Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Rodzina Sznajderów wraca z wakacji. Przypadkiem natrafiają na Magieland, farmę iluzji położoną w szczerym polu. Pomimo ostrzeżeń napotkanego sprzedawcy jagód, Robert proponuję wizytę na farmie, chcąc zapewnić ostatnią rozrywkę tego wyjazdu. Na miejscu okazuje się, że w środku Magielandu czeka na nich coś dużo bardziej złowieszczego, niż mogliby sobie wyobrazić.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 23
Rok wydania: 2023
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Powrót Sznajderów z Niemiec przebiegał nadzwyczaj sprawnie, do czasu aż zatrzymali się w McDonaldzie. Robert i Weronika, wciąż w dobrym nastroju spowodowanym pobytem u dawno niewidzianych krewnych Roberta, pozwolili córce wybrać z menu co tylko dusza zapragnie.
I to był błąd.
Julka zażyczyła sobie największą colę, którą wypiła do ostatniej kropelki. Przed dalszą drogą szła w zaparte, że obejdzie się bez wizyty w łazience, więc pierwsze szlochy zaczęły się już kilkanaście kilometrów dalej.
– Tata, siku!
– Kochanie, wytrzymaj jeszcze parę minut.
– Tata, ale ja już nie mogę!
– Przecież mijałeś już dwa zjazdy, Robert, czy ty nie rozumiesz, że to tylko dziecko?
– Chciałem się zatrzymać na BP, mam tam kartę, punkty zbieram, a jest zaraz… Dobra, już, zjeżdżamy. Jezu!
Sugerując się informacją o pobliskiej stacji, którą posłusznie wyświetlał GPS, Robert zjechał z A-dwójki, kierując się na miejscowości o wdzięcznych nazwach Poźrzadło i Czartów.
Fiat stilo, cały w kurzu i z kolekcją insektów na rejestracji, opuścił ślimak i Sznajderowie wjechali na świecącą pustkami drogę prowadzącą przez las. Rowy przy jezdni były zbyt głębokie, aby myśleć o postoju na poboczu. Robert otarł wierzchem dłoni pot z czoła. Sierpniowe upały dawały się im we znaki przez cały pobyt w Berlinie i nie zanosiło się na to, aby w najbliższym czasie miały zelżeć. Początkowo planowali wypad nad Bałtyk, aby Julka mogła przed rozpoczęciem podstawówki nacieszyć się wodą, ale kuzyni Roberta tak naciskali, że w końcu uległ. Ostatecznie był to doskonały wybór – Jon i Debra byli cudowni, a Julka, zachęcona przez ich syna Hanka, zaczęła nawet czytać i pisać pierwsze literki. Poza tym, jak żartowali między sobą, ceny nad Bałtykiem i w Berlinie nie różniły się wcale tak bardzo.
Roberta do rzeczywistości przywołał kolejny pisk.
– Tata, ja już nie mogę!
– Zatrzymaj się, trudno, wysika się w krzakach. – Weronika zmarszczyła brwi w charakterystyczny dla siebie sposób, niewróżący nic dobrego.
– Przecież dojeżdżamy do stacji i… Cholera.
Już z daleka dostrzegł, że Orlen jest dopiero w budowie, a ogromny baner informował o otwarciu przewidzianym na październik. Dziwnym trafem na kilka dni tuż przed planowanymi wyborami.
„Wątpię, by Julka aż tyle wytrzymała”, pomyślał Robert, przejeżdżając obok. Z tylnej kanapy dochodziło smutne popłakiwanie.
– Do cholery, zatrzymaj się gdziekolwiek – syknęła Weronika.
Zwolnił dużo poniżej pięćdziesiątki, zdeterminowany, by jak najszybciej znaleźć odpowiednie miejsce. Minęli znak informujący, że wjechali do Poźrzadła, a zaraz potem pokazała się domowej roboty strzałka. Robert nie przyjrzał się jej uważnie, ale najważniejsza informacja została przekazana – tu jest zjazd.
Wjechał na piaskową drogę i zatrzymał pod najbliższą sosną. Weronika szybko wypięła się z pasów i wyciągnęła zapłakaną Julkę z fotelika. W międzyczasie posłała piorunujące spojrzenie Robertowi. On zaś westchnął i ugryzł się w język, by nie wypomnieć, że to ona pozwoliła córce wychłeptać całą colę.
