Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
34 osoby interesują się tą książką
Will wiązał swoje życie z morzem aż do chwili, gdy śmierć brata zmusiła go do objęcia tytułu lorda i powrotu na ląd. W rodzinnej posiadłości poznaje Estellę – tajemniczą dziewczynę, którą jego matka przyjęła do domu, by dotrzymywała jej towarzystwa. Oboje doświadczyli już bolesnej straty, lecz ich relacja z morzem, które zabrało im najbliższych, jest skrajnie różna – Will wciąż je kocha, podczas gdy nawet najłagodniejsze przybrzeżne fale budzą w Estelli lęk, przypominając o tragedii sprzed lat.
Kiedy dziewczyna odkrywa legendę o miejscu nawiedzonym przez tych, którzy spoczęli na morskim dnie, zdesperowana widzi w niej szansę na odzyskanie ojca. Wierzy, że wraz z jego powrotem odnajdzie w życiu szczęście. Ryzykuje wszystko, by odwrócić zły los, nie dostrzegając, jak wiele znaczy dla młodego lorda, który wiernie trwa u jej boku.
„Panna, lord i morze” to pełna magii nowelka cosy romantasy, która porusza serca, wciągając do świata tajemnic, uczuć i morskich przygód.
Nowelka z Kolekcji cosy romantasy Inanny
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 167
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Panna, lord i morze
Anna Gersten
Wydawnictwo Inanna
Panna, lord i morze
Copyright
📖 Informacja o wersji demo
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Strona 6
Strona 7
Strona 8
Strona 9
Strona 10
Strona 11
Strona 12
Gdy Will wysiadł z powozu, poczuł się dziwnie. Po prostu dziwnie. Nie mieszkał tu od blisko dziesięciu lat. Miał swój pokój w szkole oficerskiej, miał kajuty na statkach, którymi pływał przez ten czas… a było ich niemało. Nauczył się nazywać domem każde miejsce, w którym spał i trzymał zapasową bieliznę — to wszystko.
Dzisiaj wrócił w rodzinne strony i tym razem nie planował pobytu na tydzień lub może nawet miesiąc. Tym razem miał zostać tutaj na stałe jako pan tych ziem. Ta myśl sprawiła, że coś boleśnie ścisnęło go w piersi, bo to nie jemu przeznaczono tę rolę. I nie chciał się z tym pogodzić mimo rozkazu samego suwerena.
Wciąż stał przed powozem, kiedy z posiadłości wyszedł starszy kamerdyner w towarzystwie dwóch młodych lokajów. Wszyscy trzej pospiesznie zbliżyli się do Willa i pochylili w ukłonach.
– Mój panie, najmocniej proszę o wybaczenie – przemówił kamerdyner. – Spodziewaliśmy się pana dopiero w przyszłym tygodniu…
– Nie mam czego wybaczać – zapewnił Will, czując się niezręcznie. – Wiatry wyjątkowo mi sprzyjały w ostatnich dniach. Gdzie znajdę moją matkę?
– Jest w ogrodzie, mój panie. Czy coś dla pana przygotować? Posiłek? Kąpiel?
– Kąpiel – podchwycił. – Zdecydowanie potrzebuję ciepłej kąpieli.
– Zaraz ją zlecę.
– Dziękuję.
Kamerdyner gorliwie pokiwał głową i subtelnie dał znak lokajom, by zabrali bagaże z powozu. Właściwie nie było wiele do przeniesienia – tylko dwie niewielkie torby. Arystokraci o pozycji Willa podróżowali zazwyczaj ze znacznie większą ilością ubrań, ale on akurat wracał ze służby w marynarce. Na morzu nie wyprawiano uroczystych balów ani eleganckich podwieczorków, a wiele wygód było nieosiągalnych, stąd małe zapotrzebowanie na wyszukane stroje.
Will odetchnął głęboko, po czym wreszcie ruszył przed siebie. Pokonał kilka schodków dzielących go od głównych drzwi posiadłości, a następnie wkroczył do chłodnego holu. Gdy zmierzał na drugą stronę, gdzie znajdowało się wyjście do ogrodu, mężczyznę minęło parę pokojówek. Dygnęły nerwowo na jego widok, z kiepsko ukrywanym zaciekawieniem przyglądając się nowemu panu. Machinalnie skinął im głową, po czym opuścił budynek, by znaleźć się na przestronnym tarasie. Natychmiast zakręcił się wokół niego rześki wiatr i przyniósł znajomy, kojący zapach morza. Will zatrzymał się na moment, ze wzrokiem utkwionym w spokojnych falach zatoki widocznej ponad wierzchołkami niewysokich drzew.
– Kim pan jest?!
Z zamyślenia wyrwał go oburzony głos. Na skraju tarasu stanęła kobieta w jasnej, skromnej sukni odpowiedniej jako odzienie dzienne dla członkini rodu Perłowego Orła. Panna nie wyglądała jak jego kuzynka – chociaż obie były chyba w podobnym wieku – a żadnej innej młodej damy Will nie spodziewał się zobaczyć w swojej rodowej posiadłości.
– Will!
Zanim odpowiedział, nieznajomą minęła pospiesznie jego matka, która zaraz go przytuliła, a potem ucałowała w oba policzki.
– Jak dobrze widzieć cię w domu, synu.
Kiedy w jej oczach zalśniły łzy, nie wiedział, czy kryły w sobie radość, czy żal. Uśmiechnął się tylko, bo nagle ściśnięte gardło pozbawiło go możliwości wypowiedzi.
Tymczasem nieznajoma dygnęła i wbiła spojrzenie w ziemię.
– Lordzie Williamie – wymamrotała.
Chociaż dziewczyna się wyprostowała, wciąż nie podniosła wzroku. Ramiona trzymała sztywno, a w spuszczonych oczach Will dostrzegł błysk… irytacji. Może było jej głupio, że powitała go w dość niemiły sposób. Bo przecież nie zrobił nic, by zasłużyć na niechęć z jej strony.
– To jest panna Estella – przedstawiła ją matka. – Jest tak uprzejma, że dotrzymuje mi towarzystwa.
Will nie kojarzył dziewczyny, więc pewnie pochodziła z mniej znaczącej rodziny. Zdarzało się, że uboższe krewne zostawały towarzyszkami bogatszych, samotnych kobiet. W zamian za wspólnie spędzony czas dziewczęta mogły liczyć na pokrycie wydatków, co odciążało rodziców. Will nie sądził, że jego matka czuła się aż tak samotna, by ściągnąć tutaj obcą dziewczynę. Mimowolnie napiął mięśnie.
– Miło mi pannę poznać – odparł uprzejmie, po czym zwrócił się do matki. – A gdzie jest ciocia Eleanor? Gdzie jest Lilian?
– Wyjechały do Perły na sezon towarzyski.
Odzwyczaił się od tego, jak żyła socjeta na Perłowym Archipelagu. Jego kuzynka Lilian rzeczywiście osiągnęła już wiek, w którym powinna zadebiutować na rynku matrymonialnym, a nie powinno go również dziwić, że zamiast królewskiej wybrała ich lokalną stolicę – Perłę Archipelagu.
Will nie musiał za to pytać o swoich kuzynów. Wiedział, że jeden służył w królewskim wojsku na lądzie, a drugi uczył się w szkole oficerskiej.
– Nie chciałaś do nich dołączyć? – zapytał ostrożnie.
– Czuję, że moje miejsce jest w domu – odparła jego matka spokojnie, po czym na moment przyłożyła dłoń do policzka Willa, jakby wciąż był małym chłopcem. – Naprawdę cieszę się, że wróciłeś.
– Ja… Ja również, chociaż… Wilhelm…
– Odpocznij po podróży i zobaczymy się na kolacji – przerwała mu matka.
Mężczyźnie zdawało się, że jej oczy znów zwilgotniały, zanim wyminęła go, by udać się do wnętrza posiadłości. Panna Estella w milczeniu podążyła za nią, uprzednio tylko pospiesznie dygnąwszy w stronę Willa. Znowu poczuł w piersi bolesny ucisk. Zawiódł matkę… i brata.
Stał wpatrzony w morze, które wciąż kochał, chociaż odebrało mu już dwie najbliższe osoby. Wreszcie wziął głęboki oddech i także wszedł do środka. Jeszcze zanim zdążył skierować się w stronę schodów, z korytarza wyłonił się jego stryj Logan. Uścisnął go z niezaprzeczalną siłą starego wojownika.
– Will, witaj w domu. Jak podróż?
– Zaskakująco dobrze. Nie wyjechałeś do Perły razem z ciocią i Lilian?
– Nie, na pewno doskonale radzą sobie beze mnie. Stolica to nie… to nie jest miejsce odpowiednie dla mnie. Zresztą ktoś musiał zostać przy twojej matce i pilnować porządku na twoich ziemiach.
Will nerwowo przełknął ślinę. Nie przywykł do myśli, że Orla Zatoka była JEGO ziemią. A właściwie po prostu nie chciał się z tym pogodzić.
– Dziękuję – odparł krótko.
– To nic takiego. – Stryj serdecznie klepnął go po plecach. – Chodź, pokaż mi, co potrafisz.
– Ale… co?
– Pokaż, czy te wszystkie lata nauki nie poszły na marne. Chyba się nie zasiedziałeś na tych swoich stateczkach?
– Ale… teraz?
– Oczywiście, że teraz, zanim słońce zajdzie. Gdy wrócisz do swojego pokoju, zaraz się rozleniwisz.
Logan pociągnął oszołomionego Willa z powrotem do ogrodu, a tam skierowali się ku placowi treningowemu. Stryj popchnął bratanka na środek przestrzeni wypełnionej manekinami udającymi przeciwników. Sam stanął z boku ze skrzyżowanymi na piersi rękami. Will obejrzał się na niego i wreszcie pojął z całą pewnością, że Logan nie żartował.
Stryj w młodości był jednym z najpotężniejszych wojowników w całym rodzie Perłowego Orła. Niewielu mogło się z nim równać do czasu, aż poważnie ucierpiał w obronie archipelagu. Nie chciał mówić o tamtym starciu, chociaż Will podejrzewał, że mierzył się z demonem, nie z człowiekiem. Cokolwiek go pokiereszowało, odebrało mu część sprawności i bezpowrotnie osłabiło jego wrodzoną moc. Dlatego też zamiast dalej walczyć ku chwale rodu, skupił się na szkoleniu swoich synów i bratanków.
Mimo zmęczenia podróżą Will wziął głęboki oddech i przywołał potęgę wiatru. Przez całe lata w nieskończoność powtarzał sekwencję wpojoną mu przez stryja, więc wręcz instynktownie wykonywał kolejne ruchy. Wiatr posłusznie uderzał tam, gdzie go skierował, a manekiny raz za razem z hukiem lądowały na ziemi. Will uniknął każdego z ciosów wiatraka wzbudzanego jego własną mocą, pokonał wszystkie przyszykowane przeszkody, aż wreszcie zwycięsko stanął na skraju placu. Dopiero wtedy ponownie obejrzał się na stryja, który obserwował go z namysłem.
– Dobrze, nie próżnowałeś – ocenił mentor łaskawie. – Ale wciąż… czuję, że jest w tobie coś więcej. Miałem nadzieję, że na morzu uda ci się to odnaleźć… Może brakuje ci motywacji, by wreszcie odkryć pełnię swojego potencjału.
– Zapewniam cię, stryju, że nie brakuje mi motywacji – odparował Will z pewną urazą. Był dumny ze swoich umiejętności, wszak przewyższał większość kadetów w szkole oficerskiej. – Ćwiczyłem tak, jak mi poleciłeś.
– Może nie znalazłeś jeszcze godnego przeciwnika.
– Walczyłem nawet z Rekinami silniejszymi ode mnie…
– Dobrze, dobrze – uciął Logan. – Tylko czas pokaże.
Zanim Will zdążył powiedzieć coś więcej, zjawił się kamerdyner, by poinformować, że kąpiel została już przygotowana. Nie należało marnować gorącej wody, więc Logan pożegnał się z bratankiem. Mieli zobaczyć się niedługo na kolacji.
W towarzystwie kamerdynera Will udał się w stronę swojego pokoju… ale służący subtelnie wskazał mu, by podążył dalej. Po chwili starszy mężczyzna otworzył dla niego drzwi głównej sypialni przysługującej lordowi Orlej Zatoki. Will zatrzymał się na progu. Ten pokój należał do jego ojca, a później – do starszego brata. Chociaż Will nie chciał uznać go za swój, wiedział, że nie powinien się cofnąć. Wreszcie sztywno wszedł do środka.
Uprzejmie odprawił kamerdynera, zapewniwszy, że nie potrzebował pomocy. Przez ostatnie lata potrafił sam o siebie zadbać. Może powinien ponownie przywyknąć do obecności służby, ale pierwszy wieczór w domu był dla niego wystarczająco trudny. Na wszystko przyjdzie czas… kiedyś.
Ściągnął z siebie brudne, przepocone ubranie i zanurzył się w przyjemnie ciepłej wodzie. Otoczył go znajomy zapach ziół, który napełnił go przekonaniem, że rzeczywiście wrócił do domu.
Zanim zmarła, matka jego ojca stworzyła wyjątkową mieszankę ziół, którą nazwała Perłową Herbatą. Większość składników do tej pory uprawiano w rozległych ogrodach posiadłości, a zapas tradycyjnej herbaty regularnie uzupełniano według pozostawionej przez kobietę receptury. Cała rodzina nie tylko zaparzała dla siebie zioła do picia, ale również dodawała je do kąpieli. Wszyscy zgodnie twierdzili, że mieszanka miała dobroczynny wpływ na ciało oraz umysł – niezależnie od tego, czy w tym stwierdzeniu była chociaż odrobina prawdy. Przynajmniej smakowała wyśmienicie, a jej aromat pozwalał się łatwo zrelaksować.
Will został w wodzie może dłużej niż wypadało, lecz poczuł się trochę lepiej. Następnie po raz pierwszy od dłuższego czasu doprowadził się do porządku według standardów salonowych – a nie pokładowych. Ogolił się i ułożył włosy. Nie pominął żadnej części garderoby odpowiedniej dla dżentelmena, chociaż nie lubił strojów krępujących ruchy. Do tego także musiał znów przywyknąć.
Zamierzał już wychodzić, kiedy dostrzegł na biurku otwartą szkatułkę. Na białym, lśniącym materiale spoczywał pierścień rodowy Orlej Zatoki. Will podszedł bliżej i sięgnął po niego z ciężkim sercem. Nadal pamiętał przecież, jak ten sygnet wyglądał na dłoni ojca, a potem brata. Pierścień znajdował się w posiadłości tylko dlatego, że obaj – zgodnie z orlą tradycją – zostawili go w domu, zanim wyruszyli na morze.
Z sygnetem na palcu Will zszedł wreszcie do jadalni. Wszyscy już na niego czekali, a blat uginał się od półmisków zapełnionych miejscowymi specjałami. Kiedy mężczyzna nerwowo zajął miejsce u szczytu stołu, jego stryj jako pierwszy sięgnął po wciąż jeszcze parującą pieczeń. Zgodnie z etykietą powinien był poczekać na Willa, ale ten nie miał mu tego za złe. Chociaż wszystko wyglądało smakowicie, a nic nie jadł od czasu śniadania, jakoś nie dopisywał mu apetyt.
Zaczął od wypicia zwykłej, czystej wody. Ukradkiem zerknął na towarzyszących mu domowników, którzy skupili się już wyłącznie na oczekiwanej kolacji. Wcześniej Logan miał na sobie, oprócz spodni, tylko koszulę i kamizelkę, ale do posiłku włożył elegancką marynarkę. Matka prezentowała się nieskazitelnie w połyskującej kreacji oraz perłowej biżuterii. Estella nosiła za to tę samą skromną suknię, w której Will zobaczył ją po raz pierwszy. Jedynym dodatkiem był delikatny naszyjnik z pereł. Wyglądała dość blado w kontraście do pani Orlej Zatoki siedzącej tuż obok. Wydawała się spięta. Gdy przypadkowo napotkała wzrok Willa, pospiesznie odwróciła głowę. Zmarszczyła przy tym brwi w wyrazie nie zawstydzenia, lecz irytacji, a Will nie miał pojęcia, co było tego powodem. Przecież poznali się ledwie parę godzin temu i nie sądził, by zrobił cokolwiek mogącego urazić dziewczynę.
Kolacja przebiegła w dość niezręcznej atmosferze, chociaż stryj próbował prowadzić niezobowiązującą rozmowę. Matka odzywała się w sposób uprzejmy, ale wyraźnie wymuszony. Estella milczała. Will starał się podtrzymywać tematy zaproponowane przez stryja, jednak chyba dla nikogo w jadalni nie brzmiało to jak swobodna konwersacja ponownie zjednoczonej rodziny… bo brakowało wśród nich zbyt wielu osób. Mimo to supeł w brzuchu Willa trochę się rozluźnił, więc zjadł cały talerz zupy rybnej.
Po skończonym posiłku z ulgą wracał do pokoju… zanim przypomniał sobie, że zajmował teraz lordowską sypialnię. Poprosił kamerdynera, by przyniósł mu herbatę, a sam ściągnął z siebie zbyt ciasno dopasowaną marynarkę i kamizelkę, po czym poluzował wiązanie przy szyi. Otworzył okno, by wpuścić do środka trochę świeżego powietrza niosącego ze sobą słony zapach morza. Po chwili zjawił się służący i zostawił na stoliku filiżankę gorącej herbaty. Następnie wyszedł, prosząc o wezwanie w razie jakichkolwiek potrzeb.
Gdy Will został sam, przez moment wpatrywał się w idealnie gładką powierzchnię napoju. Po krótkim wahaniu sięgnął do podręcznej torby i wyciągnął butelkę rumu, którą dostał w podarunku pożegnalnym od swojego kapitana. Dolał trochę alkoholu do naparu. Jeżeli ta mieszanka nie pomoże mu zasnąć, to chyba nic tego nie zrobi.
*
Gdy Estella się obudziła, podeszła do okna, tak jak robiła to każdego ranka. O wczesnej porze ogród zazwyczaj był pusty, ale tym razem zobaczyła młodego mężczyznę ćwiczącego na placu treningowym. Chociaż z tej odległości nie widziała go wyraźnie, domyśliła się, że to lord William, który poprzedniego dnia zjawił się wreszcie w swojej własnej posiadłości.
Obserwowała przez chwilę, jak sprawnie panował nad szpadą. W tym momencie nie używał mocy w przeciwieństwie do popisu, który dał zaraz po przybyciu. Nie mogła odmówić mu umiejętności, ale w końcu był żołnierzem. Dobrze, że przynajmniej na tym się znał, skoro nie potrafił zadbać o swoje obowiązki.
Prychnęła zirytowana, gwałtownie zaciągając zasłonę. Choćby pływał po najdalszych wodach Perłowych Orłów, ile czasu potrzebował na powrót? Miesiąc w zupełności by wystarczył, nawet przy najgorszych wiatrach. A on nie postawił nogi w domu przez ponad dwa lata! Przez ten czas… Potrząsnęła głową.
Wkrótce zjawiła się pokojówka, by pomóc Estelli przyszykować się do wyjścia z sypialni. Mieszkając tak długo w lordowskiej posiadłości, dziewczyna przyzwyczaiła się już, że nawet wyjrzenie na korytarz wymagało wyglądu godnego wycieczki do stolicy. W swoim rodzinnym domu radziła sobie sama, bo cała ich służba składała się z trzech osób – kamerdynera, kucharki i pokojówki usługującej matce Estelli. Dzieci biegały czasem rozczochrane, przyodziane wyłącznie w koszule nocne, nie tylko po korytarzach, ale również po kuchni czy jadalni. Zasad ściśle przestrzegano wyłącznie przy okazji wizyt gości, szczególnie tych wyżej urodzonych. Nie zdarzało się to jednak zbyt często, a przynajmniej było tak od czasu, gdy stryj zastąpił jej zmarłego ojca.
Kiedy Estella zeszła do mniejszej jadalni, gdzie zazwyczaj podawano śniadanie, z zaskoczeniem zobaczyła przy stole lorda Williama. Najwyraźniej zdążył już doprowadzić się do porządku po treningu, bo wyglądał tak, jak powinien prezentować się dżentelmen. Do Estelli powróciło wspomnienie chwili, gdy zobaczyła go po raz pierwszy. Z zaniedbanym zarostem i włosami rozwianymi przez wiatr, do tego okryty zakurzonym płaszczem, nie miał w sobie nic z lorda, którego się spodziewała. Podczas kolacji zrobił już jednak znacznie lepsze wrażenie. Żeby jeszcze tylko zaczął zachowywać się jak lord.
Mężczyzna zgodnie z etykietą wstał na jej widok i poczekał, aż usiadła na krześle. Chociaż wybrała dla siebie możliwie najbardziej oddalone miejsce, wciąż znajdowała się blisko Williama. Stojący w tym pomieszczeniu stół był dość krótki.
– Jak długo dotrzymuje panna towarzystwa mojej matce? – zagaił mężczyzna.
– Lady Margaret była tak miła, by zaprosić mnie tutaj, kiedy pani Eleanor i panna Lilian wyjechały do Perły – odparła Estella zdawkowo.
Patrzył na nią niepewnie. Oczywiście, że nawet nie wiedział, kiedy to miało miejsce. Przecież nie interesował się swoją rodziną.
– Rok temu – dodała łaskawie po chwili przedłużającej się ciszy.
Lokaj przyniósł właśnie dla Estelli talerz jajecznicy, więc dziewczyna udała, że całkowicie skupiła się na posiłku. Miała nadzieję, że zniechęci to Williama do kontynuowania rozmowy. Na moment rzeczywiście zamilknął, ale potem odezwał się znowu:
– Czy czymś pannę uraziłem, panno Estello? Jeśli tak się stało, przepraszam, na pewno nie było to moją intencją…
– Nie mnie powinien pan przepraszać – fuknęła, zanim się powstrzymała. – To pana matka czekała na pana każdego dnia, dręczona strachem, że straciła każdego, kto jest jej drogi. A pana tu nie było! Lady Margaret pana potrzebowała, a nasze ziemie…
Urwała gwałtownie, nagle przepełniona lękiem. Matka i stryj ciągle powtarzali jej, że kiedyś pożałuje tego swojego niewyparzonego języka. Przecież właśnie nakrzyczała na lorda Orlej Zatoki, swojego pana. Gdyby chciała pogrążyć się bardziej, zostałoby jej już tylko popłynąć do Perły i nagadać samemu suwerenowi… William mógł ją wyrzucić z domu, nawet wygnać!
– P-przepraszam – bąknęła, nerwowo przełknąwszy ślinę.
On tymczasem wpatrywał się w nią uważnie, a tylko nieznaczne drżenie dłoni zaciśniętych na sztućcach zdradzało jego poruszenie. Nie potrafiła jednak określić, jakie emocje w nim wywołała. Czy go rozgniewała?
– Co chciała panna powiedzieć o naszych ziemiach? – zapytał po chwili opanowanym tonem.
– J-ja… N-nie… To znaczy… – Przygryzła wargę. – Pan na pewno wie lepiej…
– Proszę powiedzieć, co miała panna na myśli.
Niespokojnie poruszyła się na krześle, a potem wzięła głęboki oddech i zaczęła mówić. Ojciec powtarzał jej, że w słusznej sprawie warto zabrać głos. Może miała ku temu jedyną taką okazję, skoro lord nie kazał jej jeszcze wynosić się za okazaną impertynencję.
– W zatoce brakuje ryb – wyrzuciła z siebie. – Mój ojciec powiedział mi, że tak jak doglądamy pól, tak powinniśmy dbać o ryby. Za rządów pana ojca pilnowano połowów. A teraz łowi się nawet najmniejsze sztuki. Nie mają kiedy urosnąć ani się rozmnożyć. Poza tym, panowie tu przychodzą, twierdzą, że odnoszą straty, żądają pieniędzy ze skarbca. A lady Margaret nie chce się z nimi kłócić. I wypłaca im rekompensaty. Mimo że pan Logan przykazał jej, by tego nie robiła. Siedzą tu bezczelnie, nadużywają gościnności. Stłukli pani ulubioną wazę!
Mówiła coraz szybciej i głośniej, a jej policzki pokryły się rumieńcami. Może nic z tego, co właśnie wymieniała, nie powinno obchodzić panienki z pomniejszej rodziny, jednak było inaczej. Przejmowała się tym. Bolało ją, że cały trud, który jej ojciec włożył w zarybienie zatoki, szedł na marne. I nie potrafiła patrzeć obojętnie na cierpienie pani okazującej jej tyle dobroci. Raz nawet spróbowała wyrzucić tych łachudrów z domu, ale… nie skończyło się to zbyt dobrze. Wciąż dopadał Estellę strach na myśl o tym, czego doznałaby z rąk pijanych, rozsierdzonych „dżentelmenów”, gdyby pan Logan nie stanął w jej obronie. Dlatego powinna nauczyć się trzymać emocje na wodzy… A na razie robiła to bez większego powodzenia.
Gdy wreszcie Estella zamilkła, serce łomotało jej w piersi. Zerknęła na lorda Williama, znowu nerwowo przygryzając wargę. Jego spojrzenie było ciemne jak morze podczas sztormu… i wzbudziło w niej taki sam niepokój jak rozszalałe fale.
– Dziękuję, że mi panna o tym powiedziała – oznajmił spokojnie, co w kontraście z wyrazem jego oczu sprawiło, że Estella poczuła się jeszcze bardziej nieswojo.
Sztywno odłożył serwetkę, chociaż jego talerz pełen był jajecznicy, i wstał. Uprzejmie skinął głową dziewczynie, po czym wyszedł z pomieszczenia. Estella patrzyła przez moment w ślad za Williamem, po czym pochyliła głowę nad śniadaniem. Naprawdę miała nadzieję, że nie wyrzuci jej z domu… ani nie wygna z Orlej Zatoki.
*
Will zaczął dzień, wierząc, że okaże się lepszy niż ten poprzedni, ale słowa Estelli wyprowadziły go z błędu. Dlaczego o czymś takim dowiadywał się od obcej dziewczyny, a nie od własnej rodziny? Dlaczego nikt nie wspomniał o tym w listach? Dlaczego nikt nic nie powiedział, kiedy wrócił do domu?
Krążył bez celu po korytarzach, usiłując zapanować nad nerwami. Zaskoczeni służący umykali mu z drogi, pochłonięci codziennymi obowiązkami. Po jakimś czasie, gdy po raz kolejny mijał główny salon, zobaczył matkę wpatrującą się w obraz wiszący nad kominkiem. Will zatrzymał się gwałtownie. Nadal dobrze pamiętał, kiedy ten obraz został wykonany – ponad dziesięć lat temu, zanim Will wyjechał do szkoły oficerskiej. Był wtedy tylko chłopcem, który z dumą pozował ze swoim ojcem i starszym bratem.
Powoli przeszedł przez salon i stanął przy matce. Chociaż prawdopodobnie usłyszała jego kroki, nie odwróciła się. Nie odrywała wzroku od tamtej szczęśliwej chwili uwiecznionej na płótnie.
– Mamo… – zaczął i urwał, bo nie wiedział, co właściwie chciałby powiedzieć.
– Najpierw twój ojciec stracił życie na morzu, potem twój brat – powiedziała cicho, drżącym głosem. – Nie pozostałoby mi zupełnie nic, gdyby ciebie także zabrakło, Will. Nie miałabym już po co żyć.
– Nie mów tak, mamo, proszę. Przecież jestem. I pisałem do ciebie. Wiedziałaś, że żyję.
– Ile czasu upływało, nim docierały do mnie twoje listy? Gdy je czytałam, nie wiedziałam, czy nie są już jedynym, co mi po tobie pozostało…
– Wróciłem – przypomniał szybko. – Jestem tutaj. A Wilhelm wciąż może żyć. Jego statek nie zatonął tak jak statek ojca. Po prostu zaginął. Mogło znieść go gdzieś daleko. Wciąż może żyć…
– Nie, Will – ucięła zaskakująco ostro i odwróciła się do niego. – To koniec. Minęły dwa lata. Musisz pogodzić się z tym, że Wilhelm zginął, a ty zostałeś lordem Orlej Zatoki. Gdyby sam suweren nie wydał ci bezpośredniego rozkazu, jak długo pływałbyś jeszcze bez celu w poszukiwaniu ducha?
Poczuł się, jakby uderzyła go w twarz. Zesztywniał, ale wytrzymał nieustępliwe spojrzenie matki.
– Służyłem naszemu rodowi w marynarce – powiedział powoli. – Wypełniałem swoje obowiązki, bo nie chcę przejmować tytułu kogoś, kto wciąż może żyć. Wszyscy inni poddali się po miesiącu. Myślisz, że to wystarczy, by odnaleźć kogoś na bezkresie morza? Wiesz, ile wysp kryje się wśród fal? Każdą przerwę w służbie poświęciłem na poszukiwania. Płaciłem załodze z własnych pieniędzy. Nie pływałem bez celu. SZUKAŁEM BRATA!
Cofnął się o krok, zawstydzony tym, że podniósł głos. Pochylił głowę i wymamrotał przeprosiny, jednak lady Margaret nie wydawała się urażona. Czułym, matczynym gestem pogłaskała go po policzku.
– Wiem, że nie potrafisz pogodzić się z tym, że odszedł – oznajmiła łagodnie. – Nadzieja przynosi ulgę, ale tak kurczowe trzymanie się jej jest również oznaką słabości, a ty nie jesteś słaby. Minęły dwa lata, Will. Jesteś potrzebny tutaj jako pan tych ziem. – Westchnęła. – Dla nadziei, choćby była tylko złudzeniem, ludzie są w stanie zaryzykować wiele. Zrobiłeś wszystko, co mogłeś. Teraz musisz zadbać o dziedzictwo, które obaj z ojcem ci zostawili.
Chciał zaprzeczyć. Odkąd otrzymał rozkazy suwerena, nieustannie je kwestionował. Tak bardzo pragnął zaprzeczyć… prawdzie. Bo gdzieś w środku wiedział, że jego matka miała rację we wszystkim, co powiedziała.
Ramiona mu opadły, a w piersi coś dotkliwie go ścisnęło. Zacisnął powieki. Nie powinien pozwolić, by na jego policzki wydostały się łzy. Był mężczyzną, dżentelmenem, wojownikiem, członkiem dumnego rodu Perłowego Orła. Słabość mu nie przystawała.
Matka przytuliła go bez słowa. Pochylił głowę i ukrył twarz w jej ramieniu, tak jak robił to czasem, gdy miał ledwie kilka lat. Czuł się bezsilny jak dziecko, nieprzygotowany do roli, którą musiał teraz pełnić. Nigdy nie miał zostać lordem.
Panna, lord i morze
Copyright © Anna Gersten
Copyright © Wydawnictwo Inanna
Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak
Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2026 r.
ebook ISBN 978-83-7995-918-1
Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski
Redakcja: Paulina Kalinowska
Korekta: Agata Nowak | proAutor.pl
Projekt i adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski
Projekt okładki: Ewelina Nawara | proAutor.pl
Skład i typografia: Bookiatryk.pl
Przygotowanie ebooka: Bookiatryk.pl
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
MORGANA Katarzyna Wolszczak
ul. Kormoranów 126/31
85-432 Bydgoszcz
www.inanna.pl
Książkę i ebook najtaniej kupisz w MadBooks.pl
To jest wersja demonstracyjna zawierająca 10% treści książki.
Aby przeczytać pełną treść, skorzystaj z pełnej wersji EPUB.
Konwersja i przygotowanie ebooka Bookiatryk.pl
