kawą i włączyła telewizor. Trafiła na poranny serwis informacyjny, niestety pod sam koniec materiału. Usłyszała jedynie głos prezenterki, która z przejęciem perorowała o rosnącej brutalności żoliborskiego mordercy: sprawca miał rzekomo okaleczać swoje ofiary z coraz większą furią, jakby z każdą kolejną zbrodnią nabierał upiornego doświadczenia. Gwałtownie wyłączyła odbiornik. Do salonu właśnie wkroczył synek . Chłopiec miał na wpół przymknięte, zaspane oczka i ciągnął za sobą nową koparkę, co chwilę potykając się o własne nogi . – Mamo, pić. – wychrypiał maluch. – Witaj, synku. Jak się spało? – Dobrze. – odpowiedział, ziewając szeroko i wtulając się w jej dres. Poszła naszykować jego ulubione płatki i spakować przekąski do małego plecaka. Zaraz musieli wychodzić, ale nie potrafiła się powstrzymać – podeszła do syna i mocno, rozpaczliwie wręcz wtuliła się w jego drobne ciało. Oskar chyba też tego potrzebował. Objął ją mocno za szyję, zapominając na chwilę o swojej nowej, dumnej deklaracji, że przecież jest już dorosły i ma narzeczoną. – To jak? Zjesz teraz śniadanie? 49 – Zjem. – odpowiedział grzecznie.
