45,00 zł
Drugi tom jednej z najważniejszych powieści amerykańskich XXI wieku, nagradzanej sagi o przetrwaniu, pamięci i odkupieniu.
Ailey Pearl Garfield dorosła. Zaczyna bardziej świadomie badać swoje pochodzenie, korzystając z doświadczenia akademickiego, ale też pracuje nad rozpoznaniem własnych emocji. Studia nad genealogią stają się dla niej procesem leczenia odziedziczonych traum zarówno rodzinnych, jak i osobistych. Poznajemy historię przemocy, rozpadu rodzin i przemilczanych krzywd, które miały wpływ na bliskich Ailey, a zatem i na nią samą. Skutkiem są problemy z zaufaniem i bliskością, a także niskie poczucie własnej wartości. Teraz Ailey musi zawalczyć, by uwolnić się od brzemienia przeszłości i odzyskać swój własny, niezależny głos.
Obszerna, wymagająca powieść, która z taką samą pasją przygląda się niezależności czarnoskórych kobiet oraz podkreśla nasze wspólne człowieczeństwo.
„Kirkus Reviews”
Ambitna debiutancka powieść uznanej poetki… Jeffers gra detalami, wspaniale oddając cierpienie i opór.
„New Yorker”
Cud piękna i obfitości.
„Time”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 565
Rok wydania: 2026
THE LOVE SONGS OF W.E.B. DU BOIS
Copyright © 2021 by Honorée Fanonne Jeffers
All rights reserved
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Cyranka, 2026
Copyright © for the Polish translation by Olga Dziedzic, 2026
Tom II
Wydanie I
Warszawa 2026
To z winy kobiety Samuel Pinchard, którego społeczność murzyńska na jego ziemi znała jako „pana”, stał się potworem – jasnowłosym diabłem o pięknej skórze i zdumiewających oczach. Nie był posiadającą duszę istotą ludzką, która w snach słuchałaby głosu bożego. A przynajmniej Samuel będzie winił kobietę. To ona wypchnęła go z idealnego, ciepłego miejsca do zimnej kadzi, która zamiast prawdziwym światem okazała się piekłem. Owa kobieta była matką Samuela, a urodziła go mężczyźnie, który nie powinien był zostać ojcem, ponieważ żadne dziecko na takiego ojca nie zasługiwało.
Miała na imię Joan i – jak jej dzieci – była niezrównanie piękna jak na tamte czasy i okoliczności. Mieszkała wraz z mężem Adamem w miejscu, które Anglicy nazwali Wirginią. Tamtejsze ziemie, podobnie jak wszystkie tereny leżące po tej stronie wody, odebrano ich pierwotnym mieszkańcom. Adam zbudował farmę, która nie przynosiła wielkich dochodów, ale też rodzina nie żyła w nędzy. Mieli jednopiętrowy dom z dwiema sypialniami i kuchnią służącą też za pokój dzienny. Dom pobudowano z heblowanych bali. Na werandzie stały dwa krzesła: Adam i Joan siadywali tam wieczorami, lecz nie rozmawiali wiele. W oddali migotały światła chaty, w której mieszkało siedmioro murzyńskich niewolników. Małżonkowie nie zaprzątali sobie nimi głowy – uważali, że tamci winni okazywać im szacunek, a może nawet sympatię, bo tak właśnie myślą właściciele o rzeczach i istotach, które im podlegają. Adam podobnie traktował drewniane siedzisko podtrzymujące jego pośladki oraz mięso na swoim talerzu – na pewno nie płakał nad przelaną krwią zabitego zwierzęcia. Zresztą czemu miałby sądzić inaczej? Murzynów i Murzynki uważał za dzieci Kaina – syna, który nie cieszył się przychylnością.
Adam był przystojny, chociaż miał ciemne włosy i oczy. Z kolei dzieci odziedziczyły delikatną urodę po matce. Czy to ów brak podobieństwa, jasne włosy własnego potomstwa, pozwalały Adamowi bez namysłu opuszczać w nocy łoże Joan? Nie zastanawiać się nad tym, czy jest jej ciepło lub czy ma pełny brzuch po kolacji? Czy dlatego nie konsultował swych czynów z ziejącą pustką w swej piersi, która zastąpiła jego duszę, tylko szedł do pokoju po lewej stronie od kuchni? Biblia dawała mu usprawiedliwienie: można tam znaleźć przypowieści o mężczyznach niewolących kobiety, a nawet własne dzieci – Lot niewolił swoje córki wkrótce po zniszczeniu Sodomy. Może Adam wybierał w pokoju dziecięcym którąś z dwóch córek, myśląc o brodatym, zadufanym w sobie Locie? Tylko jakie miał dla siebie usprawiedliwienie, gdy sięgał po jednego z czterech synów?
Sześcioro dzieci Adama i Joan odznaczało się nieprzeciętną urodą, a gdy rodzina zjawiała się w kościele w miasteczku – jedynym miejscu, które cała ósemka odwiedzała wspólnie – wierni cieszyli się, że dom boży mógł raz w tygodniu ugościć tyle piękna. Pinchardowie siadali w ławce z przodu. A że nie było balkonu, to Murzynki i Murzyni Pinchardów musieli siedzieć z tyłu wraz z resztą swego plemienia.
W niedzielne noce Samuel i jego rodzeństwo mogli odetchnąć z ulgą, była to chwila światła, po której na sześć dni w tygodniu nastawała ciemność wypełniona demonem. Samuel dzielił pokój z rodzeństwem: nie sypiał głęboko, bo czekał struchlały, kiedy na progu zamigocze świeca, a ojciec podejdzie do jednego z trzech łóżek, odkryje kołdrę i wybierze dziecko, z którym spędzi noc. Za każdym razem na widok rozedrganego płomienia Samuel wstrzymywał oddech i zaczynał się modlić. Dwa lub trzy razy w tygodniu jego modlitwy zostawały wysłuchane – dłoń Adama omijała Samuela, sięgając po jego brata bliźniaka. Wówczas czuł się ocalony. Czasami Adam w ogóle się do nich nie zbliżał, tylko podchodził do innego łóżka. Niekiedy, choć rzadko, zdarzały się noce, gdy nikt nie otwierał drzwi do dziecięcego pokoju. Samuel zastanawiał się wówczas, czy ojciec odpoczywa. A może Bóg go wysłuchał i zabił Adama?
W niektóre noce wybór padał na Samuela. Ojciec wyprowadzał go wówczas przez kuchnię do stajni, gdzie na skoszonej lucernie czekał koc. Obok sypiał Murzyn, którego Adam nawet nie przepędzał, podczas gdy Samuel cierpiał katusze w ciemności. Nieraz miał nadzieję, że Murzyn go ocali, uderzy Adama w głowę biczem lub łopatą służącą do czyszczenia boksów dla koni i muła i tym sposobem uwolni go raz na zawsze. Nie zastanawiał się, jaki los spotkałby Murzyna po śmierci Adama, lecz ten bez wątpienia o tym myślał. Samuel nie dbał o to, że Murzyn pewnie zostałby sprzedany, by rodzina mogła zapłacić podatek od trzydziestu pięciu akrów należących do ojca. Chciał tylko nie leżeć już twarzą w dół na kocu w stajni.
Którejś nocy, gdy Adam prowadził go przez kuchnię, Samuel zaczął głośno przyzywać matkę. Wołał ją, krzyczał i błagał, by powstrzymała ojca – być może wył długo i głośno jak zwierzę ciągnięte na rzeź, bo wreszcie otwarły się drzwi do sypialni rodziców i na progu stanęła Joan. W blasku świecy jej twarz zdawała się nieskazitelna. Samuel wyciągnął rękę do światła. „Matko!”, zawołał, lecz Joan się cofnęła i zamknęła drzwi.
Nazajutrz, gdy Samuel odespał swój ból i niedolę, poczuł na ramieniu dotyk dłoni Joan, delikatny i szczery. Matka powiedziała, że przygotowała mu na śniadanie racuchy polane syropem z trzciny cukrowej i roztopionym masłem. Otaczał go zapach Joan – zapach, który zna każde dziecko i który latami miał nawiedzać Samuela we wspomnieniach, doprowadzając go do łez. Nienawidził matki. Ale też ją kochał. Nie chciał już być słaby, nie chciał być małym chłopcem. Wyobrażał sobie, czego dokona dzięki swej sile, kiedy już będzie wysokim i potężnym mężczyzną.
Ojciec zmarł, gdy Samuel miał szesnaście lat. Zabrała go gorączka. Adam leżał w łóżku, trząsł się od temperatury i co chwilę się wypróżniał. Na końcu zostały z niego tylko skóra i kości. Przez cały czas miał przy sobie Biblię. Do ostatniej chwili pozostał chrześcijaninem przekonanym o słuszności własnego postępowania, podobnie jak Joan, która czytała mężowi fragmenty biblijnej księgi Samuela: „Powiedziała ona wówczas: »Pozwól, panie mój! Na twoje życie! To ja jestem ową kobietą, która stała tu przed tobą i modliła się do Pana. O tego chłopca się modliłam, i spełnił Pan prośbę, którą do Niego zanosiłam. Oto ja oddaję go Panu. Po wszystkie dni, jak długo będzie żył, zostaje oddany na własność Panu«. I oddali tam pokłon Panu”.
Tydzień po tym, jak pochowali ojca w ogródku za domem, Samuel zabrał konia ze stajni i wyruszył w noc. Nie dbał o swoje rodzeństwo, nawet o brata bliźniaka, z którym dzielił łono matki. Ucieczkę zaplanował zawczasu – spakował ubrania do skórzanej torby na ramię, którą ukrył pod sianem w rogu stajni. W tym samym miejscu niewolił go ojciec. W noc przed odjazdem nie zmrużył oka. Zakradł się do kuchni. Wziął bochenek chleba owinięty w ścierkę i niewielkie naczynie z masłem. Otworzył jakiś słoik, powąchał i ucieszył się, że to woda. Gdy mijał pokój, gdzie matka leżała teraz w łóżku, w którym ojciec wyzionął ducha, Samuel nie zapukał ani nie pozdrowił rodzicielki. Poszedł prosto do stajni. Zabierał konia, nie dbając o to, czy Murzyn, który mieszkał w stajni, zostanie ukarany za kradzież. Nie troszczył się też o rodzeństwo. Ani o tutejszą ziemię. Troska to przywara będąca brzemieniem słabych. On zamierzał być teraz silny: w podróży miało mu towarzyszyć okrucieństwo.
Do naszej ziemi dotarł okrężną drogą. Przez trzy lata podróżował na południowy wschód ścieżkami, które nasi ludzie wycięli pośród drzew. Zajeżdżał do chat zamieszkałych przez mężczyzn, którzy poświęcili młodość, aby dorobić się majątku właśnie tutaj. Uśmiechał się, mamił, okazując szacunek, używał swej przystojnej twarzy jako broni, wiedział, iż podstarzali mężczyźni pragną zapewnień o tym, że wciąż mają szerokie ramiona i wcale nie obwisły im brzuchy. Kilkakrotnie trafiał na wdowy, potrafił je zwodzić – oczarowane jego urodą oferowały mu posiłek i nocleg na werandzie lub w stajni. Rankiem odjeżdżał bez pożegnania. Dorosłe kobiety nie były mu do niczego potrzebne: pogardzał tymi zwierzętami, które krwawią i cuchną stęchlizną. Były słabe i dlatego chciały zrzucić swe brzemię na barki mężczyzn.
Uważał się za wolnego od męskich słabości, aż któregoś dnia, po wielomiesięcznej podróży, z dala od ziemi rodzinnej, ujrzał pracujących na plantacji tytoniu Murzynów i Murzynki. Było południe, pora odpoczynku, ale dzieci wszędzie zachowują się podobnie, więc chociaż dzień był ciepły, śmiały się i biegały po polu. Pośród nich dostrzegł śliczną dziewczynkę o brązowej skórze i włosach zaplecionych w krótkie warkoczyki. Bawiła się w berka z innymi dziećmi. Miała niezwykle białe zęby i duże brązowe oczy. Samuelowi krew uderzyła do głowy, jak wówczas, kiedy mężczyzna czuje pożądanie do kobiety. Zapragnął zatrzymać się na tej farmie, by być w pobliżu dziewczynki.
Został trzy miesiące i wcale nie myślałby o wyjeździe, gdyby w końcu nie uległ swemu pożądaniu. Natknął się na dziewczynkę, gdy wracał z wychodka. Wołała kurczaki i rzucała im kukurydzę. Odezwała się w nim bestia. Samuel schwycił małą, zakrył jej usta dłonią i zaciągnął ją do wychodka. Po wszystkim nie próbował osuszyć jej łez ani powstrzymywać od płaczu. I tak nikt by nie uwierzył małej Murzynce, która oskarża białego mężczyznę. A nawet gdyby ktoś uwierzył, nikt by się tym nie przejął. Nazajutrz przy śniadaniu Samuela przepełniało poczucie szczęścia. Spał głęboko, nic mu się nie śniło, a po przebudzeniu zachowywał się tak, jakby nic się nie stało.
Nie uważał się za pozbawionego zasad moralnych. Przeciwnie: był przekonany, że uwiodło go dziecko, które zgwałcił. Dziewczynka obnosiła się ze swoją urodą, a Samuel, mężczyzna, okazał się bezsilny. Winić należało także – lub przede wszystkim – to, że była Murzynką, bo czy ojciec mu nie wpajał, iż Murzyni pochodzą od Kaina? Choć była tylko dzieckiem, należała do podrzędnej grupy, a Murzynki są znane z tego, że kuszą białych mężczyzn. Przecież Samuel nie zaciągnął do wychodka własnej córki ani białego dziecka – tego nigdy by nie zrobił. Wziął sobie Murzynkę, a przecież był białym mężczyzną. Mierniczym królestwa, które podarował mu sam Bóg. I białym mężczyzną. Właściwie to uczynił dziewczynce zaszczyt, ofiarowując jej własne nasienie – był wszak białym mężczyzną. W jego przekonaniu powinna czuć się zaszczycona. Był przecież białym mężczyzną.
Nie poniósł żadnych konsekwencji swego czynu, więc później tygodniami obserwował dziewczynkę, chodził za nią krok w krok i przy każdej nadarzającej się okazji porywał dziecko i zaciągał do wychodka. Czuł przy tym ogromną przyjemność, aż któregoś popołudnia mała zasłabła w jego rękach i osunęła się na podłogę. Nie wpadł w popłoch. Poczucie władzy go upajało i napełniało spokojem. Zostawił dziewczynkę w wychodku, nie troszcząc się o to, czy przeżyła. Zasiadł do smakowitej kolacji w domu swego gospodarza, a potem z żalem ogłosił, że zbyt długo przebywa w podróży. Skłamał, że jego matka choruje i chociaż opiekuje się nią jego rodzeństwo, pora, by wrócił do domu. Zaniedbał swoje synowskie obowiązki. Kilka tygodni później zajechał na ogromną plantację należącą do pewnego mężczyzny mieszkającego na obrzeżach miasta Savannah.
Samuel miał dwadzieścia jeden lat i zatrzymał się w rozległym majątku na wyspie u wybrzeży miejsca zwanego teraz Georgią. Został nadzorcą niemal setki niewolników uprawiających tytoń dla niejakiego Ezekiela Waterforda, który był właścicielem jeszcze jednego majątku. Druga plantacja, gdzie uprawiano ryż, była znacznie bardziej dochodowa – pracowało tam pięciuset niewolników i o trzech nadzorców więcej. Tak jak poprzednimi razy Samuel zapukał do drzwi rezydencji na plantacji – teraz do tylnych – i pokazał swą piękną twarz. Urok osobisty i uroda jak zwykle zapewniły mu gościnę. To właśnie na plantacji ryżu Samuel usłyszał o loterii, w której można wygrać ziemię w stanie Georgia – szczęśliwi zwycięzcy, wyłącznie biali mężczyźni i białe wdowy, mogli stać się posiadaczami ponaddwustuakrowych działek.
Ezekiel swoje bogactwo odziedziczył. Codziennie stroił się, jakby wyczekiwał gości, po czym szedł do małego pobielonego budynku służącego za kancelarię plantacji. Tam zasiadał w fotelu przy orzechowym biurku, które jego dziadek sprowadził z Anglii, i przekładał papiery z jednej strony na drugą. Niekiedy też stawał w oknie i prowadził inspekcję swego mienia, chociaż nie widział niewolników, ponieważ ziemia, gdzie pracowali nadzorowani przez Samuela, leżała daleko od miejsca, w którym mieszkał i pracował Ezekiel. Nie był człowiekiem pracowitym, lecz Samuel pragnął się na nim wzorować: nosić mięciutkie śnieżnobiałe koszule i obszerne ciemne bryczesy, których nigdy nie plamił pot ani brud, a do tego lśniące czarne buty, które wydawały imponujące odgłosy, gdy Ezekiel stąpał po podłodze domu lub biura. Samuel nie mógłby tego uzyskać, pozostając nadzorcą. Nie zarobiłby dość pieniędzy na choćby jednego Murzyna, nie wspominając o budowie dużej białej rezydencji w otoczeniu zabudowań gospodarczych. Nie mógłby sobie pozwolić na kozetkę w biurze, na której napastowałby swoich niewolników. Tak więc musiał zrobić coś ze swoim życiem.
Ezekiel był żonaty i w każdą niedzielę chodził na nabożeństwo do kościoła, który kazał zbudować na swej wyspie. Jednak gdy żona pukała do drzwi jego sypialni, wymawiał się pobożnością lub pracą. Zwykle zresztą pukała zupełnie na darmo. Może nawet wiedziała, że męża wcale tam nie ma, bo akurat leży na kozetce w swej kancelarii, przyciskając się do pleców jakiegoś umięśnionego młodzieńca. Zanim Samuel przyjął posadę nadzorcy, Ezekiel brał siłą jednego z przystojnych Murzynów, którego poprzedni nadzorca wybrał dla niego spośród niewolników pracujących w polu. Nadzorca odszedł kilka dni przed przybyciem Samuela. Ezekiel nigdy dotąd nie obcował z mężczyzną, którego nie musiałby przymuszać do uległości – ignorował jęki bólu i widok krwi lub wydzielin jelitowych swych niewolników. Dlatego gdy Samuel nie wzdrygnął się przed pożądliwym dotykiem dłoni na ramieniu ani przed jego rozwartymi ustami i językiem, Ezekiel prędko się zakochał. Nie podejrzewał nawet, że gdy zagłębiał się w szczupłym ciele jasnowłosego mężczyzny – z entuzjazmem i z pomocą sporej ilości smalcu – Samuel fantazjował o zamordowaniu go na różne okrutne i wymyślne sposoby.
Kiedy Ezekiel kończył swoje karesy, Samuel przywierał do niego, udając, że nie może znieść rozstania ze starszym kochankiem. Wystarczyło kilka tygodni, by Ezekiel zdradził mu wiele ważnych informacji o prowadzeniu plantacji, rocznych wydatkach i przychodach, kupowaniu niewolników, uprawie ziemi i o tym, że właściciel posiadłości musi płacić podatki od tego, co ma w posiadaniu. Temu zaś, kto zaniedba te sprawy, odbiorą to, na co tak ciężko pracował.
Gdy Ezekiel mówił, Samuel całował go z drżeniem. Dotykał jego ust, policzków i obojczyka, co zwykle przynosiło skutek, bo kochanek znów wykazywał gotowość – tym razem w ustach Samuela. Samuel starał się nie udławić, lecz nie fantazjował już o śmierci Ezekiela. Zamiast tego wyliczał, co kupi i od czego będzie musiał płacić podatek. Dzięki szczodrobliwości Ezekiela Samuel w ciągu dwóch lat wszedł w posiadanie używanego powozu dwukołowego oraz innych dóbr – oczywiście nie zapominał o płaceniu od nich podatku. Kiedy prawodawcy w Milledgeville, ówczesnej stolicy Georgii, uchwalili ustawę, na mocy której każde hrabstwo mogło zgłosić do udziału w loterii, w której rozdawano ziemie Krików, przedstawicieli poszczególnych gospodarstw domowych – białych kawalerów i wdowy płacących podatki przynajmniej od roku – nazwisko Samuela wielokrotnie przewijało się już w księgach Ezekiela wraz z informacją, że to porządny biały człowiek. I to właśnie miłość Ezekiela Waterforda, pełna wdzięczności i poświęcenia, skłoniła go do napisania listu, w którym poświadczał, że niejaki Samuel Edward Pinchard, biały z urodzenia, pracował dla niego od marca 1801 do września 1804 roku, tym samym potwierdzając, iż Samuel miał prawo do uzyskania ziemi skradzionej Krikom. Gdy nadeszły wieści, że wylosowano Samuela, dzięki czemu został właścicielem parceli o powierzchni dwustu dwóch i pół akra, Ezekiel podarował kochankowi trzysta dolarów oraz konia – lepszego i młodszego niż ten, którego Samuel zabrał z farmy zmarłego ojca – po czym wyprawił młodzieńca w drogę, roniąc łzy, życząc mu jak najlepiej i modląc się za niego.
Tego dnia, gdy odjechał, Samuel czuł dumę nie tylko z powodu uzyskania statusu posiadacza ziemskiego, lecz także dlatego, że poskromił upodobanie do małych dziewczynek. Ezekiel był mu oddany, ale też zazdrosny. Niekiedy bez zapowiedzi przyjeżdżał na pole tytoniu, aby sprawdzić, czy Samuel nie zbliża się zanadto do rosłych, przystojnych Murzynów. Obserwował ich z oddali, nie zsiadając z konia, po czym wracał do swej oddalonej o milę kancelarii. Samuel nie wiedział, czy ową zazdrość obudziłyby też dzieci, wolał jednak nie ryzykować. Przez cztery lata cierpiał katusze, obserwując murzyńskie dziewczynki noszące wodę na pole, które nadzorował. Ich śmiech przypominał ostrza przeszywające jego ciało, lecz Samuel był cierpliwy.
Aidan Franklin nie był taki młody jak Samuel. Nie miał też jego dziwnych, stale zmieniających kolor oczu, tylko po prostu niebieskie, ale był bardzo przystojnym mężczyzną. Walczył o byt od małego, kiedy jeszcze mieszkał w jednoizbowej chacie rodziców. Później się ożenił, żona urodziła mu pięcioro dzieci, po czym zmarła w połogu na skutek krwotoku. Aidan ponownie stanął na ślubnym kobiercu, a jego druga żona wydała na świat siedmioro potomstwa – teraz można było odnieść wrażenie, że dzieci są wszędzie. Niepowodzenia życiowe nie pozbawiły Aidana optymizmu. Kiedy Samuel spotkał go wraz z młodziutką, zmęczoną żoną w drodze do nowego miasteczka Chicasetta w środkowej Georgii, Aidan zacytował mu fragment Listu do Rzymian: „Wiemy też, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra, z tymi, którzy są powołani według [Jego] zamiaru”. Aidan jechał z żoną na koniu. Ich dzieci szły obok.
Samuel pożegnał Aidana i niebawem zastukał do drzwi chaty, którą zastał na ziemi będącej jego własnością według rządu Stanów Zjednoczonych. W chacie tej mieszkał Micco. Samuel ucieszył się na widok dobrze prosperującej farmy, jednak gdy zapukał do drzwi domu, aby pozbyć się jego mieszkańców, coś w aparycji Micco sprawiło, że się zawahał. Samuel nie wiedział nic o pochodzeniu mężczyzny – o czerwonych sercach jego przodków – lecz jego własne serce było pozbawione koloru. Nigdy nie używał broni ani nie potrafił zabijać. Jego jedynymi zasobami były uroda, wdzięk i umiejętność manipulacji. Toteż uśmiechnął się, przedstawił i postanowił wstrzymać z działaniem.
Następnego ranka w domu Micco zjawił się też Aidan. Przedstawił się i zapytał, czy Micco nie pomógłby mu zbudować chaty. Samuel powitał go, jakby spotkali się po raz pierwszy, i puścił do niego oko. Panowała ogólnie przyjazna atmosfera, nawet gdy Aidan stwierdził, że jest właścicielem działki położonej na północ od chaty Micco. Samuel go poprawił, mówiąc, że nikt nie jest tu właścicielem niczego, oczywiście oprócz ich gospodarza.
Skonsternowany Aidan przekrzywił głowę.
– Zaraz, zaraz, coś tu się nie zgadza…
Samuel wszedł mu w słowo i spytał, czy mogliby porozmawiać na zewnątrz. Po powrocie powiedział Micco, że tamten się pomylił, ale on wyprowadził go z błędu. Micco się nie uśmiechnął, lecz jego twarz złagodniała, gdy usłyszał o lojalności dziwnookiego przybysza, który siedział przy jego stole, ponieważ Micco nie wiedział, że przed chatą Samuel zakazał mówić Aidanowi o prawie własności. Wszystko w swoim czasie. Zamiast tego powinni powoli uświadamiać Indianinowi, który tu mieszka, że ta ziemia już do niego nie należy. Przecież nie chcieli napytać sobie kłopotów lub stanąć przed koniecznością zabicia tych dzikusów we śnie. Mężczyznę można by pozbawić życia, ale w chacie znajdowały się też kobieta i dziewczynka. Nie byłoby to postępowanie godne chrześcijanina, prawda?
Aidan wrócił kilka dni później i nadal zachowywał się przyjaźnie: teraz mówił, że jest „dzikim lokatorem”. Micco wyglądał na odprężonego, a Mahala jak zwykle promieniała w obecności białych – przynajmniej do momentu, gdy Aidan napomknął, że na szczycie porośniętego kwiatami kopca chciałby zbudować chatę z widokiem na okolicę. Mahala wydała stłumiony okrzyk, a Micco sięgnął ręką do tyłu, żeby przytrzymać się krzesła. Wziął wdech i poinformował Aidana, że niestety nie ma czasu, by mu w tym pomóc. Zaoferował jednak swoje narzędzia. „To prezent – powiedział. – Nie trzeba ich oddawać”. Potem uśmiechnął się i znów pokiwał głową, kiedy Aidan stwierdził, że tak postępuje dobry sąsiad.
Po wyjściu Aidana Micco zaproponował Samuelowi, żeby jeszcze posiedział, po czym dolał mu kawy. Zwyczajem swoich ludzi przemawiał ostrożnie. Powiedział Samuelowi, że przyswoił sobie obyczaje białych i się przystosował. Tak naprawdę jego ojciec był Szkotem. Micco nie zajmował się już wyłącznie polowaniem, ale też hodował bydło i świnie. Zamiast jelenich skór nosił ubrania bawełniane i z wełny. Osady Krików nie wyglądały jak dawniej: coraz rzadziej spotykało się klany o żeńskim rodowodzie, a coraz częściej – o męskim. Micco wyjaśnił Samuelowi, że groteskowy pomysł budowy domu na szczycie kopca nie miał nic wspólnego z przystosowaniem się. Kopiec był święty, zaznaczył. Dawno temu, w czasach, których nie pamiętał już nikt z obecnie żyjących, ani nawet ich rodziców czy dziadków, właśnie tam mieszkali ludzie o wysokiej pozycji. Dla wioski kopiec był nietykalny. Nie wolno się tam wspinać ani zrywać kwiatów. Można co najwyżej podziwiać go z oddali. A kto złamie owo tabu, igra ze śmiercią.
Samuel milczał, gdy Micco opowiadał mu o tym przyciszonym głosem. Przesądy dzikusów doprowadzały go do śmiechu, lecz nie mógł ujawnić swych prawdziwych zamiarów.
Aidana nie opuszczał dobry nastrój. Pobudował chatę na szczycie kopca. A że dom był wspaniały, optymizm budowniczego utrzymywał się przez wiele miesięcy. Zaledwie dwa lata później Aidan spalił jednak swoją chatę, wkrótce po tym, jak zaraza zabrała mu żonę i jedenaścioro z dwunastki dzieci – w okolicy nikt inny nie ucierpiał. Pogoda ducha opuściła Aidana wraz z rodziną. Stał się zgorzkniały i próbował związać koniec z końcem, biedując w cieniu kopca. W dniu, w którym podpalił chatę, czerwone i niebieskie kwiaty porastające kopiec uschły z gorąca, a drewniane ściany skwierczały, pękając z trzaskiem. Później Aidan opowiadał Samuelowi, że gdy on i jego syn – teraz już jedyny – obudzili się następnego ranka w swej szopie, kopiec znów pokrywały kwiaty i trawa. Odrosły w ciągu jednej nocy. Jedyny syn, który przeżył, miał na imię Carson. Optymizm utracony przez ojca w obliczu tragedii nie powrócił do syna ani do jego potomstwa, a kolejne pokolenia Franklinów czuły niechęć do kopca.
Pod koniec życia Aidan nie był już w stanie wyżyć z tych dwustu dwóch akrów, które wygrał na loterii przeprowadzonej w Georgii. Latami po kawałku sprzedawał ziemię Samuelowi za połowę rynkowej ceny. Samuel czerpał przyjemność z naciągania drugiego białego – i to niemal tak wielką, jakby wygrzebał kości ojca, tchnął w nie życie i ponownie obrócił je w proch. Najpierw kupił od Aidana dwadzieścia pięć akrów, potem czterdzieści i tak dalej, aż w końcu pozbawił go całej ziemi. Wówczas z uśmiechem zaproponował, że Aidan i jego syn mogą zostać w drugiej chacie, którą pobudowali z dala od kopca. Jeżeli Aidan zgodzi się pracować dla niego jako nadzorca, mogą tam mieszkać za darmo. Potrzebował białego mężczyzny do pilnowania niewolników.
Samuel był pomysłowy i powoli przejmował farmę Micco. Nie tylko z powodzeniem uprawiał bawełnę, ale też wybudował sklep wielobranżowy, do którego po zapasy przychodzili zarówno biedni, średnio zamożni, jak i bogaci biali mężczyźni. Tych ostatnich w okolicy było zaledwie dwóch. Bogacze zwykle trzymali się na uboczu, lecz zgodzili się zainwestować z Samuelem w jedyną odziarniarkę bawełny w miasteczku.
Młody Pinchard uważał się za szczęśliwca, nie licząc może pragnienia, z którego zaspokojeniem miał kłopot. Wsiadał na konia i jeździł po wsi, aż znalazł farmera, który za pieniądze pozwolił mu wykorzystać murzyńską dziewczynkę. Nauczył się, że nie może wybrzydzać. Za taką okazję płacił dolara lub dwa.
Z początku wolał dzieci o ciemniejszej skórze, ale gdy posiadł nieco wiedzy na temat własnego ciała, zaczął wybierać jaśniejsze dziewczynki. Ezekiel cierpliwie mu wyjaśnił, że większość Mulatek i Mulatów jest bezpłodna, nie licząc wyjątkowych przypadków. Dla Samuela było to zaskoczeniem. Przeanalizował też osiemnastowieczne prace badawcze Petrusa Campera, Immanuela Kanta i Davida Hume’a, którzy mierzyli murzyńskie czaszki, a porównawszy je z czaszkami małp człekokształtnych, znaleźli liczne podobieństwa. W obecnym stuleciu na największą uwagę zasługiwały traktaty Samuela Mortona – młody Pinchard bardzo się ucieszył, że on i wybitny uczony noszą to samo imię, lecz jeśli miał być szczery (i wcale nie arogancki), to mądre spostrzeżenia jego imiennika nie były wstrząsające, lecz zwyczajnie logiczne. Żałował, że nie ma smykałki do pisania, bo gdyby ją posiadał, mógłby się stać nie lada przeciwnikiem dla naukowców. Z Biblii dowiedział się, że za nieszczęsny kolor skóry murzyńskiej odpowiedzialny był nie tylko Kain, ale też Cham, syn Noego. Bóg zesłał tych ludzi na ziemię, żeby dźwigali brzemię: murzyńscy mężczyźni i chłopcy winni umęczyć się w prymitywnej pracy, a kobiety i dziewczęta znosić ciężar białych mężczyzn, by ku bożemu zadowoleniu pielęgnować w łonach nasienie swych białych panów. Taki już był ustanowiony porządek tego świata, a Murzyni i Murzynki nawet w niebie winni służyć z uśmiechem.
W końcu Samuel kupił Mamie, piękną ciemnoskórą dziewczynkę, która miała pracować w kuchni. Zapomniał jednak o naukach Ezekiela i popełnił błąd: Mamie nie była bezpłodną Mulatką, o jakich wspominał jego dawny mentor, tylko pełnokrwistą Murzynką, która zaszła w ciążę. Chociaż wyglądała na szczuplutką dziewczynę, która jeszcze nie zaczęła krwawić, to w wyniku napaści Samuela powiła dziecko. A że jej biodra okazały się za wąskie, by wytrzymać poród, zmarła zaraz po urodzeniu chłopca. Tyle omyłek: z powodu niskiego wzrostu, drobnej budowy i piskliwego głosu Mamie mogła wydawać się małą dziewczynką, ale tak naprawdę handlarz Lancaster Polcott nie miał informacji o jej pochodzeniu. Kiedy Samuel odkrył, że dziewczyna jest brzemienna, szacował jej wiek na dwanaście lat. Była jednak starsza, chociaż jej pierwszy właściciel nigdy nie odnotował dokładnej daty urodzenia. Niewolnice, kobiety i dziewczynki, często były niewyrośnięte: we wczesnym dzieciństwie brakowało dla nich odżywczego mleka matki, a później nikt ich porządnie nie karmił.
Śmierć Mamie zmąciła nastrój na plantacji. Praca zwolniła, mimo że Samuel pozwolił używać bata Carsonowi Franklinowi, który został nadzorcą po śmierci ojca. Pinchard ignorował oskarżycielskie spojrzenia, jakie rzucali mu mieszkańcy kwatery. Był panem tej plantacji i tak jak w przeszłości Micco, teraz to on przechadzał się po tej ziemi, szepcząc, że należy do niego – ona i wszystko, co na niej rośnie. Kwiecie, zieleń, drzewa, brzoskwinie i inne owoce. Stworzenia: konie, bydło, świnie, kurczaki, Murzyni i Murzynki. W świetle prawa Samuel ze swoimi stworzeniami mógł robić, co zechce – nawet zabijać – i nikt by go za to nie pociągnął do odpowiedzialności. Miał więc prawo wedle uznania zrujnować życie dziewczynki, której pragnął.
Jednak śmierć Mamie trwale położyła się cieniem na życiu Samuela: na świecie pojawił się Nick, którego urodziła. Do tego doszedł jeszcze gniew Aggie. Nick będzie jedyną osobą, którą Samuel kiedykolwiek pokocha, Aggie zaś jedyną osobą, przez którą zasmakuje wstydu.
Obie te emocje wstrząsnęły nim tamtego ranka, gdy Aggie przyniosła mu dziecko owinięte w czysty kawałek tkaniny. Powiedziała, że tylko Pan może ocalić Mamie. Opisała też stan dziewczyny: to, że jest słaba, cierpi z bólu i nie przestaje krwawić. Chociaż słowa kobiety nie zdradzały emocji, to spojrzała na Samuela, marszcząc brwi – wtedy poczuł wstyd. Sądził, że może cierpi na niestrawność, bo żołądek gwałtownie podszedł mu do gardła. Później sądził, że się rozpłacze, po raz pierwszy miał poczucie winy i coś sobie wyrzucał. Na krótką chwilę uzmysłowił sobie, że jest złym człowiekiem. Aby odsunąć od siebie to uczucie, wyjął Nicka z zawiniątka. Dziecko miało białą skórę i jasne włosy. Zamknęło oczka, które za pół roku zmienią kolor z niebieskiego, typowego dla noworodków, na taki sam, jak u ojca. Samuel wymówił pełne zdumienia i wdzięczności „och”, a pod powiekami zapiekły go łzy.
Pragnął chronić to dziecko. Było to niepokojące, ale przyjemne uczucie. Jednak to, co poczuł w obecności Aggie – wstyd, który w nim wzbudziła, i to, że nawet mu się nie skłoniła – wywołało w nim coś na kształt przerażenia.
Po śmierci Mamie Samuel zaczął grasować po własnych polach w poszukiwaniu ofiar wśród dzieci, lecz po trzech latach doszedł do wniosku, że nie jest to najlepsze rozwiązanie. Wcale nie czuł się źle, wykorzystując to, co było jego własnością, lecz oddawanie się przyjemności z dziećmi swych murzyńskich niewolników spowalniało pracę. A Samuel był człowiekiem interesu: nie mógł pozwolić, by jego skłonności wpływały na jego przychody.
Kiedy odwiedzał kwaterę w poszukiwaniu jedynego przebłysku szczęścia w swym życiu – Nicka – czasami wpadał na Aggie, która na jego widok coraz bardziej marszczyła brwi. Znów miał te okropne ciarki: Aggie uważała go za strasznego człowieka, który zdołał ukryć się przed gniewnym okiem Boga. Było to potworne uczucie. Dlatego zaczął unikać wizyt w kwaterze.
Przez jakiś czas znów szukał w okolicy farmerów, którym płacił za umożliwienie mu napastowania murzyńskich dziewczynek, jak to robił, zanim upodobał sobie Mamie. Ale dwa lata później przestało go to zadowalać. Stał się obytym, zamożnym mężczyzną i postanowił zachowywać się stosownie do swej pozycji. Polecił Carsonowi zabrać z pola silnych mężczyzn z kwatery do wycinki drzew. Dzięki ich pracy po lewej stronie od rezydencji w niedługim czasie powstał nowy budynek. Piękna jednoizbowa chata, którą Samuel skopiował z ilustracji w tomie baśni braci Grimm. Zamówił nowe meble i zabawki. Konika na patyku, domek dla lalek z kompletem mebelków i porcelanowe lalki w wyszukanych strojach dobranych do ubrań dziecięcych, które także sprowadził. Zaopatrzył się również w wywar z maku, który mieszał z syropem trzcinowym, bo dzieci przepadają za smakiem cukru.
Nigdy nie czuł się taki szczęśliwy, jak w dniu, w którym na aukcji kupił od Lancastera Polcotta mulackie dziecko. Ponieważ rząd zakazał przywożenia niewolników zza Atlantyku, teraz handel rozwijał się prężnie wewnątrz kraju. Odkąd rozbudowano sieć dróg, transport niewolników na Południu znacznie się ułatwił, a w ludziach można było przebierać jak w ulęgałkach. Dziewczynka, którą kupił Samuel, była dla Lancastera czymś w rodzaju rzadkiego okazu. Handlarz prowadził teraz aukcje w hrabstwie sąsiadującym z Chicasettą. Ceny były wysokie: mała Mulatka kosztowała Samuela siedemset dolarów, ale ucieszył się, słysząc, że dziewczynka ma dziewięć lat. Zakładał, że nieprędko dojrzeje. Lancaster Polcott pozwolił mu wejść do niewielkiego kojca, w którym trzymał dziecko. W rogu ktoś leżał pod kocem na pryczy, a że dziewczynka była wyjątkowa, nie spała na słomie, tylko dostała poduszkę i kołdrę. Miała jasną skórę i długie kręcone włosy zaczesane do tyłu w kok jak u kobiety. Ubrano ją w cienką czystą halkę. Kiedy Lancaster kazał jej się rozebrać i powoli okręcać, na jej ciele nie było znać żadnych śladów. W Samuelu krew się burzyła i choć dziewczynka płakała, uczuł pragnienie, ale Lancaster zaznaczył, że nie może jej tknąć, dopóki pieniądze nie zmienią właściciela, a on nie dostarczy małej do Leśnego Miejsca. Samuel odparł, że chce ją nabyć natychmiast. W tej sekundzie – miał gotówkę, a jego wóz czekał na zewnątrz – Lancaster jednak odmówił. Tłumaczył, że chce, by Samuel odzyskał panowanie nad sobą, lecz w rzeczywistości kusił go dzieckiem. Był pobożny, chodził do kościoła i chociaż handel niewolnikami to zaszczytna profesja – czyż nie tak twierdzi Biblia? – to upodobania Samuela przyprawiały go o niestrawność. Jednak przemówił sobie do rozumu: miał na utrzymaniu rodzinę.
Oprócz zwykłych robotników i robotnic polowych (oraz im podobnych), Lancaster oferował też towar „specjalny”, na przykład dziewczynki i młode kobiety przeznaczone do celów buduarowych. Handlował nimi otwarcie, a kiedy je licytowano, nie szczędził sprośności. Poza tym – chociaż nie przyznałby tego głośno – na potajemnych aukcjach, których nie rozgłaszał, sprzedawał też chłopców i młodych mężczyzn jako kosztownych „kamerdynerów i służących”, a biali mężczyźni płacili za nich trzy razy więcej niż za robotników polowych. Lancaster zwietrzył szansę na dożywotnie dochody, o ile będzie w stanie utrzymać Samuela Pincharda – i jemu podobnych – na smyczy ich pożądania.
Samuel przy okazji kupił też ze zniżką wysokiego Murzyna. Chłopak należał wcześniej do liberalnego pastora z Milledgeville, który uczył niewolników czytać, by mogli zaznajomić się z Biblią. Ów pastor złamał nowe przepisy, które zakazywały uczyć czytać niewolników. Mężczyzna trafił do więzienia i nie był w stanie opłacić grzywny w wysokości pięciuset dolarów. Na jej pokrycie musiano sprzedać dwoje jego niewolników. Murzyn, którego kupił Samuel – młody i do tego kawał chłopa – kosztował jedynie sto pięćdziesiąt dolarów, ponieważ żaden inny biały uczestnik aukcji nie chciał Murzyna umiejącego czytać. Chłopak był wyjątkowo nieatrakcyjny, a na imię miał Claudius. Samuel powierzył mu opiekę nad ogrodem i zwierzętami gospodarskimi oraz kazał dbać o zieleń wokół chaty, którą wybudował dla swojej małej Mulatki. Zaprojektował ogród podobny do ogrodu Rappacciniego z opowiadania pana Nathaniela Hawthorne’a: bujna roślinność prowadzona tak, że porastała furtkę i ogrodzenie, przesłaniając widok. Claudius pilnował, by rośliny rosły tam o każdej porze roku. Samuel oprócz badań nad murzyńską populacją studiował też ogrodnictwo i instruował Claudiusa, jakie rośliny ma sadzić i jak o nie dbać.
Dwa dni później Lancaster Polcott dostarczył Claudiusa i małą Mulatkę do Leśnego Miejsca. Dziecko zabrała kucharka, Tut, która nakarmiła je, wykąpała, ubrała w świeże ubrania, po czym zaprowadziła je do chatki, w której miało czekać na wizytę nowego właściciela. Claudius zabrał się do przycinania kwiatów i wyrywania chwastów. Sypiał w przybudówce obok stajni i jadał posiłki z Tut w kuchni. Samuel nie chciał, by chłopak przyjaźnił się z innymi niewolnikami – tak jak Tut, która nie miała żadnych sprzymierzeńców, bo pozwoliła Samuelowi wykorzystywać Mamie w kuchni, a nawet kłamała, chroniąc swego pana. Samuel nie życzył sobie sojuszu między zwykłymi niewolnikami a opiekunami dziewczynki, którą będzie nazywał swoją „młodą przyjaciółką”.
Ludzie z kwatery w końcu odkryli straszliwe przeznaczenie chatki, którą Samuel zbudował obok rezydencji. Nazywali ją „chatą po lewej ręce”, a w skrócie „chatą po lewej”, jako że sam diabeł upodobał sobie ten kierunek. Słysząc ich rozmowy, Samuel nie miał pojęcia, że nazywają to miejsce siedliskiem zła, i wkrótce sam zaczął nazywać je „chatą po lewej”, podśmiewając się z prostactwa Murzynów.
Choć zwykle mówimy o kwestii murzyńskiej, jakby była niezmienna, to badacze winni uznać oczywiste fakty, na przykład, że problem ten, jak wiele innych, ma długą historię i zmieniał się wraz z rozwojem i ewolucją narodu; co więcej, nie jest to jeden problem, ale splot problemów społecznych, zarówno nowych, jak i starych, prostych, jak i złożonych […].
W. E. B. Du Bois, Studium problemów murzyńskich
Gdyby życie Lydii Garfield było piosenką, to z pewnością bluesową, jedną z tych, które wujek Huck śpiewał każdego lata na zjazdach rodzinnych. Szarpał struny banjo i nucił barytonem, a pan Luke, który był miłością jego życia, klaskał i przytupywał. Na podwórzu wszyscy prosili wujka, żeby zaśpiewał tę konkretną piosenkę, ale nie zwracali uwagi na słowa ani na to, że wujek śpiewał o bólu swego istnienia. O tym, że musi nazywać pana Luke’a „najlepszym przyjacielem”, choć byli ze sobą nierozerwalnie złączeni, jakby stanęli przed pastorem i złożyli przysięgę małżeńską.
Ludzie zdawali się nie zauważać, że ci dwaj dotykają się czule i odważnie: poklepują po ramionach, całują w czoło. Zamiast tego wyrażali podziw. „O rajuśku, ten Huck to umie śpiewać. A głos to ma mięciutki jak masło”.
Może właśnie to próbowała zrobić Lydia, gdy wpadła w nałóg? Wyśpiewać swój ból, wiedząc, że przez resztę życia będzie taszczyć ze sobą ciężar. Nie potrafiła go zostawić. Co z tego, że ludzie ciągle powtarzali, że jest śliczna? Uroda była gówno warta. Nic nie znaczyła. Równie dobrze mogli napluć jej w twarz. Bo przecież to mężczyzna, który pierwszy nazwał ją śliczną, obarczył ją tym ciężarem.
W szkole spotykała się z innymi określeniami. „Mulaciara”. „Jasna czarnucha”. „Jasnoskóra krowa”. „Ważniaczka”. „Tej to się wydaje”. Ale nikt nigdy nie nazwał jej brzydką. Zawsze uważano ją za piękność z powodu jasnej cery i włosów, które odbijały światło. I oczu zmieniających kolor zależnie od tego, w co się ubrała. „Śliczna, prześliczna dziewczynka”. Tak mówił o niej dziadek, kiedy miała sześć lat, a więc wtedy, gdy ją krzywdził. Lydia nie pamiętała, kiedy to się zaczęło, ale już w najwcześniejszych wspomnieniach ta krzywda była w jej życiu.
Jechały kombi z matką i Coco. Były w Mieście. Tego była pewna. Matka zawoziła je do domu dziadków, bo rodzice wybierali się na wycieczkę do Nowego Jorku. Mama zdołała przekonać tatusia, by po latach zamknięcia w domu z dwójką dzieci w końcu zabrał ją w podróż poślubną. „Kobieta potrzebuje czegoś więcej niż tylko zajmowanie się domem”, tak powiedziała Lydii. W ogóle dużo do niej mówiła, zupełnie jakby dziecko było drobniutką przyjaciółką w fartuszku, skarpetkach do kostki i lakierkach z paskiem. Jakby mała dziewczynka mogła pojąć trudy macierzyństwa i małżeństwa.
Odwracała się do córki i pytała:
– Kochanie, rozumiesz, co mam na myśli?
– Aha, tak, mamusiu. – Lydia wiedziała, że to dobra odpowiedź. Matka będzie zadowolona, poklepie ją po kolanie.
Mama nie ufała opiekunkom do dzieci. Tam, skąd pochodziła, w takich sprawach polegało się na znajomych kobietach. To dlatego woziła córki do babki Claire – dużego domu w okolicy zamieszkałej przez eleganckich i zamożnych czarnych. Zostawiała dziewczynki i walizkę ze skaju pannie Delores, kobiecie o brązowej skórze, patykowatych nogach i miękkim biuście, który był mniejszy od jej brzucha.
Tamtego dnia Coco spała. Zazwyczaj budziła się wcześnie, jeszcze przed świtem stawała w łóżeczku i tłukła nim o ścianę, aż w pokoju zjawiała się mama i brała ją na ręce. „Jestem głodna”, mówiła Coco. Wiedziała dokładnie, czego chce. Bułeczek z masłem. Albo sera i kaszy kukurydzianej. O cokolwiek prosiła, to zawsze pełnymi zdaniami i bez nielogicznych uwag typowych dla dzieci. Na to, że była dzieckiem, które dopiero uczy się chodzić, wskazywały jedynie długie drzemki, ucinane w środku dnia.
W korytarzu panna Delores oparła śpiącą Coco na swoim biodrze, po czym wzięła Lydię za rękę. W kuchni dała jej pół kromki chleba bez skórki posmarowanego masłem orzechowym i dżemem. Później zmywała po śniadaniu i razem oglądały Ulicę Sezamkową.
– Ciasteczkowy Potwór działa mi na nerwy – stwierdziła panna Delores. – Zachowuje się jak pijany.
Potem, gdy leciał program Elektryczna brygada, z zachwytem patrzyła na brązowego Draculę.
– Przydałoby się go ostrzyc, ale przystojnego mężczyznę łatwo doprowadzić do porządku. Taki jest mój mąż. Wystarczy, że się umyje i ogoli, a już muszę uważać na te napalone krowy, które się przy nim kręcą.
Coco nagle się obudziła.
– Krowa to ssak.
I zaraz znów zasnęła.
– Mój Boże, co jest z tą małą! – wyszeptała panna Delores. – Stanowczo za mądra!
Po Elektrycznej brygadzie puszczali Z wizytą u pana Rogersa. Na ekranie pojawił się biały mężczyzna w rozpinanym swetrze. Cierpliwym, zniżonym do szeptu głosem rozmawiał z pacynkami, zupełnie jak z ludźmi. Później poszły na górę do pokoju gościnnego, gdzie na łóżku czekały dwie eleganckie sukienki – to znaczyło, że wkrótce będą miały towarzystwo. Lydia potrafiła ubrać się sama, musiała włożyć sukienkę przez głowę. Zdjęła majteczki na każdy dzień tygodnia, w które ubrała ją mama, i naciągnęła gatki obszyte falbankami. Coco dostała podobne, tyle że wyszyte w środku ceratą. Spała w trakcie tych przebieranek. Panna Delores położyła ją na łóżku, a ona podkurczyła nóżki.
Po chwili odezwał się dziadek.
– Dziewczynki, dziewczynki? Gdzie jesteście?
– Dzień dobry, doktorze Garfield – powitała go panna Delores.
– Dzień dobry, Delores. Jak twój poranek?
– Dobrze, dziękuję panu. A jak u pana?
– Niezgorzej.
– W takim razie obudzę małą i pójdziemy do parku. Ona tak lubi te spacery. Pani Garfield pojechała już na zakupy.
Lydia złapała ją za rękę.
– Nie! Proszę, nie idźcie!
Kobieta się odsunęła.
– Dziecko, co w ciebie wstąpiło? Twój dziadziuś wziął wolne, żeby spędzić z tobą trochę czasu. Doktorze Garfield, tak mi przykro. Chyba ma dzisiaj zły dzień.
– Och, ja się nie gniewam. Nic a nic. Jesteś moją śliczną dziewczynką, prawda?
Pogłaskał Lydię pod brodą, a panna Delores wyszła z kuchni.
Przyszła pora na lekcję czytania z Dudkiem w jego gabinecie. Usiedli na ciemnej błyszczącej kanapie. Lydia znała już kolory i alfabet. Matka nauczyła ją recytować bez pośpiechu środkową część, „L-M-N-O-P”, ale to Dudek próbował uczyć wnuczkę czytać. Najpierw krótkie słowa, takie jak „kot”, „mysz” i „pies”, ale nie mogła załapać. Dudek się poddał i zaczął jej czytać pisemko „The Brownies’ Book”, w którym na obrazkach były czarne dzieci. „Gdy Blanche był małym chłopcem, musiał pracować jako niewolnik na plantacji w Missisipi. Jego pan, podobnie jak inni właściciele niewolników, tak bardzo potrzebował chłopca, że nie pozwalał mu się uczyć. Ale Blanche postanowił, że sam nauczy się alfabetu najlepiej, jak potrafi…”
Dudek skończył czytać, zaprowadził Lydię do pokoju dla gości, zamknął drzwi i rozebrał ją z wymyślnej sukienki, którą kupiła jej babka. Potem zdjął też jej majtki, bo musiała się wykąpać. W przeciwnym razie będzie śmierdzieć. Wykąpią się razem i pobawią w wodzie. Czy to nie miło? Lubił się z nią kąpać, bo była taka śliczna i wyjątkowa. Nie ma drugiej takiej dziewczynki pod słońcem. Miała lśniące włosy, a on kochał ją najbardziej. Ale mimo jej wyjątkowości zawsze straszył, że zabije Coco, mamę, tatusia, a nawet babkę, jeśli Lydia zdradzi komuś ich sekret – opowie o tym, co Dudek robił z nią w wannie. Powiedział jej, że jest lekarzem. Może ich wszystkich otruć i nikt się nie dowie.
A potem w każdą niedzielę przy obiedzie był czarujący i uśmiechał się do Lydii, nazywał ją śliczną, wyjątkową dziewczynką, zupełnie jakby nigdy nie groził, że zniszczy jej życie.
Lydia dowiedziała się później, że mama wróciła z Nowego Jorku z dzieckiem w brzuchu. Po kilku miesiącach sukienki opinały się na jej ciele. Często miała mdłości i straciła na wadze od wymiotowania. Teraz tatuś w każdy weekend zabierał dzieci do swoich rodziców. Niekiedy to Lydia jechała na zakupy, a w domu zostawała jej młodsza siostra.
Nie było nic nudniejszego od spacerowania z babką po domu towarowym, a jednak dziewczynka czuła ulgę. To znaczyło, że Dudek nie będzie jej obmacywał ani uczył, jak ma go dotykać lub całować, nie będzie zmuszał do oglądania zdjęć, na których mężczyźni i kobiety robili to, co jej rodzice, żeby sprowadzić ją na świat.
Po urodzeniu kolejnego dziecka mama była jeszcze bardziej zmęczona. Kłóciła się z tatusiem, krzyczała, że gdziekolwiek się obróci w tym gównianym, obskurnym mieszkaniu, wpada na dzieci, które wiecznie czegoś od niej chcą. Czy tylko tego może oczekiwać od życia? To on chciał mieć trzecie dziecko. Z pewnością nie był to jej pomysł. Miała być wykształconą kobietą, chciała w życiu do czegoś dojść. Lydia dowiedziała się tego, podsłuchując rozmowy rodziców. Któregoś wieczora, gdy już powinna być w łóżku, usłyszała, że jej ojciec również myśli o zabijaniu.
Matka narzekała na to, że tatuś pracuje do późna, a on zapewniał, że jej nie zdradza. Nie zrobiłby jej tego. Przysięgał na wszystko, co ma. Po prostu dużo pracuje dla swojej rodziny. Stara się odłożyć na dom. Nigdy nie sądził, że mógłby kochać kogoś tak, jak swoje dzieci.
– Kobieto, nie wiem, co bym zrobił, gdyby ktoś skrzywdził moje dziewczynki. Zamordowałbym go i skończył na krześle elektrycznym.
– Jak w ogóle możesz tak żartować? Wiesz, że mój brat zginął w kiciu.
– Nie żartuję. Mówię poważnie.
– Nie proszę, żebyś kogokolwiek zabijał. Chcę tylko, żebyś pomógł mi przy dzieciach. Geoff, jestem zmęczona. Gdyby Diane nie wpadała zająć się dziewczynkami, nie mogłabym nawet wyjść do sklepu po zakupy. Wiesz, że muszę zabierać ze sobą małą do łazienki?
– Przykro mi, kobieto. Będę się bardziej starał.
Były to lata pełne napięcia i niepewności, a Lydia nieraz myślała o śmierci. O tym, co powiedział Dudek, co mówił jej tatuś i co oznaczałoby opowiedzenie komuś o swoim bólu. Nie, nawet nie o bólu. To nie było odpowiednio duże słowo. Lydii brakowało słownictwa, które mogłoby wyrazić to, co jej się przytrafiło. Chciała tylko, żeby to się już skończyło. Któregoś razu, gdy miała siedem lat – a jej najmłodsza siostra właśnie zaczęła raczkować – próbowała znaleźć słowa, by powiedzieć mamie o tym, co dziadek jej robił, chociaż nie chciała, żeby zabił całą jej rodzinę. Chciała powiedzieć, że Dudek nie jest taki jak pan Rogers z telewizji, który był miły i spokojny i sprawiał, że czuła się bezpiecznie. Chociaż biały, to właśnie on, a nie Dudek, był jej prawdziwym krewnym. Kochała pana Rogersa i wiedziała, że on też ją kocha, mimo że nigdy się nie spotkali. Tak bardzo chciała, żeby ją odwiedził i powiedział, co ma robić. Wiedziała też, że nigdy nie kazałby jej się rozebrać i wejść do wanny. Był jej przyjacielem i dzięki jego miłości miała dość siły, by wejść do kuchni i opowiedzieć mamie o Dudku.
Matka stała przy kuchence, mieszała w garnku kapustę. W kuchni dziwnie pachniało, ale ten zapach oznaczał, że obiad będzie smaczny: Lydia uwielbiała duszoną kapustę matki.
– Mamusiu?
– Tak, maleńka? – Zerknęła przez ramię, miała mokrą twarz.
– Płakałaś?
Odłożyła łyżkę i otarła policzki.
– To nic, maleńka. Kobiety czasami są smutne. Rozumiesz to, prawda?
– Tak, psze pani… Mamusiu?
– Tak, maleńka? O co chodzi?
Matka westchnęła i podniosła łyżkę. Drugą ręką podtrzymywała i kołysała Ailey, najmłodszą siostrzyczkę Lydii. Dziewczynka płakała. Też wydawała się smutna, więc Lydia odłożyła swoje uczucia na bok. Nie była w stanie unieść aż tyle rozpaczy. Opuściła ją odwaga. W głowie nie słyszała już głosu pana Rogersa. Zagłuszyła własne uczucia i zapytała, czy może ponosić siostrzyczkę, która była tłuściutka i miała dużo wałeczków. Mama natychmiast oddała jej dziecko, mówiąc, że Lydia jest dobrą dziewczynką. Jej małą pomocnicą. Lydia kołysała Ailey na swoim kościstym biodrze. Zaniosła siostrzyczkę do dużego pokoju i tam z nią siedziała. Przystawiła nos do czubka główki Ailey. Tak ładnie pachniała. Jak spokój lub coś w tym rodzaju.
Odtąd Lydia lubiła sadzać siostrzyczkę na swoich chudych udach. Kołysała ją, aż mała przestała płakać. Swoje pierwsze słowo Ailey wymówiła właśnie do niej. „Mama”, powiedziała, chwytając ją za włosy. Lydia starała się trzymać, usiłowała wytrwać, śpiewając swoją pieśń żałobną przez całą jesień, zimę i wiosnę. Latem zmarł ojciec mamy i tatuś zawiózł je swoim cadillakiem do Chicasetty, bo mama chciała zobaczyć ojca w trumnie, zanim go pochowają. W Chicasetcie wszyscy płakali, ale Lydia nie była smutna. Nigdy nie poznała dziadka Hosea, ale na Południu panował spokój, który kojarzył jej się z zapachem loczków Ailey.
Później każdego roku matka zawoziła je na Południe swoim kombi, a Lydia wyczekiwała tych letnich wakacji i zabaw w upale, które nigdy jej się nie nudziły. Leniwego czasu. W południe, gdy słońce za mocno grzało, siadała na podłodze w salonie. Wycinała sukienki dla lalek zgodnie z instrukcjami prababki. Droga Pearl siedziała na kanapie, bo miała problemy z kolanami. Gdyby usiadła niżej, nie mogłaby wstać.
Kilka lat później Droga Pearl pokazała prawnuczce, jak szyje się ubrania dla ludzi. Wzięła starą sukienkę i wypruła z niej nici. Pomieszała skrawki materiału i kazała Lydii zamknąć oczy. Czy umie sobie wyobrazić, jak je z powrotem pozszywać? Tak, zdołała to zobaczyć. Staruszka była zrzędliwa i wszystkim dokuczała, ale Lydii powiedziała, że jest naprawdę mądrą dziewczynką. To mama Drogiej Pearl nauczyła ją sztuczki z odwracaniem sukienki na lewą stronę, żeby przyjrzeć się szwom i temu, w jaki sposób połączono ze sobą poszczególne kawałki, a potem dojść do tego, jak uszyć nową sukienkę. Córka ani wnuczka Drogiej Pearl nie były w stanie opanować tej sztuki, ale proszę, Lydia to potrafi! Niedługo potem nauczyła się sporządzać wykroje sukienek z brązowych papierowych torebek, bo prababka twierdziła, że kobieta, która umie szyć, zawsze na siebie zarobi, sprzedając ubrania kobietom, które same nie szyją. To znaczyło, że Lydia nigdy nie będzie przymierać głodem.
Wieczorami siadali do kolacji, a mama musiała wyprowadzać Coco do drugiego pokoju i tłumaczyć jej szeptem, że to nieładnie robić miny na widok fasoli pinto, chleba kukurydzianego i jarzyn, które ktoś uprzejmie dla nas przygotował. Należy grzecznie zjeść to, co nam podano, więc niech Coco wcina, do cholery, i nie piśnie już ani słówka. Po namyśle dodawała jeszcze, żeby Coco nie rozglądała się i nie gapiła na tapetę w trakcie modlitwy. Powinna wiedzieć, jak się zachować. Pochylić głowę. Po posiłku obierało się brzoskwinie i pomidory, a potem do późna pomagało starszym kobietom zszywać pikowane narzuty. Czasami szły na długi spacer. Droga Pearl zostawała w domu, a Panna Rose, mama, Lydia i jej siostry ruszały przed siebie i szły, aż Ailey się zmęczyła i prosiła, żeby ją nieść. Wtedy jednak Lydia pozwalała mamie dźwigać dziecko, bo sama lubiła biegać. Co to była za miła odmiana! Tutaj nie musiała się rozglądać, patrzeć w prawo i w lewo, uważać na samochody, a mama nie kazała im natychmiast wracać.
– Wolałabym, żebyście przeprowadziły się do miasteczka i zamieszkały z wujem Szamanem – powiedziała mama któregoś wieczora. – Tutaj jest aż za cicho.
– Ale ja lubię tu mieszkać – odparła Panna Rose. – Tu jest mój dom.
– Za dużo tu duchów. Martwi Indianie. Martwi niewolnicy. A jak komuś wpadnie do głowy, żeby was napaść? Norman nie mieszka tak blisko, żeby usłyszał krzyki.
– Ten ktoś by się zdziwił. Naszpikowałabym go śrutem. Ja się nikogo nie boję. Jestem dorosła. I lubię swoje duchy. Lubię se patrzeć w górę i oglądać to samo niebo, na które moi ludzie gapili się przed wiekami. Wtedy jakoś chce mi się modlić. Nie śmiej się ze mnie.
– Co masz na myśli? Wcale się nie śmieję.
– Kocham to miejsce, nawet jeśli moje dziecko stąd uciekło.
– Nie uciekłam. Poszłam na studia i wyszłam za Geoffa. Mówisz tak, jakbym umykała przed wymiarem sprawiedliwości.
– Poszłaś do college’u za rogiem. Mogłaś wrócić i wyjść za kogo innego.
Mama prychnęła.
– Chcesz powiedzieć: „gdybym nie zaszła w ciążę”?
Panna Rose się roześmiała.
– Oj, wiesz, co mam na myśli! Chętnych do żeniaczki nie brakowało. Jak ten Wilt Monroe. Pamiętasz go? Jak on za tobą szalał.
– Chciałaś, żebym wyszła za Wilta? Naprawdę?
– Jest z dobrej chrześcijańskiej rodziny.
– Aha, taki z niego chrześcijanin, że chciał mnie zaciągnąć w krzaki za szkołą. Nie wiedziałaś o tym? Poza tym był brzydki i miał taką dziwną głowę.
Panna Rose poklepała córkę po ręce, ale żartobliwie.
– Diablica z ciebie, Maybelle Lee Driskell!
– A wcale, że nie!
Śmiały się i trącały ramionami, a Lydia popatrzyła na nocne niebo. Pomyślała, że widzi wszystkie gwiazdy. Czy to samo niebo mógł teraz oglądać w Mieście tatuś? To babcine z jakiegoś powodu wydawało się większe. Jeśli tu zostanie i ukryje się w lesie, mogłaby pod nim spać. Byłaby tu bezpieczna. Wtedy jednak zawołała je mama.
– Hej, dziewczynki, chodźcie no tu. Pora wracać do środka i iść spać.
Zaczęły głośno protestować. Nie chciało im się spać. Panna Rose kazała im słuchać mamy. A teraz niech ją wezmą za ręce i dalej pójdą razem. Lepiej, żeby się tu nie zgubiły.
[1] W oryginale tytuły rozdziałów w części VII – poświęconej Lydii Garfield – są tytułami piosenek Luthera Vandrossa.
Kiedy się poznali, młody mężczyzna, który miał zostać mężem Lydii, popełnił błąd, komentując jej wygląd. Dwoma słowami, które słyszała już zbyt wiele razy, niemal przekreślił swoje szanse.
– Cześć, ślicznotko.
– Nie mów tak do mnie.
Stanęła do niego tyłem, zarzucając włosy na ramię. Większość czarnych nie przepadała za tym gestem, więc Lydia starała się go nie nadużywać. Właściwie zachowywała się tak tylko, gdy chciała kogoś obrazić. Zaznaczyć, że wie, co ludzie o niej myślą. „Jasna czarnucha”. „Ważniaczka”. Poczuła, że wzbiera w niej gniew, jak niedźwiedź w jaskini, który jest gotów wyjść. I zaatakować.
Studiowała na drugim roku w Routledge College. Pojechała do Atlanty samochodem pełnym siostrzyczek z korporacji studentek na mecz koszykówki przeciwko drużynie z Morehouse, ale tak naprawdę nie interesowało ich, kto wygra. Tydzień wcześniej zostały Betkami i chciały pokazać się w pomarańczowo-białych kurtkach z korporacyjnymi przydomkami na plecach. Wznosić przyjazne okrzyki w kierunku Betek ze Spelmana i może wyciągnąć numery telefonów od fajnych kolesi z Morehouse.
Rozpierała ją radość. To była jej pierwsza wyprawa do Atlanty bez rodziny. Czuła się dorosła, przynajmniej dopóki nie weszły w tropikalną atmosferę panującą na sali gimnastycznej. W listopadową noc było tam goręcej niż w lipcu. Lydia już chciała zdjąć kurtkę, gdy jedna z sióstr dotknęła jej ręki.
– Nie ściągaj – powiedziała Niecy.
– Dziewczyno, gorąco mi – odparła Lydia.
– Siora, wszystkie jesteśmy w kurtkach. Chcesz, żeby ktoś pomyślał, że wstydzisz się Betek?
Niecy była też jej współlokatorką. Kiedy ubiegały się o przyjęcie do korporacji, nie udawało im się unikać starszych członkiń, bo Niecy otwierała drzwi, gdy tylko zapukała jakaś Betka. A przecież Lydia jej powtarzała: „Siedź cicho, nie ruszaj się”. Po tym jak przeszły „próbę ognia” i same zostały Betkami Niecy przy każdej okazji starała się to podkreślać w rozmowie. Ciągle tylko „siora to” albo „siora tamto” – działała tym Lydii na nerwy. A tak naprawdę mało brakowało, żeby jej nie przyjęły. Niecy miała dobre oceny, ale była niska i pulchna, a Betki niestety słynęły z tego, że dbają o spójny wygląd członkiń.
Lydia siedziała na odkrytej trybunie, oblewając się potem. Powietrze zdawało się tak gęste, jakby ktoś zaciskał jej dłoń na szyi. Loki same się rozpadały. Potraktowała je żelem na mokro, ale parny wieczór przypuścił atak na jej stylizację. Poklepała Niecy po kolanie, mówiąc, że skoczy po hot doga. Czy dla niej też ma kupić? Po wyjściu z sali gimnastycznej natychmiast zdjęła kurtkę.
W kolejce do baru jakiś facet próbował ją podrywać. Mówił nie to, co powinien, ale był przystojny. Wysoki, bardzo szczupły, jeden z tych braci o czekoladowej, naprawdę gładkiej skórze. Zbyt przystojny i zadbany jak na jej gust – sprawiał wrażenie, jakby spędzał dużo czasu przed lustrem. Miał na sobie niebieskie aksamitne dresy, spod rozpiętej bluzy wystawała biała koszulka. Do tego biała czapeczka marki Kangol. Może myślał, że jest LL Cool J-em? A te złote łańcuchy na szyi? Alabamas przez duże A!
Kiedy Lydia zarzuciła włosy na ramię, powiedział, żeby uważała. Chyba nie chciała stracić peruki?
Odwróciła się, oburzona.
– To są moje włosy!
– Pewnie, że twoje, skoro je kupiłaś.
Chłopak miał taką poważną minę, że Lydia nie rozumiała, że się z nią droczy, dopóki nie zapytał, czy da mu jednego hot doga. Pozwoliła, by się zbliżył. Wydawał się w porządku.
– A masz dolara?
– Auć, ale jesteś okrutna, kobieto. Hot dogi są po siedemdziesiąt pięć centów.
– Próbuję zarobić. Czasy są ciężkie.
– Chuda jesteś, żeby zamawiać cztery hot dogi.
Uniósł jej nadgarstek, ale się nie wyrwała. Jego skóra była ciepła w dotyku.
– Skóra, kości i ości, ale lepiej ze mną nie zadzierać.
Odrzucił głowę do tyłu, śmiał się. Przedstawił jej się – Dante Anderson – i zapytał, skąd jest. Wysławiała się poprawnie, ale takie rzeczy to wygadują raczej ludzie ze wsi, no nie? Powiedziała mu, że jest z Północy, a konkretnie z Miasta, ale krewni ze strony jej matki mieszkają w Chicasetcie. Zdradziła mu swoje imię, ale nie chciała dać numeru telefonu.
– Chicasetta? No, to masz ziomków ze wsi. Założę się, że umiesz wrzucić coś na ruszt. Pewno wiesz, jak smażyć schabowe z kostką… Lydia?
– Kurna, bracie, ale musisz być głodny. Najpierw polujesz na moje hot dogi, a teraz marzy ci się domowy posiłek.
Znów się roześmiał i przesunął się z nią do przodu w kolejce po odbiór, chociaż kolega zamachał do niego, dając znak, że pora się zbierać. To był jego kumpel, Tim. Jego ziomal, swój człowiek. Ale niech Lydia sobie nie idzie, tylko da mu chwilę. Dantemu spodobał się jej sposób bycia i to, jak się nosiła. Urocza twardzielka. Nikt jej nie podskoczy, co nie? Słysząc to, nareszcie się uśmiechnęła. Rozmawiali dalej, nawet gdy już dostała swoje hot dogi, a Dante znów ją poprosił o numer telefonu. Chciał jeszcze z nią pogadać. W końcu podała mu numer do akademika i swoje nazwisko. Hot dogi, które zamówiła, zdążyły wystygnąć, więc wróciła na koniec kolejki, a on razem z nią. Ciągnęli rozmowę.
Nie zwlekał długo z telefonem – tylko jeden dzień. Ktoś zawołał ją z korytarza.
– Lydia Garfield, telefon! Lydia Garfield, telefon!
Nie podeszła, chociaż Dante już jej się przyśnił. We śnie siedzieli razem u jej babci na kanapie okrytej plastikowym pokrowcem. Śmiali się i gawędzili, jak ludzie, którzy się dobrze znają. Przeraziła ją sugestywność tego snu.
Drugi raz Dante zadzwonił w weekend, ale Lydia nie odpowiedziała na wezwanie. W poniedziałek, gdy wróciła z obiadu w stołówce, studentka z portierni wręczyła jej kilka różowych świstków z wiadomościami. Stwierdziła, że Lydia musiała chyba zaczarować chłopaka, bo dzwonił już trzy razy. Wieczorem, słysząc z korytarza swoje nazwisko, w końcu podeszła do telefonu. Dante nie wydawał się podenerwowany ani nie był natarczywy. Po prostu cieszył się, że słyszy jej głos. Myślał o niej. Czy ona o nim też?
– Nie, byłam zbyt zajęta.
– Kłamiesz, Lydia, ale niech ci będzie.
Roześmiał się, był to przyjemny dla ucha dźwięk. Lydia oparła się o ścianę, tuląc słuchawkę. Straciła poczucie czasu. Potem Dante powiedział, że musi przestać nabijać mamie rachunek. Zadzwonił jednak kilka dni później, a po dwóch tygodniach mieli już swój ustalony rytm: Dante dzwonił co wieczór i rozmawiali przez dziesięć minut. Mówił jej, że dużo o niej myśli, a Lydia starała się nie powiedzieć mu tego samego.
Kolejne dwa tygodnie później Dante zaproponował, że przyjedzie i odwiedzi ją na kampusie, ale odmówiła. Ludzie lubią wtykać nosy w nie swoje sprawy. A ona nie chciała trafić na języki.
– Wstydzisz się mnie, Lydia?
– Niby czemu? Nie jesteś moim facetem.
– Jeszcze nie. Weź zaczekaj chwilę. Zara wracam. Nie idź se, dobra?
W tle Luther Vandross wytężał głos, śpiewając o nocy, kiedy się zakochał. Dante podśpiewywał całkiem niezłym tenorem. Na pewno lepiej niż pan J. W. z rodzimego kościoła, chociaż to żaden komplement, bo pan J. W. okropnie fałszował. Pod koniec rozmowy Dante zaprosił Lydię do kościoła w Atlancie, do którego chodziła jego matka. Towarzyszył jej w każdą niedzielę i zaproponował, że podjedzie po Lydię, a potem ją odwiezie. Chciał, żeby mama ją poznała. Lydia odparła, że sama przyjedzie. Niech tylko poda jej adres. Spotka się z nimi na miejscu.
Tamtego niedzielnego ranka jechała na południe w kierunku autostrady międzystanowej, ubrana w sukienkę, którą sama uszyła. Była to skromna sukienka zakrywająca ramiona, brzuch i kolana. Lydia się denerwowała: droga biegła tuż obok zjazdu prowadzącego do domu babci. Miała nadzieję nie spotkać tu nikogo znajomego. Żadnych przyjaciół ani krewnych, którzy dopytywaliby, dlaczego Lydia nie wybiera się na nabożeństwo w ich kościele. Nie mogłaby chwalić Pana wraz z bliskimi?
Kościół Dantego nie był duży. Właściwie zajmował kawałek powierzchni usługowej w niewielkim centrum handlowym w południowo-zachodniej Atlancie. Matka chłopaka wystroiła się jak na Wielkanoc. Panna Opal była wysoka i szczupła podobnie jak syn. Włożyła wzorzystą fioletową sukienkę, a do tego krzykliwy fioletowy kapelusz, który dodawał jej wzrostu. Dante przyszedł w czarnym garniturze. Jego krawat pasował do kapelusza matki. Kiedy zbierano na tacę, położył na stosie drobnych banknotów całe dwadzieścia dolarów. Kilka tygodni później Lydia śmiała się z niego, mówiąc, że się popisywał. Zacytował jej na to fragment Biblii. W Księdze Rodzaju była mowa o dziesięcinie. I podobnie w Drugim Liście do Koryntian.
Po nabożeństwie pojechali do mieszkania, które Dante dzielił z matką. Na obiad panna Opal naszykowała istną ucztę. Na stole pojawiły się: duszona kapusta, bataty smażone w cukrze i makaron zapiekany z serem. Potrawy nie były dobrze doprawione, a smażone kotlety schabowe z kostką – za tłuste. Ale gdy już Dante odmówił długą modlitwę, Lydia chwaliła jedzenie i zjadła solidną porcję. Towarzyszył im też przyjaciel Dantego, Tim. Przyszedł w dżinsach, swetrze i tenisówkach.
Po obiedzie Lydia zaproponowała, że pozmywa, na co panna Opal się uśmiechnęła, ukazując złoty siekacz. Mowy nie ma, przecież była tu w gościach. Może następnym razem. Młodzi zasiedli w dużym pokoju dziennym i zaczęli oglądać program publicystyczny 60 minut. W trakcie przerwy reklamowej Dante przysunął się do Lydii i musnął nosem jej szyję. „Chodź do mojego pokoju – namawiał. – Zostań na noc, żebym mógł ci zrobić dobrze”. Tim patrzył na nich i się uśmiechał, a Lydia poczerwieniała. Rozzłościło ją to: czuła, jak niedźwiedź porusza się w swojej jaskini.
– Nie wiem, co sobie wyobrażasz – warknęła – ale to nie tego typu impreza.
Chciał ją uciszyć, położył sobie palec na ustach. Niech Lydia nie mówi tak głośno, bo obok jest jego mama. Tim się roześmiał, a ona chwyciła swoją torebkę i poszła do kuchni.
– Panno Opal, wychodzę, ale chciałam podziękować za gościnę.
Starsza kobieta wytarła dłonie w ścierkę, po czym wzięła Lydię za rękę.
– Wpadniesz za tydzień w niedzielę, kochanie?
– Eee… nie, psze pani. Muszę się uczyć.
Panna Opal rozpostarła ręce. Gdy Lydia się do niej przytuliła, kobieta wyszeptała: „Nie przejmuj się moim synem. Chciał się tylko popisać przed kolegą”. Chyba wie, jak mężczyźni zachowują się w obecności innych mężczyzn? Niech wróci innego dnia, gdy Dante będzie sam.
Usiłował odprowadzić ją do samochodu. Przecież zrobiło się ciemno i niebezpiecznie. Mruknęła, że sobie poradzi. Od dawna potrafi o siebie zadbać. Nie potrzebuje jakiegoś żółtodzioba. Wieczorem, kiedy na piętrze zadzwonił telefon i ktoś wywołał jej nazwisko, Lydia otworzyła drzwi i wrzasnęła, żeby powiedzieli temu chłopakowi, że jej nie ma. Niedługo potem zaczęły się ferie zimowe, więc wróciła samochodem do Miasta. Nadal śniła o Dantem, ale starała się wyrzucić go z głowy.
Kiedy Lydia miała prawie dwanaście lat, dziadek przestał się nią interesować. To było w dniu, gdy dostała pierwszego okresu, podczas jednej z ich wspólnych kąpieli.
– Co ty zrobiłaś?!
Pamiętała wyraz obrzydzenia na twarzy Dudka. Krwawienie nie ustawało, więc wyszedł z wanny. Zostawił ją w wodzie zmieniającej kolor na różowy. Lydia też wyszła i się ubrała. Później, gdy babka wróciła z zakupów, wnuczka powiedziała jej, że chyba coś jest nie w porządku, bo nie przestaje krwawić. Usłyszała od babki, że na tym polega ciężar bycia kobietą. Babkę zaskoczyło, że matka nie wyjaśniła Lydii, co oznacza to cierpienie.
Nazajutrz Ailey spytała Lydię, dlaczego ma krew na pidżamie. Wybiegła z pokoju z płaczem, nim Lydia zdążyła ją powstrzymać. Wołała matkę. Coś jest nie tak! Lydia się skaleczyła. Matka weszła do pokoju i zobaczyła pościel. Zaczekaj minutkę. Po chwili wróciła z aspiryną i szklanką wody. Przyniosła dużą podpaskę i wyjęła z komody Lydii świeżą bieliznę. Wyjaśniła, że córka powinna pójść do łazienki i się umyć, tylko niech nigdy nie spuszcza podpasek w toalecie. Dopiero by narobiła bałaganu.
Mama rozmawiała z córką smutnym, przyciszonym głosem. Gdy Lydia wyszła z łazienki, matka przyznała, jak bardzo żałuje, że nie pomówiła z nią wcześniej. To jej wina. Sądziła, że ma więcej czasu. Godzinę później Ailey znów płakała, bo matka i najstarsza siostra wystroiły się, żeby pojechać do domu towarowego, a ona nie mogła jechać z nimi. To miała być kobieca wyprawa.
– Ale ja też chcę! – protestowała Ailey, trzymając siostrę za nogę. Lydia głaskała ją po głowie.
– Nie płacz, proszę. No, nie płacz.
– Pojedziesz innym razem – obiecała mama. – Prędzej, niż myślisz. Boże, zlituj się.
Miała na sobie odświętne ubrania, Lydia też. Pojechały kombi do domu towarowego Worthie’s po nowiutką bieliznę. Tatuś był w domu i opiekował się młodszymi córkami, bo przecież nie może tylko przesypiać dni, w które nie miał dodatkowych dyżurów na oddziale ratunkowym. Powinien pamiętać, że w jego domu nie ma służby.
W domu towarowym mama prawie się nie odzywała, przeglądała tylko koronkowe majtki, krótkie halki na ramiączkach i staniki o małych miseczkach. Dopiero gdy zjeżdżały windą do kawiarni w podziemiach, poruszyła temat chłopaków.
