Piękny drań - J.L. Beck & S. Rena - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Piękny drań ebook i audiobook

J.L. Beck & S. Rena

4,3

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

472 osoby interesują się tą książką

Opis

Myślałam, że znam prawdę.

Myślałam, że to on jest moim wybawcą.

Przez całe życie próbowałam od niego uciec, a tylko coraz bardziej wplątywałam się w jego sieć.

Twierdzi, że zostanę jego żoną, że obdarzę go potomkiem.

Zrobię to pod jednym warunkiem.

Jeśli zabije swojego ojca.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 324

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 44 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Katarzyna Domalewska & Mikołaj Sierociuk

Oceny
4,3 (7 ocen)
3
3
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
BasiaS57

Dobrze spędzony czas

Fajna .
00
Mkrynia65

Nie oderwiesz się od lektury

Przyjemna historia . Lektorzy ok.
00



Frag­ment

Ty­tuł ory­gi­nału: Be­au­ti­ful Mon­ster

Prze­kład z ję­zyka an­giel­skiego: Agnieszka Re­wi­lak

Co­py­ri­ght © J. L. Beck, 2026

This edi­tion: © Ri­sky Ro­mance/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Ma­ria Le­pian

Re­dak­cja: Anna Po­inc-Chra­bąszcz

Ko­rekta: Anna No­wak

ISBN 978-91-8076-532-9

Opra­co­wa­nie e-bo­oka:Mar­cin Sło­ciń­ski / www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń jest przy­pad­kowe.

Ri­sky Ro­mance/Gyl­den­dal A/SKla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

My­śla­łam, że znam prawdę.

My­śla­łam, że to on jest moim wy­bawcą.

Przez całe ży­cie pró­bo­wa­łam od niego uciec, a tylko co­raz bar­dziej wplą­ty­wa­łam się w jego sieć.

Twier­dzi, że zo­stanę jego żoną, że ob­da­rzę go po­tom­kiem.

Zro­bię to pod jed­nym wa­run­kiem.

Je­śli za­bije swo­jego ojca.

Pro­log

Chri­stian

Nie wolno pod­słu­chi­wać. Przy­naj­mniej tak twier­dzi mój oj­ciec, ale co in­nego mi po­zo­staje, skoro on nic mi nie mówi.

Cią­gle tylko ta­jem­nice. Roz­mowy szep­tem, prze­ry­wane, kiedy wcho­dzę do po­koju.

To je­dyny spo­sób, że­bym się do­wie­dział, co się dzieje do­okoła mnie. Przy­cza­jam się gdzieś w po­bliżu i przy­słu­chuję się każ­dej roz­mo­wie. Oj­ciec twier­dzi, że nie je­stem go­towy i że za­nim wta­jem­ni­czy mnie w różne sprawy, mu­szę udo­wod­nić, że udźwi­gnę to, z czym wiąże się przy­na­leż­ność do ro­dziny Russo. Cho­ciaż już dawno skoń­czy­łem czter­na­ście lat, na­dal trak­tuje mnie jak dzie­ciaka.

Nie je­stem dziec­kiem, do cho­lery. Któ­re­goś dnia mu to udo­wod­nię.

– Na pewno taką wła­śnie drogę chcesz obrać? – spy­tał mój oj­ciec po wło­sku, sia­da­jąc za biur­kiem.

Stoję w ko­ry­ta­rzu za drzwiami i ob­ser­wuję go przez szparę mię­dzy ścianą a za­wia­sami. Jest już późno i więk­szość pra­cow­ni­ków ro­ze­szła się do swo­ich kwa­ter. Po­ga­szono pra­wie wszyst­kie świa­tła. Te­ren po­se­sji oświe­tlają liczne la­tar­nie i blask księ­życa. Pod tym ką­tem nie wi­dzę, kto jest u ojca w ga­bi­ne­cie, ale po gło­sie po­znaję, że to ko­bieta.

– Marko się o to pro­sił – od­po­wiada ona, rów­nież po wło­sku. Po­chyla się lekko w prawo, dzięki czemu w końcu wi­dzę kto to.

Oj­ciec przez chwilę wpa­truje się w swoją roz­mów­czy­nię, roz­wa­ża­jąc jej słowa. Wi­dzę po jego mi­nie, że jest za­in­te­re­so­wany. Po­winno mnie to zdzi­wić, ale Sa­mu­ele Russo jest chciw­cem i od­kąd pa­mię­tam, to­czy­li­śmy wojnę z ro­dziną Gu­ilia­nich.

Nie sły­sza­łem ca­łej roz­mowy, tylko sam jej ko­niec, ale brzmiało to tak, jak­by­śmy mieli po­łą­czyć siły. Co to ozna­czało dla na­szych ro­dzin? Czemu nie było Marco przy tych usta­le­niach?

– Do­brze, ale chcę po­sta­wić sprawy ja­sno. – Sa­mu­ele się po­chyla, opiera łok­cie na bla­cie biurka i wbija wzrok w ko­bietę.

Jest zde­ner­wo­wana, na co wska­zują jej unie­sione i spięte ra­miona. Coś mi tu nie gra, ale nie po­tra­fię po­wie­dzieć co. Czemu te­raz, po tych wszyst­kich la­tach, mój oj­ciec roz­waża taką pro­po­zy­cję?

– Nie bę­dzie od tego od­wrotu. Przejmę całe jego te­ry­to­rium. Je­śli ktoś się prze­ciw­stawi, wszy­scy człon­ko­wie jej ro­dziny po­ża­łują, że się w ogóle uro­dzili.

– Nie mu­sisz się tym mar­twić, o ile się wy­wią­żesz ze swo­jej czę­ści umowy.

– A dziew­czynka? – pyta oj­ciec.

– To za­leży od cie­bie. – Ko­bieta sięga po to­rebkę sto­jącą na biurku i po­woli ru­sza do drzwi.

Oj­ciec wstaje z fo­tela i wy­cho­dzi zza biurka.

– Pani Giu­liani, in­te­resy z pa­nią to przy­jem­ność. Przy­szłaś z nią do mnie w od­po­wied­nim mo­men­cie.

– Le­piej późno niż wcale. Je­stem pewna, że mój mąż bę­dzie miał wiele do po­wie­dze­nia na ten te­mat.

Sa­mu­ele śmieje się zu­chwale. Jego do­no­śny śmiech nie­sie się po ko­ry­ta­rzu. Pod­cho­dzą bli­żej drzwi, więc ucie­kam, żeby mnie nie zo­ba­czyli. Zżera mnie cie­ka­wość. Chcę zro­zu­mieć całą tę sy­tu­ację.

Na­sze ro­dziny od wielu lat to­czą mię­dzy sobą walkę, a tym­cza­sem Marco przy­słał do nas swoją żonę w środku nocy. Po co? Żeby za­wrzeć ro­zejm?

Kiedy wy­cho­dzą z ga­bi­netu i ru­szają do drzwi fron­to­wych, sie­dzę za ro­giem i cze­kam, aż ko­bieta so­bie pój­dzie. Oj­ciec za­myka za nią wiel­kie pa­ła­cowe drzwi i staje do nich ple­cami. Sięga po te­le­fon. Bez wąt­pie­nia wy­biera czyjś nu­mer. Pew­nie dzwoni do Carla, swo­jej pra­wej ręki.

– Zwo­łaj wszyst­kich – przy­ka­zuje mu. – Mu­simy po­ga­dać. Za­nosi się na to, że przej­miemy in­te­resy Gu­ilia­nich.

***

Coś bar­dzo mnie za­in­try­go­wało w tej umo­wie. Od wi­zyty żony Marca w na­szej po­sia­dło­ści mi­nęło kilka dni, a ja na­dal roz­my­ślam o tym, co usły­sza­łem. Wiem, że oj­ciec nie ze­chciałby mnie wpro­wa­dzić w szcze­góły ich usta­leń. Zresztą nie mógł­bym go o to pro­sić, bo wtedy by się wy­dało, że pod­słu­chi­wa­łem.

Po­sta­no­wi­łem więc sa­mo­dziel­nie to roz­pra­co­wać. Oj­ciec uważa, że je­stem zbyt młody i na­iwny, żeby po­jąć ta­kie rze­czy, ale prawda jest taka, że wi­dzę i wiem o wiele wię­cej, niż mu się wy­daje. Po la­tach ob­ser­wo­wa­nia wszyst­kiego z dy­stansu znam na pa­mięć wszel­kie plany ataku i po­tra­fię wska­zać wady tych pla­nów, do któ­rych ojcu duma nie po­zwala się przy­znać.

Przez cały mi­niony ty­dzień wy­my­ka­łem się nocą i wy­kra­da­łem je­den z wielu sa­mo­cho­dów ojca. Pod­jeż­dża­łem na wzgó­rze znaj­du­jące się za­le­d­wie pa­rę­dzie­siąt me­trów od re­zy­den­cji Gu­ilia­nich. Ga­si­łem re­flek­tory, zo­sta­wia­łem sa­mo­chód w try­bie par­ko­wa­nia i wy­sia­da­łem, sta­ra­jąc się nie trza­skać przy tym drzwiami.

Krótka ścieżka wio­dąca w dół po­mię­dzy rzę­dami drzew jest dość wy­bo­ista. Mu­szę więc po­ru­szać się ostroż­nie, żeby się nie po­śli­zgnąć – jesz­cze bym spadł i się za­bił u pod­nóża pa­górka. Je­stem na tyle bli­sko nie­ru­cho­mo­ści, że sły­szę wszystko, co dzieje się we­wnątrz. Kąt na­chy­le­nia stoku jest ide­alny, co po­zwala mi zaj­rzeć do środka. Przez lor­netkę za­glą­dam do domu przez oszkloną na ca­łej dłu­go­ści ścianę od strony lasu i ob­ser­wuję, co się dzieje u Gu­ilia­nich.

Można by po­my­śleć, że czło­wiek o sta­tu­sie Gu­ilia­niego, oto­czony wro­gami, bę­dzie chciał mieć wię­cej pry­wat­no­ści, a tym­cza­sem on wy­sta­wił swoje ży­cie na po­kaz. Może tak to urzą­dził, bo nie przy­pusz­czał, że kto­kol­wiek od­waży się szpie­go­wać go od tej strony. Albo my­ślał, że las i góry osło­nią jego se­krety.

Ale tak to wła­śnie jest z ta­jem­ni­cami. Ni­czego tak na­prawdę nie da się ukryć. Bez względu na to, co ro­bisz i ilu lu­dzi za­bi­jesz, nie za­ta­isz tego. Sam się o tym dość szybko prze­ko­na­łem.

Wy­cią­gam lor­netkę z ple­caka, ku­cam na ziemi i zaj­muję swoje miej­sce. Prze­sia­dy­wane tu­taj stało się jed­nym z mo­ich naj­ulu­bień­szych za­jęć. Nie przez to, co się działo w tym domu, ale dla­tego, że wiem o tej ro­dzi­nie wszystko, co wie­dzieć można, a oni nie mają po­ję­cia o mo­jej obec­no­ści.

To uza­leż­nia­jące.

Usta­wiam ostrość i ska­nuję dom. Lu­dzie są in­te­re­su­jący, bo lu­bią ry­tu­ały. Ro­bią w kółko te same rze­czy po­mimo kon­se­kwen­cji swo­ich dzia­łań. My­ślę, że może to wy­ni­kać z wy­gody albo ego­izmu.

W jed­nym z po­koi za­uwa­żam ko­bietę, która od­wie­dziła mo­jego ojca. Sie­dzi na łóżku. Ma sze­roko roz­sta­wione nogi i trzyma mię­dzy nimi rękę. Moje ciało re­aguje na­tych­miast. Mój ku­tas tward­nieje, kiedy pa­trzę, jak ona się do­tyka.

Ob­ser­wuję ją przez chwilę, a po­tem prze­no­szę uwagę na po­zo­stałe po­miesz­cze­nia w domu. Pa­nuje w nim spo­kój. Ni­g­dzie in­dziej nie palą się świa­tła. Do­piero w po­ko­jach na dru­gim końcu bu­dynku do­strze­gam ko­lej­nych lu­dzi. O mały włos ich nie prze­oczy­łem.

W jed­nym z po­koi wi­dzę dwie osoby. To Marco i ja­kaś ko­bieta, która nie jest jego żoną. W po­koju dziew­czynka sie­dzi na ziemi i bawi się lal­kami, zu­peł­nie nie­świa­doma tego, co dzieje się wo­kół niej. Za ścianą jej oj­ciec zdra­dza jej matkę, pe­ne­tru­jąc cipkę jed­nej ze swo­ich pra­cow­nic.

Do­my­ślam się, że nie robi tego po raz pierw­szy. Woli być z tą ko­bietą niż z tą, którą po­ślu­bił. Od kiedy ich ob­ser­wuję, Marco po­su­nął żonę chyba tylko raz, a z tą drugą jest pra­wie każ­dej nocy. Cza­sem ro­bią to dwa, a na­wet trzy razy. Jest jego ulu­bie­nicą.

Kiedy to się wy­da­rza – kiedy do­ro­śli się zdra­dzają – dziew­czynka po­grąża się w swoim świe­cie. Taka nie­winna. Taka czy­sta. Pa­trze­nie na nią jest chyba w tym wszyst­kim naj­lep­sze. Ale nie w ob­le­śnym sen­sie. To tylko dziecko. Chyba wła­śnie to w niej lu­bię.

Przy­po­mina mi o tym, czego ja ni­gdy nie mia­łem: o ko­cha­ją­cym domu, gdzie mógł­bym być dzie­cia­kiem i ba­wić się za­baw­kami, póki oczy same by mi się nie za­my­kały. Mam wra­że­nie, że dzięki niej mogę po­śred­nio tego do­świad­czyć. Znowu staję się dziec­kiem, aż nad­cho­dzi pora, że­bym wró­cił do swo­jego świata. Każ­dej nocy na nowo uświa­da­miam so­bie, jak różne wie­dziemy ży­cie.

Ow­szem, że nasi oj­co­wie są bez­li­to­snymi, okrut­nymi kry­mi­na­li­stami, któ­rzy kła­mią, za­bi­jają i oszu­kują. Tyle że nic z tego nie wpływa na tę dziew­czynkę. Tak jak w tej chwili, jest cho­dzącą ra­do­ścią i na­wet nie wie, że wo­kół niej wszystko się wali.

Jest tym wszyst­kim, czym ja ni­gdy nie by­łem. Jest ko­chana. Jest szczę­śliwa. Dla­tego cała ta sy­tu­acja nie ma dla mnie sensu. Czemu Marco zgo­dził się od­dać mo­jemu ojcu wszystko, na co pra­co­wał? Miał to być ro­zejm, ale znam Sa­mu­ele le­piej niż kto­kol­wiek inny i wiem, że ni­gdy nie doj­dzie do za­wie­sze­nia broni. Kiedy mój oj­ciec do­sta­nie to, czego chce, z pew­no­ścią strzeli Marco mię­dzy oczy i świat do­brze znany tej wy­jąt­ko­wej dziew­czynce le­gnie w gru­zach.

Z za­my­śle­nia wy­rywa mnie od­głos pod­jeż­dża­ją­cego przed dom sa­mo­chodu. Wy­siada z niego męż­czy­zna, trza­ska drzwiami i pra­wie bie­gnie w stronę drzwi. Po chwili wi­dzę przez okna na par­te­rze, jak prze­cho­dzi przez ko­lejne po­miesz­cze­nia. Z jego ner­wo­wych ru­chów do­my­ślam się, że za chwilę coś się wy­da­rzy.

Prze­no­sze wzrok pię­tro wy­żej i za­uwa­żam, że Marco i jego ko­chanka już się nie pie­przą. Prze­ga­pi­łem ich fi­nisz, bo tak bar­dzo sku­pia­łem się na dziew­czynce. Marco pę­dzi ko­ry­ta­rzem i u szczytu scho­dów spo­tyka się z tam­tym męż­czy­zną. Słu­cha go uważ­nie, co­raz bar­dziej marsz­cząc czoło. Co­kol­wiek sły­szy, wku­rza go tak, że aż czer­wie­nieje na twa­rzy i za­ci­ska dło­nie w pię­ści. Nic nie ro­zu­miem z tej sy­tu­acji. Szkoda, że nie po­tra­fię czy­tać z ru­chu warg. W tej chwili taka umie­jęt­ność bar­dzo by mi się przy­dała.

W końcu Marco wy­bu­cha. Krzy­czy jak osza­lały. Ką­tem oka do­strze­gam dziew­czynkę. Stoi, trzy­ma­jąc w ręce Bar­bie. Obok niej po­ja­wia się ko­chanka ojca. Za­krywa dziew­czynce uszy dłońmi. Ko­lejny do­wód na to, jak róż­nie wy­glą­dały na­sze ży­cia. Dziew­czynka była osła­niana na­wet przed wy­bu­chami ojca. Była chro­niona.

Marco rzuca czymś o ścianę przy po­koju córki. Dziew­czynka i ko­bieta się wzdry­gają. Po chwili ko­chanka Marco przy­klęka przed dziew­czynką i coś do niej mówi. Ki­wała przy tym ener­gicz­nie głową i ła­god­nie gła­dzi dziew­czynkę po rę­kach. Pró­buje za­jąć czymś jej uwagę. Za­dzia­łało, bo dziew­czynka za­częła ryt­micz­nie po­ru­szać głową. Chyba coś śpie­wają. W końcu Marco i tam­ten fa­cet scho­dzą na dół i sy­tu­acja się uspo­kaja. Ko­bieta ca­łuje dziew­czynkę w czoło i mówi coś, co z ru­chu jej warg wy­gląda mi na an­dra tutto bene. Wszystko bę­dzie do­brze.

***

Wra­cam do domu i ci­cha­czem od­sta­wiam sa­mo­chód ojca do ga­rażu. Na na­szym pod­jeź­dzie roi się od aut. Mar­twi mnie to, bo wy­gląda na to, że ze­brali się tu wszy­scy człon­ko­wie or­ga­ni­za­cji ojca. W peł­nym gro­nie spo­ty­kają się tylko wtedy, kiedy pla­nują ja­kąś gów­no­bu­rzę.

Nikt mnie ani nie usły­szał, ani nie zo­ba­czył, kiedy wcho­dzi­łem do domu. Z holu ob­ser­wuję sy­tu­ację w sa­lo­nie. Mój oj­ciec stoi po­środku z pi­sto­le­tem w ręce. Jest roz­wście­czony. Carlo i po­zo­stali gro­ma­dzą się wo­kół niego. Nie­któ­rzy wbi­jają wzrok w pod­łogę, inni w ojca. Więk­szość twa­rzy nie zdra­dza żad­nych emo­cji.

– Skąd on się o tym do­wie­dział? – pyta oj­ciec.

– Pew­nie ta suka się wy­ga­dała – rzuca Carlo.

Sa­mu­ele kręci głową i ce­luje pi­sto­le­tem w stronę Carla. Za­dzi­wia mnie to, że męż­czy­zna w ogóle się tym nie przej­muje.

– Nikt nie może się mi sprze­ci­wiać. Mają zgi­nąć. Cała ro­dzina. Dzięki temu te­ren Marco bę­dzie mój.

– A co z dziew­czynką? – pyta Carlo.

Pro­stuję się i w na­pię­ciu wy­cze­kuje od­po­wie­dzi ojca.

– My­ślisz, że mnie to in­te­re­suje? Za­bij ją. Albo le­piej za­bierz. Ktoś z pew­no­ścią nie­źle za­płaci za córkę Marco Gu­ilia­niego. – Oj­ciec się śmieje, a po­zo­stali mu wtó­rują.

– Nie! – wy­krzy­kuję bez za­sta­no­wie­nia.

Grupa męż­czyzn roz­stę­puje się i oj­ciec w końcu pa­trzy na mnie.

– Spa­daj stąd, mały.

– Nie. Po­zwól mi to zro­bić.

Oj­ciec za­my­śla się.

– Na co mam ci po­zwo­lić?

Po­cho­dzę bli­żej z wy­piętą pier­sią i dum­nie unie­sioną głową.

– Cią­gle po­wta­rzasz, że po­wi­nie­nem się wy­ka­zać. Te­raz mam oka­zję.

Oj­ciec przez chwilę ba­daw­czo mi się przy­gląda. Wszy­scy męż­czyźni na mnie pa­trzą.

– Chcesz prze­jąć te­ren Marco. Spoko. Po­sta­ram się, żeby tak się stało, ale chcę coś w za­mian.

– Mów.

– Za­biję Marco dla cie­bie, ale prze­sta­niesz mnie trak­to­wać jak dzie­ciaka. Po­zwo­lisz mi pra­co­wać. Przy­dzie­lisz mi rolę w swoim biz­ne­sie.

– Nie je­steś go­towy.

– Je­stem i udo­wod­nię to. Ko­niec z ta­jem­ni­cami. Ale chcę cze­goś jesz­cze.

– Tak?

– Chcę dziew­czynkę. Jest moja. Nie skrzyw­dzimy jej.

– Czemu miał­bym się na to zgo­dzić? Co, do cho­lery, zro­bię z dzie­się­cio­latką?

– Może ją wy­cho­wy­wać nia­nia, a jak bę­dzie już od­po­wied­nio do­ro­sła, za­bie­rzemy ją – wy­rzu­cam z sie­bie, na­pom­po­wany ad­re­na­liną.

Sa­mu­ele pa­trzy to na mnie, to na Carla. Trwa to tak długo, że za­czy­nam się nie­po­koić. Je­stem prze­ko­nany, że się nie zgo­dzi, ale wtedy on się uśmie­cha.

– Bene. Za­bij Marca, po­każ, na co cię stać, a od­dam ci dziew­czynkę.

Nie spo­dzie­wa­łem się, że to się uda. A jed­nak. Oj­ciec się zgo­dził. Będę mógł się wy­ka­zać, co prze­cież chcia­łem zro­bić od dawna, przy oka­zji za­pew­nia­jąc ma­łej bez­pie­czeń­stwo.

– Znam plan jego dnia – rzu­cam.

– Jak to?

– Ob­ser­wo­wa­łem ich.

– No pro­szę. – Oj­ciec uśmie­cha się zna­cząco. – Je­stem pod wra­że­niem.

– Zro­bię to ju­tro wie­czo­rem. Po­wi­nien być w domu z ro­dziną, bez swo­ich lu­dzi.

– Bene. Niech bę­dzie ju­tro.

Ob­ra­cam się, żeby pójść do po­koju, kiedy oj­ciec po­now­nie się od­zywa:

– Chri­stian, spieprz to, a za­biję ją na two­ich oczach.

– Nie spie­przę. – Za­cho­wuję ka­mienną twarz i nic wię­cej nie mó­wiąc, idę do sie­bie.

Za­nim uda mi się po­rząd­nie od­da­lić, sły­szę, jak mój oj­ciec mówi:

– Jak bę­dzie za­bi­jał Marca, ty za­łatw ko­biety. Upew­nij się, że nie żyją. Zwłasz­cza dziew­czynka.

Za­mie­ram i wal­czę z po­kusą za­wró­ce­nia do sa­lonu. Opa­no­wuję jed­nak emo­cje i po­sta­na­wiam, że znajdę spo­sób na to, żeby za­dbać o bez­pie­czeń­stwo dziew­czynki.

Roz­dział pierw­szy

Siân

Cho­lera, co mi się stało?

Kręci mi się w gło­wie i je­stem ja­kaś roz­bita. Chyba coś mnie bie­rze. Nie chcę jesz­cze wsta­wać. Może uda mi się na nowo za­snąć, za­nim roz­bu­dzę się na do­bre?

Kiedy prze­krę­cam głowę z jed­nej strony na drugą, bur­czy mi w brzu­chu. Boże, ale mnie mdli. Chyba zwy­mio­tuję. Nud­no­ści na­si­lają się przy każ­dym ru­chu głowy. Le­piej bę­dzie, je­śli prze­stanę się ru­szać. Co­kol­wiek mi jest, na pewno mi­nie, kiedy się wy­śpię.

Ale coś zde­cy­do­wa­nie jest nie tak. Nie mogę się po­zbyć wra­że­nia, że stało się coś złego. Nie daje mi to spo­koju. Po­win­nam jesz­cze chwilę się zdrzem­nąć, ale głowa nie po­zwala mi za­snąć. Wła­śnie za­czy­nają się włą­czać świa­tła. Blask do­ciera do mo­jego mó­zgu przez przy­mknięte po­wieki, zmu­sza­jąc mnie do wspo­mi­na­nia tego, o czym nie po­win­nam w ogóle my­śleć. Ale czuję coś jesz­cze.

W ustach mam su­cho, jak­bym po­łknęła pia­sek. Pró­buję je na­wil­żyć, ale bez­sku­tecz­nie. Na­dal mam za­mknięte oczy, jed­nak sły­szę coś, co przy­po­mina od­głos sil­nika. Nie rzuca mną i nie czuję, że­bym się prze­miesz­czała. Nie je­stem więc w sa­mo­cho­dzie. Ale je­stem w oto­cze­niu ja­kiejś ma­szy­ne­rii. Nie­prze­rwany zgrzyt wwierca się w moje uszy. Nic dziw­nego, że nie mogę za­snąć w tym ha­ła­sie.

O czym mam pa­mię­tać? Może Chri­stian mi po­wie, kiedy tylko zdo­łam na­wil­żyć gar­dło i go spy­tać.

W tej chwili do­ciera to do mnie z siłą bul­do­żera. Wy­star­czyło, że wspo­mnia­łam Chri­stiana. Od­twa­rzam w pa­mięci rysy jego twa­rzy. To on jest tym na­trę­tem. To on za­tru­wał mi ży­cie przez cały ten czas. I te­raz jest gdzieś w po­bliżu. Czuję jego obec­ność. Nie otwie­ram oczu, żeby się nie zo­rien­to­wał, że już nie śpię. Wiem, że jest bar­dzo bli­sko. Jak go znam, na­tych­miast za­uważy naj­mniej­sze drgnie­nie mo­ich po­wiek. Zbyt długo mnie ob­ser­wo­wał. Cho­ciaż serce bije mi mocno i cała drżę, opa­no­wuję się na tyle, żeby za­cho­wać spo­kój, i leżę nie­ru­chomo.

Przez cały ten czas mu ufa­łam. Wie­rzy­łam mu. Wpu­ści­łam go do swo­jego ży­cia. Oka­zał się zwy­rod­nia­łym, sa­dy­stycz­nym po­two­rem. Od sa­mego po­czątku wie­dział, co robi. Nie­ustan­nie ro­bił mi zdję­cia, jak te, które zna­la­złam w miesz­ka­niu. Fo­to­gra­fo­wał też Kylę. Ugry­złam się w ję­zyk, żeby się nie roz­pła­kać, my­śląc o niej. Ależ by­łam głu­pia, że jej nie wie­rzy­łam!

A te­raz nie mam po­ję­cia, czy żyje. Nie wiem, czy jesz­cze ją kie­dyś zo­ba­czę. Do­kąd on mnie za­biera? Te­raz, kiedy my­ślę ja­śniej, do­ciera do mnie, że jed­nak je­stem gdzieś prze­wo­żona. Ten dźwięk to z pew­no­ścią sil­nik. Może je­stem w sa­mo­lo­cie? Do­bry Boże, chyba tak. Do­kądś le­cimy. Jak ja stam­tąd wrócę?

Od­kry­łam też inne rze­czy. Na­bie­ram po­wie­trza do płuc i wstrzy­muję od­dech, li­cząc na to, że w ten spo­sób po­wstrzy­mam na­ra­sta­jące nud­no­ści. Żo­łą­dek pod­cho­dzi mi do gar­dła, po czym mogę wnio­sko­wać, że już nie śpię. Nie wolno mi zmru­żyć oka. Do tej pory po­dej­mo­wa­łam same złe de­cy­zje. Tym ra­zem po­stą­pię mą­drze. Mu­szę się kon­tro­lo­wać.

Mimo że ob­raz spinki do man­kietu Taja nie chce znik­nąć z mo­jej pa­mięci, tak jak zdję­cia mo­jej ro­dziny i wszystko, co Chri­stian na­zbie­rał przez ten czas, udaje mi się uspo­koić i wy­rów­nać od­dech.

– Pa­nie Russo, przy­nio­słam panu, coś do pod­pi­sa­nia. – Ła­godny głos do­biega z mo­jej le­wej, czyli on jest gdzieś tam. Nie sie­dzi więc tuż obok mnie. Pod pal­cami wy­czu­wam ściankę sa­mo­lotu. Po pra­wej mam okno. Czyżby on był po dru­giej stro­nie przej­ścia? Nie chcę otwie­rać oczu, żeby to spraw­dzić. Wszystko wy­daje mi się te­raz trudne i nie­bez­pieczne.

– Dzię­kuję.

Sły­szę sze­lest kar­tek i od­głos od­da­la­ją­cych się kro­ków. Wtedy Chri­stian od­zywa się po­now­nie, tro­chę pod­no­sząc głos:

– Wiem, że nie śpisz. Nie po­gry­waj so­bie, myszko.

Po­now­nie po­wstrzy­muję falę mdło­ści. Jego głos na­dal brzmi tak ła­god­nie, jakby kar­cił dziecko. Cią­gle mówi do mnie z czu­ło­ścią i cie­płem. Jak to moż­liwe?

– No, da­lej, Siân. Do­my­ślam się, że jest sporo spraw, które chcia­ła­byś omó­wić. Co cię po­wstrzy­muje? Je­ste­śmy sami. Nikt nas nie pod­słu­cha.

Zmu­szam się, żeby prze­krę­cić głowę w lewo i otwo­rzyć oczy. Chwilę zaj­muje mi przy­zwy­cza­je­nie się do ja­sno­ści pa­nu­ją­cej w ka­bi­nie, szcze­gól­nie że okno za ple­cami Chri­stiana nie jest osło­nięte. Nad jego głową po­wstała świetlna au­re­ola. Co za iro­nia. Da­leko mu do anioła. Być może jest dia­błem wcie­lo­nym.

Uśmie­cha się. Szcze­rze.

– Spa­łaś do­brych parę go­dzin. Nie­długo bę­dziemy w domu.

– To zna­czy gdzie? – py­tam ochry­ple.

– Sama zo­ba­czysz. – Marsz­czy czoło. – Za­schło ci w gar­dle. Pro­szę. Na­pij się wody. – Obok niego stoi ba­rek z usta­wio­nymi w rów­nych rzę­dach bu­te­lecz­kami z wodą i so­kami. Chri­stian sięga po jedną z nich i otwiera. Przyj­muję na­pój tylko dla­tego, że sły­sza­łam, jak pęka pla­sti­kowe za­bez­pie­cze­nie. Ina­czej mia­ła­bym obawy, że wrzu­cił do wody ja­kiś nar­ko­tyk. Nie do wiary, że mu­szę przy nim my­śleć o ta­kich rze­czach.

A za­wsze taki był. Tylko ja nie chcia­łam tego wi­dzieć. Te­raz już to do­strze­gam.

– Mo­żemy te­raz po­roz­ma­wiać. – Siada z po­wro­tem i na­chyla się, wspie­ra­jąc łok­cie na ko­la­nach. Jakby szy­ko­wał się do ne­go­cja­cji.

Do cho­lery, ja­sne, że po­roz­ma­wiamy, mimo że głos drży mi ze stra­chu.

– To ty za­bi­łeś Cyn­thię, prawda? Po­cie­sza­łeś mnie po­tem i uda­wa­łeś, że mnie wspie­rasz. Tym­cza­sem to ty do tego do­pro­wa­dzi­łeś. Ty pu­ści­łeś całą ma­chinę w ruch.

Im dłu­żej mó­wię, tym praw­dziw­sze się to staje. Bar­dziej sen­sowne. A ja czuję się co­raz głup­sza. Zi­gno­ro­wa­łam wszyst­kie znaki ostrze­gaw­cze. By­łam tak pewna tego, że go znam. Za­prze­cza­łam wszyst­kiemu, co Kyla i Taj mó­wili na jego te­mat. I pro­szę, do­kąd mnie to do­pro­wa­dziło. Je­stem uwię­ziona, jak ofiara, a oni… Boże, wolę nie my­śleć, co im zro­bił.

Tak mu wszystko uła­twi­łam. To chyba w tym naj­gor­sze. Na­wet te­raz czuję go na so­bie. Czuję jego za­pach. Od­da­łam się mu cała – da­łam mu ciało i du­szę. Na­wet wy­zna­łam mu mi­łość. Czuję się brudna i wy­ko­rzy­stana. Ża­łuję, że mnie nie za­bił. W ten spo­sób wy­wa­biłby mnie z mo­jego nie­szczę­ścia.

– Mu­simy za­czy­nać roz­mowę aku­rat od niej? Chcę po­ga­dać o nas.

– Nie ma żad­nych nas. Nie po tym, co zro­bi­łeś. Zresztą, ni­gdy nie było nas, bo od po­czątku mnie okła­my­wa­łeś. Nie je­steś tym, za kogo się po­da­wa­łeś.

– A ty tak bar­dzo chcia­łaś wie­rzyć w to, co ci pa­so­wało, prawda? Za­cho­wy­wa­łaś się do­kład­nie tak, jak tego chcia­łem. By­łaś grzeczną dziew­czynką.

– Je­steś ob­le­śny. Nie masz prawa tak do mnie mó­wić.

Szyb­kim, wręcz nad­na­tu­ral­nym ru­chem rzuca się w moją stronę. Jak wąż na ofiarę. W jed­nej chwili sie­dzi po dru­giej stro­nie przej­ścia, a w ko­lej­nej jest już przy mnie. Trzyma dło­nie po obu stro­nach mo­jej głowy. Wci­skam się w fo­tel, pewna, że nie uda mi się uwol­nić.

Jego twarz jest bar­dzo bli­sko mo­jej twa­rzy. Od­dy­chamy tym sa­mym po­wie­trzem. Wzdra­gam się z obrzy­dze­nia, a Chri­stian tylko się śmieje.

– Bo­isz się mnie? Nie kłam. Masz to wy­ma­lo­wane na twa­rzy.

– To po co py­tasz? – szep­czę.

– Bo chcę usły­szeć, jak to mó­wisz. Chcę, że­byś się przy­znała, że je­steś te­raz prze­ra­żona. Nic mnie tak nie pod­nieca jak twój lęk. Twoje prze­ra­że­nie roz­bu­dza we mnie in­stynkt opie­kuń­czy, a ty wy­da­jesz mi się jesz­cze cen­niej­sza.

Opusz­kami pal­ców wo­dzi po li­nii mo­jej szczęki. Z tru­dem po­wstrzy­muję się od jęk­nię­cia. Nie ma mowy, że­bym dała mu to, czego chce, tak szybko.

– Słodka Siân – szcze­bio­cze, omia­ta­jąc moją skórę cie­płym od­de­chem. – Nie mogę się do­cze­kać, kiedy bę­dziesz moja na za­wsze.

– Ni­gdy nie będę twoja. – Zmu­szam się, żeby spoj­rzeć mu w oczy, choć aż mnie od tego mdli. Jest mor­dercą. Jest po­two­rem. – Nie­na­wi­dzę cię i masz pie­przone uro­je­nia, je­żeli my­ślisz, że czeka nas ja­ka­kol­wiek wspólna przy­szłość.

– To ra­czej ty masz uro­je­nia. – Po­now­nie mnie do­tyka, tym ra­zem prze­su­wa­jąc dło­nią po mo­ich pier­siach.

Krzy­wię się z obrzy­dze­nia, co wy­wo­łuje u niego ko­lejny wy­buch śmie­chu.

– Nie uda­waj. Mo­żesz się krzy­wić, ile chcesz, ale twoje ciało wie le­piej. – Żeby udo­wod­nić swoje słowa, do­tyka mo­jego na­brzmia­łego sutka.

– Nie do­ty­kaj mnie. – Od­trą­cam jego rękę, ale on po­now­nie się śmieje. – Nie za­mie­rzam przez resztę ży­cia być twoją za­bawką. Wolę umrzeć niż na to po­zwo­lić.

– Tak ci się tylko zdaje.

Rany bo­skie, on na­prawdę w to wie­rzy. Jest pe­wien swo­ich słów bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. W końcu zdo­był się na szcze­rość. Na­resz­cie po­ka­zuje mi, kim tak na­prawdę jest.

Mu­szę od niego uciec. Naj­chęt­niej wy­sko­czy­ła­bym z sa­mo­lotu, ale po­nie­waż to nie­moż­liwe, po­sta­na­wiam scho­wać się w to­a­le­cie.

– Mu­szę siku.

Od­suwa się ode mnie, że­bym mo­gła wstać. Dziwi mnie, że bez dys­ku­sji mi na to po­zwo­lił. Nogi ugi­nają się pode mną, ale przy­trzy­mu­jąc się oparć fo­teli, do­cie­ram do to­a­lety. To cia­sne po­miesz­cze­nie, tak jak się spo­dzie­wa­łam, ale daje mi na­miastkę pry­wat­no­ści. Po­trze­buję jej te­raz. Mu­szę po­my­śleć.

Le­dwo zdążę zsu­nąć z sie­bie dżinsy, kiedy drzwi otwie­rają się gwał­tow­nie.

– Wy­łaź!

Usi­łuję na­cią­gnąć na sie­bie spodnie, a on wy­bu­cha śmie­chem. Brzmi jak sza­lony dzie­ciak znę­ca­jący się nad bez­bron­nym zwie­rząt­kiem.

– Co? My­śla­łaś, że jest choćby naj­mniej­sza część cie­bie, która do mnie nie na­leży? Je­śli mam ochotę pa­trzeć, jak si­kasz, to będę pa­trzył. – Od­chyla się nieco, a po­tem spo­gląda w lewo i prawo, po czym szyb­kimi ru­chami za­cią­gnął ko­tary wi­szące po obu stro­nach to­a­lety. W ten spo­sób za­sło­nił nas przed spoj­rze­niami osób, które lecą z nami. Co by zro­biły, gdy­bym za­częła krzy­czeć? Pew­nie nic, je­śli pra­cują dla niego. Szkoda mo­jej ener­gii.

Nikt go nie po­wstrzyma. Serce wali mi tak mocno, że aż boli. Ze­mdleję, je­śli nie wy­rów­nam od­de­chu.

– Prze­stań, pro­szę – szep­czę, nie przej­mu­jąc się tym, że oka­zuję sła­bość. – To nie jest za­bawne. Po­roz­ma­wiamy, jak skoń­czę.

Jesz­cze ni­kogo nie­na­wi­dzi­łam tak, jak jego w tej chwili. Po­ru­szam się ostroż­nie i zsu­wam spodnie, aby usiąść na me­ta­lo­wej to­a­le­cie, nie bru­dząc ich. Kiedy sły­szę mocz spły­wa­jący po wnę­trzu muszli, je­stem bli­ska pła­czu. Na szczę­ście udaje mi się opa­no­wać.

– Wi­dzisz? To nie ta­kie straszne. – Nie od­suwa się, kiedy koń­czę. Chwyta mnie za ręce, że­bym nie mo­gła za­piąć dżin­sów.

– Prze­stań – per­swa­duję ci­cho, usi­łu­jąc od­trą­cić jego ręce. Nie udaje mi się to.

Chri­stian przy­piera mnie do ściany i wsuwa dłoń mię­dzy moje uda.

– Na­prawdę my­ślisz, że nie będę cię rżnął przez resztę two­jego ży­cia? – Po­ciera moją cipkę, ci­cho się śmie­jąc. Nie jest de­li­katny. Jest tak nie­czuły, że spra­wia mi ból.

Za­my­kam oczy, ma­rząc o tym, żeby było już po wszyst­kim. Nie ma mnie tu­taj. Je­stem gdzie in­dziej, a to się nie dzieje.

– Prze­stań uda­wać – war­czy, a po­tem ca­łuje mnie w szyję. Drżę. Czy to wstręt, czy coś in­nego? – Oboje wiemy, że nikt nie po­trafi do­ty­kać cię tak, jak ja to ro­bię. Nikt nie daje ci ta­kich do­znań. Po­sia­dam twoje ciało. Całą cie­bie.

– Nie, nie po­sia­dasz. – W moim gło­sie nie ma ani krzty wa­lecz­no­ści, bo to, co mi robi, daje mi do­bre do­zna­nia. Ciało mnie zdra­dza. Pod­nie­cam się, gdy pie­ści moją łech­taczkę. Nie robi tego z fi­ne­zją. Nie jest też de­li­katny. Używa so­bie na mnie, a to wy­star­cza, że­bym zro­biła się jesz­cze bar­dziej wil­gotna.

– A nie mó­wi­łem? – Po­now­nie się śmieje i pa­trzy mi w oczy. Nie. Nie mogę na niego pa­trzeć, bo przy­po­mina mi o tym, że kie­dyś są­dzi­łam, że wszystko jest do­brze. Od­wra­cam głowę, jed­no­cze­śnie tłu­miąc jęk roz­ko­szy. Czemu on to robi? Co się ze mną dzieje? Za­biję go za to. Za­biję go za tak wiele prze­wi­nień.

Przy­wiera do mnie tak mocno, że bra­kuje mi tchu. Tym ra­zem wzdy­cham w unie­sie­niu. Niech go szlag. Niech bę­dzie prze­klęty za ten śmiech i udrękę, którą mi przy­nosi. – Siân, nie za­prze­czysz, że cię znam. Wiem wszystko, co po­wi­nie­nem wie­dzieć. Znam twój umysł, du­szę i ciało. Je szcze­gól­nie znam. W za­sa­dzie to je wy­szko­li­łem. – Przy­kłada czoło do mo­jego czoła.

– Nie­na­wi­dzę cię. Nie znasz mnie.

A jed­nak kiedy wsuwa we mnie pa­lec, po­now­nie drżę z pod­nie­ce­nia. Kusi mnie, żeby za­cząć po­ru­szać bio­drami i ujeż­dżać jego dłoń, da­jąc się mu sty­mu­lo­wać po ca­ło­ści, ale zwal­czam to pra­gnie­nie.

– Znam. Bę­dziesz moja na za­wsze.

– Ucieknę od cie­bie.

– Nie masz na to szans.

– Tak my­ślisz? – Dy­szę, bo wszyst­kie moje mię­śnie się na­pi­nają, za­raz dojdę. – Bez względu na to, co zro­bisz, ucieknę od cie­bie. Albo umrę, pró­bu­jąc.

– Już, już. – Nie wiem, czy się cie­szyć, czy ża­ło­wać, kiedy za­biera dłoń tuż przed moim or­ga­zmem. – To nie ma sensu. Ni­gdy ci się nie uda. Po co więc pró­bo­wać, skoro wia­domo, że na­le­żysz do mnie?

Zmu­szam się, żeby na niego spoj­rzeć. Ja­koś zniosę roz­ba­wie­nie w jego oczach. O to cho­dziło w tej szopce? Chciał mi po­ka­zać, że mnie po­siada czy coś? Szkoda, że po­twier­dzi­łam, że się nie myli.

– Wtedy miał­byś nade mną kon­trolę, a do tego nie do­pusz­czę. – Drżą mi palce, kiedy za­pi­nam roz­po­rek.

– Czyli za­mie­rzasz tra­cić ener­gię i czas na próby ucieczki? Bez względu na to, do­kąd cię za­biorę?

– Zga­dza się.

Pa­trzy na mnie groź­nie.

– Wiesz co? W su­mie to mam na­dzieję, że fak­tycz­nie bę­dziesz pró­bo­wała. Nie mogę się do­cze­kać – war­czy mi pro­sto w twarz, a po­tem się uśmie­cha.

Nie wiem, czemu, ale ten gry­mas jest dla mnie naj­strasz­niej­szy w tym wszyst­kim. Wy­gląda na szczę­śli­wego.

– Nie mogę się do­cze­kać, aż spro­wa­dzę cię z po­wro­tem, a ty bę­dziesz się bro­niła i krzy­czała. Im gło­śniej, tym le­piej – do­daje.

Roz­dział drugi

Chri­stian

Przez chwilę pa­trzę na nią, ob­ser­wu­jąc, jak unosi się jej klatka pier­siowa. Jej od­dech jest przy­spie­szony, usta lekko otwarte i cho­ciaż wal­czy ze sobą, aby nie za­mknąć oczu, jej po­wieki w końcu opa­dają. Uśmie­cham się nie­znacz­nie. Siân może so­bie uda­wać tak długo, jak chce. Może się upie­rać, że mnie nie­na­wi­dzi i że ją obrzy­dzam, ale jej ciało mówi prawdę.

Wy­su­wam z niej pa­lec i czuję ra­dość, pa­trząc na jej za­wie­dzioną minę. Siân drży, kiedy zli­zuję jej soki ze swo­jego palca. Zo­rien­to­wała się, że za­uwa­ży­łem jej roz­cza­ro­wa­nie, więc wy­pro­sto­wała się, wy­pięła pierś i mi­nąw­szy mnie, szybko wró­ciła na fo­tel.

Nie lubi się za to, że mój do­tyk spra­wia jej przy­jem­ność. Tak samo się czuła wtedy w tam­tej alejce, kiedy ob­cią­gała mi ku­tasa. Mnie się po­doba taka za­bawa, lu­bię za­dziorne ob­li­cze Siân. Dzięki temu, to, co so­bie we­zmę, bę­dzie miało słod­szy smak.

Wku­rzona Siân opada na fo­tel, krzy­żu­jąc ręce na piersi. Kiedy sia­dam obok, prze­suwa się naj­bli­żej okna, jak tylko może. Spięta, całą uwagę sku­pia na chmu­rach i po chwili cię­żar z jej ra­mion opada. Zu­peł­nie, jakby na chwilę cały jej świat prze­stał ist­nieć i li­czyły się tylko ona i pu­szy­ste chmury na nie­bie.

Z po­dzi­wem przy­glą­dam się jej ciału. Na­wet kiedy ma ubra­nie w nie­ła­dzie i roz­czo­chrane włosy, jest cho­ler­nie piękna. Naj­gor­sze jest to, że nie zdaje so­bie z tego sprawy. Ale nie szko­dzi. Mam za­miar wy­do­być z niej to, co naj­lep­sze i za­ra­zem naj­gor­sze. Po przy­lo­cie do Włoch, gdzie przy­na­le­żymy, szybko zaj­mie na­leżne jej miej­sce u mo­jego boku.

Nie­długo do­ceni to, co dla niej zro­bi­łem, i w końcu zro­zu­mie, że je­ste­śmy so­bie pi­sani. Nie spo­dzie­wam się, że podda się z ła­two­ścią, ale z cho­lerną przy­jem­no­ścią będę ją do tego przy­mu­szał.

Siân szybko za­pada w sen, a ja nie prze­staję się jej przy­glą­dać. Śpi spo­koj­nie, jakby nie miała żad­nych zmar­twień. Szkoda, że rze­czy­wi­stość, w którą wkro­czy po wy­lą­do­wa­niu, nie jest taka. Na samą myśl o tym za­ci­skam szczękę i po­pra­wiam fo­tel, wspo­mi­na­jąc krótką roz­mowę z oj­cem.

Po raz ko­lejny wy­mu­sił na mnie po­wrót do domu, krzy­żu­jąc mi plany. To przez niego będę mu­siał wy­my­ślić, jak po­now­nie prze­ko­nać Siân, żeby mi za­ufała. By­li­śmy ze sobą bli­sko i wszystko, co wcze­śniej zro­bi­łem, w końcu przy­nio­sło owoce. Wtedy oj­ciec wszystko znisz­czył, wy­wie­ra­jąc na mnie pre­sję. To wy­wo­łało za­wi­ro­wa­nia w mo­jej re­la­cji z Siân.

W do­datku ten stary dziad nie ra­czył mi po­dać żad­nych szcze­gó­łów tego, co było tak cho­ler­nie pilne. Jak za­wsze jest ta­jem­ni­czy i de­tale za­cho­wuje dla sie­bie. Do­my­ślam się jed­nak, że to ja­kieś straszne gówno. Żąda, abym był w kon­kret­nym miej­scu, tylko wtedy, kiedy cho­dzi o coś okrop­nego. Jak roz­pę­tuje się ko­lejna gów­no­bu­rza, to chce, że­bym ją ogar­nął.

Je­dy­nie w ta­kich sy­tu­acjach tak na­prawdę ze sobą roz­ma­wiamy. Je­śli sprawy nie mają związku z in­te­re­sami, nie mamy so­bie nic do po­wie­dze­nia. Usi­łuję so­bie przy­po­mnieć, czy oj­ciec kie­dy­kol­wiek trak­to­wał mnie ina­czej niż jak jesz­cze jed­nego członka swo­jej ar­mii, ale to bez­ce­lowe.

Dawno temu na­uczy­łem się, że mo­jemu ojcu za­leży tylko na ka­sie, wła­dzy i ma­ni­fe­sto­wa­niu prze­wagi, którą, jak się mu wy­daje, ma nad każ­dym. Ni­gdy nie by­li­śmy bli­sko. Przy­naj­mniej nie w ty­po­wym zna­cze­niu tego słowa. Inni chłopcy ko­pali z oj­cami piłkę i byli wy­cho­wy­wani na dżen­tel­me­nów, lecz nie ja. Nie czy­tano mi ba­jek na do­bra­noc, nie chwa­lono mnie. Ota­czały mnie tylko gniew i kpiny. Po­chwały otrzy­my­wa­łem tylko wtedy, kiedy oka­zy­wa­łem się przy­datny dla or­ga­ni­za­cji ojca.

Gdy mia­łem je­de­na­ście lat, moi ró­wie­śnicy upra­wiali sporty i uga­niali się za dziew­czy­nami, a ja uczy­łem się, jak roz­broić i zło­żyć do kupy ka­ra­bin G11 w cza­sie krót­szym niż mi­nuta. Kiedy mia­łem czter­na­ście lat, uczy­ni­łem swo­jego ojca dum­nym męż­czy­zną, bo po raz pierw­szy za­bi­łem czło­wieka. Nie żeby oj­ciec skie­ro­wał w moją stronę ja­kąś po­chwałę. Nie. On wy­na­gro­dził mi to cipką i pi­sto­le­tem, który do­sta­łem na wła­sność.

Krótko po­tem za­czą­łem otrzy­my­wać roz­kazy. Sprzą­ta­łem każ­dego, kto za­wa­dzał ojcu, i nie za­da­wa­łem żad­nych py­tań. Zresztą on ni­komu się ni­gdy nie tłu­ma­czył. Je­stem prze­ko­nany, że odzie­dzi­czy­łem to po nim. Obaj ro­bimy to, na co mamy ochotę, do­kład­nie wtedy, kiedy tego chcemy. I niech Bóg ma w swo­jej opiece tego, kto spró­buje nam to ode­brać.

Siân ma mnie za po­twora, ale jesz­cze nie po­znała męż­czy­zny, który mnie wy­cho­wał i który ka­zał za­bić jej ro­dzinę. I ją. Pa­trzę na nią, wstrzy­mu­jąc od­dech, kiedy my­ślę o tym, jak za­re­aguje oj­ciec na jej wi­dok. Cie­kawe też, jak Siân się za­chowa, gdy spo­tka czło­wieka od­po­wie­dzial­nego za całe zło, które spo­tkało ją w ży­ciu.

Pięt­na­ście lat temu po­wie­dzia­łem mu, że Siân umarła w po­ża­rze ra­zem z ro­dzi­cami. Tylko ja mo­głem to wie­dzieć, bo po­zba­wie­nie jej ży­cia było moim za­da­niem, tak jak za­bi­cie Marca Giu­lia­niego. Tyle że nie zro­bi­łem tego. Siân była mi pi­sana, a chci­wość mo­jego ojca nie mo­gła mi prze­szko­dzić w zdo­by­ciu jej.

– Bu­ona­sera, si­gnor Russo, za dwa­dzie­ścia mi­nut lą­du­jemy w Me­dio­la­nie – roz­legł się głos pi­lota w gło­śni­kach, wy­ry­wa­jąc mnie z za­my­śle­nia.

Ciężko wzdy­cham i roz­pro­sto­wuję się w fo­telu, po czym po­chy­lam się nad moją myszką, żeby za­piąć jej pas. Przy oka­zji od­gar­niam jej włosy z twa­rzy i wą­cham je. Póź­niej za­pi­nam swój pas.

Tony wy­suwa głowę zza fo­tela.

– Sa­mo­chód już czeka. Oj­ciec chce cię zo­ba­czyć za­raz, kiedy tylko po­ja­wisz się w po­sia­dło­ści – rzuca do mnie, a po­tem pa­trzy na Siân.

Robi mi się go­rąco, ale po­wstrzy­muję się przed przy­wa­le­niem mu za to, że ośmie­lił się spoj­rzeć na moją ko­bietę.

– Co masz za­miar z nią zro­bić?

– Nie twoje zmar­twie­nie – od­po­wia­dam z ka­mienną twa­rzą, wwier­ca­jąc w niego ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie.

– Twój oj­ciec nie… – za­czyna Tony.

– Po­ra­dzę so­bie z wła­snym oj­cem – war­czę, prze­ry­wa­jąc mu.

Tony unosi rękę, re­zy­gnu­jąc z dal­szej roz­mowy, i ob­raca się do przodu. Nie po­wi­nie­nem był się uno­sić. Ow­szem, Tony pra­cuje dla ojca, ale jest mi bli­ski jak brat, któ­rego ni­gdy nie mia­łem. Sprze­czamy się cza­sem, ale za­wsze mnie wspiera. Dla­tego wiem, że nie kwe­stio­nuje mo­jej de­cy­zji zwią­za­nej z Siân przez zło­śli­wość. Nie ozna­cza to jed­nak, że kie­dy­kol­wiek po­zwolę, żeby on czy kto­kol­wiek inny pod­wa­żał moje zda­nie, jak o nią cho­dzi.

Siân na­leży do mnie. Jej bez­pie­czeń­stwo, szczę­ście i przy­jem­ność, a na­wet lęk, są moje i tylko moje. Tony, mój oj­ciec i wszy­scy inni będą o tym cho­ler­nie do­brze pa­mię­tać. Ła­two wy­bu­cham, a ogar­nięty zło­ścią, je­stem śmier­tel­nie nie­bez­pieczny. Ca­łymi mie­sią­cami ukry­wa­łem tę stronę swo­jej oso­bo­wo­ści przed Siân, a te­raz, kiedy już zna prawdę, nie mu­szę dłu­żej się ma­sko­wać.

Po­wi­nie­nem jed­nak po­ćwi­czyć cier­pli­wość. Mi­sja za­wsze jest ta sama, a zmie­niają się je­dy­nie oko­licz­no­ści i spo­soby zdo­by­wa­nia jej umy­słu, ciała i du­szy. Wszystko przyj­dzie z cza­sem. Siân jest prze­ko­nana, że jej się to nie po­doba, ale już wkrótce bę­dzie mnie bła­gała, żeby stać się czę­ścią tego świata.

Szarp­nęło sa­mo­lo­tem, kiedy pi­lot wy­su­nął koła z pod­wo­zia, przy­go­to­wu­jąc nas do lą­do­wa­nia. Zwal­niamy i za parę chwil do­tkniemy pasa star­to­wego na­szego pry­wat­nego lot­ni­ska. Pi­lot wci­ska ha­mu­lec i cała ka­bina się trzę­sie, aż w końcu sa­mo­lot się za­trzy­muje.

Kiedy włą­cza się górne świa­tło, roz­pi­nam swój pas, a po­tem pas Siân. Całe to po­ru­sze­nie roz­bu­dziło ją.

– Co ro­bisz? – Wtu­liła się w fo­tel, chcąc zwięk­szyć dy­stans mię­dzy nami.

– Wy­lą­do­wa­li­śmy – oznaj­miam, wy­cho­dząc z rzędu.

Siân ani drgnie. Roz­gląda się do­okoła, a po­tem wy­gląda przez okno.

– Gdzie mnie przy­wio­złeś? – pyta, na­dal nie wsta­jąc z fo­tela.

– Do domu – od­po­wia­dam i wy­cią­gam do niej rękę.

– Po­rwa­łeś mnie – rzuca oskar­ży­ciel­sko Siân.

Na­bie­ram po­wie­trza no­sem i w du­chu na­ka­zuję so­bie spo­kój. To dla niej nowa sy­tu­acja, a po­nie­waż do­piero po­znaje moje praw­dziwe ob­li­cze, od­pusz­czę jej te próby spraw­dza­nia mnie.

– Myszko. – Na­dal trzy­mam wy­cią­gniętą rękę i głową daję jej znak, żeby ją chwy­ciła.

Siân jed­nak od­trąca moją dłoń.

– Ni­g­dzie nie idę, po­pa­prańcu. Za­bi­łeś mo­ich przy­ja­ciół i Cyn­thię. Po­sta­ram się, że­byś zgnił w…

Nie daję jej do­koń­czyć tej pu­stej groźby. Rzu­cam się w jej stronę i kładę ręce po obu stro­nach jej głowy, wię­żąc ją na fo­telu.

– Nie te­stuj mnie, myszko – ce­dzę przez zęby.

Ani drgnie. Tylko jej klatka pier­siowa po­ru­sza się od przy­spie­szo­nego od­de­chu. Za­ci­ska szczękę i za­czyna szybko mru­gać. Chce być silna. Nie chce, że­bym wi­dział, jak bar­dzo się boi. Uśmie­cham się, bo jej za­cho­wa­nie wręcz mi schle­bia.

To nie­sa­mo­wite. Siân na­wet nie wie, jak bar­dzo mnie kusi, żeby pod­dać się tej grze. Moja sa­dy­styczna część de­spe­racko chce się ujaw­nić. Jesz­cze do niej nie do­tarło, że lu­bię po­lo­wać? Ta bra­wura, którą przede mną od­grywa, spra­wia, że mam ochotę ją zła­mać – po­ka­zać jej, kto tu tak na­prawdę rzą­dzi.

– Nie­sa­mo­wite, że są­dzisz, iż masz ja­kiś wy­bór. – Pod­su­wam pa­lec pod jej pod­bró­dek i od­chy­lam jej głowę tak, żeby spoj­rzała mi w oczy. – Nie masz i im prę­dzej to poj­miesz, tym le­piej. Dla cie­bie. Je­steś moja. – Pa­trzę na jej nie­za­do­wo­loną minę. Mój ku­tas się roz­bu­dza i na­piera na roz­po­rek, kiedy my­ślę o tym, jak je usta go ota­czają. – Jak mó­wię, że masz coś zro­bić, to ro­bisz to.

– A jak nie? – mówi wy­zy­wa­ją­cym to­nem.

Przy­su­wam się jesz­cze bli­żej. Siân od­suwa się ode mnie, nie spusz­cza­jąc ze mnie wzroku, aż ude­rza głową w okno. Pry­cham.

– Jesz­cze nie wiem, ale z pew­no­ścią bę­dzie bo­lało.

– Nie­na­wi­dzę cię – wy­rzuca z sie­bie.

– Prze­cież wy­zna­łaś mi mi­łość, kiedy mnie ujeż­dża­łaś, myszko – dro­czę się z nią.

– Pieprz się! – wy­krzy­kuje.

– Już nie­ba­wem, a te­raz wsta­waj – roz­ka­zuję, pro­stu­jąc się.

Na­resz­cie robi to, co jej każę, ale na­dal się ci­ska. Szybko prze­cho­dzi obok mnie, od­su­wa­jąc się ode mnie tak, żeby na­sze ciała się nie ze­tknęły. Od czasu do czasu rzuca mi gniewne spoj­rze­nie. Do­cho­dzimy do drzwi, przy któ­rych roz­sta­wiono już me­ta­lowe schody. Ośle­pia mnie ja­sne słońce, a zna­jomy za­pach ro­dzin­nego kraju wy­peł­nia moje noz­drza.

Jak do­brze być w domu.

– Wi­taj po­now­nie we Wło­szech, myszko – mó­wię, sto­jąc tuż za nią.

Sły­sząc te słowa, Siân cała się spina. Ogar­nia ją prze­ra­że­nie. Wie­dzia­łem, że spro­wa­dze­nie jej tu­taj z po­wro­tem nie bę­dzie ła­twe, ale ja­koś się z tym oswoi. Siân przyj­muje taką po­stawę ciała, jakby miała rzu­cić się do biegu.

– Je­śli za­czniesz biec, to ja… – Le­dwo wy­po­wia­dam te słowa, a ona ru­sza przed sie­bie, dziko ma­cha­jąc rę­kami. Tony bie­gnie za nią, ale jest szyb­sza. Do­piero po chwili do­pada ją przy han­ga­rze. Siân pró­buje otwo­rzyć bramę, lecz jej wy­siłki na nic się nie zdają. Wali w nią rę­kami i wzywa po­mocy.

Wtedy Tony ła­pie ją za ra­miona i pro­wa­dzi w moją stronę. Wy­cho­dzę im na­prze­ciw. Tony pusz­cza Siân, gdy są tuż przede mną. Siân po­dej­muje ko­lejną próbę ucieczki, lecz je­stem od niej szyb­szy, chwy­tam ją za włosy i przy­cią­gam do sie­bie. Wy­ma­chuje rę­kami, usi­łu­jąc wy­rwać się z mo­jego uści­sku.

– Za­bie­raj te brudne łap­ska! – Sięga do mo­ich nad­garst­ków. – Za­biję cię za to, co zro­bi­łeś.

Zbli­żam wargi do jej ucha. Siân sztyw­nieje, kiedy się od­zy­wam:

– Kto by po­my­ślał, że z two­ich uste­czek wy­cho­dzą ta­kie brzyd­kie słowa, myszko. Tak trzy­maj, a chęt­nie je ze­rżnę.

Wzdryga się. Jej ra­miona się trzęsą, kiedy z tru­dem wy­dy­cha po­wie­trze. W ten spo­sób ją uci­szam. Ula­tuje z niej cała wola walki, którą miała jesz­cze przed chwilą. Mam przed sobą ko­bietę roz­dartą po­mię­dzy uczu­ciem nie­na­wi­ści a pra­gnie­niem, abym speł­nił to, co przed chwilą obie­ca­łem.

Roz­po­znaję ogar­nia­jące ją do­zna­nia i to fał­szywe umniej­sza­nie so­bie. Siân oszu­kuje sie­bie i in­nych, przyj­mu­jąc po­stawę skrom­nisi. Robi to, żeby wma­wiać so­bie, że nie po­doba się jej to, co się dzieje.

A z pew­no­ścią jest na od­wrót. Z ja­kiego in­nego po­wodu za­cho­wy­wała się tak, jak się za­cho­wy­wała, kiedy ją śle­dzi­łem? Do­piero te­raz wło­żyła więk­szy wy­si­łek w to, żeby się ra­to­wać, choć i tak zro­biła to ra­czej bez prze­ko­na­nia.

– Chcia­ła­byś tego, prawda? Chcesz, że­bym cię ze­rżnął w usta, tak jak wtedy w alejce? – Ku­tas mi sta­nął na samo wspo­mnie­nie Siân klę­czą­cej z moim fiu­tem w buzi w śmier­dzą­cym szczy­nami za­ułku.

Zro­biła wdech. Za­uwa­ży­łem, że za­drżała jej warga.

– Dla­czego to ro­bisz? My­śla­łam, że je­steś inny.

– Już ci mó­wi­łem, że je­steś moja. Tylko sie­bie mo­żesz wi­nić za to, że nie wi­dzia­łaś, kim tak na­prawdę je­stem.

– Nie zo­stanę z tobą – oznaj­mia z po­wagą i moc­niej staje na no­gach.

Zwal­niam uścisk na jej szyi i prze­rzu­cam ją so­bie przez ra­mię. Siân krzy­czy i okłada pię­ściami moje plecy. Daję jej więc moc­nego klapsa w ty­łek i taką roz­wrzesz­czaną za­no­szę do czar­nego SUV-a, który na nas czeka.

Rzu­cam ją na tylne sie­dze­nie. Po­czuł­bym się ura­żony, gdyby nie spró­bo­wała uciec przez dru­gie drzwi. Na szczę­ście kie­rowca ma re­fleks i blo­kuje zamki, do­kład­nie w chwili, w któ­rej Siân za­ci­ska swoje smu­kłe palce na klamce.

– Wy­puść mnie.

– A ja my­śla­łem, że chcesz się zo­ba­czyć ze swoją drogą Cyn­thią – stwier­dzam, sia­da­jąc obok niej.

To przy­kuwa jej uwagę. Prze­staje się rzu­cać i pa­trzy na mój pro­fil, cier­pli­wie cze­ka­jąc, aż dam znać kie­rowcy, aby ru­szał do domu. Tony sie­dzi z przodu, obok kie­rowcy, który w końcu od­pala sil­nik i od­jeż­dża z pasa star­to­wego.

Roz­dział trzeci

Siân

Mu­szę opra­co­wać nowy spo­sób ucieczki. Mu­szę mieć ja­kiś plan.

Ta myśl pul­suje mi w gło­wie przy każ­dym ude­rze­niu mo­jego serca. Każda se­kunda, która prze­mija, idzie na marne. Po­win­nam mieć wiele po­my­słów i ukła­dać plan. Musi tu być coś, co mi po­może w ucie­cze, prawda?

Ale ni­czego ta­kiego nie znaj­duję. Spraw­dza­łam już wiele razy. Mój po­kój jest tylko tro­chę wy­god­niej­szy niż po­nura cela. Znaj­duje się w nim wą­skie łóżko, mniej­sze, niż się wy­daje, bo stoi w ogrom­nym po­koju. Wy­so­kim, prze­stron­nym i wy­ło­żo­nym po­ły­sku­ją­cym par­kie­tem. Mo­gła­bym wspa­niale urzą­dzić taki po­kój, gdy­bym miała nie­li­mi­to­wany bu­dżet.

Po raz ko­lejny na­ci­skam klamkę. Czego się spo­dzie­wa­łam? Że drzwi się od­ry­glują? Czuję się tak, jak­bym stała przed otwartą lo­dówką i cze­kała, aż po­jawi się w niej ja­kiś nowy pro­dukt do zje­dze­nia. Przy­le­gła ła­zienka ma małe okno – zbyt małe, abym się przez nie prze­ci­snęła, gdy­bym w ogóle mo­gła je otwo­rzyć.

Zresztą wszyst­kie okna w po­koju są za­mknięte na stałe, ale wy­glą­da­jąc przez szybę, wi­dzę, że po­kój znaj­duje się dość wy­soko. To co naj­mniej trze­cie pię­tro. Nie do­sta­ła­bym się na dół, nie ła­miąc so­bie ni­czego. Mo­gła­bym na­wet skrę­cić kark.

W tej chwili nie brzmi to źle. Ale zna­jąc moje szczę­ście, zła­ma­ła­bym wszystko, tylko nie kark. W re­zul­ta­cie nie mia­ła­bym wy­boru i mu­sia­ła­bym dać się Chri­stia­nowi uży­wać tak, jak by so­bie tego ży­czył, choć on na­zy­wałby to spra­wo­wa­niem opieki. Tak działa jego chory umysł.

Na­wet nie ra­czył mi po­wie­dzieć, do­kąd się wy­biera. Oznaj­mił je­dy­nie, że ma coś do za­ła­twie­nia. Wie­dząc, do czego jest zdolny, za­drża­łam na myśl, co to mo­gło tak na­prawdę ozna­czać. Czy w ten spo­sób daje mi do zro­zu­mie­nia, że ma ko­goś za­bić? Albo po­rwać? Może i to, i to. Może wła­śnie to spo­tkało Cyn­thię.

Jak za­bu­rzo­nym trzeba być, żeby uda­wać, że udziela się ko­muś wspar­cia, gdy tak na­prawdę jest się źró­dłem ca­łego cier­pie­nia? Chri­stian nie przy­znał się do tego, że ode­grał ja­ką­kol­wiek rolę w znik­nię­ciu Cyn­thii. Nie mu­siał. Wi­dzia­łam to po jego mi­nie. Nie pró­bo­wał na­wet wy­pro­wa­dzić mnie z błędu, co nie? Za­miast tego fakt, że chcę się z nią zo­ba­czyć, wy­ko­rzy­stał prze­ciwko mnie.

Twier­dzi, że mnie zna. Ale ja też wiem o nim to i owo. Może nie aż tyle, ile bym chciała – ina­czej od po­czątku trzy­ma­ła­bym się od niego z da­leka – ale wy­star­cza­jąco dużo, że­bym nie miała wąt­pli­wo­ści, że ble­fuje.

Na wi­dok łóżka za­pra­gnę­łam od­po­cząć. Ale w tej chwili nie mo­gła­bym się tym cie­szyć, po­dob­nie jak nie cie­szy­łam się wol­no­ścią. Je­stem zbyt prze­stra­szona, żeby za­snąć, bo prze­cież wszystko może się zda­rzyć. Co, je­śli on za­krad­nie się tu­taj i coś mi zrobi? Nic, co zrobi, mnie nie zdziwi, szcze­gól­nie od­kąd wiem, jak po­krę­coną wi­zję na­szego związku so­bie stwo­rzył. Cie­szy go za­wsty­dza­nie, upo­ka­rza­nie i stra­sze­nie mnie.

A może mo­gła­bym zdjąć po­szewki z po­ścieli i zwią­zać je ze sobą i z prze­ście­ra­dłem? Czy to wy­star­czy­łoby, że­bym mo­gła uciec? Jesz­cze raz wyj­rza­łam przez okno i po­now­nie spró­bo­wa­łam je otwo­rzyć. Nic z tego. Mo­gła­bym roz­bić szybę. Spo­koj­nie bym wtedy prze­szła przez dziurę. Spoj­rza­łam w dół i na po­ściel. Nie wiem, czy zwią­zana w linę, bę­dzie wy­star­cza­jąco długa. Nie je­stem pewna, czy mam tyle siły w rę­kach, żeby opu­ścić się w dół. A z pew­no­ścią nie zejdę po ścia­nie jak pie­przony Spi­der-Man.

– Cho­lera ja­sna. – Ude­rzam w szybę otwartą dło­nią i ro­nię parę go­rą­cych łez, które wkrótce mogą się prze­mie­nić w hi­ste­ryczny płacz.

Może rze­czy­wi­ście po­trze­buję od­po­cząć. Za­dbać o sie­bie. Nie mogę dać się po­no­sić my­ślom. Je­śli mam sta­wić czoła Char­liemu, mu­szę za­cho­wać by­strość umy­słu.

Po­sta­na­wiam pójść do ła­zienki. Włą­czam świa­tło i roz­glą­dam się po po­miesz­cze­niu. Po­win­nam się zdzi­wić, że na bla­cie leżą ręcz­niki, my­dło i szam­pon? Obok nich uło­żone są spodnie z przy­jem­nego ma­te­riału i ko­szula do kom­pletu. W moim roz­mia­rze. Od jak dawna Chri­stian to pla­no­wał?

Za­ci­skam palce na mięk­kim ma­te­riale i cała drżę. Przez cały czas do tego zmie­rzał. I to było oczy­wi­ste.

Nie dam mu tego, czego chce. Nie sko­rzy­stam z rze­czy, które dla mnie zo­sta­wił. Ale czuję się nie­świeżo. Je­stem spo­cona i nie­do­brze mi od wła­snego za­pa­chu. Mo­gła­bym nic z tym nie ro­bić, li­cząc na to, że to go ode mnie od­stra­szy, ale coś mi mówi, że miałby to gdzieś. Albo zmu­siłby mnie do wspól­nej ką­pieli, co jest jesz­cze bar­dziej od­py­cha­jące.

Nie­ważne, co on po­my­śli. Ro­bię to, bo chcę. Tak so­bie wma­wiam, na­le­wa­jąc cie­płą wodę do wanny i zdej­mu­jąc brudne ubra­nia. My­dło i po­zo­stałe ak­ce­so­ria kładę na brzegu wanny, a po­tem za­nu­rzam się w wo­dzie. Moje mię­śnie na­tych­miast się roz­luź­niają. Po­zo­staje tylko ucisk w klatce pier­sio­wej, ale on tak ła­two nie mi­nie.

Za­nu­rzam głowę kilka razy i wma­so­wuję so­bie szam­pon we włosy, żeby wy­płu­kać z nich brud i se­bum. Po chwili wsa­dzam głowę pod kran i po­zby­wam się piany. Sia­dam w wan­nie i się­gam po myjkę oraz bu­te­leczkę pach­ną­cego my­dła. Bę­dzie mi się le­piej my­ślało, kiedy będę umyta i ubrana w czy­stą pi­żamę. Już te­raz, w ką­pieli, czuję się znacz­nie bar­dziej od­prę­żona, a to do­bry znak.

Ale ten stan trwa tylko do mo­mentu, w któ­rym drzwi od­dzie­la­jące ła­zienkę od po­koju się nie otwie­rają. Krzy­żuję ra­miona na pier­siach i pod­ku­łam ko­lana pod brodę. W po­miesz­cze­niu roz­lega się echo kro­ków Chri­stiana. Na­gle robi mi się zimno.

Nie od­zywa się ani sło­wem. Za to jego spoj­rze­nie mówi wiele. Naj­pierw pa­trzy na blat, a po­tem na mnie. Jest za­do­wo­lony, że sko­rzy­sta­łam z rze­czy, które dla mnie przy­go­to­wał. Dzięki temu pew­nie umac­nia się w prze­ko­na­niu, że za­wsze wie le­piej.

– Gdzie by­łeś? – py­tam. – Czemu nic mi nie mó­wisz? Dla­czego mnie za­mkną­łeś?

Sły­szę, jak od­dy­cha. Wstrzą­sają mną dresz­cze, ale nie dla­tego, że czuję chłód po­wie­trza na skó­rze. Co­kol­wiek po­wie, na­wet je­śli bę­dzie to coś obrzy­dli­wego i nie­mo­ral­nego, bę­dzie to lep­sze niż ta ci­sza. Nie­wie­dza, co się wy­da­rzy.

Pod­cho­dzi co­raz bli­żej, mie­rząc mnie wzro­kiem. Przy­gryza dolną wargę i od razu się do­my­ślam, co mu cho­dzi po gło­wie. Ale za­miast się ro­ze­brać i wejść do wanny czy też za­żą­dać, abym wstała i umyła się na jego oczach, przy­klęka na jedno ko­lano przed wanną. Sięga po myjkę, która unosi się na po­wierzchni wody, na­my­dla ją i za­czyna myć moje barki, po­woli prze­su­wa­jąc się wzdłuż ra­mion.

O co tu cho­dzi? Spy­ta­ła­bym, ale czuję, że i tak by mi nie od­po­wie­dział. A na pewno nie sen­sow­nie. Chwyta mnie za nad­gar­stek i unosi moją rękę, żeby umyć jej we­wnętrzną stroną. Nie robi tego za­bor­czo ani nie­de­li­kat­nie. Na­stęp­nie po­wta­rza tę czyn­ność z drugą ręką. Je­stem zbyt za­sko­czona, żeby ja­koś za­re­ago­wać.

Wtedy do­tyka mo­jego de­koltu i prze­suwa się do sut­ków, które ster­czą tuż nad wodą. Od­ru­chowo osła­niam się rę­kami, ale Chri­stian roz­plata je, nie ba­wiąc się już w sub­tel­no­ści. Na­dal nic nie mówi. Na­wet wtedy, gdy za­ci­skam nogi tak mocno, że aż drżą, kiedy na­my­dla mi łydki, kostki i stopy.

Nie mia­łam po­ję­cia, że jest tak silny. Nie, to nie­prawda. Pa­mię­tam, jak mnie zdo­mi­no­wał w tam­tej alejce i zmu­sił do tego, do czego zmu­sił. Na­dal trudno mi uwie­rzyć w to, że to ten sam męż­czy­zna, ale kiedy sta­now­czym ru­chem roz­suwa moje uda, aby umyć mnie mię­dzy no­gami, zmie­niam zda­nie.

– Nie mu­sisz tego ro­bić.

Igno­ruje moje słowa. Od­kłada myjkę i za­czyna prze­su­wać pal­cami po mo­jej cipce. Te­raz robi to sub­tel­niej niż wtedy w to­a­le­cie sa­mo­lotu. Mu­ska moją łech­taczkę.

Nie po­trzeba wiele czasu, aby moje ciało mnie zdra­dziło, tak jak po­przed­nio. Nie pa­nuję nad nim i wy­gi­nam plecy w łuk, po­ru­sza­jąc bio­drami w rytm jego piesz­czot. Chri­stian nie wy­po­wiada ani słowa, ale od­dy­cha szyb­ciej i głę­biej, aż brzmi jak zwie­rzę w rui, a ja za­tra­cam się w do­zna­niach.

Nie po­doba mi się to. To jest złe, ale mam na­dzieję, że nie prze­sta­nie. To ostat­nia świa­doma myśl, która się we mnie po­ja­wia przed or­ga­zmem. Od­chy­lam głowę i po­ru­szam bio­drami tak mocno, że roz­chla­puję wodę na pod­łogę.

Chri­stian nie prze­rywa piesz­czot. Na­dal robi mi pal­cówkę, na­wet wtedy, gdy pró­buję go od­trą­cić. Nie po­zwala mi na to. Prze­sta­nie, do­piero kiedy sam bę­dzie go­tów. Wstrząsa mną ko­lejna fala or­ga­zmu. Z tru­dem po­wstrzy­muję krzyk. Chyba za­cznę go bła­gać, żeby prze­stał, bo nie zniosę tego dłu­żej, ale na szczę­ście za­biera dłoń.

Kiedy otwie­ram oczy, jego już nie ma. Ale nie zo­sta­wił mnie sa­mej. Nie do końca. Sły­szę, że cho­dzi po pu­stej sy­pialni.

Nie mam wy­boru, mu­szę w końcu wyjść z wanny i się ubrać. Moja cipka na­dal pul­suje, nogi mi się trzęsą, ale ja­koś mu­szę wstać. Nie chcę być tak bez­bronna przy nim. Dla­czego tego nie prze­rwa­łam? I czemu do­szłam tak szybko i tak mocno? W ten spo­sób udo­wad­niam, że Chri­stian ma ra­cję, a nie może jej mieć. Wtedy roz­ochoci się jesz­cze bar­dziej. Jak mam się od niego uwol­nić, skoro nie po­tra­fię go znie­chę­cić? Je­stem słab­sza, niż są­dzi­łam.

Do­brze cho­ciaż, że pi­żama jest wy­godna. To je­dyna forma kom­fortu, na jaki te­raz mogę li­czyć. Do­dat­ko­wym jej plu­sem jest to, że do­brze mnie osła­nia. Im mniej ciała po­ka­zuję, tym mniej­sze szanse na to, że Chri­stian się pod­nieci.

Boso idę do sy­pialni, ale za­trzy­muję się osłu­piała w progu ła­zienki, bo Chri­stian wła­śnie zdej­muje z sie­bie T-shirt.

– Co ty ro­bisz?

– A na co ci to wy­gląda? – od­zywa się po raz pierw­szy, od­kąd tu przy­szedł.

– Czemu ro­bisz to tu­taj?

– Jak my­ślisz?

Otu­lam się rę­kami i cała się spi­nam.

– Ni­gdy mnie już nie do­tkniesz tak, jak ro­bi­łeś to przed chwilą. Mam na­dzieję, że o tym wiesz.

Chri­stian pry­cha, po czym zdej­muje spodnie.

– Daj spo­kój, robi się późno. Mu­sisz od­po­cząć.

– Nie po­łożę się w tym łóżku, je­śli ty za­mie­rzasz w nim spać.

Po­woli ob­raca się w moją stronę i pa­trzy mi w oczy.

– Albo sama do niego wej­dziesz, albo ja ci w tym po­mogę.

Przez chwilę za­sta­na­wiam się, co po­win­nam zro­bić, ale Chri­stian chyba czyta mi w my­ślach.

– Tylko nie mów, że nie wie­rzysz, że to zro­bię. – Uśmie­cha się, od­sła­nia­jąc zęby, które wy­dają się prze­raź­li­wie białe w bla­sku księ­życa, wpa­da­ją­cym przez okno. – Zrób to. Rzuć mi wy­zwa­nie. Śmiało. Z przy­jem­no­ścią po­każę ci, że się my­lisz i gdzie twoje miej­sce.

Co za bez­duszny drań. Idąc przez po­kój, rzu­cam mu wście­kłe spoj­rze­nie. Kładę się na łóżku ple­cami do ściany.

– Może być – stwier­dza i siada. – Mniej­sze praw­do­po­do­bień­stwo, że mi się wy­mkniesz. Tak przy oka­zji, na­wet tego nie pró­buj.

Chri­stian roz­ciąga się na ma­te­racu, zaj­mu­jąc po­nad po­łowę jego po­wierzchni.

– Nie wyj­dziemy stąd, do­póki nie uznam, że nad­szedł czas.

Wiem, że tak bę­dzie. Nie mam siły się z nim wy­kłó­cać. Je­stem zbyt zmę­czona, zbyt smutna i za bar­dzo roz­cza­ro­wana samą sobą. Jak mam so­bie te­raz ufać, skoro przez cały ten czas by­łam ślepa na to, kim Chri­stian tak na­prawdę jest? A skoro znam już prawdę i to nie wy­star­cza, że­bym utrzy­mała go z da­leka od mo­jego ciała, to co może mi w tym po­móc?

Leży na ple­cach, jedną rękę ma pod głową, a drugą na brzu­chu. Poza bez­tro­skiego męż­czy­zny. Jak by to było za­bić go tu i te­raz? Nie za­sta­na­wiam się jed­nak nad tym dłu­żej, tylko py­tam go o to, co naj­bar­dziej mi ciąży.

– Gdzie jest Cyn­thia? Co jej zro­bi­łeś?

W sy­pialni pa­nuje pół­mrok, ale i tak wi­dzę, że Chri­stian otwiera oczy.

– Śpij już.

– Nie, do­póki się nie do­wiem. Nie dam ci za­snąć, więc le­piej mi po­wiedz, czy ją po­rwa­łeś. Prze­trzy­mu­jesz ją gdzieś? Czy może… – Te słowa nie przejdą mi przez gar­dło.

– Jest bez­pieczna. Żyje. Trzy­mam ją w ustron­nym miej­scu, ale jest w jed­nym ka­wałku. Mo­żesz być tego pewna. Za­ufaj mi.

– Za­ufać ci? Czy ty sam sie­bie sły­szysz?

Po­woli prze­krę­cił głowę, żeby na mnie spoj­rzeć.

– My­śla­łaś, że zro­bi­łem jej krzywdę? Albo że ją za­bi­łem? Za­da­łem jej tylko tro­chę bólu, po­ry­wa­jąc ją. Nic po­nadto. Wiem, ile ona dla cie­bie zna­czy. Przez te wszyst­kie lata dbała o twoje bez­pie­czeń­stwo. Nie za­po­mnę jej tego.

– Czemu w ta­kim ra­zie ją po­rwa­łeś?

– Bo mnie roz­po­znała. Nie mo­głem po­zwo­lić, żeby cho­dziła wolno, wie­dząc, kim je­stem. Zu­peł­nie nic jej nie jest. Nie mu­sisz się o nią mar­twić.

Prze­wra­cam oczami. Ja­sne. Bo z pew­no­ścią po­wie­dział mi prawdę. Prze­cież od po­czątku był ze mną szczery.

– Chcę ją zo­ba­czyć.

Chri­stian wpa­truje się w su­fit. Nie od­pusz­czę mu tego. Nie mogę.

– Chcę się prze­ko­nać na wła­sne oczy, że nic jej nie jest. Chcę też, żeby ona mnie zo­ba­czyła. Pew­nie tak samo jak ja od­cho­dzi od zmy­słów ze zmar­twie­nia.

Chri­stian wy­daje z sie­bie tylko po­mruk, co mnie zło­ści.

– Masz za­miar trzy­mać mnie pod klu­czem w tym po­koju? Chcesz, że­bym się do­brze za­cho­wy­wała? W ta­kim ra­zie chcę się spo­tkać z Cyn­thią. Sam po­wie­dzia­łeś, że wiesz, ile ona dla mnie zna­czy. Masz ra­cję i wła­śnie dla­tego chcę się z nią wi­dzieć.

– Bę­dziesz grzeczna?

Czemu na­gle mam wra­że­nie, że wła­śnie za­wie­ram pakt z dia­błem? No tak, bo prze­cież tak jest.

– Tak. Zro­bię wszystko, czego tylko ze­chcesz, pod wa­run­kiem że będę mo­gła się z nią zo­ba­czyć.

Za­pada ci­sza. Z każdą chwilą moje ciało co­raz bar­dziej się spina, po­wra­ca­jąc do stanu sprzed ką­pieli. Bę­dzie się ze mną dłu­żej dro­czył? Wy­obra­żam so­bie, że wła­śnie taki ma za­miar, a ja nie mogę zro­bić nic, aby go po­wstrzy­mać.

– Zgoda. Bądź grzeczna, a za­biorę cię do niej. Obie­cuję. – Za­myka oczy. – A te­raz idź spać, bo zmie­nię zda­nie.

Do­brze wiem, że da­ro­wa­nemu ko­niowi nie za­gląda się w zęby. Zresztą je­stem wy­czer­pana. Za­my­kam więc po­wieki. Szybko za­pa­dam w sen.

Roz­dział czwarty

Chri­stian

– No da­lej! – Ze snu wy­bu­dza mnie stę­ka­nie i po­sa­py­wa­nie Siân oraz od­głos szar­pa­nia za klamkę. – Otwórz­cie się, do cho­lery.

Prze­cie­ram za­spane oczy i naj­pierw spraw­dzam miej­sce obok sie­bie. Nie że­bym się spo­dzie­wał, że zo­ba­czę tam jej drobną syl­we­tkę. Już wiem, że jej tam nie ma. To tylko mój umysł po­trze­bo­wał po­twier­dze­nia tego, co oczy­wi­ste. Po­tem prze­no­szę uwagę na drugi ko­niec po­koju, gdzie Siân klę­czy przy drzwiach i pró­buje czymś pod­wa­żyć za­mek.

Ra­miona ma unie­sione wy­soko i jest tak skon­cen­tro­wana, że nie za­uważa, iż się jej przy­glą­dam. Nie dziwni mnie ani tro­chę, że pró­buje uciec. Je­śli mam być szczery, cie­szy mnie to. Sama daje mi po­wód, żeby wy­mie­rzyć jej karę.

Wstaję ci­cho z łóżka i sta­wiam stopy na dy­wa­nie. Ro­bię krok i boso staję na zim­nej drew­nia­nej pod­ło­dze. Prze­szywa mnie dreszcz. Siân na­dal jest sku­piona na swoim za­da­niu, ale już nie klę­czy. Po­now­nie szarp­nęła za klamkę, lecz w końcu się pod­dała. Zre­zy­gno­wana, wzdy­cha z iry­ta­cją.

Kiedy ką­tem oka za­uważa mnie, wstrzy­muje od­dech. Wi­dzę, że drżą jej usta. Pod­cho­dzę do niej i pa­trzę na nią z góry. Je­stem roz­darty po­mię­dzy tym, czy ją po­ca­ło­wać, czy może dać jej la­nie za to, że się bun­tuje.

– Skoń­czy­łaś? – py­tam, wy­cią­ga­jąc rękę, żeby po­gła­skać ją po po­liczku.

Siân od­wraca głowę tak, że­bym nie mógł jej do­tknąć, a kiedy pod­cho­dzę jesz­cze bli­żej, przy­wiera ple­cami do drzwi. Bez wąt­pie­nia ma­rzy o tym, aby znik­nąć albo w ma­giczny spo­sób prze­nik­nąć przez twardą po­wierzch­nię. Wo­la­łaby być wszę­dzie in­dziej, byle nie tu­taj. Przy­kro mi, myszko. To je­dyne miej­sce, które bę­dziesz oglą­dała.

– Tak – od­po­wiada na­bur­mu­szona, trzę­sąc się ze stra­chu.

Gła­dzę ją po de­kol­cie i od­gar­niam jej włosy z twa­rzy. Chcę na nią po­pa­trzeć, zo­ba­czyć od­ma­lo­wany na niej lęk. Cią­gle pró­buje się ode mnie od­su­nąć, ale chwy­tam ją za kark i unie­ru­cha­miam.

Siân robi, co może, żeby nie spoj­rzeć mi w oczy, jed­no­cze­śnie na­piera dło­nią na moją pierś, pró­bu­jąc za­cho­wać ja­kiś dy­stans mię­dzy nami. Po­cią­gam ją do przodu w stronę łóżka, cho­ciaż bar­dzo mi to utrud­nia. Siân upada, ale szybko ją pod­no­szę. Wtedy ona wbija mi pa­znok­cie w przed­ra­miona. Czuję w tych miej­scach szczy­pa­nie, ale igno­ruję je.

– Nie, Chri­stian. Pro­szę, nie. Już nie będę pró­bo­wała uciec.

Prze­krzy­wiam głowę i ci­cho się śmieję.

– Wi­dzisz, ja­koś ci nie wie­rzę. Obie­ca­łaś, że bę­dziesz grzeczna, ale okła­ma­łaś mnie.

– Ty cią­gle kła­miesz – za­uważa.

Nie­ru­cho­mieję, wbi­ja­jąc w nią wście­kłe spoj­rze­nie. Po­tem mocno przy­cią­gam ją do sie­bie.

– Nie­prawda. Ty po pro­stu nie by­łaś uważna.

Siân na­dal trzyma mnie za nad­garstki, ale ja nie zwal­niam uści­sku na jej karku. Do jej oczu na­pły­wają łzy, a piersi fa­lują w rytm rwa­nego od­de­chu. Pró­buje się nie roz­kleić. Przy­glą­dam się jej twa­rzy, wy­pa­tru­jąc choćby cie­nia stra­chu. Moje mil­cze­nie wpra­wia ją w za­kło­po­ta­nie. Czuję, że na­ra­sta w niej na­pię­cie. Na­gle do­strze­gam na jej twa­rzy kon­ster­na­cję, którą tak bar­dzo chciała ukryć.

Jej wy­siłki są bez­ce­lowe, bo za­wsze będę do­sta­wał to, czego chcę. Będę miał nad nią ten typ kon­troli, do­póki nie za­ak­cep­tuje mnie ta­kiego, jaki je­stem, i nie przyj­mie sie­bie praw­dzi­wej. Ro­zu­miem, że wi­dzi we mnie cho­ler­nego po­twora i niech tak bę­dzie. Je­stem z tego dumny, ale musi w końcu przej­rzeć na oczy i zro­zu­mieć, że nie róż­nimy się aż tak od sie­bie. Uro­dziła się po to, żeby iść obok mnie przez ból i roz­lew krwi.

– Czego ode mnie chcesz? – pyta, a po jej po­licz­kach płyną łzy.

– Wła­śnie tego, czym mnie ob­da­rzasz, myszko. Cie­bie. Two­ich łez…

– I lęku, tak? Coś już o tym mó­wi­łeś.

– W tej chwili chcę two­jego pła­czu – wy­znaję i z po­wro­tem cią­gnę ją w stronę łóżka.

Uru­cha­mia się w niej od­ruch ucieczki i walki. Robi za­mach w moją stronę. Ude­rza mnie w po­li­czek. Za­ci­skam zęby i nie­ru­cho­mieję. Siân prze­staje się mio­tać. Ką­tem oka wi­dzę, że ogar­nia ją pa­nika. Ze stra­chem wy­cze­kuje mo­jej re­ak­cji. Ugi­nają się pod nią nogi, ale utrzy­muję ją w pio­nie.

– Co zro­bisz? – pyta pi­skli­wie.

– Dam ci pie­przoną na­uczkę.

Po­py­cham Siân na łóżko. Za­ci­ska pię­ści na koł­drze. Szybko wsu­wam palce za gumkę jej spodni od pi­żamy i zdzie­ram je z niej. Mam przed sobą jej jędrną dup­cię. Nie­ska­zi­telna, oliw­kowa skóra aż się prosi o to, że­bym zo­sta­wił na niej ślady. Mój ku­tas re­aguje na wi­dok jej na­gich po­ślad­ków. Wkła­dam wiele wy­siłku w to, żeby nie ze­rżnąć jej od razu.

– Chri­stian, pro­szę, nie! – Wierci się, pró­bu­jąc się uwol­nić.

Chwy­tam ją za włosy i od­cią­gam jej głowę w tył. Przy­wie­ram do niej w ubra­niu, a mój wzwie­dziony fiut opiera się o jej dupę.

– Spró­buj ucieczki raz jesz­cze, a cię znisz­czę. Mó­wi­łem, że­byś mnie nie te­sto­wała. Mia­łaś być grzeczna, a tym­cza­sem nie mi­nęła na­wet doba na­szego no­wego wspól­nego ży­cia, a ty oka­zu­jesz nie­po­słu­szeń­stwo. To sta­nowi pe­wien pro­blem, dla­tego uka­rzę cię.

– Prze­pra­szam. Już ni­gdy nie zawa…

Urywa, kiedy daję jej klapsa w ty­łek. Pla­śnię­cie mo­jej dłoni o jej skórę od­bija się echem w pra­wie pu­stym po­koju. Ude­rze­nie pie­cze mnie tak samo jak ją. Siân się wzdryga. Jej krzyk tłumi koł­dra, w którą wtu­liła twarz.

Klaps.

Ude­rzam jej po­śladki po­now­nie. Tym ra­zem roz­cie­ram od­cisk dłoni, który po­zo­sta­wi­łem. Siân od­dy­cha nie­rów­no­mier­nie. Kon­ty­nu­uję la­nie. Z każ­dym cio­sem Siân ję­czy. Wi­dzę, że spra­wia jej to przy­jem­ność.

– Mmm – mru­czy tak ci­cho, że le­d­wie to sły­szę.

Kurwa, prze­kli­nam w my­ślach. Ona wy­eks­po­no­wana w ten spo­sób przede mną, jej ty­łek ze śla­dem mo­jej dłoni i jęki, które za wszelką cenę pró­buje po­wstrzy­mać, wy­star­czają, żeby do­pro­wa­dzić mnie do wrze­nia. Igno­ruję to, że mam erek­cję. Dziś mam inny cel. Mu­szę po­ka­zać jej, co ją spo­tka, kiedy spró­buje ode mnie uciec. Dam jej lek­cję, żeby wie­działa, iż jej czyny mają kon­se­kwen­cje.

Wra­cam do wy­mie­rza­nia kary. Uno­szę rękę, żeby po­now­nie dać jej klapsa w po­śladki, ale nie ro­bię tego, bo za­uwa­żam oznaki pod­nie­ce­nia po­mię­dzy jej no­gami. Przez chwilę pa­trzę na ści­śnięte ze sobą wargi jej pięk­nej cipki. Tak mocno po­łą­czyła uda.

– Myszko, nie prze­sta­jesz mnie za­ska­ki­wać – szep­czę.

Opuszką kciuka prze­bie­gam po tych war­gach, ście­ra­jąc z nich jej soki. Na­gle Siân pod­ska­kuje, cał­ko­wi­cie za­sko­czona zmianą piesz­czoty. Ob­li­zuję so­bie kciuk i pa­trzę na Siân, drugą rękę za­ci­ska­jąc so­bie na spodniach w kro­czu.

– Lu­bisz do­sta­wać klapsy, prawda?

Nie od­po­wiada, więc ude­rzam ją w ty­łek tak mono, że wzbu­dza to w niej re­ak­cję. Nie wer­balną. Jej ciało mówi za nią.

– Tak, lu­bisz to. Dla­tego tak kiep­sko po­szła ci ucieczka? Mia­łaś na­dzieję, że cię na­kryję.

– Pier­dol się – wy­ce­dza stłu­mio­nym przez koł­drę gło­sem.

Klaps.

Spo­dzie­wa­łem się, że za­cznie się wić, bę­dzie chciała ucie­kać albo krzy­czeć, ale nie robi tego. Za­ci­ska uda i tłumi jęk, który się jej ci­śnie na usta. Po­now­nie prze­bie­gam pal­cem po jej cipce i po­woli roz­su­wam jej wargi. Uważ­nie ob­ser­wuję jej twarz. Kiedy wzmac­niam do­tyk, ciało Siân drży. Wi­dzę, że jest bar­dzo pod­nie­cona.

Ale nie daję jej tego, czego pra­gnie. Za­miast wsu­nąć pa­lec w jej cipkę, zwil­żam go jej so­kami i prze­su­wam aż do tyłka. Na­stęp­nie wy­ko­nuję ko­li­ste ru­chy wo­kół jej od­bytu. Siân się na­pina, a mnie chce się śmiać.

– Na­stęp­nym ra­zem, jak ci po­wiem, że­byś cze­goś nie ro­biła, to po­słu­chaj. Ina­czej ko­lejną karę wy­mie­rzę ci w tę cia­sną dziurkę w twoim ma­łym ty­łeczku.

Sły­sząc tę groźbę, Siân spina się jesz­cze bar­dziej, ale robi roz­cza­ro­waną minę. Jest tak cho­ler­nie spra­gniona przy­jem­no­ści, choć po­winna mnie nie­na­wi­dzić. Od­su­wam się od niej, się­gam po T-shirt, który leży przy łóżku, i za­kła­dam go. Siân jesz­cze przez chwilę leży nie­ru­chomo, cze­ka­jąc, aż wy­równa się jej od­dech. Jest za­wsty­dzona. Za­łożę się, że li­czy na moje szyb­kie wyj­ście, bo nie chce mi spoj­rzeć w oczy.

Skar­bie, za­sta­nów się. Chcę wi­dzieć każdy prze­jaw lęku na two­jej twa­rzy. Chcę być przy tym, kiedy w końcu zro­zu­miesz, że reszta two­jego ży­cia jest w mo­ich rę­kach – po­my­śla­łem.

– Pora na śnia­da­nie.

– Nie je­stem głodna. – Siada i po­pra­wia pi­żamę. Nie pa­trzy na mnie. Nie jest w sta­nie. Ma za­ró­żo­wione po­liczki, jej skóra ma lekki od­cień czer­wieni.

– Mam ci po­now­nie dać la­nie? – py­tam, ale nie pa­trzę na nią.

Siân nie­ru­cho­mieje. Na jej twa­rzy ma­luje się dziwna mie­szanka emo­cji: nie­na­wiść, lęk i obrzy­dze­nie. Chce w ja­kiś spo­sób mi się prze­ciw­sta­wić, ale do­brze wie, że to kiep­ski po­mysł. Przy­znam, że nie przy­wy­kłem do tej jej wa­lecz­no­ści. Jak wy­nika z mo­ich ob­ser­wa­cji, przy Kyli i Taju była ra­czej po­py­cha­dłem.

Da­wała im wcho­dzić so­bie na głowę. Ni­gdy tego nie zro­zu­miem, bo prze­cież jest córką szefa ma­fii. Jego pa­no­wa­nie może i ustało pięt­na­ście lat temu, ale jego na­zwi­sko na­dal wiele zna­czy w Me­dio­la­nie. Marco był tak samo okrutny jak mój oj­ciec i roz­pra­wiał się z każ­dym, kto wszedł mu w drogę. By­łem wtedy gów­nia­rzem, ale sły­sza­łem różne hi­sto­rie i na wła­sne oczy wi­dzia­łem, jak na­sze ro­dziny szy­kują się na wojnę. Wi­dzia­łem też roz­lew krwi. Taka spu­ści­zna nie idzie w za­po­mnie­nie tak po pro­stu. Ona pły­nie w ży­łach có­rek i sy­nów przez wiele po­ko­leń. Drażni mnie to, że Siân po­zwa­lała, żeby nie­lo­jal­no­ści i zdrady ucho­dziły tym lu­dziom na su­cho.