Piękni, młodzi i bogaci. Róże i szpady - Jolanda Maloy - ebook

Piękni, młodzi i bogaci. Róże i szpady ebook

Jolanda Maloy

4,0

Opis

Nie ma przypadkowych spotkań dusz

Francja, 1739 rok. Młoda hrabianka, Juliette de Lapierre, szykuje się do długo oczekiwanego ślubu ze swoim ukochanym, markizem Armandem de Bieries. Małżeństwo, choć aranżowane przez bogate rodziny, jest spełnieniem ich marzeń o wielkiej miłości. Gdy jednak na drodze Juliette staje ujmujący muszkieter, hrabianka zaczyna wątpić w siłę swojego dotychczasowego afektu. Czy nagły poryw serca wygra z przeznaczeniem?

Płomienne romanse w otoczeniu francuskich winnic, tajemnicze spotkania masońskich bractw, barokowy przepych i namiętności, których nie sposób okiełznać… „Piękni, młodzi i bogaci” to fascynująca, pełna skrajnych emocji opowieść o duszach, które odnajdują się w kolejnych wcieleniach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 409

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Anitka170

Dobrze spędzony czas

Autorka na wstępie zasypuje nas dużą ilością postaci. Wiadomo, że czytelnik musi się nauczyć, kto kim jest i co go łączy z innymi. Sprawiło to, że początkowe rozdziały szły mi opornie. Dopiero po jakiejś jednej trzeciej książki, zamiast skupiać się na bohaterach, zaczęłam zagłębiać się bardziej w akcję. Pojawiły się intrygi, tajemnice, próby morderstwa, walka o tytuły i majątek. Rozkręciło się na dobre i od razu o wiele lepiej mi się czytało. Ciekawiło mnie jaki finał znajdą niektóre wątki. Miałam już nawet swoich faworytów, którym kibicowałam. Nie wszystko poszło po mojej myśli, lecz nie było znów tak tragicznie. Podobał mi się pomysł, aby umieścić w fabule wątek machiny podświadomości. Dzięki niej mogliśmy poznać wspomnienia i niekiedy poprzednie wcielenia różnych postaci. Okazuje się, że niektórzy z nich byli spokrewnieni lub pozostawali ze sobą w związku w tamtym życiu. „Możemy dowiedzieć się czegoś, czego wolelibyśmy nie wiedzieć. Jednak wszystko, co ujrzymy w trakcie teg...
00

Popularność




Powieść dedykuję mojemu przedwcześnie zmarłemu bratu oraz przyjaciołom, z którymi spędziłam najwspanialsze lata młodzieńczego życia.

OD AUTORKI

Od wielu lat pragnęłam napisać powieść. Pamiętam, że swą pierwszą książkę zaczęłam pisać w wieku jedenastu lat. Jak łatwo się domyślić, był to słomiany zapał i nic z tego nie wyszło.

Do napisania powieści o takiej, a nie innej treści skłoniła mnie wizyta u najlepszego polskiego numerologa. Zaskoczył mnie, gdy spytał, kiedy w końcu napiszę powieść.

Tak jak by mnie znał, pomyślałam. Zdziwiłam się, skąd ten mężczyzna, widząc moją datę urodzenia, wie, że pragnę napisać książkę, tylko brakuje mi samozaparcia do realizacji tego celu. Nie pamiętam, ile już razy zaczynałam pisać i za każdym razem brudnopis lądował w szufladzie. Brak było mi wytrwałości i może wiary w siebie. W każdym razie w szufladach mojego biurka często natrafiałam na rozpoczęte i niedokończone rękopisy moich „powieści”.

Od dawna, chyba od kiedy byłam nastolatką, interesowałam się astrologią. Nurtowały mnie wtedy relacje międzyludzkie. Dziwiłam się, dlaczego tak jest, że spotykamy jakieś osoby i za chwilę o nich zapominamy, a z innymi się zaprzyjaźniamy czy nawet obdarzamy je miłością. Często słyszy się, że uroda nie jest najważniejsza, lecz to, jacy jesteśmy wewnątrz, co sobą reprezentujemy. Po wizycie u wyżej wspomnianego numerologa dowiedziałam się (tak naprawdę on utwierdził mnie w tym, co już dawno wiedziałam), że nasza dusza pamięta poprzednie wcielenia. Stąd podświadomie kogoś nie lubimy, chociaż na to nie zasłużył, lub na odwrót – ktoś wydaje nam się sympatyczny, nie wiadomo dlaczego. Według mnie właśnie to wyjaśnia, dlaczego istnieje miłość od pierwszego wejrzenia. Odnajdują się wtedy bliskie sobie dusze, znające się z któregoś z poprzednich wcieleń. My tego nie pamiętamy, ale nasza podświadomość pamięta wszystko. To są właśnie związki karmiczne. Musimy spłacić długi karmiczne zaciągnięte w poprzednich wcieleniach.

Jak więc wspomniałam wcześniej, do napisania powieści o takiej treści natchnęła mnie rozmowa z numerologiem. Gdy podałam mu daty urodzenia: moją oraz mężczyzny, którego pokochałam od pierwszego wejrzenia i pomimo upływu lat nie mogę o nim zapomnieć, opowiedział historie naszych poprzednich wcieleń. Nawet nie byłam tak bardzo zdziwiona. Wiedziałam, że uczucie, jakie nas łączy, różniło się od relacji z innymi mężczyznami w moim życiu. Oparte było w dużej mierze na więzi dusz oraz przyjaźni. Przynajmniej ja tak to odczuwałam.

Na następnej wizycie u numerologa przedstawiłam daty urodzenia dwóch innych osób, którym na mnie zależało, które może nawet mnie kochały, ale ja zaślepiona miłością do innego, nie umiałam tego docenić. Okazało się, że wszyscy żyliśmy na południu Francji za czasów króla Ludwika XV. Zafascynowało mnie to! Już wiem, dlaczego lubię taki przepych, jeśli chodzi o modę, o dobór biżuterii. Dlaczego wolę sukienki niż spodnie. Szczególnie długie, powłóczyste suknie pobudzały moją wyobraźnię. Co ciekawe, moja pierwsza powieść, jaką wymyśliłam w wieku jedenastu lat, miała opowiadać o zaprzyjaźnionych ze sobą hrabinie i księżnej. Obiecały sobie, że ich wnuczek oraz wnuczka się pobiorą. Pamiętam, że gdy chodziłam do przedszkola czy do młodszych klas szkoły podstawowej, ciągle rysowałam księżniczki w długich sukniach, a obok pałac. Moją mamę zawsze wprawiało to w zakłopotanie, gdyż był to okres tzw. komuny, gdzie wszyscy byli równi, a epoka książąt dawno minęła. Teraz wiele rzeczy zrozumiałam, ułożyło mi się to w jedną logiczną całość.

Powieść opisuje bohaterów w dwóch wcieleniach, renesansu oraz baroku. W kolejnych częściach dojdę do współczesności. Oczywiście współczesność będzie rozgrywać się w Polsce. Pierwsze wcielenie jest potraktowane dość marginalnie, chodziło mi jedynie o zarys głównych postaci i, co najważniejsze, o zaznaczenie, że znały się już wcześniej. Wodze fantazji poparte wiadomościami, jakich się dowiedziałam, opisuję we wcieleniu z okresu baroku. Dla ułatwienia czytelników imiona postaci w obu wcieleniach pozostają takie same. Nietrudno się domyślić, że głównymi postaciami powieści są: Juliette, Pierre i Armand oraz Paul i Antuanette.

Życzę więc miłej lektury!

1. ARMAND I JULIETTE

POŁUDNIE FRANCJI, ROK 1739

W sali panował półmrok. Po rozgwieżdżonym niebie przechadzał się księżyc. Chociaż jego jasne światło nie mogło wpadać do wnętrza ciemnej komnaty, granatowe sklepienie, poznaczone srebrnymi gwiazdami, do złudzenia przypominało niebo w środku nocy. Strzelistą kopułę podtrzymywały dwa filary. Przed każdym z nich stał pięcioramienny lichtarz.

Płomienie świec oświetlały twarze zgromadzonych w komnacie ludzi. Na środku, między filarami, stał tron, na którym siedział mężczyzna w średnim wieku. W ciemnym oświetleniu jego jasne włosy wydawały się ciemniejsze, niż były w rzeczywistości. Z jego spojrzenia biła wielka mądrość oraz niespotykana wręcz łagodność. Hrabia Filip de Lapierre, zasiadający na tronie, był aktualnym Mistrzem loży.

Tuż przed nim znajdował się ołtarz. Dalej stał stolik, a na nim trójdzielny świecznik z zapalonymi świecami. Po obu stronach sali umieszczono dwa rzędy wyściełanych krzeseł, na których zasiedli członkowie bractwa.

Rozległo się tępe uderzenie drewnianego młotka, po którym hrabia zabrał głos:

– Usłyszeliśmy przed chwilą od Paula Duvalle, że jego rodzony brat Pierre, prawy i szlachetny młodzieniec, pragnie wstąpić w szeregi masonów. Niespełna pół roku temu skończył dwadzieścia cztery lata, nic więc nie stoi na przeszkodzie, by został członkiem naszego zgromadzenia.

– Bracie Armandzie de Beries, czy zgadzasz się przyjąć do naszego bractwa Pierre’a Duvalle’a?

– Zgadzam się – odparł niebieskooki szatyn, siedzący jako pierwszy w rzędzie, po prawej stronie Mistrza loży.

– Bracie Michaelu Roscherie? – pytał dalej hrabia.

– Znam Pierre’a od ponad dwóch lat – odpowiedział siedzący tuż za Armandem mężczyzna. – Uważam, że jest godzien wstąpienia w nasze szeregi, jak mało kto.

– Jeanie de Chavannese, jakie jest twoje zdanie na ten temat?

– Również znam Pierre’a osobiście. Może nie tak dobrze jak mój przedmówca, ale wiem, że używa on szpady tylko w obronie pokrzywdzonych. Oczywiście popieram – odparł ciemnooki młodzieniec o długich, czarnych, falowanych włosach.

Każdy następny z pytanych przez Mistrza loży mężczyzn poparł kandydaturę zaproponowaną przez Paula Duvalle’a.

– W takim razie ogłaszam, że Pierre Duvalle jednogłośnie zostaje przyjęty w szeregi naszego bractwa – mówiąc to, hrabia spojrzał na Paula. Ten uśmiechnął się lekko pod nosem. Widać było, że jest zadowolony z wyniku głosowania. – Dzisiaj mamy ostatni dzień kwietnia – kontynuował hrabia. – Ponieważ niektórzy z nas będą zajęci w tych dniach osobistymi sprawami – tu spojrzał na Armanda de Beries – ogłaszam datę zaprzysiężenia Pierre’a Duvalle’a na dwunastego czerwca. – Znowu rozległo się trzykrotne uderzenie młotka, po którym Mistrz loży rzekł: – Posiedzenie loży uważam za zamknięte.

***

Nastał maj, jeden z najpiękniejszych miesięcy w roku. Nad Niceą zapadał zmrok. Niebo rozgwieździło się milionem gwiazd, wieczór był wyjątkowo ciepły. Dochodziła dziesiąta.

– Jestem wykończona tą podróżą. Chętnie udałabym się na spoczynek – rzekła Juliette do młodszej siostry.

– Naprawdę mogłabyś tak spokojnie zasnąć po tym, co tu przed chwilą zobaczyłaś? – zdziwiła się Henrietta.

– Widzę, iż pałac zrobił na tobie ogromne wrażenie.

– Pomyśleć, że to wszystko będzie niedługo należało do ciebie. Nie przypuszczałam, że twój narzeczony ma aż tak dobry gust.

– Mnie również zaskoczył przepych, jaki tu zastałam. Czuję w tym jednak rękę jego matki, markizy de Beries.

– Słyszałam, że tu, w Nicei, na nadmorskim bulwarze częściej można spotkać Anglika niż Francuza – dodała po chwili Henrietta.

– To nie jest problem. Dobrze wiesz, iż zarówno ja, jak i Armand mówimy płynnie po angielsku.

Juliette zajęła miejsce przy toaletce z kryształowym potrójnym lustrem. Chwyciła zapinkę przytrzymującą długie włosy i jednym ruchem rozpostarła je na ramionach. Po chwili odwróciła się w stronę młodszej siostry.

– Poczeszesz mnie? Proszę – powiedziała błagalnym tonem. – A potem ja ciebie. Jak za dawnych lat.

Henrietta ochoczo przystała na propozycję siostry.

– Twoje włosy są takie piękne – oznajmiła, wykonując pierwsze ruchy szczotką.

– Naprawdę tak myślisz? – spytała ze zdziwieniem Juliette. – Może masz rację, ja jednak nie do końca jestem zadowolona z ich koloru. Są ani jasne, ani ciemne. Mama twierdzi, że to ciemny blond. Wolałabym być jasną blondynką, tak jak ty.

– Nie doceniasz tego, co masz. Dzięki temu twoje rzęsy i brwi są czarne. Ja, gdybym nie miała brązowych oczu… – Henrietta się zamyśliła. – Pamiętasz ciocię Klarę?

– Nie pomyślałam o tym… – przyznała Juliette, spoglądając na swoje odbicie w lustrze.

– Aż trudno uwierzyć, że masz jakieś zastrzeżenia do swojej urody. Dobrze wiesz, że mnóstwo kawalerów podkochuje się w tobie. Wielu też starało się o twoją rękę. Pamiętam, jak papa opowiadał o ich minach, gdy dowiadywali się, że jesteś obiecana markizowi de Beries.

Było w tym sporo racji. Młodą hrabiankę Juliette de Lapierre, chociaż nie była typem kokietki, zawsze otaczał wianuszek wielbicieli. Ona zdawała się tego nie zauważać. Przykuwała wzrok mężczyzn delikatnymi rysami twarzy oraz zgrabną sylwetką. Szczególną zazdrość rywalek budziły jej niewiarygodnie długie czarne rzęsy.

– Wiesz, czego ja ci zazdroszczę, Henrietto? Chciałabym mieć tyle lat, co ty. Ja w sierpniu skończę dziewiętnaście. Czuję się strasznie stara. Moje koleżanki, z którymi pobierałam nauki u sióstr zmartwychwstanek, mają już mężów, dzieci, a ja… – W głosie Juliette można było wyczuć nutkę żalu.

– Chciałabyś mieć niespełna siedemnaście lat? Nie wierzę! – zdziwiła się Henrietta. – Zapomniałaś chyba, że to właśnie ty półtora roku temu przełożyłaś ślub z Armandem.

– Oczywiście! Mama była wtedy ciężko chora! Nie mogłaby uczestniczyć w tak ważnej uroczystości.

– Tak, postąpiłaś słusznie – odparła Henrietta. – Spojrzała na wzburzoną minę Juliette i dodała: – Nie rozumiem, o co ci zatem chodzi?

– O to, że rok temu nie kto inny, jak markiza de Beries zaproponowała przełożenie naszych zaręczyn. Chciała, żeby Armand ukończył studia w Paryżu. Poza tym miała nadzieję, że zostanie zakończona budowa pałacu w Nicei. Właśnie tego, w którym teraz jesteśmy.

– I nie myliła się – oznajmiła Henrietta. – Pałac jest już gotowy. Trzeba przyznać, że Armand zakupił piękny kawałek ziemi, tuż nad samym morzem. Szkoda, że dzisiaj tak późno przyjechałyśmy, nie zdążyłyśmy obejrzeć ogrodu.

– Nie martw się, wszystko w swoim czasie. Jutro się przejdziemy.

– Jutro odbędą się wasze zaręczyny.

– Masz rację, Henrietto, ale dopiero wieczorem. Ogród zwiedzimy przed południem, obiecuję ci to.

– W głębi serca trochę ci zazdroszczę – dodała po chwili Henrietta. – Armand de Beries jest przystojny, bogaty i wpatrzony w ciebie jak w obrazek.

– Naprawdę tak sądzisz? – spytała z niedowierzaniem Juliette. – To chyba dobrze, gdy narzeczony kocha swą wybrankę?

– Oczywiście! Wiesz, co mnie często zastanawia? – dodała po chwili namysłu. – Markiza Izabella de Beries i nasza mama postanowiły, że zostaniecie małżeństwem, gdy byliście zupełnie małymi dziećmi. Tak naprawdę nikt nie liczył się z waszym zdaniem, a mimo to połączyło was wielkie uczucie.

– Wyobraź sobie, Henrietto, że też często o tym myślałam. Pamiętam dzień, w którym dowiedziałam się, że mam narzeczonego. Miałam wtedy zaledwie kilka lat, sześć, siedem? Nie rozumiałam nawet, co to znaczy. Zastanawiałam się, jak on wygląda. Czy mu się spodobam, gdy mnie po raz pierwszy zobaczy? Kiedy oficjalnie nas sobie przedstawiono, on był już osiemnastoletnim młodzieńcem, a ja dwunastoletnią panienką. Wydał mi się szaleńczo przystojny. Wysoki, gładka twarz i te jasnoblond włosy… Takie jak twoje.

– To dlatego się w nim zakochałaś?

– Może tak, a może nie… Sądzę, że zadecydowało coś więcej niż kolor jego włosów.

Juliette oczami duszy ujrzała błękitne oczy Armanda oraz jego uśmiechniętą twarz. Jednak nie tylko uroda była atutem młodego markiza. Armand był niezwykle oczytany, inteligencją przewyższał niejednego rówieśnika. Z taką samą pasją rozprawiał o literaturze, sztuce, jak o naukach ścisłych. Budziło to podziw wielu jego rozmówców. Juliette miała wrażenie, że nie ma dziedziny życia, na której by się nie znał.

– Henrietto – zwróciła się znów do siostry – pamiętasz rozmowę, którą przypadkowo kiedyś podsłuchałyśmy?

– Masz na myśli wyznanie markizy w rozmowie z naszą mamą?

– Tak. Mówiła, że Armand jest jej niezmiernie wdzięczny za wybór narzeczonej.

– Pamiętam, Armand podobno zwierzył się matce, iż pokochał cię od pierwszego wejrzenia. To takie romantyczne – westchnęła Henrietta.

– Szkoda, że młodszy syn markizy, François, nie poczuł tego samego do ciebie.

– Siedem lat temu był jeszcze dzieckiem. Miał jedenaście, najwyżej dwanaście lat. Dobrze wiesz, że chłopców w tym wieku nie interesują dziewczęta. Zresztą, gdy z nim rozmawiam, mam wrażenie, że jedyną jego miłością jest literatura.

– Widocznie jeszcze żadna kobieta nie zawładnęła jego sercem – stwierdziła Juliette. – Podobno François pisze wiersze.

Powiedziała to, sądząc, iż siostra spojrzy łagodniejszym okiem na młodszego syna markizy. Na Henrietcie nie zrobiło to jednak najmniejszego wrażenia. Wzruszyła ramionami.

– Nie sądzę, żeby z poezji można było utrzymać żonę i dzieci. Pamiętaj, że cały majątek dziedziczy pierworodny syn.

Juliette spojrzała na nią nieco zdziwiona. Pragnęła, żeby Henrietta była szczęśliwa. Traktowała ją nie tylko jak młodszą siostrę, lecz również jak przyjaciółkę. Nic dziwnego, razem się wychowały, czytały te same książki, obracały się w tym samym towarzystwie. Były dla siebie powierniczkami najskrytszych tajemnic.

***

Po błękitnym niebie płynęły leniwie białe obłoczki. Zapowiadał się ciepły, słoneczny dzień. Nie było w tym nic dziwnego. W Nicei prawie zawsze świeciło słońce. Po porannym posiłku młodzież, czyli Juliette, Henrietta, Armand oraz jego młodszy brat François postanowili zjeść deser na tarasie.

– Proponuję spacer – odezwał się młody markiz, widząc, że obie panienki kończą dopijać czekoladę.

Armand de Beries, chociaż skończył już dwadzieścia pięć lat, wyglądał dużo młodziej. Zapewne za sprawą gładkiej, niemal chłopięcej twarzy. Szczególnego uroku dodawały mu błękitne oczy, osadzone w ciemnej oprawie brwi i rzęs.

– Sądzę, że przechadzka po ogrodzie dobrze nam wszystkim zrobi – odpowiedziała Juliette, zerkając w stronę siostry.

Armand podał dłoń młodej hrabiance, odwracając się w stronę François. Ten, domyśliwszy się, w czym rzecz, podszedł do Henrietty.

– Będę zaszczycony móc towarzyszyć panience – rzekł.

Dziewczyna uśmiechnęła się do niego życzliwie. Widać było, że rozpierała ją energia. Siedzenie na tarasie najwyraźniej już ją trochę znużyło.

Wkrótce cała czwórka zeszła szerokimi schodami wprost do ogrodu. Juliette i Armand podążali w pierwszej parze. Kilka kroków za nimi kroczyła dumnie Henrietta u boku François. Po przejściu niespełna kilkunastu metrów Juliette stanęła. Rozejrzała się. Zauważyła, że posadzoną tu roślinność dobrano z dużą starannością. Ogród robił wrażenie baśniowego.

– Jak tu pięknie! – Nie mogła powstrzymać się od wyrażenia zachwytu.

– Wiedziałem, że ci się spodoba, najdroższa – oznajmił Armand z radosnym uśmiechem.

Dobrze wiedziała, co narzeczony ma na myśli. Zarówno pałac, jak i ogród były ślubnym prezentem dla niej, jego przyszłej małżonki. Nic nie odpowiedziała, spuszczając skromnie oczy, a on spojrzał na jej niewiarygodnie długie rzęsy. Trzeba przyznać, że Juliette wyglądała wyjątkowo powabnie. Jej gęste włosy, zakręcone tego dnia w grube loki, opadały na odkryte ramiona. Miała na sobie suknię w kolorze lodów waniliowych. Obcisły gorset, podkreślający jej wąską talię, i szeroki dół sutej krynoliny sprawiały, że prezentowała się bardzo dziewczęco. W dłoni trzymała białą parasolkę, która miała chronić jej twarz przed palącym niemiłosiernie słońcem.

Kiedy Juliette się zatrzymała, aby podziwiać roślinność, Armand stanął naprzeciwko niej. Trwali przez chwilę w milczeniu, wpatrzeni w siebie, jakby zapomnieli o całym świecie.

– Może przejdziemy w głąb ogrodu? – Usłyszeli nagle głos François.

Oderwali od siebie wzrok. Juliette wydała się zmieszana. Armand wprost przeciwnie. Uśmiechnął się do brata.

– Dobry pomysł. Pozwól za mną, kochanie – podał dłoń narzeczonej.

Cała czwórka skierowała się ku miejscu, gdzie po obu stronach alejki kwitły krzewy migdałowca. Kolor ich kwiatów aż raził w oczy mocnym różowym odcieniem.

– Czuję się jak w ogrodzie z bajki. – Juliette wciąż nie mogła oprzeć się zachwytowi.

Widać było, że młody markiz jest kontent z reakcji swej wybranki. Zrobił przecież wszystko, żeby zarówno pałac, jak i ogród wyglądały imponująco.

– Obejrzyj się, proszę – odezwał się Armand, chwytając Juliette za ramię. – Spójrz na pałacyk. Jak znajdujesz go z tej perspektywy?

Pałac także robił wrażenie baśniowego. Stał na niewielkim wzniesieniu, górując nad resztą ogrodu. Z obu stron tarasu prowadziły szerokie schody, by na dole złączyć się w całość. Okazały pałac cieszył oczy nietypową architekturą. Szczególnie tu, od strony ogrodu, znajdowało się wiele balkonów i balkoników. W kolorze polnych maków, cudownie współgrały z kremowym odcieniem pałacowych ścian. Pozłacane ozdoby na szczycie oraz wiązania dachu lśniły w jasnym słońcu jak drogie klejnoty.

Armand widział po minie wybranki, że widok ją urzekł. Nie chciał więc dręczyć jej dalszymi pytaniami. Spojrzał na Henriettę, kroczącą kilka metrów za nimi u boku François. Sądząc po jej minie, mógł się domyślać, że pałacyk i na niej zrobił duże wrażenie.

Po chwili spacerujący znaleźli się w ogrodzie o zgoła odmiennym charakterze. Królowały tu drzewka cytrusowe, palmy oraz agawy. Między nimi rósł młody wawrzyn, mający niespełna metr wysokości. Jeszcze mniejsze były drzewka mirty. Przykuwały one wzrok zwiedzających pięknymi białymi kwiatami.

W pewnym momencie Armand nachylił się i szepnął do ucha Juliette:

– Uciekniemy im?

Spojrzała na niego z niedowierzaniem. Chociaż znali się od dzieciństwa, nie podejrzewała go o tego rodzaju żarty.

– Naprawdę byś to zrobił?

Uważała narzeczonego za osobę bardzo poważną, pomimo młodego wieku. Wydawał się taki wyważony, zawsze postępujący według ustalonych zasad. Jakże odmienny od niej, pełnej emocji i spontaniczności. Armand tymczasem chwycił ją za rękę i pociągając za sobą, pobiegł tak szybko, że ledwo mogła za nim nadążyć.

– Poczekaj, gdzie się tak spieszysz? – spytała zasapana.

– Chcę ci pokazać coś jeszcze.

Podprowadził ją do misternie rzeźbionej balustrady, wykonanej z jasnego piaskowca. Przed nimi rozpościerał się niezwykły widok. Juliette spojrzała przed siebie i ujrzała lazurową toń Morza Śródziemnego. Daleko, na horyzoncie, woda niemal zlewała się z błękitem nieba.

– Jak tu pięknie! Czy to aby nie sen?

– Daję słowo, że nie – odpowiedział Armand z uśmiechem. – Pragnąłem, żeby ten pałac i ogród zrobiły na tobie ogromne wrażenie. Udało mi się, mam nadzieję?

– Jest piękniejszy, niż mogłabym sobie wymarzyć. Wprost nie dowierzam, że będziemy tu mieszkać. A ten widok…

– Wiedziałem, że urzeknie cię to miejsce. – Na jego twarzy pojawił się ponownie uśmiech zadowolenia.

– Aż tak dobrze mnie znasz?

– Nie rozumiem, skąd to zdumienie? – Spojrzał w jej szmaragdowe oczy. – Przecież znam cię od dziecka.

Juliette spuściła wzrok. Armand pogładził ją delikatnie po policzku. Następnie uniósł lekko jej małą bródkę i zatopił wzrok w oczach narzeczonej. Widząc speszoną i zakłopotaną minę dziewczyny, puścił jej twarz.

– Chyba już najwyższy czas na niespodziankę.

– Będą jeszcze jakieś niespodzianki? – zdziwiła się.

– Pozwól za mną. – Ponownie chwycił ją za rękę.

Juliette z zaciekawieniem dała się poprowadzić kolejną alejką. Wzdłuż niej rosły drzewka cytrusowe oraz młode palmy. Widać było, że są niedawno posadzone, gdyż ich wysokość nie przekraczała dwóch metrów.

Jak urosną, będzie tu pięknie, pomyślała. Spojrzała w bok i w odległości kilkunastu metrów ujrzała fontannę. Tryskająca woda wylewała się z wielkiej marmurowej rzeźby przypominającej kwiat lotosu. Na dole z wody wyłaniały się trzy małe delfiny pomalowane na złoty kolor. Z pyszczków wyrzucały strumienie wody. Juliette podbiegła bliżej. Usiadła na marmurowym brzegu fontanny i ciesząc się jak dziecko, zamoczyła koniuszki palców w lazurowej wodzie.

– Nie wspominałeś nic o fontannie!

– Przecież to miała być niespodzianka. – Juliette, nie zwracając uwagi na narzeczonego, ciągle siedziała, zanurzając dłoń w wodzie. – Nie przypuszczałem, że sprawię ci taką radość.

Na te słowa Juliette wstała i spojrzawszy w oczy Armanda, powiedziała nieśmiało:

– Chyba czytasz w moich myślach.

– Chciałbym. – Ujął jej dłoń, przyłożył do ust i pocałował.

Speszyła się. Spuściła skromnie oczy, a na jej twarzy wykwitł rumieniec.

– Za chwilę zaczną się zjeżdżać goście, powinniśmy już wracać – oznajmiła, spojrzawszy w jego błękitne oczy. Na twarzy Armanda pojawił się lekki uśmiech.

Przez chwilę stali wpatrzeni w siebie. Czuli się tak, jakby czas się zatrzymał.

– Tu jesteście! – Usłyszeli nagle głos François.

Towarzyszyła mu Henrietta. Zauważywszy ich, Juliette, nieco speszona, pospiesznie wyrwała dłoń z objęć Armanda.

– Właśnie mieliśmy wracać – oznajmiła.

Rozłożyła jasną parasolkę i szybkim krokiem udała się w drogę powrotną. Armand, niewiele myśląc, przyspieszył kroku i ją dogonił.

– Służę swym ramieniem – rzekł z uśmiechem na ustach. – Wrócimy inną drogą. Może nie będzie tak widowiskowa, ale za to sporo krótsza.

Juliette nic nie odpowiedziała. Posłusznie chwyciła narzeczonego pod ramię.

2. NAPAD

Nastało piękne majowe popołudnie. Na błękitnym niebie nie było ani jednej chmurki.

Czarna kareta, zaprzężona w sześć karych koni, mknęła z Nicei do Montpellier. Po obu stronach drogi rozciągały się zielono-fioletowe wzgórza plantacji winogron oraz lawendowych pól.

Do rodzinnego domu wracały obie hrabianki de Lapierre. Towarzyszyła im guwernantka Henrietty, panna Venessa Marsin. Była to kobieta dwudziestosiedmioletnia, wyglądała jednak dużo młodziej, zapewne dzięki szczupłej, zgrabnej sylwetce. W podróż powrotną narzeczonej Armand de Beries oddelegował dwóch zbrojnych. Wszyscy twierdzili, że zachowuje się irracjonalnie, tak jakby się czegoś obawiał. Jednak on nic sobie nie robił z tych uwag. Bezpieczeństwo narzeczonej było dla niego najważniejsze.

– Cóż za wspaniały widok! – odezwała się Juliette, wychylając lekko głowę przez otwarte okno karety.

– Chciałabym już być w domu – odpowiedziała Henrietta, nie podzielając entuzjazmu siostry. Robiła wrażenie zmęczonej wielogodzinną podróżą.

– W pałacu panienek będziemy dopiero wieczorem – odezwała się panna Marsin.

Patrząc na nią, miało się wrażenie, że jej ulubionym kolorem jest czerń. Suknię w takim właśnie kolorze miała na sobie również dzisiaj. Uważała, że ciemny strój jest najbardziej praktyczny, szczególnie w daleką podróż. Na wierzch miała narzuconą cienką pelerynkę w kolorze bordo. Jak twierdziła, poranki i wieczory są jeszcze chłodne. To samo doradzała dziewczętom. Jednak młode hrabianki nie bardzo liczyły się z jej zdaniem.

Juliette miała na sobie suknię w kolorze fuksji. Górę stanowił obcisły gorset z głębokim dekoltem. Szyję zdobiła czarna aksamitka. Odkryte ramiona osłaniał szal z połyskującej tafty w kolorze zgaszonego różu. Jej długie włosy, zakręcone tego dnia w grube loki, spinała klamra z kości słoniowej. Jednak znaczna ich część opadała na odkryte ramiona. W uszach można było zauważyć szafirowe kolczyki, kształtem przypominające zwisające łezki.

Henrietta tego dnia miała na sobie nieco skromniejszy strój. Mama dziewcząt uważała, że szesnastolatka nie powinna tak bardzo eksponować ciała, dlatego też dekolt jej błękitnej sukni zakrywała suto marszczona koronka. Młodzież zdobi młodość, tak mawiała hrabina Natalie de Lapierre. Zapewne też dlatego długie włosy Henrietty zostały związane z tyłu dużą szafirową kokardą.

– Ostatnie dni dostarczyły mi tylu wrażeń, że chętnie odpocznę w domu – oznajmiła Juliette trochę znużonym głosem.

– Nie dziwię ci się, siostro. Muszę przyznać, że przyjęcie zaręczynowe wypadło wyśmienicie. Wyglądałaś tak ładnie w tej kremowej sukni ozdobionej perełkami. Aż zaparło mi dech…

– Naprawdę? – Juliette uśmiechnęła się nieśmiało.

– Gdybyś zobaczyła miny wpatrzonych w ciebie mężczyzn! Suknia zrobiła ogromne wrażenie, również na twoich rywalkach. I te szafirowe kolczyki…

Henrietta najwyraźniej się rozmarzyła. Następnie spojrzała na siostrę i dodała, nie kryjąc zdziwienia:

– Masz je na sobie?!

– Uważasz, że nie powinnam zakładać tych kolczyków? Pierścionek zaręczynowy też mam na palcu – dodała z lekkim przekąsem.

Mówiąc to, zdjęła z prawej dłoni białą jedwabną rękawiczkę. Oczom podróżujących kobiet ukazał się złoty pierścionek z okazałym szafirowym oczkiem oraz drobnymi brylancikami.

– Ten pierścień i te kolczyki musiały sporo kosztować – stwierdziła Henrietta.

Jednak Juliette nie słuchała już siostry. Jej myśli krążyły gdzieś daleko. Przypomniała sobie moment, kiedy Armand jej się oświadczył. Zamknęła oczy i ujrzała szczęśliwą twarz mamy. Wiedziała, że spełniło się jej największe marzenie. Potem przypomniała sobie twarz Armanda w chwili pożegnania. Widać było, że jest szczęśliwy, gdy oprócz pierścionka zaręczynowego zauważył również kolczyki.

– Armand ucieszył się, że je założyłam – oznajmiła.

– To oczywiste, przecież to prezent od niego.

– Przepraszam, że przerwę rozmowę panienek – wtrąciła panna Marsin. – Może bezpieczniej byłoby zdjąć kolczyki oraz pierścień i schować do woreczka. Lepiej nie kusić losu. Najroztropniej postąpiłaby panienka, oddając te klejnoty rodzicom, gdy wracali do domu.

– Może ma pani rację, lecz mama i papa wyjechali zaraz po zaręczynach. Zresztą, jak mogłabym zdjąć z palca pierścionek, który dostałam od narzeczonego! – Juliette robiła wrażenie oburzonej na samą myśl o tym. – Słyszałam, że zdjęcie zaręczynowego pierścionka to zła wróżba dla związku. – Chociaż nie uważała się za osobę przesądną, wolała nie sprawdzać tego na własnej skórze.

– Rozumiem – przyznała panna Marsin bez entuzjazmu.

Wtem dał się słyszeć wyraźny odgłos wystrzału z broni palnej. Spłoszone konie zaczęły gnać jak oszalałe. Juliette i Henrietta spojrzały na siebie przerażone.

Kareta mknęła przez las z zatrważającą szybkością. Konie ciągnęły ją od pobocza do pobocza drogi. Najwyraźniej nikt nimi nie kierował. Obie hrabianki sparaliżował strach, do tego stopnia, że nie mogły wydobyć z siebie słowa. Panna Marsin, chociaż dużo od nich starsza, była bliska omdlenia. Wszystkie trzy dobrze wiedziały, co to oznaczało. Stangret był ranny i nie miał siły utrzymać lejców w dłoniach, albo, co gorsza, już nie żył.

– Coś się musiało stać… – wydusiła z siebie Juliette.

Henrietta, cała drżąca, przytuliła się do niej.

– Mam nadzieję, że to nie napad – odezwała się panna Marsin.

– Jeśli nawet, to wierzę, że ci dwaj mężczyźni, przydzieleni nam do obrony, poradzą sobie – odparła Juliette z nadzieją w głosie.

Wtem karoca stanęła. Najwyraźniej komuś udało się zatrzymać spłoszone konie. Dziewczęta usłyszały zza okna jakieś męskie głosy. Chwilę potem doszedł je dźwięk uderzających o siebie szpad. Juliette zerknęła przez uchylone okno. Ujrzała dwóch walczących ze sobą mężczyzn. Żaden z nich nie należał do ochrony przydzielonej im przez Armanda. To, co rzuciło się jej w oczy, to uroda jednego z nich. Długowłosy młodzieniec okazał się bardzo zręczny i szybki we władaniu szpadą. Zmieniał co chwila sposób walki, atakując przeciwnika z dwóch różnych stron. Robił to wszystko w tak zadziwiająco krótkim czasie, że tamten z trudem odpierał jego ciosy.

– Nie zabijaj go, tylko odbierz mu szpadę! – Usłyszała głos innego mężczyzny.

Nie mogła jednak dojrzeć rozmówcy. Bała się wychylić głowę przez otwarte okno karety.

Szpada wyłuskana z rąk jednego z rabusiów pofrunęła o kilkanaście metrów dalej. Obaj walczący ze sobą mężczyźni skoczyli po nią niemal jednocześnie. Jeden, by ją zabrać, drugi, by mieć czym dalej walczyć. Gdy odziany w czarny, mocno poszarpany strój mężczyzna dosięgnął dłonią szpady, młodzieniec postawił na niej nogę. Następnie oparł swoją szablę na piersi obalonego przeciwnika.

– Daruj mi życie, panie – rzekł tamten błagalnym głosem.

– Nie jestem mordercą – odparł młodzieniec. – Jeśli cię jeszcze tu kiedyś zobaczę, nie daruję!

Mężczyzna, który wypowiadał te słowa, był wysokim, szczupłym szatynem. Po dość wytwornym stroju można było się domyślić, że jest szlachcicem. Odziany w granatowy surdut, czarne spodnie oraz brązowe skórzane buty sięgające aż za kolana, wyglądał dość wytwornie. Jego głowę zdobił granatowy kapelusz z białymi piórami.

– Wydaje mi się, że ktoś przyszedł nam z pomocą – oznajmiła panna Marsin, wyglądając ostrożnie przez uchylone okno.

Juliette pomyślała, że powinna zdjąć kolczyki, które za bardzo rzucają się w oczy. Gdy uniosła już dłonie do prawego ucha, drzwi karety się otworzyły. Młodzieniec szarmanckim ruchem zdjął z głowy kapelusz i wtedy Juliette dostrzegła piękne jasne włosy. Lśniły złotym blaskiem, odbijając chyba całe światło słońca.

– Jesteście panie już bezpieczne – rzekł, spojrzawszy na Juliette. – Pierre Duvalle, do usług. Z kim mamy przyjemność?

To dziwne, nie znała go, ale jakiś wewnętrzny głos podpowiadał jej, że może mu zaufać, że przy nim nie stanie jej się krzywda.

Juliette wolno i z pietyzmem podała mu dłoń. Jasnowłosy młodzieniec, spojrzawszy w jej oczy, zastygł jak zahipnotyzowany. Patrzył tylko na nią, jakby w karecie nie było innych kobiet. Hrabianka również nie była w stanie oderwać wzroku od oczu młodzieńca. Wpatrzona w jego twarz, zauważyła, że wyglądał bardzo młodo, chociaż domyślała się, że skończył już dwadzieścia lat. Widziała wpatrzone w siebie oczy, szaroniebieskie jak niebo w lekko zachmurzony dzień.

Wreszcie po kilku sekundach, które dla obserwatorów z zewnątrz wydawać się mogły wiecznością, odpowiedziała na zadane przed chwilą pytanie:

– Ma pan przyjemność z hrabianką de Lapierre, Juliette de Lapierre. To moja młodsza siostra – odwróciła się do Henrietty – oraz panna Marsin – wskazała guwernantkę siedzącą naprzeciwko.

– Młodzieńcze, chciałybyśmy dowiedzieć się, co tak naprawdę się wydarzyło. Gdzie są jeźdźcy przydzieleni nam do ochrony? Co stało się ze stangretem? – Panna Marsin zalała Pierre’a lawiną pytań.

W tym momencie w oknie po przeciwnej stronie karety ukazał się jeden z mężczyzn przydzielonych przez Armanda de Beries do ochrony. Wyglądał nie najlepiej. Odzież miał poszarpaną, jak się można było domyślić, za sprawą czyjejś szpady. Trzymał się lewą ręką za prawe ramię. Prawdopodobnie w wyniku walki doznał niegroźnych obrażeń.

– Może panienka zaufać tym młodzieńcom – zwrócił się do Juliette. – Gdyby nie oni, nie wiem, jak by się to wszystko skończyło. Napastników było aż dziesięciu.

– Stangret ma przestrzelone ramię! Musimy się pospieszyć! – Usłyszały głos innego mężczyzny.

– Mnie już panienki poznały – rzekł Pierre Duvalle. – A oto mój brat bliźniak, ma na imię Paul. – Złotowłosy mężczyzna odwrócił się w stronę szatyna.

Juliette poznała, że to właśnie jego walkę obserwowała z okna karety. Drugi młodzieniec był równie przystojny jak jego brat. Miał jednak dużo ciemniejsze włosy. Gdy podszedł, by na przywitanie pocałować jej dłoń, zauważyła, że jego oczy są niewiarygodnie błękitne.

Zdziwiło ją nieco, że obaj młodzieńcy są bliźniakami, a tak się od siebie różnią. Słyszała jednak, że nie wszyscy bliźniacy są identyczni. Na pewno był to właśnie taki przypadek. Jej rozmyślania przerwał nagle stanowczy męski głos:

– Proponuję już ruszać! – Następny z mężczyzn przyprowadził stangreta, który ledwo trzymał się na nogach i coś mruczał pod nosem. – Za pozwoleniem panienek, ten biedak powinien jechać w karecie. Jest ciężko ranny i nie da rady usiedzieć na koźle.

– Oczywiście! – odezwały się niemal chórem.

Tak więc młodzieńcy podprowadzili woźnicę i posadzili na wolnym miejscu obok panny Marsin. Trzeci z mężczyzn, ciemny blondyn, już nie tak przystojny jak jego koledzy, był średniego wzrostu. Pod nosem miał lekki zarost, co powodowało, że wydawał się nieco starszy od pozostałych. Jedną ręką trzymał się za udo i lekko utykał. Zdjął kapelusz, zniżył głowę i przedstawił się:

– Michael Roscherie, do usług panienek. Jeśli panienki pozwolą, zajmę miejsce stangreta i będę powoził karetą.

– Jesteś ranny, panie? – spytała zaniepokojona panna Marsin.

– Tak, ale to tylko draśnięcie – uspokoił ją Michael. – Właśnie dlatego wolę usiąść na koźle, niż jechać konno – wyjaśnił.

Damy nie miały innego wyjścia, jak zdać się na łaskę nieznajomych. Musiały im zaufać.

– Odwieziemy panienki bezpiecznie do domu – zaproponował Paul. – Wkoło są same lasy. Nie wiadomo, co się jeszcze może wydarzyć.

– Chyba nie mamy wyboru – rzekła Juliette, ciesząc się w duszy, że sprawy przybrały taki obrót.

Kareta powoli ruszyła z miejsca. Obaj nowo poznani młodzieńcy jechali na koniach. Jeden z nich, ten o imieniu Paul, prowadził obok siebie konia rannego Michaela. Jego brat Pierre przyspieszał od czasu do czasu, żeby spojrzeć w okno, w którym można było dojrzeć Juliette. Chociaż starał się to robić dyskretnie, hrabianka czuła na sobie jego wzrok. Jakaś niewidzialna siła ciągnęła go do niej. Widział ją po raz pierwszy w życiu, a miał wrażenie, jakby znał ją od wielu lat.

– O czym tak rozmyślasz, braciszku? – spytał go Paul.

– O tym, co się nam dzisiaj przydarzyło.

Paul spojrzał na niego, uśmiechnął się pod nosem i dodał:

– Spodobała ci się jedna z nich? Nie zaprzeczaj, znam cię.

– Tak bardzo rzuca się to w oczy? – zaniepokoił się Pierre.

– Może dla innych nie, ale przecież jesteś moim bratem. Tak rozmarzonego widzę cię po raz pierwszy.

– Masz rację. To, co poczułem, patrząc w jej oczy, nie zdarzyło mi się jeszcze nigdy w życiu.

– Oj, źle z tobą! Czuję, że wpadłeś po same uszy.

– Do tej pory żadna kobieta nie zrobiła na mnie takiego wrażenia – mówił dalej Pierre i widać było, że mówi szczerze.

Kareta mknęła przez pola, łąki, lasy. Henrietta spoglądała w okno sennym wzrokiem.

– Chyba zbliżamy się do domu! – ożywiła się nagle. – Poznaję po tym rozłożystym dębie.

– Masz rację – odpowiedziała Juliette, wychylając lekko głowę przez okno.

Na rozstaju dróg rósł okazały dąb. Przewyższał swą wielkością inne drzewa rosnące w tej okolicy. Chociaż była to odmiana dębów karłowatych, z trudnością można go było zaliczyć do tego gatunku. Jego rozłożyste gałęzie były widoczne z odległości kilku kilometrów. Nic dziwnego, dookoła rozciągały się tylko plantacje winorośli oraz pola porośnięte lawendą.

Dzień chylił się ku zachodowi. Kareta mknęła tak szybko, jakby powożący nią chciał dotrzeć do celu jeszcze przed nocą. Juliette wyjrzała przez okno. Jej oczom ukazał się przepiękny widok. Między dwoma wzgórzami widniała wielobarwna, rozbłyskująca poświata. Tarcza słońca tworzyła jasne, złociste półkole. Wyżej rozpościerała się czerwona łuna. Ponad wszystkim kłębiły się na przemian granatowe i pomarańczowe chmury. Zupełnie jakby zbierało się na burzę. A za chwilę, wprost przeciwnie, ciemne chmury odpływały, ustępując miejsca promieniom słońca.

Nim się zorientowała, kareta znalazła się na przedmieściach Montpellier.

***

Hrabia Filip de Lapierre oraz jego żona Natalie niecierpliwie wypatrywali powrotu córek. Widząc karetę wjeżdżającą przez bramę, oboje wybiegli na pałacowy dziedziniec.

– Co tak późno? Czy coś się stało? – spytała hrabina wychodzącą właśnie z karety pannę Marsin.

Gdy tylko wypowiedziała te słowa, zauważyła niespodziewanych gości. Zaskoczona spojrzała na męża.

– Z kim mamy przyjemność? – spytał zaskoczony hrabia de Lapierre.

Gdy ujrzał Paula, zeskakującego z konia, na jego twarzy dało się zauważyć pewien rodzaj ulgi. Młodzieniec uśmiechnął się do niego dyskretnie. Następnie podszedł do hrabiny i skłonił się nisko.

– Paul Duvalle, do usług. Na powóz państwa córek napadli w lesie bandyci. Przybyliśmy w samą porę.

– Gdyby nie ci młodzieńcy, nie wiem, co by się stało – oznajmiła panna Marsin.

– Woźnica oraz jeden ze zbrojnych ludzi potrzebują pomocy medyka – oznajmił Paul.

Odwrócił głowę w stronę karocy i zobaczył Michaela schodzącego z kozła. Pierre także zeskoczył z konia. Podszedł szybkim krokiem do hrabiego i jego małżonki. Paul, wiedząc, że hrabia nie zna jego brata, zakomunikował:

– Oto mój brat, Pierre Duvalle.

Młodzieniec się skłonił, całując dłoń hrabiny. Hrabia uśmiechnął się życzliwie do obu kawalerów. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale w tym momencie pojawiła się przy nich Juliette. Wybiegła z karocy i błyskawicznie stanęła obok rodziców.

– Proszę mamy! Gdyby nie ci trzej kawalerowie, nie wiem, co by się z nami stało! Bandyci napadli na naszą karetę, gdy jechaliśmy przez las! – mówiła szybko, jakby chciała jednym tchem opowiedzieć całą historię.

– Opowiesz nam wszystko przy wieczerzy. – Hrabina starała się pohamować emocje córki. – Zapraszam wszystkich na poczęstunek – rzekła i spojrzała w stronę męża, czekając zapewne na aprobatę z jego strony.

– Oczywiście, kochanie. Nasze córki zawdzięczają tym młodzieńcom zdrowie, a może nawet życie. Myślę, że panowie zasłużyli nie tylko na poczęstunek, ale również na nocleg.

W tym momencie Michael dołączył do Paula i Pierre’a. Hrabia na jego widok wyraźnie się rozpromienił. Uśmiechnął się do żony.

– Przecież to Michael Roscherie. Kochanie, poznajesz?

– Poznaję, mieliśmy przyjemność spotkać się z panem na jednym z balów u Izabelli… u markizy de Beries – poprawiła się.

– Ależ oczywiście. Przyjaźnię się z synem pani markizy, Armandem. Często bywam na tamtejszych przyjęciach – odpowiedział młodzieniec.

– Jaki ten świat mały – zdziwiła się hrabina. Po krótkim namyśle dodała: – Jestem pewna, że gdybym panów nie przenocowała, markiza gotowa by się na nas obrazić. Przy wieczerzy poproszę o szczegółową relację z tego, co się wydarzyło.

– Zapewne to dobry pomysł, ale teraz proponuję wezwać medyka. Należy opatrzyć rannych – oznajmił Michael.

– Sprowadzić medyka! – krzyknął hrabia do służby. – Jaśnie panów zaś proszę na pokoje.

***

– Proszę o wybaczenie, ale pokojówki nie przygotowały jeszcze wszystkich pokojów – oznajmiła hrabina de Lapierre.

– Proszę się nie kłopotać, przywykliśmy do niewygód – odparł Pierre.

– Najwyżej posiedzimy trochę dłużej przy kominku – dodał Paul.

– W takim razie życzę dobrej nocy – odpowiedziała hrabina. – Jeśli panowie pozwolą, udam się już na spoczynek.

– Dobrej nocy – odpowiedzieli obaj młodzieńcy, kłaniając się.

Kiedy zostali sami, Pierre podszedł do tlącego się ognia. Stanął, wpatrując się w palące polana. Paul zbliżył się do brata. Opierając dłoń o marmurowy blat, spytał:

– O czym tak rozmyślasz?

– Nie domyślasz się? O kobiecie, którą dziś poznałem, o Juliette de Lapierre.

– Jeszcze nie widziałem cię w takim stanie.

– Nie żartuj, mówisz mi to już dzisiaj drugi raz – oburzył się Pierre. – Nie wiem dlaczego, ale nie mogę przestać o niej myśleć.

– Przecież znasz ją zaledwie kilka godzin!

– Właśnie, to dziwne. Czuję, jakbym znał ją od dawna.

– Nie wiem, czy zauważyłeś, ale ona jest córką hrabiego, a ty prostym szlachcicem. Mam nadzieję, że jej to nie przeszkadza.

– Wcale mi tym nie pomagasz. Sądzisz, że o tym nie wiem? Mam nadzieję, że ona poczuła to samo, co ja. Może jutro nadarzy się okazja, żebyś z nią porozmawiał. Wybadał, co o mnie myśli.

– Ja?! – zdziwił się Paul. – Chciałbyś, żebym wywnioskował, jakie na niej zrobiłeś wrażenie?

– Proszę… – błagalnym głosem rzekł Pierre.

Paul spojrzał na niego z niedowierzaniem. Gdzie podział się jego beztroski brat? W tym momencie do salonu weszła pokojówka, oznajmiwszy, że jedna z sypialni jest już gotowa.

– Idź na górę, odpocznij – rzekł Pierre. – Ja i tak nie mógłbym zasnąć.

Pierre został w salonie zupełnie sam. Oparty o kominek, wyglądał tak, jakby ogrzewał się jego ogniem. Jednak tak naprawdę myślami był daleko stąd. W wyobraźni ujrzał Juliette, jej szmaragdowe oczy. Wiedział, że to miłość od pierwszego wejrzenia. Nieraz o niej słyszał, jednak nie przypuszczał, że i jego to kiedyś spotka. Nagle jego rozmyślania przerwał znajomy głos.

– Nie jesteś, kawalerze, zmęczony?

Odwrócił się. Przed nim stała Juliette. Miała na sobie powiewny peniuar w kolorze jasnego błękitu. Jej rozpuszczone długie włosy sięgały prawie do pasa. Wyglądała jak nimfa wodna.

– Czekam, aż służba przygotuje dla mnie pokój.

– Przepraszam za tę niedogodność. Powiem, żeby się pospieszyli. Chciałabym, żeby panowie wspominali mile wizytę w naszym domu.

– Zapewniam panienkę, że tak właśnie będzie.

– Miło mi to słyszeć – odpowiedziała uszczęśliwiona.

Wyglądała jeszcze ładniej niż za dnia. Zapewne za sprawą rozpuszczonych włosów. Dziewczyna, czując na sobie wzrok młodzieńca, zmieszała się trochę. Spojrzała w dół. Wtedy Pierre ujrzał jej długie czarne rzęsy. Stali w milczeniu. Po chwili Juliette rzekła nieśmiało:

– Zupełnie bym zapomniała. Moja siostra zgubiła bransoletkę. Gdy siadaliśmy do wieczerzy, miała ją jeszcze na ręku. Sądzi więc, że musiała jej się odpiąć podczas kolacji.

– Chętnie pomogę panience szukać zguby – rzekł Pierre, nieco zaskoczony, że widzi tu Juliette, a nie Henriettę.

Dziewczyna, jakby czytając w jego myślach, oznajmiła:

– Henrietta dobrze wie, że gdyby o tak późnej porze pojawiła się tu, na dole, wzbudziłaby niepotrzebną ciekawość służby. Wolała tego uniknąć i dlatego poprosiła mnie o pomoc. Rodzice uważają mnie za starszą i rozsądniejszą.

– A tak nie jest?

– Do tej pory tak właśnie było.

– Czyżby miało się coś zmienić? – roześmiał się.

– Chyba nie, ale nie mogę za to ręczyć.

– Wracając do zguby, postaram się panience pomóc.

– Będę bardzo wdzięczna. Henrietcie bardzo na tym zależy. Dostała bransoletkę w prezencie od naszej mamy. Jest to pamiątka, przechodząca z pokolenia na pokolenie. Nie chcę nawet myśleć, jak bardzo mama zmartwiłaby się, gdyby zguba się nie odnalazła.

– Musi się znaleźć, nie ma dwóch zdań! – rzekł Pierre stanowczym tonem.

– Proponuję, abyśmy przeszli do jadalni. Mogła się odpiąć, gdy siostra siedziała przy stole. W tych starych bransoletach i naszyjnikach mechanizm często zawodzi. Jednak moje zguby zawsze się odnajdywały.

– Ta też się znajdzie! – zapewnił Pierre.

Gdy weszli do sali, w której jeszcze nie tak dawno spożywali wieczerzę, ich uwagę zwrócił panujący tam półmrok. Cała srebrna zastawa była już posprzątana. Na stole pozostał tylko biały obrus oraz duży pięcioramienny lichtarz. Tlące się świece oświetlały pomieszczenie nikłym światłem. Boczne ścienne kandelabry zostały już wygaszone. Juliette rozejrzała się po komnacie. Następnie podeszła do stołu i uniosła brzeg batystowego obrusa. Nachyliła się i spojrzała na podłogę.

– Chyba coś widzę – uklękła, wyciągając rękę w stronę niewielkiego przedmiotu.

– Nie kłopocz się, panienko! – krzyknął Pierre, w mgnieniu oka znalazłszy się pod stołem.

Juliette w tym samym momencie kucała już przy jednej z nóg. Oboje znaleźli się więc pod stołem niemal jednocześnie. Gdy ona położyła swą rękę na bransoletce, poczuła dotyk jego dłoni. Widać było, iż tego nie planowali. Ich dłonie musnęły się jakby przypadkiem. Jednak Pierre postanowił wykorzystać nadarzającą się chwilę. Przytrzymał nieco dłużej swoją rękę na delikatnej, drobnej dłoni Juliette. Ona odruchowo cofnęła ją, jakby chciała się uwolnić z jego uścisku. Zrobiła to jednak bardzo delikatnie, raczej dla zasady niż z prawdziwej chęci wyswobodzenia się. Całe jej ciało przeszył dreszcz, a serce zaczęło bić jak oszalałe.

Co by służba powiedziała, widząc mnie tutaj, pomyślała. I to jeszcze w towarzystwie obcego mężczyzny…

Młodzieniec zachował jednak zimną krew. Chwycił bransoletkę i po chwili oddał ją Juliette.

– Oto zguba panienki – rzekł, wkładając perły w jej dłoń.

– Dziękuję za pomoc – odpowiedziała, podnosząc się z klęczek.

– Do usług. Wiedz, panienko, że zawsze możesz na mnie liczyć.

– Zapamiętam to – odrzekła z udawaną obojętnością. Tak naprawdę cała aż drżała. Czuła, że serce mocno jej wali, a głos brzmi nienaturalnie. Coś takiego przydarzyło jej się chyba po raz pierwszy. Dobrze, że jest tu tak ciemno, pomyślała. Inaczej Pierre dostrzegłby rumieńce na jej twarzy. – Wybacz, kawalerze, ale jest już późno. Powinnam udać się na spoczynek. Dobranoc.

– Dobranoc – odpowiedział, skinąwszy głową na pożegnanie.

Juliette spojrzała jeszcze raz w jego stronę, po czym wyszła z pokoju. Pierre stał przez dłuższą chwilę, wpatrzony w drzwi, w których zniknęła.

***

– Odzyskałam twoją zgubę – zakomunikowała Juliette, wchodząc do sypialni siostry.

– Ciszej, bo jeszcze ktoś nas usłyszy.

– Masz rację, Henrietto, w nocy ściany mają uszy – roześmiała się, siadając na brzegu jej łóżka.

– Wiesz, kogo tam spotkałam? – dodała po chwili rozmarzonym głosem.

– Widziałaś go? Tego blondyna? Opowiadaj! – Henrietta się ożywiła.

– Ma na imię Pierre, jak mogłaś nie zapamiętać jego imienia!

– Mnie bardziej przypadł do gustu jego brat, Paul.

– Niebrzydki, owszem, ale gdy spojrzałam w oczy Pierre’a…

– Mówisz tak, jakbyś się zakochała! Przejdzie ci – oznajmiła Henrietta.

– Chciałabym, żeby tak było. Jednak jakiś wewnętrzny głos mówi mi, że nie jest to zwykłe zauroczenie. Obawiam się, że moje życie nie będzie już nigdy takie, jak dawniej.

Henrietta patrzyła, jak do oczu Juliette zaczynają napływać łzy. Chciała pocieszyć siostrę, ale nie bardzo wiedziała, jak ma to zrobić.

– Tak naprawdę cię nie rozumiem. Armand jest tak samo przystojny, a do tego bardzo bogaty – powiedziała, sądząc, że to rozchmurzy Juliette.

– Zapewne masz rację, ale znam go od dziecka i traktuję prawie jak brata. Uczucie, jakim obdarzyłam Pierre’a, jest zupełnie inne. Serce bije mi szybciej na jego widok. Coś takiego poczułam po raz pierwszy w życiu… To uczucie jest silniejsze ode mnie!

Henrietta spoglądała na siostrę i widać było, że trudno jej było to wszystko pojąć.

3. ODWIEDZINY

Minęły dwa tygodnie od pamiętnego napadu. Ledwo młodzieńcy wyjechali, a Juliette znów zapragnęła ich towarzystwa. Miała ku temu powody. Żegnając się, obiecali, że w drodze powrotnej odwiedzą Montpellier. Każdy kolejny dzień ciągnął się w nieskończoność. Nie mogła skupić się na codziennych czynnościach. Całymi dniami rozmyślała o nowo poznanym młodzieńcu. Gdy zamykała oczy, widziała moment ich spotkania. Starała się zachowywać normalnie, jednak przychodziło jej to z wielkim trudem. Żeby rodzice nie spostrzegli jej dziwnego zachowania, wiele czasu spędzała w swoich apartamentach na pierwszym piętrze.

Pewnego dnia, wyglądając przez okno, ujrzała trzech mężczyzn wjeżdżających na pałacowy dziedziniec. To byli oni! Tak długo wyczekiwani przez nią Pierre, Paul oraz Michael. Rozpromieniona, zbiegła schodami na dół. Odruchowo wzięła ze sobą książkę, którą właśnie czytała. Sen nocy letniej Szekspira. Wbiegła do salonu. Pokój był pusty. Usiadła na kanapie, rozłożywszy książkę na stronie, na której przed chwilą skończyła czytać. Chociaż wodziła oczami po tekście, nie mogła skupić się na ani jednym zdaniu.

Jej myśli krążyły wokół Pierre’a i tego, czy ona sama wygląda wystarczająco ładnie. Chciała podejść do lustra, żeby to sprawdzić, jednak zawahała się na widok wchodzącej do salonu pokojówki.

– Ma panienka gości – oznajmiła służąca, kłaniając się grzecznie.

– Ja? – Juliette była zaskoczona. – Czyżby mama była aż tak zajęta?

– Mama panienki pojechała do modystki. Pana hrabiego nie ma już od jakiegoś czasu, zapewne panienka o tym wie – wyjaśniła służąca, widząc zdziwione spojrzenie hrabianki.

– Oczywiście, pamiętam. Papa dwa dni temu wyjechał w interesach.

– Sądzę, iż siostra panienki jest jeszcze trochę za młoda na przyjmowanie mężczyzn – dodała odważnie pokojówka z lekkim cynizmem w głosie.

– Rozumiem – odparła Juliette. – Bardzo proszę, wprowadź gości do salonu. Przypomnij mi, proszę, Gertrudo, kto zawitał w nasze progi? – Udała, że nie wie, o kogo chodzi.

– Przybyli panowie Michael Roscherie, Pierre Duvalle oraz Paul Duvalle.

– Wprowadź, proszę – odpowiedziała, starając się powstrzymać emocje.

Po krótkiej chwili w salonie pojawiło się trzech młodych mężczyzn. Wszyscy, jak na komendę, skłonili się młodej hrabiance.

– Miło mi widzieć panów – powiedziała Juliette, wyciągając dłoń na przywitanie.

Paul podszedł pierwszy. Widać było, że jest najbardziej energiczny z całej trójki.

– Pięknie panienka wygląda. – Całując dłoń, uwodzicielsko zatopił wzrok w jej oczach.

Uśmiechnęła się, spoglądając dyskretnie w stronę Pierre’a. Machinalnie podała dłoń zbliżającemu się właśnie Michaelowi. Gdy w końcu Pierre podszedł do niej, miała wrażenie, że cała drży. Ze wzruszenia nie mogła wydusić ani jednego słowa.

– Witaj, panienko. – Usłyszała jego ciepły, a zarazem bardzo męski głos.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

4. ANTUANETTE

Dostępne w wersji pełnej

5. BAL

Dostępne w wersji pełnej

6. PO ZMIERZCHU

Dostępne w wersji pełnej

7. LOŻA UCZNIÓW

Dostępne w wersji pełnej

8. KONCERT

Dostępne w wersji pełnej

9. SPOTKANIE PRZY DĘBIE

Dostępne w wersji pełnej

10. ŚLUB

Dostępne w wersji pełnej

11. PRZYJAZD PAULA

Dostępne w wersji pełnej

12. LOŻA PROFANKI

Dostępne w wersji pełnej

13. LISTOPADOWA NOC

Dostępne w wersji pełnej

14. MACHINA PODŚWIADOMOŚCI

Dostępne w wersji pełnej

15. LUSTRO PIĘCIU ŻYWIOŁÓW

Dostępne w wersji pełnej

16. W ZAMKU

Dostępne w wersji pełnej

17. BAL DOBROCZYNNY

Dostępne w wersji pełnej

18. W PAŁACU U ELAINE I PIERRE’A

Dostępne w wersji pełnej

19. W SYPIALNI ANTUANETTE

Dostępne w wersji pełnej

20. NAD PRZEPAŚCIĄ

Dostępne w wersji pełnej

21. POSIEDZENIE LOŻY

Dostępne w wersji pełnej

22. ROMANS ARMANDA

Dostępne w wersji pełnej

23. WALKA O WPŁYWY

Dostępne w wersji pełnej

24. PORANEK I ROZSTANIE

Dostępne w wersji pełnej

25. OPERA

Dostępne w wersji pełnej

26. WYZNANIA ANTUANETTE

Dostępne w wersji pełnej

27. PORWANIE

Dostępne w wersji pełnej

28. U MICHAELA

Dostępne w wersji pełnej

29. ŁZY SZCZĘŚCIA I ROZPACZY

Dostępne w wersji pełnej

Piękni, młodzi i bogaci

ISBN: 978-83-8313-677-6

© Jolanda Maloy i Wydawnictwo Novae Res 2023

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Dagmara Ślęk-Paw

KOREKTA: Agnieszka Łoza

OKŁADKA: Izabela Surdykowska-Jurek

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk