Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 296
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Perfect Villain
Fragment
Przekład z języka angielskiego: Wanda Lewera
Copyright © J. L. Beck, 2026
This edition: © Risky Romance/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026
Projekt graficzny okładki: Maria Lepian
Redakcja: Anna Poinc-Chrabąszcz
Korekta: Anna Nowak
ISBN: 978-91-8076-673-9
Opracowanie e-booka:Marcin Słociński / www.monikaimarcin.com
Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe.
Risky Romance/Gyldendal A/SKlareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
Zaiskrzyło między nami od pierwszego spojrzenia.
Był mroczny, niebezpieczny i tajemniczy.
Wtargnął do mojego życia z gwałtownością burzy, obrócił w proch wszystko, w co wierzyłam, wszystko, co wiedziałam.
Na widok tego szelmowskiego uśmiechu, powalającego wyglądu i urzekającego usposobienia powinnam była uciekać gdzie pieprz rośnie.
Ale ja byłam głupia. Wpadłam w sidła, a myślałam, że przy nim, w jego ramionach, jestem bezpieczna. Że wreszcie uwolnię się od prześladującej mnie przeszłości.
Okazało się, że właśnie Christian Russo jest tą przeszłością, od której chcę się uwolnić.
Każdy jest od czegoś uzależniony. Ja – od Siân Giuliani.
Rozdział pierwszy
Christian
Ciemność to nieśmiertelna wieczność.
Większość ludzi się jej obawia, lęka się tego, co się w niej czai.
No ale ja nie jestem jak większość ludzi.
Kocham mrok, czerń, rozpad, nawet nieśmiertelność tego wszystkiego. Mam tylko dwie większe miłości: strach, który budzę, oraz Siân Giuliani.
Ona jest moją obsesją, jej strachem moja dusza syci się najchętniej. Jest narkotykiem, uzależnieniem, od którego nigdy się nie uwolnię. Więc chyba rozumiecie, dlaczego ją obserwuję.
Właśnie wychodzi z campusu w towarzystwie przyjaciółki. Wygląda zupełnie inaczej, inaczej niż wtedy, gdy ją ujrzałem po raz pierwszy. Skórę ma nadal gładką jak jedwab, nieskazitelną, ale odrobinę ciemniejszą, co zawdzięcza słońcu Florydy. Ma inne włosy, dłuższe, i znów je farbuje na naturalny brąz. Tak jej lepiej niż w tamtym odcieniu blond.
Siedzę w swoim Ferrari, czarnym jak moja dusza, i widzę stąd, jakie Siân ma czerwone usta. To też mi się podoba. Staje mi, kiedy sobie wyobrażam, że te piękne wargi okalają mojego fiuta. To jest moja stała fantazja, serio, i już dawno powinna się ziścić.
Zwykle tylko patrzę, ale dzisiaj jest inaczej.
Dzisiaj dotrzymam obietnicy, którą jej złożyłem przed laty, dziś dam jej znać, że wróciłem.
Ona należy do mnie, obiecano mi ją, gdy byłem jeszcze chłopcem, miała zostać moją żoną, gdy tylko osiągnie dojrzałość. Zobaczyłem ją po raz pierwszy, kiedy byliśmy dziećmi. Ona miała wówczas dziesięć lat, a ja czternaście. Słodka, niewinna dziewczynka, zupełnie nieświadoma, jaki los jest jej pisany.
Russo i Giuliani – to dwie najbardziej bezwzględne rodziny we Włoszech. Naszym przeznaczeniem jest wzajemna nienawiść, przekleństwo odwiecznej rywalizacji zapoczątkowanej przez ojców – waśń, którą miał załagodzić sojusz. Aby położyć kres wojnie rodzin, Giuliani dał mi swoją jedyną córkę, a ona miała urodzić dziedzica. Razem mieliśmy panować nad całymi Włochami, swoim małżeństwem kładąc kres odwiecznej wojnie.
Od razu wiedziałem, że się różnimy. W przeciwieństwie do mnie ona była czysta i nieświadoma świata dokoła. Mnie wychowano na syna tej rodziny, od małego miałem do czynienia z krwią, rzezią i morderstwami. Nie miałem jeszcze piętnastu lat, gdy kogoś zabiłem, a przed siedemnastką odkryłem w sobie potrzebę stalkowania.
Zanim zdążyliśmy się poznać, należycie poznać, odebrano mi ją. Marco zerwał naszą umowę, odmawiając mi tego, co moje. Mój ojciec jako człowiek chciwy nienajlepiej przyjął zerwanie umowy. Tamtej nocy odebrałem kolejną ważną lekcję. Każdemu sojuszowi towarzyszą tajemnice. A trupy ukryte w szafie paktu naszych rodzin okazały się najgorsze.
Marco niczego się nie spodziewał, w ogóle nie wyczuł zdrady szykowanej niemal na jego oczach. Jak to mówią: przyjaciół trzymaj blisko, a wrogów jeszcze bliżej. Hm, a co można zrobić, gdy przyjaciel jest też wrogiem? Albo gdy kobieta, którą kochasz, skazuje cię na śmierć, a twoją córkę sprzedaje temu, kto najwięcej oferuje?
Oddał życie, broniąc swojej cennej córki. A ja szukałem jej niestrudzenie – i znalazłem, pięć lat temu, w jej dwudzieste urodziny. Daleko od Włoch, w miasteczku w północno-wschodniej części Stanów Zjednoczonych, znalazłem ją ukrywającą się w jednym z najmniej prawdopodobnych miejsc.
Przez kilka miesięcy zbierałem informacje o niej i właśnie gdy mieliśmy zacząć się poznawać, ojciec wezwał mnie do kraju. Absolutnie nie chciałem wyjeżdżać. Przecież na znalezienie jej straciłem mnóstwo czasu i pieniędzy. Ale gdyby mój ojciec wiedział, gdzie jestem i co robię, i gdyby wiedział, że Siân Giuliani żyje, rozpętałoby się piekło.
Do tego nie mogłem dopuścić. Mój ojciec nie mógł się dowiedzieć, że ona jest cała i zdrowa, ponieważ sam zadbałem o to, żeby uznał, że spłonęła w pożarze razem ze swoją rodziną. Uwielbiam się mu przeciwstawiać i robię to przy każdej okazji. Ona jest moja i dostanę ją na własnych warunkach.
Tak, mogłem ją po prostu zgarnąć pięć lat temu, i początkowo miałem taki plan, ale po co kończyć zabawę przedwcześnie? Lubię polować, obserwować – a skoro wiem, że mogę w mgnieniu oka wywrócić jej świat do góry nogami, czekanie nabiera dodatkowych rumieńców. Ona mnie fascynuje, a im dłużej ją śledzę, tym więcej o niej wiem. Szybko zdałem sobie sprawę, że jeśli chcę ją dostać w taki sposób, jaki sobie wymyśliłem, muszę zdobyć jej zaufanie.
Więc chociaż chciałem ją zgarnąć od razu, nie zrobiłem tego. Wróciłem do Włoch na żądanie ojca, ale najpierw złożyłem jej obietnicę i zamierzałem jej dotrzymać. Na zawsze będzie moją topoliną, moją myszką, i na pewno się jeszcze spotkamy.
Kiedy wracam do tego myślami, krew mi się gotuje w żyłach, ale biorę głęboki wdech i się uspokajam. To już nie ma znaczenia, bo tu jestem. Do tego się przydają kontakty na całym świecie. Po powrocie do Włoch na chwilę straciłem ją z oczu, ale jeśli masz pieniądze, zawsze dostajesz to, czego chcesz.
A za Siân zapłaciłbym każdą cenę, choćby i kurewsko wysoką.
Kiedy mój człowiek ją znalazł, uśmiechnąłem się po raz pierwszy w życiu. Przeprowadziła się i zmieniła nazwisko. Wtedy miała inne imię, jakieś zwykłe, dzięki czemu mogła się wmieszać w tłum kobiet w miasteczku. Ale dziś znowu nosi imię Siân, tylko że przybrała nazwisko Danforth.
Właśnie z przyjaciółką nachyliły się do siebie, teraz lepiej widzę jej twarz. Jest tak samo zajebista jak dawniej. Zresztą w ogóle mnie to nie dziwi. Zawsze była piękna. Nie tylko ja to widzę. Zaciskam pięści, gdy grupka facetów ogląda się za nią, żeby ocenić jej tyłek. Jej przyjaciółce ewidentnie schlebia takie zainteresowanie, ale Siân obejmuje się ciaśniej ramionami i skupia się na telefonie.
Uśmiecham się szeroko.
– Zuch dziewczyna! – rzucam pod nosem.
Przygasła i ma poważną twarz, z czego można wywnioskować, że wcale nie czuje się tu dobrze. Bardzo się różnią z tą przyjaciółką. Siân jest wycofana i cicha. Kiedy ją widziałem ostatnio, trzymała się z dala od wszystkich. Z własnej woli za nic na świecie nie wybrałaby takiego miejsca do życia.
Ale pewnie gdy zaczynasz życie od nowa i starasz się wymazać to, od którego uciekasz, zmieniasz w sobie wszystko. Tylko że ludzie tacy jak my, urodzeni w świecie chaosu, w końcu się uczą, że nigdy od niego nie uciekną. Przeszłość jest głęboko w naszym DNA, a im szybciej człowiek godzi się z faktem, że nie da się od niej uwolnić, tym szybciej uruchomi swój potencjał.
Siân wchodzi z przyjaciółką do baru, drzwi się zamykają i tłumią głośną muzykę. Od frontu jest wielka witryna, ale wkrótce ustawia się kolejka i zasłania mi widok. Za długo nie widziałem Siân, stanowczo za długo, i niech mnie diabli, jeśli mam wytrzymać jeszcze choćby chwilę.
Wysiadam z auta, drzwi się zatrzaskują, a ja poprawiam broń pod koszulą. Jako dodatkowy środek ostrożności wkładam skórzaną kurtkę. Dzisiaj pewnie absolutnie nie będę potrzebował broni, ale nigdzie się bez niej nie ruszam.
Przecinam jezdnię i podchodzę na przód kolejki, ignorując gniewne okrzyki wkurzonych ludzi czekających na wejście. Bramkarz przyjmuje ode mnie stówę i odsuwa się, żeby mnie wpuścić. Uderza mnie intensywna woń papierosów i alkoholu. W środku jest głośno, muzyka zagłusza rozmowy. Gęsta chmura dymu zbiera się pod sufitem, oblepionym smołą osiadającą na nim przez całe lata. Zaraz na lewo od wejścia przy barze stoją liche stołki bez oparcia. Na ścianach wiszą stare zdjęcia, plakaty reklamujące piwo i inne przestarzałe już materiały marketingowe.
Jest ciasno, ludzie kołyszą się w tańcu, rozmawiają, piją. Nie wyobrażałbym sobie Siân w takim miejscu. Nie należy do osób intensywnie imprezujących, a kiedyś w ogóle trzymała się na uboczu.
Szukam jej, rozglądam się i po chwili znajduję ją przy barze. Bezskutecznie próbuje przywołać gestem barmana, z każdą sekundą rośnie jej frustracja.
Taksuję ją wzrokiem, przez dłuższą chwilę zatrzymuję się na tyłku. „Życie zdecydowanie dobrze się z nią obeszło”. Siân się odwraca, przez moment widzę jej twarz. Tak jak tam, w samochodzie, staje mi na jej widok. Zielone oczy spoglądają w moją stronę, ale raczej mnie nie widzi. Wydyma usta i odwraca się znowu w stronę barmana.
Z niecierpliwości aż mam dreszcze, jak automat ruszam w jej stronę. Oto odezwało się przeznaczenie i moja topolina wreszcie pozna moje imię. Na koniec je wykrzyczy.
Rozdział drugi
Siân
W powietrzu unosi się intensywny zapach dymu, potu i wódki, wypełnia mi nozdrza, z każdym oddechem wciągam go do płuc. Kyla stoi koło mnie w tłumie ludzi przy barze. Bardzo nie chciałam tu przychodzić, ale ona nalegała.
– Kiedy mają przyjść Josh i Taj, bo zapomniałam?! – krzyczy mi do ucha, aż wibruje mi bębenek. W łoskocie muzyki nie słyszę własnych myśli.
Z jękiem wyciągam z kieszeni spodni telefon. Dżins przylega do mnie jak druga skóra. Naprawdę wolałabym być w domu, w wygodnym dresie czytać książkę, popijając wino, a tymczasem… cóż, jestem tutaj. Sprawdzam godzinę na ekranie, który się właśnie rozświetlił.
Spóźnia się. Po prostu się, kurna, spóźnia. Bardzo bym chciała powiedzieć, że to nietypowe, ale niestety jest wręcz przeciwnie.
– Spóźniają się. Dokładnie to dziesięć minut – krzyczę jej do ucha, wsuwając telefon z powrotem do kieszeni.
Kyla kiwa głową, pomiędzy uszminkowane na różowo wargi wsuwa szyjkę butelki, którą zamówiła przed chwilą. Ja piję wodę, ponieważ alkohol wyluzowuje, a ja jestem najmniej szaloną osobą na świecie, i to nie bez powodu.
– Gdyby Josh nie był taki seksowny, olałabym go i znalazłabym sobie kogoś w tym tłumie. Dzisiaj widzę tu dziesiątki wartościowych kandydatów.
Cała Kyla. Zabawna, lekkomyślna i zawsze szukająca następnej podrywki. Moje absolutne przeciwieństwo.
– Łatwo ci mówić. Josh nie jest twoim chłopakiem. – Staram się ukryć rozczarowanie, ale szczerze muszę przyznać, że w moim związku od dawna sytuacja nie wygląda różowo.
Mamy problemy i chociaż chyba żadne z nas nie chce tego powiedzieć głośno, nasze drogi się rozchodzą. Zaczęło się od fizyczności. Nigdy nie zamierzałam się w to angażować uczuciowo, ale zaczęłam się przejmować Tajem. Przeżyłam z nim swój pierwszy raz, choć wiedziałam, że nie powinnam. On był moim wykładowcą, ja pracowałam jako jego asystentka.
Moralnie przekroczyliśmy zakazaną granicę, ale moralność miałam w dupie. Szkoda życia na roztrząsanie, co innym wydaje się właściwe. Zasłużyłam na uzyskaną ocenę, czy mu obciągałam, czy nie.
To nie jest mój najważniejszy problem. Nie, mój problem to upiorne uczucie, które wszędzie mi towarzyszy. Odkąd przyjechałam do Ameryki, uciekam. Uciekam przed wyobrażonym cieniem, któremu nie mam szans umknąć i którego nie widzę. Wiem tylko, że jeśli ten cień mnie dopadnie, zginą wszyscy, których kocham, którzy są dla mnie ważni.
Już kiedyś tak się stało i nie pozwolę, żeby to się powtórzyło.
Dlatego nigdy nie wchodziłam w poważne związki – żeby mojemu ewentualnemu partnerowi nie stała się krzywda. I żebym sama go nie zraniła, znikając bez słowa, gdybym musiała uciekać.
W życiu bym nie chciała, żeby mnie ktoś tak narażał, więc i sama nie narażam tak nikogo. Taj nie jest jednak jak inni, co doprowadziło do mojego obecnego kłopotliwego położenia. Nachylam się do ucha Kyli.
– Wiesz, że nie mogę zerwać z Tajem, skoro próbujesz poderwać jego najlepszego kumpla. To skomplikuje sprawy.
– Za dużo o tym myślisz. Jak chcesz z nim zerwać, to zerwij. Co on na to powie?
– Nie chodzi o to, co powie. Chodzi o to, co się stanie, jeśli zerwiemy, a ty dalej będziesz się widywać z Joshem.
Kyla pociąga z butelki wielki haust piwa. Patrzy na mnie szarymi oczami, a we mnie kipi irytacja. Może jestem zazdrosna o jej beztroskę? A może chodzi o to, że ona nie musi uciekać, jeśli chce ocaleć, nie musi co chwila zerkać przez ramię i sprawdzać, czy nie dogania jej sadystyczny prześladowca.
Już mam jej powiedzieć, że wychodzę, gdy coś mnie zatrzymuje.
Nie. Nie „coś”.
– Obie wiemy, że nie zostanę z żadnym facetem na tyle długo, żeby się zrobiło poważnie. Bzykniemy się parę razy, a potem jak dwoje dorosłych osób pójdziemy dalej.
Kręcę głową.
– Zupełnie nie bierzesz pod uwagę…
Przerywa mi, przykładając mi palec do ust.
– Ej, co robisz? – bełkoczę i próbuję strącić jej rękę.
A wtedy zauważam, że ona dosłownie skamieniała. Szeroko otwarte oczy błyszczą pożądliwie. Takiego jej spojrzenia jeszcze nigdy nie widziałam. Moja przyjaciółka kojarzy mi się z zajączkiem, który uwięziony w sidłach, czeka na atak drapieżcy.
– O ja pierdolę. Gdyby diabeł tu przyszedł w ludzkiej postaci, wyglądałby właśnie tak.
Przez łoskot muzyki ledwie ją słyszę, ale zaciekawiona odwracam się i zerkam na wejście. Mam wrażenie, że wszyscy zebrani w klubie patrzą na tego człowieka tak samo jak my.
Tylko że ja od razu mam ochotę odwrócić wzrok. Z moich płuc ucieka powietrze, czuję się, jakbym oddychała przez słomkę. Kim jest ten człowiek i dlaczego robi na mnie takie dziwne wrażenie?
Ciarki przebiegają mi po plecach i chociaż bardzo chcę odwrócić wzrok, to nie mogę. Fizycznie nie jestem w stanie, po prostu muszę się w niego wpatrywać. Przełykam gulę, która już mi urosła w gardle, i staram się nie okazywać zainteresowania. Nie jest to jednak łatwe, kiedy facet wygląda jak z okładki jakiegoś cholernego magazynu.
Chociaż panuje tu półmrok, doskonale widzę, że ma przenikliwe niebieskie oczy. Są wpatrzone we mnie, jakaś ciężka dłoń zaciska mi się na gardle. Otaksowuję wzrokiem potargane blond włosy i całe ciało. Ma skórę o barwie prażonych migdałów. Nosi opięte dżinsy, doskonale dopasowane do perfekcyjnie rzeźbionej sylwetki.
Biały T-shirt też idealnie leży na szerokich ramionach, pod materiałem widzę zarys mięśni. Ślina napływa mi do ust, mimowolnie oblizuję wargi. Dopełnieniem zestawu są skórzana kurtka i czarne buty za kostkę.
– To żaden diabeł, to typowy złoczyńca żywcem wyjęty z każdej bajki – mówię bardziej do siebie niż do Kyli, odwracając się do niej. Przez cały czas stoi jak skamieniała.
Teraz uśmiecha się w końcu.
– I ten złoczyńca idzie prosto w twoim kierunku, kochana. Korzystaj z okazji.
Wznoszę oczy do nieba, próbuję uciszyć fale pożądania przetaczające się po moich trzewiach. Ciągle przecież spotykam się z Tajem, a Wysoki Mroczny Przystojniak to ostatnie, czego w życiu teraz szukam.
Sekundę później porusza się powietrze wokół mnie. Jeżą mi się włoski na karku, oddycham z trudem. O Boże. W ogóle przecież nie znam tego człowieka, więc dlaczego on robi na mnie takie wrażenie? Dlaczego takie dziwne? I przede wszystkim dlaczego nie uciekam, choćby do damskiej toalety? To do mnie niepodobne. Ryzyko to nie moja bajka. Nie rozmawiam z obcymi mężczyznami, których przypadkiem napotkam w knajpie.
Od ucieczki dzielą mnie dosłownie sekundy, mózg w końcu odnotowuje panikę, gdy czuję na skórze ciepło ciała tego faceta.
– Dobry wieczór paniom.
Głęboki głos sięga do moich trzewi, rozchodzi się tam jak dym. Zaschło mi w ustach, zdrętwiały język stał się całkowicie bezużyteczny.
– Hej. Ja mam na imię Kyla, a to jest Siân – mówi oczywiście moja przyjaciółka z olśniewającym uśmiechem.
Chyba nie istnieją żadne słowa, którymi dałoby się opisać, jak przystojny jest ten mężczyzna. Jego blond włosy lśnią w migoczącym świetle. Są trochę potargane, jakby właśnie je przegarnął dłonią. Po bokach przystrzyżone odrobinę krócej, a na czubku głowy na długość palca.
Rysy twarzy ma mocne, ostro ciosane, ale męskie, wyraziste. Kości policzkowe wysokie, szczęka kwadratowa. Całym sobą komunikuje: „Jestem zły i doskonale o tym wiem”. Zwykle to pierwszy sygnał, że powinnam się obrócić na pięcie i rzucić do ucieczki, ale tym razem muszę przyznać, że ten mężczyzna mnie intryguje.
Pełne, bardzo kuszące usta rozciągają się właśnie w uśmiechu. Wiem, że to uśmiech drapieżcy, choć nigdy kogoś takiego nie widziałam.
– Miło mi poznać, jestem Christian.
Doskonale sobie wyobrażam, jak w głowie Kyli obracają się trybiki. Będzie chciała nas umówić. Cholera. Otwieram usta, by coś powiedzieć – chociaż jeszcze nie wiem, co by to miało być – ale ona jest szybsza.
– Muszę was na chwilę przeprosić. Dotrzymasz towarzystwa mojej przyjaciółce, Christianie?
Robię do niej groźną minę, ale muszę przestać, bo Christian kieruje na mnie wzrok. Ożeż.
– Może ja potowarzyszę tobie? – proponuję Kyli.
Uśmiecha się, jak przystało na jędzę.
– Nie, nie. Zostań z naszym nowym znajomym. Ja zaraz wracam.
Jasne. Kiedy ostatnio tak zrobiłam, musiałam przetrząsnąć całą knajpę, zanim ją znalazłam. Odprowadzam ją niespokojnym wzrokiem, miotając płomienie oczami. Jeszcze mi za to zapłaci.
– Dlaczego mi się wydaje, że nie lubisz zostawać sama z osobą, której nie znasz? – Pytanie Christiana odrywa moją uwagę od podłej przyjaciółki.
Odwracam się do niego i staram się za wszelką cenę ukryć, jak bardzo mnie onieśmiela jego powierzchowność. Wzruszam ramionami.
– Chyba jak każda bystra kobieta w knajpie z przyjaciółką?
Dokoła mnie unoszą się knajpowe zapachy, ale ogłuszający zapach Christiana jest silniejszy. Pachnie pikantnie, goździkami, niebezpieczeństwem i grzechem. Jak idiotka mam ochotę się nachylić i wciągnąć głęboko tę woń, ale to… to byłoby chyba dziwne.
– Nie kobieta szukająca podrywki, a do takich na pewno należy twoja przyjaciółka. Ale ty…
Zjeżyłam się.
– Tak? Czego ja szukam?
Wzrusza ramionami. Powietrze wokół nas syczy, musuje, czuję coraz większe przyciąganie. Mówię sobie, że to wszystko to tylko gra mojej wyobraźni, ale chociaż dopiero co go poznałam, odczuwam to gdzieś głęboko w trzewiach. Podchodzi barman, Christian zamawia burbon. Po chwili staje przed nim kryształowa szklanka. Nie spuszczam go z oczu, gdy nią kręci i bierze duży łyk. Nawet się nie wzdryga, patrzę, jak przesuwa się jego jabłko Adama, jak mięśnie się naprężają. Nie mogę przestać.
– Myślę, że szukasz rozrywki.
Ściągam brwi w zmieszaniu.
– Rozrywki? Co masz na myśli? Ja już się świetnie bawię!
Śmieje się, głębokim, gardłowym śmiechem, od którego wszystkie dreszcze świata przebiegają mi po plecach.
– Jeśli to jest twoim zdaniem zabawa, to chciałbym zobaczyć, jak rozumiesz odpoczynek i odprężenie.
– Sugerujesz, że jestem nudziarą? – pytam, marszcząc nos.
Upija kolejny łyk burbona i odstawia szklankę na kontuar.
Jego sugestia trochę mnie wkurza, ale nie okazuję tego, przynajmniej tak mi się zdaje. Dzieli nas kilkanaście centymetrów, a jednak on jakimś cudem przysuwa się bliżej, narusza moją przestrzeń. Ma co najmniej metr osiemdziesiąt, a ja niespełna metr sześćdziesiąt, wyglądam przy nim jak kurdupel. Muszę zadzierać głowę, żeby patrzeć mu w twarz.
Miłosiernie się trochę nachyla. W jego oddechu wyczuwam cynamon, no i wypity burbon. Zatrzymuję wzrok na jego wargach, tak długo, że wyobrażam sobie, jak mnie całuje. Czy pocałowałby mnie mocno, pożerając mnie całą, czy może delikatnie, muskając moje wargi lekko jak piórko? Jego głos wyrywa mnie z letargu.
– Sugeruję, że… jesteś pełna rezerwy. Nie wyglądasz na osobę, która podejmuje ryzyko. Sprawiasz wrażenie… – Jego wzrok wędruje po całym moim ciele i przysięgłabym, że wypala mi na skórze ślady. – Przezornej.
Policzki mi płoną. Wytrącił mnie z równowagi albo jestem zakłopotana… Tak! Zakłopotana. Ten człowiek, którego widzę pierwszy raz w życiu i o którym nic nie wiem, właśnie mnie obraził.
– Przezornej?! – Aż mi głos przechodzi w pisk.
Christian się uśmiecha. Gdybym miała dość ikry, starłabym mu ten uśmiech z ust. Ten facet jest onieśmielający, nadęty i prawdę mówiąc, w ogóle go nie lubię. Przede wszystkim dlatego, że czyta we mnie jak w książce, jak nikt inny. A to jest przerażające, ponieważ to po prostu jakiś nieznajomy.
Nie wiadomo skąd pojawiają się nagle jego ręce, gwałtownie wciągam powietrze, gdy opuszkami palców dotyka mojego policzka – odgarnia mi z twarzy pasma włosów. Jego palce są zrogowaciałe, wyobrażam sobie, jak dotyka mnie w takich miejscach, których dotykania nie powinnam sobie wyobrażać, zwłaszcza przez kogoś, kto może być niebezpieczny.
– Nie mam na myśli nic chamskiego. Chodzi mi o to, że wydajesz się ostrożna, w sensie: nigdzie nie chodzisz sama i na pewno nie rozmawiasz w knajpie z nieznajomymi.
Oblizuję wargi.
– Nie mylisz się. Zwykle nie rozmawiam z nieznajomymi. Wręcz nawet nie lubię chodzić do baru, ale przyjaciółka zawsze mnie wyciąga, kiedy sama ma ochotę iść. W kółko powtarza, że trzeba wychodzić z domu, socjalizować się, spotykać się z ludźmi.
– No i w sumie ma rację. Dobrze wychodzić, a jeszcze lepiej podejmować ryzyko. Nigdy nie wiadomo, czy nie wyniknie z tego coś cudownego.
Coś mi mówi, że facet ma na myśli spotkanie z nim.
– Masz na myśli znajomość z tobą?
Widzę, jak szybkim ruchem języka oblizuje dolną wargę. Palce stóp mi się podkurczają w butach. Temperatura powietrza wokół nas wyraźnie rośnie.
– No tak, znajomość ze mną, jasne. To będzie najlepszy punkt twojego wieczoru, obiecuję.
Na takie aroganckie słowa uśmiecham się, przewracając oczami.
– Jesteś bardzo pewny siebie.
– A ty jesteś przepiękna. Mówił ci to już ktoś?
No nie wierzę, po prostu nie wierzę – rozmawiam z nieznajomym w pubie pełnym ludzi, a facet mi mówi, że jestem piękna. Znowu się napominam, że to nie jestem ja. Nie jestem tą osobą.
– Zdarzyło się… – Urywam, bo poczułam, jak odzywają się moje lęki. – A powiedz, co ciebie przyciągnęło właśnie do nas? Przecież nie jestem tutaj jedyną pięknością.
W jego niebieskich oczach migocze coś znajomego, ale umyka mi, co to konkretnie jest.
– Nie jestem pewien. Po prostu zobaczyłem twoją twarz i coś kazało mi podejść. Może to przeznaczenie?
– Nie wierzę w przeznaczenie – oświadczam bezpardonowo.
– Doprawdy? – Unosi brew. – A w co wierzysz?
– Wierzę, że co ma być, to będzie. Nie mamy na to wpływu.
– To dość bliskie definicji przeznaczenia – kwituje moją wypowiedź z niekwestionowanym sarkazmem. Milczę, więc mówi dalej: – Wydaje mi się, Siân, że jeśli naprawdę, ale tak naprawdę czegoś pragniesz, to zrobisz, co w ludzkiej mocy, żeby to dostać. Nie cofniesz się przed kłamstwem, targiem czy nawet kradzieżą. A jeśli będzie trzeba, to sobie to coś po prostu weźmiesz.
Mam wrażenie, że nasza rozmowa zbacza w dziwnym kierunku. W mojej głowie miga światło ostrzegawcze. Nie powinnam przekraczać tej linii, nie powinnam podejmować takiego ryzyka, przecież nie znam tego człowieka. No ale może on ma rację. Może czas trochę pożyć. Od piętnastu lat nic, tylko się martwię. Co mi zaszkodzi jednego wieczoru zaryzykować i się zabawić?
Rozglądam się po pomieszczeniu za plecami nieznajomego. Taja ciągle nie ma. Jestem ostrożna? Mężczyzna, którego w ogóle nie znam, widzi, że jestem żałosna i zamknięta w sobie, że się boję i brakuje mi wiary w siebie.
Czy muszę się bać? Minęło pięć lat… Znowu kieruję wzrok na Christiana. On cały czas na mnie patrzy. Nie, nie tyle na mnie patrzy, ile wręcz świdruje wzrokiem, widzi mnie na wskroś.
– I czegóż to tak pragniesz, Christianie? – Jego imię artykułuję pożądliwie.
Nachyla się do mnie, niemal dotyka moich ust swoimi wargami. Jest teraz tak blisko, że czuję, jak pod koszulką bije jego serce. Jest we mnie, w mojej głowie, pod moją skórą, wdziera się w moje zmysły.
Wreszcie się odzywa, mówi szeptem, tak cichym, że nie jestem pewna, czy się nie przesłyszałam.
– Ciebie.
Głośno przełykam ślinę i właśnie wtedy wraca Kyla, zbliża się do nas powoli, z uśmiechem na twarzy. Christian na jej widok cofa się o krok, a ja gwałtownie wciągam powietrze. Dopiero teraz zauważyłam, że na chwilę przestałam oddychać.
– Nie przeszkadzam? – pyta moja przyjaciółka, biorąc z kontuaru swoje piwo.
Wycieram o spodnie spocone dłonie.
– Nie, oczywiście, że nie. Po prostu rozmawialiśmy. – Raczej działo się między nami coś niewyjaśnionego. Nie wiem, o co chodzi z tym mężczyzną, ale czuję z nim więź, jakiej nigdy dotąd z nikim nie czułam.
– O, patrz, w końcu przyszli Taj i Josh – mówi Kyla. Oczy jej tak rozbłysły, że oboje z Christianem musimy obejrzeć się na wejście.
Od razu ich dostrzegam. Obaj stoją i się rozglądają, wyróżniają się, pasują tu jak wół do karety. Kyla najwyraźniej podjarała się na widok Josha.
Klub, w którym się umówiliśmy, nie należy do eleganckich, ale moim zdaniem Taj mógł chociaż zrzucić swój dziwaczny strój wykładowcy. Ruszają w naszą stronę, a ja, sfrustrowana, głośno przełykam ślinę. A potem podnoszę wzrok znowu na Christiana. On nie odrywa oczu od Taja. Patrzy zimno, a rysy jego twarzy są wykrzywione pogardą. Musiał poczuć, że patrzę na niego, bo bierze się w garść i kieruje wzrok na mnie, a na jego ustach pojawia się złowieszczy uśmiech.
– Na mnie już chyba czas, ale cieszę się, że się poznaliśmy, Siân. Może jeszcze się zobaczymy.
Kiwam głową, zaskoczona tym szorstkim pożegnaniem. Odchodzi i prawie trąca ramieniem Taja. Czuję dziwne zimno w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą stał ten tajemniczy mężczyzna. Tymczasem zbliża się do mnie mój chłopak, po jego twarzy widać, że jest zdezorientowany.
– Czy ten typ ci się narzucał? – pyta z troską.
Kręcę głową.
– Nie. Nawet go nie znam. – Odniosłam natomiast wrażenie, że on zna mnie.
– Super. – Obejmuje mnie, czuję ciepło jego skóry, a moje nozdrza wypełnia czysty zapach jego wody po goleniu, ale to nie to, czego pragnę. Jestem ostrożna, a to mój bezpieczny wybór. Nie wiedzieć czemu słowa tajemniczego nieznajomego brzmią mi w głowie już przez cały wieczór. – Przepraszam za spóźnienie. Coś się wydarzyło na uczelni i musiałam zostać dłużej, żeby powystawiać oceny.
– Nic się nie stało – kłamię.
Bo owszem, stało się. Wszystko się stało. Wszystko z Tajem jest bezpieczne, od jego rudawych włosów zaczynając, na zielonych oczach kończąc. Ma dobrą pracę, złote serce, ale nie jest osobą, której chcę. Chcę czegoś innego… kogoś innego.
– Halo, Ziemia do Siân. – Ujmuje moją twarz w dłonie, żebym musiała na niego spojrzeć.
Patrzę w te zielone źrenice. Jego twarz się uśmiecha, do mnie.
– Wszystko w porządku. Może zamówimy drinki i spędzimy już razem ten wieczór?
Uśmiecham się z przymusem i ruszam z Tajem do baru.
W głowie mam jedną myśl: Teraz nie jest w porządku, dopiero będzie.
Rozdział trzeci
Christian
Powiedziałem, że jest rozważna, ale rzeczywiście lepiej by pasowało słowo „nudna”. Minął tydzień, odkąd zaczepiłem ją w pubie, i coś mi się wydaje, że jak na nią to był mega rozrywkowy moment. Nie, nie wydaje mi się – jestem tego, kurwa, pewien.
Gdy wtedy wyszedłem z lokalu, robiłem to, co mi wychodzi najlepiej – obserwowałem. Siedziałem przed knajpą, czekałem cierpliwie, aż ona wyjdzie. O dziwo, wyszła sama. Przez tych kilka minut naszej rozmowy nie wspomniała, że kogoś ma, ale kiedy Kyla napomknęła, że przyszli faceci, na których czekały, Siân tak się spięła, że dodałem dwa do dwóch. Szeroki uśmiech jednego z przybyszów zdradził, że to jej chłopak. Jeszcze muszę ustalić, czy to Josh, czy Taj. Za szybko stamtąd wyszedłem, żeby się zorientować. Ale obstawiam, że to ten, z którym się zderzyłem w drodze do wyjścia – wystarczy mi wyraz obrzydzenia na jego twarzy.
Pewnie tym lepiej, że wyszła z tej knajpy sama, bo gdyby wyszła z nim, zabiłbym go na jej oczach, a mój plan by się zjebał, zanim zacząłbym go realizować. A ja niczego tak nie cierpię, jak zjebanego planu – może jeszcze świadomości, że jakiś dupek spędza czas z moją kobietą. A tu zrządzeniem losu nie musiałem nikogo zabijać.
Śledziłem ją tamtej nocy z dość niewielkiej odległości, na tyle dużej, by mnie nie zauważyła po drugiej stronie ulicy. Mieszka z Kylą w niewielkim domku raptem kilka przecznic od kampusu i baru. A wiem to, bo obserwuję ją już tak długo, że widziałem, jak Kyla wchodzi do tego samego domu, posługując się swoim kluczem.
Po drodze mimowolnie zauważyłem, że jest płochliwa – że się ogląda za siebie co chwilę i ciasno obejmuje się ramionami.
Za to też może mi podziękować.
Moja biedna topolina, taka mała i przestraszona w tym wielkim złym świecie. Mój wewnętrzny sadysta był w swoim żywiole. Na tę myśl nie powinienem się uśmiechnąć szeroko, ale się uśmiecham. Potulność, nieustanny strach i pragnienie ucieczki – to muzyka dla mojej duszy. Gdybym nie miał już dla nas planów, dogoniłbym ją i przypomniał te gierki, w które graliśmy, zanim musiałem ją opuścić.
Tymczasem zaczekałem, aż weszła do domu i po chwili włączyła światło na piętrze. I od tego czasu dzień w dzień ją obserwuję. Spod latarni po drugiej stronie ulicy doskonale widać okno jej sypialni. Niestety, opuszcza żaluzje, więc widzę tylko jej sylwetkę. Zastanawiałem się, ilu chłopców z okolicy się brandzluje, patrząc na cień jej nagiego ciała.
Stara się być niezauważona, tylko że kiedy się tak starasz, często tym bardziej przyciągasz uwagę. Ludzi nie interesuje życie osób, które nie mają nic do ukrycia. Najbardziej ich intrygują nieśmiali. Ich skrytość, powściągliwość jest najgłośniejsza. Nawet jeśli przemykają przez życie na paluszkach, nie są w stanie się ukryć.
Na rutynę Siân składają się kawiarnia, szkoła, dom i od czasu do czasu wieczorne wyjście z Kylą. W kółko to samo. Zachowawcze i nudne.
Postanowiłem dać jej więcej czasu, żeby się jeszcze nacieszyła resztkami swojej żałosnej egzystencji, którą wybrała. Poza tym dzięki temu miałem czas dowiedzieć się wszystkiego o tym jej nowym życiu. To się już stało i dziś zaczynamy fazę drugą mojego planu.
„Sprawić, żeby się we mnie zakochała”.
I dlatego tu jestem – w kawiarni. W miejscu, w którym w innym wypadku moja noga by nie postała. Zalew głosów, głośne dźwięki ekspresów do kawy, ludzie stukający w klawiatury i zapachy – mielonej kawy, przypraw, gorącego mleka. Nienawidzę tego. Ale jestem tu z powodu Siân. Ona jest powodem wszystkiego.
– Czym mogę służyć? – pyta drobna baristka.
Uśmiecha się i taksuje mnie wzrokiem. W jej oczach pojawia się błysk, do którego jestem już przyzwyczajony. Pożądanie, pragnienie – wszystkie one są takie same, zaślepione przez libido i przystojną twarz.
– A co pani poleca? – Co prawda odpowiedź kompletnie mnie nie obchodzi, ale pozory są ważne, jeśli wszystko ma przebiec bez zakłóceń.
– Hmmm… – mruczy śpiewnie i kątem oka widzę, że przestępuje z nogi na nogę. – Zależy, na co ma pan ochotę. – Nachyla się i prezentuje mi dekolt, bardzo wyeksponowany w głębokim wycięciu uniformu.
No proszę, kolejna dziewczyna dająca sygnał, że szuka okazji do seksu. Skłamałbym, gdybym powiedział, że ma słabe cycki, ale pozostaję niewzruszony jej bezczelnymi zakusami. Dla mnie liczy się tylko jedna kobieta, a ta niegodna jej butów czyścić.
Aby ruszyć sprawy do przodu, wybieram pierwszą z brzegu pozycję.
– Poproszę cappuccino.
Nabija należność na kasę, płacę gotówką, a potem ustępuję miejsca osobie stojącej za mną. Siadam przy stoliku w rogu. Jeśli wierzyć zegarowi wiszącemu za kasą, Siân będzie tu lada chwila.
Jak na zawołanie widzę nad ogrodzeniem czubek jej głowy. Idzie pochylona, z jednego ramienia zwisa jej torebka, z drugiego plecak, jest pochłonięta telefonem. Po chwili wchodzi do głośnej kawiarni i wtapia się w grupę innych klientów. Nie staje jednak w kolejce jak wszyscy, tylko podchodzi od razu do stanowiska odbiorów, gdzie już czeka na nią zamówienie.
Wstaję i ruszam w jej stronę. Podłoga jest brudna, muzyka głośno gra z głośników na ścianach, na moje szczęście jest pełno ludzi. Idę prosto do niej, przegarniam palcami włosy i wyciągam z kieszeni foremkę z woskiem. Siân dalej rozmawia z baristką, zupełnie nieświadoma mojej obecności.
Odrzuca włosy na plecy i uśmiecha się ponuro do kobiety za ladą, mówiąc:
– Dzięki, Angela, dobrze, że dziś zamówiłam z wyprzedzeniem.
I gadają.
Ponieważ torebkę ma szeroko otwartą, bez trudu wyciągam z niej klucze. To też szybko zauważyłem – chociaż wydaje się ogólnie bardzo czujna, najwyraźniej nie troszczy się o swoje rzeczy. Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby zamykała torebkę. Gdyby ktoś chciał ją okraść, zrobiłby to bez problemu.
Angela opowiada, jaki jest straszny ruch, a moja topolina udaje zainteresowaną. Płynie z prądem, by wydawać się równie normalna jak otoczenie. Trochę mi smutno, że jeszcze nie zrozumiała, że tacy ludzie jak my nie mogą mieć normalnego życia. Ale odganiam te myśli i robię w wosku odcisk jej klucza. Niestety, nie mam szansy odłożyć jej własności do torebki, bo Siân już rusza.
– Dzięki, Angela. Dam ci już wrócić do pracy i do zobaczenia jutro. – Kiwa głową i podnosi kubek do kobiety.
– Kurwa – klnę pod nosem. Jeśli się nie pospieszę, ona się zorientuje, że nie ma kluczy.
Z braku lepszego pomysłu robię to, co mogę, i zderzam się z nią, celowo wytrącając kubek z jej dłoni. Gorący płyn rozpryskuje się po podłodze, a także na moje buty.
– Oż cholera! – klnie.
Chwyta serwetki z kontuaru i rzuca się sprzątać bałagan, którego narobiłem. I tak się na tym koncentruje, że odstawia torebkę na podłogę.
– Bardzo przepraszam – mówię. Sam chwytam garść serwetek i dołączam do niej na podłodze, ciałem zasłaniając jej widok. – Niepotrzebnie się tak spieszyłem.
Nie podnosi wzroku. Skupia się na zmarnowanym napoju. Nie spuszczając jej z oka, wrzucam klucze do jej torebki. Opierając dłoń na kolanach, wykręcam szyję i udaję, że dopiero teraz ją poznaję.
– Jaka miła niespodzianka! – mówię wesoło.
– Serio? Miła niespodzianka? Człowieku, wytrąciłeś mi kawę z ręki – łaje mnie, nawet na mnie nie zerknąwszy.
– A teraz zaproponuję ci nową.
W chwili gdy to mówię, woła mnie baristka:
– Cappuccino dla Christiana!
To przykuwa uwagę Siân, bo podrywa głowę i na mój widok głośno wciąga powietrze. Jednocześnie podnosimy się z podłogi, ja wyjmuję jej z dłoni mokre serwetki. Dotykamy się koniuszkami palców, ona cofa rękę i prostuje się gwałtownie. Znowu coś udaje, stara się nie sprawiać wrażenia bezbronnej i wytrąconej z równowagi.
Wyrzucam śmieci, oglądając się na nią. Śledzi mnie wzrokiem, gdy idę odebrać swoją kawę, o której zdążyłem już zapomnieć. Kiedy znowu odwracam się do Siân, jej zielone oczy są otwarte szeroko, trochę jak w tamten wieczór w klubie. Reaguje na mnie, i to w sposób, który ją niepokoi. Choć nie powiedziałbym, że się jej nie podoba. Nie, co to, to nie.
Oddech jej przyspiesza, policzki lekko się różowią, bo jest urzeczona. Wdzieram się do jej umysłu, wspomnienie tamtych chwil w knajpie staje się coraz wyrazistsze. Teraz skupia się tylko na moich słowach, na niczym innym nie jest w stanie.
Czytam w ludziach jak w otwartej księdze, Siân nie należy do wyjątków. To widać wyraźnie w tym, jak się porusza – jakby w każdej chwili była gotowa się cofnąć, przez co wydaje się niezdecydowana. Jak kieruje wzrok na wszystko, byle nie patrzeć na to, co przed nią. Spłycony oddech, gdy jestem w pobliżu. Wybrzmiewa to głośno i wyraźnie w tym, jak jej ciało się napina na wzmiankę o dwóch mężczyznach, którzy przyszli umówieni z nią i Kylą. I w tym, jak się niemal odsunęła, by nie być za blisko mnie. Życie, na które się zdecydowała, tłamsi ją, w głębi duszy moja topolina czeka na kogoś takiego jak ja.
Siatka asekuracyjna, którą się obudowała, rozpadła się w chwili, gdy nasze spojrzenia spotkały się po raz pierwszy w gęstym od dymu papierosowego barze.
– Christian… – szepcze po chwili, gdy ja odbieram kawę.
Odwracam się i widzę, jak zbiera swoje rzeczy z podłogi. Pochyla głowę, odgarnia za ucho pasmo włosów.
Przysuwam się do niej ze znaczącym uśmiechem.
– A więc jednak zrobiłem na tobie wrażenie. Zapamiętałaś moje imię, a to znaczy, że jesteśmy na dobrej drodze. – Mocniej ściskam kubek z kawą, oblizuję usta i nie mogę się powstrzymać od żartobliwego uśmiechu.
Siân śledzi ruch mojego języka, oddycha teraz płytko, szybko. Jej pełne usta drgają, gotowe, by ułożyć się w uśmiech. Żeby się go pozbyć, przygryza dolną wargę. Mam ochotę wyciągnąć rękę i przesunąć po niej opuszkiem kciuka.
Ale nie robię tego. To długa gra, a ja zbyt dobrze się bawię. Kiedy ją wezmę, to całą, caluteńką, a ona będzie mnie o to błagać.
– Doprawdy? – pyta po chwili. – A co to za droga?
Przysuwam się o cal, tak żeby po prostu musiała podnieść na mnie wzrok. Boże, pod tym kątem wygląda tak zajebiście seksownie. Jest drobna, pewnie ma niewiele ponad metr pięćdziesiąt, może to nie jest wzrost średni, ale nie jest tak niska, by całowanie jej stanowiło problem.
Jej lekki, naturalny makijaż idealnie się prezentuje przy śniadej cerze. Jasnozielone oczy i całuśne usta to najważniejsze punkty jej twarzy. Szkoda by było je zakrywać grubą warstwą kosmetyków.
– Droga, na której się spotykamy – żartuję i wyciągam rękę, by odgarnąć jej włosy za ucho, a ona, tak jak poprzednio, płonie rumieńcem.
Siân kiwa głową i odwraca wzrok, po czym znowu go na mnie unosi. To słaba próba ukrycia, jak na mnie reaguje.
– Racja, jak mogłam zapomnieć! Los! – mówi kąśliwie.
– Właśnie. – Przez chwilę taksuję ją wzrokiem, każdy cal zapisując w pamięci. – Pozwól, że kupię ci nową kawę. Przeze mnie wylała się tamta, a na pewno potrzebujesz kofeiny, sądząc po tym, jaka jesteś nerwowa. No i chyba masz zniszczoną bluzkę.
– Nerwowa? Co to niby ma znaczyć?
Spokojnie, dziewczyno. Proszę, proszę, jak łatwo się unosisz. Dobrze wiedzieć.
– To, co powiedziałem.
Wznosi oczy do nieba, a potem zauważa wielką plamę na brzegu bluzy. Ramiona jej opadają, z ust wydobywa się cichy jęk. Kutas dyga mi na ten dźwięk.
– Cholera… W ogóle tego nie zauważyłam. – Wzdycha. – No trudno. To tylko ubranie, nic się nie stało.
– Och, nie żartuj. Pozwól, że kupię ci nową kawę i nową bluzę. Na pewno gdzieś tu są jakieś sklepy, prawda?
– Nie – burmuszy się. – Nie ma sprawy. Już i tak się spóźniłam na zajęcia.
– No cóż, w takim razie weź chociaż to. – Podaję jej swój kubek. – A ja się zgadzam na odroczenie spotkania i wtedy postawię ci kawę… albo coś lepszego.
Siân wpatruje się w kubek w mojej dłoni i kręci głową, choć ewidentnie ma chrapkę na moje cappuccino.
– Nie, nie wezmę twojej kawy.
– Nalegam. – Chwytam jej dłoń i siłą otaczam kubek jej palcami.
Impuls elektryczny przebiega moje opuszki, całą rękę i dalej, aż włosy stają mi dęba. Reszta mojego ciała też jakby budzi się do życia – serce mi przyspiesza, oddech staje się płytszy, a moja męskość znów rozpycha spodnie. I to wszystko mija, gdy tylko ona cofa dłoń. Całe lata się zastanawiałem, jak to będzie dotknąć jej skóry, i jest dokładnie tak, jak sobie wyobrażałem. Miękko i jak dla mnie zbyt delikatne.
– A ty co wypijesz? – pyta.
– Naprawdę nie ma problemu. Nawet nie za bardzo lubię kawę.
Ściąga brwi, zmieszana.
– To czemu ją zamówiłeś?
Wzruszam ramionami.
– Pewnie miałem ochotę na małe ryzyko.
Dostrzega nawiązanie do naszej rozmowy z tamtego wieczoru i śmieje się cicho.
– Ach no przecież, panie ryzykancie.
– A ty ostatnio ryzykowałaś?
Nie odpowiada, ale po jej oczach, po mowie ciała mogę sobie sam zgadnąć.
– Ciągle się trzymasz siatki asekuracyjnej, co? Możesz ją puścić, skarbie. Ja cię nie zawiodę.
– Właśnie że podejmuję ryzyko!
– Tak?
– Tak – mówi śmiało, ale drżenie głosu przeczy jej słowu.
– Podaj chociaż jedno. – A że nie odpowiada, mówię dalej: – Poczekam. – Krzyżuję ręce na piersi i przysuwam się do niej odrobinę.
Jej oddech znowu się zmienia, ale nie cofa się, wbrew moim oczekiwaniom.
– Jesteś arogancki, wiesz?
– Owszem, wiem. To jedna z moich największych zalet, nie sądzisz? I ciągle czekam na listę ryzyk, które podejmujesz. Opowiedz mi o swojej śmiałej stronie.
– A kto mówi, że taką mam?
– Ty. Dopiero co twierdziłaś, że podejmujesz ryzyko. No i każdy z nas ma taką stronę.
Prycha i przestępuje z nogi na nogę.
– No dobra. Nie podejmuję. Zadowolony? – Udaje zniecierpliwienie.
Ale ja umiem ją przejrzeć. Jest zaintrygowana, delikatnie mówiąc, i już niedługo dopomnę się o swoje. O to, co mi się należy. Czyli o nią.
– Nie – mówię po chwili.
– No więc, Christianie, nie wiem, co ci powiedzieć. Ale dziękuję za kawę. Muszę już iść. – Próbuje mnie ominąć, oddech się jej urywa, gdy obejmuję ją w talii, żeby nie mogła się oddalić.
Patrzymy sobie w oczy w milczeniu. Jej twarz jest blisko mojej twarzy. Wargi ma rozchylone, oczy szkliste – odnotowuję wszystkie oznaki przyciągania. Mógłbym ją teraz pocałować, a ta jej szaleńcza strona, ta, którą próbuje trzymać na uwięzi, pozwoliłaby mi.
Ale to nie teraz. Teraz nie jest jeszcze gotowa.
Ona przerywa tę pełną napięcia chwilę, zerkając na swoją rękę. Marszczy brwi. Wyciąga coś spomiędzy kubka a rękawa. Jest to złożona karteczka, Siân ją rozkłada i widzi numer telefonu oraz imię „Angela”.
Oczy otwierają się jej coraz szerzej i mógłbym przysiąc, że widzę w nich iskrę zazdrości. Ale Siân szybko ją gasi.
– Wygląda na to, że ktoś jest tobą zainteresowany – mówi z kamiennym spokojem.
Biorę od niej karteczkę, mnę ją i widzę, jak przez Siân przepływa fala ulgi.
– Nie, dziękuję.
– Nie chcesz do niej zadzwonić? Jest śliczna i urocza.
Nie odpowiadam. Patrzę tylko na Siân, napawam oczy jej rumieńcem, coraz ciemniejszym. Nie chce, żebym dzwonił do tej dziewczyny, jeszcze bardziej niż ja sam nie chcę. To jakaś farsa, i to bardzo słaba.
– Wiesz, czego chcę – szepczę jej do ucha, wbijając jej palce w bok. Musiała zapomnieć, że ją ciągle obejmuję, bo aż podskakuje.
Oblizuje wargi, ale nie wyrywa się z moich objęć.
– A kto powiedział, że jestem dostępna?
Uśmiecham się i przedrzeźniam ją, oblizując dolną wargę, a potem muskam palcami jej policzek.
– Mówiłem, że czasami człowiek musi sobie po prostu wziąć to, czego chce. Bez względu na wszystko.
Tak głośno przełyka ślinę, że słyszę to mimo muzyki i rozmów. Cofam się odrobinę i wyciągam do niej rękę, a ona patrzy na nią pytająco.
– Twój telefon – odpowiadam na pytanie, którego nie zdążyła zadać.
– Czemu?
– Jeśli mamy to przełożyć na później, muszę mieć twój numer.
Ani drgnie.
– Nie wiem, Christian… Mam…
Wiem przecież, co ona chce powiedzieć, więc przerywam jej. W dupę z jej chłopakiem. Ona należy do mnie i już niedługo sama to zrozumie.
Przechylam głowę i wzdycham.
– Podejmujemy ryzyko, pamiętasz?
Opadają jej ramiona. Rozważa moje żądanie, toczą w niej walkę wątpliwości i ciekawość. Kiedy myśli o konsekwencjach przyjęcia mojej prośby, ja otwieram aplikację, której już kiedyś używałem. To program do klonowania, który bardzo ułatwia mi zadanie. Znając treść rozmów przyszłych ofiar, mam nad nimi przewagę i mogę zapobiec wielu potencjalnym komplikacjom.
– No daj spokój, Siân, przecież nie jestem jakimś stalkerem. Zaryzykuj. Nie pożałujesz.
Wypuszcza wstrzymywane w płucach powietrze i wyciąga telefon z torby.
– Jedna kawa? – upewnia się.
– Na początek. – Uśmiecham się szeroko.
Pochyla głowę i wkłada telefon do mojej wysuniętej w oczekiwaniu dłoni.
– Widzisz, nikt nie umarł.
Wzdryga się na te moje słowa, ale szybko się ogarnia. Trzymając w dłoni oba telefony, kładę je obok siebie i naciskam guzik, żeby uruchomić klonowanie. Po chwili widzę komunikat „klonowanie ukończone”. W moim gardle wzbiera złowieszczy śmiech, muszę się bardzo, bardzo postarać, żeby go stłumić. Szybko wpisuję jej swój numer i dzwonię do siebie, żeby uwiarygodnić podstęp.
Siân uśmiecha się blado.
– No to cześć, Christian.
– Do zobaczenia.
Gdy wychodzi z kawiarni, idę za nią na kampus, podziwiając ruch jej bioder. Te miłe chwile przerywa mi wibrowanie telefonu. Na ekranie widzę, że dzwoni ojciec.
– Co jest? – pytam opryskliwie.
Jego głos wwierca mi się w ucho, mimo że ledwie słychać tyradę. Jest wkurzony. Ale on zawsze jest wkurzony. Przyjechałem do Ameryki z jednym zadaniem i to nie było szukanie Siân. Ona jest tylko samowolnym dodatkiem. Ten telefon, chociaż nie tęskniłem, przypomina mi, że mam zadanie do wykonania.
– Dobra – burczę. – Spokojnie. Zajmę się tym. – Rozłączam się, zanim ojciec coś mi odszczeknie.
Na razie zajmę się jego zleceniem, a potem swoim obiecanym spotkaniem.
Rozdział czwarty
Siân
Co chwila zerkam na telefon, w nadziei, że godzina na wyświetlaczu to jednak jakiś błąd. Kurwa! Jestem spóźniona. I to nie jakoś kosmetycznie, tylko bardzo. A taka jestem dumna ze swojej punktualności. Punktualność jest dla mnie ważna, ale zatrzymał mnie w kawiarni tajemniczy Christian. Teraz mam ubranie w kawie i jestem spięta. Cały dzień do dupy.
Wbiegam po schodach prowadzących do budynku wydziału ekonomii. Taj się wścieknie. Jezu, dam się pokroić, że właśnie mu nabrzmiewa żyła na szyi. Wiem, że powinnam potraktować to poważniej, ale przecież nigdy się nie spóźniam. Biegnę korytarzem, torebka obija mi się o bok, w ręce trzymam kawę, którą powinnam wylać przy wejściu, i mało się nie potykam, ale jakoś utrzymuję równowagę. Boże, jestem chodzącym chaosem.
Pod drzwiami sali zatrzymuję się na chwilę zdyszana. Biorę głęboki oddech dla uspokojenia i przez szybę zaglądam do środka.
Cholera.
Sala jest pełna, a Taj już zaczął wykład. Właśnie się ogląda na drzwi i spotykamy się wzrokiem. Jego bladozielone oczy są wściekłe, nawet z daleka widzę na jego twarzy irytację. Taj poważnie traktuje punktualność studentów, na tyle poważnie, że po rozpoczęciu zajęć zamyka drzwi na klucz. Spóźnieni nie mają jak wejść. Co zabawne, jednak nie jest taki restrykcyjny w życiu codziennym i sam się spóźnia, na przykład na randkę, na którą sam mnie zaprosił. No po prostu prawie zawsze się spóźnia.
Stoję i zastanawiam się, czy zapukać. On mnie już zobaczył, ale jakoś nie podchodzi do drzwi. Mijają sekundy, potem kolejne. Widzę, że jego usta się poruszają, więc mówi do studentów, aż wreszcie rusza w moim kierunku.
Serce mi przyspiesza, wręcz po raz pierwszy od bardzo dawna czuję strzał adrenaliny w żyłach. Od bardzo dawna…
Z grymasem niezadowolenia otwiera drzwi. Ogląda się za siebie, wychodzi na korytarz i zamyka za sobą. Muszę się odsunąć.
– Przepraszam, że się spóźniłam. Miałam mały wypadek w kawiarni i potem…
– Ja słyszę tylko wymówki, Siân. Miałaś świecić przykładem. Takie było twoje zadanie, do cholery. Spóźnianie się jest niewybaczalne.
Karci mnie jak dziecko, nie podoba mi się ani, kurwa, trochę.
– Spóźniłam się niecałe dziesięć minut. – Wzdycham ciężko. – Wyluzuj.
Wykrzywia usta, dżentelmen, którego znam, gdzieś znika, a pojawia się ktoś zimny i brzydki.
– Wiesz co? Idź do domu.
Patrzę skonsternowana.
– Słuchaj, naprawdę cię przepraszam. Nie chciałam się spóźnić.
Kręci głową.
– Idź do domu, Siân. – Głos ma tak lodowaty, że aż wstrząsa mną dreszcz. Stoję i patrzę na niego, zastanawiając się, czy się czasem nie przesłyszałam.
– Ale…
– Idź. Do. Domu – cedzi przez zaciśnięte zęby i odwraca się do mnie plecami.
Nawet nie mam szansy nic powiedzieć, bo wraca na salę i zatrzaskuje za sobą drzwi z taką siłą, że ściany wibrują.
Co to, do cholery, było?!
Ogarnia mnie fala gniewu i smutku, ale przede wszystkim uświadamiam sobie, jak bardzo do siebie nie pasujemy. Gdyby Taj mnie rzeczywiście kochał, nie zareagowałby w ten sposób na taki drobiazg.
Może jest po prostu spięty? Nie, to nie byłby dla niego powód, żeby mnie tak traktować. Z każdym dniem coraz wyraźniej widzę, że nie poznaję tego człowieka, a sama udaję jego doskonałą dziewczynę, która zawsze robi to, co należy.
Wściekła odwracam się i odchodzę. Wypadam z budynku i staję na schodach przed wejściem, patrzę na dziedziniec. Kiedy się stałam takim popychadłem? Nie, nie popychadłem… Jestem zachowawcza, o. O tym mówił ten mężczyzna z baru, Christian. Nie podejmuję ryzyka i zawsze robię to, co należy. Każdy może robić ze mną, co chce. A ja mam już tego dość.
Pulsuje we mnie frustracja, przecinam dziedziniec i ruszam do domu. Powinnam wrócić na salę wykładową i nagadać Tajowi do słuchu, ale w głębi duszy wiem, że to nic mi nie da. Oboje jesteśmy wściekli i cokolwiek byśmy w tej chwili powiedzieli, więcej by przyniosło szkody niż pożytku. Za wszelką cenę muszę to skończyć, zanim sytuacja się wymknie spod kontroli. Taj jest moim przełożonym, a koniec końców wolałabym, żebyśmy byli przyjaciółmi, jeśli to możliwe. To już trwa zdecydowanie za długo.
Do domu mam na tyle daleko, że po drodze złość ze mnie uchodzi. Na podjeździe nie ma samochodu Kyli.
Wsiadam do swojego auta i opieram się o kierownicę. Miałam pracować przez całe przedpołudnie i kawał popołudnia, a potem spędzić czas z moją opiekunką, Cynthią. Jest w moim życiu od początku i w tej chwili jest moją jedyną rodziną w Stanach Zjednoczonych, a prawdę mówiąc, w ogóle jedyną rodziną, jaka mi pozostała. Staram się dwa razy w miesiącu umówić z nią na obiad, żeby nadrobić zaległości. Tyle mogę jej ofiarować, choć zasługuje na o wiele więcej za zajmowanie się mną i okazywaną mi przez te wszystkie lata troskę.
Uruchamiam silnik i wyjeżdżam na ulicę. Nie chcę się pojawiać u Cynthii w gównianym nastroju, więc dzwonię do Kyli. Łatwiej mi będzie dać upust złości na Taja w rozmowie z nią niż z Cynthią. Jest dla mnie jak matka, a przy tym nie ufa nikomu, więc jej opinie są czasem nieobiektywne.
Kyla odbiera, gdy już się włączam do ruchu.
– Halo! – dyszy, jakby skończyła trening.
– Cześć. – Wzdycham, próbując ukryć gniew. Ale to próżne starania.
Kyla jest ze mną od lat, jak nikt inny umie rozpoznać, że jestem zdenerwowana.
– Co się stało?
– Wszystko – warczę. – Jeśli potrzebowałam dowodu, że nie powinnam już być z Tajem, to dziś go właśnie dostałam.
– O boże drogi, co się stało?
Wyjeżdżam na drogę szybkiego ruchu, żeby dotrzeć na przedmieścia, tam gdzie mieszka Cynthia.
– Miałam dzisiaj mały wypadek w kawiarni, więc spóźniłam się dziesięć minut na wykład. A on mnie zjebał i mnie nie wpuścił.
Kyla milczy tak długo, że muszę sprawdzić, czy się nie rozłączyła. W końcu odchrząkuje.
– Hmm… to do niego niepodobne. Chcesz, żebym z nim pogadała?
Widzę błyskające światło ostrzegawcze. Ufam Kyli, ale nie chcę, żeby się wtrącała do mojego związku z Tajem.
– Nie chcę. Sam może przemyśleć, co zrobił i jak mnie potraktował, i może mnie przeprosić, że się zachował jak smarkacz. Nic mu nie zrobiłam, a on mnie potraktował po chamsku.
– Może jest zestresowany? – Kyla próbuje mnie ugłaskać, a ja mam wrażenie, że trzyma jego stronę, co jest mega wkurzające.
To moja przyjaciółka czy jego?
– Zestresowany czy nie, mógł mnie wpuścić. Nie musiał się zachowywać jak dupek. To było niewiarygodne. – Kręcę głową i skupiam się na prowadzeniu auta, bo jeszcze by mi teraz stłuczki brakowało.
– No tak, jasne… Może lepiej to skończyć, zanim się zrobi jeszcze gorzej.
Jej komentarz tylko wydaje się nie na temat. Mówiłam jej już, że myślę o zerwaniu z Tajem, ale nigdy mnie do tego nie zachęcała. Aż do dziś.
– Chociaż on rani moje uczucia, to ja nie chcę zranić jego.
Przed Tajem nie miałam poważnych związków, i to z nim przeżyłam swój pierwszy raz. Pod wieloma względami był pierwszy i rozstanie z nim byłoby radykalną zmianą, ale nie jestem idiotką. Wiem, że już nic nie naprawimy, że koniec relacji to tylko kwestia czasu.
– Wiem, ale… czasami tak jest lepiej. – Urywa na chwilę. – Słuchaj… później z tobą pogadam. Jestem umówiona z Joshem na lunch.
– Do lunchu jest jeszcze trochę czasu, ale niech będzie. – Staram się nie zdradzać irytacji, niestety, na próżno. Muszę się wygadać Kyli, bo jeśli tego nie zrobię, wrócę na kampus, wyciągnę Taja z sali i każę mu spierdalać.
– Słuchaj, kochana, bardzo cię przepraszam, ale muszę kończyć, będę wieczorem w domu i możesz mi się żalić, ile chcesz.
– No dobra – wzdycham.
Wciskam czerwoną słuchawkę na kierownicy i zgrzytam zębami. Aż do końca drogi prześladują mnie moje własne myśli. Zwykle jem z Cynthią obiad, ale na pewno chętnie spędzi ze mną cały dzień, bo dawno się nie widziałyśmy. Przy nawale zajęć, pracy w roli asystentki Taja, a do tego wyjściach wieczornych, do których zmusza mnie Kyla, zaniedbałam umowę z Cynthią. Zatrzymuję się przy krawężniku, przestawiam dźwignię na tryb parkowania i wyłączam silnik.
Sięgam po torebkę i telefon. Już mam wysiąść z auta, gdy dreszcz przebiega mi po plecach. Rozglądam się po ulicy przed sobą, po domach, ale nie widzę nic podejrzanego. A jednak… mam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Czy ja mam paranoję? Wysiadam z oporem. Całe życie upływa mi w strachu… kiedy to się skończy? Kiedy przestaną mnie nękać te napady? Chcę mieć normalne, szczęśliwe życie. Czy proszę o tak wiele?
Zamykam drzwi, w dłoni wibruje mi telefon. Podskakuję, zerkam na wyświetlacz i widzę „Christian” – przysłał esemesa.
Chcę Ci tylko powiedzieć, że rano wyglądałaś przepięknie. I pamiętaj, że ryzyko jest dobre.
Przepięknie? Policzki mi płoną żywym ogniem. Tajemniczy Christian przedostał się do mojej podświadomości. Jak to możliwe, że obcy człowiek patrzy na mnie i widzi, że tonę, a moi najbliżsi tego nie dostrzegają? Jeszcze raz czytam wiadomość i uśmiecham się jak głupek. Wytrąca mnie z równowagi, a jednocześnie pomaga mi się wyciszyć. A tego właśnie potrzebuję. Wiem, że jeśli nie zaryzykuję, nigdy niczego nie osiągnę. Ale nie mam pojęcia, jak to zrobić. Nie wiem, jak przełamać strach, który nieustannie mi towarzyszy. Taj jest moją asekuracją, a dopóki siedzę w swojej bańce, mam poczucie bezpieczeństwa po tych strasznych latach. Co jeśli popełnię jakiś błąd i tamten człowiek mnie znajdzie? Wzdycham tak głośno, że na pewno słyszą mnie wszyscy ludzie w okolicy.
Prostuję się, przypominam sobie, przez co przeszłam i ile osiągnęłam. Wszystko będzie dobrze. Muszę być ostrożna, przynajmniej na razie.
Christian ma rację, a jednocześnie się myli. Ostrożność trzyma mnie przy życiu. On nie ma pojęcia, na jakie niebezpieczeństwo bym się naraziła, gdybym zaczęła ryzykować.
Cynthia otwiera drzwi, gdy tylko staję przed wejściem. Oczy ma jasne i radosne, na jej wargach pojawia się uśmiech. Zawsze, ale to absolutnie zawsze cieszy się na mój widok. Miłość i współczucie, które okazywała mi latami, uczyniły z niej kogoś więcej niż opiekunkę. Dla mnie jest jak matka, zawsze daje mi poczucie, że nic mi nie grozi i że jestem kochana.
– Siân, przepiękna jak zawsze. Całe wieki cię nie widziałam – szepcze mi do ucha, obejmując mnie mocno. Jej uścisk jest najlepszy, jak ciepły koc i ciepłe kakao, w chwili gdy wracasz do domu z zimnego świata.
– E, bez przesady – szepczę, wysuwając się z jej objęć. – Ty też przepięknie wyglądasz. – To prawda, niemal bije od niej blask.
– A daj spokój, bo się zarumienię. Chodźmy do środka, zjemy sobie zupę. Nawet chleb do niej upiekłam.
Oczywiście, że właśnie teraz musi mi burczeć w brzuchu! Wybuchamy śmiechem. Wchodzimy do środka, Cynthia zamyka drzwi i rusza do kuchni. Ilekroć przekraczam próg tego domu, czuję się bezpiecznie. Wiem, że nikt nie może mnie tknąć, pewnie dlatego, że mam świadomość, że Cynthia do tego nie dopuści.
Ponieważ mamy tylko siebie.
– Wszystko w porządku? – pyta, szykując nam talerze z zupą. Pewnie wyczuła zmianę w moich emocjach.
– Tak, w porządku. I tak sobie myślę, jakie to szczęście, że mam ciebie. Tyle razem przeszłyśmy. Chciałabym, żebyś zawsze pamiętała, jak bardzo to doceniam.
Przerywa nalewanie i z chochlą w uniesionej dłoni kieruje na mnie wzrok.
– Jesteś całym moim światem, Siân. Mamy tylko siebie i zrobiłabym dla ciebie absolutnie wszystko. Wiesz o tym.
Przy tym wszystkim, co się dziś wydarzyło, i przy całej mojej paranoi, właśnie to chciałam usłyszeć.
– Tak, wiem. I nigdy w to nie wątpiłam. Tylko że wolałabym spędzać z tobą więcej czasu. No ale mam tyle nauki i pracy, a dzień nie chce być ani trochę dłuższy. – Teraz można by pomyśleć, że narzekam.
Cynthia się tylko uśmiecha.
– No ale właśnie jesteśmy razem, prawda? Więc jedzmy, pooglądajmy filmy i cieszmy się sobą.
Nic dodać, nic ująć. Z uśmiechem biorę od niej zupę.
Rozdział piąty
Christian
Z piskiem opon zajeżdżam swoim Ferrari przed opuszczony magazyn. Patrzy na mnie szereg potężnych, niszczejących budynków porośniętych mchem i pnączami. Jesteśmy w niewielkim miasteczku godzinę od South Beach. Kiedyś prężnie działał tu port rybacki, teraz to zapomniane przez boga miejsce ze starymi budynkami, które służą bezdomnym, narkomanom i… no cóż… nam. Do naszej roboty to miejsce idealne. Położone na uboczu, zaciszne. A kiedy załatwiamy interesy, normalni mieszkańcy wiedzą, że należy odwrócić wzrok. Często ich wynajmujemy, żeby mieli oko na nasze sprawy.
Do tej pory byłem tu tylko raz, jeszcze zanim mój człowiek znalazł Siân na Florydzie. Teraz magazyn jest w gorszym stanie. Wszędzie leżą śmieci, w powietrzu unosi się odór moczu. Czuję go nawet tu, siedząc w aucie, chociaż mam zamknięte okno.
Wysiadając, biorę czarne skórzane rękawiczki, które pasują do mojej ulubionej kurtki. Dzisiaj jednak jej nie mam. Trzymając dłoń na glocku, zatrzaskuję drzwi, broń i rękawiczki wsuwam za pasek i ostrożnie ruszam przed siebie. Tamci już na mnie czekają, a sądząc po gniewnym głosie ojca, nie jest dobrze.
Był jakiś plan i ktoś go z rozmachem spierdolił. Zachowując spokój, jednym susem pokonuję trzy schodki na rampę. Ciężkie drzwi magazynu otwierają się ze skrzypnięciem. Za nimi panuje dziwna cisza. Powietrze jest stęchłe, a na środku otwartej przestrzeni stoją stary, przerdzewiały metalowy stół, jedno krzesło oraz czarna furgonetka.
Tony, człowiek mojego ojca w South Beach, stoi obok niej i patrzy w dół na dilera. Obaj oglądają się na mnie – Tony przez ramię, a Armon musi się wychylić zza niego.
Russowie bawią się po trochu wszystkim, ale naszą specjalnością są broń i dziewczynki. No, moją jest broń. Mój ojciec może się zajmować tym, co się wiąże z kobietami, ja wolę spasować. Wolę przemoc, a najlepszym do tego narzędziem jest broń palna.
Zaopatrujemy całe Wschodnie Wybrzeże i większość Włoch. Tony dostał za zadanie dopiąć umowę z naszym nowym kontaktem, Armonem Trentinem, miernym ulicznym złodziejaszkiem, który dołączył do wojska. Trudno się pozbyć starych nawyków, a ten tu stary Armon szybko wykminił, że sprzedawanie broni wojskowej się opłaca – o wiele bardziej niż praca dla rządu.
– Gdzieś ty, kurwa, był? – pyta mnie ostro Tony.
Patrzę na niego z zaciśniętymi zębami i dłońmi zwiniętymi w pięści. Tony prostuje się szybko i macha ręką przepraszająco. Jak nikt inny zna mój porywczy charakter, więc dziwne, że się poważył na to pytanie. Może i on pracuje dla mojego ojca, ale to ja dowodzę. Na mój znak dzieją się straszne rzeczy i nikt nie chce mnie wkurzać.
– Armon.
– Christian, słuchaj…
Podnoszę palec na znak, że ma zamilknąć.
– Ćśś – dodaję i przeciągam ten dźwięk, przybliżając się do niego, aż kończę niecałe pół metra przed nim.
Armon milknie. I słusznie. Najwyraźniej zna mnie na tyle, że wie, czego nie robić.
– Co to ja słyszę o problemach z dostawą? – pytam spokojnie.
Każdy centymetr kwadratowy w tym dusznym pomieszczeniu jest pokryty pyłem, ściany są nagie, pomalowane wyblakłą, łuszczącą się szarą farbą. Kiedyś pewnie były białe.
Wciągam rękawiczki, jedną po drugiej, nie spuszczając wzroku z tamtych dwóch. Tony wie, do czego to zmierza, Armon też. Strużki potu spływają po jego twarzy. Wie, że zjebał, chciałby rzucić się do ucieczki, ale to byłby błąd. Nie ma dokąd uciekać, a takie sytuacje ja lubię najbardziej.
– Słucham – mówię, założywszy rękawiczki.
– Jak mówiłem Tony’emu, doszło do zamieszania.
– Mhm. – Kiwam głową. – Słucham dalej.
Armon wzrusza ramionami, oczy ma wypełnione łzami.
– Nie mam całej broni.
Podnoszę brwi wysoko, zaciskam usta i znowu kiwam głową.
– Ale rozumiesz, że to problem, tak?
– Christian, ja nie miałem na to wpływu.
Oglądam się na Tony’ego, a ten z dezaprobatą wzrusza ramionami.
– Nie łykam tego.
– Nic nie mogłem zrobić – broni się Armon.
– To na pewno nieprawda. Zapłaciliśmy zaliczkę, a ty miałeś się zająć dostawą. A teraz, gdy ja miałem coś ważnego, musiałem to odłożyć i przyjechać, żeby się zająć kimś takim jak ty. A ty mi mówisz, że nic nie możesz zrobić? – Krążę wokół niego. Wyciągam rewolwer i odbezpieczam go.
– A może…
Bang!
Odgłos strzały odbija się od ścian i otacza nas.
– Grhr… – krzyczy Armon, a ten krzyk gulgocze i jest pełen bólu.
– O kurwa! – krzyczy Tony, bo jego też zaskoczyłem.
Armon pada na ziemię, chwyta się za kolano, blednie. Spomiędzy jego palców płyną strugi krwi, pot teraz już dosłownie zalewa mu twarz.
Staję znowu przed nim, nachylam się nad tą miernotą. Przyglądając się jego twarzy, grymasowi udręki, chwytam mocniej broń i klękam. Armon jeszcze łapie powietrze, robi krok do tyłu, ale pada na ziemię, gdy resztka energii opuszcza jego ciało.
Przez chwilę patrzę na krew, śledzę jej szlak, gdy się zbiera na podłodze wokół niego. Jego krzyki stają się głośniejsze, wdzierają się do moich uszu. Oglądam się na Tony’ego. Kręci głową. Powinien już się przyzwyczaić do moich metod – taki człowiek jak ja musi się napawać czyimś bólem, tym się żywi. Czego on oczekiwał? Jeśli muszę ingerować i zająć się czymś, co jest jego powinnością, to zawsze leje się krew.
– Co mówiłeś, Armon? Jesteśmy kumplami czy nie? – Opieram łokcie na kolanach, a ręka, w której trzymam glocka, zwisa luźno pomiędzy nogami.
Patrzy na mnie wściekłym wzrokiem.
– Żartujesz, kurwa?! – Kiedy mówi, z jego ust wylatują krople śliny.
Obracam się na Tony’ego.
– Czy ja wyglądam, jakbym żartował? – Odwracam się do Armona i drapię się po głowie lufą glocka.
– Ani trochę – oznajmia Tony za moimi plecami.
Uśmiecham się złowieszczo i kieruję rewolwer na Armona. On się wzdryga, a ja wybucham śmiechem. Głośnym, wibrującym, ogarniającym całą przestrzeń. Rany, aż mnie samego przechodzi dreszcz.
– Jak chcesz to naprawić? – pytam.
– Naprawię to, słowo honoru – odpowiada z jękiem. – Błagam, zawieź mnie do lekarza.
– Tony tego dopilnuje.
Armon wzdycha z ulgą.
– Dzięki, Christian. Obiecuję, że…
– Jak już naprawisz obecną sytuację.
Blednie jak ściana.
– Daj spokój… Nie dam rady. Musiałeś mi uszkodzić arte…
Bang!
Strzał w drugie kolano. Ponieważ stoję blisko, krew bryzga mi na policzek i na buty. Krzyk Armona jest coraz głośniejszy, ginie w nim wszystko. Czuję, jak rośnie mi poziom adrenaliny, tak samo jak zawsze, gdy krzyczy moja ofiara.
– Ja pierdolę! – krzyczy Tony. – Christian, jak chcesz odzyskać te spluwy, to on musi chodzić.
– Ręce jeszcze ma sprawne. Ale jeśli w ciągu najbliższych pięciu sekund nie powie mi tego, co chcę usłyszeć, niemożność chodzenia będzie jego najmniejszym zmartwieniem.
Armon otwiera usta, żeby coś powiedzieć, ale słyszymy tylko jego ciężkie dyszenie. Kałuża krwi dokoła niego ciągle rośnie, zaczyna też krzepnąć z powodu zimna.
Hmm… Może faktycznie uszkodziłem mu arterię.
Wreszcie, mimo że jest taki słaby, artykułuje jakieś słowa.
– Do… dobra. Daj… daj mi tylko chwilę.
Cmokam i przechylam głowę.
– Czas to już miałeś. Umowa… – urywam, bo w mojej kieszeni odzywa się telefon. Wyjmuję go, ale nie od razu rozpoznaję numer. Dopiero po otwarciu wiadomości dociera do mnie, że to apka i że to musi być on. Taj. Ten fiut jebany… pardon, ten trup, z którym się teraz spotyka Siân.
Taj: Hej, kochanie.
Krew uderza mi do głowy, aż wszystko widzę na czerwono. Te dwa zwyczajne słowa walą mnie obuchem, dręczą mnie, budzą do życia tę część mnie, którą przy niej staram się trzymać pogrzebaną. Ale ten… ten kutas nazywa moją kobietę kochaniem! Co on sobie wyobraża, do kurwy nędzy?! Ona należy do mnie i biada każdemu, kto wejdzie mi w drogę.
– Christian! – woła Tony, ale ja prawie go nie słyszę. Moja percepcja ogranicza się teraz do telefonu i do zapachu krwi i pyłu w powietrzu. – Christian! Co ty wyprawiasz?
Na ekranie pojawia się kolejny esemes, krew mi się gotuje w żyłach. Trzymam aparat tak mocno, że bolą mnie knykcie.
Taj: Przepraszam, że na Ciebie krzyczałem. Nie powinienem był.
Na dole tańczą trzy kropki wskazujące na to, że Siân zamierza mu odpisać. Oczywiście bardzo chcę zobaczyć, co to będzie, ale w głowie huczą mi tylko jego słowa. Co to znaczy, do cholery, że na nią krzyczał? Cierpliwość nigdy nie należała do moich cnót i gdyby apka działała w obie strony, od razu bym to gówno zakończył.
Nikt nie będzie krzyczał na kobietę, która należy do mnie. Dałem mu spokój, ponieważ to przewidywał mój plan, ale teraz chcę jego śmierci. W moim gardle wzbiera ryk, wściekłość przeradza się w szał. I ten szał jeszcze przybiera na sile, gdy nadchodzi kolejna wiadomość.
Siân: Zachowałeś się dziś jak dupek, zupełnie na to nie zasłużyłam.
Gdyby to ode mnie zależało, już dziś byłoby po sprawie. Ale stawka jest teraz wyższa, to imperium, które przed laty obiecał mi jej ojciec. Jeśli teraz zacznę działać, Siân będzie się mnie bała, a chociaż sama ta myśl mi się podoba, potrzebuję czegoś więcej. Jedyny sposób, żeby to dostać, żeby być z nią tak, jak chciałem, odkąd wiem, że jest mi przeznaczona, to cierpliwość. Ona musi mnie kochać, co znaczy, że muszę zachować spokój. Następny krok to rozdzielenie Siân i Taja, za wszelką cenę.
Taj: Wiem, skarbie. Kocham Cię. Ty mnie nie kochasz?
– Skurwysyn – ryczę na głos. Nie daj się nabrać, Siân, jesteś na to za mądra. Dawno temu opanowałem sztukę manipulacji, której nawet najsubtelniejsze formy przedostają się podstępnie do czyjejś głowy. Na przykład to jego pytanie jest nią przesiąknięte. W tych słowach kryje się o wiele więcej, niż widać, zawsze tak jest, a ja wiem o tym najlepiej.
– Co się, kurwa, dzieje? – dopytuje Tony.
Armon, Tony, broń – to wszystko w tej chwili nie ma znaczenia. Perorowanie Tony’ego, jęki i krzyki Armona to odległe wspomnienie. Myślę tylko o tym, co odpowie Siân, nic innego się nie liczy. Całą wieczność patrzę na tańczące kropki, nim pojawia się odpowiedź.
Siân: Kocham. Ale to Cię nie tłumaczy.
Taj: Masz rację.
Taj: Przepraszam.
Taj: Wybaczysz mi?
Jego wiadomości wchodzą jedna za drugą, ona nie ma szansy odpowiedzieć.
Siân: Nie wiem. Przegiąłeś.
Taj: Daj mi szansę, przekonam Cię. Obiecuję, że Ci to wynagrodzę.
Znowu dłuższa przerwa.
Stoję na środku hali, nerwy mam napięte do granic możliwości, jedną dłoń zaciskam na glocku, drugą na telefonie. Cały jestem gniewem. A gdy na ekranie pojawia się kolejna jej wiadomość, oczy zachodzą mi mgłą i nie jestem już w stanie myśleć.
Mam w głowie tylko jedno: ktoś musi umrzeć. Bez słowa, bez wahania obracam się na pięcie i wbijam wzrok w pobladłą twarz Armona. Gdy podnoszę glocka, jego oczy stają się ogromne, podnosi rękę.
– Christian, czekaj…
Pociągam za spust i ładuję mu kulkę w czaszkę. Odwracam się i ruszam do drzwi, zanim jego ręka opada do boku. Tony gwałtownie wciąga powietrze, z jego ust wydobywa się potok przekleństw.
– Nie miałeś go zabijać! Ty jebany psychopato!
Gówno mnie obchodzą jego słowa. Tony zna mnie na tyle długo, że wie, że mnie nie obchodzi, kto musi umrzeć. Jeśli ktoś mi staje na drodze, jest martwy, a skoro dziś nie mogę dopaść Taja, padło na Armona.
Przez chwilę patrzę na niego wściekłym wzrokiem.
– Weź sprzęt i posprzątaj tu – mówię, ignorując jego słowa.
Rozdział szósty
Siân
