Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Kiedy planujesz idealny przekręt, a życie pisze własny scenariusz
Wiktoria ma dwadzieścia dwa lata i bezwzględny plan: wejść w życie majętnego staruszka jako jego dawno niewidziana wnuczka. Jej celem jest Dominik – siedemdziesięciopięcioletni emerytowany oficer SB, człowiek o mrocznej przeszłości i narastającej chorobie Alzheimera. Wiktoria z wyrachowaniem wykorzystuje jego luki w pamięci i tęsknotę za rodziną, by wyłudzać kolejne pieniądze. Jednak z czasem między drapieżnikiem a ofiarą rodzi się zaskakująca więź, a choroba Dominika prowadzi do sytuacji, których Wiktoria nie mogła przewidzieć.
Krzysztof Pietras, krakowianin, autor powieści "Dom wariatek", objętej patronatem Krakowa Miasta Literatury UNESCO.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 322
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Krzysztof Pietras
@lindcopl
e-mail: [email protected]
Tytuł oryginału: Oszustwo na wnuczkę
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Książka ani jej część nie może być przedrukowywana
ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana
w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody
Wydawnictwa Lind & Co Polska sp. z o.o.
Ten e-book jest zgodny z wymogami
Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
Wydanie I, 2026
Opracowanie redakcyjne: Kamila Recław Słowa Kluczowe
Projekt okładki: Studio KARANDASZ
Grafiki na okładce: pikselstock, zea_lenanet (Adobe Stock)
Copyright © dla tej edycji:
Wydawnictwo Lind & Co Polska sp. z o.o., Gdańsk, 2026
ISBN 978-83-68736-01-4
Siedziała na odrapanej ławeczce u szczytu czteropiętrowego bloku i za pomocą kieszonkowego lusterka spoglądała sobie w dekolt. Ponadprzeciętnej wielkości biust napierał na materiał białej koszuli, co sprawiało, że przestrzenie między kolejnymi guziczkami wybrzuszały się tak, że wprawne oko mogło wyłuskać spomiędzy nich równie biały, koronkowy stanik. Świadoma ciśnienia oddziałującego na szwy i guziki rozpięła jeden z nich, dzięki czemu linia łącząca obie poły koszuli nabrała naturalniejszego wyglądu. Efektem ubocznym zabiegu było jednak znaczne odsłonięcie zmysłowego zagłębienia między piersiami, na co jeszcze chwilę wcześniej nie chciała się zdecydować. Po chwili wahania postanowiła mimo wszystko zapiąć guziczek i nakierowała lusterko na twarz. Nie była z niej zadowolona.
Pełen makijaż, który nosiła na co dzień, ograniczał się dziś do delikatnego podkreślenia rzęs i brwi oraz zamaskowania kilku niechlubnie zdobiących czoło i brodę krostek. Czuła się nago i brzydko, ale dziś nie chodziło o to, aby się podobać.
Z tego również powodu odgrzebała w szafie koszulę, w której zdawała egzamin branżowy, oraz ciemną spódnicę i nie bez trudu wcisnęła się w obie rzeczy, żałując przy tym, że nie wyszukała czegoś podobnego w szmateksie, ale w większym rozmiarze – jako właścicielka tak kobiecych kształtów nie miała bowiem szans czuć się komfortowo w garderobie sprzed kilku lat.
Podczas wstawania z ławki zauważyła, że okrywające stopy półbuty pokrywa kurz. Nie mogła się zdecydować, czy to dobry ruch, ale w końcu wyjęła z torebki chusteczkę, zwilżyła ją śliną i usunęła brud.
Uznała dalsze zwlekanie za bezsensowne, więc po przezwyciężeniu łomotu serca podeszła wolnym krokiem do czwartej klatki z rzędu i spojrzała w okna mieszkania na pierwszym piętrze – tego, do którego miała nadzieję za chwilę trafić.
Na tle pozostałych wyróżniały się nowością oraz okrągłym termometrem. Okna najbliższych sąsiadów nie wyglądały na wymienione, a termometry miały tradycyjny, pionowy kształt.
Samo wejście do klatki i wiatrołapu różniło się również od tych, które wcześniej mijała, bo jako jedyne zostało odnowione – stare i ciężkie odrzwia zastąpiono nowoczesnymi, z PCV, a wejścia chronił domofon z migającą niebieską diodą i kodem.
Już jako dziecko słyszała o tej klatce i zamieszkującej ją rodzinie, więc zanim zdecydowała się na wdrożenie swojego planu, musiała pokonać dawne obawy próbą wmówienia sobie, że rzeczy i osoby, których boimy się w dzieciństwie, z chwilą gdy osiągamy dorosłość, tracą na swojej przerażającej mocy i stają się elementem zwykłej codzienności.
Wzięła głęboki oddech i na tarczy domofonu wystukała numer 54.
Kilkanaście dni wcześniej dokładnie wyliczyła, którymi cyframi oznaczone jest mieszkanie na pierwszym piętrze i nawet tam zadzwoniła, aby sprawdzić, czy ma rację. Sądząc po głosie, który wtedy usłyszała – miała.
Teraz, po pół minucie oczekiwania usłyszała go ponownie:
– Tak?
Ton mężczyzny zdradzał zaskoczenie.
***
Na dźwięk domofonu starszy człowiek odwrócił głowę od telewizora i odruchowo spojrzał w stronę drzwi. Jeszcze pięć lub dziesięć lat wcześniej okazałby werbalne zniecierpliwienie, ponieważ polsatowskie Informacje, płynnie przechodzące w Fakty i kończące się z przytupem swojskimi Wiadomościami stanowiły nieodłączny element jego ściśle zaplanowanego dnia. Nie spodziewał się żadnej wizyty. Te zresztą krótko po śmierci żony ustały całkowicie, co tylko potwierdzało fakt, z którego zdawał sobie sprawę od zawsze, a mianowicie taki, że wszyscy znajomi odwiedzali ich wcześniej jedynie ze względu na nią, a nie na niego. Na kuriera czy listonosza też już było raczej za późno, poza tym nic nie zamawiał, a sąsiedzi ograniczali się jedynie do zimnego „Dzień dobry”. Nie prosili o żadne przysługi, a tym bardziej nie oferowali pomocy.
Nie przestraszył się, tylko zaciekawił. Może trochę zaniepokoił, że to choroba zaczyna płatać mu figle. Psychicznie się już jednak na to przygotowywał, zaskoczyło go jedynie, że to mogło zdarzyć się tak szybko. Odkąd pamiętał, lubił sprawować kontrolę, mieć świadomość otaczającego go świata i być o krok przed wszystkimi, co w ostateczności zadecydowało o jego specyficznej ścieżce zawodowej – karierze doskonale wykorzystującej nadzwyczajne kompetencje, ale przynoszącej, poza doczesnymi korzyściami, niechęć lub nawet wrogość współczesnego mu pokolenia.
Hołdując własnej zasadzie, że szkoda czasu na domysły, jeśli nie dysponuje się podstawowymi faktami, nacisnął na pilocie klawisz pauzy i zatrzymał relację reportera, zadowolony z dobrodziejstwa dekodera z wbudowaną nagrywarką.
Jak na siedemdziesięciopięciolatka całkiem nieźle orientował się w technologiach; może nie tych najnowszych, ale regularnie korzystał z sieci, aby regulować rachunki za pomocą internetowego konta w banku, robić sporadyczne zakupy oraz poszerzać informacje na przeróżne tematy, co jeszcze dekadę wcześniej czynił za pomocą zgromadzonych przez lata encyklopedii i wizyt w uniwersyteckich czytelniach.
Posiadał również telefon komórkowy, mimo że do nikogo z niego nie dzwonił i nosił przy sobie jedynie poza domem, na wypadek potrzeby wezwania pogotowia czy jakiejś innej awaryjnej sytuacji.
Regularne ćwiczenia gimnastyczne, rehabilitacja i spacery pozwalały ciału poruszać się nadal sprawnie, co było jedyną pociechą w obliczu nadciągającej wielkimi krokami demencji, której objawy zaczął odczuwać przeszło rok wcześniej.
Chciał się przekonać, czy rzeczywiście ktoś dzwoni, czy to może jego degenerujące się komórki nerwowe przesłały jakiś niekontrolowany sygnał; podniósł się z fotela i ruszył do domofonu, który wzorem większości polskich mieszkań umiejscowiony był w przedpokoju.
Ściemniało się, wskutek czego, zanim zapalił na korytarzu światło, zdążył potknąć się o worek ze żwirkiem dla kota.
Zwierzak zdechł rok wcześniej, równo w rocznicę śmierci jego żony.
Dominik nie wierzył w fatum i uważał to za zwykły zbieg okoliczności. Nawet się ucieszył. Kota lubił, ale nie kochał; kochał za to żonę i zwierzak non stop mu o niej przypominał, więc jego śmierć w przewrotny sposób zakończyła zarówno jawną, jak i tajoną żałobę po partnerce, która jako jedyna bezwarunkowo trwała przy nim i chyba również go kochała.
Już od ponad tygodnia obiecywał sobie wynieść żwirek i postawić pod śmietnikiem – a nuż komuś się przyda – ale ciągle zapominał. Zapominał o wielu rzeczach, ale szczególnie często zdarzało się to w przypadku czynności i spraw, które były nowe, nieobecne dotychczas w jego codziennej czy cotygodniowej rutynie.
Pamiętał, szczęśliwie, że ma zrobić pranie, potwierdzić, raz na jakiś czas, wizytę pani sprzątającej, zrobić zakupy czy podlać kwiatki. Zapominał natomiast o świeższych sprawach, na przykład że planował zakup nowego telefonu, o wezwaniu hydraulika w celu wymiany pompy w Gebericie czy o zapowiadanym remoncie u sąsiada. Został o nim lojalnie poinformowany tydzień wcześniej, a mimo to i tak go zaskoczył i wywołał niepotrzebne pretensje, których potem się wstydził, ale za które nie przeprosił.
Co gorsza, zaczął zapominać o śmierci żony, co w ostateczności skłoniło go do wizyty u neurologa i uzyskania porażającej diagnozy wczesnego etapu choroby Alzheimera. Spadła na niego jak grom z jasnego nieba i tylko potwierdziła trwanie już niezliczonych lat chudych, nastałych w chwili zerwania stosunków z jedyną, przebywającą na emigracji, córką.
Człapiąc w kierunku domofonu, minął po lewej stronie małą łazienkę, a po prawej wielką, politurowaną szafę, na której stało kilka kryształowych wazonów i niebieskich ceramik rodem z Bolesławca. Jego sylwetka mignęła w oprawnym w ozdobną ramę lustrze, gdy nareszcie włączył światło.
W rogu zwierciadła tkwiły dwa papierowe, święte obrazki. Jeden przedstawiał dwoje dzieci i stąpającego w ślad za nimi Anioła Stróża, a drugi Jezusa z promieniem rozchodzącym się od serca i podpisanego „Jezu ufam Tobie” – oba pozostałe po żonie. Mimo że sam był ateistą, nie odważył się do tej pory ich usunąć, tak samo jak pozbyć się jej ubrań i bibelotów, które tak przez lata krytykował, a które stały, już obecnie przez nikogo niepodziwiane, w jej pokoju obok wąskiej, pozbawionej drzwi kuchni.
Mężczyzna czuł w uszach podwyższone ciśnienie, prawdopodobnie wskutek nagłego podniesienia się z fotela. Podparł się jedną dłonią o ścianę i dopiero wtedy podniósł słuchawkę domofonu, by odezwać się krótkim „Tak?”.
***
W reakcji na głos staruszka Wiktoria automatycznie wypowiedziała kwestię, której nauczyła się na pamięć i powtarzała przez ostatnie kilka dni:
– Hello, Grandpa? Tu Lena, twoja granddaughter, wnuczka. Właśnie przyjechałam z lotniska, from England, z Anglii. Wpuścisz mnie? – Nie słysząc żadnej reakcji po drugiej stronie i spodziewając się tego, dodała jeszcze: – Lena, córka Agaty, from Bristol, z Bristolu. Dziadku? Ołkej?
Po kolejnych kilku sekundach ciszy domofon w końcu się odezwał:
– Lena? Jak to? Co tu robisz?
– Wpuść mnie dziadku. Good? Opowiem ci wszystko, ale długo jechałam z lotniska i jestem wykończona.
Serce dziewczyny waliło głucho, a krew w skroniach zaczęła mocno pulsować, ale mimo to czekała na reakcję mężczyzny.
Pana Dominika widziała zaledwie kilka razy na żywo i nie bała się ewentualnej, fizycznej konfrontacji – był jej wzrostu, ale dużo szczuplejszy. Może i nie chodził o lasce, ale gdy obserwowała go podczas spacerów, to co jakiś czas przysiadał na mijanych ławkach, a w momencie gdy usiłował złapać uciekający autobus, zdołał przebiec raptem kilka kroków, zanim zrezygnował i poczekał na następny.
Ona, sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu i solidnie zbudowana jak na dwudziestodwuletnią kobietę, mogła sobie spokojnie poradzić z agresją staruszka i to nie jej się najbardziej obawiała. Nie mogła zapomnieć o tej tajemniczej otoczce związanej z jego osobą, a o której w dzieciństwie słyszała i co przez lata potwierdzały opinie sąsiadów i zamieszkałych w najbliższej okolicy znajomych.
Podobno, dawno temu, był jakimś donosicielem czy agentem tajnych służb i dorobił się na tym dużych pieniędzy, co pozwalało mu od lat przebywać na rencie czy emeryturze i przy okazji rozstawiać po kątach sąsiadów, ich niesforne dzieci i całą okolicę; dzięki temu zyskał miano osiedlowego gbura, odludka i osoby niegodnej zaufania.
W końcu w głośniku usłyszała niepewne „Proszę wejść”, a terkoczący dźwięk zamka oznajmił zdalne otwarcie drzwi.
Wiktoria, ku własnemu zdziwieniu, poczuła, że najgorsze ma już za sobą i ze świeżo nabytą pewnością siebie weszła za bramę. Po lastrykowych schodach ruszyła na pierwsze piętro. Minęła po drodze wielkie, ustawione na podłodze doniczki z paprotkami i oprawione w antyramy, poukładane puzzle.
Jej kontakt miał rację – w tej klatce mieszkało się na bogato i ktoś tu musiał dbać o wewnętrzny porządek, a ona już wiedziała, że był za to odpowiedzialny jej nowy „dziadek”.
***
Dominik, gdy usłyszał przez domofon nieoczekiwaną autoprezentację od lat niewidzianej wnuczki, w pierwszym momencie poczuł mocne uderzenie serca, tak jakby dowiedział się nagle o jakiejś tragedii lub zbliżającym się zagrożeniu.
Zanim rozmowy z jedyną córką całkowicie ustały, co miało miejsce jeszcze przed śmiercią żony, ich kontakty ograniczały się jedynie do sporadycznego telefonu z okazji świąt, imienin i dnia ojca. Córka wyjechała do Wielkiej Brytanii na długo przed wielką falą polskiej emigracji na Wyspy z roku dwa tysiące czwartego. Tam też ukończyła studia, pracowała i poznała innego polskiego emigranta, ojca Leny, który jako prosty operator koparki nie znalazł uznania w oczach wymagającego teścia.
Dominik nie wyklął córki ani jej nie wydziedziczył, ale ich relacje stały się chłodne, szczególnie że nie potrafił lub nie chciał powstrzymać się od permanentnej krytyki jej męża, nawet w jego bezpośredniej obecności, co raz prawie doprowadziło do rękoczynów. Świadkiem tego była kilkuletnia wtedy wnuczka, Lenka. Od tamtej pory dziadkowie nie widzieli „młodych” ani razu na żywo, a jedynie podczas nielicznych rozmów na Skypie.
Babcia pozostawała niepocieszona, ale zdominowana przez zacietrzewionego i despotycznego męża. Nie potrafiła przekonać go do zmiany nastawienia ani tym bardziej przeciwstawić się i osobiście zadbać o ocieplenie rodzinnych stosunków czy to zaproszeniem rodziny do Polski, czy zorganizowaniem wyjazdu do Anglii.
Na pogrzeb matki córka przyjechała sama, ale skłócona z ojcem zorganizowała alternatywną stypę dla najbliższych znajomych i wróciła na Wyspy tego samego dnia.
Nastoletnia Lena nie odwiedziła Polski od momentu pamiętnej scysji, a Dominik dysponował jedynie jej starym zdjęciem sprzed zgoła piętnastu lat. Nigdy nie szukała kontaktu z dziadkiem, więc perspektywa wnuczki stojącej przed bramą jego bloku wydała mu się czystą abstrakcją i wywołała takie zaskoczenie, że nie dopuszczając do głosu zdrowego rozsądku, zdecydował się wpuścić dziewczynę do środka i zmierzyć z niespodziewaną wizytą.
Po naciśnięciu w domofonie przycisku odblokowującego zamek podbiegł do drzwi i przyłożył oko do judasza. Nagle pożałował, że nie wymusił na spółdzielni mieszkaniowej montażu na klatce lamp uruchamianych fotokomórką – mógłby już od schodów śledzić zbliżającą się postać, a tak musiał liczyć na to, że sama włączy światło na korytarzu. Na szczęście w ślad za dźwiękiem odbijających się echem od ścian obcasów pojawiła się również i wizja, gdy dziewczyna wcisnęła włącznik lampy.
Okrągła soczewka wizjera skutecznie zniekształcała obraz, więc Dominik ujrzał jedynie szczupłą blond kobietę, której rysów twarzy nie był w stanie rozpoznać.
Co jednak najważniejsze, nikt jej nie towarzyszył, więc napad w biały dzień był raczej wykluczony – racjonalne myślenie powoli wracało. Czuł się jeszcze na tyle sprawny, że nie dopuszczał do siebie myśli o tym, że może stać się ofiarą napaści ze strony młodej kobiety.
Nie wahał się dłużej i po zabezpieczeniu wcześniej drzwi łańcuchem uchylił je i spojrzał w szparę.
Blond dziecko, które ostatni raz widział dobre piętnaście lat wcześniej, mogło teoretycznie przekształcić się w tę dziewczynę. Równie dobrze mogła to też być każda inna młoda i ładna panna o niebieskich oczach jego zmarłej żony i wyrodnej córki.
– Dziadku? Nie próbuj mnie rozpoznać, bo i ja cię nie poznaję, widzieliśmy się przecież lata temu, do you remember? – zwróciła się nagle do niego bezpośrednio, miękkim i sympatycznym głosem. Gdyby nie twierdziła, że jest członkiem jego najbliższej rodziny, mógłby go nawet ocenić jako zalotny.
Naiwna i jednocześnie do bólu racjonalna treść powitania wyrwała Dominika ze stanu przedłużającego się szoku i skłoniła do najbardziej neutralnej reakcji, na jaką był w stanie się w tym momencie zdobyć:
– Skąd się tu pani wzięła? Dlaczego nikt do mnie wcześniej nie zadzwonił, że pani – poprawił się nagle – że… przyjedziesz?
Mężczyzna nie był w stanie skupić wzroku na wyciętym przez szparę w drzwiach fragmencie twarzy kobiety, bo jego myśli intensywnie krążyły po starych albumach, Skype’owych rozmowach i zamazanych wspomnieniach spotkań rodzinnych sprzed lat.
– Mama nie chciała mi podać twojego numeru, a poza tym nie wie, że tutaj przyjechałam. Mam nadzieję, że nie jest to problem? – wytłumaczyła łagodnie blondynka.
Staruszek nie potrafił jednoznacznie odpowiedzieć i po raz kolejny w ciągu ostatnich kilku tygodni poczuł się bezsilny i zatęsknił za żoną, która tak bezczelnie i bezkompromisowo ośmieliła się go opuścić.
– Nie wiem… – odpowiedział i sięgnął gdzieś głęboko w siebie, aby chwycić się resztek rozsądku, z którego przez całe życie był tak dumny. – Przecież możesz być kimkolwiek z ulicy, skąd mam wiedzieć, że jesteś moją wnuczką?
Wiktoria przełknęła ślinę, bo rozmowa weszła na tor, którego się spodziewała. Przygotowała się na ten negatywny scenariusz, choć liczyła mimo wszystko na to, że się nie ziści. Pan Dominik nie był w tak złej formie, jak jej powiedziano, albo trafiła na jego lepszy moment. Musiała zareagować natychmiast i od razu użyć ostatecznej broni, jaką było odniesienie się do chowanych przez niego uraz i zacietrzewienia, o których tyle słyszała.
Musiała zaryzykować, a wynik mógł być tylko zero-jedynkowy.
– Bardzo żałuję, że nie mogłam przyjechać na pogrzeb babci Alinki, ale mama tego nie chciała, I’m sorry – powiedziała cicho, ale wyraźnie, nie siląc się już na brytyjski akcent. – Nie chcę, żeby wiedziała, że cię odwiedziłam, bo jestem nadal na jej utrzymaniu, a zaczynam za miesiąc studia i wtedy na pewno przestanie mi je finansować. Żeby nie było, dziadku, ja nie przyjechałam do ciebie po jakieś pieniądze czy coś. Chciałam cię po prostu poznać, bo babci mi się nie udało i bardzo mi przykro z tego powodu. Jeśli musisz, to skontaktuj się z mamą i upewnij, że ja to ja, a wtedy zadzwoń do mnie, dobrze?
Wiktoria wyjęła z torebki przygotowany wcześniej kartonik z numerem telefonu, opatrzony małym, narysowanym czerwonym flamastrem, serduszkiem i po wsunięciu dłoni przez uchylone drzwi skierowała go w stronę staruszka.
Przez pół sekundy zawahała się, jakby w obawie, że mężczyzna zatrzaśnie drzwi na jej ręce. Nie uszło to uwadze Dominika, którego zmysł obserwacji, tak ostry jeszcze parę lat wcześniej, działał obecnie niezwykle wybiórczo.
Ten właśnie ułamek sekundy, chwila zawahania, ale równocześnie zaufania do niego, które wyraziła dziewczęca ręka wsuwająca się do klatki podstarzałego lwa, zaważyła na odruchowej decyzji, żeby karteczkę wziąć i bez patrzenia wsunąć do kieszeni spodni.
Poczuł się znów bezpiecznie i komfortowo. Odzyskał bowiem kontrolę nad sytuacją i swoimi myślami; dzięki wizytówce znajomej lub nieznajomej nie musiał podejmować decyzji tu i teraz. Pozostawiła mu wybór czy uwierzyć w to, co właśnie usłyszał, czy zapomnieć o całej historii i wrócić do codziennych problemów i rutyny, z którą jeszcze sobie jako tako radził.
Niejako zawstydzony i zażenowany swoją własną słabością, którą dziewczyna musiała dojrzeć, uśmiechnął się do niej i odpowiedział:
– Dziękuję, zadzwonię.
Zaczął zamykać drzwi, ale pod wpływem niewytłumaczalne wyrzutów sumienia względem, być może, swojej wnuczki dodał przez szparę:
– Proszę uważać na siebie.
Wiktoria stała jeszcze przez parę sekund i wpatrywała się w wystający, półkulisty wizjer.
Miała ochotę się odwrócić i natychmiast uciec, ale zdawała sobie sprawę, że byłoby to najgorszym rozwiązaniem z możliwych i zmarnowałaby cień szansy, jaki jeszcze jej pozostał.
W końcu powoli i spokojnym krokiem ruszyła wzdłuż ściany, bezskutecznie szukając windy. Zorientowała się jednak, że jest przecież na pierwszym piętrze, a w tych niskich, pięciopiętrowych blokach wind nigdy nie było, w przeciwieństwie do wieżowca, w którym mieszkała, a który zlokalizowany był po drugiej stronie pobliskiej linii kolejowej.
Kląc w duszy, zeszła na parter i wyszła przez bramę. Nie oglądała się za siebie, pewna, że za obserwowanymi od kilka ostatnich tygodni firankami na pierwszym piętrze skrywa się w tym momencie staruszek i śledzi każdy jej krok. Powstrzymała się od wyjęcia z torebki telefonu. Uznała też, że zapalenie papierosa będzie również w złym guście – wydawało jej się, że dziadkowie i babcie nigdy nie pochwalają dorosłych nałogów swoich wnucząt. Grała swoją rolę do momentu, gdy zniknęła za drugim blokiem i równocześnie z pola widzenia potencjalnego obserwatora.
Odetchnęła, poluzowała górny guzik bluzki i wyciągnęła wymarzonego papierosa. Zaciągnęła się. Nagle, pod pachami i na lędźwiach poczuła plamy zimnego potu, a przez napięte ciało przebiegł pojedynczy dreszcz.
***
Wbrew obawom Wiktorii pan Dominik nie pobiegł do okna jej obserwować i nie próbował z mowy ciała odczytać jej tożsamości i prawdziwych zamiarów. Wrócił za to, nie przestając intensywnie myśleć, do salonu, gdzie podniósł klapę wiekowego laptopa i po paru minutach, których komputer potrzebował, żeby się załadować, odszukał pośród ikon na zaśmieconym pulpicie białe „S” na niebieskim tle.
Zawahał się, ale odpalił program, którego używali dawniej z żoną do rozmów z przebywającą w Anglii córką. Ku jego zaskoczeniu, aplikacja poprosiła o login i hasło. Przypuszczał, że loginem może być jego adres e-mail, ale hasła nie pamiętał.
Poczuł narastające zdenerwowanie, przechodzące w strach. Wiedział, że nie może dać dojść do głosu kiełkującej panice, zaczął więc odliczać od dwudziestu w dół, powoli uspokajając oddech. Najbardziej zestresowała go wizja zapomnienia własnych danych, na przykład dostępowych do własnych kont internetowego i bankowego, gdzie trzymał wszystkie oszczędności i gdzie wpływała jego niemała mundurowa emerytura.
Do tej pory, pomimo nalegań lekarza geriatry, nie zdecydował się ustanowić swoim opiekunem prawnym nikogo – ani z dalszej rodziny, ani z tej nielicznej, bliższej.
Myślał o powierzeniu opieki prawnej nad sobą adwokatowi, który, od czasu do czasu, prowadził jakieś ich drobne sprawy rodzinne, ale na razie odwlekał tę decyzję, bo czuł się mentalnie w nie najgorszej formie. Jeszcze nie zdarzyło mu się, by wskutek choroby zagroził sobie lub innym, nie zostawiał włączonego gazu ani nie zachowywał się agresywnie.
Po minucie zorientował się, że przecież musi istnieć sposób na obejście sprawy hasła i wczytał się w informacje na temat Skype’a, które na szczęście były dostępne w języku polskim.
Hasło do poczty szczęśliwie pamiętał, więc po chwili był w posiadaniu nowego, tym razem już do komunikatora. Wpadł też na pomysł, żeby oba zapisać w jakimś zeszycie, tak jak to dawniej robiło się z numerami telefonów, i zostawić w przewidywalnym miejscu.
Po kolejnej chwili dzierżył w ręku mały notes, których żona miała na pęczki. To był fant z charytatywnych zbiórek w przychodniach lekarskich, gdzie podobne jej starsze panie siedziały w beretach na wypożyczonych krzesłach i beznamiętnym głosem zachęcały do wpłaty na rzecz chorego Maciusia czy Zosi. Napominał ją, że tylko niewielki procent z takich zbiórek trafia do danej fundacji, jeśli w ogóle, a reszta zasila prywatną kasę tych pań, nierzadko oszustek. Żona jednak nie zrażała się tymi opiniami, pieniądze wpłacała, a nagrody w postaci notesików, krzyżówek i plastikowych figurek Matki Boskiej chowała przed nim w szafce ze swoimi „skarbami”. Kilkadziesiąt takich przedmiotów znalazł tam zaraz po jej śmierci, gdy szukał teczki z aktem urodzenia, aby dołączyć do niej dokument ostateczny, jakim był akt zgonu.
Otworzył szufladę w biurku, na którym znajdował się komputer, aby włożyć do niej notes ze świeżo zapisanymi hasłami, i zobaczył w niej zeszyt, tym razem opatrzony logiem telewizji kablowej i pochodzący z jego własnej kolekcji szpargałów. Gdy go otworzył, krew znowu napłynęła mu do głowy – zobaczył zapełniające go loginy i ciągi cyfr, będące danymi dostępowymi do konta bankowego, poczty elektronicznej oraz hasła abonenckie telefonu komórkowego.
Uświadomił sobie, że na świetny pomysł spisania w jednym miejscu wszystkich istotnych danych wpadł już wcześniej i nawet zdążył go zrealizować. Cisnął notesem z małym Jezuskiem o podłogę i z impetem zamknął klapę laptopa, rezygnując ze Skype’a i wszelkich skomplikowanych, wymagających myślenia czynności.
Podszedł do przeszklonego barku i nalał sobie wiśniówki; jej smak akurat doskonale pamiętał i zamierzał go solidnie utrwalić, serwując sobie sześć kieliszków nalewki z rzędu.
***
O panu Dominiku dowiedziała się przez przypadek od jednej ze swoich przyjaciółek, a właściwie to od jej mamy, która pracowała z kobietą regularnie sprzątającą u staruszka i pomagającą mu w różnych niecodziennych, domowych projektach typu: wyjazd do sklepu z AGD w celu zakupu nowej lodówki czy zrobienie większego prania.
Obie panie na co dzień dbały o czystość w centrum handlowym, ale dorabiały sobie sprzątaniem w sąsiedztwie u osób z polecenia. Fucha u pana Dominika nie stanowiła nic nadzwyczajnego i nie byłaby warta wspominania, gdyby on sam nie był osobą umiarkowanie rozpoznawalną na osiedlu, gdzie zamieszkiwał od dekad.
O ile jego żona i córka uchodziły za normalne, niczym niewyróżniające się lokatorki niskiego bloku na Osiedlu Kolejowym, leżącym vis-à-vis Osiedla Przemysłowego, na którym od dziecka mieszkała Wiktoria, o tyle pan Dominik był powszechnie nielubiany, a wśród okolicznych dzieci wzbudzał nawet strach.
W żargonie osiedlowym był określany mianem „społecznika”, ale częściej tyrana, despoty lub po prostu „tego chuja z czwartej klatki”. Na specyficzną sławę zapracował sobie przez lata bezkompromisową postawą względem najbliższego i dalszego sąsiedztwa, spółdzielni mieszkaniowej, ekip remontowych i wszystkich osób, z którymi miał do czynienia na stopie oficjalnej i urzędowej.
Co ciekawe, mimo że wzbudzał nieskrywaną antypatię, dla wielu mieszkańców osiedla czy bloku był ważnym sojusznikiem w codziennych walkach z lokalnym samorządem, administracją i wszelkimi służbami porządkowymi i technicznymi. Cechy despoty i autokraty w tych przypadkach okazywały się cenne i sprawiały, że pan Dominik w swoich działaniach na rzecz szeroko rozumianego interesu społecznego był skuteczny jak nikt inny. Gdy się go miało za sprzymierzeńca, udawało się wiele załatwić, ale należało umieć z nim rozmawiać. Ze względu na socjopatyczną osobowość nie było to łatwe zadanie. Najbliżsi sąsiedzi korzystali na działalności starszego pana i cieszyli się idealnie wysprzątanymi korytarzami, regularnie odszczurzaną piwnicą i punktualnie opróżnianymi wiatami śmietnikowymi.
Ich klatka miała również permanentne fory, jeśli chodzi o wszelkie remonty i modernizacje, a klomb zlokalizowany przed blokiem był zadbany i jako jeden z nielicznych na całym osiedlu obsadzany na wiosnę świeżymi sadzonkami kwiatów i jednorocznych bylin.
Na przestrzeni tysiącleci najwięksi dyktatorzy zostawiali po sobie, wzniesione trudem poddanych, piramidy, kolosea i wielkie mury; dziedzictwem pana Dominika miały być wylewki w piwnicach, instalacja odgromowa i elewacja budynku w powszechnie uwielbianych, pastelowych kolorach.
Mieszkańcy klatki i bloku nie czerpali jednak tych korzyści całkowicie za darmo, ponieważ zmuszani byli do solidarnego utrzymywania czystości w najbliższym otoczeniu, przestrzegania ciszy niedzielnej i nocnej, sprzątania odchodów po psach oraz, co wzbudzało największy opór, trzymania w ryzach swoich dzieci.
Sam pan Dominik, mimo że miał dziecko – zahukaną i wiecznie izolującą się od rówieśników córkę, którą niewielu sąsiadów wyraźniej zapamiętało – dzieci najwyraźniej nie lubił i nie wykazywał się nawet wąskim marginesem tolerancji dla ich hałaśliwych zabaw i spustoszenia sianego na przy blokowym podwórku. W rodzicach wzbudzał respekt i antypatię, a w ich dzieciach zwykły strach.
Efekt grozy potęgował jego wygląd – zasadnicza, wojskowa postawa, mocno zarysowane brwi i chroniczny brak uśmiechu w połączeniu z pozbawionymi agresji, ale oschłymi i wypowiadanymi groźnym tonem upomnieniami czyniły ze starszego pana, a później już staruszka, osiedlowy postrach i żywą legendę.
W ciagu trzech dekad dorobił się wśród dzieci wielu pseudonimów, z których najłagodniejszymi były: Hitler, Stalin czy Hannibal Lecter.
Wiktoria, z racji tego, że mieszkała na sąsiednim osiedlu, nie miała do czynienia z „Hitlerem” na co dzień, ale słyszała o nim od kolegów i koleżanek ze szkoły i być może nawet kiedyś go spotkała, gdy bawiła się lub spacerowała w niedalekim sąsiedztwie. Na wieść o tym, że legendarny tyran niedomaga i zaczyna cierpieć na demencję, zainteresowała się tematem z czystej ciekawości oraz ku uciesze plotkującej koleżanki i jej równie niedyskretnej matki.
Dopiero kilka tygodni później w jej głowie zaczęła kiełkować pewna myśl, zrodzona wskutek lektury jednego z kolorowych magazynów dla pań, które z recepcji sprzątanego gabinetu dentystycznego podwędziła jej mama.
DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ
CZĘŚĆ I
CZĘŚĆ II
CZĘŚĆ III
