Pieśń Krwi i Powietrza. Tom II: Zmierzch Karteru - A. M. Engler - ebook
NOWOŚĆ

Pieśń Krwi i Powietrza. Tom II: Zmierzch Karteru ebook

A. M. Engler

0,0

Opis

Jeśli chcesz podziwiać świt, musisz najpierw przetrwać zmierzch

Ciemność, która spowiła Karter, gęstnieje z każdym dniem. Państwo Żywiołów znów staje się planszą w grze między bogami, demonami i śmiertelnymi. Nikt już nie wątpi, że powstanie wybuchnie. Pytanie tylko: kiedy?

Strażnicy werbują kolejnych członków KARR-u, a Rada nie cofnie się przed niczym, aby dorwać ich w swoje ręce. Falen, świadom narastającego zagrożenia, stara się odzyskać moc Narissana, Syna Światłości i Cienia, którego powrót zapowiedziało proroctwo. Tymczasem Ellie nie ustaje w próbach zapanowania nad swoimi wizjami. Szczególnie jedna z nich kładzie się cieniem na relację z Falenem i stawia jego intencje pod znakiem zapytania…

Trudne decyzje, poniesione ofiary i nowe, niezrozumiałe moce sprawią, że przyjaźń i lojalność zostaną wystawione na próbę, która może okazać się niemożliwa do przejścia.

Rozgrywka trwa. I właśnie rozpoczęła się runda druga…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 732

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



A. M. Engler

Pieśń Krwi i Powietrza

Tom IIZmierzch Karteru

Moim Rodzicom i Dziadkom –

Wasze wsparcie jest na wagę złota.

Mojej Siostrze – za wszystkie rady

i Twoją anielską cierpliwość.

Dzięki Wam czuję, że to, co robię, ma sens.

Kocham Was.

Prolog

Powstań, Karterze, ukochane żywiołów dziecię.

Powstań, smoku dumny, i otrzep z popiołu skrzydła.

Powstań ty, przed którym każdy na kolana padał.

Ognistym swym podmuchem połóż kres nieprawości.

Nie przystoi tobie niewola, nie przystoi strach.

Powstań, mój Karterze, zanim nastanie wschodu cud.

Niech cię słońce ubierze w promieni złocistych płaszcz.

Wzbij się, smoku nasz, w przestworza i przejmij jego blask.

Rozdział 1

Młodość Narissana

Dioriness, 55 rok I ery

Weselił się dziś alabastrowy pałac. Białe mury wypełniał śmiech biesiadników i nieziemska melodia nimf. Był to dzień świąteczny, upamiętniający strącenie demonów do Podziemia.

Bogowie Powietrza bawili się razem ze swoim półboskim i półdemonicznym potomstwem, noszącym miano diorich. Byli to oczywiście tylko ci diori, którzy opowiedzieli się po stronie Dioriness. Pozostali, stojący u boku demonów, nie mieli raczej czego świętować. Na biesiadzie nie mogło także zabraknąć kilkunastu hione, potomków bogów i śmiertelników.

Zabawa trwała w najlepsze. Ayses, król bogów i pan Księżyca, spoglądał ze złotego tronu na wirujące w tańcu pary. Skrzydła o długich, czarnych piórach falowały powoli, jakby podrygując w rytm muzyki.

Miejsce obok skąpanego w czerni monarchy zajęła Aissa, pani Słońca, będąca jednocześnie żoną i bliźniaczą siostrą Aysesa. Włosy, usta i skrzydła królowej wydawały się w całości zrobione ze złota. Jej czarne oczy, zazwyczaj tak przenikliwe i podejrzliwe, dziś rozpromieniła radość.

Królowa Aissa przyglądała się ich córce Soffienie, prowadzonej w tańcu przez swego adoratora, Nathehina. Nieopodal zakochanych inny pomniejszy bóg – bardzo młody, gdyż dopiero dziesięcioletni – imieniem Petroniss Hamarlion próbował zwrócić na siebie uwagę dużo starszej Ravenne, córki pani miłości Ilayny i pana wojny Baelisa.

Drobne palce nimf sunęły po strunach harf, wydobywając z nich najczystszy i najpiękniejszy dźwięk, jaki kiedykolwiek słyszał świat. Niestety kojące melodie bynajmniej nie wprowadziły spokoju do serca Nilani. Bogini potrzebujących krzątała się po balowej sali, zaczepiając gości i pytając o swego syna.

– Panie, pani, czy widzieliście może Narissana? – spróbowała raz jeszcze Nilani, klęknąwszy przed tronami Słońca i Księżyca.

– Nie jestem tu od pilnowania twoich dzieci – odburknął Ayses, przenosząc wzrok z pewnej wyjątkowo pięknej tancerki na Nilani. Usłane gwiazdami oczy barwy nocnego nieba zwęziły się wrogo. Monarcha wyprostował się dumnie, głaszcząc główkę siedzącego mu na ramieniu orła. – Ile go nie ma? Tydzień? Miesiąc?

– Nie widziałam go od rana.

– Więc nie ma się czym martwić.

– Przypominam, że na mojego syna poluje sam książę piekieł. W tej sytuacji to wystarczająco, by zacząć się niepokoić – odparła lodowato Nilani. Podniosła się z klęczek i przygładziła pospiesznie fałdy granatowo-srebrnej sukni. – Tobie, Wasza Wysokość, także powinno zależeć na bezpieczeństwie Narissana. Wszyscy znają przepowiednię.

– Wyrocznia opowiada różne głupstwa – odrzekł Ayses. – Tali to tylko starucha bawiąca się w jasnowidza. Kim ona jest, by twierdzić, iż posiada wiedzę niedostępną nawet samym bogom?

– Nie lekceważ Tali – upomniała męża Aissa. Na złocistej twarzy królowej w jednej chwili pojawiły się barwy zachodzącego słońca. Jej oczy sypały gromy, a pióra nastroszyły się wojowniczo. – Wyrocznia posiada dar równie stary, jak my sami.

Król bogów przewrócił oczami, mrucząc coś pod nosem w niezadowoleniu. Widząc, iż mąż nie ma zamiaru się z nią kłócić, Aissa chciała dodać coś jeszcze, wtedy jednak drzwi sali balowej otworzyły się na oścież. W progu stanęli dwaj chłopcy, liczący sobie nie więcej niż trzynaście wiosen.

Pierwszym z nich był niewysoki diori odziany w srebrno-zielone szaty, poplamione krwią i błotem. Sięgające uszu granatowe włosy o złotych i srebrnych pasmach zlepiał pot. Twarz pokryły liczne zadrapania, a oczy koloru ametystu zdawały się płonąć determinacją.

Na ramieniu chłopca wspierał się drugi, nieco od niego wyższy. Uciskał mocno ranę na brzuchu. Kulał też na jedną nogę. W chabrowych oczach rannego malował się wielki ból, wygaszający powoli świadomość.

On też był diorim, ale z całą pewnością nie boskim. Otaczała go ciemna, kłębiąca się aura, niepozostawiająca wątpliwości co do jego pochodzenia. Nazywał się Hadrian Hairellion.

Nimfy przestały grać. Z gardeł niektórych wyrwały się krzyki, z innych głośne szepty.

– Narissanie Castellionie! Jak śmiesz bezcześcić święte mury Dioriness, sprowadzając tu tego piekielnego pomiota? – zagrzmiał król Ayses, zerwawszy się na równe nogi.

Czarne skrzydła zafalowały w gniewie, a siedzący mu na ramieniu orzeł wydał z siebie przeraźliwy pisk.

– Synu, kto to jest?? – zawołała wylękniona Nilani i podbiegła prędko do młodych diorich. – Co wam się stało?!

– Mamo – wykrztusił Narissan przez ściśnięte gardło – mi nic nie jest, ale Hadrian… Zaatakowały go roeny… Spróbowałem zatamować krwawienie tak, jak mnie uczyłaś, ale pomogło tylko trochę… Później wszystko dokładnie ci opowiem, a teraz błagam, pomóż mu!

– Straż! – zawołała królowa Aissa. Podczas gdy na twarzach pozostałych dało się dostrzec obawę, złość albo zdziwienie, ona pozostawała niewzruszona niczym posąg. – Wiecie, co robić.

– Nie! – Kiedy strażnicy zbliżyli się do chłopców, Nilani bez chwili wahania zasłoniła ich własnym ciałem. – Nie widzicie, że chłopak jest ranny?

– Stoi po stronie demonów – rzekła kobieta o wężowych włosach i zielonkawej skórze pokrytej gdzieniegdzie łuskami. Głos miała syczący, groźny, choć bardzo spokojny. Była to Aim, bogini zemsty. – Nie zasługuje na naszą litość.

– To dziecko. Nie stoi po niczyjej stronie.

Nilani dała Narissanowi znak, by się przesunął. Jej srebrne oczy rozszerzyły się w przestrachu, gdy spostrzegła, jak rozległa jest rana chłopca.

– Matko… – szepnął resztką sił Hadrian, nie dowierzając własnym uszom. Małe serce ściął lód. – Przecież to ja… Twój syn.

– Zabierzcie go stąd – odparła Aim bezlitośnie, ignorując skupiające się na niej i na Hadrianie spojrzenia. Uniosła dumnie głowę i wymaszerowała z sali balowej.

– Dobrze, zabiorę – odparła lodowato Nilani i wzięła Hadriana na ręce. Otaczający ich strażnicy odsunęli się o kilka kroków, przekonani o jej kapitulacji. – Ale do miejsca, w którym będę mogła mu pomóc.

– Teraz możesz mi wszystko opowiedzieć – rzekła Nilani, kiedy za nią i za Narissanem zamknęły się drzwi komnaty, w której odpoczywał Hadrian. Czary uzdrawiające, niezbędne do uratowania mu życia, wyczerpały boginię. Czuła się bardzo słaba… Jednakże świadomość, że właśnie zdołała uratować niewinne istnienie, wynagrodziła podjęty trud. – Poznałeś go w Podziemiu, prawda?

– Tak. – Narissan skinął głową. Kiedy ruszyli przed siebie korytarzem, obejrzał się jeszcze przez ramię. – Był moim jedynym przyjacielem w krainie ojca. Tylko w Hadrianie miałem oparcie.

– Nie martw się, wyjdzie z tego – szepnęła łagodnie Nilani. Dostrzegła niepokój, z jakim Narissan spoglądał na oddalające się drzwi, dzielące go od przyjaciela. Po chwili milczenia dodała z wyraźną dumą: – Byłoby o wiele gorzej, gdyby nie twoja pomoc.

– Moja? Przecież nic takiego nie zrobiłem… Zaklęcie, które chciałem rzucić, nie zadziałało tak jak powinno.

Narissan schował ręce do kieszeni porozdzieranej szaty i wbił wzrok w podłogę. Czuł złość na siebie. Myślał, co mógł zrobić, jakich czarów użyć, by Hadrian wyzdrowiał natychmiast… Dlaczego dobre pomysły zawsze przychodziły po czasie?

– Hadrian uważa inaczej. Twoje zaklęcie nie wyleczyło go całkowicie, ale wydłużyło czas potrzebny na ratunek. Przegnałeś też roeny i przyniosłeś go tu. Jestem z ciebie dumna, mój młody diori.

Narissan poczuł, jak policzki spalają mu się w rumieńcu. Wlókł się za matką w milczeniu aż do klifu, znajdującego się kilka kroków od Dioriness. Lazur bezkresnych wód ze światłem załamującym się na jego falach i miarowym, kojącym zmysły szumem rozbijającej się na skałach piany zawsze pomagał mu się wyciszyć.

Nilani wybrała to miejsce, ponieważ wiedziała, że zanosi się na dłuższą rozmowę. Usiedli oboje na trawie, podziwiając nieskończone piękno boskiego królestwa. Matka objęła czule syna, opierając policzek na jego głowie. Teraz, kiedy Narissan był już u jej boku, nie potrafiła powiedzieć, jakim cudem wytrzymała dziesięć długich lat z dala od niego. Bała się myśli o tym, że niebawem może go stracić. Do dnia ostatecznego wyboru pozostało mu co prawda jeszcze siedem lat, ale czymże był ten czas w zestawieniu z wiecznością, którą mogli spędzić oddzielnie, jeśli zdecydowałby się powrócić do Castiella?

– Powiesz mi, dlaczego Hadrian chciał dostać się do Dioriness? – spytała w którymś momencie. Widząc nagłą konsternację syna, dodała: – Roen nie ma w Podziemiu, więc nie tam spotkała go krzywda. Z kolei gdyby Hadrianowi przytrafiło się coś złego na Ziemi, nie zdążyłbyś donieść go do pałacu.

– Hadrian… On… Nigdy nie był szczęśliwy w Podziemiu. Z początku nie znał innego życia, ale kiedy opowiedziałem mu o wspaniałości Dioriness, poprosił, abym go tu przywiódł. Jak mogłem odmówić? Myślał, że skoro ty powitałaś mnie tu z otwartymi ramionami, jego matka postąpi tak samo… – Narissan, urwawszy w pół zdania, pokręcił głową. Podniósł na Nilani oczy pełne niezrozumienia i współczucia. – Mamo, dlaczego Aim postąpiła tak okrutnie? Dlaczego wyrzekła się własnego syna?

– Widzisz, mój drogi… – Nilani sunęła z czułością po granatowych włosach chłopca. Takich samych jak jej własne. – Bogowie, tak jak i ludzie, nie zawsze postępują dobrze. Bywają egoistyczni i kapryśni. Chociaż wydawać by się mogło, że takie uczucie jak miłość jest w tym przypadku oczywiste, w rzeczywistości bywa różnie. Każdy ma własną wolę, a emocje, przywiązania i obawy tasuje według własnego uznania.

– Czy to znaczy, że Aim jest zła?

– O, bynajmniej. Możemy się z kimś nie zgadzać, ale kim jesteśmy, by go potępiać? Jeśli nie możemy wejść w czyjeś buty, trudno rozsądzić sprawiedliwie, nie uważasz? Między tym, co złe w naszych oczach, a tym, co dobre, istnieje bardzo cienka granica, którą każdy dowolnie przesuwa w zależności od swoich potrzeb.

– Może masz rację… – przyznał posępnie Narissan. Rwał źdźbła trawy, by znaleźć zajęcie dla dłoni. – Po prostu… szkoda mi go. To niesprawiedliwe, że nie dano mu szansy.

– Owszem, ale cóż na to poradzisz? – zapytała smutno bogini, przytulając syna mocniej. – Bycie dobrym jest zbyt trudne, by ludzie chcieli to praktykować.

– Czy jest możliwość, żeby Hadrian z nami został?

– Król Ayses nie dał mu szansy.

– Królowa Aissa i Aim także nie, ale to nic. My możemy mu ją dać i pokazać wszystkim, jak bardzo się mylili! – Narissan poderwał się z ziemi i rozpoczął nerwowy spacer w tę i z powrotem. – Jesteś boginią mądrości i opiekunką potrzebujących, a ja twoim synem. Nie możemy przejść obojętnie wobec faktu, że diori, który miał być potępieńcem, pragnie zwrócić się do światła.

Na ustach Nilani pojawił się dobrotliwy uśmiech, a srebrzyste oczy pojaśniały w rozczuleniu.

– Oczywiście, że nie możemy i nie zrobimy tego.

Dioriness, 60 rok I ery

Dioriness opanowało weselne szaleństwo. Na ślubnym kobiercu stanęła młoda bogini Ravenne, córka Ilayny i Baelisa, oraz diori imieniem Korinn, syn Kory i demona Sethora.

Narissan, Hadrian i Petroniss, pragnąc uciec od całego tego zamieszania, postanowili poszukać spokoju na Ziemi. Odnaleźli go w lesie, w którym kolumnada smukłych drzew odgradzała ich zarówno od śmiertelnego, jak i boskiego świata.

– Ktoś mi wyjaśni, dlaczego włóczymy się po lesie, potykając się na każdym kroku o jakieś badyle? – narzekał Hadrian, walcząc z oplatającą go pajęczyną. – Uch, jeszcze tego mi brakowało! Obrzydlistwo! Zwolnij trochę, Castellionie, bo zaraz zabiję się o własne nogi!

– Nie dramatyzuj, Hian. Cisza, świeże powietrze, bliskość fauny i flory, czy można pragnąć od życia czegoś więcej? – spytał Narissan, przestępując zalegającą na ziemi kłodę. Rozglądał się wokoło, jakby celowo przyspieszając. – Delektuj się chwilą!

– Nie udawaj, że nagle stałeś się amatorem przyrody – zadrwił Petroniss i podbiegł do brata. – Dobrze wiemy, do kogo ci się tak śpieszy.

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz, bracie. O, patrz, sowa! Popodziwiajmy ją. O, a tu jaka urocza śpiąca sarenka!

Hadrian wymienił porozumiewawcze spojrzenia z Petronissem.

– My już dobrze wiemy, że nie takie sarenki cię interesują – zaczął ten drugi.

Ledwo dotrzymywał Narissanowi kroku. Rozglądając się na boki, szukał tej, dla której tu przyszli. Wreszcie ją dostrzegł – przemykającą nieopodal piękność w białej sukni. Dziewczynę o włosach jak ogniowe języki, oczach barwy wiosennych liści, ustach czerwonych jak krew i ruchach delikatnych niczym morska bryza.

Córka Ziemi trzymała w dłoni wiklinowy koszyk, wypełniony polnymi kwiatami i ziołami. Nuciła cichutko pod nosem nieznaną im melodię, zupełnie nieświadoma tego, iż ktoś ją obserwuje.

– Sophia, czyż nie tak brzmi imię tej śmiertelniczki?

– Cicho! – syknął Narissan, zasłaniając Petronissowi usta. Złapał go od tyłu i szarpnął w stronę porośniętego mchem głazu. Padł na ziemię i pociągnął młodszego brata za sobą. Następnie machnął dłonią na Hadriana, dając mu do zrozumienia, że i on powinien się ukryć. – Nie tak głośno, bo ją wystraszysz!

– Skąd wiedziałeś, że tu będzie? – szepnął Petroniss, odpychając od ust dłoń brata. – Szpiegujesz ją?

– Co ci też przyszło do głowy? Ja… po prostu roztaczam nad nią swoją boską opiekę. Matka kazała opiekować się ludźmi.

– Opieka… A więc tak w tych czasach nazywa się zadurzenie? – Hadrian wychylił się zza drzewa, posyłając przyjacielowi ironiczny uśmiech. Chabrowe oczy dioriego skrzyły. Narissanowi wydawało się, że widzi w nich rozbawienie, lecz Petroniss nie miał złudzeń co do tego, iż była to zazdrość. – Musi często tu przychodzić, a ty za nią…?

– Sophia jest zielarką. Każdy wie, że są pewne momenty w roku, kiedy rośliny zyskują większą moc…

– Fascynujące – rzekł Hadrian bez przekonania, potrząsając ciemnowłosą głową. – Chcesz mi powiedzieć, że to z jej powodu urządziłeś nam ten bieg przełajowy?

– Dokładnie. Nie jesteś zły, prawda?

– Zły nie, ale za to bardzo pamiętliwy.

– No tak… Czego innego można się spodziewać po synu Aim – rzekł zaczepnie Narissan, co Hadrian skwitował jedynie teatralnym westchnięciem.

10 listopada, przedpołudnie, rok 522 II ery

Falen obudził się gwałtownie, uderzając głową w dach powozu. Potrzebował chwili, żeby terkot kół i tętent końskich kopyt uświadomiły mu, gdzie się znajduje.

Powóz Jamiego, kuzyna Ellie. Trasa z terrackiej wioski Alianne do miasteczka Bonenbee, w którym to znajdował się najbliższy aktualnie portal.

Odkąd Rada podjęła decyzję o zablokowaniu nienależących do nich aranittów, przejścia tworzone przez fremedzkich magów były jedyną drogą teleportacji. Nawet gdy któryś z portali udało się władzom zamknąć, na jego miejsce pojawiało się kilka nowych.

– Wszystko dobrze? – spytała z troską Ellie.

Siedziała na przeciwnej do Falena ławeczce. Szkarłatna suknia, przykryta czarnym płaszczem, zdradzała żałobę po ukochanym ojcu.

– Miałem kolejny sen – wyjaśnił Ventus, rozmasowując pulsującą bólem głowę. – Coś jakby wspomnienie…

Elizabeth zmieszała się na samą wzmiankę o snach. Nawet doba nie minęła od poważnej rozmowy o Narissanie.

Z początku nie potraktowała słów Falena poważnie. Myślała, że to żart, lecz później, kiedy na własne oczy zobaczyła jego przemianę, nie miała już prawa wątpić. Mimo to ciężko było Ellie przyjąć do wiadomości fakt, że jej ukochany okazał się diorinejskim dziedzicem, półbogiem i półdemonem.

– Dowiedziałeś się czegoś nowego?

– Pomyślmy… Już jako dziecko nie miałem instynktu samozachowawczego… Uznałem, że robienie pod górkę samemu królowi bogów to genialny pomysł. Hadrian Sage tak naprawdę nie nazywa się Sage, tylko Hairellion. Swoją drogą nie dziwię się, że zmienił nazwisko. Na starym można sobie język połamać… Ach! No i teraz już wiem, dlaczego wydałaś mi się znajoma, kiedy zobaczyłem cię po raz pierwszy. Poza tym, nic pożytecznego. – Zauważywszy pytające spojrzenie Ellie, wyjaśnił ostrożnie: – Jesteś bardzo podobna do Sophii, śmiertelniczki, na której punkcie miałem „lekką” obsesję.

– Sophia?

– Ellie, złotko, znam tę minę. Zaręczam, że nie masz powodu do zazdrości. Sophia nie żyje od plus minus kilku tysięcy lat, poza tym i tak ledwo ją pamiętam… No i oczywiście ty jesteś dużo ładniejsza.

– Z pewnością… – prychnęła Terratka, ale na jej ustach pojawił się lekki uśmiech. Zaraz jednak spoważniała. – Kiedy zamierzasz powiedzieć pozostałym o… no wiesz, twojej inności.

– Skąd pomysł, że w ogóle im powiem?

– Mam przytoczyć ci wszystkie argumenty, które powtarzałeś do znudzenia, kiedy nie chciałam zdradzić swojego sekretu? Zaufanie… bla, bla, bla… Wsparcie… bla, bla, bla… Powinni wiedzieć, przecież to twoi… bla, bla… przyjaciele? Bla?

– Po pierwsze, to była inna sytuacja. Łatwiej wytłumaczyć się z bycia Chronosi niż diorim. Po drugie, jestem pewien, że ładniej ująłem to słowami. – Falen odchylił się w głąb siedzenia, krzyżując ręce na piersi. – Tak czy inaczej, wolę trochę poczekać…

– Im szybciej poznają prawdę, tym lepiej. Na co tu czekać?

– Aż odzyskam pełnię mocy. Wolałbym uniknąć sytuacji, w której zacznę opowiadać Alecowi o swojej rzekomej boskości, a gdy poprosi mnie o dowód, będę musiał odprawić go z kwitkiem. W najlepszym wypadku uzna mnie za wariata i wsadzi do przytulnego domu bez klamek. O nie, nie piszę się na to.

Falen uchylił lekko zasłonkę, aby zorientować się, jak daleko jeszcze do Bonenbee. Prowadzony przez kuzyna Ellie powóz podskakiwał co i raz, dzielnie pokonując dziury w drodze. Stalowe koła rozchlapywały wszechobecne błoto.

W oddali majaczyła zabytkowa brama targowa i gmachy fabryk. Już niedaleko.

– Cały czas myślę o stanie Chace’a – przyznała po chwili Ellie, zmieniając temat.

To nie była do końca prawda. Owszem, znaczną część myśli Strażniczki zajmował krytyczny stan Ignisa, w którym ten znalazł się po ataku nerimich, jednak jeszcze silniej krzyczało w niej wspomnienie taty. On też był ofiarą masakry. Dla niej najtragiczniejszą i najboleśniejszą stratą.

Chace’owi można było jeszcze pomóc, ale pan Feliss odszedł na zawsze. W dodatku na jej oczach. Ellie uciekała od tych myśli. Ból domagał się, by go czuć, ale Terratka obawiała się, że jeśli muśnie wspomnienia taty, rozpacz ją zadusi i nie pozwoli dalej funkcjonować.

– Jak my wszyscy – szepnął Falen, ujmując dłoń Ellie. Była niemal tak samo zimna jak jego własna. – Niebawem portal przeniesie nas do Losserin… Christian przedstawi nas swojemu bractwu, które po usłyszeniu historii Chace’a…

– No właśnie. Co będzie dalej? Co jeśli Fremedzi powiedzą, że nie są w stanie nam pomóc? Magowie to nasza jedyna nadzieja… Co zrobimy, jeśli dziś zgaśnie…?

Mimowolnie przypomniała sobie jedną z urwanych wizji. Widziała wtedy Marie płaczącą nad czyimś grobem. Ellie zaczęła się zastanawiać, czy nie była to mogiła Chace’a.

– Nie mam pojęcia. – Falen puścił zasłonkę, a wnętrze powozu na powrót wypełniło zabarwione na zielono światło, przedzierające się przez jej włókna. – Chace umiera przez nerimski jad, więc wampirza krew mu nie pomoże. Petro i ten nawiedzony kapłan twierdzą, że gdy odzyskam moc, sam będę mógł go uzdrowić. Problem w tym, że nikt nie wie, kiedy to się stanie. Dziś? Jutro? A może za trzy lata? Mam wrażenie, że cała wiedza, którą przekazała mi Nilani, umarła wraz z Narissanem.

– Narissan powrócił, może i wiedza wróci?

– Chciałbym, żeby zdążyła na czas.

Rozdział 2

Diagnoza

10 listopada, przedpołudnie

Liczący sobie przeszło dziewięćset lat Piemont był jednym z największych miast we frakcji Powietrza. Wspaniałe kamienice, zabytkowe świątynie, wznoszone przez wyznawców wszystkich religii żywiołów, winnice, teatry i liczne muzea ściągały podróżnych z najdalszych zakątków kraju. Niestety miał też drugą twarz, znacznie mniej towarzyską, już nie tak radosną… Pełne modlitw lecznice i pełne złych wieści szpitale.

Jedną z osób, nad którymi wisiało widmo złych wieści, był Nathaniel Rossmary, starszy o pięć lat kuzyn Falena. Ventus siedział przygarbiony w ponurym korytarzu przed gabinetem doktor Rowell. Powietrze ciężkie było od intensywnego zapachu środków czyszczących, maskujących odór choroby. Zewsząd otaczali go ludzie o ziemistych twarzach z zapadniętymi policzkami, oczach pozbawionych blasku, niezwykle chudych ciałach i dziwnych plamach pokrywających skórę. Większość z nich wyglądała, jakby już była martwa.

Nathanielowi, jako początkującemu lekarzowi, wystarczyło rzucić na nich okiem, by domyślić się, jaka choroba kogo toczy. Swoje objawy także doskonale znał z podręczników, ale potrzebował potwierdzenia. Ciągły ból kości i stawów, wzmagający się od czasu do czasu w nagłych atakach mdłości, poranne i wieczorne zawroty głowy, fioletowe wybroczyny pojawiające się co i raz na nogach i rękach… Mogło to zwiastować tylko jedno. Remilia. Choroba stopniowo rozkładająca szkielet i narządy jeszcze za życia, z której skutecznie wyleczyć może tylko cud. O ile ktoś w nie jeszcze wierzy…

Nathaniel oplótł się ciasno ramionami, starając się powstrzymać kolejny atak mdłości. Sam nie wiedział już, czy powoduje je podejrzewana choroba, czy strach przed usłyszeniem diagnozy. Spojrzał na zegarek. Zostało jeszcze dziesięć minut do otrzymania wyniku. Dziesięć długich minut, podczas których stopniowo popadał w szaleństwo.

Świadomość, że za chwilę jego życie może zostać całkowicie złamane, a plany, kariera i marzenia przekreślone, paliła duszę, serce i ciało Ventusa, sprawiając niemal fizyczny ból. W myślach zatrutych obawą panował chaos. Jedna część umysłu Nathaniela pragnęła znaleźć inne wyjaśnienie dla jego dolegliwości, lecz druga wyśmiewała te naiwne nadzieje. Nie po to uczył się tyle lat, by pozwalać sobie na złudzenia.

Ventus zgiął się w pół, porażony nagłym bólem, który niczym nóż przeszył jego serce. Wypuścił z sykiem powietrze, chowając twarz w dłoniach. Tkwił chwilę w bezruchu, czekając, aż atak minie. Przymknął powieki, pogrążając się we własnej ciemności. Kiedy znów je podniósł, zorientował się, że nikt nie zwrócił na niego uwagi. Nikt prócz jednej osoby.

Podczas gdy pozostali pacjenci zajęci byli własnymi dolegliwościami, siedząca obok Nathaniela dziewczyna przyglądała mu się uważnie. Podobnie jak on sam, Ventuska ta pochodziła z wyższych sfer. Loki barwy starego złota opadały na drobne ramiona okryte lisim futrem. Było warte więcej niż roczne zarobki przeciętnego Karterczyka. Ciemnozieloną suknię z aksamitu zdobiły drogocenne kamienie, a na palcach dziewczyny połyskiwały pierścionki.

– Wszystko dobrze? – spytała cicho Ventuska, marszcząc brwi. Delikatna dłoń opadła na ramię Nathaniela. – Coś cię boli?

– Już dobrze… Nie martw się o mnie, Cynthio. – Wyprostował się powoli i zmusił do uśmiechu. Niepokój jednak szalał jak tajfun w szarych oczach Ventusa, niwecząc wszelkie jego starania. – Nic mi nie będzie.

– Sam w to nie wierzysz – skwitowała Cynthia z pewnego rodzaju znużeniem. – Udajesz, oszukując nas oboje.

Nathaniel odwrócił głowę, unikając spojrzenia narzeczonej. Przyprowadzenie jej na oddział nie było najlepszym pomysłem. Nie chciał, by widziała go tak słabego i bezradnego… Nie chciał, by tak go zapamiętała.

Nie – Nathaniel upomniał się ostro w myślach. Jeszcze nic nie wiadomo. Diagnoza może zaskoczyć… Jest szansa. Mam jeszcze szansę.

Milczeli, przytłoczeni niezręczną ciszą. Od konieczności zabrania głosu wybawiła Nathaniela doktor Rowell wyglądająca z gabinetu. Ventus podniósł się ociężale z miejsca i jak straceniec powlókł w stronę lekarki. Serce zamarło na moment w piersi, tylko po to, by za chwilę uderzyć ze zdwojoną siłą. Ciało ogarnęła fala gorąca.

Doktor Rowell spoglądała na Nathaniela z powagą zza stołu laboratoryjnego. Spośród wielu szklanych kolb, fiolek zawierających odczynniki, bagietek, palników i moździerzy wyłowił wzrokiem dwie smukłe probówki. Pierwsza z nich wypełniona była szkarłatną krwią, druga galaretowatą substancją zabarwioną na biało.

Tego widoku Nathaniel się obawiał. W jednym momencie rozbił całą nadzieję, podobnie jak morskie fale rozpryskują się na skałach.

– Niech pan siada, panie Rossmary – powiedziała grobowym tonem lekarka, wskazując taboret nieopodal stołu.

Nathaniel przełknął głośno ślinę, mimowolnie zaciskając dłonie w pięści. Poczuł, jak kolana się pod nim uginają. Sztywnym i chwiejnym jednocześnie krokiem ruszył ku wskazanemu miejscu.

– Tak jak ustaliliśmy, do jednej z probówek z pańską krwią dodałam odczynnik Gayle’a. Druga służyła jako materiał porównawczy. – Doktor Rowell pokręciła głową. Westchnęła ciężko, przyglądając mu się ze współczuciem. – Widzi pan, co się stało z obecną w niej krwią, a to oznacza…

– Dobrze wiem, co to oznacza – przerwał jej Nathaniel. Z trwogą spoglądał na białą galaretę, będącą kiedyś jego krwią. Poczuł nagłą suchość w gardle, mieszającą się z mdłościami. – To remilia.

– Tak. – Doktor Rowell skinęła głową. Odwróciła wzrok. Mimo wielu lat doświadczenia kobieta dalej nie przywykła do przekazywania pacjentom złych wieści. – Przykro mi… Zaraz umówię pana na wizytę u doktora Fellingtona. To znakomity specjalista, omówi z panem plan leczenia…

Mówiła i mówiła, ale Nathaniel już jej nie słuchał. Zadziwiające, jak jeden wynik potrafił unieważnić wszystkie plany i przekreślić nadzieje. Skrócić teraźniejszość i odebrać przyszłość.

Nathaniel był gotów oddać każdy zamek swego rodu, rezydencję, złoto, srebro i drogie kamienie, wszystko, co posiadał, byleby tylko dzisiejszy dzień okazał się złym snem. Niestety los nie był tak łaskawy i nie zamierzał z nim negocjować.

– I jak? – spytała prawie bezgłośnie Cynthia, kiedy Nathaniel wyszedł z gabinetu.

Ventus spojrzał na dziewczynę bez słowa i ruszył przed siebie. Nie chciał uwierzyć w chorobę, a mówienie o niej tylko ją urzeczywistniało. Bał się, że głos mu się załamie, więc zaczekał, aż opuszczą szpital. Nie potrzebował publiczności.

– Test dał wynik pozytywny – oznajmił wreszcie. Nie miał odwagi, by na nią spojrzeć.

Z piersi Cynthii wyrwał się zduszony okrzyk. Przystanąwszy gwałtownie, zasłoniła usta drżącymi dłońmi.

– Remilia?

– Nie. – Nathaniel pokręcił głową z ironicznym grymasem ciążącym na ustach. – Remilia w stadium zaawansowanym.

Cynthia nagle posztywniała. Oddaliła się o krok. Zmierzyła Nathaniela wzrokiem od jasnych włosów, jakby zmatowiałych ostatnio, przez bledszą niż zwykle twarz i chudsze ciało, aż do stóp. Zmagała się chwilę sama z sobą, zupełnie jakby usta stawiały opór przed wypowiedzeniem tego, co nakazywała głowa. W końcu jednak zaczerpnęła głęboki oddech, ażeby dodać sobie odwagi.

– Wiesz, co do ciebie czuję, Nathanielu, ale sam chyba rozumiesz, że w obecnej sytuacji nie ma mowy o ślubie…

– Wiem, trzeba go przełożyć…

– Nie zrozumieliśmy się. Tu nasze drogi się rozchodzą – szepnęła Cynthia, cofając się o kolejny krok. Błyszczące oczy szlachcianki nie wyrażały ni współczucia, ni bólu, jedynie wielkie rozczarowanie i pewnego rodzaju rozdrażnienie. – Studiowałeś medycynę i wiesz, że w tym wypadku podjęcie jakichkolwiek kroków jest bezcelowe. Jestem za młoda na wdowę, za młoda też na pielęgniarkę… Potrzebuję kogoś, z kim będę w stanie stworzyć zdrową rodzinę i kto zatroszczy się o mnie aż do starości. Wybacz, mój drogi, ale… nie mogę z tobą zostać.

– Więc to tak? – spytał głucho Nathaniel, wpatrując się w nią z niedowierzaniem. Nagle wszelkie dolegliwości i diagnoza zeszły na dalszy plan. Wcześniej miał wrażenie, że niebo kruszy mu się nad głową. Teraz czuł, jak odłamki nieboskłonu runęły i wbiły go w ziemię. – Tak po prostu wymazujesz mnie ze swojego życia? Za kilka tygodni mieliśmy złożyć przysięgę przed Aissą i Aysesem.

– Na szczęście ślubować nie zdążyłam – odparła Cynthia beznamiętnie, wzruszając ramionami. – Wybacz, ale muszę zabezpieczyć swoją przyszłość. Szukam męża, nie pacjenta. Zrozum, Nathanielu, mi także jest bardzo przykro, bo i moje plany właśnie runęły, czego zdajesz się nie zauważać… Nie odżałuję prędko tak dobrej partii…

– Dlaczego mi to robisz, Cynthio? Myślałem, że jestem dla ciebie kimś więcej niż dobrą partią.

– Och, jesteś, ale nie możesz być egoistą. Mówiłam ci już, jestem za młoda na wdowę. Nawet bogatą.

Rozdział 3

Bractwo

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Nakładem wydawnictwa Novae Res ukazała się również:

Rozpoczyna się rozgrywna między Bogami i Demonami. Po której stronie staniesz?

W Karterze, Państwie Żywiołów, co siedem lat powoływani są Strażnicy. Czworo wybrańców staje się bronią przeciwko nerimi. Te bezwzględne, krwiożercze bestie – wampiry i zmiennokształtni – zamieszkują Inserię, która od lat terroryzuje mieszkańców Karteru. Strażnicy z czterech różnych frakcji, reprezentujących każdy z żywiołów, muszą użyć całego swojego sprytu oraz drzemiących w nich mocy, by wykonać powierzone im zadania i samemu przy tym nie zginąć.

Kiedy Falen, Ellie, Alec i Rin zostają powołani na Strażników, nie wiedzą, co tak naprawdę na nich czeka. Już wkrótce wyruszą na samobójczą misję, prosto do gniazda nerimich, a tam będą zdani wyłącznie na siebie. Na domiar złego Falen odkryje, że w pradawnych proroctwach drzemie ziarno prawdy…

Kości zostały rzucone. Nieoczekiwanie Karter staje się szachownicą w starciu bogów i demonów, a niczego nieświadomi Strażnicy – kluczowymi figurami na planszy. Kto zwycięży w tej rozgrywce?

Pieśń Krwi i Powietrza. Tom II: Zmierzch Karteru

ISBN: 978-83-8423-237-8

© A. M. Engler i Wydawnictwo Novae Res 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Marta Grochowska

KOREKTA: Małgorzata Giełzakowska

OKŁADKA: Wioleta Melerska

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek