Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
472 osoby interesują się tą książką
Myślałam, że znam prawdę.
Myślałam, że to on jest moim wybawcą.
Przez całe życie próbowałam od niego uciec, a tylko coraz bardziej wplątywałam się w jego sieć.
Twierdzi, że zostanę jego żoną, że obdarzę go potomkiem.
Zrobię to pod jednym warunkiem.
Jeśli zabije swojego ojca.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 324
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Fragment
Tytuł oryginału: Beautiful Monster
Przekład z języka angielskiego: Agnieszka Rewilak
Copyright © J. L. Beck, 2026
This edition: © Risky Romance/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026
Projekt graficzny okładki: Maria Lepian
Redakcja: Anna Poinc-Chrabąszcz
Korekta: Anna Nowak
ISBN 978-91-8076-532-9
Opracowanie e-booka:Marcin Słociński / www.monikaimarcin.com
Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe.
Risky Romance/Gyldendal A/SKlareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
Myślałam, że znam prawdę.
Myślałam, że to on jest moim wybawcą.
Przez całe życie próbowałam od niego uciec, a tylko coraz bardziej wplątywałam się w jego sieć.
Twierdzi, że zostanę jego żoną, że obdarzę go potomkiem.
Zrobię to pod jednym warunkiem.
Jeśli zabije swojego ojca.
Prolog
Christian
Nie wolno podsłuchiwać. Przynajmniej tak twierdzi mój ojciec, ale co innego mi pozostaje, skoro on nic mi nie mówi.
Ciągle tylko tajemnice. Rozmowy szeptem, przerywane, kiedy wchodzę do pokoju.
To jedyny sposób, żebym się dowiedział, co się dzieje dookoła mnie. Przyczajam się gdzieś w pobliżu i przysłuchuję się każdej rozmowie. Ojciec twierdzi, że nie jestem gotowy i że zanim wtajemniczy mnie w różne sprawy, muszę udowodnić, że udźwignę to, z czym wiąże się przynależność do rodziny Russo. Chociaż już dawno skończyłem czternaście lat, nadal traktuje mnie jak dzieciaka.
Nie jestem dzieckiem, do cholery. Któregoś dnia mu to udowodnię.
– Na pewno taką właśnie drogę chcesz obrać? – spytał mój ojciec po włosku, siadając za biurkiem.
Stoję w korytarzu za drzwiami i obserwuję go przez szparę między ścianą a zawiasami. Jest już późno i większość pracowników rozeszła się do swoich kwater. Pogaszono prawie wszystkie światła. Teren posesji oświetlają liczne latarnie i blask księżyca. Pod tym kątem nie widzę, kto jest u ojca w gabinecie, ale po głosie poznaję, że to kobieta.
– Marko się o to prosił – odpowiada ona, również po włosku. Pochyla się lekko w prawo, dzięki czemu w końcu widzę kto to.
Ojciec przez chwilę wpatruje się w swoją rozmówczynię, rozważając jej słowa. Widzę po jego minie, że jest zainteresowany. Powinno mnie to zdziwić, ale Samuele Russo jest chciwcem i odkąd pamiętam, toczyliśmy wojnę z rodziną Guilianich.
Nie słyszałem całej rozmowy, tylko sam jej koniec, ale brzmiało to tak, jakbyśmy mieli połączyć siły. Co to oznaczało dla naszych rodzin? Czemu nie było Marco przy tych ustaleniach?
– Dobrze, ale chcę postawić sprawy jasno. – Samuele się pochyla, opiera łokcie na blacie biurka i wbija wzrok w kobietę.
Jest zdenerwowana, na co wskazują jej uniesione i spięte ramiona. Coś mi tu nie gra, ale nie potrafię powiedzieć co. Czemu teraz, po tych wszystkich latach, mój ojciec rozważa taką propozycję?
– Nie będzie od tego odwrotu. Przejmę całe jego terytorium. Jeśli ktoś się przeciwstawi, wszyscy członkowie jej rodziny pożałują, że się w ogóle urodzili.
– Nie musisz się tym martwić, o ile się wywiążesz ze swojej części umowy.
– A dziewczynka? – pyta ojciec.
– To zależy od ciebie. – Kobieta sięga po torebkę stojącą na biurku i powoli rusza do drzwi.
Ojciec wstaje z fotela i wychodzi zza biurka.
– Pani Giuliani, interesy z panią to przyjemność. Przyszłaś z nią do mnie w odpowiednim momencie.
– Lepiej późno niż wcale. Jestem pewna, że mój mąż będzie miał wiele do powiedzenia na ten temat.
Samuele śmieje się zuchwale. Jego donośny śmiech niesie się po korytarzu. Podchodzą bliżej drzwi, więc uciekam, żeby mnie nie zobaczyli. Zżera mnie ciekawość. Chcę zrozumieć całą tę sytuację.
Nasze rodziny od wielu lat toczą między sobą walkę, a tymczasem Marco przysłał do nas swoją żonę w środku nocy. Po co? Żeby zawrzeć rozejm?
Kiedy wychodzą z gabinetu i ruszają do drzwi frontowych, siedzę za rogiem i czekam, aż kobieta sobie pójdzie. Ojciec zamyka za nią wielkie pałacowe drzwi i staje do nich plecami. Sięga po telefon. Bez wątpienia wybiera czyjś numer. Pewnie dzwoni do Carla, swojej prawej ręki.
– Zwołaj wszystkich – przykazuje mu. – Musimy pogadać. Zanosi się na to, że przejmiemy interesy Guilianich.
***
Coś bardzo mnie zaintrygowało w tej umowie. Od wizyty żony Marca w naszej posiadłości minęło kilka dni, a ja nadal rozmyślam o tym, co usłyszałem. Wiem, że ojciec nie zechciałby mnie wprowadzić w szczegóły ich ustaleń. Zresztą nie mógłbym go o to prosić, bo wtedy by się wydało, że podsłuchiwałem.
Postanowiłem więc samodzielnie to rozpracować. Ojciec uważa, że jestem zbyt młody i naiwny, żeby pojąć takie rzeczy, ale prawda jest taka, że widzę i wiem o wiele więcej, niż mu się wydaje. Po latach obserwowania wszystkiego z dystansu znam na pamięć wszelkie plany ataku i potrafię wskazać wady tych planów, do których ojcu duma nie pozwala się przyznać.
Przez cały miniony tydzień wymykałem się nocą i wykradałem jeden z wielu samochodów ojca. Podjeżdżałem na wzgórze znajdujące się zaledwie parędziesiąt metrów od rezydencji Guilianich. Gasiłem reflektory, zostawiałem samochód w trybie parkowania i wysiadałem, starając się nie trzaskać przy tym drzwiami.
Krótka ścieżka wiodąca w dół pomiędzy rzędami drzew jest dość wyboista. Muszę więc poruszać się ostrożnie, żeby się nie poślizgnąć – jeszcze bym spadł i się zabił u podnóża pagórka. Jestem na tyle blisko nieruchomości, że słyszę wszystko, co dzieje się wewnątrz. Kąt nachylenia stoku jest idealny, co pozwala mi zajrzeć do środka. Przez lornetkę zaglądam do domu przez oszkloną na całej długości ścianę od strony lasu i obserwuję, co się dzieje u Guilianich.
Można by pomyśleć, że człowiek o statusie Guilianiego, otoczony wrogami, będzie chciał mieć więcej prywatności, a tymczasem on wystawił swoje życie na pokaz. Może tak to urządził, bo nie przypuszczał, że ktokolwiek odważy się szpiegować go od tej strony. Albo myślał, że las i góry osłonią jego sekrety.
Ale tak to właśnie jest z tajemnicami. Niczego tak naprawdę nie da się ukryć. Bez względu na to, co robisz i ilu ludzi zabijesz, nie zataisz tego. Sam się o tym dość szybko przekonałem.
Wyciągam lornetkę z plecaka, kucam na ziemi i zajmuję swoje miejsce. Przesiadywane tutaj stało się jednym z moich najulubieńszych zajęć. Nie przez to, co się działo w tym domu, ale dlatego, że wiem o tej rodzinie wszystko, co wiedzieć można, a oni nie mają pojęcia o mojej obecności.
To uzależniające.
Ustawiam ostrość i skanuję dom. Ludzie są interesujący, bo lubią rytuały. Robią w kółko te same rzeczy pomimo konsekwencji swoich działań. Myślę, że może to wynikać z wygody albo egoizmu.
W jednym z pokoi zauważam kobietę, która odwiedziła mojego ojca. Siedzi na łóżku. Ma szeroko rozstawione nogi i trzyma między nimi rękę. Moje ciało reaguje natychmiast. Mój kutas twardnieje, kiedy patrzę, jak ona się dotyka.
Obserwuję ją przez chwilę, a potem przenoszę uwagę na pozostałe pomieszczenia w domu. Panuje w nim spokój. Nigdzie indziej nie palą się światła. Dopiero w pokojach na drugim końcu budynku dostrzegam kolejnych ludzi. O mały włos ich nie przeoczyłem.
W jednym z pokoi widzę dwie osoby. To Marco i jakaś kobieta, która nie jest jego żoną. W pokoju dziewczynka siedzi na ziemi i bawi się lalkami, zupełnie nieświadoma tego, co dzieje się wokół niej. Za ścianą jej ojciec zdradza jej matkę, penetrując cipkę jednej ze swoich pracownic.
Domyślam się, że nie robi tego po raz pierwszy. Woli być z tą kobietą niż z tą, którą poślubił. Od kiedy ich obserwuję, Marco posunął żonę chyba tylko raz, a z tą drugą jest prawie każdej nocy. Czasem robią to dwa, a nawet trzy razy. Jest jego ulubienicą.
Kiedy to się wydarza – kiedy dorośli się zdradzają – dziewczynka pogrąża się w swoim świecie. Taka niewinna. Taka czysta. Patrzenie na nią jest chyba w tym wszystkim najlepsze. Ale nie w obleśnym sensie. To tylko dziecko. Chyba właśnie to w niej lubię.
Przypomina mi o tym, czego ja nigdy nie miałem: o kochającym domu, gdzie mógłbym być dzieciakiem i bawić się zabawkami, póki oczy same by mi się nie zamykały. Mam wrażenie, że dzięki niej mogę pośrednio tego doświadczyć. Znowu staję się dzieckiem, aż nadchodzi pora, żebym wrócił do swojego świata. Każdej nocy na nowo uświadamiam sobie, jak różne wiedziemy życie.
Owszem, że nasi ojcowie są bezlitosnymi, okrutnymi kryminalistami, którzy kłamią, zabijają i oszukują. Tyle że nic z tego nie wpływa na tę dziewczynkę. Tak jak w tej chwili, jest chodzącą radością i nawet nie wie, że wokół niej wszystko się wali.
Jest tym wszystkim, czym ja nigdy nie byłem. Jest kochana. Jest szczęśliwa. Dlatego cała ta sytuacja nie ma dla mnie sensu. Czemu Marco zgodził się oddać mojemu ojcu wszystko, na co pracował? Miał to być rozejm, ale znam Samuele lepiej niż ktokolwiek inny i wiem, że nigdy nie dojdzie do zawieszenia broni. Kiedy mój ojciec dostanie to, czego chce, z pewnością strzeli Marco między oczy i świat dobrze znany tej wyjątkowej dziewczynce legnie w gruzach.
Z zamyślenia wyrywa mnie odgłos podjeżdżającego przed dom samochodu. Wysiada z niego mężczyzna, trzaska drzwiami i prawie biegnie w stronę drzwi. Po chwili widzę przez okna na parterze, jak przechodzi przez kolejne pomieszczenia. Z jego nerwowych ruchów domyślam się, że za chwilę coś się wydarzy.
Przenosze wzrok piętro wyżej i zauważam, że Marco i jego kochanka już się nie pieprzą. Przegapiłem ich finisz, bo tak bardzo skupiałem się na dziewczynce. Marco pędzi korytarzem i u szczytu schodów spotyka się z tamtym mężczyzną. Słucha go uważnie, coraz bardziej marszcząc czoło. Cokolwiek słyszy, wkurza go tak, że aż czerwienieje na twarzy i zaciska dłonie w pięści. Nic nie rozumiem z tej sytuacji. Szkoda, że nie potrafię czytać z ruchu warg. W tej chwili taka umiejętność bardzo by mi się przydała.
W końcu Marco wybucha. Krzyczy jak oszalały. Kątem oka dostrzegam dziewczynkę. Stoi, trzymając w ręce Barbie. Obok niej pojawia się kochanka ojca. Zakrywa dziewczynce uszy dłońmi. Kolejny dowód na to, jak różnie wyglądały nasze życia. Dziewczynka była osłaniana nawet przed wybuchami ojca. Była chroniona.
Marco rzuca czymś o ścianę przy pokoju córki. Dziewczynka i kobieta się wzdrygają. Po chwili kochanka Marco przyklęka przed dziewczynką i coś do niej mówi. Kiwała przy tym energicznie głową i łagodnie gładzi dziewczynkę po rękach. Próbuje zająć czymś jej uwagę. Zadziałało, bo dziewczynka zaczęła rytmicznie poruszać głową. Chyba coś śpiewają. W końcu Marco i tamten facet schodzą na dół i sytuacja się uspokaja. Kobieta całuje dziewczynkę w czoło i mówi coś, co z ruchu jej warg wygląda mi na andra tutto bene. Wszystko będzie dobrze.
***
Wracam do domu i cichaczem odstawiam samochód ojca do garażu. Na naszym podjeździe roi się od aut. Martwi mnie to, bo wygląda na to, że zebrali się tu wszyscy członkowie organizacji ojca. W pełnym gronie spotykają się tylko wtedy, kiedy planują jakąś gównoburzę.
Nikt mnie ani nie usłyszał, ani nie zobaczył, kiedy wchodziłem do domu. Z holu obserwuję sytuację w salonie. Mój ojciec stoi pośrodku z pistoletem w ręce. Jest rozwścieczony. Carlo i pozostali gromadzą się wokół niego. Niektórzy wbijają wzrok w podłogę, inni w ojca. Większość twarzy nie zdradza żadnych emocji.
– Skąd on się o tym dowiedział? – pyta ojciec.
– Pewnie ta suka się wygadała – rzuca Carlo.
Samuele kręci głową i celuje pistoletem w stronę Carla. Zadziwia mnie to, że mężczyzna w ogóle się tym nie przejmuje.
– Nikt nie może się mi sprzeciwiać. Mają zginąć. Cała rodzina. Dzięki temu teren Marco będzie mój.
– A co z dziewczynką? – pyta Carlo.
Prostuję się i w napięciu wyczekuje odpowiedzi ojca.
– Myślisz, że mnie to interesuje? Zabij ją. Albo lepiej zabierz. Ktoś z pewnością nieźle zapłaci za córkę Marco Guilianiego. – Ojciec się śmieje, a pozostali mu wtórują.
– Nie! – wykrzykuję bez zastanowienia.
Grupa mężczyzn rozstępuje się i ojciec w końcu patrzy na mnie.
– Spadaj stąd, mały.
– Nie. Pozwól mi to zrobić.
Ojciec zamyśla się.
– Na co mam ci pozwolić?
Pochodzę bliżej z wypiętą piersią i dumnie uniesioną głową.
– Ciągle powtarzasz, że powinienem się wykazać. Teraz mam okazję.
Ojciec przez chwilę badawczo mi się przygląda. Wszyscy mężczyźni na mnie patrzą.
– Chcesz przejąć teren Marco. Spoko. Postaram się, żeby tak się stało, ale chcę coś w zamian.
– Mów.
– Zabiję Marco dla ciebie, ale przestaniesz mnie traktować jak dzieciaka. Pozwolisz mi pracować. Przydzielisz mi rolę w swoim biznesie.
– Nie jesteś gotowy.
– Jestem i udowodnię to. Koniec z tajemnicami. Ale chcę czegoś jeszcze.
– Tak?
– Chcę dziewczynkę. Jest moja. Nie skrzywdzimy jej.
– Czemu miałbym się na to zgodzić? Co, do cholery, zrobię z dziesięciolatką?
– Może ją wychowywać niania, a jak będzie już odpowiednio dorosła, zabierzemy ją – wyrzucam z siebie, napompowany adrenaliną.
Samuele patrzy to na mnie, to na Carla. Trwa to tak długo, że zaczynam się niepokoić. Jestem przekonany, że się nie zgodzi, ale wtedy on się uśmiecha.
– Bene. Zabij Marca, pokaż, na co cię stać, a oddam ci dziewczynkę.
Nie spodziewałem się, że to się uda. A jednak. Ojciec się zgodził. Będę mógł się wykazać, co przecież chciałem zrobić od dawna, przy okazji zapewniając małej bezpieczeństwo.
– Znam plan jego dnia – rzucam.
– Jak to?
– Obserwowałem ich.
– No proszę. – Ojciec uśmiecha się znacząco. – Jestem pod wrażeniem.
– Zrobię to jutro wieczorem. Powinien być w domu z rodziną, bez swoich ludzi.
– Bene. Niech będzie jutro.
Obracam się, żeby pójść do pokoju, kiedy ojciec ponownie się odzywa:
– Christian, spieprz to, a zabiję ją na twoich oczach.
– Nie spieprzę. – Zachowuję kamienną twarz i nic więcej nie mówiąc, idę do siebie.
Zanim uda mi się porządnie oddalić, słyszę, jak mój ojciec mówi:
– Jak będzie zabijał Marca, ty załatw kobiety. Upewnij się, że nie żyją. Zwłaszcza dziewczynka.
Zamieram i walczę z pokusą zawrócenia do salonu. Opanowuję jednak emocje i postanawiam, że znajdę sposób na to, żeby zadbać o bezpieczeństwo dziewczynki.
Rozdział pierwszy
Siân
Cholera, co mi się stało?
Kręci mi się w głowie i jestem jakaś rozbita. Chyba coś mnie bierze. Nie chcę jeszcze wstawać. Może uda mi się na nowo zasnąć, zanim rozbudzę się na dobre?
Kiedy przekręcam głowę z jednej strony na drugą, burczy mi w brzuchu. Boże, ale mnie mdli. Chyba zwymiotuję. Nudności nasilają się przy każdym ruchu głowy. Lepiej będzie, jeśli przestanę się ruszać. Cokolwiek mi jest, na pewno minie, kiedy się wyśpię.
Ale coś zdecydowanie jest nie tak. Nie mogę się pozbyć wrażenia, że stało się coś złego. Nie daje mi to spokoju. Powinnam jeszcze chwilę się zdrzemnąć, ale głowa nie pozwala mi zasnąć. Właśnie zaczynają się włączać światła. Blask dociera do mojego mózgu przez przymknięte powieki, zmuszając mnie do wspominania tego, o czym nie powinnam w ogóle myśleć. Ale czuję coś jeszcze.
W ustach mam sucho, jakbym połknęła piasek. Próbuję je nawilżyć, ale bezskutecznie. Nadal mam zamknięte oczy, jednak słyszę coś, co przypomina odgłos silnika. Nie rzuca mną i nie czuję, żebym się przemieszczała. Nie jestem więc w samochodzie. Ale jestem w otoczeniu jakiejś maszynerii. Nieprzerwany zgrzyt wwierca się w moje uszy. Nic dziwnego, że nie mogę zasnąć w tym hałasie.
O czym mam pamiętać? Może Christian mi powie, kiedy tylko zdołam nawilżyć gardło i go spytać.
W tej chwili dociera to do mnie z siłą buldożera. Wystarczyło, że wspomniałam Christiana. Odtwarzam w pamięci rysy jego twarzy. To on jest tym natrętem. To on zatruwał mi życie przez cały ten czas. I teraz jest gdzieś w pobliżu. Czuję jego obecność. Nie otwieram oczu, żeby się nie zorientował, że już nie śpię. Wiem, że jest bardzo blisko. Jak go znam, natychmiast zauważy najmniejsze drgnienie moich powiek. Zbyt długo mnie obserwował. Chociaż serce bije mi mocno i cała drżę, opanowuję się na tyle, żeby zachować spokój, i leżę nieruchomo.
Przez cały ten czas mu ufałam. Wierzyłam mu. Wpuściłam go do swojego życia. Okazał się zwyrodniałym, sadystycznym potworem. Od samego początku wiedział, co robi. Nieustannie robił mi zdjęcia, jak te, które znalazłam w mieszkaniu. Fotografował też Kylę. Ugryzłam się w język, żeby się nie rozpłakać, myśląc o niej. Ależ byłam głupia, że jej nie wierzyłam!
A teraz nie mam pojęcia, czy żyje. Nie wiem, czy jeszcze ją kiedyś zobaczę. Dokąd on mnie zabiera? Teraz, kiedy myślę jaśniej, dociera do mnie, że jednak jestem gdzieś przewożona. Ten dźwięk to z pewnością silnik. Może jestem w samolocie? Dobry Boże, chyba tak. Dokądś lecimy. Jak ja stamtąd wrócę?
Odkryłam też inne rzeczy. Nabieram powietrza do płuc i wstrzymuję oddech, licząc na to, że w ten sposób powstrzymam narastające nudności. Żołądek podchodzi mi do gardła, po czym mogę wnioskować, że już nie śpię. Nie wolno mi zmrużyć oka. Do tej pory podejmowałam same złe decyzje. Tym razem postąpię mądrze. Muszę się kontrolować.
Mimo że obraz spinki do mankietu Taja nie chce zniknąć z mojej pamięci, tak jak zdjęcia mojej rodziny i wszystko, co Christian nazbierał przez ten czas, udaje mi się uspokoić i wyrównać oddech.
– Panie Russo, przyniosłam panu, coś do podpisania. – Łagodny głos dobiega z mojej lewej, czyli on jest gdzieś tam. Nie siedzi więc tuż obok mnie. Pod palcami wyczuwam ściankę samolotu. Po prawej mam okno. Czyżby on był po drugiej stronie przejścia? Nie chcę otwierać oczu, żeby to sprawdzić. Wszystko wydaje mi się teraz trudne i niebezpieczne.
– Dziękuję.
Słyszę szelest kartek i odgłos oddalających się kroków. Wtedy Christian odzywa się ponownie, trochę podnosząc głos:
– Wiem, że nie śpisz. Nie pogrywaj sobie, myszko.
Ponownie powstrzymuję falę mdłości. Jego głos nadal brzmi tak łagodnie, jakby karcił dziecko. Ciągle mówi do mnie z czułością i ciepłem. Jak to możliwe?
– No, dalej, Siân. Domyślam się, że jest sporo spraw, które chciałabyś omówić. Co cię powstrzymuje? Jesteśmy sami. Nikt nas nie podsłucha.
Zmuszam się, żeby przekręcić głowę w lewo i otworzyć oczy. Chwilę zajmuje mi przyzwyczajenie się do jasności panującej w kabinie, szczególnie że okno za plecami Christiana nie jest osłonięte. Nad jego głową powstała świetlna aureola. Co za ironia. Daleko mu do anioła. Być może jest diabłem wcielonym.
Uśmiecha się. Szczerze.
– Spałaś dobrych parę godzin. Niedługo będziemy w domu.
– To znaczy gdzie? – pytam ochryple.
– Sama zobaczysz. – Marszczy czoło. – Zaschło ci w gardle. Proszę. Napij się wody. – Obok niego stoi barek z ustawionymi w równych rzędach buteleczkami z wodą i sokami. Christian sięga po jedną z nich i otwiera. Przyjmuję napój tylko dlatego, że słyszałam, jak pęka plastikowe zabezpieczenie. Inaczej miałabym obawy, że wrzucił do wody jakiś narkotyk. Nie do wiary, że muszę przy nim myśleć o takich rzeczach.
A zawsze taki był. Tylko ja nie chciałam tego widzieć. Teraz już to dostrzegam.
– Możemy teraz porozmawiać. – Siada z powrotem i nachyla się, wspierając łokcie na kolanach. Jakby szykował się do negocjacji.
Do cholery, jasne, że porozmawiamy, mimo że głos drży mi ze strachu.
– To ty zabiłeś Cynthię, prawda? Pocieszałeś mnie potem i udawałeś, że mnie wspierasz. Tymczasem to ty do tego doprowadziłeś. Ty puściłeś całą machinę w ruch.
Im dłużej mówię, tym prawdziwsze się to staje. Bardziej sensowne. A ja czuję się coraz głupsza. Zignorowałam wszystkie znaki ostrzegawcze. Byłam tak pewna tego, że go znam. Zaprzeczałam wszystkiemu, co Kyla i Taj mówili na jego temat. I proszę, dokąd mnie to doprowadziło. Jestem uwięziona, jak ofiara, a oni… Boże, wolę nie myśleć, co im zrobił.
Tak mu wszystko ułatwiłam. To chyba w tym najgorsze. Nawet teraz czuję go na sobie. Czuję jego zapach. Oddałam się mu cała – dałam mu ciało i duszę. Nawet wyznałam mu miłość. Czuję się brudna i wykorzystana. Żałuję, że mnie nie zabił. W ten sposób wywabiłby mnie z mojego nieszczęścia.
– Musimy zaczynać rozmowę akurat od niej? Chcę pogadać o nas.
– Nie ma żadnych nas. Nie po tym, co zrobiłeś. Zresztą, nigdy nie było nas, bo od początku mnie okłamywałeś. Nie jesteś tym, za kogo się podawałeś.
– A ty tak bardzo chciałaś wierzyć w to, co ci pasowało, prawda? Zachowywałaś się dokładnie tak, jak tego chciałem. Byłaś grzeczną dziewczynką.
– Jesteś obleśny. Nie masz prawa tak do mnie mówić.
Szybkim, wręcz nadnaturalnym ruchem rzuca się w moją stronę. Jak wąż na ofiarę. W jednej chwili siedzi po drugiej stronie przejścia, a w kolejnej jest już przy mnie. Trzyma dłonie po obu stronach mojej głowy. Wciskam się w fotel, pewna, że nie uda mi się uwolnić.
Jego twarz jest bardzo blisko mojej twarzy. Oddychamy tym samym powietrzem. Wzdragam się z obrzydzenia, a Christian tylko się śmieje.
– Boisz się mnie? Nie kłam. Masz to wymalowane na twarzy.
– To po co pytasz? – szepczę.
– Bo chcę usłyszeć, jak to mówisz. Chcę, żebyś się przyznała, że jesteś teraz przerażona. Nic mnie tak nie podnieca jak twój lęk. Twoje przerażenie rozbudza we mnie instynkt opiekuńczy, a ty wydajesz mi się jeszcze cenniejsza.
Opuszkami palców wodzi po linii mojej szczęki. Z trudem powstrzymuję się od jęknięcia. Nie ma mowy, żebym dała mu to, czego chce, tak szybko.
– Słodka Siân – szczebiocze, omiatając moją skórę ciepłym oddechem. – Nie mogę się doczekać, kiedy będziesz moja na zawsze.
– Nigdy nie będę twoja. – Zmuszam się, żeby spojrzeć mu w oczy, choć aż mnie od tego mdli. Jest mordercą. Jest potworem. – Nienawidzę cię i masz pieprzone urojenia, jeżeli myślisz, że czeka nas jakakolwiek wspólna przyszłość.
– To raczej ty masz urojenia. – Ponownie mnie dotyka, tym razem przesuwając dłonią po moich piersiach.
Krzywię się z obrzydzenia, co wywołuje u niego kolejny wybuch śmiechu.
– Nie udawaj. Możesz się krzywić, ile chcesz, ale twoje ciało wie lepiej. – Żeby udowodnić swoje słowa, dotyka mojego nabrzmiałego sutka.
– Nie dotykaj mnie. – Odtrącam jego rękę, ale on ponownie się śmieje. – Nie zamierzam przez resztę życia być twoją zabawką. Wolę umrzeć niż na to pozwolić.
– Tak ci się tylko zdaje.
Rany boskie, on naprawdę w to wierzy. Jest pewien swoich słów bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. W końcu zdobył się na szczerość. Nareszcie pokazuje mi, kim tak naprawdę jest.
Muszę od niego uciec. Najchętniej wyskoczyłabym z samolotu, ale ponieważ to niemożliwe, postanawiam schować się w toalecie.
– Muszę siku.
Odsuwa się ode mnie, żebym mogła wstać. Dziwi mnie, że bez dyskusji mi na to pozwolił. Nogi uginają się pode mną, ale przytrzymując się oparć foteli, docieram do toalety. To ciasne pomieszczenie, tak jak się spodziewałam, ale daje mi namiastkę prywatności. Potrzebuję jej teraz. Muszę pomyśleć.
Ledwo zdążę zsunąć z siebie dżinsy, kiedy drzwi otwierają się gwałtownie.
– Wyłaź!
Usiłuję naciągnąć na siebie spodnie, a on wybucha śmiechem. Brzmi jak szalony dzieciak znęcający się nad bezbronnym zwierzątkiem.
– Co? Myślałaś, że jest choćby najmniejsza część ciebie, która do mnie nie należy? Jeśli mam ochotę patrzeć, jak sikasz, to będę patrzył. – Odchyla się nieco, a potem spogląda w lewo i prawo, po czym szybkimi ruchami zaciągnął kotary wiszące po obu stronach toalety. W ten sposób zasłonił nas przed spojrzeniami osób, które lecą z nami. Co by zrobiły, gdybym zaczęła krzyczeć? Pewnie nic, jeśli pracują dla niego. Szkoda mojej energii.
Nikt go nie powstrzyma. Serce wali mi tak mocno, że aż boli. Zemdleję, jeśli nie wyrównam oddechu.
– Przestań, proszę – szepczę, nie przejmując się tym, że okazuję słabość. – To nie jest zabawne. Porozmawiamy, jak skończę.
Jeszcze nikogo nienawidziłam tak, jak jego w tej chwili. Poruszam się ostrożnie i zsuwam spodnie, aby usiąść na metalowej toalecie, nie brudząc ich. Kiedy słyszę mocz spływający po wnętrzu muszli, jestem bliska płaczu. Na szczęście udaje mi się opanować.
– Widzisz? To nie takie straszne. – Nie odsuwa się, kiedy kończę. Chwyta mnie za ręce, żebym nie mogła zapiąć dżinsów.
– Przestań – perswaduję cicho, usiłując odtrącić jego ręce. Nie udaje mi się to.
Christian przypiera mnie do ściany i wsuwa dłoń między moje uda.
– Naprawdę myślisz, że nie będę cię rżnął przez resztę twojego życia? – Pociera moją cipkę, cicho się śmiejąc. Nie jest delikatny. Jest tak nieczuły, że sprawia mi ból.
Zamykam oczy, marząc o tym, żeby było już po wszystkim. Nie ma mnie tutaj. Jestem gdzie indziej, a to się nie dzieje.
– Przestań udawać – warczy, a potem całuje mnie w szyję. Drżę. Czy to wstręt, czy coś innego? – Oboje wiemy, że nikt nie potrafi dotykać cię tak, jak ja to robię. Nikt nie daje ci takich doznań. Posiadam twoje ciało. Całą ciebie.
– Nie, nie posiadasz. – W moim głosie nie ma ani krzty waleczności, bo to, co mi robi, daje mi dobre doznania. Ciało mnie zdradza. Podniecam się, gdy pieści moją łechtaczkę. Nie robi tego z finezją. Nie jest też delikatny. Używa sobie na mnie, a to wystarcza, żebym zrobiła się jeszcze bardziej wilgotna.
– A nie mówiłem? – Ponownie się śmieje i patrzy mi w oczy. Nie. Nie mogę na niego patrzeć, bo przypomina mi o tym, że kiedyś sądziłam, że wszystko jest dobrze. Odwracam głowę, jednocześnie tłumiąc jęk rozkoszy. Czemu on to robi? Co się ze mną dzieje? Zabiję go za to. Zabiję go za tak wiele przewinień.
Przywiera do mnie tak mocno, że brakuje mi tchu. Tym razem wzdycham w uniesieniu. Niech go szlag. Niech będzie przeklęty za ten śmiech i udrękę, którą mi przynosi. – Siân, nie zaprzeczysz, że cię znam. Wiem wszystko, co powinienem wiedzieć. Znam twój umysł, duszę i ciało. Je szczególnie znam. W zasadzie to je wyszkoliłem. – Przykłada czoło do mojego czoła.
– Nienawidzę cię. Nie znasz mnie.
A jednak kiedy wsuwa we mnie palec, ponownie drżę z podniecenia. Kusi mnie, żeby zacząć poruszać biodrami i ujeżdżać jego dłoń, dając się mu stymulować po całości, ale zwalczam to pragnienie.
– Znam. Będziesz moja na zawsze.
– Ucieknę od ciebie.
– Nie masz na to szans.
– Tak myślisz? – Dyszę, bo wszystkie moje mięśnie się napinają, zaraz dojdę. – Bez względu na to, co zrobisz, ucieknę od ciebie. Albo umrę, próbując.
– Już, już. – Nie wiem, czy się cieszyć, czy żałować, kiedy zabiera dłoń tuż przed moim orgazmem. – To nie ma sensu. Nigdy ci się nie uda. Po co więc próbować, skoro wiadomo, że należysz do mnie?
Zmuszam się, żeby na niego spojrzeć. Jakoś zniosę rozbawienie w jego oczach. O to chodziło w tej szopce? Chciał mi pokazać, że mnie posiada czy coś? Szkoda, że potwierdziłam, że się nie myli.
– Wtedy miałbyś nade mną kontrolę, a do tego nie dopuszczę. – Drżą mi palce, kiedy zapinam rozporek.
– Czyli zamierzasz tracić energię i czas na próby ucieczki? Bez względu na to, dokąd cię zabiorę?
– Zgadza się.
Patrzy na mnie groźnie.
– Wiesz co? W sumie to mam nadzieję, że faktycznie będziesz próbowała. Nie mogę się doczekać – warczy mi prosto w twarz, a potem się uśmiecha.
Nie wiem, czemu, ale ten grymas jest dla mnie najstraszniejszy w tym wszystkim. Wygląda na szczęśliwego.
– Nie mogę się doczekać, aż sprowadzę cię z powrotem, a ty będziesz się broniła i krzyczała. Im głośniej, tym lepiej – dodaje.
Rozdział drugi
Christian
Przez chwilę patrzę na nią, obserwując, jak unosi się jej klatka piersiowa. Jej oddech jest przyspieszony, usta lekko otwarte i chociaż walczy ze sobą, aby nie zamknąć oczu, jej powieki w końcu opadają. Uśmiecham się nieznacznie. Siân może sobie udawać tak długo, jak chce. Może się upierać, że mnie nienawidzi i że ją obrzydzam, ale jej ciało mówi prawdę.
Wysuwam z niej palec i czuję radość, patrząc na jej zawiedzioną minę. Siân drży, kiedy zlizuję jej soki ze swojego palca. Zorientowała się, że zauważyłem jej rozczarowanie, więc wyprostowała się, wypięła pierś i minąwszy mnie, szybko wróciła na fotel.
Nie lubi się za to, że mój dotyk sprawia jej przyjemność. Tak samo się czuła wtedy w tamtej alejce, kiedy obciągała mi kutasa. Mnie się podoba taka zabawa, lubię zadziorne oblicze Siân. Dzięki temu, to, co sobie wezmę, będzie miało słodszy smak.
Wkurzona Siân opada na fotel, krzyżując ręce na piersi. Kiedy siadam obok, przesuwa się najbliżej okna, jak tylko może. Spięta, całą uwagę skupia na chmurach i po chwili ciężar z jej ramion opada. Zupełnie, jakby na chwilę cały jej świat przestał istnieć i liczyły się tylko ona i puszyste chmury na niebie.
Z podziwem przyglądam się jej ciału. Nawet kiedy ma ubranie w nieładzie i rozczochrane włosy, jest cholernie piękna. Najgorsze jest to, że nie zdaje sobie z tego sprawy. Ale nie szkodzi. Mam zamiar wydobyć z niej to, co najlepsze i zarazem najgorsze. Po przylocie do Włoch, gdzie przynależymy, szybko zajmie należne jej miejsce u mojego boku.
Niedługo doceni to, co dla niej zrobiłem, i w końcu zrozumie, że jesteśmy sobie pisani. Nie spodziewam się, że podda się z łatwością, ale z cholerną przyjemnością będę ją do tego przymuszał.
Siân szybko zapada w sen, a ja nie przestaję się jej przyglądać. Śpi spokojnie, jakby nie miała żadnych zmartwień. Szkoda, że rzeczywistość, w którą wkroczy po wylądowaniu, nie jest taka. Na samą myśl o tym zaciskam szczękę i poprawiam fotel, wspominając krótką rozmowę z ojcem.
Po raz kolejny wymusił na mnie powrót do domu, krzyżując mi plany. To przez niego będę musiał wymyślić, jak ponownie przekonać Siân, żeby mi zaufała. Byliśmy ze sobą blisko i wszystko, co wcześniej zrobiłem, w końcu przyniosło owoce. Wtedy ojciec wszystko zniszczył, wywierając na mnie presję. To wywołało zawirowania w mojej relacji z Siân.
W dodatku ten stary dziad nie raczył mi podać żadnych szczegółów tego, co było tak cholernie pilne. Jak zawsze jest tajemniczy i detale zachowuje dla siebie. Domyślam się jednak, że to jakieś straszne gówno. Żąda, abym był w konkretnym miejscu, tylko wtedy, kiedy chodzi o coś okropnego. Jak rozpętuje się kolejna gównoburza, to chce, żebym ją ogarnął.
Jedynie w takich sytuacjach tak naprawdę ze sobą rozmawiamy. Jeśli sprawy nie mają związku z interesami, nie mamy sobie nic do powiedzenia. Usiłuję sobie przypomnieć, czy ojciec kiedykolwiek traktował mnie inaczej niż jak jeszcze jednego członka swojej armii, ale to bezcelowe.
Dawno temu nauczyłem się, że mojemu ojcu zależy tylko na kasie, władzy i manifestowaniu przewagi, którą, jak się mu wydaje, ma nad każdym. Nigdy nie byliśmy blisko. Przynajmniej nie w typowym znaczeniu tego słowa. Inni chłopcy kopali z ojcami piłkę i byli wychowywani na dżentelmenów, lecz nie ja. Nie czytano mi bajek na dobranoc, nie chwalono mnie. Otaczały mnie tylko gniew i kpiny. Pochwały otrzymywałem tylko wtedy, kiedy okazywałem się przydatny dla organizacji ojca.
Gdy miałem jedenaście lat, moi rówieśnicy uprawiali sporty i uganiali się za dziewczynami, a ja uczyłem się, jak rozbroić i złożyć do kupy karabin G11 w czasie krótszym niż minuta. Kiedy miałem czternaście lat, uczyniłem swojego ojca dumnym mężczyzną, bo po raz pierwszy zabiłem człowieka. Nie żeby ojciec skierował w moją stronę jakąś pochwałę. Nie. On wynagrodził mi to cipką i pistoletem, który dostałem na własność.
Krótko potem zacząłem otrzymywać rozkazy. Sprzątałem każdego, kto zawadzał ojcu, i nie zadawałem żadnych pytań. Zresztą on nikomu się nigdy nie tłumaczył. Jestem przekonany, że odziedziczyłem to po nim. Obaj robimy to, na co mamy ochotę, dokładnie wtedy, kiedy tego chcemy. I niech Bóg ma w swojej opiece tego, kto spróbuje nam to odebrać.
Siân ma mnie za potwora, ale jeszcze nie poznała mężczyzny, który mnie wychował i który kazał zabić jej rodzinę. I ją. Patrzę na nią, wstrzymując oddech, kiedy myślę o tym, jak zareaguje ojciec na jej widok. Ciekawe też, jak Siân się zachowa, gdy spotka człowieka odpowiedzialnego za całe zło, które spotkało ją w życiu.
Piętnaście lat temu powiedziałem mu, że Siân umarła w pożarze razem z rodzicami. Tylko ja mogłem to wiedzieć, bo pozbawienie jej życia było moim zadaniem, tak jak zabicie Marca Giulianiego. Tyle że nie zrobiłem tego. Siân była mi pisana, a chciwość mojego ojca nie mogła mi przeszkodzić w zdobyciu jej.
– Buonasera, signor Russo, za dwadzieścia minut lądujemy w Mediolanie – rozległ się głos pilota w głośnikach, wyrywając mnie z zamyślenia.
Ciężko wzdycham i rozprostowuję się w fotelu, po czym pochylam się nad moją myszką, żeby zapiąć jej pas. Przy okazji odgarniam jej włosy z twarzy i wącham je. Później zapinam swój pas.
Tony wysuwa głowę zza fotela.
– Samochód już czeka. Ojciec chce cię zobaczyć zaraz, kiedy tylko pojawisz się w posiadłości – rzuca do mnie, a potem patrzy na Siân.
Robi mi się gorąco, ale powstrzymuję się przed przywaleniem mu za to, że ośmielił się spojrzeć na moją kobietę.
– Co masz zamiar z nią zrobić?
– Nie twoje zmartwienie – odpowiadam z kamienną twarzą, wwiercając w niego ostrzegawcze spojrzenie.
– Twój ojciec nie… – zaczyna Tony.
– Poradzę sobie z własnym ojcem – warczę, przerywając mu.
Tony unosi rękę, rezygnując z dalszej rozmowy, i obraca się do przodu. Nie powinienem był się unosić. Owszem, Tony pracuje dla ojca, ale jest mi bliski jak brat, którego nigdy nie miałem. Sprzeczamy się czasem, ale zawsze mnie wspiera. Dlatego wiem, że nie kwestionuje mojej decyzji związanej z Siân przez złośliwość. Nie oznacza to jednak, że kiedykolwiek pozwolę, żeby on czy ktokolwiek inny podważał moje zdanie, jak o nią chodzi.
Siân należy do mnie. Jej bezpieczeństwo, szczęście i przyjemność, a nawet lęk, są moje i tylko moje. Tony, mój ojciec i wszyscy inni będą o tym cholernie dobrze pamiętać. Łatwo wybucham, a ogarnięty złością, jestem śmiertelnie niebezpieczny. Całymi miesiącami ukrywałem tę stronę swojej osobowości przed Siân, a teraz, kiedy już zna prawdę, nie muszę dłużej się maskować.
Powinienem jednak poćwiczyć cierpliwość. Misja zawsze jest ta sama, a zmieniają się jedynie okoliczności i sposoby zdobywania jej umysłu, ciała i duszy. Wszystko przyjdzie z czasem. Siân jest przekonana, że jej się to nie podoba, ale już wkrótce będzie mnie błagała, żeby stać się częścią tego świata.
Szarpnęło samolotem, kiedy pilot wysunął koła z podwozia, przygotowując nas do lądowania. Zwalniamy i za parę chwil dotkniemy pasa startowego naszego prywatnego lotniska. Pilot wciska hamulec i cała kabina się trzęsie, aż w końcu samolot się zatrzymuje.
Kiedy włącza się górne światło, rozpinam swój pas, a potem pas Siân. Całe to poruszenie rozbudziło ją.
– Co robisz? – Wtuliła się w fotel, chcąc zwiększyć dystans między nami.
– Wylądowaliśmy – oznajmiam, wychodząc z rzędu.
Siân ani drgnie. Rozgląda się dookoła, a potem wygląda przez okno.
– Gdzie mnie przywiozłeś? – pyta, nadal nie wstając z fotela.
– Do domu – odpowiadam i wyciągam do niej rękę.
– Porwałeś mnie – rzuca oskarżycielsko Siân.
Nabieram powietrza nosem i w duchu nakazuję sobie spokój. To dla niej nowa sytuacja, a ponieważ dopiero poznaje moje prawdziwe oblicze, odpuszczę jej te próby sprawdzania mnie.
– Myszko. – Nadal trzymam wyciągniętą rękę i głową daję jej znak, żeby ją chwyciła.
Siân jednak odtrąca moją dłoń.
– Nigdzie nie idę, popaprańcu. Zabiłeś moich przyjaciół i Cynthię. Postaram się, żebyś zgnił w…
Nie daję jej dokończyć tej pustej groźby. Rzucam się w jej stronę i kładę ręce po obu stronach jej głowy, więżąc ją na fotelu.
– Nie testuj mnie, myszko – cedzę przez zęby.
Ani drgnie. Tylko jej klatka piersiowa porusza się od przyspieszonego oddechu. Zaciska szczękę i zaczyna szybko mrugać. Chce być silna. Nie chce, żebym widział, jak bardzo się boi. Uśmiecham się, bo jej zachowanie wręcz mi schlebia.
To niesamowite. Siân nawet nie wie, jak bardzo mnie kusi, żeby poddać się tej grze. Moja sadystyczna część desperacko chce się ujawnić. Jeszcze do niej nie dotarło, że lubię polować? Ta brawura, którą przede mną odgrywa, sprawia, że mam ochotę ją złamać – pokazać jej, kto tu tak naprawdę rządzi.
– Niesamowite, że sądzisz, iż masz jakiś wybór. – Podsuwam palec pod jej podbródek i odchylam jej głowę tak, żeby spojrzała mi w oczy. – Nie masz i im prędzej to pojmiesz, tym lepiej. Dla ciebie. Jesteś moja. – Patrzę na jej niezadowoloną minę. Mój kutas się rozbudza i napiera na rozporek, kiedy myślę o tym, jak je usta go otaczają. – Jak mówię, że masz coś zrobić, to robisz to.
– A jak nie? – mówi wyzywającym tonem.
Przysuwam się jeszcze bliżej. Siân odsuwa się ode mnie, nie spuszczając ze mnie wzroku, aż uderza głową w okno. Prycham.
– Jeszcze nie wiem, ale z pewnością będzie bolało.
– Nienawidzę cię – wyrzuca z siebie.
– Przecież wyznałaś mi miłość, kiedy mnie ujeżdżałaś, myszko – droczę się z nią.
– Pieprz się! – wykrzykuje.
– Już niebawem, a teraz wstawaj – rozkazuję, prostując się.
Nareszcie robi to, co jej każę, ale nadal się ciska. Szybko przechodzi obok mnie, odsuwając się ode mnie tak, żeby nasze ciała się nie zetknęły. Od czasu do czasu rzuca mi gniewne spojrzenie. Dochodzimy do drzwi, przy których rozstawiono już metalowe schody. Oślepia mnie jasne słońce, a znajomy zapach rodzinnego kraju wypełnia moje nozdrza.
Jak dobrze być w domu.
– Witaj ponownie we Włoszech, myszko – mówię, stojąc tuż za nią.
Słysząc te słowa, Siân cała się spina. Ogarnia ją przerażenie. Wiedziałem, że sprowadzenie jej tutaj z powrotem nie będzie łatwe, ale jakoś się z tym oswoi. Siân przyjmuje taką postawę ciała, jakby miała rzucić się do biegu.
– Jeśli zaczniesz biec, to ja… – Ledwo wypowiadam te słowa, a ona rusza przed siebie, dziko machając rękami. Tony biegnie za nią, ale jest szybsza. Dopiero po chwili dopada ją przy hangarze. Siân próbuje otworzyć bramę, lecz jej wysiłki na nic się nie zdają. Wali w nią rękami i wzywa pomocy.
Wtedy Tony łapie ją za ramiona i prowadzi w moją stronę. Wychodzę im naprzeciw. Tony puszcza Siân, gdy są tuż przede mną. Siân podejmuje kolejną próbę ucieczki, lecz jestem od niej szybszy, chwytam ją za włosy i przyciągam do siebie. Wymachuje rękami, usiłując wyrwać się z mojego uścisku.
– Zabieraj te brudne łapska! – Sięga do moich nadgarstków. – Zabiję cię za to, co zrobiłeś.
Zbliżam wargi do jej ucha. Siân sztywnieje, kiedy się odzywam:
– Kto by pomyślał, że z twoich usteczek wychodzą takie brzydkie słowa, myszko. Tak trzymaj, a chętnie je zerżnę.
Wzdryga się. Jej ramiona się trzęsą, kiedy z trudem wydycha powietrze. W ten sposób ją uciszam. Ulatuje z niej cała wola walki, którą miała jeszcze przed chwilą. Mam przed sobą kobietę rozdartą pomiędzy uczuciem nienawiści a pragnieniem, abym spełnił to, co przed chwilą obiecałem.
Rozpoznaję ogarniające ją doznania i to fałszywe umniejszanie sobie. Siân oszukuje siebie i innych, przyjmując postawę skromnisi. Robi to, żeby wmawiać sobie, że nie podoba się jej to, co się dzieje.
A z pewnością jest na odwrót. Z jakiego innego powodu zachowywała się tak, jak się zachowywała, kiedy ją śledziłem? Dopiero teraz włożyła większy wysiłek w to, żeby się ratować, choć i tak zrobiła to raczej bez przekonania.
– Chciałabyś tego, prawda? Chcesz, żebym cię zerżnął w usta, tak jak wtedy w alejce? – Kutas mi stanął na samo wspomnienie Siân klęczącej z moim fiutem w buzi w śmierdzącym szczynami zaułku.
Zrobiła wdech. Zauważyłem, że zadrżała jej warga.
– Dlaczego to robisz? Myślałam, że jesteś inny.
– Już ci mówiłem, że jesteś moja. Tylko siebie możesz winić za to, że nie widziałaś, kim tak naprawdę jestem.
– Nie zostanę z tobą – oznajmia z powagą i mocniej staje na nogach.
Zwalniam uścisk na jej szyi i przerzucam ją sobie przez ramię. Siân krzyczy i okłada pięściami moje plecy. Daję jej więc mocnego klapsa w tyłek i taką rozwrzeszczaną zanoszę do czarnego SUV-a, który na nas czeka.
Rzucam ją na tylne siedzenie. Poczułbym się urażony, gdyby nie spróbowała uciec przez drugie drzwi. Na szczęście kierowca ma refleks i blokuje zamki, dokładnie w chwili, w której Siân zaciska swoje smukłe palce na klamce.
– Wypuść mnie.
– A ja myślałem, że chcesz się zobaczyć ze swoją drogą Cynthią – stwierdzam, siadając obok niej.
To przykuwa jej uwagę. Przestaje się rzucać i patrzy na mój profil, cierpliwie czekając, aż dam znać kierowcy, aby ruszał do domu. Tony siedzi z przodu, obok kierowcy, który w końcu odpala silnik i odjeżdża z pasa startowego.
Rozdział trzeci
Siân
Muszę opracować nowy sposób ucieczki. Muszę mieć jakiś plan.
Ta myśl pulsuje mi w głowie przy każdym uderzeniu mojego serca. Każda sekunda, która przemija, idzie na marne. Powinnam mieć wiele pomysłów i układać plan. Musi tu być coś, co mi pomoże w uciecze, prawda?
Ale niczego takiego nie znajduję. Sprawdzałam już wiele razy. Mój pokój jest tylko trochę wygodniejszy niż ponura cela. Znajduje się w nim wąskie łóżko, mniejsze, niż się wydaje, bo stoi w ogromnym pokoju. Wysokim, przestronnym i wyłożonym połyskującym parkietem. Mogłabym wspaniale urządzić taki pokój, gdybym miała nielimitowany budżet.
Po raz kolejny naciskam klamkę. Czego się spodziewałam? Że drzwi się odryglują? Czuję się tak, jakbym stała przed otwartą lodówką i czekała, aż pojawi się w niej jakiś nowy produkt do zjedzenia. Przyległa łazienka ma małe okno – zbyt małe, abym się przez nie przecisnęła, gdybym w ogóle mogła je otworzyć.
Zresztą wszystkie okna w pokoju są zamknięte na stałe, ale wyglądając przez szybę, widzę, że pokój znajduje się dość wysoko. To co najmniej trzecie piętro. Nie dostałabym się na dół, nie łamiąc sobie niczego. Mogłabym nawet skręcić kark.
W tej chwili nie brzmi to źle. Ale znając moje szczęście, złamałabym wszystko, tylko nie kark. W rezultacie nie miałabym wyboru i musiałabym dać się Christianowi używać tak, jak by sobie tego życzył, choć on nazywałby to sprawowaniem opieki. Tak działa jego chory umysł.
Nawet nie raczył mi powiedzieć, dokąd się wybiera. Oznajmił jedynie, że ma coś do załatwienia. Wiedząc, do czego jest zdolny, zadrżałam na myśl, co to mogło tak naprawdę oznaczać. Czy w ten sposób daje mi do zrozumienia, że ma kogoś zabić? Albo porwać? Może i to, i to. Może właśnie to spotkało Cynthię.
Jak zaburzonym trzeba być, żeby udawać, że udziela się komuś wsparcia, gdy tak naprawdę jest się źródłem całego cierpienia? Christian nie przyznał się do tego, że odegrał jakąkolwiek rolę w zniknięciu Cynthii. Nie musiał. Widziałam to po jego minie. Nie próbował nawet wyprowadzić mnie z błędu, co nie? Zamiast tego fakt, że chcę się z nią zobaczyć, wykorzystał przeciwko mnie.
Twierdzi, że mnie zna. Ale ja też wiem o nim to i owo. Może nie aż tyle, ile bym chciała – inaczej od początku trzymałabym się od niego z daleka – ale wystarczająco dużo, żebym nie miała wątpliwości, że blefuje.
Na widok łóżka zapragnęłam odpocząć. Ale w tej chwili nie mogłabym się tym cieszyć, podobnie jak nie cieszyłam się wolnością. Jestem zbyt przestraszona, żeby zasnąć, bo przecież wszystko może się zdarzyć. Co, jeśli on zakradnie się tutaj i coś mi zrobi? Nic, co zrobi, mnie nie zdziwi, szczególnie odkąd wiem, jak pokręconą wizję naszego związku sobie stworzył. Cieszy go zawstydzanie, upokarzanie i straszenie mnie.
A może mogłabym zdjąć poszewki z pościeli i związać je ze sobą i z prześcieradłem? Czy to wystarczyłoby, żebym mogła uciec? Jeszcze raz wyjrzałam przez okno i ponownie spróbowałam je otworzyć. Nic z tego. Mogłabym rozbić szybę. Spokojnie bym wtedy przeszła przez dziurę. Spojrzałam w dół i na pościel. Nie wiem, czy związana w linę, będzie wystarczająco długa. Nie jestem pewna, czy mam tyle siły w rękach, żeby opuścić się w dół. A z pewnością nie zejdę po ścianie jak pieprzony Spider-Man.
– Cholera jasna. – Uderzam w szybę otwartą dłonią i ronię parę gorących łez, które wkrótce mogą się przemienić w histeryczny płacz.
Może rzeczywiście potrzebuję odpocząć. Zadbać o siebie. Nie mogę dać się ponosić myślom. Jeśli mam stawić czoła Charliemu, muszę zachować bystrość umysłu.
Postanawiam pójść do łazienki. Włączam światło i rozglądam się po pomieszczeniu. Powinnam się zdziwić, że na blacie leżą ręczniki, mydło i szampon? Obok nich ułożone są spodnie z przyjemnego materiału i koszula do kompletu. W moim rozmiarze. Od jak dawna Christian to planował?
Zaciskam palce na miękkim materiale i cała drżę. Przez cały czas do tego zmierzał. I to było oczywiste.
Nie dam mu tego, czego chce. Nie skorzystam z rzeczy, które dla mnie zostawił. Ale czuję się nieświeżo. Jestem spocona i niedobrze mi od własnego zapachu. Mogłabym nic z tym nie robić, licząc na to, że to go ode mnie odstraszy, ale coś mi mówi, że miałby to gdzieś. Albo zmusiłby mnie do wspólnej kąpieli, co jest jeszcze bardziej odpychające.
Nieważne, co on pomyśli. Robię to, bo chcę. Tak sobie wmawiam, nalewając ciepłą wodę do wanny i zdejmując brudne ubrania. Mydło i pozostałe akcesoria kładę na brzegu wanny, a potem zanurzam się w wodzie. Moje mięśnie natychmiast się rozluźniają. Pozostaje tylko ucisk w klatce piersiowej, ale on tak łatwo nie minie.
Zanurzam głowę kilka razy i wmasowuję sobie szampon we włosy, żeby wypłukać z nich brud i sebum. Po chwili wsadzam głowę pod kran i pozbywam się piany. Siadam w wannie i sięgam po myjkę oraz buteleczkę pachnącego mydła. Będzie mi się lepiej myślało, kiedy będę umyta i ubrana w czystą piżamę. Już teraz, w kąpieli, czuję się znacznie bardziej odprężona, a to dobry znak.
Ale ten stan trwa tylko do momentu, w którym drzwi oddzielające łazienkę od pokoju się nie otwierają. Krzyżuję ramiona na piersiach i podkułam kolana pod brodę. W pomieszczeniu rozlega się echo kroków Christiana. Nagle robi mi się zimno.
Nie odzywa się ani słowem. Za to jego spojrzenie mówi wiele. Najpierw patrzy na blat, a potem na mnie. Jest zadowolony, że skorzystałam z rzeczy, które dla mnie przygotował. Dzięki temu pewnie umacnia się w przekonaniu, że zawsze wie lepiej.
– Gdzie byłeś? – pytam. – Czemu nic mi nie mówisz? Dlaczego mnie zamknąłeś?
Słyszę, jak oddycha. Wstrząsają mną dreszcze, ale nie dlatego, że czuję chłód powietrza na skórze. Cokolwiek powie, nawet jeśli będzie to coś obrzydliwego i niemoralnego, będzie to lepsze niż ta cisza. Niewiedza, co się wydarzy.
Podchodzi coraz bliżej, mierząc mnie wzrokiem. Przygryza dolną wargę i od razu się domyślam, co mu chodzi po głowie. Ale zamiast się rozebrać i wejść do wanny czy też zażądać, abym wstała i umyła się na jego oczach, przyklęka na jedno kolano przed wanną. Sięga po myjkę, która unosi się na powierzchni wody, namydla ją i zaczyna myć moje barki, powoli przesuwając się wzdłuż ramion.
O co tu chodzi? Spytałabym, ale czuję, że i tak by mi nie odpowiedział. A na pewno nie sensownie. Chwyta mnie za nadgarstek i unosi moją rękę, żeby umyć jej wewnętrzną stroną. Nie robi tego zaborczo ani niedelikatnie. Następnie powtarza tę czynność z drugą ręką. Jestem zbyt zaskoczona, żeby jakoś zareagować.
Wtedy dotyka mojego dekoltu i przesuwa się do sutków, które sterczą tuż nad wodą. Odruchowo osłaniam się rękami, ale Christian rozplata je, nie bawiąc się już w subtelności. Nadal nic nie mówi. Nawet wtedy, gdy zaciskam nogi tak mocno, że aż drżą, kiedy namydla mi łydki, kostki i stopy.
Nie miałam pojęcia, że jest tak silny. Nie, to nieprawda. Pamiętam, jak mnie zdominował w tamtej alejce i zmusił do tego, do czego zmusił. Nadal trudno mi uwierzyć w to, że to ten sam mężczyzna, ale kiedy stanowczym ruchem rozsuwa moje uda, aby umyć mnie między nogami, zmieniam zdanie.
– Nie musisz tego robić.
Ignoruje moje słowa. Odkłada myjkę i zaczyna przesuwać palcami po mojej cipce. Teraz robi to subtelniej niż wtedy w toalecie samolotu. Muska moją łechtaczkę.
Nie potrzeba wiele czasu, aby moje ciało mnie zdradziło, tak jak poprzednio. Nie panuję nad nim i wyginam plecy w łuk, poruszając biodrami w rytm jego pieszczot. Christian nie wypowiada ani słowa, ale oddycha szybciej i głębiej, aż brzmi jak zwierzę w rui, a ja zatracam się w doznaniach.
Nie podoba mi się to. To jest złe, ale mam nadzieję, że nie przestanie. To ostatnia świadoma myśl, która się we mnie pojawia przed orgazmem. Odchylam głowę i poruszam biodrami tak mocno, że rozchlapuję wodę na podłogę.
Christian nie przerywa pieszczot. Nadal robi mi palcówkę, nawet wtedy, gdy próbuję go odtrącić. Nie pozwala mi na to. Przestanie, dopiero kiedy sam będzie gotów. Wstrząsa mną kolejna fala orgazmu. Z trudem powstrzymuję krzyk. Chyba zacznę go błagać, żeby przestał, bo nie zniosę tego dłużej, ale na szczęście zabiera dłoń.
Kiedy otwieram oczy, jego już nie ma. Ale nie zostawił mnie samej. Nie do końca. Słyszę, że chodzi po pustej sypialni.
Nie mam wyboru, muszę w końcu wyjść z wanny i się ubrać. Moja cipka nadal pulsuje, nogi mi się trzęsą, ale jakoś muszę wstać. Nie chcę być tak bezbronna przy nim. Dlaczego tego nie przerwałam? I czemu doszłam tak szybko i tak mocno? W ten sposób udowadniam, że Christian ma rację, a nie może jej mieć. Wtedy rozochoci się jeszcze bardziej. Jak mam się od niego uwolnić, skoro nie potrafię go zniechęcić? Jestem słabsza, niż sądziłam.
Dobrze chociaż, że piżama jest wygodna. To jedyna forma komfortu, na jaki teraz mogę liczyć. Dodatkowym jej plusem jest to, że dobrze mnie osłania. Im mniej ciała pokazuję, tym mniejsze szanse na to, że Christian się podnieci.
Boso idę do sypialni, ale zatrzymuję się osłupiała w progu łazienki, bo Christian właśnie zdejmuje z siebie T-shirt.
– Co ty robisz?
– A na co ci to wygląda? – odzywa się po raz pierwszy, odkąd tu przyszedł.
– Czemu robisz to tutaj?
– Jak myślisz?
Otulam się rękami i cała się spinam.
– Nigdy mnie już nie dotkniesz tak, jak robiłeś to przed chwilą. Mam nadzieję, że o tym wiesz.
Christian prycha, po czym zdejmuje spodnie.
– Daj spokój, robi się późno. Musisz odpocząć.
– Nie położę się w tym łóżku, jeśli ty zamierzasz w nim spać.
Powoli obraca się w moją stronę i patrzy mi w oczy.
– Albo sama do niego wejdziesz, albo ja ci w tym pomogę.
Przez chwilę zastanawiam się, co powinnam zrobić, ale Christian chyba czyta mi w myślach.
– Tylko nie mów, że nie wierzysz, że to zrobię. – Uśmiecha się, odsłaniając zęby, które wydają się przeraźliwie białe w blasku księżyca, wpadającym przez okno. – Zrób to. Rzuć mi wyzwanie. Śmiało. Z przyjemnością pokażę ci, że się mylisz i gdzie twoje miejsce.
Co za bezduszny drań. Idąc przez pokój, rzucam mu wściekłe spojrzenie. Kładę się na łóżku plecami do ściany.
– Może być – stwierdza i siada. – Mniejsze prawdopodobieństwo, że mi się wymkniesz. Tak przy okazji, nawet tego nie próbuj.
Christian rozciąga się na materacu, zajmując ponad połowę jego powierzchni.
– Nie wyjdziemy stąd, dopóki nie uznam, że nadszedł czas.
Wiem, że tak będzie. Nie mam siły się z nim wykłócać. Jestem zbyt zmęczona, zbyt smutna i za bardzo rozczarowana samą sobą. Jak mam sobie teraz ufać, skoro przez cały ten czas byłam ślepa na to, kim Christian tak naprawdę jest? A skoro znam już prawdę i to nie wystarcza, żebym utrzymała go z daleka od mojego ciała, to co może mi w tym pomóc?
Leży na plecach, jedną rękę ma pod głową, a drugą na brzuchu. Poza beztroskiego mężczyzny. Jak by to było zabić go tu i teraz? Nie zastanawiam się jednak nad tym dłużej, tylko pytam go o to, co najbardziej mi ciąży.
– Gdzie jest Cynthia? Co jej zrobiłeś?
W sypialni panuje półmrok, ale i tak widzę, że Christian otwiera oczy.
– Śpij już.
– Nie, dopóki się nie dowiem. Nie dam ci zasnąć, więc lepiej mi powiedz, czy ją porwałeś. Przetrzymujesz ją gdzieś? Czy może… – Te słowa nie przejdą mi przez gardło.
– Jest bezpieczna. Żyje. Trzymam ją w ustronnym miejscu, ale jest w jednym kawałku. Możesz być tego pewna. Zaufaj mi.
– Zaufać ci? Czy ty sam siebie słyszysz?
Powoli przekręcił głowę, żeby na mnie spojrzeć.
– Myślałaś, że zrobiłem jej krzywdę? Albo że ją zabiłem? Zadałem jej tylko trochę bólu, porywając ją. Nic ponadto. Wiem, ile ona dla ciebie znaczy. Przez te wszystkie lata dbała o twoje bezpieczeństwo. Nie zapomnę jej tego.
– Czemu w takim razie ją porwałeś?
– Bo mnie rozpoznała. Nie mogłem pozwolić, żeby chodziła wolno, wiedząc, kim jestem. Zupełnie nic jej nie jest. Nie musisz się o nią martwić.
Przewracam oczami. Jasne. Bo z pewnością powiedział mi prawdę. Przecież od początku był ze mną szczery.
– Chcę ją zobaczyć.
Christian wpatruje się w sufit. Nie odpuszczę mu tego. Nie mogę.
– Chcę się przekonać na własne oczy, że nic jej nie jest. Chcę też, żeby ona mnie zobaczyła. Pewnie tak samo jak ja odchodzi od zmysłów ze zmartwienia.
Christian wydaje z siebie tylko pomruk, co mnie złości.
– Masz zamiar trzymać mnie pod kluczem w tym pokoju? Chcesz, żebym się dobrze zachowywała? W takim razie chcę się spotkać z Cynthią. Sam powiedziałeś, że wiesz, ile ona dla mnie znaczy. Masz rację i właśnie dlatego chcę się z nią widzieć.
– Będziesz grzeczna?
Czemu nagle mam wrażenie, że właśnie zawieram pakt z diabłem? No tak, bo przecież tak jest.
– Tak. Zrobię wszystko, czego tylko zechcesz, pod warunkiem że będę mogła się z nią zobaczyć.
Zapada cisza. Z każdą chwilą moje ciało coraz bardziej się spina, powracając do stanu sprzed kąpieli. Będzie się ze mną dłużej droczył? Wyobrażam sobie, że właśnie taki ma zamiar, a ja nie mogę zrobić nic, aby go powstrzymać.
– Zgoda. Bądź grzeczna, a zabiorę cię do niej. Obiecuję. – Zamyka oczy. – A teraz idź spać, bo zmienię zdanie.
Dobrze wiem, że darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Zresztą jestem wyczerpana. Zamykam więc powieki. Szybko zapadam w sen.
Rozdział czwarty
Christian
– No dalej! – Ze snu wybudza mnie stękanie i posapywanie Siân oraz odgłos szarpania za klamkę. – Otwórzcie się, do cholery.
Przecieram zaspane oczy i najpierw sprawdzam miejsce obok siebie. Nie żebym się spodziewał, że zobaczę tam jej drobną sylwetkę. Już wiem, że jej tam nie ma. To tylko mój umysł potrzebował potwierdzenia tego, co oczywiste. Potem przenoszę uwagę na drugi koniec pokoju, gdzie Siân klęczy przy drzwiach i próbuje czymś podważyć zamek.
Ramiona ma uniesione wysoko i jest tak skoncentrowana, że nie zauważa, iż się jej przyglądam. Nie dziwni mnie ani trochę, że próbuje uciec. Jeśli mam być szczery, cieszy mnie to. Sama daje mi powód, żeby wymierzyć jej karę.
Wstaję cicho z łóżka i stawiam stopy na dywanie. Robię krok i boso staję na zimnej drewnianej podłodze. Przeszywa mnie dreszcz. Siân nadal jest skupiona na swoim zadaniu, ale już nie klęczy. Ponownie szarpnęła za klamkę, lecz w końcu się poddała. Zrezygnowana, wzdycha z irytacją.
Kiedy kątem oka zauważa mnie, wstrzymuje oddech. Widzę, że drżą jej usta. Podchodzę do niej i patrzę na nią z góry. Jestem rozdarty pomiędzy tym, czy ją pocałować, czy może dać jej lanie za to, że się buntuje.
– Skończyłaś? – pytam, wyciągając rękę, żeby pogłaskać ją po policzku.
Siân odwraca głowę tak, żebym nie mógł jej dotknąć, a kiedy podchodzę jeszcze bliżej, przywiera plecami do drzwi. Bez wątpienia marzy o tym, aby zniknąć albo w magiczny sposób przeniknąć przez twardą powierzchnię. Wolałaby być wszędzie indziej, byle nie tutaj. Przykro mi, myszko. To jedyne miejsce, które będziesz oglądała.
– Tak – odpowiada naburmuszona, trzęsąc się ze strachu.
Gładzę ją po dekolcie i odgarniam jej włosy z twarzy. Chcę na nią popatrzeć, zobaczyć odmalowany na niej lęk. Ciągle próbuje się ode mnie odsunąć, ale chwytam ją za kark i unieruchamiam.
Siân robi, co może, żeby nie spojrzeć mi w oczy, jednocześnie napiera dłonią na moją pierś, próbując zachować jakiś dystans między nami. Pociągam ją do przodu w stronę łóżka, chociaż bardzo mi to utrudnia. Siân upada, ale szybko ją podnoszę. Wtedy ona wbija mi paznokcie w przedramiona. Czuję w tych miejscach szczypanie, ale ignoruję je.
– Nie, Christian. Proszę, nie. Już nie będę próbowała uciec.
Przekrzywiam głowę i cicho się śmieję.
– Widzisz, jakoś ci nie wierzę. Obiecałaś, że będziesz grzeczna, ale okłamałaś mnie.
– Ty ciągle kłamiesz – zauważa.
Nieruchomieję, wbijając w nią wściekłe spojrzenie. Potem mocno przyciągam ją do siebie.
– Nieprawda. Ty po prostu nie byłaś uważna.
Siân nadal trzyma mnie za nadgarstki, ale ja nie zwalniam uścisku na jej karku. Do jej oczu napływają łzy, a piersi falują w rytm rwanego oddechu. Próbuje się nie rozkleić. Przyglądam się jej twarzy, wypatrując choćby cienia strachu. Moje milczenie wprawia ją w zakłopotanie. Czuję, że narasta w niej napięcie. Nagle dostrzegam na jej twarzy konsternację, którą tak bardzo chciała ukryć.
Jej wysiłki są bezcelowe, bo zawsze będę dostawał to, czego chcę. Będę miał nad nią ten typ kontroli, dopóki nie zaakceptuje mnie takiego, jaki jestem, i nie przyjmie siebie prawdziwej. Rozumiem, że widzi we mnie cholernego potwora i niech tak będzie. Jestem z tego dumny, ale musi w końcu przejrzeć na oczy i zrozumieć, że nie różnimy się aż tak od siebie. Urodziła się po to, żeby iść obok mnie przez ból i rozlew krwi.
– Czego ode mnie chcesz? – pyta, a po jej policzkach płyną łzy.
– Właśnie tego, czym mnie obdarzasz, myszko. Ciebie. Twoich łez…
– I lęku, tak? Coś już o tym mówiłeś.
– W tej chwili chcę twojego płaczu – wyznaję i z powrotem ciągnę ją w stronę łóżka.
Uruchamia się w niej odruch ucieczki i walki. Robi zamach w moją stronę. Uderza mnie w policzek. Zaciskam zęby i nieruchomieję. Siân przestaje się miotać. Kątem oka widzę, że ogarnia ją panika. Ze strachem wyczekuje mojej reakcji. Uginają się pod nią nogi, ale utrzymuję ją w pionie.
– Co zrobisz? – pyta piskliwie.
– Dam ci pieprzoną nauczkę.
Popycham Siân na łóżko. Zaciska pięści na kołdrze. Szybko wsuwam palce za gumkę jej spodni od piżamy i zdzieram je z niej. Mam przed sobą jej jędrną dupcię. Nieskazitelna, oliwkowa skóra aż się prosi o to, żebym zostawił na niej ślady. Mój kutas reaguje na widok jej nagich pośladków. Wkładam wiele wysiłku w to, żeby nie zerżnąć jej od razu.
– Christian, proszę, nie! – Wierci się, próbując się uwolnić.
Chwytam ją za włosy i odciągam jej głowę w tył. Przywieram do niej w ubraniu, a mój wzwiedziony fiut opiera się o jej dupę.
– Spróbuj ucieczki raz jeszcze, a cię zniszczę. Mówiłem, żebyś mnie nie testowała. Miałaś być grzeczna, a tymczasem nie minęła nawet doba naszego nowego wspólnego życia, a ty okazujesz nieposłuszeństwo. To stanowi pewien problem, dlatego ukarzę cię.
– Przepraszam. Już nigdy nie zawa…
Urywa, kiedy daję jej klapsa w tyłek. Plaśnięcie mojej dłoni o jej skórę odbija się echem w prawie pustym pokoju. Uderzenie piecze mnie tak samo jak ją. Siân się wzdryga. Jej krzyk tłumi kołdra, w którą wtuliła twarz.
Klaps.
Uderzam jej pośladki ponownie. Tym razem rozcieram odcisk dłoni, który pozostawiłem. Siân oddycha nierównomiernie. Kontynuuję lanie. Z każdym ciosem Siân jęczy. Widzę, że sprawia jej to przyjemność.
– Mmm – mruczy tak cicho, że ledwie to słyszę.
Kurwa, przeklinam w myślach. Ona wyeksponowana w ten sposób przede mną, jej tyłek ze śladem mojej dłoni i jęki, które za wszelką cenę próbuje powstrzymać, wystarczają, żeby doprowadzić mnie do wrzenia. Ignoruję to, że mam erekcję. Dziś mam inny cel. Muszę pokazać jej, co ją spotka, kiedy spróbuje ode mnie uciec. Dam jej lekcję, żeby wiedziała, iż jej czyny mają konsekwencje.
Wracam do wymierzania kary. Unoszę rękę, żeby ponownie dać jej klapsa w pośladki, ale nie robię tego, bo zauważam oznaki podniecenia pomiędzy jej nogami. Przez chwilę patrzę na ściśnięte ze sobą wargi jej pięknej cipki. Tak mocno połączyła uda.
– Myszko, nie przestajesz mnie zaskakiwać – szepczę.
Opuszką kciuka przebiegam po tych wargach, ścierając z nich jej soki. Nagle Siân podskakuje, całkowicie zaskoczona zmianą pieszczoty. Oblizuję sobie kciuk i patrzę na Siân, drugą rękę zaciskając sobie na spodniach w kroczu.
– Lubisz dostawać klapsy, prawda?
Nie odpowiada, więc uderzam ją w tyłek tak mono, że wzbudza to w niej reakcję. Nie werbalną. Jej ciało mówi za nią.
– Tak, lubisz to. Dlatego tak kiepsko poszła ci ucieczka? Miałaś nadzieję, że cię nakryję.
– Pierdol się – wycedza stłumionym przez kołdrę głosem.
Klaps.
Spodziewałem się, że zacznie się wić, będzie chciała uciekać albo krzyczeć, ale nie robi tego. Zaciska uda i tłumi jęk, który się jej ciśnie na usta. Ponownie przebiegam palcem po jej cipce i powoli rozsuwam jej wargi. Uważnie obserwuję jej twarz. Kiedy wzmacniam dotyk, ciało Siân drży. Widzę, że jest bardzo podniecona.
Ale nie daję jej tego, czego pragnie. Zamiast wsunąć palec w jej cipkę, zwilżam go jej sokami i przesuwam aż do tyłka. Następnie wykonuję koliste ruchy wokół jej odbytu. Siân się napina, a mnie chce się śmiać.
– Następnym razem, jak ci powiem, żebyś czegoś nie robiła, to posłuchaj. Inaczej kolejną karę wymierzę ci w tę ciasną dziurkę w twoim małym tyłeczku.
Słysząc tę groźbę, Siân spina się jeszcze bardziej, ale robi rozczarowaną minę. Jest tak cholernie spragniona przyjemności, choć powinna mnie nienawidzić. Odsuwam się od niej, sięgam po T-shirt, który leży przy łóżku, i zakładam go. Siân jeszcze przez chwilę leży nieruchomo, czekając, aż wyrówna się jej oddech. Jest zawstydzona. Założę się, że liczy na moje szybkie wyjście, bo nie chce mi spojrzeć w oczy.
Skarbie, zastanów się. Chcę widzieć każdy przejaw lęku na twojej twarzy. Chcę być przy tym, kiedy w końcu zrozumiesz, że reszta twojego życia jest w moich rękach – pomyślałem.
– Pora na śniadanie.
– Nie jestem głodna. – Siada i poprawia piżamę. Nie patrzy na mnie. Nie jest w stanie. Ma zaróżowione policzki, jej skóra ma lekki odcień czerwieni.
– Mam ci ponownie dać lanie? – pytam, ale nie patrzę na nią.
Siân nieruchomieje. Na jej twarzy maluje się dziwna mieszanka emocji: nienawiść, lęk i obrzydzenie. Chce w jakiś sposób mi się przeciwstawić, ale dobrze wie, że to kiepski pomysł. Przyznam, że nie przywykłem do tej jej waleczności. Jak wynika z moich obserwacji, przy Kyli i Taju była raczej popychadłem.
Dawała im wchodzić sobie na głowę. Nigdy tego nie zrozumiem, bo przecież jest córką szefa mafii. Jego panowanie może i ustało piętnaście lat temu, ale jego nazwisko nadal wiele znaczy w Mediolanie. Marco był tak samo okrutny jak mój ojciec i rozprawiał się z każdym, kto wszedł mu w drogę. Byłem wtedy gówniarzem, ale słyszałem różne historie i na własne oczy widziałem, jak nasze rodziny szykują się na wojnę. Widziałem też rozlew krwi. Taka spuścizna nie idzie w zapomnienie tak po prostu. Ona płynie w żyłach córek i synów przez wiele pokoleń. Drażni mnie to, że Siân pozwalała, żeby nielojalności i zdrady uchodziły tym ludziom na sucho.
