Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
50 osób interesuje się tą książką
Tego lata wszystko może się wydarzyć.
Wakacje mają w sobie coś nieprzewidywalnego. Jedno spotkanie może sprawić, że twoje plany się zmienią, zwyczajny wyjazd wpłynie na twój sposób patrzenia na świat, a spontaniczna decyzja zaprowadzi cię w zupełnie nowe miejsce. W czasie lata rodzą się pierwsze miłości, wychodzą na jaw tajemnice i głęboko skrywane uczucia.
„Osiem tygodni lata” to zbiór opowiadań, których akcja rozgrywa się właśnie wtedy – gdy dni są najdłuższe, a wszystko wydaje się możliwe. Weronika Ancerowicz, Marta Bijan, Oktawia Kain, Maria Lichoń, Aleksandra Muraszka, Edyta Prusinowska, Julita Rejnów i Aleksandra Rochowiak piszą o lecie na osiem różnych sposobów – raz romantycznie, raz niepokojąco, innym razem ze szczyptą wakacyjnej magii.
Grecka wyspa, szkockie miasteczko, letni festiwal, wizyta nad polskim morzem, wakacyjna praca na basenie, surfowanie o świcie, łapanie stopa o zmroku, nocleg w domu z mroczną tajemnicą… Każdą z tych historii można czytać osobno, ale razem tworzą portret lata w ośmiu odsłonach: intensywnego, nieprzewidywalnego, niezapomnianego.
To lato będzie miało osiem odcieni. To od ciebie zależy, od którego zaczniesz je poznawać.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 478
Data ważności licencji: 5/17/2031
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 12 godz. 34 min
Lektor: Weronika AncerowiczMarta BijanMaria LichońEdyta PrusinowskaAleksandra MuraszkaOKTAWIA KAINJULITA REJNÓWOLA ROCHOWIAK
Data ważności licencji: 6/17/2031
Lato, czary i niespodziewane zamiany: copyright © by Weronika Ancerowicz
Droga bez końca: copyright © by Marta Bijan
Wolontariat: copyright © by Oktawia Kain
Sprawdź, co myślą na ten temat fale: copyright © by Maria Lichoń
Pech tak chciał: copyright © byAleksandra Muraszka
Jak brzmi zakochiwanie się: copyright © by Edyta Prusinowska
Obłęd: copyright © by Julita Rejnów
Jak wschód słońca: copyright © by Ola Rochowiak
Copyright © for this edition by Wydawnictwo Otwarte 2026
Opieka wydawnicza: Laura Kaszta
Redakcja tekstu: Aleksandra Szpak
Opracowanie typograficzne książki: Daniel Malak
Adaptacja makiety na potrzeby wydania oraz grafiki w książce: Agnieszka Gontarz
Adiustacja: Aneta Miklas / d2d.pl
Korekta: d2d.pl
Promocja i marketing: Magdalena Wojtanowska
Projekt okładki: Agnieszka Gontarz
ISBN 978-83-8399-578-6
Fragmenty wierszy zacytowane w opowiadaniu M. Bijan pochodzą z jej tomiku pt. Topnienie, Warszawa 2023
Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl
www.moondrive.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Lato, czary i niespodziewane zamiany
Gdy tylko Chloe Bennet zobaczyła zbliżającego się w jej stronę Jake’a Cartera, już wiedziała, że to lato nie będzie należało do udanych.
Nie wystarczało mu, że na wszelkie możliwe sposoby starał się uprzykrzyć jej szkolne życie? Musiał jeszcze prześladować ją podczas wakacji? W pierwszej chwili pomyślała, że zrobił to specjalnie, by ją gnębić, ale zaraz uświadomiła sobie, że to niemożliwe, by wiedział o tym, że podjęła pracę jako animatorka dla dzieci na lokalnym odkrytym basenie. Sama dowiedziała się o tym raptem trzy dni temu. Miała jak co roku jechać ze swoimi rodzicami i bratem nad jezioro Michigan, ale nie dość, że ten ostatni złamał nogę, to jeszcze u taty w pracy wydarzyło się coś pilnego, przez co musiał do niej wrócić i wyjazd został odwołany. Została więc w rodzinnym miasteczku, podczas gdy wszyscy znajomi porozjeżdżali się w różnych kierunkach, by w pełni wykorzystać dni beztroskiej wolności. Mama nie tylko nie rozumiała jej smutku z powodu odwołanego wyjazdu, a wręcz zdawała się cieszyć, że w tym roku zostaną na miejscu, ale w dodatku kilka dni temu przyszła do niej do pokoju z radosną, jej zdaniem, nowiną. Zakomunikowała, że ktoś w ostatniej chwili tuż przed otwarciem sezonu basenowego zrezygnował z pracy animatorki i chciałaby, żeby Chloe objęła tę posadę. Przecież nie może przeleżeć całych wakacji w łóżku, a poza tym zarobione pieniądze się jej przydadzą, zwłaszcza że już od dawna męczy rodziców o kurs prawa jazdy i samochód. Mama obiecała jej się dołożyć i sfinansować kupno pierwszego auta, gdy zrobi już prawko. Ten argument ostatecznie przekonał Chloe. Nie mogła się doczekać, kiedy w końcu sama zacznie jeździć do szkoły i nie będzie musiała polegać na swojej przyjaciółce albo, co gorsza, na szkolnym autobusie.
Tak więc trzy dni później Chloe stawiła się na pierwszej odprawie i nie mogła uwierzyć we własnego pecha. Miała wrażenie, że dosłownie każdy z jej szkoły dokądś wyjechał, więc czemu akurat Jake musiał zostać? Najpierw odwołany wypad nad jezioro, później to…
Gdy Jake w końcu ją zauważył, wydawał się równie zdziwiony jej widokiem, ale już po chwili na jego twarzy pojawił się tak znienawidzony przez nią uśmiech, który nigdy nie wróżył niczego dobrego. Wręcz przeciwnie, zawsze świadczył o niezbyt dobrych zamiarach jego właściciela.
– Chlo-Chlo!
Chloe nie wiedziała, czy bardziej zirytowała ją sztuczna radość w jego głosie, czy to okropne przezwisko brzmiące jak ptasi klekot.
– Kogo me piękne oczy widzą? Nie miałaś być nad jeziorem?
– Po pierwsze… – Złapała się pod boki i zmierzyła go nieprzyjemnym spojrzeniem. – Nie nazywaj mnie tak. Wiesz, że tego nienawidzę. A po drugie, to zaskakujące, że interesujesz się mną aż tak bardzo, że znasz moje wakacyjne plany.
– Po pierwsze… – Również oparł ręce na biodrach, papugując jej ruch. – Kochasz to przezwisko, nie udawaj, że tak nie jest. A po drugie, wiesz, jak to mówią, przyjaciół trzymaj blisko, a wrogów jeszcze bliżej. Paplałaś każdemu, kto chciał cię słuchać, jak bardzo nie możesz doczekać się wyjazdu. Więc jak to się stało, że tu wylądowałaś?
Chloe rozejrzała się wokół, szukając ratunku. W recepcji znajdowało się na razie tylko kilka osób, wszyscy czekali na pozostałych pracowników i przede wszystkim na kierowników, którzy mieli ich zapoznać z obowiązującymi zasadami. Zobaczyła tylko jedną znajomą twarz. Była to Sylvia, dziewczyna rok starsza od nich, która właśnie skończyła szkołę. Nigdy z nią nie rozmawiała, więc głupio byłoby jej teraz do niej zagadać, nawet jeśli to oznaczało wywinięcie się od rozmowy z Jakiem. Chloe westchnęła i znów spojrzała na chłopaka. Cały czas przyglądał się jej z rozbawieniem swoimi irytująco niebieskimi oczami. Wiedział, że wyprowadził ją z równowagi, co wydawało się celem jego życia.
– Pech – odpowiedziała mu w końcu Chloe, nie chcąc się tłumaczyć z rodzinnych zawiłości. – Po prostu pech sprawił, że to lato spędzę tutaj. – Zmierzyła wzrokiem jego strój i dopiero teraz zwróciła uwagę na czerwoną koszulkę z kołnierzykiem i białe kąpielówki, które wskazywały na to, że pracował tu jako jeden z ratowników. Jake i ratowanie komukolwiek życia? Chloe pomyślała, że to bardzo zły pomysł, by powierzać mu tak odpowiedzialne zadanie. – Na szczęście nie jesteśmy w tej samej ekipie, więc zróbmy sobie nawzajem tę przysługę i trzymajmy się od siebie z daleka. – Wskazała na swoją zieloną koszulkę.
– Animacje? Tak się składa, że najczęściej siedzę przy basenie dla dzieciaków, więc będziemy się raczej spotykać dość często. – Mrugnął do Chloe, co wywołało u niej dreszcz niepokoju.
– I z czego tak się cieszysz? Chyba nie zamierzasz robić mi głupich kawałów? Jesteśmy w pracy. – Wciąż nie mogła wyrzucić z pamięci tego, jak kilka miesięcy temu włożył jej żabę do szkolnej szafki. To było wyjątkowo dziecinne, nawet jak na niego. I choć nie powiedziała tego na głos, on jak gdyby zdawał się wiedzieć, o czym od razu pomyślała.
– Mówiłem ci już, że nie miałem nic wspólnego z tą żabą. Nie wiem, jakich jeszcze masz wrogów, Chlo-Chlo, ale gdy się dowiesz, kto to był, daj mi znać. Pogratuluję mu świetnego pomysłu. – Wyszczerzył zęby, a ona, choć brzydziła się przemocą, tym razem miała ochotę się do niej uciec. Zrobiłaby wszystko, byleby zetrzeć mu ten uśmieszek z twarzy.
Na szczęście do przestronnego holu weszli kierownicy, wybawiając ją od konieczności kontynuowania rozmowy. Chloe po raz ostatni zmierzyła Jake’a nienawistnym spojrzeniem i wycofała się do grupki ubranej na zielono.
Jake nie potrafił przypomnieć sobie tego jednego momentu, w którym znienawidzili się nawzajem z Chloe. Był to raczej splot zdarzeń, choć przede wszystkim różnili się charakterami. Chłopak nie mógł znieść tego, że ona zawsze zgrywała najmądrzejszą i najbardziej oczytaną, choć nigdy nie widział jej z żadną książką. Ciągle poprawiała go, gdy się przejęzyczał, co czasami było upokarzające. Miał wrażenie, że nie rozumiała również pojęcia zabawy – o wszystko zawsze się denerwowała i spinała. On był klasowym śmieszkiem, a ona kujonką siedzącą w pierwszej ławce. Podlizywała się nauczycielom, czego nie znosił. Zastanawiał się, czy jej dobre oceny faktycznie wynikają z wiedzy, czy z bycia faworyzowaną.
Mógł myśleć bez końca o tych drobnych rzeczach zbierających się przez lata znajomości, podczas których ich wzajemna niechęć wyłącznie rosła, ale był pewien jednego: nigdy nie zdoła się z nią dogadać.
Zerknął na Chloe, siedząc przy basenie. Była już po wstępnym szkoleniu i odbijała z kilkoma dzieciakami piłkę w wodzie. Dziś nie brała jeszcze udziału w tańcu, który animatorzy wykonywali zawsze na rozpoczęcie dnia, bo nie zdążyła poznać układu, ale Jake nie mógł się doczekać, aż jutro zobaczy ją w tej choreografii. Pracował na tym basenie już trzecie lato z rzędu, ale zawsze skręcało go z zażenowania, gdy widział te sztuczne uśmiechy i dziecinne ruchy. Miał pewność, że Chloe będzie wyglądała przy tym wyjątkowo śmiesznie.
W pewnym momencie wyszła z basenu, zostawiając w nim bawiące się dzieciaki, i gdy maszerowała po brzegu w swoim zielonym jednoczęściowym stroju kąpielowym, jakiś biegnący chłopiec ją popchnął, a ona ze zduszonym okrzykiem wpadła z powrotem do wody. Jake wyprostował się i obejrzał za łobuzem uciekającym z głośnym chichotem.
– Nic nie zrobisz? – krzyknęła Chloe w stronę swojego znienawidzonego kolegi, kaszląc i przecierając oczy.
– Ale co? – udał zdziwionego.
– Nie widziałeś?! – Machnęła w kierunku, w którym odbiegł chłopak. – Nie wolno biegać po basenie, a tym bardziej nie wolno wrzucać nikogo do wody!
Wzruszył ramionami, obserwując, jak Chloe czerwieni się ze złości.
– Niczego nie widziałem. Jesteś pewna, że po prostu się nie poślizgnęłaś? – Zamrugał niewinnie, patrząc na nią jak na głupka.
Uderzyła pięściami w wodę, na co kilkoro dzieciaków obok niej krzyknęło, gdy zostały ochlapane. Spojrzała w ich stronę i wymamrotała przeprosiny. Wydostała się z basenu i podeszła do krzesełka Jake’a. Wyciągnęła palec w jego kierunku i wysyczała:
– Jake’u Carterze, przysięgam, że nie ujdzie ci to na sucho.
Odwróciła się ze zdenerwowaniem i odeszła, a jak tylko Jake upewnił się, że zniknęła z pola widzenia, wstał i poszedł rozmówić się z chłopcem i jego rodzicami. Mógł wkurzać Chloe, ale bezpieczeństwo było dla niego ważne i nie chciał, by takie zachowanie się powtórzyło.
Gdy szedł, miał nieodparte wrażenie, że ktoś na niego patrzy, ale kiedy się rozejrzał, w pobliżu zobaczył tylko dziwnie wyglądającą kobietę w pomarańczowym stroju kąpielowym i narzutce z frędzlami i cekinami. Ona jednak wydawała się zajęta czytaniem książki, dlatego pokręcił jedynie głową, chcąc pozbyć się tego osobliwego uczucia, i wrócił do poszukiwań niegrzecznego chłopca.
Nie miał jednak pojęcia, że gdy tylko się odwrócił, tajemnicza nieznajoma uniosła wzrok, spoglądając na jego oddalające się plecy, i zmrużyła mocno obrysowane czarną kredką oczy, jakby głęboko się nad czymś zastanawiała.
– Spóźniasz się na odprawę już trzeci raz – syknęła Chloe do Jake’a, który ledwo łapiąc oddech, stanął obok niej w rzędzie. – Nie będę cię kryła, gdy któryś z kierowników to w końcu zauważy.
– Nawet nie śmiałbym o tym marzyć – mruknął do niej.
– Naprawdę nie możesz nastawić budzika na wcześniejszą godzinę? – Chloe wyjątkowo nie lubiła spóźniania się. Uważała to za brak szacunku. Ale czy mogła się dziwić, że Jake nie traktuje tej pracy poważnie? W końcu niczego tak nie traktował.
– Nikt cię nie pytał o radę. – Jake znów pomyślał, że dziewczyna potrafi się tylko mądrzyć. Zawsze miała do wyrażenia swoją opinię, co naprawdę bywało irytujące, zwłaszcza jeśli się o nią nie prosiło.
Chloe jedynie fuknęła w odpowiedzi, nie chcąc się z nim kłócić przy świadkach. Gdy tylko odprawa się skończyła, a basen został otwarty, dołączyła do reszty animatorów i ku uciesze dzieciaków wszyscy razem wykonali swój powitalny taniec, śpiewając przy tym rymowaną piosenkę. Jake, zamiast jak zwykle pójść od razu na swoje stanowisko, stanął z boku i przyglądał im się z uniesionymi brwiami. Słońce wyjątkowo dziś prażyło od samego rana, więc oczy zasłonił okularami przeciwsłonecznymi, ale i tak widać było po nim niewyspanie. Nie dość, że Chloe trudno było się skupić przez fakt, że chłopak na nich patrzy i zapewne zaśmiewa się w duchu, to dodatkowo była na siebie zła, że w ogóle zwróciła uwagę na jego zmęczony wygląd. Kompletnie nie interesowało ją jednak, jaki może być tego powód. Skoro się nie wysypia i notorycznie spóźnia do pracy, to powinien kłaść się wcześniej spać. To nie pierwszy raz, gdy dostrzegała jego roztrzepanie. Chloe była bardzo zorganizowaną dziewczyną i chaos, jakim otaczał się Jake, wyjątkowo działał jej na nerwy. Ona wszystko traktowała poważnie, on wręcz przeciwnie. Byli całkowicie różni i przez to nie potrafili się zgrać. W dodatku zdawało się, że uruchamiają między sobą jakieś niewidzialne pole, bo wystarczyło, że się zbliżyli, i od razu zaczynali się odpychać.
Od kilku dni udawało jej się unikać go podczas przerwy, którą zazwyczaj spędzała z Sylvią, jako że ona też była animatorką dla dzieci. Dziewczyny poszły tak jak zwykle do pokoju wspólnego, znajdującego się w klimatyzowanym budynku, by zjeść śniadanie. Obie odetchnęły z ulgą, gdy tylko znalazły się w chłodnym pomieszczeniu. Dzisiejsza temperatura każdemu dawała się we znaki.
– Po przerwie chcesz zrobić wyścig z makaronami, tak? – zapytała Sylvia. Usiadła na jednej z kanap i otworzyła pudełko z przygotowaną sałatką. – W takim razie ja zajmę się starszą grupą.
– Okej. Potem będzie zabawa w rekina, możesz się do nas przyłączyć.
Chloe, zamiast zabrać się od razu do jedzenia, wzięła dziennik zmian i podeszła z nim do stolika. Pierwsze, co wpadło jej w oczy, to puste rubryki w miejscu, gdzie Jake powinien je uzupełnić. Czy zdziwiło ją, że olał kolejną z rzeczy, którą powinien był zrobić? Nieszczególnie. A czy ją to zirytowało? I to jak.
– Musimy wymyślić coś na jutro. Jest weekend i pewnie będzie pełne obłożenie. – Sylvia kontynuowała rozmowę, ale Chloe już jej nie słuchała. Była za bardzo skupiona na swojej złości.
Właśnie w tym momencie Jake wszedł do pokoju. Wprost idealnie – mogła się na nim wyżyć. Gdy tylko ją zobaczył, mina mu zrzedła, jakby niezbyt cieszył się z jej obecności. I słusznie, bo z ust Chloe od razu wydobyła się ostra reprymenda:
– Dlaczego nie uzupełniasz dziennika zmian? Każdy z nas powinien to robić. Liczysz, że ktoś cię w tym wyręczy, czy co?
– Naprawdę czepiasz się o taką głupotę? Nie jesteś moim szefem – mruknął, wyciągając wodę z lodówki. Przyłożył ją sobie od razu do karku, który spalił sobie tego dnia. Musiał niedokładnie posmarować się kremem z filtrem, a słońce świeciło akurat prosto w jego plecy. – Zrobię to później. – Dziś był jeden z tych dni, kiedy wyjątkowo był nie w humorze. Zwykle potrafił zbyć ją dokuczliwymi uwagami, ale tym razem nie miał na to siły.
– Co jest z wami nie tak? – zdziwiła się Sylvia, która obserwowała tę wymianę zdań. – Wczoraj też się kłóciliście na basenie.
– Bo podważył mój autorytet! – krzyknęła Chloe, gdy tylko przypomniała sobie tę sytuację. – Powiedziałam dzieciakom, że ich zabawa nie wygląda na bezpieczną, a on rzucił, że trzyma rękę na pulsie i że nic im się nie dzieje. To było skrajnie nieodpowiedzialne! Nie powinien był się wtrącać, bo następnym razem nikt mnie nie posłucha.
Jake upił łyk i ze złością zakręcił butelkę, ściskając ją odrobinę za mocno.
– Wprowadzasz niepotrzebnie napiętą atmosferę. Ta zabawa naprawdę wyglądała niegroźnie, a ty zachowałaś się jak przewrażliwiona matka. To tylko bawiące się dzieciaki, a nie twój oddział wojskowy. Wyluzuj czasami.
– Wyluzuj! – Chloe straciła całą cierpliwość. – Wyluzuj! – powtórzyła znów, niemal histerycznie. – Ty masz już wystarczająco dużo tego luzu. Gdybym i ja się wyluzowała, zapanowałby kompletny chaos!
– Przypominam, że pracuję tu kolejny rok z rzędu i jak dotąd nikomu nic się nie stało – zauważył oschle.
Ton jego głosu odrobinę wyprowadził Chloe z równowagi. Jake zazwyczaj był wesoły i bardziej pasowało do niego dziecinne droczenie się niż jawna złość. Czyżby miał jej tak samo dość jak ona jego?
Pomyślała, że chyba tak, bo chłopak odwrócił się na pięcie i odszedł, a jej mignął tylko przed oczami jego zaczerwieniony kark.
Sylvia chrząknęła niezręcznie, a Chloe spojrzała na nią ostro, bo wciąż czuła, jak kotłują się w niej emocje. Mimo wszystko dziewczyna się nie wystraszyła i powiedziała delikatnie:
– Musicie się trochę opanować. Cała ekipa już zdążyła zauważyć, że ciągle drzecie koty, a nie minął nawet tydzień od otwarcia basenu. Nie możecie kłócić się przy klientach. Jak zauważy to któryś z kierowników, to może nie być za ciekawie.
Chloe już otwierała usta, zapewne żeby zrzucić całą winę na Jake’a, ale Sylvia nie pozwoliła jej się wtrącić, bo szybko dodała:
– Nie mówię ci tego, żeby ci dopiec, wręcz przeciwnie. Lubię cię i nie chcę, żebyś wyleciała.
Takie słowa były dla Chloe jak policzek. Zawsze starała się zachowywać profesjonalnie, a wyszło na to, że mogą ją zwolnić przez tego… Obrzuciła go w myślach najgorszymi epitetami i zmusiła się do uśmiechu.
– Dzięki. Spróbuję nie dać się więcej sprowokować.
Jake’a wyjątkowo denerwowało dziś wszystko. Był niewyspany, miał wrażenie, że dzieciaki są głośniejsze niż zwykle, a w dodatku mógłby przysiąc, że to jeden z najgorętszych dni od lat. Pot ciurkiem spływał mu po skroni, a kark palił, mimo że położył na ramionach zwiniętą zmoczoną koszulkę. Jednak i tak najbardziej z tego wszystkiego denerwowała go Chloe Bennet.
O ile Chloe poprzysięgła sobie, że będzie trzymać się od Jake’a z daleka, o tyle chłopak miał inny plan. Wciąż bolało go, że zwróciła mu uwagę przy Sylvii na taką durnotę jak niewypełnienie tego głupiego dziennika. Nie miał jeszcze czasu do tego usiąść, ale wiedział, że zrobi to później, więc o co ten cały szum? Co prawda Chloe nie mogła wiedzieć, że Sylvia podoba mu się, odkąd zaczął pracować tu trzy lata temu, więc takie ośmieszenie go przed nią podwójnie go ubodło, jednak nie zmieniało to faktu, że mogła sobie darować swoje mądrości. Najlepiej, gdyby zajęła się sobą, a nie chciała ustawiać wszystkich wokół do pionu.
Niemal zazgrzytał zębami, gdy po przerwie weszła razem z dzieciakami do wody. Ze swojego miejsca usłyszał, jak tłumaczy podopiecznym zasady wyścigu na makaronach. Na szyi miała zawieszony gwizdek i wyjaśniała, że na jej znak mogą ruszać. Nie mógł się powstrzymać. Po prostu nie mógł. Gdy tylko zaczęła odliczanie i doszła do dwóch… dmuchnął w swój gwizdek, a dzieciaki wystartowały.
Chloe od razu się odwróciła i zmierzyła go morderczym spojrzeniem.
– Jake! Dlaczego to zrobiłeś?!
– Ale co? – zapytał z miną niewiniątka.
– Dobrze wiesz co – warknęła.
– Lepiej patrz na wyścig, bo umknie ci, kto wygrał – oznajmił niezwykle z siebie zadowolony. Humor odrobinę mu się poprawił. Chloe go wkurzyła, więc teraz on zdenerwował ją. Równowaga w świecie została zachowana.
– Ty… Ty… – Wyglądało na to, że zabrakło jej słów, więc…
Więc zamiast poczęstować go jakąś obelgą, chwyciła za dmuchaną piłkę, która leżała na brzegu, i cisnęła nią w niego. On jednak miał na tyle dobry refleks, że w porę się odsunął i mokra piłka poszybowała w kierunku… leżącej za nim damy w pomarańczowym stroju.
Jake odwrócił się i znów dopadło go nieprzyjemne uczucie, jak za każdym razem, gdy na nią patrzył. A że była tu codziennie od otwarcia basenu, czasami zdarzało się, że omiatał ją wzrokiem. Mimo że zazwyczaj tylko leżała i coś czytała, opalając się, nie ściągała do tego swojej biżuterii, a miała jej mnóstwo – od cienkich bransoletek po długie naszyjniki. Jej oczy zawsze były obrysowane czarną kredką, a powieki pociągnięte ciemnym, przydymionym cieniem. Pomarańczowy strój kąpielowy i narzutka zwracały uwagę przez intensywny kolor i te wszystkie frędzle. Roztaczała wokół siebie tak dziwną energię, że Jake starał się omijać ją szerokim łukiem.
Teraz jednak nie był w stanie uniknąć konfrontacji.
Piłka odbiła się od jej ramienia i potoczyła po leżaku. Kobieta powoli uniosła wzrok znad książki. A gdy zobaczyła Jake’a i Chloe, zmrużyła oczy. Trudno było orzec, czy się wściekła, bo wyraz jej twarzy się nie zmienił.
– Wy. Znowu wy.
Odłożyła książkę i powoli wstała. Bransoletki na jej nadgarstkach zadźwięczały cicho.
– Przepraszam, to był wypadek! – Chloe wyskoczyła z basenu i dołączyła do stojącego naprzeciwko kobiety Jake’a. Dzieciaki, które właśnie ukończyły wyścig, poszły w zapomnienie.
– Wypadki są tylko skutkiem – odparła tajemniczo, krzyżując ramiona i mierząc ich wzrokiem z namysłem. – Przyczyna leży gdzie indziej.
– My… Hm… Naprawdę przepraszamy. – Był to jeden z niewielu razów, gdy Jake’owi Carterowi zabrakło słów. – Ale… to tylko piłka, prawda? Nic się pani nie stało? – Modlił się, aby nie poszła na skargę do któregoś z kierowników.
– Nie chodzi tu o piłkę – oznajmiła eterycznym głosem. Jej wzrok przesunął się między nimi, jakby nad czymś się zastanawiała. – Tylko o to, jak traktujecie się nawzajem.
Zerknęli na siebie. Oboje byli zmieszani.
– My… Po prostu się nie dogadujemy. Ale to nic wielkiego. – Chloe machnęła ręką. – Przecież nie każdy musi się lubić. – Usta jej drżały, gdy usilnie zmuszała je do grzecznego uśmiechu. – Chyba nie naskarży pani na nas? – Niepokój w jej głosie powiedział Jake’owi, że martwi się tym tak samo jak on.
– Jesteście tacy ślepi… – Westchnęła, jakby nic nie rozumieli, a ona była zmęczona ciężarem prawdy, który dźwiga. – Może w takim razie… – zastanowiła się, a frędzle przy jej stroju poruszyły się w dziwny sposób, choć nie zawiał najlżejszy nawet wiatr – przyda wam się zmiana perspektywy?
Na ułamek sekundy zrobiło się dziwnie cicho. Krzyki dzieci przy basenie się przytłumiły, a dźwięk pluskającej wody stał się głuchy, jak gdyby dobiegał spod powierzchni. Powietrze między nimi zgęstniało, stało się ciężkie i nieruchome. Chloe poczuła, że jej ciało pokrywa się drobną gęsią skórką, choć słońce paliło bezlitośnie. Jake mrugnął, jakby coś wpadło mu do oka.
A potem wszystko wróciło do normy.
Kobieta uśmiechnęła się i odeszła, poruszając się z lekkością i gracją, a Jake spojrzał na Chloe.
– Wariatka – mruknął.
Po raz pierwszy w życiu Chloe musiała się z nim zgodzić.
Chloe wiedziała, że coś jest nie tak, jeszcze zanim otworzyła oczy.
Poczuła ciężar. Nieprzyjemny i obcy. Później dotarł do niej zapach. Nie należał do niej. Nie przypominała sobie, by jakikolwiek jej kosmetyk pachniał cytrusami i miętą. Była w tym jednak nuta czegoś, co rozpoznawała. Chlor? Wciągnęła mocno powietrze nosem, ale nawet oddychało jej się dziwnie. Modliła się, aby to nie był początek przeziębienia. Nie mogła sobie pozwolić na chorobę. I w dodatku ten ból… Straszliwie piekł ją kark.
Otworzyła oczy i spojrzała na sufit, którego… nie poznawała. Zamknęła na powrót powieki. Czyżby wciąż jeszcze śniła?
Zamrugała, a wzrok jej się wyostrzył. Widziała wszystko wyraźniej niż zwykle. Zapomniała zdjąć soczewki do spania? Czasem jej się to zdarzało, gdy wciągnęła ją jakaś wyjątkowo ciekawa książka. Powoli rozejrzała się i… Gdzie ona, do cholery, się znajdowała? To nie był jej pokój.
Panika wezbrała jej w gardle.
– Co do… – zaczęła i zamarła.
To nie był również jej głos.
Był niższy i jakby zachrypnięty jeszcze od snu. Wibrował w gardle w sposób, którego nigdy wcześniej nie czuła.
Serce zaczęło szybciej bić jej w piersi. Nawet to wydawało jej się nienaturalnym uczuciem. Było jakby… większe? Mocniejsze? Podniosła się na łokciach, a raczej spróbowała to zrobić, bo ruch okazał się niezdarny, jakby ciało nie chciało jej posłuchać. Zsunęła nogi z łóżka i wtedy to zobaczyła.
To zdecydowanie nie były jej nogi.
Były dłuższe. Silniejsze. I bardziej owłosione. Kolana pokrywały drobne blizny, których nie rozpoznawała. Skóra również wydawała się mocniej opalona niż jej. Zadrżała.
– Nie… – szepnęła, a gdy znów usłyszała ten niski głos, zaczęła panikować.
Rozejrzała się nerwowo. Wokół walały się ubrania, a ich największy stos znajdował się na krześle przy biurku. Wszędzie były również ponaklejane żółte karteczki przypominające o najróżniejszych sprawach. Nie rozpoznawała tego pisma. Zrobiło jej się zimno.
Podniosła się i podeszła chwiejnie do lustra zawieszonego na drzwiach szafy. Każdy krok był wyzwaniem. Stopy wydawały się za duże, ręce za długie, a ciało za ciężkie. Zatrzymała się.
Z odbicia patrzył na nią Jake Carter.
Nie uśmiechał się. Nie miał aroganckiej miny. Wyglądał na zaspanego i kompletnie zagubionego, z włosami sterczącymi we wszystkie strony i zmarszczonymi brwiami, jakby próbował zrozumieć, co się dzieje.
Chloe cofnęła się o krok, omal nie potykając się o buty rzucone na środek pokoju.
– To jest sen – powiedziała stanowczo. – To musi być sen.
Uniosła rękę.
Jake w lustrze również uniósł rękę.
Dłoń była większa, palce dłuższe, a paznokcie krótkie i obgryzione. Na nadgarstku widniała cienka pleciona bransoletka.
Poczuła, jak w żołądku osiada jej coś gęstego i lepkiego.
– Jake – wyszeptała. – Jake, to nie jest śmieszne.
Była pewna, że to kolejny z jego kawałów. Uznała, że to mało zabawne i chciałaby, żeby chłopak już wyszedł z ukrycia i przyznał się do zrobienia dowcipu.
Odpowiedziała jej cisza.
Wpatrywała się natarczywie w odbicie, a Jake intensywnie spoglądał na nią z lustra niebieskimi oczami.
Nic się nie stało. Nikt nie wyskoczył z ukrytą kamerą.
Uszczypnęła się w muskularne ramię, które zdecydowanie nie było jej. Jednak ból, który poczuła, jasno wskazywał, że dotknęła własnej skóry.
Przez niedowierzanie zaczęło powoli przebijać się coś jeszcze.
Strach.
Jeśli ona była tutaj…
To w takim razie, gdzie, do cholery, w tym momencie był on?
Jake w tym czasie właśnie się budził. Nie odczuwał podobnych emocji co Chloe. Był na to zbyt zaspany. A w dodatku cisnął go pęcherz. I ten okropny budzik… Nie otwierając oczu, sięgnął ręką, wymacał telefon i przesunął palcem po ekranie. Miał zamiar z powrotem położyć się spać, ale coraz bardziej chciało mu się sikać. Potrzeba wygrała z ciepłym i wygodnym łóżkiem. Znacznie wygodniejszym, niż pamiętał. Czuł się inaczej niż zwykle. Jakby lżej. Czyżby w końcu się wyspał? Nie, pomyślał od razu, to raczej nie to.
Ledwo otwierając powieki, zwlókł się z materaca. Myślał tylko o tym, aby się wysikać i wrócić z powrotem do łóżka. Widział dość niewyraźnie, kontury były rozmazane i nawet nie zwrócił uwagi na to, że przebywa w obcym pokoju. Jedną nogą wciąż znajdował się w krainie snów. Zauważył otwarte białe drzwi, za którymi majaczyła toaleta, i ruszył chwiejnie w ich kierunku. Dziwnie się zataczał, ale zrzucił to na zmęczenie. Skupił się na swoim celu. Stanął nad muszlą klozetową, otworzył ją, sięgnął dłonią do spodenek i… coś było nie tak. Czegoś tam brakowało.
Działając bardziej instynktownie niż logicznie, usiadł i załatwił swoją potrzebę. Gdy przechodził obok lustra, kątem oka dostrzegł długie, falowane włosy w kolorze miodu.
Zatrzymał się i przyjrzał sobie, choć wciąż niewyraźnie widział. Rozpoznał jednak postać, która spoglądała na niego z odbicia.
Chloe Bennet.
Był Chloe Bennet.
Co za popieprzony sen, pomyślał.
I wrócił do łóżka.
Chloe nie próżnowała. Przeszukała każdy zakamarek pokoju, wciąż mając nadzieję, że znajdzie jakąś kamerę albo cokolwiek, co da jej wskazówkę dotyczącą tego, co się dzieje. Przeczytała niemal każdą żółtą karteczkę, a znalazła ich naprawdę mnóstwo. Niektóre były bardziej zrozumiałe, jak: zabraćgwizdek, zrobić zakupy, sprawdzić apteczkę, zamknąć bramkę!!!, nie zapomnieć kluczy, kupić karmę,a niektóre mniej: odpisać M., zepsute drzwi pani H., kosiarka G., trening 6 : 15, 20$ dla L. Trochę zdziwiły Chloe, która cały czas miała Jake’a za nierozgarniętego, a wyglądało na to, że może i faktycznie taki był, ale starał się nad tym jakoś zapanować. Przejrzała jego plecak, w którym znajdowały się jedynie strój do pracy, słuchawki i puste pudełko po lunchu. Na jego biurku również nie natrafiła na żadne podpowiedzi. W końcu się poddała. Jej analityczny i pragmatyczny umysł nie mógł pojąć tego, w co została uwikłana, ale nie mogła siedzieć bezczynnie. Dlatego zrobiła drugą najbardziej logiczną rzecz. Wzięła telefon Jake’a z szafki nocnej z zamiarem zadzwonienia na swój numer. Nie wiedziała, kto odbierze. Ona, bo w jakiś sposób się rozszczepiła, czy… on? Musiała to sprawdzić.
Obawiała się, że Face ID nie zadziała, ale telefon się odblokował. Wstukała swój numer i czekała. Jeden sygnał, drugi, trzeci…
– Halo? – W słuchawce odezwał się zaspany głos. Jej głos. Damski i wyższy niż ten, którym obecnie się posługiwała.
– Jake? – szepnęła. Serce jej zamarło, gdy czekała na odpowiedź.
– No – mruknął. Albo mruknęła? Chloe powoli mieszało się w głowie. – Kto mówi?
– Ja! – krzyknęła rozpaczliwie. – Znaczy… ty.
– Hę? – padła niezbyt inteligentna, niemal bełkotliwa odpowiedź. – To pomyłka – rzucił nieprzytomnie i się rozłączył.
Spojrzała na telefon ze złością i zdziwieniem jednocześnie. Ta rozmowa potwierdziła to, co ze strachem założyła. Skoro ona była w ciele Jake’a, to Jake, jej największy wróg i najbardziej znienawidzony przez nią człowiek, był w jej ciele. A to oznaczało…
Tak szybko zerwała się na nogi, że nieomal się przewróciła. Wciąż nie była przyzwyczajona do swojego wysokiego wzrostu. Kończyny, którymi teraz władała, wydawały się takie nieproporcjonalne i dziwne. Nie miała jednak czasu się nad tym roztkliwiać. Musiała jak najszybciej dotrzeć do Jake’a, zanim on zrobi albo, co gorsza, zobaczy coś, czego nie powinien.
Jake smacznie spał, gdy nagle ktoś otworzył z łoskotem drzwi. Zwykle trudno było go obudzić, ale tego huku wyjątkowo się wystraszył. Przecież nie było nikogo, kto mógłby wejść rano z takim impetem do jego pokoju. W domu przebywała tylko babcia, ale ona miała problem, żeby wstać z łóżka.
Podniósł się, lecz widział na tyle niewyraźnie, że przetarł oczy, chcąc odgonić poranną mgłę. Niestety nic to nie dało.
– Okulary. Szafka nocna – padły słowa wypowiedziane męskim głosem. Było w nim coś znajomego, choć…
Nie wiedział, kto wydał te instrukcje, ale postanowił je wykonać, nie zastanawiając się nawet nad tym, że przecież on nie nosi okularów. Gdy jednak wymacał je na szafce – doprawdy nie miał pojęcia, skąd się tam wzięły – i założył na nos, wszystko zobaczył znacznie wyraźniej. Z zaskoczeniem pomyślał, że nie zdawał sobie nawet sprawy, że ma wadę wzroku. Cóż, wciąż był odrobinę zaspany. A może Chloe miała rację i jego roztrzepanie było większe, niż ktokolwiek sądził.
Spojrzał na przybysza, który stał w drzwiach, i ze zdziwieniem stwierdził, że… to on. Ale nie do końca wyglądał jak on. Wzrost, wygląd i postura się zgadzały, ale przecież Jake w życiu by się tak nie ubrał. Polówka zapięta na ostatni guzik pod szyją włożona w okropne beżowe spodenki? Co prawda wyglądały jakoś znajomo – czy nie dostał podobnych od swojego sąsiada, bo jego syn z nich wyrósł? – ale nie pamiętał, by kiedykolwiek miał je na sobie. I jeszcze te włosy… Były ułożone i przyklepane na jeden bok. Doszedł do wniosku, że to musi być jego brat bliźniak. Tylko brzydszy i z gorszym gustem.
Jego nerdowata wersja weszła do pokoju i zamknęła za sobą drzwi, po czym skrzyżowała ramiona.
– Czy możesz z łaski swojej wyjaśnić mi, co się tu dzieje? To jakiś twój dziwny żart? Nie mam pojęcia, jak to zrobiłeś, ale… ale zakończ to.
– O co… – Z ust Jake’a wydobył się dziwny pisk. Odchrząknął i znów zaczął: – O co ci chodzi? Kim jesteś? – Jego głos wciąż był niepokojąco wysoki. Nie miał pojęcia dlaczego. Początek zapalenia gardła? Nawrót mutacji? – I dlaczego wyglądasz jak ja, ale nie ja?
– Bo jestem tobą, kretynie! – Koleś ewidentnie stracił cierpliwość. Jake’owi dziwnie było patrzeć na twarz tak łudząco podobną do jego, na której malowała się taka złość. On rzadko się gniewał. Wolał raczej wszystko sprowadzać do żartu. – A ty jesteś mną!
To było za dużo jak na tak wczesną godzinę. Jake doprawdy nienawidził poranków. Trudno mu się wtedy myślało. W pełni przebudzał się dopiero po porannym treningu na basenie, który zapewne dzisiaj przepadł, bo chłopak jak przez mgłę przypomniał sobie, że wyłączał budzik. A może to był tylko sen? No tak, to musiał być sen, przecież zobaczył wtedy w lustrze…
Nagle coś kliknęło mu w mózgu.
Po raz pierwszy, odkąd się obudził, rozejrzał się i zdał sobie sprawę, że to nie jego pokój. Był znacznie większy i przestronniejszy. I przede wszystkim czystszy. Każdy jego kąt zajmowały książki, a on przecież nawet nie lubił czytać.
Powoli spojrzał w dół i zobaczył, że ma na sobie piżamkę w kotki. I właśnie ten widok sprawił, że powoli zaczęło do niego docierać, co się dzieje. Przecież on w życiu by czegoś takiego na siebie nie włożył. Nie dobrowolnie. Zaraz jednak coś innego zwróciło jego uwagę. Dwie wypukłości, które…
– Nie patrz na nie! – wykrzyknął przybysz.
Jake uniósł głowę i zamrugał.
– Chloe? – zapytał, jak mu się wydawało, bardzo głupio.
– No w końcu! – Chloe, która była nim (nim?!), wyrzuciła ręce do góry. – Tak. Ja jestem Chloe. Ty jesteś Jake – wyjaśniła. – Choć, gwoli ścisłości, właściwie teraz ja jestem Jakiem, a ty Chloe – dodała, jakby nie mogła się powstrzymać, by jasno wyłożyć tę sytuację.
Gdy to usłyszał, Jake nie miał już wątpliwości. To musiała być Chloe. Mimo że mówiła jego ustami i jego głosem, ten przemądrzały ton wypowiedzi należał zdecydowanie do niej. Tego nikt nie byłby w stanie podrobić.
– Ale… jak?
Nie wiedział, czy jest bardziej zdziwiony, czy zaciekawiony. Uniósł wyżej dłonie i przyjrzał im się. Nie mógł uwierzyć, że są tak drobne. Paznokcie były dość długie, pomalowane na jasny kolor. Swoje zawsze obgryzał niemal do krwi.
– Nie mam pojęcia jak – jęknęła Chloe. – Myślałam, że może ty coś wiesz.
– Ale to tak na zawsze? – zapytał, nie przestając oglądać swojego ciała. Teraz dotykał wątłych ramion. Nawet nie spróbował jeszcze niczego ciężkiego podnieść, a już wiedział, że nie da rady tego zrobić. Jak on miał funkcjonować w takim małym, słabym ciele?
– Oczywiście, że nie! – odkrzyknęła. I znów dziwnie było mu usłyszeć krzyk ze swoich ust. Bardzo rzadko podnosił głos. – A przynajmniej mam taką nadzieję – dodała już ciszej, jakby uświadamiając sobie, że w sumie to nie ma pojęcia, na jak długo zamienili się ciałami.
Zamiana…
W głowie Jake’a znowu coś kliknęło. Sam był zaskoczony bystrością swojego umysłu. A może to wpływ tego, że znajdował się w ciele Chloe? Ona zawsze wydawała się inteligentniejsza od niego.
– Ta wariatka z wczoraj… Pamiętasz ją? – zapytał, prostując się.
Chloe pokiwała powoli głową, zastanawiając się. Do widoku takiej zamyślonej miny na swojej twarzy Jake też nie był przyzwyczajony.
– Myślisz, że to ona? – szepnęła przejęta. – W sumie… W sumie mówiła coś o zmianie perspektywy. – Znów kiwnęła głową, jakby utwierdzała się w przekonaniu, że Jake miał rację i to tamta kobieta musiała za to odpowiadać. – Wstawaj. Idziemy. Musimy jej poszukać – zarządziła, machając dłonią.
Jake powoli wstał, cały czas odkrywając kolejne niespodzianki w swoim nowym ciele. Na przykład to, jak krótkie miał nogi. To w ogóle możliwe, aby były tak krótkie? Tak samo te malutkie stopy. Jakim cudem utrzymywały ciężar całego ciała?
Zerknął na Chloe, która stała i patrzyła na niego, nie zamierzając się ruszyć.
– Możesz wyjść i na mnie poczekać? Muszę się ubrać – zauważył.
Spojrzała na niego jak na przygłupa.
– Nie mów, że się mnie wstydzisz. Przecież to moje ciało! To ja… To ja powinnam się wstydzić ciebie!
Do obojga zaczęło powoli docierać to, jak krępująca jest to sytuacja.
– A ty… Jak się ubrałaś? – zapytał ją. – Mam nadzieję, że nie patrzyłaś tam, gdzie nie powinnaś.
– Oczywiście, że nie! – Skrzywiła się z obrzydzeniem. – Za kogo ty mnie masz?
– A… Jak sikałaś? – Popatrzył na nią podejrzliwie. – Dotykałaś go?
Zaczerwieniła się. Gdy zobaczył rumieniec na jej, a raczej swojej twarzy, również się speszył, ale musieli odbyć tę rozmowę. Musieli wyznaczyć granice.
– Sikałam na siedząco – oznajmiła, zadzierając wysoko głowę, jakby nie chciała dać po sobie poznać, jak niezręczne to jest dla niej. – Na nic nie patrzyłam i niczego nie dotykałam – zaznaczyła od razu z lekką złością, jakby samo to, że posądził ją o coś takiego, było dla niej uwłaczające.
– Chyba żartujesz!
Pełen niedowierzania ton jego głosu zwrócił jej uwagę.
– O co ci chodzi? – zaperzyła się.
– Mężczyźni nie siadają podczas sikania – wyjaśnił Jake, jakby to była oczywistość. – To mało męskie.
– Przecież ja nie jestem mężczyzną, kretynie!
– Teraz już jesteś – odparł, mierząc ją znaczącym spojrzeniem.
Jak przez mgłę przypomniał sobie, że sam dzisiaj skorzystał z toalety na siedząco, ale gdy zaczął myśleć nad tym, kim to go czyni w tym dziwnym układzie, poczuł, jak przegrzewa mu się mózg, i sobie odpuścił.
Chloe plasnęła się w czoło. Jake nie omieszkał zauważyć, że uderzyła się jego dłonią w jego głowę. Wprawdzie chwilowo należały do niej, ale… mogłaby bardziej szanować jego ciało i nie okaleczać go.
– Boże, mogłam zamienić się ciałami z kimkolwiek, dlaczego padło akurat na ciebie? – jęknęła.
– Też się nad tym zastanawiam – odpowiedział jej kwaśnym tonem. Jakim cudem w ogóle do tego doszło? Nie żeby wierzył w czary, ale… to było chyba jedyne wytłumaczenie.
– Zamknij oczy, ja cię ubiorę. Znaczy siebie. Znaczy ciebie… Wiesz, o co chodzi! – Wyglądało tak, jakby to wszystko było ponad nerwy Chloe, a ona była o włos od paniki.
– Przestań, to głupie. Przecież w szatni i tak będę musiał się przebrać w strój do pracy. Obiecuję, że nie będę na nic patrzeć.
Tak mocno się zaczerwieniła, że skóra na twarzy Jake’a była teraz prawdopodobnie równie czerwona jak ta na spalonym karku.
– Masz to zrobić z zamkniętymi oczami!
Zastanowił się, czy to w ogóle wykonalne, ale skoro tak bardzo jej na tym zależało, postanowił spróbować. Podała mu ubrania, a gdy zamknął oczy, czuł, że dziewczyna obserwuje, czy aby nie podgląda.
– Ktoś jest w twoim domu? – zapytał, gdy Chloe pomagała mu zapiąć stanik. Samo myślenie o tym, co robiła, wydawało mu się abstrakcyjne, więc starał się nie skupiać na tym za bardzo, choć musiał stwierdzić jedno: nienawidził staników. Miał wrażenie, jakby odebrało mu dech. Z marszu zaczął szanować wszystkie dziewczyny, które decydowały się na taką torturę.
– Mama i mój głupi brat – mruknęła.
Jake’owi nigdy nie podobało się, jak traktowała swojego młodszego brata i w jaki sposób się o nim wypowiadała. Co prawda sam był jedynakiem, ale zawsze chciał mieć rodzeństwo i nie wyobrażał sobie, by mógł je tak wyzywać. W końcu to rodzina. Kolejny z powodów, dla których nie potrafił szanować Chloe, ale postanowił na razie odpuścić sobie takie rozmyślania. W tej chwili ich niechęć do siebie nie była najważniejsza.
– I co, nie zdziwili się, że wchodzisz, to znaczy że ja wchodzę do ciebie tak wcześnie?
– Brat pewnie dalej śpi w swoim pokoju – wyjaśniła. – A mama… No była trochę zdziwiona, ale powiedziałam jej, że jakoś dogadaliśmy się na basenie i wybieramy się razem do pracy.
– Właśnie, praca. Serio idziemy do pracy?
– Chyba tam znajdziemy tę wariatkę, nie? W końcu codziennie przesiaduje na basenie.
– I co dalej? Co, jak nas nie odczaruje? Spędzimy ten dzień w obcych ciałach, wykonując swoje obowiązki?
Włożył bluzkę, odrobinę potrącając sobie przy tym okulary. Były niewygodne, ale musiał się do nich przyzwyczaić, bo nie zamierzał zakładać soczewek. Drżał na samą myśl o wkładaniu ciała obcego do oka.
– Nie pytaj nawet o takie rzeczy, bo nie przyjmuję do wiadomości, że ta wiedźma mogłaby nas nie odczarować.
– A zawsze miałem wrażenie, że jesteś osobą, która posiada plany od A do Z – zauważył, gdy otworzył oczy. Jakimś cudem udało mu się ubrać na ślepo.
– Nie tym razem, bo tak jak powiedziałam, uda się nam plan A.
Pewność w jej głosie była zaskakująco podnosząca na duchu.
Zeszli na dół, a mama Chloe od razu zawołała ich z kuchni.
– Wychodzicie? Nie zjecie śniadania?
Jake nie planował odpowiadać, w końcu to nie była jego mama, ale potężny kuksaniec w brzuch przypomniał mu, że w istocie teraz była. Odchrząknął, jakby chciał się upewnić, że jego głos na pewno będzie głosem Chloe, i odpowiedział:
– Nie, zjemy po drodze, dziękuję, pa, miłego dnia! – puścił całą wiązankę, czym zaskarbił sobie zniesmaczone spojrzenie Chloe, a właściwie swoje. Był w szoku, zdawszy sobie sprawę, jak wiele jeszcze zobaczy u siebie min, które były tak typowe dla niej.
– Ja tak nie mówię – szepnęła do niego, gdy wychodzili.
– A skąd mam wiedzieć, jak mówisz do swojej mamy? – odszepnął zajadle. – Wyluzuj, na pewno się nie pokapowała, że coś jest nie tak. A już na pewno nawet nie pomyślała o tym, że w ciele jej córki jest obecnie ktoś inny. – Zerknął na godzinę na swoim smartfonie. Zamienili się nimi, bo dziwnie byłoby posiadać czyjś telefon. – Słuchaj, musimy na chwilę wpaść do mnie przed pracą, mam coś do załatwienia.
– Co znowu? – zapytała wkurzona.
– Poranne obowiązki – odpowiedział po prostu. – Poza tym do otwarcia basenu jest jeszcze trochę czasu. Chodź.
Ruszyli w kierunku jego domu.
Gdy Chloe wychodziła z domu Jake’a, nie bardzo miała czas, żeby się rozglądać. Nawet nie zastanawiała się nad tym, czy jego rodzice są w domu, czy nie, po prostu czym prędzej się ubrała i wyszła. Teraz jednak mogła na spokojnie rozejrzeć się po wnętrzu i zastanowić nad tym, jak żył Jake – choć to akurat nieszczególnie ją obchodziło. Ale skoro już tu się znajdowała i miała przez chwilę być nim… wypadałoby dowiedzieć się o nim czegoś więcej, prawda?
Z tą myślą przekroczyła próg, starając się zwracać uwagę na szczegóły. Był to niewielkich rozmiarów dom, położony kilka ulic dalej. Wydawało jej się, że parę razy przejeżdżała obok niego rowerem, ale nie miała pojęcia, że należał do Jake’a. W sumie w ogóle niewiele o nim wiedziała.
Szła posłusznie za Jakiem, który udał się do przytulnej, ale małej kuchni. Wyglądem bardzo przypominała tę u jej dziadków. Nawet pachniało w niej podobnie. Jake podszedł do szafki i wyciągnął stamtąd puszkę. Ledwie ją otworzył, a znikąd pojawił się bury kot, który zaczął łasić się do jego nóg.
– No już, Mruczku, już daję – szepnął chłopak dość rozczulająco. I w tym momencie kichnął. I znowu. I znowu.
Spojrzał oskarżycielsko na Chloe.
– Mam alergię na koty – oznajmiła, wzruszając ramionami.
Zazgrzytał zębami, nałożył kotu jedzenie do miski i poszedł wydmuchać nos. Mruczek dość szybko zjadł i gdy już miał wychodzić, zatrzymał się przed Chloe w ciele Jake’a. Spojrzał na nią jakby… zaskoczony? A w następnej sekundzie już wyginał grzbiet i na nią syczał.
– Myślisz, że wyczuł, że nie jestem tobą? – zapytała niepewnie, bojąc się, że kot zaraz ją zaatakuje.
– Być może. Kto wie, co potrafią koty. W sumie sam byłem zaskoczony, gdy zaczął się do mnie łasić, mimo że wyglądam i zapewne pachnę jak ty. Mruczek nie lubi obcych.
Chloe zerknęła niepewnie na wciąż prężącego się kota. Wyglądał, jakby miał za chwilę się na nią rzucić.
Jake wziął go na ręce i gdzieś wyniósł, kichając mocno po drodze. Gdy wrócił, znów wydmuchał zaczerwieniony nos i otarł łzawiące oczy.
– Boże, jak dobrze, że nie mam na nic uczulenia – westchnął.
– Teraz już masz. – Chloe pilnowała, żeby się nie wyszczerzyć. Doprawdy nie było w tym nic śmiesznego. Ale skoro jej alergia choć na chwilę mogła uprzykrzyć mu życie…
Doszła do wniosku, że trzeba docenić drobne plusy całej tej sytuacji. Sama była zadowolona, że po raz pierwszy znalazła się przy kocie i nie musiała od razu wyjść z pomieszczenia. Szkoda tylko, że on nie był tak samo entuzjastycznie nastawiony do niej, bo w sumie miło byłoby wziąć go na ręce i pogłaskać. Zawsze chciała mieć kota, ale rodzice czujnie pilnowali, żeby nigdy nie znalazła się w pobliżu żadnego.
Jake wstawił wodę w czajniku na kuchence gazowej, wyjął kubek z uszczerbionym uchem i odmierzył dokładnie dwie łyżeczki cukru i dwie herbaty, które wsypał do zaparzacza. Następnie zabrał się do robienia śniadania. Chloe nawet nie była głodna. Za bardzo się tym wszystkim stresowała, żeby coś przełknąć.
– Dla mnie nie rób, jak coś – oznajmiła i ze zniecierpliwioną miną usiadła na jednym z dwóch krzeseł przy niewielkim drewnianym stole dosuniętym do ściany. Zaskoczyła ją tak mała liczba krzeseł. Gdzie w takim razie jadła cała rodzina? Idąc do kuchni, minęli tylko odrobinę zagracony salon, nie widziała nigdzie jadalni.
– Nie zamierzałem – mruknął.
Przewróciła oczami i z trudem wyprostowała długie nogi, do których wciąż nie była przyzwyczajona. Było tu naprawdę mało miejsca. Zawsze narzekała na niski wzrost, ale teraz zaczynała go doceniać. No i naprawdę piekł ją kark. Starała się dzielnie trzymać, ale poparzenia słoneczne nie należały do najprzyjemniejszych doświadczeń. Krzywiła się za każdym razem, gdy obcierał ją kołnierzyk, i co chwilę dotykała rozpalonej skóry. Miała chłodne ręce, co odrobinę uśmierzało ból.
Przyglądała się, jak Jake jej rękoma miesza jajecznicę na patelni, kroi boczek oraz szczypiorek, a także smaruje chleb masłem. Poruszał się odrobinę niezgrabnie, zapewne tak jak i ona nieprzyzwyczajony wciąż do nowego ciała. Najwięcej uciechy sprawiało jej jednak patrzenie, jak nieporadnie radzi sobie z długimi paznokciami.
Nie wydawało jej się, by w trakcie robienia śniadania na nią zerkał, ale musiał to robić, bo nagle wyciągnął z lodówki śmietanę i postawił przed nią na stole, po czym rzucił krótko:
– Posmaruj nią kark, ból trochę zelżeje.
Nie znała tego sposobu i wydało jej się trochę obrzydliwe, żeby nakładać na siebie produkt spożywczy, ale nie miała zamiaru się kłócić, skoro zapewnił, że jej cierpienie się zmniejszy.
I faktycznie miał rację. Chloe nie chciała być mu wdzięczna, w końcu to on nie użył filtra przeciwsłonecznego, ale ten gest wzbudził w niej ciepłe uczucie. Nie musiał tego robić, ba, była wręcz pewna, że widok jej bólu, powinien sprawiać mu przyjemność, ale z jakiegoś powodu zdecydował się pomóc.
Gdy przygotował już jajecznicę i postawił jedzenie na stole, zamiast usiąść na drugim krzesełku, tylko machnął ręką, każąc Chloe wstać. Zaskoczona, podniosła się niepewnie.
– Co? Nie jesz? – zapytała. A może chodziło o to, że krępował się przy niej i chciał, aby poczekała na niego na zewnątrz?
– Chodź, musisz obudzić moją babcię i pomóc jej dojść do kuchni. Nie chcę, żeby się mnie wystraszyła.
– Twoją babcię? – zdziwiła się. – To dla niej to jedzenie? – Rozejrzała się jeszcze raz po staromodnym wnętrzu i ponownie przyjrzała się dwóm krzesłom. – Gdzie są twoi rodzice? – zapytała cicho.
– Mieszkam tylko z babcią – odpowiedział krótko, jakby nie chciał kontynuować tematu.
Nie miała o tym pojęcia. Dlaczego nie miała o tym pojęcia?
Wyprostowała się, wciąż zdziwiona tym, jak wysoki był Jake i jak inaczej wyglądał świat z tej perspektywy.
– Gdzie jest jej sypialnia? – zapytała, a on wskazał jej pomieszczenie obok schodów.
Weszła tam, a Jake przyczaił się z tyłu, by to nie jego staruszka zobaczyła w pierwszej chwili. Chloe się krępowała, było jej niezręcznie i dziwnie z tym, że poznała tak intymne fakty z życia chłopaka. Ale przecież nie miała wyjścia. Zacisnęła zatem zęby i skupiła się na tym, aby jak najlepiej odegrać rolę Jake’a, choć kompletnie nie miała pojęcia, jak zachowywał się przy swojej babci. Nie było jednak czasu na szkolenie.
Sypialnia była równie mała co inne pomieszczenia w tym domu. Kobieta spała w łóżku pod kołdrą i kilkoma kocami, spod których wystawały jedynie jej siwe włosy.
– Dzień dobry pani… – Chloe chrząknęła. – Dzień dobry, babciu. Czas wstawać. Zrobiłem ci już śniadanie.
Zerknęła do tyłu na Jake’a, aby zobaczyć, czy dobrze sobie radzi. On jedynie kiwnął głową z nieodgadnioną miną. To była jej twarz, powinna rozpoznać rysujące się na niej emocje, a jednak nie była w stanie tego zrobić.
Podeszła bliżej staruszki i delikatnie potrząsnęła górą koców.
– Babciu, wstajemy – zaintonowała cicho.
Starsza kobieta wynurzyła się spod kołdry z cichym mruknięciem i otworzyła oczy. Były tak samo błękitne jak oczy Jake’a.
– Wody – wychrypiała. – Podaj mi, proszę, wody.
Chloe spojrzała na karafkę stojącą na szafce nocnej. Nalała trochę wody do pustej szklanki i podała staruszce, która podźwignęła się i usiadła, choć wyglądało, jakby sprawiło jej to duży trud.
– Jesteś już po treningu? – zapytała, gdy się napiła i trochę rozbudziła. Jej twarz poznaczona zmarszczkami jeszcze mocniej się pomarszczyła. – Nie masz mokrych włosów – zauważyła.
– Zaspałem dzisiaj – odpowiedziała z nadzieją, że często mu się to przydarzało.
– Naprawdę? Nigdy wcześniej ci się to nie zdarzało.
Szlag. Chloe zmusiła się do uśmiechu.
– Położyłem się późno spać.
– Znowu pomagałeś pani Hendrix? Niech w końcu odwiedzi ją któryś z tych jej dzieciaków, którymi zawsze się tak chwali, i niech przestanie wykorzystywać ciebie.
– To… nic. Ja… lubię jej pomagać – wydukała niepewna, co powinna odpowiedzieć. Nie chciała znów głupio czegoś palnąć.
– Wiem, że lubisz, ty każdemu lubisz pomagać, łobuzie – odpowiedziała łagodnie babcia. – Masz więcej czasu dla nich niż dla siebie. – Zabrzmiało to, jakby lekko go strofowała. – A właśnie, pan Gustaw jest wdzięczny za naprawę kosiarki. Przyniósł wczoraj w podziękowaniu kilka jajek od swojej synowej.
– To… fajnie. Idziemy jeść? – Dla Chloe było to coraz bardziej niezręczne. Nie chciała tak głęboko wchodzić w życie Jake’a. Nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć. Troszczył się o sąsiadów? Nie znała go od tej strony.
Pomogła staruszce wstać i znów zerknęła na Jake’a stojącego wciąż na korytarzu. Kiwnął głową w kierunku szlafroka na fotelu. Szybko po niego sięgnęła i podała go staruszce, tak samo jak laskę, która stała oparta o szafkę. Kobieta była bardzo mocno przygarbiona, a jej dłonie trzęsły się tak, że Chloe musiała pomóc jej włożyć szlafrok. Gdy babcia Jake’a wsuwała stopy w puchowe kapcie, dziewczyna postanowiła zaanonsować obecność swojego ciała w tym domu.
– Słuchaj, babciu, przyszła do mnie koleżanka. Razem pracujemy i obiecałem, że ją podwiozę – zaczęła niepewnie, bo nie wiedziała, co takiego kobieta o niej wie. Czy Jake kiedykolwiek mówił, jak bardzo jej nie lubi?
– Która? – Uniosła głowę i wtedy zobaczyła, kto stoi w korytarzu. – Młoda Bennetówna – mruknęła, a Chloe nie miała pojęcia, czy w jej głosie było zaskoczenie, czy niechęć.
– Dzień dobry – przywitał się grzecznie Jake. – Zrobiliśmy na śniadanie pani ulubioną jajecznicę.
Staruszka zerknęła na niego podejrzliwie.
– Od kiedy trzymasz się z moim chłopcem? – zapytała napastliwym tonem.
Jake uśmiechnął się. Wyglądał na niemal zadowolonego, że babcia zwraca się do niego w taki sposób. Chloe zauważyła podejrzany błysk w swoich oczach. Nigdy wcześniej nie widziała u siebie czegoś takiego, ale u Jake’a aż za często. Co on knuł?
– Och, odkąd zaczęliśmy pracować razem, dostrzegłam, jaki jest naprawdę. Tak bardzo żałuję, że przez tyle lat byłam taka ślepa. Przecież on jest taki kochany, przystojny, miły, inteligentny i zabawny…
Chloe zacisnęła dłonie w pięści. Miała ochotę go zabić.
– Tak – przerwała mu oschle. – Dogadaliśmy się jakoś. Ja też zrozumiałem, że byłem głupi. W sumie to jedna z najładniejszych dziewczyn, jakie znam, w dodatku jest taka oczytana i…
Tym razem to on jej przerwał.
– Jake – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Już mi tak nie słodź, bo jeszcze się w tobie zakocham.
Staruszka pokręciła głową. Wyglądała, jakby nie bardzo rozumiała, co tu się dzieje.
– Dzieciaki… W tych czasach trudno za wami nadążyć.
Chloe pomogła jej dojść do kuchni, ciągle łypiąc złowrogo na Jake’a. Jak on śmiał mówić tak obrzydliwe rzeczy jej ustami? Była pewna, że będzie musiała je wyparzyć, gdy wróci do swojego ciała. On przystojny? Chyba coś mu się przyśniło.
Poczekali, aż babcia zje, a później Chloe pomogła jej się ubrać i zasiąść przed telewizorem. Cały czas szukała wzrokiem podpowiedzi u Jake’a, a on starał się jak najdyskretniej ich udzielać. Wstąpili jeszcze na chwilę do jego pokoju, po czym pożegnali się z babcią i wyszli na zewnątrz.
– Nie zapomnij zrobić zakupów po pracy! – krzyknęła jeszcze za wnukiem.
Zamiast Chloe to Jake w jej ciele kiwnął głową, ale staruszka na szczęście już tego nie widziała.
– Dobra, pomożesz mi jeszcze w kilku rzeczach – powiedział, zerkając na godzinę. – We dwójkę pójdzie nam szybciej.
Chloe nie miała pojęcia, o jakie rzeczy mogło chodzić, ale nawet nie przypuszczała, że czeka ich odwiedzanie sąsiadów, wynoszenie im śmieci, szykowanie dla nich leków i wyprowadzanie psów. Wszyscy traktowali ją, a raczej Jake’a, z niespodziewaną życzliwością, jakby był ich synem. Jedna z kobiet wcisnęła jej kanapki, które kazała zjeść w pracy, a kolejna podarowała kilka jabłek. Z kolei od pewnego staruszka dostała sok domowej roboty. Było jej głupio przed tymi wszystkimi ludźmi. Czuła się jak oszustka. Ale tak jak powiedział Jake, gdy podzielili pracę na dwie osoby, poszło im szybciej, a inni wydawali się zadowoleni, że mogli poznać „koleżankę Jake’a”. Miała tylko nadzieję, że nie wyciągną pochopnych wniosków na temat ich relacji. Choć musiała przyznać, że zrobiło jej się miło, gdy jedna z sąsiadek określiła ją mianem ślicznotki.
Gdy w końcu uwinęli się ze wszystkim, zostało im dwadzieścia minut do rozpoczęcia pracy i odprawy. Szybko pobiegli do samochodu Jake’a. Chloe stwierdziła z zaskoczeniem, że nie ma zadyszki. W swoim ciele po takim wysiłku już dawno by zipała. Co w sumie właśnie robił Jake.
– Jezus, ale masz słabą kondycję – nie omieszkał wytknąć, dysząc ciężko. – Jak ty wytrzymujesz w tak słabym ciele? Pewnie męczysz się samym wejściem po schodach.
– Przesadzasz. – Wiedziała, że nie przesadzał. – Jedziemy?
– Jedziemy – przytaknął i skierował się w stronę miejsca kierowcy, wyjmując kluczyki z plecaka.
– Czekaj. – Chloe nagle oprzytomniała. – Przecież nie mam prawa jazdy.
– Ale ja mam – odpowiedział, otwierając drzwi.
– Ty jesteś mną! – odkrzyknęła. – A raczej jesteś w moim ciele. Ciele Chloe, które nie ma prawka.
Zatrzymał się i spojrzał na nią w osłupieniu.
– Ale przecież ty nie możesz prowadzić, bo sama właśnie powiedziałaś, że nie masz prawa jazdy.
– Ale ty masz, a ja jestem tobą. Ciało Jake’a ma prawko.
– No dobrze, ale ty nie umiesz kierować – zaznaczył.
Chloe wydała z siebie jęk pełen frustracji.
– Ma prowadzić osoba, która zna się na jeździe, ale w tym ciele nie ma prawa jazdy i w razie złapania przez policję może mieć przechlapane, czy osoba, która nie umie prowadzić, ale ma prawko, więc jest to legalne?
Jake wyglądał, jakby od tych filozoficznych pytań rozbolała go głowa. Zamknął drzwi samochodu i schował kluczyki.
– Jedźmy autobusem – zarządził. – Zaraz powinien być.
Dotarli do pracy kilka minut przed jej rozpoczęciem. Od razu pognali do szatni i początkowo chcieli udać się do tych, z których zwykle korzystali. Zatrzymali się niemal w tym samym momencie, odwrócili i minęli, tym razem wybierając drzwi pasujące do ich teraźniejszych płci.
– Tylko na nic nie patrz – syknęła Chloe, przechodząc obok niego.
Gdy wyszli już przebrani, Chloe wyglądała na dość przerażoną.
– Musimy to jak najszybciej odkręcić – jęknęła.
– A mnie się w sumie podoba – odparł z uśmiechem Jake. – Możemy zostać tak na zawsze.
Zarobił od niej potężnego kuksańca w żebra. A przypomnieć trzeba, że Chloe w ciele Jake’a miała więcej siły niż w swoim, toteż nie bardzo potrafiła nią jeszcze dysponować, więc aż się zgiął wpół z bólu.
– Aua! – jęknął, ledwo biorąc oddech.
– Przepraszam? – Nie wyglądała jednak, jakby było jej przykro. – Za kilka minut otwierają basen, chodź na odprawę. I miejmy nadzieję, że ta wariatka dzisiaj się pokaże.
Jake zmarszczył brwi.
– Słuchaj… Umiesz pływać, nie?
– Przecież pracuję na basenie, kretynie. Jasne, że umiem.
– Ale jako animatorka dla dzieci – przypomniał. – Nie wiem, jakie kwalifikacje są wymagane. Bo możliwe, że będziemy musieli na nią trochę poczekać. W razie gdyby ktoś się topił, musisz pomóc. Mam nadzieję, że znasz podstawy RKO?
– T-tak – zająknęła się odrobinę, gdy zdała sobie sprawę z powagi sytuacji. – Najwyżej mi pomożesz.
– Najwyżej animatorka uratuje dziecko, a ratownik będzie stał i się gapił, jasne. Chcę zachować tę posadę, rozumiesz? Nie waż się robić niczego, przez co mogliby mnie zwolnić. – Pogroził jej palcem, ale ona jedynie parsknęła śmiechem.
W tej postaci był od niej sporo niższy, więc patrzyła na niego z góry, w dodatku te śmieszne okulary, w których nie lubiła chodzić, sprawiały, że trudno było brać jego groźby na poważnie.
Poklepała go protekcjonalnie po głowie.
– Jasne, Chlo-Chlo.
Najeżył się.
– Nie traktuj mnie protekcjonalnie tylko dlatego, że…
– Widzisz teraz, jak bardzo mnie to wkurza za każdym razem – przerwała mu, patrząc na niego znacząco. – I wiesz, co jeszcze sobie uświadomiłam? Co do pracy… Nie mogę się doczekać, aż zobaczę, jak wykonujesz poranny taniec i piosenkę. Ach, co to będzie za widok… – Nie mogła powstrzymać pełnego satysfakcji uśmiechu.
Jake zbladł. Chloe nie pamiętała, by kiedykolwiek jej twarz była tak biała.
– N-nie – wyszeptał przerażony.
– Och, ależ tak – odparła rozradowana. – I oczywiście będę patrzeć i uśmiechać się pod nosem, tak jak zawsze ty to robisz.
– Nie – jęknął. – Chodź, poszukajmy szybko tej wiedźmy.
I znów zdziwiła się, że jej ciało potrafi przebierać tak szybko nogami jak teraz.
– I co, już nie chcesz zostawać w moim ciele na zawsze, mały zboczeńcu? – wymamrotała złośliwie, idąc za nim. Miała od niego dłuższe nogi, więc wcale nie musiała biec, by go dogonić.
Ustawili się na odprawie i oboje niecierpliwie słuchali podsumowania poprzedniego dnia, a potem instrukcji. Był weekend, więc zostali ostrzeżeni o większej liczbie dzieci na basenie i oczywiście jak zwykle wysłuchali pogadanki o bezpieczeństwie.
Sylvia od razu podeszła do Jake’a, biorąc go za Chloe, a ten wyprostował się nienaturalnie.
– Hejka, co tak późno dzisiaj? Zaspałaś?
– Tak wyszło – odpowiedział, śmiejąc się nerwowo.
– Chodź, odbębnijmy tę szopkę. Później możemy zagrać w siatkówkę w wodzie. Pewnie będzie tyle dzieciaków, że uzbieramy całe dwa składy.
Jake ochoczo za nią poszedł, jakby zapominając, że będzie musiał zaraz tańczyć.
Chloe patrzyła za nimi trochę niepewna. Rozdzielali się. Niosło to za sobą tak wiele niebezpieczeństw… Przede wszystkim bała się, że Jake zrobi albo powie jej ustami coś nieodpowiedniego. Musiała mu zaufać, że będzie miał w sobie na tyle przyzwoitości, by nie narozrabiać za bardzo, ale… to był przecież Jake Carter.
Dalsza część w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Weronika Ancerowicz. Lato, czary i niespodziewane zamiany
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Meritum publikacji
