Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Świat wokół wydawał się obcy i nieposkromiony. Mroczne lasy skrywały tajemnice, a osadnicy obawiali się przemierzać dzikie ostępy. Wierzyli, że w dziczy wciąż czaiło się zło. Piotr - pastor prowadzący ochronkę dla sierot, starał się racjonalnie oceniać otaczający go świat. Jednak jego poglądy zostały poddane próbie, gdy spotkał Anę, dziewczynkę nad którą zdawało się ciążyć okrutne fatum.
Opiekun to fantasy z elementami horroru, gdzie akcja rozgrywa się czasach pierwszych osadników na Dzikim Zachodzie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 262
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Opiekun
Copyright © Anna Chrustowska, 2025 rok
Wydanie I
Miejsce i data wydania: Łódź, 2025
ISBN 978-83-976979-1-1
Książka jest objęta ochroną prawa autorskiego. Wszelkie udostępnianie osobom trzecim, upowszechnianie i upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.
Szarpnęła z całej siły i rozerwała rękaw bluzki. Zdołała jednak uwolnić dłoń z gęstwiny gałęzi, które utrudniały przejście. Z ledwością widziała ścieżkę, zaledwie wąską dróżkę wydeptaną przez dzikie zwierzęta. Ludzie nie zapędzali się w podobne miejsca, zwłaszcza o tak późnej porze. Ale właśnie to radziła Indianka: nocą, wzdłuż skraju wzniesienia, aż do niewielkiej, osłoniętej od wiatru kotlinki. Tam miała znaleźć skalny monolit i Jego.
Jednak mimo długiego marszu wśród zarośli i robactwa, wciąż nie widziała wskazanego miejsca. Powoli zaczynała narastać w niej obawa, że w otaczających ciemnościach mogła nie dostrzec zagłębienia i minęła je już dawno temu.
Przyśpieszyła kroku i nieco mocniej przycisnęła do piersi zawiniątko, próbując w ten sposób choć trochę stłumić płacz niemowlęcia. Nawet przez kocyk czuła rozpalającą dziecko gorączkę. Lekarze znowu byli bezradni. Zawsze to samo, zarówno przy pierwszym, jak i drugim maleństwie nic nie mogli pomóc. Tym razem nie zamierzała patrzeć bezczynnie na umierające dziecko. Musiała działać, choćby to było szaleństwo, nawet jeśli przyszłoby zapłacić najwyższą cenę.
Naraz dostrzegła na ścieżce rozwidlenie. Gdyby cały czas nie szukała kotliny, nigdy nie zauważyłaby tej odnogi. Serce zabiło jej mocniej na myśl, że to mogło być tutaj, a kiedy chwilę później zobaczyła przed sobą niewielką skałę odcinającą się od reszty otoczenia, zyskała pewność.
„Zostań tam i czekaj choćby do świtu. I módl się, by zechciał wysłuchać twojej prośby”, przypomniała sobie słowa kobiety z plemienia. Zakołysała ponownie dzieckiem, bezskutecznie próbując ukoić płacz. Przynajmniej On wiedział, że tutaj przyszła. Wszystko, co żyło w okolicy, zostało powiadomione o jej przybyciu.
– Co tutaj robisz? – Usłyszała za sobą głos, ale gdy się odwróciła, w ciemnościach nie mogła niczego dostrzec.
Poczuła suchość w ustach. Wiedziała, z kim ma do czynienia, słyszała opowieści o Nim – różne, niekiedy straszne historie o Tym, który mieszka w tutejszych lasach.
– Pewna kobieta… Indianka… powiedziała mi, że…
– Czemu zakłócasz mój spokój? Czy intruzi chcą zagarnąć dla siebie i to miejsce?
W końcu dostrzegła sylwetkę rysującą się na tle drzew.
– Wynoś się stąd! – syknął.
Przeszedł ją dreszcz, a po policzkach spłynęły łzy. Był jej jedyną nadzieją, nie mogła tak po prostu odejść.
Osunęła się na kolana i wyciągnęła przed siebie zawiniątko.
– Błagam, ocal moje dziecko! – wykrzyczała, nie mając odwagi dalej patrzeć w jego stronę.
Z trudem łapała oddech, słysząc, jak powoli zbliżał się do niej. Czuła na sobie wzrok władcy tych ziem, całą tę nienawiść, którą żywił do ludzi. A kiedy w końcu podniosła głowę, dostrzegła ją także wymalowaną na jego nieludzkiej twarzy.
– Wynoś się – powtórzył rozkaz.
Wiatr szarpał odległymi koronami drzew, których długie cienie kładły się na ziemi. Słońce wisiało już nisko nad horyzontem i przybrało jaskrawopomarańczową barwę, wlewającą się na polanę przed domem. Rozległa, pusta przestrzeń porośnięta krótką, wyskubaną przez bydło trawą otoczona była z dwóch stron lasem. Nieco z boku kołysały się łany wciąż jeszcze niedojrzałej pszenicy. Sam dom, ukryty przed światem przez dwa potężne kasztanowce, stał bardziej z tyłu. Promienie przenikały nieśmiało przez listowie, oświetlając drewnianą werandę i siedzącego na niej człowieka.
Piotr podziwiał spokojny wieczorny krajobraz, chociaż doskonale zdawał sobie sprawę, jak iluzoryczny był to widok. Rozciągająca się wokół kraina ciągle pozostawała nieujarzmiona i niebezpieczna. Nadal zapuszczanie się w nieznane, ciemne lasy groziło spotkaniem z dzikimi zwierzętami lub bandytami. Mimo że od ponad dziesięciu lat istniała w sąsiedztwie rolnicza osada, okoliczne wzgórza i stepy pozostawały nieposkromione. Było to zarazem piękne i przerażające. Ludzie dzień po dniu podejmowali wysiłek, by podporządkować sobie naturę, aby lasy nie stanowiły zagrożenia, a pola dawały obfite plony.
Osada nie była wielka, a brak złota czy innych cennych minerałów ograniczał rozwój. Jedyną wartość prezentowała ziemia, żyzna i dobra pod uprawę. To ona przyczyniła się do powstania małego miasteczka gdzieś w sercu głuszy.
Większość mieszkających tu ludzi była uciekinierami, ludźmi, którzy postanowili szukać szczęścia w tym nowym, niedostępnym świecie. Nie inaczej rzecz miała się z Piotrem. On również musiał opuścić swoją ojczyznę, nękaną prześladowaniami i wojnami. Po ostatnim konflikcie, kiedy sam znalazł się na linii frontu i pomagał tamtejszemu chirurgowi, coś w nim pękło. Nie chciał dłużej znosić bezsensownego rozlewu krwi. Już wtedy był pastorem i odbieranie życia stało w sprzeczności z jego przekonaniami. Dlatego gdy pojawiło się widmo kolejnej wojny, która miała przetoczyć się przez stary kontynent, po prostu uciekł. Zostawił za sobą czarne wspomnienia o walce i śmierci, by rozpocząć nowe życie.
Okazało się jednak, że los miał dla niego zupełnie inne zadanie. Nie tylko został kaznodzieją tej niewielkiej społeczności, ale wskutek splotu niezwykłych zdarzeń zyskał kilku podopiecznych.
Wszystko zaczęło się w chwili, gdy pięć lat wcześniej znalazł Timothy’ego, chłopca, którego rodzice zmarli na gruźlicę. Mimo wątpliwości Piotr wraz z gospodynią Sally postanowili przygarnąć sierotę. Początkowo chłopak sprawiał im wiele kłopotów, mimo młodego wieku był bardzo niezależny i pewny siebie. Robił to, co chciał i kiedy chciał, za nic mając ich prośby czy nalegania. We dwójkę zupełnie nie potrafili nad nim zapanować i często kończyło się na poważnych awanturach.
Rok po tym jak do ich domu trafiła Katy, i niemal trzy lata od pojawienia się Timothy’ego, Piotr przywiózł kolejną dwójkę porzuconych dzieci. Podczas pobytu w stolicy znalazł ich na dworcu, ukrytych w jakimś zaułku. Może nie powinien sprowadzać do domu więcej sierot, ale w tamtej chwili po prostu nie potrafił odejść. Starszy z rodzeństwa, Karol, miał nie więcej jak pięć lat i choć sam był jeszcze małym dzieckiem, musiał się opiekować o rok młodszą Lucy.
Pastor nigdy nie odkrył, co stało się z ich rodzicami ani dlaczego mieszkali na dworcu. Nawet gdy zyskały już do niego zaufanie, dzieci po prostu nie pamiętały takich rzeczy. Długo zresztą trwało, nim którekolwiek z nich ośmieliło się w ogóle odezwać. Pierwszy krok wykonał oczywiście chłopiec, który jak na pięciolatka był bardzo mądry i nad wiek dojrzały. Błyskawicznie uczył się nowych rzeczy i stał się nieodłącznym pomocnikiem Timothy’ego. Tymczasem Lucy nie ufała ludziom i pozostawała zamknięta w swoim małym, cichym świecie, gdzie dostęp miał tylko Karolek. Jemu ufała bezgranicznie i zwierzała się ze swoich smutków.
Pastor nie potrafił sobie wyobrazić, co rodzeństwo musiało wycierpieć, jak trudno było im samodzielnie przeżyć w tak niegościnnym świecie. Pocieszającą była myśl, że teraz, po dwóch latach, także oni zaczynali się śmiać i zachowywać, jak na dzieci w ich wieku przystało.
Ostatnim członkiem rodziny była Isabella, która przyjechała raptem rok temu. Okazała się siostrzenicą Sally. Jej matka zmarła i zostawiła córce jedynie list do gospodyni. Piętnastoletnia wówczas Bella, niemal dorosła kobieta, szybko zaprowadziła swoje rządy na farmie. Miała jak najlepsze intencje. Za wszelką cenę chciała pomóc niemłodej już ciotce, gospodyni jednak zwyczajnie nie nadążała za żywiołową siostrzenicą i szybko ustąpiła jej pola.
Piotr westchnął lekko i przeciągnął w fotelu. Chłód wieczora zaczynał być dokuczliwy, a on, pogrążony w myślach o rodzinie, nie zauważył nawet, kiedy słońce schowało się za odległą granicą lasu. Choć wydawało się to marnotrawieniem czasu, po długim i męczącym dniu potrzebował tej chwili wytchnienia, by poukładać sobie różne sprawy, przemyśleć problemy i zastanowić się nad zadaniami dnia następnego.
W końcu, kiedy poczuł pierwszy nieprzyjemny dreszcz, podniósł się i ruszył ku drzwiom, gdzie już czekała na niego gospodyni z zaproszeniem na kolację.
Wóz turkotał równomiernie po piaszczystej drodze wiodącej środkiem miasteczka. Z obu stron ulicy stały niskie drewniane budynki z werandami lub niewielkimi daszkami, zapewniającymi cień w upalne dni. Powietrze wypełniał kurz wzbijany zarówno przez konie, jak i silniejsze podmuchy wiatru. Wokół nie było wielu drzew, które mogłyby powstrzymać tumany drażniącego pyłu. Przyzwyczajony do lasów i łąk otaczających farmę, Piotr jakoś nie mógł przywyknąć do szaroburego wyglądu miasteczka. Jednak tutejszym ludziom to nie przeszkadzało. Pochłonięci codziennymi sprawami, nie mieli czasu, by przejmować się podobnymi głupstwami.
Co chwilę ktoś kłaniał się pastorowi, kiedy ten wraz z dziećmi zmierzał w stronę kościoła. Towarzyszyły mu wszystkie trzy dziewczynki oraz Karolek. Najmłodsze rodzeństwo i Katrina mieli dziś lekcje z panią Wels, natomiast Bella przyjechała do miasteczka, by zrobić zakupy.
– Może mnie pastor tu wysadzić – zarządziła Isabella, podnosząc się z kozła nim wóz na dobre stanął. – Przyjdę za kilka godzin, gdy uwiniecie się z robotą.
– Zamierzasz tyle czasu robić sprawunki?
– Oczywiście, że nie. Chcę potem odwiedzić Lizzy – odparła z uśmiechem, po czym nie tłumacząc nic więcej, zeskoczyła z wozu i ruszyła w stronę zabudowań.
Zniechęcony pastor tylko pokręcił głową. Wiedział, że skoro Bella postanowiła złożyć wizytę przyjaciółce, to raczej nie mieli co liczyć na jej pomoc. Pozostało mu zdecydowanym ruchem pognać konie.
Chwilę później zostawił młodszych pasażerów przy salce nieopodal kościoła. To właśnie tam odbywały się lekcje dla wszystkich dzieci z osady. Budynek, wcale nie tak mały, wydawał się bardzo niepozorny przy stojącym obok kościele. Ten, choć drewniany, znacznie przewyższał wszystkie zabudowania w miasteczku. Z wieżą i sporym dzwonem górował nad okolicą. Niestety ostatnia burza uszkodziła dach i teraz mimo upałów należało go naprawić, nim kolejne deszcze zrujnowałyby wnętrze.
Piotr westchnął ciężko na myśl o pracy w skwarze południa i nawet widok zbliżającego się Timothy’ego nie poprawił mu nastroju. Cóż, chłopak też nie wyglądał na szczęśliwego.
– Dziś rano rozmawiałem z Tedem – odezwał się Timothy, kiedy po pracy odpoczywali w cieniu budynku. – Mówił, że ludzie są zaniepokojeni.
Piotr spojrzał na chłopca podejrzliwie, bo doskonale wiedział, jakie brednie potrafił wygadywać miejscowy kowal. Timothy nie powinien przywiązywać do tych słów aż tyle uwagi.
– I co tym razem ludzi przestraszyło? Tedowi zdechła koza? – rzucił z niechęcią, przegryzając wypowiedź jabłkiem.
Timothy najwyraźniej postanowił zlekceważyć sarkazm i kontynuował całkiem poważnie:
– Ludzie boją się zła.
– I słusznie, tego zawsze powinni się obawiać.
– Nie o tym mówię. Chodzi o wieści, jakie przychodzą z Perckis. Podobno ostatnio działy się tam bardzo dziwne rzeczy.
Piotr spojrzał w zaciętą twarz podopiecznego.
– Ludzie twierdzą, że coś przeklęło całą osadę – mówił dalej chłopak zachęcony faktem, że przyciągnął uwagę pastora. – Podobno mieszkańcy boją się wychodzić z domów, zwierzęta wariują, a w lasach czai się diabeł.
Mężczyzna westchnął zrezygnowany.
– Nie powinieneś nabijać sobie głowy podobnymi bzdurami. Naprawdę sądzisz, że szatan nie ma nic lepszego do roboty, niż siedzieć w krzakach i zapewniać bezsenność mieszkańcom Perckis?
Chłopak uśmiechnął się lekko, nie mogąc dłużej zachować powagi.
– Raczej nie. Nie zmienia to jednak faktu, że ludzie boją się, by coś podobnego nie miało miejsca u nas.
– Wyobrażam sobie – prychnął Piotr. – Pewnie już nie mogą spać po nocach z samego strachu, że coś strasznego przyjdzie.
– Czyli pastor jak zwykle nie wierzy, że tam dzieje się coś niepokojącego?
– Tego nie powiedziałem. Z pewnością w Perckis mają miejsce złe rzeczy, sądzę jednak, iż przyczyna nie leży w przeklętych lasach, ale w głowach samych mieszkańców. Jeśli wystarczająco długo będą sobie powtarzać kłamstwa, to w końcu sami w nie uwierzą.
– Rozumiem. – Timothy skinął głową i zapatrzył się we własny owoc. – A co, jeśli…
– Nie chcę o tym słyszeć – uciął krótko pastor.
Może i Timothy uważał się za dorosłego, ale czasami odzywały się w nim jeszcze dziecinne nawyki. Takie dyskusje nie miały sensu, a w chłopcu mogły jedynie niepotrzebnie zasiać ziarno niepokoju.
– Nic nie poradzę. Czasami nawet ja mam wrażenie, jakby coś obserwowało nas wszystkich z tych ciemnych lasów.
– I z pewnością tak jest – odparł Piotr, przewracając oczami. – To nie jest martwa bryła, ale żyjący organizm. Pełno tam istot, które mogą cię obserwować. Zapewniam jednak, nie są one wysłannikami sił nieczystych.
– Oby… – mruknął pod nosem chłopak.
– Widzę, że znów próbujesz wyprowadzić pastora z równowagi – odezwała się Katy, wychodząc zza rogu budynku.
Dziewczynka w paru krokach znalazła się przy bracie i uwiesiła na jego szyi.
– Wcale nie próbuję…
– Jak to nie, więc niby po co powtarzasz głupoty Teda? – droczyła się Katrina.
Tuż za nią pojawiło się najmłodsze rodzeństwo i teraz bez słowa wybierało jabłka z koszyka.
– Nie mam zamiaru się z tobą kłócić. Zresztą kiedy dorośli rozmawiają, dzieci powinny siedzieć cicho – rzucił złośliwie Timothy, odklejając od siebie siostrę.
– Jestem prawie tak dorosła jak ty.
– Brakuje ci ładnych paru centymetrów, żebyś mogła tak mówić.
Dziewczynka wydęła usta i już szykowała się do ciętej riposty, kiedy powstrzymała ją Isabella.
– Lizzy też o tym opowiadała – wtrąciła najstarsza z dziewcząt, podchodząc do pozostałych. – Od tygodnia z Perckis nie przychodzą żadne wieści, podobno kurier nie chce tam jeździć.
– Widocznie jest takim samym paranoikiem jak Ted – skomentował pastor, wstając z ziemi. – Skoro są już wszyscy, to zakończmy tę bezsensowną debatę i wracajmy do domu. Umieram z głodu.
Ten argument przemówił do zebranych i dzieciaki szybko zaczęły zbierać rzeczy i kolejno wrzucać je na wóz. W kilka minut wszystko było uprzątnięte, a oni gotowi do drogi powrotnej na farmę.
Piotr czuł każdy mięsień ramion i barków. Kilka godzin pracy młotkiem na dachu dało mu się mocno we znaki i teraz nie mógł nawet spokojnie posiedzieć w ulubionym fotelu. A pogoda sprzyjała odpoczynkowi. Słońce świeciło nisko ponad drzewami, upał przyjemnie zelżał, choć powietrze pozostawało parne i dość ciężkie.
Jeszcze tyle rzeczy pozostało do zrobienia. Jutro niedziela. Powinien przygotować się do mszy, a nawet nie tknął kazania. Miał na głowie parafię, farmę, dzieciaki i głupie pomysły mieszkańców. Obowiązków spokojnie starczyłoby dla dwojga ludzi. Oczywiście nigdy nie zamieniłby tego życia na żadne inne, ale niekiedy, w chwilach większego zmęczenia, czuł ogarniające go zniechęcenie. Tyle osób oczekiwało pomocy, a jemu nie starczało czasu.
Naraz rozmyślania pastora przerwały dziwne odgłosy. Z trudem podniósł się z fotela i rozejrzał wokoło. Tajemnicze, niepokojące dźwięki dobiegały z lasu gdzieś na wschodzie i szybko zbliżały się ku farmie. Trwał w nieprzyjemnym odrętwieniu, wciąż nasłuchując, a umysł niespodziewanie podsunął mu słowa wypowiedziane przez Timothy’ego. Potrząsnął rozdrażniony głową i skupił wzrok na ścianie lasu, jakby to miało rozproszyć panujące w nim ciemności.
W jednej chwili rozpoznał dziwaczne dźwięki. Z rosnącym przerażeniem odkrył, że były to ludzkie krzyki, jakieś wściekłe wrzaski rozszalałej bandy. Już chciał wbiec do domu po strzelbę, kiedy zobaczył niewielki, jasny punkt wynurzający się spośród drzew.
Szeroko otwartymi oczami obserwował, jak w stronę farmy biegła mała dziewczynka, która potykając się i kalecząc nogi o krzaki, uciekała przed grupą ludzi. Dopiero gdy znalazła się wystarczająco blisko, zobaczył, że miała na sobie starą, mocno zniszczoną sukienkę, a jej ręce i ubranie były pokryte brązowymi plamami. Biegła boso, zupełnie nie zwracając uwagi na mijane przeszkody. Nie odwracała się, nawet nie krzyczała, po prostu biegła co sił prosto w stronę zabudowań.
W kilka chwil pokonała całą polanę i szybko oddychając, stanęła na wprost pastora. Nie zaczęła prosić o pomoc, nie uczyniła żadnego gestu. Pozostała milcząca i tylko wpatrywała się w niego przejmującym wzrokiem. Była brudna i wychudzona, a szybki oddech i niezdrowe rumieńce nadawały jej chorobliwego wyglądu.
Piotr nie miał czasu na wahanie. Pościg był już w połowie drogi i lada chwila mógł dopaść dziecko. Bez namysłu wyszedł przed dom i uśmiechając się pocieszająco do małej, stanął między nią a nadbiegającymi ludźmi. Nie bez zdziwienia odkrył, że byli to mężczyźni z osady. Każdy z nich trzymał w ręku jakąś broń, czy to strzelbę, czy siekierę, a w oczach wszystkich paniczny strach przeplatał się z chęcią mordu. Ta jednak nieco przygasła, gdy dostrzegli na swojej drodze pastora.
– Proszę się odsunąć, ojcze! – krzyknął jeden z nich.
To akurat Piotra nie zaskoczyło. Wodzem grupy był przysadzisty kowal. Łatwe do przewidzenia. Ktoś tak przesądny i ograniczony najszybciej łapał za broń.
– Nie zamierzam – odparł zdecydowanie pastor. – Wracajcie do domów.
– Ojciec nic nie rozumie – rzucił Ted. – To poplecznik diabła, mała wiedźma. Trzeba ją zabić!
Piotr zacisnął pięści, by nie poniósł go gniew.
– Zastanów się, co mówisz! Chcesz zamordować bezbronne dziecko! – Mimo starań nie zdołał całkiem ukryć złości. – Rozum ci odjęło?
– Ona jest przeklęta, pastorze! – krzyknął inny mężczyzna. Piotr dopiero po chwili rozpoznał w nim mieszkającego w okolicy drwala. – Sam widziałem! Gołymi rękoma zabiła wilka, stała nad jego truchłem. Cała jest w wilczej posoce.
Piotr nawet nie spojrzał na dziewczynkę, by zweryfikować te słowa.
– Nawet jeśli, to dziś więcej krwi się tutaj nie poleje. Nie dopuszczę do rzezi, chyba że zamierzasz zabić również mnie.
– Przyszła ze wschodu, a w Perckis także działo się źle – dodał ktoś inny. – Ludzie chorują, zwierzęta znikają, a psy wyją po nocach!
– Jak widzisz, mój pies nie wyje. – Spojrzał w stronę kundelka, który powarkiwał na zebranych. – Przeszkadza mu tylko wasza obecność.
W rozjuszonej grupie zapadła konsternacja. Przez te wszystkie lata pastor zyskał sobie szacunek i posłuch wśród mieszkańców osady. To, przynajmniej częściowo, pozwalało mu zapanować nad wzburzonym tłumem. Znał tych ludzi, wiedział, że nie byli mordercami, po prostu w tej chwili zdominował ich strach.
– Opanujcie się wreszcie, zanim dojdzie do prawdziwej tragedii. Nie wiem, kto naopowiadał wam podobnych kłamstw, ale wierząc w nie, udowadniacie własne zaślepienie. Ganiacie po lesie małe dziecko, chcąc dopaść zło, kiedy ono bez przeszkód zalęga się w waszych sercach. Spójrzcie na siebie. Czy strach odebrał wam resztki zdrowego rozsądku?
Można było dostrzec, jak złość i gniew grupy pomału opadały, stopniowo przeradzając się we wstyd. Z wolna ochłonął także pastor, choć nadal czuł krew pulsującą szybciej w żyłach. Czasami naprawdę nienawidził tej części ludzkiej natury, która sprawiała, że tłum zaczynał zachowywać się jak bezwolna masa, gotowa zniszczyć wszystko, co stanęło na jej drodze.
– Idźcie do domów – powtórzył prośbę łagodniejszym tonem.
Niektórzy próbowali jeszcze protestować, lecz ich słowa cichły, w miarę jak inni ruszali w drogę powrotną do miasteczka. W grupie byli silni, ale teraz pojedyncze osoby nie miały odwagi, by mierzyć się z Piotrem, a tym bardziej z dzieckiem, które wywołało w nich ten irracjonalny strach.
Pastor stał jeszcze przez dłuższą chwilę w milczeniu i patrzył na ścieżkę prowadzącą w las, póki ostatni ludzie nie zniknęli za zasłoną drzew. Dopiero wtedy odwrócił się w stronę dziecka i zmusił twarz do mdłego uśmiechu. Dziewczynka stała przed nim wciąż bez słowa, nadal z tym dziwnym, na wpół zdeterminowanym, a wpół dzikim wyrazem oczu. To właśnie jej wzrok – bardziej niż reszta – przykuwał uwagę. Powinna być przerażona, tymczasem z każdą chwilą jej spojrzenie stawało się spokojniejsze i tylko cień niepokoju świadczył o wcześniejszych przeżyciach. Miała może z dziesięć lat, drobne, wychudzone ręce i nogi, a sukienkę oraz dłonie rzeczywiście pokrywały plamy przypominające zakrzepłą krew.
Pastor pochylił się i uśmiechnął szerzej, jednocześnie dłonią przeczesując długie, teraz potargane, czarne włosy dziecka.
– Już wszystko w porządku, nikt cię nie skrzywdzi – powiedział delikatnie.
Dziewczynka nie zmieniła wyrazu twarzy. W żaden sposób nie zareagowała na słowa czy dotyk. Wciąż stała w bezruchu, patrząc uważnie, jakby próbowała ocenić intencje pastora. Mimo że udzielił jej pomocy, nadal najwyraźniej nie ufała w jego dobre zamiary. To spojrzenie było niepokojące i przyprawiało Piotra o dreszcze. Dzieci nie powinny patrzeć w ten sposób, nie powinny uważać, że ktoś chce je skrzywdzić. A właśnie to wyrażał wzrok tego dziecka. Była gotowa bronić się także przed nim.
– Pewnie jesteś głodna – stwierdził, odrzucając niepokojące myśli. – Wejdźmy do środka, dostaniesz coś dobrego.
Dziewczynka nic nie powiedziała, jednak pozwoliła poprowadzić się w stronę budynku. Dostrzegł, jak jej czujne oczy spoglądały w stronę granicy lasu.
– Dobry Boże, co się stało? – zapytała przerażona Sally, widząc tajemnicze dziecko.
Nie czekając na odpowiedź, zaczęła mokrą ścierką wycierać twarz dziewczynki. Ta zdawała się powoli uspokajać, jej oddech wyrównał się, a rumieńce wywołane biegiem szybko znikały. Tylko spojrzenie pozostawało nieufne, nawet teraz, gdy siedziała na ławie w pachnącej kolacją kuchni.
– Ludzie gonili ją po lesie. Nie wiem, co się stało, ale najwyraźniej poniosła ich wyobraźnia – odparł pastor, starając się zachować spokój.
Kątem oka zauważył, jak na schodach zaczęły się pojawiać dzieci. Na szczęście tylko w milczeniu obserwowały nowego przybysza.
– Jak mogli coś takiego zrobić dziecku? Przecież jest cała we krwi – mówiła przejętym głosem Sally, przechodząc do wycierania rąk dziewczynki.
– Twierdzili, że znaleźli ją przy martwym wilku. Podobno to jego krew.
Kobieta rzuciła mu krótkie, badawcze spojrzenie.
– Reszty można się domyślić – zakończył pastor.
Przez dłuższy moment obserwował, jak gospodyni myła dziecko, a potem pośpiesznie przyszykowała jedzenie. Mała bez słowa przyjęła szklankę ciepłego mleka i chleb z serem.
– Jest tylko posiniaczona. Na szczęście to rzeczywiście nie była jej krew – orzekła Sally.
Piotr spoglądał na milczącą dziewczynkę, która lekko drżącymi dłońmi trzymała szklankę i piła drobnymi łykami. Wydawała się całkowicie bezbronna i niewinna. Dlaczego więc ludzie postanowili ją ścigać? Nie mieściło mu się to w głowie. Nie potrafił zrozumieć, jakie zaślepienie mogło doprowadzić do tej sytuacji. Grupa dorosłych ludzi pałająca żądzą mordu w stosunku do dziesięcioletniego dziecka – istny obłęd.
Z lekkim wahaniem usiadł na krześle po przeciwnej stronie stołu i spojrzał na nią uważnie.
– Rozumiesz, co do ciebie mówię? – zapytał, tknięty nagłą obawą.
Ta jednak szybko została rozwiana, gdy dziewczynka pokiwała twierdząco głową. Już nie patrzyła bezpośrednio na niego. Stanowczość gdzieś znikła, pozostało jedynie narastające zmęczenie.
– Dlaczego tamci ludzie twierdzili, że byłaś przy jakimś martwym wilku?
Dziewczynka chyba nie zamierzała odpowiadać, coraz bardziej drżącymi dłońmi odstawiła mleko i utkwiła wzrok w podłodze. Dopiero teraz, gdy Sally zmyła nieco brudu, pastor zobaczył, że całe jej przedramiona pokrywały nabrzmiałe, fioletowe sińce. Nie potrafił sobie wyobrazić, co mogło spowodować podobne obrażenia. Z pewnością jednak nie był to atak zwierzęcia.
– Jutro mi o tym opowiesz, dobrze? – zaczął ponownie po chwili milczenia. – Teraz powinnaś się przespać.
Dziewczynka znowu bez słowa sprzeciwu pozwoliła się poprowadzić do pokoju obok, gdzie na ławie leżały już przygotowane przez gospodynię koce. Nie mieli w domu więcej łóżek. Poza tym pastor wolał, by dziś nie miała kontaktu z innymi dziećmi. Wystarczyło, że te wciąż ciekawsko zaglądały do kuchni ze schodów.
Ostrożnie, by nie urazić żadnego ze stłuczeń, przykrył ją kocem. Uśmiechnął się ponownie, po czym wyszedł z pokoju i zostawił przy drzwiach zapaloną lampkę. Stanął jeszcze za progiem i długą chwilę obserwował dziewczynkę, ale nie wyglądało na to, by zamierzała spać. Po prostu leżała na posłaniu i patrzyła w sufit.
Na dworze już dawno zapadła ciemność.
* * *
Noc była bezchmurna, jednak tutaj na dno lasu docierało niewiele ze światła gwiazd i księżyca. Mimo to panujący mrok wcale jej nie przeszkadzał. Wręcz przeciwnie, ta odrobina światła pozwalała mijać drzewa, a jednocześnie zapewniała bezpieczeństwo. Teraz mogła bez trudu ukryć się przed wzrokiem ludzi, którzy pałali do niej nienawiścią i pragnęli zabić. To właśnie ich obawiała się najbardziej, tych, którzy w zaślepieniu i strachu byli gotowi zawzięcie ją ścigać. Ciemność nie była przerażająca, tacy ludzie owszem. W odróżnieniu od innych wiedziała, że w mroku nie kryją się duchy i upiory, a jedynym zagrożeniem mogą być zwierzęta, ale i te zazwyczaj trzymały się z daleka. Oczywiście prócz wilków, jednak teraz wataha była daleko. Teraz bez przeszkód mogła przemierzać mroczny las, starając się jak najszybciej oddalić od niebezpieczeństwa.
Dziś tak niewiele brakowało. Czuła, jak serce podchodziło jej do gardła na samą myśl o tym, co by się stało, gdyby nie spotkała tamtego człowieka. Znowu wszystko się powtarzało, dokładnie tak jak za każdym razem. Znów musiała ratować się ucieczką i ponownie ledwo uszła z życiem. Była jednak zbyt przerażona i zmęczona, by wyliczać, który to już raz. Zresztą znaczenie miało tylko to, że została sama, ukryta w ciemnościach i względnie bezpieczna.
Uciekła, gdy tylko zyskała pewność, że mieszkańcy domu położyli się spać i nikt jej nie spostrzeże. Nie zamierzała czekać do rana, kiedy ludzie z osady postanowią wrócić. Drugi raz mogła nie mieć tyle szczęścia.
Teraz, w środku nocy, wędrowała mrocznym lasem, którego ciszę zakłócały rzadkie odgłosy dzikich zwierząt. Znała je i nie budziły w niej niepokoju. W tej chwili, kiedy naprawdę była sama, to inni powinni czuć strach.
Ogarniało ją coraz większe zmęczenie. Wcześniejsza walka i ucieczka wyczerpały wszystkie siły, a teraz obolałe nogi i poobijane ręce odmawiały posłuszeństwa. Tak bardzo chciałaby się gdzieś położyć i trochę odpocząć, jednak czuła, że nie odeszła wystarczająco daleko. Nadal mogli ją odnaleźć i zabić. Jeszcze trochę potrwa, nim będzie mogła wreszcie zasnąć.
Czas mijał jej na przedzieraniu się przez rozrośnięte krzaki, przekraczaniu powalonych pni starych drzew i pokonywaniu śródleśnych strumieni. Gdyby nie otępiające zmęczenie, taka podróż byłaby niczym spacer. Teraz jednak każdy krok wydawał się ponad jej siły. Gdy w końcu zobaczyła rozłożysty dąb i zaciszną niszę wśród jego korzeni, postanowiła odpocząć. Mogła mieć tylko nadzieję, że nikt tu nie dotrze, że będzie mogła nacieszyć się tą niezwykłą, wręcz niesamowitą samotnością. Ciemność była jej sprzymierzeńcem i obrońcą, za dnia musiała walczyć z tym światem sama.
Gdzieś na granicy świadomości dotarł do niej niepokojący dźwięk. Nie wiedziała, ile czasu spała, ale wstała gwałtownie, czując, że coś się zmieniło. Teraz nie była już sama.
Usłyszała kroki, ludzkie i zwierzęce, jednak nie wyglądało to na pogoń, bardziej na pojedynczego człowieka. Wokoło wciąż panowała niemal nieprzenikniona ciemność, dlatego wyraźnie dostrzegała niewielkie światełko zbliżające się w jej stronę. Powoli to pojawiało się, to znikało, ale z każdą chwilą było coraz bliżej. Towarzyszył temu chrzęst łamanych gałęzi i powarkiwanie psa.
Czuła, że nieświadomie napięła wszystkie mięśnie, w każdej chwili gotowa do ucieczki mimo mdlącego zmęczenia. Ta odrobina snu nie zdążyła przywrócić utraconych sił, jednak dalszy odpoczynek był niemożliwy. Dłonie drżały jej nerwowo, a kolana uginały się pod ciężarem ciała. Coraz bardziej wątpiła, czy rzeczywiście zdoła uciec. Była tak zmęczona, że chyba wolałaby się nie obudzić. Może wtedy śmierć okazałaby się mniej przerażająca. Choć konsekwencje wciąż pozostawały dokładnie takie same. Ostatecznie, jeśli nie zdołaby uciec, miała jeszcze drugie wyjście, mimo że ciało odmawiało posłuszeństwa.
Blask niewielkiej lampki oświetlił miejsce, w którym stała. Osłoniła oczy dłonią, widziała jedynie zarys sylwetki człowieka, a także psa wiercącego się w napięciu przy jego nogach. Dopiero po chwili wzrok przywykł do nagłej jasności i wtedy rozpoznała mężczyznę. Był to ten sam człowiek, którego ludzie nazywali pastorem. Po co tu przyszedł, dlaczego zakłócał jej krótkie chwile spokoju? Czy i on postanowił urządzić sobie polowanie?
– Dzieci w twoim wieku nie powinny same chodzić nocą po lesie. To niebezpieczne – odezwał się łagodnym głosem, choć jego twarz wydawała się dziwnie spięta.
Pies, zadowolony z dobrze wykonanego zadania, usiadł w końcu spokojnie i jednostajnie machał zakręconym ogonem.
Przez dłuższy moment wpatrywała się w pastora, próbując zrozumieć jego intencje, nie mogła jednak pozbierać myśli. Zmęczenie i przerwany sen nie ułatwiały koncentracji, a do tego ręce nie chciały przestać drżeć.
– Zostaw mnie – powiedziała tak cicho, że wątpiła, by rzeczywiście ją usłyszał.
– Nie mogę. Nie potrafiłbym zasnąć, wiedząc, że jesteś sama w lesie. To nie miejsce dla dzieci.
Dlaczego nie chciał dać jej spokoju?
– Nic mi nie będzie – oświadczyła trochę wbrew sobie. Doskonale wiedziała, że tutaj również czaiło się wiele zagrożeń, znała je bardzo dobrze, mimo to w takich miejscach czuła się bezpieczniej niż gdziekolwiek indziej.
On jedynie pokręcił głową i podszedł bliżej.
– Proszę, zaufaj mi, nie skrzywdzę cię – zapewnił, uśmiechając się przy tym nieznacznie.
Wzdrygnęła się, słysząc te słowa. Nie ufała żadnemu człowiekowi, bo wszyscy pragnęli jej śmierci. On wcale nie musiał być inny.
– Chcę ci pomóc, ale musisz mi na to pozwolić – dodał, a potem delikatnie położył dłoń na jej ramieniu.
Powinna była uciec dalej, tam gdzie nawet pies nie odnalazłby tropu. Teraz jednak za późno na żale. Zmęczenie nie pozwalało jej myśleć, a dłoń tego człowieka powodowała, że czuła się zupełnie bezbronna. Coraz bardziej miała ochotę wrócić do ciepłego domu i miękkich koców, choć doskonale wiedziała, że to nierozważne. Jutro mogła się już nie obudzić. Ale czy miała jakieś wyjście, czy ten pastor zostawiłby ją w spokoju? Jakoś nie potrafiła w to uwierzyć.
– Jak się nazywasz? – zapytał, najwyraźniej przyjmując jej milczenie za zgodę.
– Ana – szepnęła, czując suchość w gardle.
– Więc jak, Ano, czy wrócisz ze mną do domu?
Spojrzała w jego już nie młodą, ale jeszcze nie starą twarz. Uśmiechał się do niej przyjaźnie, a ona poczuła nieprzyjemny skurcz w żołądku. Jak bardzo pragnęła komuś takiemu zaufać i jak bardzo wiedziała, że nie może tego uczynić?
Nie pamiętała, kiedy ostatnio była wśród tak licznej grupy osób. W kościele znajdowali się chyba wszyscy mieszkańcy miasteczka i każdy kolejno obrzucał ją badawczym spojrzeniem. Teraz jednak w ich wzroku nie było aż takiej nienawiści, pozostał tylko strach i może nieco ciekawości. Nie wiedziała, czy to wpływ normalnego ubrania, bez śladów krwi i brudu, czy może tego człowieka zwanego pastorem i jego wstawiennictwa. Cokolwiek to było, teraz raczej nikt nie zamierzał jej atakować. Przynajmniej na razie. Musiała jedynie wytrzymywać te podejrzliwe spojrzenia, jednak to wcale nie było aż tak trudne. Ostatecznie ludzie zawsze patrzyli na nią w ten sposób.
Siedziała w pierwszym rzędzie drewnianych ławek, między dziewczynką o kręconych, kasztanowych włosach, którą poznała jako Katy, a gospodynią Sally. To właśnie ta kobieta poświęciła cały dzisiejszy ranek, by doprowadzić wygląd Any do akceptowalnego stanu. Ofiarowała jej nawet białą sukienkę do kostek z długimi rękawami, zasłaniającą większość zadrapań i siniaków. Dzięki temu teraz czuła się czysta i schludna. To właśnie jej wygląd najbardziej zaskoczył siedzących wokół ludzi. Wszak prezentowała się zupełnie inaczej niż poprzedniego wieczora. Szczerze jednak wątpiła, by to wystarczyło na długo. Nigdy nie wystarczało.
Naraz pastor, który przemawiał do zebranych, wskazał na nią ręką i gestem poprosił, by podeszła bliżej. Bez słowa wykonała polecenie i po chwili znalazła się naprzeciw zgromadzenia. Jednocześnie ponownie poczuła dłoń mężczyzny na ramieniu. Tym gestem próbował dodać jej otuchy, teraz jednak nie czuła strachu. Bardziej wypoczęta i najedzona mogłaby ponownie uciec, gdyby tylko poczuła zagrożenie. O dziwo jednak, mimo tych wszystkich nieżyczliwych spojrzeń, koło tego człowieka doświadczała rzadkiego poczucia bezpieczeństwa.
– To jest Ana, którą wczoraj wieczorem niektórzy z was próbowali skrzywdzić. – Usłyszała głos pastora. Mężczyzna patrzył na zebranych surowym wzrokiem, tak innym niż ten, który kierował w jej stronę. Jego ton też był srogi i donośny, jakby chciał potępić wszystkich zgromadzonych. – A teraz przyjrzyjcie się dobrze i zastanówcie, co chcieliście uczynić. To jest bezbronne dziecko, sierota pozbawiona domu i rodziny, która potrzebuje pomocy. Zamiast ją otrzymać, musiała ucieczką ratować własne życie, w przeciwnym razie mógłby ją spotkać los zatłuczonego psa.
W kościele panowała nieprzyjemna, pełna napięcia cisza. Wierni czekali na następne słowa pastora, choć doskonale wiedzieli, że i te nie będą miłe.
– Powinniście się wszyscy głęboko wstydzić. Pozwoliliście, by zabobonny strach opanował wasze serca i przez to do głosu doszły najprymitywniejsze instynkty. Nawet przez moment nie zastanowiliście się, dlaczego samotne dziecko przemierza lasy. Nie poświęciliście choćby chwili na przemyślenie całej sprawy. Uwierzyliście niemal natychmiast, że to zło pragnie przynieść na was zgubę. Czy tak według was wygląda zło?
Ana widziała szarzejące twarze niektórych kobiet i kilku nieśmiało protestujących mężczyzn. Pastor jednak uciął ich tłumaczenia.
– Słyszałem opowieści o martwym wilku, ale nie jestem w stanie zrozumieć, jak doszliście do wniosku, że ta drobna dziewczynka jest w stanie zabić to potężne zwierzę. Przecież to zwyczajnie niemożliwe, wilk rozszarpałby ją na strzępy. Gdybyście choć przez moment rozważyli całe zajście, od razu stałoby się jasne, że zwierzę musiało samo paść chore bądź ranne w walce z innym wilkiem, a dziewczynka znalazła się tam zupełnie przypadkiem. Jednak wy woleliście popuścić wodze fantazji i ścigać przerażone dziecko. To było łatwiejsze, niż zmierzyć się z prawdą.
Pastor zamilkł i odetchnął ciężko. W kościele wciąż panowała nienaturalna cisza.
– Wstyd mi za was – dodał jeszcze, a potem spojrzał na Anę. Jego twarz ponownie przybrała ten miły, łagodny wyraz, choć oczy pozostały zmęczone. – Dziękuję, możesz już usiąść. Byłaś bardzo dzielna.
Skinęła nieznacznie głową i wróciła na swoje miejsce. Nie czuła smutku, ale najwyraźniej gospodyni myślała inaczej, gdyż objęła ją ramieniem i przygarnęła do siebie. W kościele powoli robiło się coraz głośniej, aż w końcu szepty przerodziły się w otwarte dyskusje i cisza znikła.
* * *
Pastor stał oparty o barierkę werandy i cieszył się ciepłem wczesnego popołudnia. Od feralnego wieczora minęło już kilka dni. Ludzie w miasteczku nieco ochłonęli i Piotr miał nadzieję, że więcej nie będą wracać do tego niedorzecznego tematu. Trzeba czasu, by wszyscy wreszcie pojęli, że to oni sami wymyślili zagrożenie. Pastor nie potrafił zrozumieć, jak w ogóle coś podobnego mogło przyjść im do głowy, zwłaszcza teraz, gdy patrzył na Anę wieszającą pranie wraz z Katy i Bellą.
Najstarsza z dziewcząt rozciągała na sznurze duże prześcieradła, a dwie pozostałe dziewczynki pomagały jej rozkładać mniejsze rzeczy. Obie były rówieśniczkami, ale wyglądały niczym dzień i noc. Katrina, zawsze radosna i otwarta, akceptowała niemal każdego, bez cienia podejrzliwości czy wahania. Także teraz zdawała się doskonale dogadywać z nową dziewczynką i była gotowa nazwać ją siostrą choćby dziś. Uśmiech niemal nie znikał z jej twarzy, a buzia się nie zamykała. Tymczasem Ana pozostawała na uboczu tego, co działo się wokół. Była bardzo cicha i milcząca, a jeśli już coś mówiła, to niemal szeptem. Bez słowa sprzeciwu wykonywała wszystkie polecenia, ale nie sposób było odczytać, co tak naprawdę myślała i czuła. Czasami pastor miał wrażenie, że zaledwie tolerowała gadatliwość Katy, jak i obecność wszystkich pozostałych. Nawet teraz, choć zajmowały się tak trywialnym zajęciem, Ana pozostawała czujna, a jednocześnie dziwnie smutna.
Ponadto było coś jeszcze, co dostrzegł dopiero tego dnia. Ani razu przez te kilka dni nie widział, żeby płakała czy okazywała jakąkolwiek słabość, z drugiej strony nie śmiała się jak inne dzieci, nie reagowała na wygłupy Katy. Zupełnie jakby przygniatały ją wcześniejsze wydarzenia i troski, którymi nie mogła się z nikim podzielić.
Naraz pastor kątem oka spostrzegł wychodzącego z domu Timothy’ego. Chłopak stanął obok i obrzucił dziewczyny badawczym spojrzeniem, a potem utkwił wzrok w mężczyźnie.
– Ona jest dziwna – rzucił półszeptem.
Piotr spojrzał na niego podejrzliwie. Ton chłopca bardzo mu się nie spodobał.
– Nie widział pastor, jak ona na nas patrzy?
– Widziałem, boi się.
– Wolałbym, żeby stąd odeszła – kontynuował Timothy, nie zważając na jego słowa. – Co, jeśli nagle jej odbije i skrzywdzi Katy czy Lucy?
Pastor westchnął z irytacją.
– Przejrzyj na oczy, Timothy. Naprawdę sądzisz, że mogłaby kogokolwiek skrzywdzić?
Tym razem to na twarzy chłopca odmalowało się napięcie.
