Pasja - Pirkko Saisio - ebook + książka
NOWOŚĆ

Pasja ebook

Pirkko Saisio

0,0

31 osób interesuje się tą książką

Opis

ZASKAKUJĄCA HISTORIA EUROPY I PEWNEGO KLEJNOTU PRZEKAZYWANEGO Z RĄK DO RĄK. 

Jest maj i w renesansowej Florencji właśnie spłonął na stosie słynny zakonnik Savonarola, a mieszkańcy wracają do normalnego życia. Księżna Vasari znów może nosić drogocenny klejnot – naszyjnik przedstawiający wyobrażenie drzewa poznania dobra i zła. Księżna zna powód, dla którego otrzymała od męża ten dar, ale postanawia zabrać go ze sobą do grobu. 

Ludzkie pragnienie bogactwa jest jednak nienasycone i klejnot zostaje wykopany przez grabarza, a następnie dostaje się w ręce żydowskiego złotnika w Wenecji. Z Włoch trafia do Wiednia i Krakowa, dociera do carskiej Rosji czasów Katarzyny Wielkiej, by przez Europę Północną powędrować aż na Wyspy Sołowieckie. Złoto zmienia swą postać, lecz pozostaje czymś trwałym i nieśmiertelnym – czymś, czego nikt nie może ani nigdy nie zdoła posiąść na zawsze. 

W tej mistrzowskiej powieści nominowanej do Finlandia Prize 2021 Saisio tworzy złożony portret ludzkiej natury, która nie zmienia się mimo upływu czasu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 832

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Passio

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026 Copyright © for the Polish translation by Sebastian Musielak, 2026 Text © Pirkko Saisio 2021 Published originally in Finnish by Siltala. Published by agreement with Helsinki Literary Agency and Book/LabLiterary Agency.

Książka została opublikowana przy wsparciu FILI – Finnish Literature Exchange

Redaktorka inicjująca • Paulina Surniak

Redaktorki prowadzące • Weronika Jacak, Agata Ługowska

Marketing i promocja • Agata Gać, Katarzyna Schinkel-Barbarzak

Redakcja • Anna Zientek

Korekta • Magdalena Mierzejewska, Katarzyna Sarna

Adiustacja • Anna Boland

Projekt typograficzny wnętrza • Mateusz Czekała

Łamanie • Grzegorz Kalisiak

Projekt graficzny layoutu serii i okładki • Ula Pągowska

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68952-69-8

Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 853-99-10redakcja@wydawnictwopoznanskie.plwww.wydawnictwopoznanskie.pl

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

W SERII DZIEŁ PISARZY SKANDYNAWSKICHUKAZAŁY SIĘ DOTYCHCZAS:

Linea Maja ERNST, Prawie wieczór, wciąż jasno, przełożyła Edyta Stępkowska

Gun-Britt SUNDSTRÖM, Zostańmy przyjaciółmi, przełożyła Agata Teperek

Theis ØRNTOFT, Na tej ziemi, przełożyła Agata Lubowicka

Torborg NEDREAAS, Nic nie rośnie w blasku księżyca, przełożyła Karolina Drozdowska

Auður Ava ÓLAFSDÓTTIR, DJ Bambi, przełożył Jacek Godek

IIda TURPEINEN, Żywe istoty, przełożył Sebastian Musielak

Helga FLATLAND, Pogłos, przełożyła Karolina Drozdowska

Pedro GUNNLAUGUR GARCIA, Płuca, przełożył Jacek Godek

Tarjei VESAAS, Ptaki, przełożyła Maria Gołębiewska-Bijak

Maria TURTSCHANINOFF, Mokradła, przełożyła Agata Teperek

Mia KANKIMÄKI, Kobiety, o których myślę nocą, przełożyła Iwona Kiuru

Roy JACOBSEN, Niegodni, przełożyła Iwona Zimnicka

Karin SMIRNOFF, Wracam do domu, przełożyła Agata Teperek

Carl Frode TILLER, Ucieczka, przełożyła Katarzyna Tunkiel

Nina WÄHÄ, Babetta, przełożyła Justyna Kwiatkowska

Karin SMIRNOFF, Jedziemy z matką na północ, przełożyła Agata Teperek

Tarjei VESAAS, Wiosenna noc / Zamek z lodu, przełożyła Maria Gołębiewska-Bijak

Tommi KINNUNEN, Powiedziała, że nie żałuje, przełożył Sebastian Musielak

Roy JACOBSEN, Anneliese PITZ, Człowiek, który kochał Syberię, przełożyła Iwona Zimnicka

Helga FLATLAND, Ostatni raz, przełożyła Karolina Drozdowska

Karin SMIRNOFF, Pojechałam do brata na południe, przełożyła Agata Teperek

Nina WÄHÄ,Testament, przełożyła Justyna Czechowska

Kjell WESTÖ,Niebo w kolorze siarki, przełożyła Katarzyna Tubylewicz

Roy JACOBSEN, Tylko matka, przełożyła Iwona Zimnicka

Knut HAMSUN, Szarady, przełożyła Maria Gołębiewska-Bijak

Laura LINDSTEDT, Oneiron, przełożył Sebastian Musielak

Roy JACOBSEN, Oczy z Rigela, przełożyła Iwona Zimnicka

Stig DAGERMAN, Poparzone dziecko, przełożyła Justyna Czechowska

Auður Ava ÓLAFSDÓTTIR, Blizna, przełożył Jacek Godek

Jonas T. BENGTSSON, Życie Sus, przełożyła Iwona Zimnicka

Roy JACOBSEN, Białe morze, przełożyła Iwona Zimnicka

Karen BLIXEN, Pożegnanie z Afryką, przełożyli Józef Giebułtowicz i Jadwiga Piątkowska

Carl Frode TILLER, Początki, przełożyła Katarzyna Tunkiel

Helga FLATLAND, Współczesna rodzina, przełożyła Karolina Drozdowska

Roy JACOBSEN, Niewidzialni, przełożyła Iwona Zimnicka

– Jesteś mój – powiedział Artiom do renifera, zanim zatopił swój nóż w jego gardle. – Ale pamiętaj. Ja też jestem twój.

Ren nie spuszczał spojrzenia z Artioma, choć zaszło mu mgłą, gdy krew zaczęła tryskać na śnieg.

Zaszło mgłą, potem zgasło. A potem przestało istnieć.

Artiom wytarł ręce w śnieg.

– Wybacz mi – rzekł do renifera, po czym odciął zwierzęciu głowę i zawiesił mu na szyi ciemnozłoty naszyjnik na rzemieniu. Widniały na nim sierp i młot otoczone wieńcem z kłosów, a w tle kopuła przypominająca minaret.

Artiom ułożył głowę w korzeniach drzewa; bezgłowe truchło lżej będzie nieść.

– A ty wybacz mi, bo teraz stanę się tobą – odezwała się do Artioma głowa renifera.

Artiom wiedział, że renifer mówi prawdę.

Pomiędzy nimi rozdarła się niewidzialna zasłona.

FLORENCJA

.

PRZEOR KLASZTORU ŚWIĘTEGO MARKA, brat Girolamo Savonarola, ufał jedynie sobie i Panu, i dlatego był w złym humorze, ledwo się obudził.

Mieszczanom nie ufał.

Sen i pragnienie gasił lodowatą wodą.

Woda znajdowała się pod paśnikiem w napuchniętym drewnianym żłobie. Jej powierzchnię brukały podzwaniające źdźbła, owce najadły się nad ranem oszronionej trawy i przyszły pić do żłobu, prósząc z pysków do czystej wody.

Wszędzie panuje bałagan, a człowiek nie jest mądrzejszy od owcy, to Girolamo Savonarola spostrzegł już dawno.

Człowiek ma pragnienia bardziej złożone niż owca, lecz równie krótkowzroczne. Równie czcze.

Owca chce trawy i wody, chce się parzyć, szuka oparcia w innych baranach.

Człowiek chce tego samego, a oprócz tego złota.

Bóg i Girolamo Savonarola nie rozumieli, skąd ta żądza złota.

Wiązała się oczywiście z jabłkami, kobietą i wężem. Wiązała się z drzewem, którego sprawy nie były sprawami człowieka.

Ale ten metal. Zimny i ciemny, spod ziemi wydobyty. Odbiera ludziom rozum.

Zmusza ich do klękania przed innymi ludźmi, mężczyzna przed mężczyzną, kobieta przed mężczyzną, mężczyzna przed kobietą.

Każe ludziom tańczyć po nocach. Łączyć cudzołożnie ciało z ciałem.

Maluje obrazy, ledwo zakryte piersi, rozmarzone oblicza i pozujące tułowia, które są w istocie niczym więcej jak tylko śliną, śluzem i krwią.

W tamte opuchłe dni Florencji wąż podsuwał zgniłe jabłko kobiecie, a kobieta mężczyźnie.

Na Piazza della Signoria już rozpalono stos. Płomienie chciwie lizały drewno.

Braciszkowie fanciulli musieli powstrzymywać rozgorączkowanych mieszczan, którzy pchali się do tlącego stosu z meblami, kartami do gry i olejnymi obrazami.

Zbyt gwałtowne karmienie ognia mogłoby zadusić niepewny, rozchwiany ogień.

Girolamo Savonarola stał w krużganku, za kolumną. Chciał spokojnie popatrzeć, jeszcze chwilę.

Sandro Botticelli dostrzegł go i z daleka pomachał mu ręką. Girolamo nasunął kaptur na twarz.

Sandro miał przy nogach swoje dwa obrazy. Skąpo okryte kobiety z obnażonymi piersiami stały odwrócone w stronę placu; Sandro nie chciał ukrywać swoich grzechów.

I wkrótce grzechy staną w płomieniach potężnych jak ogień piekielny. Stos będzie całopalną ofiarą skruchy i oczyszczenia, a dym dosięgnie samych bram nieba.

Dym udobrucha Pana, udobrucha na pewno, tak jak szczere poczucie grzechu Florentczyków udobruchało wcześniej francuskie wojsko, które ze strachu albo z szacunku postanowiło oszczędzić skruszone miasto.

Z popiołów miasta nurzającego się dotąd w rozkoszach i występkach Sodomy wzniesie się nowe królestwo, w którym rządy sprawować będzie sam Chrystus. A któż ośmieli się sprzeciwić powstającemu na ziemi Jego królestwu?

Sandro się schylił i z obrazami pod pachą skierował w stronę Girolama. Mnich posłał mu przelotny uśmiech.

Postanowił zwracać się do Botticellego oficjalnie, per Alessandro. Może tak odpędzi od siebie spłoszonego malarza i będzie mógł w spokoju patrzeć na ogień, pogrążać się w modlitwie pośrodku rozgwaru.

Może w ogniu ukaże mu się twarz Chrystusa, może w huczącym stosie wysłyszy szept Pana.

Sandro pokazał obrazy Girolamowi.

Wciąż słyszało się pogłoski, jakoby Sandro w swoich obrazach wracał do swej młodzieńczej miłości, Simonetty Vespucci, występnej kobiety, żony innego mężczyzny.

Kobieta była piękna, piękna jak bogini, jak Pallas Atena, pod której postacią uwiecznił ją zakochany Sandro; jak istota nieziemska, wiosenna Gracja o cerze i duszy doskonale przejrzystych. Wszystko to dobywało się z pędzla kochanka niczym niedorzeczne, bełkotliwe buczenie upojonego kwiatem trzmiela.

– Primavery jednak nie przyniosłeś, Alessandro?

Sandro Botticelli poczerwieniał.

– Przecież nie jest już moja, nigdy nie była.

Girolamo wiedział o tym aż za dobrze.

Primavera była ślubnym darem dla występnej kobiety i jej bezradnego męża.

Już na weselu Simonetcie nadskakiwali, poza Sandrem, również dwaj obleśni lenie, bracia Medici, Lorenzo i Giuliano.

Nikt nie nadskakuje kobiecie, która nie daje ku temu powodów, to oczywiste.

Jeśli kobieta ma duszę czystą, jej spojrzenie zwraca się zawsze do wewnątrz, zatapia w milczeniu duszy.

Obraz zamówił Lorenzo di Medici, a Alessandro włożył w dzieło całe swoje serce, nadał przedmiotowi swojej chuci szlachetną postać nieziemskiej istoty z obnażonym biustem.

A jednak Simonettę posiadł Giuliano di Medici.

Zdradzeni sobie poradzili, Simonetta nie.

Zabrała ją choroba, ledwie rok po ślubie.

Pan wezwał młodą oblubienicę do siebie, a co z nią zrobił, co postanowił o losie młodej upadłej, to już Jego sprawa i nic nikomu do tego.

I tylko zaślepiony szaleństwem nie dostrzeże przestrogi w tym, że najpiękniejszy kwiat, jeszcze nierozkwitły, usechł z Bożej łaski.

Lub niełaski.

To również było wyłączną sprawą Pana, dla człowieka niepojętą.

Sandro zaczął się tłumaczyć ze swoich obrazów, wielosłownie żałować nagości kobiet, znudził Girolama szybko.

Mnich widział, że to zwykłe szkice, bez żadnej wartości. I coś takiego zamierzał Sandro rzucić w ofiarny ogień Pański, za miedziaka wykupić sobie miejsce w życiu wiecznym.

– Pan pozna się na wartości twoich obrazów.

Sandro znów się zaczerwienił, najpierw z zadowolenia, a potem ze wstydu, zrozumiał bowiem, że słowa Girolama to miecz, który ma nie jedno, a dwa ostrza.

Girolamo wypatrzył w ciżbie mieszczan księżną Vasari.

Księżna była ubrana na czarno, próbowała być częścią tłumu, próbowała nie być.

Tłuszcza czekająca na wybuch ognia wyraźnie ją przerażała, a zwłaszcza braciszkowie fanciulli, którzy bez wątpienia szpiegowali również w jej pałacu i teraz chciwie gapili się w stos.

Poza tym księżna bardzo marzła.

Lutowy dzień był zimny, czysty i bezlitosny jak oko Pańskie, które pilnie baczyło z nieba na tłum grzeszników zgromadzonych na Piazza della Signoria.

Girolamo przeprosił zakłopotanego malarza i pospieszył ku księżnej Vasari.

Księżna trzymała w rękach dwa wysokie lichtarze.

Ponieważ chciała uchodzić za kobietę pokorną, stosownie do okoliczności wręcz niezamożną, jej służki z taboretami, lustrami, grubymi narzutami i aksamitnymi kotarami trzymały się z dala od niej.

– Pan raduje się dzisiaj przez wzgląd na waszą duszę – odezwał się Girolamo do księżnej.

Księżna uśmiechnęła się nieznacznie i skinęła głową.

Bała się brata Savonaroli, jego oczu, zawsze wyglądających jak w malignie, jego świdrującego spojrzenia i dziwnych słów, z których nie dało się wyrozumieć, czy jest istotnie prorokiem, czy też śmieje się z mrówek, którym zniszczył kopiec, więc obnażone i zdezorientowane biegają teraz tam i siam.

– Gdy bogacz oddaje wszystko, jego marności tworzą stos, którego dym wznosi się pod niebiosa. Kiedy biedak oddaje wszystko, ogień jest mniejszy, prawie go nie widać. Który stos jest milszy Panu?

– Nie umiem odpowiedzieć, bracie Girolamo.

– Ja też nie. – Mnich się zaśmiał.

Również księżna uniosła nieśmiało kąciki ust.

– Nie do człowieka należy ocena czynów Pana – rzekła wstydliwie.

Girolamo przyglądał się księżnej z tym swoim dziwnym i strasznym uśmieszkiem na ustach, od którego zaczęła się rumienić.

– Przypuszczalnie oba są równie cenne, mimo że stos bogacza pochłonął więcej, czy jak uważacie? – spytał.

– Dałam wszystko, co miałam – odrzekła zaskoczona księżna.

– Tak. Biedak nie ma wyjścia, bogacz musi zachcieć.

– Najszczersza to prawda.

– Dlatego biedak rodzi się już błogosławiony.

Girolamo ruszył, przez chwilę zaciągał się zapachem dymu, aż odwrócił się do księżnej, jak gdyby nagle sobie o czymś przypomniał.

– Wszystko, co mieliście?

– Nie rozumiem?

– Daliście wszystko, co mieliście? I to wszystko, co mieliście, jest tutaj?

Księżna zmusiła się do spojrzenia bratu Girolamowi prosto w oczy, chociaż cała drżała.

– W moim domu pozostały narzędzia i rzeczy niezbędne w codziennym życiu.

Girolamo wiedział, że księżna kłamie.

A księżna wiedziała, że on wie.

– Oczywiście – odparł Girolamo. – Przecież na tym stosie są same marności.

Płomienie sięgały już na wysokość dachów, czyste lutowe powietrze zgęstniało od dymu i chrapliwych modlitw skruszonych ludzi.

...sicut et nos dimittimus debitoribus nostris et ne nos inducas in tentantionem sed libera nos a malo...

Widać też było nagie plecy, młodzi mnisi chłostali się na mrozie, wznosili z bólu na palcach, gdy bicz trafiał w kręgosłup, wrzeszczeli przeszywająco od palącej skruchy.

Brat Girolamo donośnym głosem prawił kazanie, lecz jego słowa tonęły w trzaskach pękającego od żaru drewna, w rozgwarze jęków i ojczenaszów.

Brat Girolamo był w drodze do nieba, może do piekła: dym podniósł się wokół niego grubymi kłębami, przesłonił go, pochłonął głowę i ramiona mnicha i przez chwilę wyglądało na to, że brat Girolamo zapadł się pod ziemię. Później zaś dym spowił jego nogi, jak gdyby niewidoczne ręce unosiły go ku niebu.

Gdzieś zarżał koń i gdzieś zapiał kogut, w środku dnia.

Zawodzenie skruszonych tłumiło słowa brata Girolama, po obrzeżach placu biegała spłoszona świnia, która też kwiczała jak zarzynana, mimo że skruchy w sobie nie miała za grosz.

Z kilku ciętych biczem ran ciekła już krew, lecz szybko krzepła na mrozie, jej zapach mieszał się ze smrodem dymu, śliny i mokrych niedopranych rzeczy.

Był to smród nędzy i księżna Vasari próbowała niepostrzeżenie zakrywać usta wełnianą szmatką.

Bała się tutaj wszystkiego, na poły wyliniałych psów, które podniecone dziwną atmosferą, parzyły się bezwstydnie, kaleków i żebraków, którzy przepychali się do ognia, aby się ogrzać, zapamiętałych w samobiczowaniu mnichów.

Nade wszystko jednak bała się czystej nienawiści, z jaką na nią i jej podobnych patrzyli żebracy, kalecy, służący i wszyscy biedacy, zarówno ci, co nędzę swą odziedziczyli, jak i ci, co ją dla siebie wybrali sami.

Księżna cisnęła w ogień oba lichtarze i oczami dała znać swoim służkom.

Ogień pochłonął taborety, stolik karciany, dwa bezwartościowe obrazy olejne i stare aksamity.

Dymiły teraz bezradnie w stosie mieszczańskiej skruchy.

Wszystko to było szalone, szpetne i dziwaczne.

Rozumność i piękno życia toczyły się ciężkim powozem na skraj przepaści.

Księżna Vasari wierzyła, że niebawem, już wkrótce, ktoś jeszcze oprócz niej z pewnością zauważy, że królestwa Chrystusa na ziemi nie można budować na piachu bezhołowia, zawiści i pragnienia zemsty.

Oczywiście, że księżna żałowała swoich występków, żałowała różnych rzeczy.

Każdego wieczora przypominała sobie grzechy, których dopuściła się w ciągu dnia, ubierała je w słowa i uczyła się tych słów na pamięć z myślą o spowiedzi.

Na Ponte Vecchio wymieniłam spojrzenie z młodym czarnookim mężczyzną, który dołączył do towarzystwa syna sędziego Uzilego. Nie pochodzi z naszego miasta, chyba że z Oltrarno, nie pamiętam, abym widziała go wcześniej. Jego oczy wzbudziły we mnie ciekawość, nie powinnam była. Za karę roześmiał mi się w twarz rzeźnik, który sprzedaje wieprzowinę w jatce przy Ponte Vecchio, zauważył nasze spojrzenia, wstyd mi, wstyd mi, wstyd mi.

Wieczorem grałam niestarannie, byłam zmęczona i poirytowana, mój mąż czynił mi wymówki, gdyż na wieczerzy byli jego kuzyni z Orvieto, książęta Giovanni i Lucas Massi, a żona Giovanniego, Aurora, córka handlarza przyprawami, nie jest nawet piękna. Na napomnienia męża odpowiadałam niestosownie, a po wyjściu gości przeprosiłam wyłącznie mój klawikord, ponieważ wydawał mi się taki smutny.

Nasz woźnica o zabawnym imieniu Popo powiedział, że żebrak, który na Piazza del Duomo głośno biadał, że nie ma rąk, wcale nie jest kaleką, tylko zakrywa ramiona peleryną, aby wzbudzać litość, ale żebrak biegł chwilę równo z naszymi końmi i unosił kikuty rąk, obie były ucięte mniej więcej przy łokciach. Popo jednak się nie zatrzymał, a ja nie kazałam mu zawrócić, odczuwałam wyłącznie ulgę, bo te kikuty wyglądały potwornie, a wokół żebraka unosiło się stado much. Żałuję swojej zatwardziałości.

W każdy piątek księżna Vasari spotykała się ze swoim spowiednikiem, bratem Abramem w Basilica di Santo Spirito, klękała na klęczniku i monotonnym głosem recytowała wyuczone wyznanie grzechów.

Brat Abramo starannie ukrywał ziewanie, unikał popędzania penitentki i zawsze odczuwał ulgę, kiedy mała śmieszna księżna znikała w półmroku krużganka, upewniwszy się co do tego, że dobrze zrozumiała zadaną jej pokutę.

Księżna wiedziała, że jej grzechy nie są ani wielkie, ani też szczególnie interesujące.

Bram wieczności to one przed nią nie zamkną, raczej nie.

Tylko czy jej poczucie grzechu i zasługi okażą się wystarczające na Sądzie Ostatecznym?

Pytanie to przychodziło jej do głowy od czasu do czasu i zazwyczaj księżna odsuwała je od siebie, była to jedna ze spraw do przemyślenia później.

Poza tym miała plan.

Postanowiła, że gdyby owdowiała, zrzecze się majątku.

Nie było z tym pośpiechu, książę Vasari jadał dobrze, śmiał się, nie stronił od wina i łatwo się upijał, a wtedy hałasował i machał rękoma, wdawał się w kłótnie i szybko uspokajał. Nie zanosiło się na to, by śmierć miała go zabrać, przypuszczalnie jeszcze długo nie.

Owdowiała księżna schroni się przed światem w klasztornej ciszy, będzie się modlić w pokorze i posłuszeństwie. Będzie się modlić również za księcia, żarliwie będzie błagać Boga, aby był miłosierny dla jego duszy, bo tej z pewnością przyjdzie się błąkać po krainie cieni, która mężczyźnie przywykłemu do doczesnych uciech jawić się będzie jako miejsce obce i przerażające.

Płomienie już malały, z kłębów dymu zaczęła się wyłaniać postać brata Girolama, który starł pot z czoła i rozglądał się wokoło jak człowiek wybudzony ze snu.

Parobek złapał kwiczącą świnię i wlókł ją na sznurku przez cały rynek, zmęczone zwierzę opierało się niezdarnie.

Młody mnich zarzucił włosiennicę na nagie plecy i skrzywił się z bólu, przez policzek spłynęły na szczękę mimowolne łzy.

Księżna miała wrażenie, że coś zadźwięczało, jak gdyby na bruk upadła zamarznięta łza.

Mróz tężał.

Nędzarze przybliżali się do gasnącego ognia, ci zaś, którzy mieli dom, powoli odchodzili.

Drżący z zimna stary żebrak w samej koszuli laską próbował wyłowić z płomieni pelerynę, którą w upojeniu ogólnej ekstazy cisnął był wcześniej na stos skruchy.

Na tle czystego nieba zatańczyły iskry, zaraz potem zgasły.

Ze stosu skruchy pozostał już tylko żar.

Księżna spojrzeniem dała sygnał służbie, że czas wracać.

PO CAŁYM MIEŚCIE NIOSŁO SIĘ ECHO KOŚCIELNYCH DZWONÓW, wiatr niósł zapach akacji, w krzakach harcowały czyżyki; nadeszła wiosna, wiosna, wiosna!

Księżna Vasari stała w drzwiach, musiała się przewietrzyć.

Wykopana z kryjówki jedwabna sukienka tu i ówdzie śmierdziała jeszcze ziemią, choć już trzeci dzień wisiała za domem, ukryta przed spojrzeniami. Kropki pleśni wymoczono i zeszczotkowano, lecz sukienka nadal wyglądała na poplamioną.

Miała jednak głęboki dekolt i klatkę piersiową księżnej objął rześki wiatr wiosenny, ramiona pokryły się gęsią skórką tylko na chwilę, ciało przywykło szybko.

I wreszcie odsłoniętą klatkę piersiową księżnej chłodziło złote drzewo poznania dobra i zła, niespodziewany dar księcia dla małżonki, naszyjnik wielki i ciężki jak ręka wyrobnika.

I z niego starto dwuletni narost pleśni, ziemi i brudu.

Mieniły się teraz w słońcu wprawione w złotą koronę drzewa czerwone granaty, rajskie jabłka. Na gałęziach skrzyły się maleńkie płatki śniegu, szlifowane diamenty, złotnik bowiem był zdania, że Eden nawiedziła nieoczekiwana zima.

Ametystowe i szmaragdowe łuski na ciele węża, zmyślnie owiniętego wokół pnia, rozpalały się niczym małe błyskawice i podobnie jarzyły się, zbyt wielkie jak na głowę węża, potworne diamentowe ślepia, które sprawiały, że wyglądał nie tylko złośliwie, ale też upiornie.

Z jego paszczy wysuwał się rozszczepiony rubinowy język.

Nie wiedzieć czemu, język przywodził księżnej na myśl kamienne tablice Mojżesza, na których wykuto dziesięć przykazań.

W swym purpurowym stroju księżna Vasari czuła się zupełnie tak samo jak tamta księżna Vasari, którą ciągle jeszcze dobrze pamiętała.

Wyprostowana. Patrząca prosto w oczy. Serdeczna, choć surowa.

Ciągły strach i bezsenne noce postarzyły ją i pochyliły, sprawiły, że się wzdrygała na widok cieni.

Skruszał jej również głos, teraz jednak, wydobyty spod ziemi, wypływał z samych trzewi pewny i okrzepły, dudnił echem po pałacu jak bicie wielkiego spiżowego dzwonu.

Księżna Vasari zmartwychwstała, jak cała Florencja.

Powóz wyciągnięto z dna przepaści z powrotem na drogę.

Popo zatrzymał się na skraju Piazza della Signoria, podjechać bliżej już się nie dało, tłum był za gęsty. Jej służący wyruszyli na plac pieszo dużo wcześniej i teraz pomogli księżnej wysiąść z karety.

Księżna nie czerpała przyjemności z patrzenia na cierpienie, z przelewania krwi.

Fetor palonego ludzkiego mięsa przyprawiał ją o mdłości, podobnie jak podrygujące w powietrzu nogi wisielca czy strzelające spod szaty strugi moczu, gdy skazaniec tracił ostatecznie władzę nad własnym ciałem.

Najbardziej jednak porażała ją ta chwila, gdy umysł nawet najbardziej hardego człowieka rozpadał się na szafocie razem z ciałem, gdy z ust wyrywały mu się jednocześnie krzyk, przekleństwo i modlitwa, a rozbiegane oczy przypuszczalnie już nic nie widziały.

Od księcia oczekiwano, że będzie obecny przy egzekucjach znanych osobistości, heretyków i zbrodniarzy skazanych za szczególnie okrutne morderstwa, a od księżnej oczekiwano, że będzie obecna przy boku męża w pobliżu szafotu, teraz jednak książę Vasari wyjechał był do Mediolanu z powodu niejasności wokół spadku po swoim wuju, tak powiedział, więc księżna zjawiła się na Piazza della Signoria z własnej nieprzymuszonej woli.

Księżna Vasari chciała się upewnić, że Girolamo Savonarola naprawdę umrze i wieloletni koszmar dobiegnie końca.

Księżna chciała się upewnić, że prorok Eliasz nie porwie skazańca do swojego ognistego rydwanu, albo że sam Chrystus nie rozedrze zasłony nieba, nie uchwyci Girolama Savonaroli za ramiona i nie podniesie przez chmury do siebie.

Księżna chciała się upewnić, że na Piazza della Signoria nie zostanie stracony prorok.

Bo gdyby Bóg dał znak, że na szafocie ma zostać przelana niewinna krew, dni miasta byłyby policzone.

Służba torowała drogę przez ciżbę, księżna chciała stanąć w cienistym krużganku, z dala od szafotu, gdzie już dyndały sznury z pętlami. Pod nimi ułożono stos, którego jeszcze nie zapalono.

Księżna posłała trzech parobków pod szubienicę, chciała od nich usłyszeć, jak brzmiały ostatnie słowa Girolama Savonaroli.

Jaskrawy błękit wiosennego nieba przeciął jastrząb, ptak krzyknął przenikliwie i zaraz zniknął.

To był znak, przypuszczalnie, lecz czy pochodził od Boga, czy też od Szatana, tego nie wiedział nikt.

Księżna zamknęła oczy i pogrążyła się w modlitwie.

Diamentowooki wąż unosił się i opadał w rytm oddechu księżnej, pokazywał rubinowy język każdemu, kto przystanął, aby popatrzeć na to zdumiewające dzieło.

Girolamo Savonarola powierzył się całkowicie miłosierdziu Pana, lecz w bezsenne noce sumiennie rozmyślał nad tym, co miało nadejść.

Już się nie złamie.

Na inkwizycjach, w czasie najstraszniejszych tortur, wołał matkę.

To było najgorsze.

Zaraz po tym najgorsze było to, że przyznał, iż jego wizje były zmyślone, gdyż nie wytrzymał już bólu. Następnego dnia rano odwołał zeznania.

Chrystus w Getsemani poprosił Ojca, aby odwołał czekające go tortury, również czekającą go śmierć.

Wtedy też była noc i Chrystus czuwał sam, jak teraz Girolamo Savonarola.

Chrystus też się bał i też się zawahał, na krótką chwilę, jak Girolamo.

W swoją ostatnią noc poczuł Girolamo Savonarola na policzku poruszone oddechem powietrze.

Siedział w celi sam, drzwi były zaryglowane.

Girolamo Savonarola uzmysłowił sobie, że czekał na mordercę już od dawna.

Jego noce od lat były długie, niespokojne, pełne różnorakich snów.

Ale i na jawie, uzmysłowił sobie, miał się na baczności, w klasztorze i szczególnie poza murami uważnie przypatrywał się ludziom, którzy próbowali się do niego zbliżyć, badał ich zamiary.

Wzdrygał się, gdy ktoś wykonywał gwałtowny ruch, chował przed nim dłonie lub odwracał spojrzenie.

Jadł niewiele, w każdej łyżce zupy zdawał się wyczuwać dziwną przyprawę.

Chcieli się go pozbyć papież Aleksander i cały Watykan, pozbyć raz na zawsze, to jedno było pewne.

Pozostawało tylko pytanie, co będzie korzystniejsze dla Kościoła, czy że Savonarola umrze od trucizny, co wytłumaczy się później chorobą brzuszną, zginie ugodzony sztyletem, za co się każe kogoś powiesić, czy też zostanie publicznie stracony.

Girolamo klęknął, znieruchomiał jak myśliwy, nasłuchiwał i badał zmysłami ciemność.

Znowu poczuł na policzku oddech lżejszy od najlżejszego wiatru.

Girolamo omiótł rękoma ciemność wokół siebie.

W celi oprócz niego nie było nikogo, ni człowieka, ni szczura, ni jaszczurki.

I znów.

Lekki powiew, miarą równy oddechowi.

Girolamo zamknął oczy.

W członkach, klatce piersiowej i brzuchu poczuł przypływ osobliwego, dotąd mu nieznanego ciepła.

I wtedy zrozumiał.

To Chrystus przyszedł do niego i mógł dotknąć jego skóry, oddychać z nim w tym samym rytmie, pozostał jednak niewidoczny i niemy.

I teraz Girolamo Savonarola zrozumiał również to, że cuda nie objawiają się ani płonącym krzewem, ani hałaśliwą mową, ani rozdartą zasłoną niebios.

Objawiają się niepostrzeżonym ciepłem, przebłyskiem światła, ruchem powietrza, niepewnym czekaniem.

Girolamo zrozumiał Chrystusa, dopiero teraz Go zrozumiał.

W swoich kazaniach Girolamo Savonarola nazywał Kościół ladacznicą, Chrystus wszak sznurkowym biczem przepędził ze świątyni przekupniów i handlarzy.

Kościół mizdrzył się w szatach utkanych ze złotych nici, z wymalowanymi oczami, przy radującej uszy muzyce, wabił niewinne dusze jak najgorsza nierządnica, a papież Aleksander, już szósty noszący to potężne imię, dał się oczarować głosowi i gestom prostytutki, pełzał przed nią na czworakach, kłaniał się złotu i diamentom, całował smukłe, nagie stopy nierządnicy, chełpił się, że jest kochankiem kurwy, i zapomniał o swoich owieczkach, zapomniał, że nosi miano pasterza, a to jest: sługi.

I to wszystko działo się w imię Chrystusa.

A jednak nie posłał Zbawiciel archaniołów z mieczami, aby zakończyli tę odgrywaną w Jego imieniu obrzydliwą farsę. Dlaczego?

Dlaczego Chrystus uparcie milczał, przyglądał się temu wszystkiemu z boku?

Czy dlatego, że do tej pory żyje pomiędzy biedakami i nędzarzami, bo właśnie pośród nich spędził swój doczesny żywot?

I czy to właśnie tam Jego słowa wydały blady, z pozoru skromny kwiat, którego rozsiewane przez Kościół chwasty nie są zdolne zdusić?

Girolamo Savonarola nie żałował wypowiedzianych słów, zaprawdę ich nie żałował.

Kościół miał być ciałem Chrystusa, ale nim nie był.

Kościół ciało Chrystusa zatracił. I teraz to bezdomne ciało błąka się po ziemi.

Pasterz śpi, a jego owieczki, które miał paść, zagubione i bezradne biegają tam i siam.

W jego ostatnią noc, kilka godzin przed tym, jak śmierć miała zerwać wszelkie jego więzy z mrokiem kamiennej więziennej celi, czarem pogodnego wiosennego dnia, zapachem migdałowca, nocnym zaśpiewem kosa, cienistą klasztorną ciszą, radosnym dzwonieniem i głuchym dudnieniem kościelnych dzwonów, dopadło go, zupełnie nagle, ostatnie kuszenie.

Girolamo Savonarola niespodziewanie stanął twarzą w twarz z bratem Girolamem, stanął ze sobą dusza w duszę.

Życie brata Girolama pojawiło się przed jego obliczem zupełnie nagie, na tle migoczącej w oddali błękitnej zorzy, jak gdyby podświetlał je księżyc, który już to okrutnie podkreślał jego nagość, już to chwiejnie ją przyćmiewał za sprawą przemykających przed nim obłoków.

Nagie życie brata Girolama było pełne zwątpień, wahań.

I pychy.

Brat Girolamo pysznił się swoją biedą i surowością, tak jak papież Aleksander chełpił się swoją koroną ze złota i ornatem wysadzanym szlachetnymi kamieniami.

Oczy obu były zimne i ślepe.

Głos obu mimo pychy był kruchy i bezsilny, jak kląskanie dzwoneczka czy brzęczenie miedzi.

Brat Girolamo odrzucił ciepłe, grube sienniki, pokusy cielesne, zawrotną karierę i pozycję, pieszczące skórę ubiory, karety, pałace, fontanny, wesołe towarzystwo pięknych kobiet.

Była to jego ofiara złożona Chrystusowi.

Umartwiał się postem i niekończącymi się nocnymi modlitwami, umartwiał ciało kajdanami i biczowaniem, zawsze w tajemnicy, aby się nie karmić podziwem ludzi.

A jednak właśnie nimi się pysznił. Swoimi sekretnymi ofiarami, swoją pokorą.

Przed samym sobą.

Przed Panem.

I na dodatek przed samym Chrystusem.

Nie całował trędowatych, nie nawiedzał złożonych chorobą.

Nie pocieszał płaczących nierządnic, chorych od grzechu.

Nie dopuszczał do siebie dzieci.

Nie śmiał się, nie bawił.

I nikt się nie śmiał w jego obecności; to też uzmysłowił sobie dopiero teraz.

Kazał żebrakowi oddać swoją ostatnią kromkę chleba i swoją jedyną koszulę.

Tamten nagi i trzęsący się w księżycowym świetle brat Girolamo, na którego patrzył teraz Girolamo Savonarola dotknięty przez Chrystusa i umęczony, któremu za kilka godzin każą oddać ducha, przeżył swój krótki żywot w zupełnym zagubieniu.

Jak papież. Jak pasterz Kościoła i jego owieczki.

Girolamo Savonarola nie żałował swoich wyrzeczeń, nie litował się nad sobą z powodu swoich cierpień.

Girolamo Savonarola nie mógł się nadziwić.

Oddał się w służbę Chrystusa, nie oszczędzając siebie, bo Chrystus w swojej walce potrzebuje żołnierzy.

Chrystus go potrzebował.

Tylko czy on potrzebował Jego?

Modlił się codziennie, także w nocy, jak żołnierz, z poczucia obowiązku.

Nie prosił Chrystusa o nic, nie chciał nic dla siebie.

Zmawiał modlitwy, prosząc o łaskę, nigdy jednak nie miał poczucia, że jej dostąpił.

Oczekiwał kary za swoje grzechy już tu, na ziemi, a za te, które nie zostały ukarane, na Sądzie Ostatecznym.

Nie zbliżał się do Chrystusa, ani Chrystus do niego.

I oto teraz, gdy zostało mu do wypełnienia już tylko to jedno, ostatnie zadanie, samemu umrzeć, pojął Zbawiciela.

Lecz teraz było już za późno. Czy nie?

A jeżeli było, to dlaczego dostąpił łaski tak wielkiej, że jego ostatnie godziny tak bardzo były pełne ciepła, światła i bliskości nigdy wcześniej niedoświadczonego żalu?

PIAZZA DELLA SIGNORIA UCICHŁA, na szafot w cienkich białych koszulach weszli bracia Girolamo Savonarola oraz Domenico i Silvestro Maruffi.

Księżna Vasari próbowała coś wyczytać z twarzy brata Girolama, ale ten oblicze miał twarde i nieprzystępne jak zawsze, choć nie było na nim widać wyższości ani drwiny.

Czy Girolamo Savonarola się złamie, zacznie błagać o łaskę?

Kogo?

Papieża? Kościół, swoich katów?

Czy samego Boga?

Wątpliwe.

Girolamo Savonarola był człowiekiem dumnym. Póki będzie przytomny, nie złamie się.

Nieprzytomny rozpadnie się, oczywiście, na krew, mocz i mimowolny krzyk, jak wszyscy podczas egzekucji.

Odczytywanie oskarżeń trwało długo, oskarżeni słuchali ich beznamiętnie.

Ciżba na placu zaczęła się nerwowo ruszać, dłużyło się nawet księżnej.

Dlaczego tu była?

Aby się upewnić, że to naprawdę koniec Girolama Savonaroli i jego potwornego ruchu oczyszczenia?

Czy tylko dlatego?

Krwi i innych ludzkich wydzielin nie chciała oglądać, ani słyszeć wywołanych bólem wrzasków.

A w nadprzyrodzone znaki, w nagłe zaciemnienie wiosennego słońca i towarzyszące mu grzmoty i błyskawice z Królestwa Niebieskiego w zasadzie nie wierzyła.

Na coś czekała, sama nie bardzo wiedziała na co.

Wszyscy czekali.

Kiedy skazanym był ktoś możny, stała nieporuszenie przy boku męża i patrzyła prosto przed siebie.

Bała się.

Bała się tej triumfalnej, radosnej furii ogarniającej plac, kiedy płomienie pochłaniają spłoszonego śmiertelnika, który jeszcze nie tak dawno, dumny i żądny życia, jechał na swym koniu przez plac, nic sobie nie robiąc z przechodniów.

Takiemu Pan ofiarował to wszystko w dniu przyjścia na świat, teraz jednak to wszystko Pan mu odbiera, a ze sprawiedliwej Bożej kary plebs ma prawo się radować.

A ten, którego życie przed stosem budziło ludzką zazdrość, teraz zamieniłby się miejscami choćby z pozbawionym ramion żebrakiem.

Czy po to ludzie tłoczą się pod szafotem, by chociaż przez chwilę sobie uzmysłowić, że ich beznadziejny żywot nie jest jednak wcale aż taki zły?

Tylko czy ich żywot jest beznadziejny?

Ta sama wiosna nastaje dla wszystkich.

Tylko czy na pewno?

Czy w bocznych zaułkach pachnie kwitnący migdałowiec, czy pachną obsypane tymiankiem, bazylią i oregano podmiejskie wzgórza, czy też wiosenne słońce tak bardzo zagęszcza odór odchodów, wyrzucanych do rynsztoków gnijących resztek albo trucheł ubitych szczurów, że człowiek zmuszony do życia w takim smrodzie bezwiednie cierpi przez cały swój żywot, wcześnie chyli się ku ziemi i staje się nudny i zgorzkniały?

I czy radość takiego człowieka nie będzie siłą rzeczy radością z cudzego nieszczęścia?

Może wiosna nie jest taka sama dla wszystkich, może wcale nie jest.

Myśli księżnej błądziły, uciekały od zbliżającej się sceny, która uwolni miasto od zła, o ile nie zdarzy się tak, że właśnie strąci je w coś znacznie gorszego.

Tak się bowiem stanie, o ile się okaże, że Pan wcale nie chciał śmierci tych trzech zakonników.

Kto będzie wtedy winien?

Kościół wyrzekł się brata Girolama, uczynił to sam papież Aleksander.

Aleksander był namiestnikiem Chrystusa na ziemi, nie mógł się zatem mylić. Ignorowanie jego rozkazów było grzechem, powstaniem przeciwko samemu Chrystusowi.

Brat Girolamo założył we Florencji nowe królestwo, na którego tronie zasiadł nie chrystusowy namiestnik, lecz sam Chrystus.

Tak głosił brat Girolamo.

I jeśli brat Girolamo miał rację, jeśli Pan wybrał brata Girolama na swego proroka, powierzając mu przygotowanie miasta na swe powtórne przyjście, to Kościół i papież byli w błędzie.

Wydając proroka na śmierć, ściągnie papież klątwę na całe miasto.

Florencja stanie się nową Sodomą, pożoga strawi ją doszczętnie i nikt nie będzie miał litości dla jej mieszkańców. Każdy, kto przystanie, by choćby popatrzeć na zagładę miasta, zamieni się w słup soli jak niegdyś żona Lota.

Oskarżenia zostały wreszcie odczytane do końca.

Nagle księżna poczuła, że nie chce patrzeć na mający teraz nastąpić brutalny i niejasny akt końcowy, który doprowadzi widzów do ekstazy.

Księżna widziała, że posłani przez nią do podsłuchania ostatnich słów brata Girolama parobkowie Alrigo, Lucca i Gualtiero stanęli pod szafotem, wystarczająco blisko; dzięki nim pozna przebieg wydarzeń ze wszystkimi szczegółami, o które zapyta.

Księżna kazała sprowadzić Popa i wzięła ze sobą swoją pokojówkę Aldene, która nie potrafiła ukryć głębokiego zawodu.

Pani odmówiła jej rozkoszy wdychania smrodu palonego ludzkiego mięsa, podniety wspólnej ekstazy.

Księżna uśmiechnęła się na rozgoryczenie Aldene. Niechaj to będzie jej dobry uczynek tego dnia, być może wcale nie aż taki błahy.

I wydało się jej, że sam Bóg uśmiecha się razem z nią na tę niemą urazę młodej i pięknej, płomiennej Aldene.

Po wieczerzy księżna Vasari kazała przywołać do ogrodu parobków Alriga, Luccę i Gualtiera.

Już zmierzchało, fontanna znowu działała po długim czasie nieużytkowania, jej szmer mieszał się z nieśmiałymi świergotami kosa.

Księżna przysiadła przy niej na kamiennej ławie. W pobliżu leżały stwardniałe grudy ziemi, porastająca je trawa sterczała na boki.

Pod tymi grudami, cztery łokcie pod ziemią, najcenniejsze kosztowności Vasarich spędziły dwa lata w jutowym worku.

O kryjówce nie wiedział nikt oprócz księcia i księżnej.

– W tych czasach nie wolno ufać nikomu – powiedział spocony i zdyszany książę Vasari w tamtą pochmurną noc, kiedy kopał dół.

To samo książę mawiał we wszystkich innych czasach, poczynając od pierwszych dni małżeństwa.

Księżna kazała po kolei wzywać parobków pod fontannę. Chciała wiedzieć, czy każdy tak samo usłyszał ostatnie słowa brata Girolama.

Pierwszy przyszedł Gualtiero, najstarszy z całej trójki.

Gualtiero był pijany, księżna spostrzegła to już z daleka; parobek usiłował iść prosto i trzymać się wąskiej brukowanej ścieżki.

Przypominał dumnie człapiącą gęś.

– Czy bratu Girolamowi pozwolono wypowiedzieć ostatnie słowa? – spytała księżna.

– Nie pozwolono – odparł Gualtiero. – Ale on i tak powiedział.

– Ale on i tak powiedział? A co takiego?

– Najpierw wieszali tamtych dwóch, powoli. Dopiero potem ich spalili.

– Jakie były ostatnie słowa brata Girolama, słyszałeś?

– Palili też powoli, nie spieszyli się.

– Czyli nie słyszałeś, co powiedział?

– Nie za dobrze, tamci dwaj jeszcze żyli. Przestali się skarżyć dopiero, gdy ogień wypalił im gardła, tak o. Głęboko. To tak zawsze jest, nogi telepią się na samym końcu.

– Poproś Luccę, aby tu przyszedł, może on coś usłyszał.

Zamyślony Gualtiero zmrużył oczy.

– Rachunki wyrównane.

– Jakie rachunki? – spytała księżna.

– Rachunki wyrównane. Tak powiedział Girolamo Savonarola, zanim mu ogień wypalił gardło.

– Jesteś tego całkowicie pewny?

– Rachunki wyrównane. Tak powiedział, mogę przysiąc.

– Ale jakie rachunki, z kim?

Znowu Gualtiero zmrużył oczy, próbując się skupić.

– Pewnie z papieżem. Albo pewnie nie z papieżem, jego przecież nie stracili. Może miał jakieś długi. Pewnie grali w coś z braciszkami i przegrał, teraz nie musi płacić. Albo, albo... tak... Do Chrystusa samego tak powiedział, ani chybi. Rachunki wyrównane, obaj skazani, czyli obaj...

Księżna odesłała Gualtiera, kazała mu przywołać Luccę.

Lucce nie ufała.

Lizus, ale człowiek niegłupi, może on będzie umiał jej powiedzieć coś rozumniejszego o ostatnich chwilach brata Girolama Savonaroli.

Lucca też był pijany.

Oczy nabiegły mu krwią i coś go najwyraźniej bardzo bawiło. Co rusz parskał pod nosem.

– Czy bratu Girolamowi pozwolono coś powiedzieć przed egzekucją? – spytała księżna.

– Pozwolono i powiedział, mówił długo – odparł Lucca.

– O czym mówił?

Lucca zaczął się rozwodzić o tym i owym, prychając ze śmiechu i próbując z twarzy księżnej wyczytać, którędy warto poprowadzić opowieść.

Rozgniewana księżna kazała mu iść precz.

Alrigo, najmłodszy z parobków, miał dopiero trzynaście lat, był to chłopak poważny i skłonny do marzycielstwa.

Z szacunku przystanął w pewnej odległości od księżnej, próbował patrzeć jej w oczy, lecz nie mógł się powstrzymać i co rusz zerkał na fontannę.

Pierwszy raz ją teraz widział, jak działa.

Strumień czystej wody tryskał z pyska ryby, którą trzymało pod pachą nagie dziecko z różkami na głowie.

Dziecka ani ryby Alrigo też jeszcze nie widział, bo i posąg przeleżał pod ziemią kilka dobrych lat.

Księżna patrzyła na oczarowanego chłopca i zaczęła żałować, że i jemu kazała stanąć pod szafotem. Dodała to swoje bezmyślne żądanie do rachunku sumienia na przyszły piątek.

Dla zaspokojenia własnej ciekawości była gotowa narazić niewinny umysł na splamienie.

Tak powie, a bratu Abramowi spodoba się takie wyznanie winy, jego przenikliwość i surowość.

– Nigdy jeszcze nie widziałeś fontanny? – spytała księżna.

– W mieście tak, kiedy byłem mały.

Księżna się uśmiechnęła.

To dziecko miało już dzieciństwo daleko za sobą, jego życie od lat wypełniała praca. A mimo to jego oczy błyszczały niewinną czystością, która rychło zgaśnie.

Girolamo Savonarola kazał zamknąć nawet miejskie fontanny.

A teraz pozostała z niego blada kupka popiołu, która wkrótce zostanie wysypana do Arno, tak by jego ciało nie zmartwychwstało nawet w dniu Sądu Ostatecznego.

– Stałeś zatem pod szubienicą – rzekła księżna. – Powiedz mi, jak wyglądał brat Girolamo.

– Spokojniejszy był od tamtych dwóch. Smutny.

– I nie bał się?

– Chyba nie, ja w nich strachu nie widziałem. Co to za ryba?

– Nie wiem. – Księżna się roześmiała. – Nigdy nawet o tym nie pomyślałam. Czy na placu wydarzyło się coś znaczącego?

– Nie wiem. Co takiego znaczącego?

– Czy słońce wyglądało jakoś inaczej niż zwykle? Albo niebo nie pociemniało czasem na chwilę?

Chłopak patrzył na księżną uważnie, chciał zrozumieć, czego pani od niego żąda.

– Nie pociemniało. Chociaż nie, jednak trochę pociemniało, zaszło chmurami.

– Czy brat Girolamo coś powiedział, miał ostatnie słowo?

– Powiedział.

– Co takiego?

Chłopak się zamyślił, lecz w tym skupieniu znowu się zagapił na rogate dziecko i plującą wodą rybę. Czyżby naprawdę nie pamiętał?

– Myślę... myślę, że brat Girolamo powiedział, że się wypełniło...

– Co się wypełniło?

– Tego nie powiedział.

Księżna skinęła głową i pozwoliła chłopcu odejść.

Wypełniło się.

Czyżby chłopak naprawdę nie wiedział, że tak właśnie brzmiały ostatnie słowa Chrystusa?

A może powtórzył z pamięci ostatnie słowa Chrystusa, aby ją zadowolić, nie wiedząc jednak, z czym się wiążą?

Co tak naprawdę powiedział Girolamo Savonarola?

A może nie powiedział nic?

Tego księżna Vasari nigdy się nie dowie. Ani nikt inny.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki