Okruchy gwiazd - Jagoda Marcinkowska - ebook

Okruchy gwiazd ebook

Jagoda Marcinkowska

0,0

Opis

Ariel i Mila są najlepszymi przyjaciółmi, którzy skrycie się w sobie podkochują, jednak żadne z nich nie ma odwagi tego wyznać w obawie przed odrzuceniem i zerwaniem łączącej ich więzi. Kryzysowa sytuacja mamy chłopaka zbliża ich do siebie jeszcze bardziej, ale to nie wystarcza, gdy do gry wkracza Nadia, która konkuruje z Milą o względy Ariela.

Nadia marzy o studiowaniu psychologii w Warszawie. Przeprowadzka jest kosztowna, a narcystyczna matka nastolatki przeznacza wszystkie pieniądze na zabiegi kosmetyczne i operacje plastyczne. Dziewczyna bierze sprawy we własne ręce i rozwija profil na Instagramie, by zaoszczędzić fundusze ze współprac reklamowych. Kiedy dowiaduje się o rosnącej popularności uprawiającego kalistenikę Ariela, postanawia go za wszelką cenę zdobyć poprzez wyeliminowanie swojej rywalki – nawet jeśli postawi to życie chłopaka na szali.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 359

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Okruchy gwiazd

Jagoda Marcinkowska

Prolog

Syczę z bólu w reakcji na nieznośne tętnienie. Łapię się za bok i natychmiast tego żałuję. Podnoszę się z łóżka i kuśtykam w stronę lustra, kulejąc od ciężaru minionego wieczoru. Skanuję wzrokiem swoje odbicie w nierównej tafli, by ocenić szkody. Staram się oderwać brudną koszulkę od skóry, ale szybko się orientuję, że materiał przywarł do pozasychanych skrzepów. Ostrożnie naruszam powstałą skorupę. Wraz z cienką strużką krwi wypływają ze mnie resztki powściągliwości. Na tkaninie rośnie nowa plama.

– Cholera!

Porzucam próby doprowadzenia się do porządku. Ignoruję towarzyszące mi przy każdym ruchu pieczenie i otwieram drzwi pokoju z takim impetem, że zawiasy protestują dramatycznym skrzypnięciem. Moje stopy wydają obrzydliwe dźwięki na klejącej się posadzce.

– Wyłaź, tchórzu! – wołam i przystaję na środku mieszkania. Nie usłyszawszy odpowiedzi, wparowuję do jego sypialni. – Dokończmy to, co wczoraj zaczęliś…

Krztuszę się ostatnim słowem, gdy prawie nadeptuję na leżącą na podłodze sylwetkę. Spoglądam na zastygłą twarz, przypominającą bardziej upiorną figurę woskową niż prawdziwego człowieka. Głowę okalają białe, posklejane w strąki włosy. Klatka piersiowa się nie unosi, a cera, która na co dzień i tak wydawała się blada, teraz zupełnie straciła kolor.

Trwam w bezruchu, upodabniając się do spoczywającego u moich stóp ciała. Po nieskończenie długiej chwili przyklękam, by sprawdzić puls. Chwytam delikatnie za nadgarstek, jednocześnie przytrzymując dłoń, by ta nie opadła bezwładnie, ale ręka okazuje się sztywna.

Sztywna i lodowato zimna.

Mój brat nie żyje.

Kamila

W ciągu trzech sekund rozpędzamy się do prędkości stu kilometrów na godzinę. Potęga przyspieszenia rozpłaszcza płuca o kręgosłup na dwa cieniutkie naleśniki, wyduszając z nich całe powietrze. Strach zaciska oczy i wyostrza pozostałe zmysły, przez co jeszcze wyraźniej odczuwam, że pędzę w zawrotnym tempie. Gwałtowny zakręt wbija mnie w twardą powierzchnię, co najpewniej udekoruje ciało siniakiem. Z gardła wyrywa mi się niekontrolowany pisk.

– Nie wytrzymam tego! Niech ktoś mi pomoże!

Moje błagania na nic się nie zdają. Pędzę pod górę po to tylko, by zaraz znów spadać. Chwytam się oburącz za skronie – tym sposobem usiłuję powstrzymać zawroty głowy. Panika znaczy moje policzki strumieniami łez, które szybko zasychają od uderzającego w nie wiatru. Kiedy wreszcie się zatrzymujemy, pociągam żałośnie nosem, wstaję i podejmuję próbę samodzielnego utrzymania się na wiotkich nogach.

– Nie mów, że przerosła cię byle kolejka – żartuje Ariel. Podaje mi dłoń, ale ja nie reaguję, zajęta wycieraniem twarzy w rękaw wolnej ręki. – Potrzebujesz chusteczki? – Rytmicznie oklepuje swoje kieszenie. – Cholera, musiały wypaść. Poczekaj sekundę.

Rozgląda się w poszukiwaniu zaginionej paczki – bez skutku. Kiedy pośród tłumu dostrzega Nadię z jej świtą, rusza do niej sprężystym krokiem. Wpatruję się tępo w jego orzechowe włosy, falujące w rytm chodu. Piski z okolicznych atrakcji nowo otwartego parku rozrywki zagłuszają ich wymianę zdań, jednak już po chwili dostrzegam zwycięski uśmiech rozjaśniający twarz zmierzającego w moją stronę chłopaka.

– Trzymaj. – Wciska mi w dłoń nieco wymiętą chusteczkę, tylko teoretycznie higieniczną.

– Dzięki – rzucam zdawkowo i ocieram pozostałości łez. – Dokąd teraz?

Ariel przygryza wargę. Nabiera powietrza, następnie wypuszcza je z głośnym sykiem.

– Możemy się przepłynąć, jeśli chcesz. – Drapie się po głowie.

– Przepłynąć? Nie wzięłam stroju kąpielowego.

– Łódkami. – Wskazuje podbródkiem na tunel miłości.

Posyłam mu pełne konsternacji spojrzenie.

– Ariel, to jest atrakcja dla zakochanych. – Krzywię się, gdy łamie mi się głos. Chwytam swój wisiorek i przesuwam nim w tę i z powrotem z chroboczącym dźwiękiem po łańcuszku.

– Tak, rzeczywiście – przyznaje, a jego mimika nie zdradza żadnej emocji. – To co, samochodziki?

Dwa lata późniejPiątek, 15 września

Kamila

Drobinki kurzu unoszą się leniwie w nieruchomym powietrzu. Przez otwarte okno wkradają się rozproszone promienie popołudniowego słońca i świergot ptaków. Liście drzew powinny już się złocić, dając znać o schyłku swych istnień, jednak przeciągające się lato serwuje kolejną falę nieznośnych upałów.

Siedzimy po turecku na dywanie, otoczeni gąszczem roślin. Wokół nas piętrzą się wieże z książek i przeładowanych pudeł. Garbię się nad podręcznikiem w pozycji krewetki, usiłując zapamiętać cokolwiek o cyklach rozrodczych grzybów. Poprawiam okulary, które wciąż zsuwają się ze śliskiego od potu nosa.

Zawieszam spojrzenie na schemacie rozmnażania płciowego podstawczaków. W głowie obija mi się pytanie: dlaczego nawet grzyby mają więcej szczęścia w miłości niż ja?

Z zamyślenia wyrywa mnie dźwięk zamykanej książki.

– Nie uczysz się – komentuje Ariel z lekkim wyrzutem i odkłada podręcznik. Unoszę wzrok i napotykam jego oczy. Marszczy gęste brwi. – Co cię tak dekoncentruje? – Przeczesuje dłonią złociste włosy, opadające na jego barki miękkimi falami.

Otwieram usta, zamykam je i powtarzam ten ruch jak ryba wyrzucona na brzeg.

– To ty – wyrywa mi się, a głos łamie się z nerwów. Natychmiast tego żałuję, gdy czuję, jak moje policzki płoną rumieńcem.

– Ja? – parska z dezaprobatą. – Chcesz powiedzieć, że się we mnie zakochałaś? – syczy.

Przepełnione nienawiścią słowa rozbrzmiewają niby złowrogie echo. Skąd wie? Dlaczego zapytał o to akurat teraz? Mimowolnie rejestruję, że ciepło miodowych oczu Ariela zmienia się w lód. W reakcji na ten widok moje serce zaczyna tłuc się pod żebrami z wystarczającą mocą, by się przez nie przebić.

Chłopak zaciska pięści, aż bieleją mu knykcie, a szczęka pulsuje napięciem. Przyglądam się rytmicznym ruchom jego klatki piersiowej. Straciłam odwagę, nie podniosę spojrzenia nawet o centymetr.

W końcu zdecydowanym ruchem podrywa się na nogi, wpycha podręcznik do plecaka, a ten zarzuca niedbale na jedno ramię. Wbija wzrok daleko przed siebie i wychodzi z pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi.

Szok sprawia, że cała kostnieję. Trwam z nogami wrośniętymi w ziemię, aż coś do mnie dociera i wyrywam się z osłupienia, by go zatrzymać. Rzucam się do przodu, wyciągam dłoń w stronę klamki, ale nie zdążam jej dosięgnąć.

Ciszę przerywa nagły huk i towarzyszący mu radosny akord.

Otwieram oczy. Przerażenie przelewa się wartkim strumieniem przez moją świadomość. Drżenie uderzonych przeze mnie strun ukulele leniwie dogasa. Czuję ulgę, która spowalnia galopujące serce. Pocieram twarz dłońmi, rozsmarowując przy tym wilgoć potu oraz łez. Odkładam na bok instrument i skopuję z siebie kołdrę.

Jest szósta rano. Rzadko kiedy udaje mi się wstać tak wcześnie. Jeśli dobrze wygospodaruję czas, zdążę podlać kwiaty i zjeść na śniadanie coś lepszego niż banan popity łykiem wczorajszej herbaty.

Chwytam żółtą konewkę, którą dostałam od Ariela na pierwszy dzień wiosny. Śmiałam się wtedy, że wręczył mi prezent z okazji Światowego Dnia Zespołu Downa. Uważam ten gest za podwójnie uroczy, ale i tak uwielbiam patrzeć, jak rzednie mu mina, gdy o tym wspominam. Rozrabiam porcję nawozu w proszku i robię rundę po całym pokoju, usiłując nie przegapić ani jednej spośród licznych doniczek.

Przed zejściem na dół zaglądam do szczepek trzykrotki. To kolekcjonerska odmiana, którą wygrałam na aukcji internetowej za równowartość mojej wakacyjnej tygodniówki. Chcę ukorzenić gałązki dla pani Fric, ale na razie wyrosły pojedyncze, liche witki. Wymieniam wodę w słoiczku, następnie ustawiam go w słonecznym miejscu, na piramidzie z kostek Rubika.

Gdy odchodzę od okna, potykam się o podwinięty dywan, przez co z impetem wpadam na karton z zestawem do robienia bransoletek. Koraliki rozpierzchają się po podłodze, wpadają między włókna dywanu i wślizgują pod meble. Z irytacją zadzieram głowę i przez chwilę wpatruję się w sufit, by nie dać się nerwom.

Później to sprzątnę.

W kuchni zastaję mamę, która krząta się w pośpiechu. Kiedy mnie dostrzega, porzuca zmywanie naczyń i poświęca mi całą swoją uwagę. Uśmiecha się, jednak mnie nie oszuka – ewidentnie coś ją trapi.

– Coś się stało – bardziej stwierdzam, niż pytam, a ona nieco sztywnieje.

– Siostra Alicji znów trafiła do szpitala.

– Nie mów, że kolejny raz zostajesz na podwójnej zmianie… – Chcę zabrzmieć groźnie, ale w moim głosie słychać jedynie smutek. Ostatnio nasz kontakt ucierpiał, bo kiedy ja mam wolne popołudnie, ona jest w bibliotece i odwrotnie. Tęsknię za nią.

– Kama, na moim miejscu zrobiłabyś to samo. Malina cierpi i nikt nie wie, co jej jest. Dobrze o tym wiesz. Nie mogę dodatkowo przysparzać tym dziewczynom stresu, to nieludzkie. Wiesz, jak życie dało im popalić… i jeszcze te straszne objawy…

– Wolisz być dobrą współpracownicą niż dobrą mamą? – zarzucam jej. Próbuję przełknąć ślinę, niestety czuję, jakby w moim przełyku wyrósł guz. – Przepraszam. Wcale tak nie myślę, zagalopowałam się – wykrztuszam wreszcie, ale to nie zmazuje bólu z jej twarzy. Podchodzę do niej i zamykam ją w objęciach, a ona odwzajemnia gest. Tak dawno tego nie robiłyśmy. – Przepraszam – powtarzam.

– Nic się nie dzieje, Kama. Już okej – szepcze, gładząc mnie po głowie. – Nic się nie stało, idź do szkoły. Nie chcę słyszeć, że znów się spóźniłaś – dodaje z nutą wymuszonego żartu w głosie.

Przerywam więc tę pełną sprzecznych emocji chwilę, wracam do rzeczywistości. W pośpiechu pochłaniam banana i… cóż, popijam łykiem wczorajszej herbaty. Myję zęby, wkładam pierwszą sukienkę z brzegu, chwytam plecak i wychodzę. Decyduję się pójść dłuższą drogą, nad rzeką Iskrą, która dla mnie zawsze była po prostu Iskierką. Teraz jej nurt wydaje się płytki jak kałuża. Mogę się założyć, że dryfujące po powierzchni kaczki dotykają łapkami dna.

O tak wczesnej porze ścieżka prowadząca wzdłuż rzeczki jest pusta, przez co słyszę jedynie chrzęst żwiru pod trampkami i nieśmiałe odgłosy budzącej się przyrody. Słońce dopiero wspina się nad linię drzew, a jego światło z trudem przeziera przez unoszącą się nad wodą mgłę. Leniwe podmuchy wiatru przynoszą gorzką woń dymu znad okolicznych gospodarstw, w których rozpoczął się sezon palenia w piecach. Zapach osiada na moim podniebieniu, przypominając o zbliżającej się jesieni.

Otaczająca natura przynosi mi wenę do tworzenia muzyki. Wyciągam telefon, włączam dyktafon i nucę do pchełki1 melodię, która wczoraj przeniosła mnie w świat snów.

Nadia

Unoszę e-papierosa do ust i wypuszczam mleczną chmurę, z której wyłaniam się jak gwiazda wychodząca na scenę z kłębów mgły. Dla niektórych palenie to sposób na dorosłość, ale ja robię to dla stylu. Im więcej osób widzi mnie z tym cudem w ręku, tym lepiej – dlatego wapuję tuż przy wejściu do szkoły, delektując się każdym zazdrosnym spojrzeniem.

Styl to jednak jedno, a rozsądek – drugie. Nie zamierzam fundować sobie raka płuc, więc stawiam na liquid bez nikotyny. Może to nie jest całkowicie zdrowe, jednak przynajmniej się nie uzależnię. Szczerze? Robię to tylko na pokaz, bo szkoda mi kasy na dosłowne puszczanie jej z dymem.

– Nadia! – woła Fela, gdy biegnie w moją stronę. – Sprawdź, ilu masz obserwujących na Insta! – sapie i podsuwa mi telefon pod nos.

Z niesmakiem odsuwam się od tej nieskalanej intelektem twarzy. Z jej kurzym móżdżkiem jest tak źle, że gdy lekarz zalecił sprawdzenie, czy ma alergię na czekoladę, zjadła wszystkie swoje zapasy, żeby zdążyć przed diagnozą.

– Przecież to tyle samo co wczoraj, przedwczoraj i tydzień temu. – Przewracam oczami.

Tak naprawdę aż mnie krew zalewa. Jeśli liczby nie pójdą w górę, sponsorzy odejdą, a moje dochody runą jak wieże World Trade Center.

Instagram to moja ucieczka od codzienności. Krótkoterminowa i długoterminowa. Przeglądanie go pomaga mi odciąć się od teraźniejszości, w dodatku współprace to szansa, by kiedyś wyrwać się z materialnej i emocjonalnej biedy.

W sieci jestem kimś więcej niż drugoplanową postacią w rodzinnej dramie czy nijakim tłem dla matczynego wrzasku i ojcowskiego milczenia. Wirtualny tłum zachwyca się różowym filtrem, którym upiększam swoją szarość.

– Ups. Myślałam, że ci przybyło – chichocze, zasłaniając usta dłonią.

Z kim ja się zadaję?

Cóż, z kimś muszę.

– Potrzebujemy lepszej sesji – oznajmiam autorytatywnie.

– Przecież dopiero wrzuciłaś zdjęcie. To nie wystarczy?

– Nie, nie wystarczy – prycham poirytowana. – To musi być coś wielkiego. Zdajesz sobie sprawę, jakie to ważne? To moja praca! – Podkreślam każde słowo.

– Dobra, rozumiem – wzdycha, bez końca przesuwając palcem po ekranie.

– Poczekaj, cofnij do poprzedniego zdjęcia – rozkazuję, kiedy kątem oka dostrzegam znajomą twarz.

Ariel. Bez koszulki, stojący na jednej ręce. Nie miałam pojęcia, że potrafi coś takiego. Szczerze? Od kiedy zaczął trenować kalistenikę2, jego ciało stało się naprawdę imponujące. W ubraniach wygląda jak patyczak, ale teraz widzę, jak smukłe mięśnie rysują się pod muśniętą słońcem skórą.

Dopiero zaczął publikować, a już zdobywa więcej serduszek niż ja. Ma potencjał – i to duży. To kwestia czasu, nim stanie się popularny. To moja szansa. Muszę go do siebie przekonać, zanim obrośnie w piórka.

– Lecę – rzucam zdawkowo i pędzę do najmniej uczęszczanej łazienki na poddaszu szkoły.

Staję przed lustrem i krytycznie skanuję swoje odbicie.

– Cóż, Nadia… – szepczę do siebie. – Wyglądasz jak pół miliona, a potrzebujesz dwóch baniek.

Moja torebka jest ciężka jak plecak pełen podręczników, choć nie ma w niej ani jednej książki. Rozkładam swoje skarby na parapecie – przekształcam go w prowizoryczne centrum dowodzenia. Część włosów jest przyklapnięta, więc tapiruję kilka kosmyków, potem nakładam na twarz kolejne warstwy tapety. Na koniec oceniam swoje odbicie. Jest idealnie.

Czasami czuję się jak lalka, którą sama stworzyłam – plastikowa, z pustym uśmiechem wytrenowanym do perfekcji. To jedyne, do czego jestem zdolna w obecnym beznadziejnym położeniu. Od dziecka chciałam zostać psychologiem, aby pomagać ludziom i być kimś ważnym. Potem przyszedł Instagram, a z nim wizja łatwych pieniędzy, czyli mojego biletu do spełnienia tych marzeń.

Pstrykam selfie, starając się uchwycić w kadrze istotne elementy makijażu oraz stylizacji. Wystukuję tajemniczy opis, licząc na pikantne spekulacje i ploteczki, które przyciągną nowych obserwatorów.

W oczekiwaniu na spotkanie z kimś wyjątkowym.

Ariel to wyższa liga. Jest pewny siebie, może nawet za bardzo, ale to działa. Wystarczy, że przejdzie korytarzem, a przyciaga uwagę wielu osób. Bez ustanku musi unosić dłoń i kiwać głową, by odpowiadać na liczne przywitania.

Uwielbiam wyzwania, a on zdecydowanie nim jest. Nigdy nie słyszałam, żeby z kimś chodził, więc jego pierwszy oficjalny związek to będzie coś. Przede mną trudne zadanie, ale przecież jestem Nadią. Wiem, jak wygrać tę grę.

Uśmiecham się do swojego odbicia. Adrenalina wypełnia mój krwiobieg, serce bije mocniej na myśl o spotkaniu z Arielem. Zapowiada się dobry dzień.

Biorę głęboki oddech i otwieram drzwi. Czas na show.

Ariel

Wczorajszy dzień dał mi nieźle w kość. Praca po szkole oraz intensywny wieczorny trening sprawiły, że nadal czuję zmęczenie. Mimo to aż mnie roznosi na samą myśl, że za moment zobaczę się z Milą.

W laboratorium chemicznym siedzi już kilkoro uczniów. Dochodzi ósma – za parę minut rozpocznie się godzina wychowawcza z panią Fric. Wpatruję się w drzwi z taką intensywnością, jakbym mógł siłą woli zmaterializować w nich Milę. Wczoraj jej nie było, bo miała wizytę u lekarza. Dobiegające z korytarza odgłosy zbliżających się kroków rozpalają żar ekscytacji. Niestety, w drzwiach pojawia się nauczycielka.

– Dzień dobry – wita się pani Fric, gdy wchodzi do klasy, ale jej rozedrgany ze starości głos zanika w gwarze.

Podchodzi do biurka, zdejmuje z nosa stuletnie okulary na łańcuszkach i chrząka znacząco, próbując zwrócić na siebie uwagę rozgadanych uczniów. Podejmuje kolejną próbę, przerwaną przez dzwonek obwieszczający początek lekcji. Kobieta poprawia nerwowo wsuwkę w schludnym koku, jak gdyby to niesforny kosmyk był przyczyną jej poirytowania, a nie wszechobecne śmiechy i wrzaski.

– Dzisiejsze zajęcia poświęcimy waszej integracji – ogłasza, gdy dogasają ostatnie szepty kończonych naprędce rozmów. – Zacieśnianie więzi pomoże wam rozwinąć umiejętności miękkie, niezwykle przydatne, acz zaniedbywane w naszym systemie szkolnictwa. Poświęćcie tę godzinę na rozmowę, a chętnych zapraszam do pomocy przy pieleniu ogródka. – Wskazuje dłonią przeszklone drzwi prowadzące na taras.

Po sali niesie się szmer pomruków – zarówno zadowolenia, jak i rozczarowania. Wolna godzina brzmi nieźle, ale w sali panuje zawiesista atmosfera, bo wygląda na to, że wstaliśmy dziś rano na darmo. Kilku uczniów podnosi się z krzeseł, następnie wychodzi za nauczycielką.

Pani Fric od lat prowadzi niewielki ogródek przy tarasie. Rosną w nim kwiaty, owoce oraz warzywa, które przydają się do doświadczeń chemicznych. Kobieta dba o niego nawet w wakacje. Botanika to jej konik. Gdy czasem ją rozzłościmy, skarży się, że powinna była zostać biolożką. W takie gorsze dni zostaje po lekcjach, by rozładować emocje nadmierną pielęgnacją zieleni. Po sesji tak agresywnej opieki prosi moją mamę o porady, jak pomóc roślinom, które przenawoziła wlewkami, szczepionkami, eliksirami i innymi wzmacniającymi mieszankami o chwytliwych nazwach. Dziś łapie ostatnie podrygi lata, zanim nastanie jesień.

Rozglądam się po laboratorium. Próbuję odgadnąć, jakie eksperymenty czekają na nas przez najbliższe miesiące. Zeszły rok przyniósł rozczarowania. Byłem podekscytowany, gdy zapisywałem się na profil biologiczno-chemiczny. Oczyma duszy widziałem się w roli naukowca, który robi sekcję żabie i doprowadza do efektownych wybuchów po dodaniu do siebie kilku odpowiednich odczynników. Okazało się, że zajęcia odbiegają od tych wyobrażeń. Do tej pory przeprowadziliśmy może z pięć doświadczeń, pozostałe godziny przeznaczaliśmy na mozolne notowanie i liczenie.

Zadumę przerywa mi Nadia, gdy nieoczekiwanie zajmuje miejsce Mili. Wpatruje się we mnie, jakbym to ja miał do niej jakąś sprawę. Przyglądam się kocim soczewkom kontaktowym. Czuję się coraz bardziej niezręcznie, ale wytrzymuję spojrzenie.

– Zintegrujemy się? – Porusza znacząco brwiami.

Parę osób gapi się na nas ukradkiem. Ktoś chyba robi nam zdjęcie.

– Co masz na myśli?

Pomalowane na czarno usta wyginają się w trudny do interpretacji grymas. Kątem oka dostrzegam, że w jej głębokim dekolcie ginie kilka niebieskich kosmyków. Uciekam wzrokiem, by ten obraz nie skupił mojej uwagi.

– Dałbyś się zaprosić na obiad? – szepcze, trzepocząc rzęsami. – Chciałabym dziś sprawdzić ten nowy lokal obok parku.

To mnie zaskakuje. Myślałem, że chce odpisać jakieś zadanie domowe albo pogadać, tak jak prosiła pani Fric, ale restauracja? Nie mam pojęcia, jak zareagować. Nie chcę z nią nigdzie iść. Nigdy nie marzyłem o dziewczynie innej niż Mila, a już na pewno nie o kimś, kto łaknie uwagi, zamalowuje twarz grubą warstwą makijażu i przebiera się w gotyckie stroje. Tylko jak mam odmówić? A właściwie… co mi szkodzi? Może ją źle oceniam i należy jej się szansa?

Milczę, zastanawiając się nad odpowiedzią, cisza rozciąga się nienaturalnie, więc zmuszam się do podjęcia decyzji. Przecież niczego nie tracę. To jedynie obiad. Ostatecznie kiwam głową na znak zgody.

Nadia się rozpromienia i muska palcami moje ramię.

 – Widzimy się po szkole – obiecuje głośno i odchodzi, postukując platformami. Czuję dziwne mrowienie w miejscu, którego dotknęła. Nie jestem pewien, czy mi się to podoba.

Po chwili odnajduję wzrokiem Milę. Siedzi w pierwszej ławce z nosem w podręczniku od biologii. Musiała wejść, gdy Nadia zajmowała jej miejsce. Chyba wyczuwa, że ją obserwuję, bo nagle spogląda w moim kierunku. Macham do niej i zachęcam gestem, by przysiadła się do mnie.

– Jak było u lekarza? – pytam pogodnie, gdy opada na krzesło obok.

– W porządku. Dzięki, że pytasz – odpowiada z zakłopotaniem. Musiała dostrzec wielkie znaki zapytania w moich oczach, bo kontynuuje z rezerwą: – Byłam u ginekologa, żeby się upewnić, że wszystko gra. – Ucieka wzrokiem, a jej policzki przybierają różowy odcień. – No wiesz, tam na dole.

Marszczę czoło z konsternacją. Zastanawiam się, czy jest chora. A może ma chłopaka i nic mi nie powiedziała?

– To tylko rutynowa kontrola – szepcze konspiracyjnie, zasłaniając usta dłonią, jakby przekazywała wstydliwy sekret. – Ty też powinieneś… – Marszczy nos i przelotnie zerka na mnie z góry do dołu.

Teraz czerwień dekoruje również jej czoło i dekolt.

– Powinienem iść do ginekologa? – pytam głośno, drocząc się z nią. Groteskowo unoszę brew najwyżej, jak potrafię, za co dostaję kuksańca w bok.

– Cicho, zwariowałeś? – syczy.

– Ojej. – Udaję trwogę i przykładam dłonie do twarzy w teatralnym szoku. – Jeszcze ktoś się dowie, że mam pe…

– Przepytasz mnie z grzybów? – Całkowicie ignoruje zaczepkę. Pozorując obojętność, poprawia okulary i zakłada za ucho kosmyk kręconych włosów.

– Nie powiem, pytanie o grzyby w tym kontekście to ciekawe zagranie. – Odchylam się do tyłu na krześle i krzyżuję ręce za głową. – Tak, chętnie omówię z tobą cykle rozrodcze. – Puszczam jej flirciarskie oczko.

Mila zakrywa twarz dłońmi, kręci głową.

Kamila

Ariel wspomina o obiedzie z Nadią dopiero po ostatniej lekcji. Żołądek ściska mi się z zazdrości. Myślałam, że odprowadzi mnie do domu, ale najwyraźniej zepchnął moją osobę na dalszy plan. Zaciskam zęby i przywołuję na twarz uśmiech, choć wewnątrz przełykam gorycz rozczarowania.

Chciałabym wierzyć, że to drobna zmiana planów, niestety nic nie poradzę na bolesne kłucie w sercu. Zdaję sobie sprawę, że nie powinnam reagować w ten sposób, bo on zasługuje na szczęście. Tyle że istnieje ryzyko, iż kiedy z kimś się zwiąże – ja pójdę w odstawkę. I to przeraża.

Aby uciec od tych myśli, próbuję skupić się na muzyce – jedynym kole ratunkowym, które może uchronić przed zalewem emocji. Wychodząc ze szkoły, wkładam słuchawkę i uruchamiam dyktafon. Szukam melodii mogącej osuszyć tę powódź. Drugim uchem rejestruję dźwięki otoczenia, bo boję się poruszać po mieście zupełnie odcięta.

Nucę cicho. Przesuwam przy tym palce po wyobrażonym gryfie ukulele. Nagrywam dźwięki, by nie stracić ulotnych inspiracji.

Zamiast akordów granych jednocześnie używam techniki fingerstyle. Trącam struny osobno lub parami, trochę jak na harfie. Wybrzmiewa nie tylko akompaniament, ale również partia wokalu, dzięki czemu unikam śpiewu, ponieważ nie jest on moją mocną stroną.

Pracuję nad utworem na imieniny Ariela, bo te są już za dwa tygodnie. Chcę, żeby chłopak zrozumiał, jak wiele dla mnie znaczy. Wybrałam jego ulubioną piosenkę, czyli Perfect Eda Sheerana. Tworzę własną interpretację. Próbuję oddać wrażliwość oraz siłę Ariela, który zbudował siebie na nowo, wyrastając ponad kompleksy i prześladowania.

Dawniej był zamknięty i niepewny. Kurczył się w sobie, jakby pragnął zniknąć. Dziwiłam się, że wsparcie kochającej mamy nie wystarcza, by poprawić jego samopoczucie. Dziś rozumiem, że nieobecność ojca i drwiny rówieśników oskubały go z wiary w siebie. Stał się szkolnym popychadłem. Z powodu nazwiska Czyżyk koledzy z podstawówki wołali na niego „Ptaszyno”. Z czasem zaczęli bawić się tą ksywką. Przykładowo insynuowali, że ma braki między nogami lub sarkastycznie nawiązywali do ówczesnej nadwagi, kontrastującej z kojarzącą się z ptakami lekkością.

Ariel przywdział maskę. Zaczął nosić glany, skórzane kurtki i ćwieki. Godził się na niebezpieczne lub głupie zakłady, takie jak skok z dachu garażu, pokonywanie kolczastych ogrodzeń, cięcie się żyletką czy wejście do lodowatej rzeki. Brał udział w zawodach na czas w trzymaniu ręki nad płomieniem lub na elektrycznym pastuchu, a także w konkurencji jedzenia ostrych papryczek. Czasem bandażował rękę, by udawać, że kogoś dotkliwie pobił. Bał się im odmówić. Zgrywał twardziela, ale to nie pomagało. Nadal był dla nich naiwną Ptaszyną, pionkiem w grze okrutnych znajomych.

Mimo to Ariel się nie poddał. Podjął popularne wówczas miesięczne wyzwanie robienia pompek. Chciał mieć mięśnie jak superbohaterowie z klasycznych komiksów. Po upływie czterech tygodni nie osiągnął takiej formy – odkrył jednak, że ćwiczenie stało się łatwe, a jego klatka piersiowa stwardniała i się uwypukliła. To pociągnęło go do treningów z masą własnego ciała. Spróbował kalisteniki i przepadł do reszty.

W istocie z biegiem lat osiągnął swój cel i od tej pory nikt nie zdobył się na odwagę, by zakwestionować jego wartość. Dziś dawni prześladowcy widzą w nim silnego, pewnego siebie mężczyznę. Podziwiają efekty, ślepi na ciężką pracę. Nagle zabiegają o jego względy, jakby zapomnieli o wcześniejszej pogardzie, ale ja pamiętam tego chłopca, który nie mógł znieść swojego odbicia w lustrze, i twarz każdego, kto z niego drwił.

Przemiana Ariela sprawiła, że kocham go jeszcze bardziej, choć on zdaje się tego nie widzieć. To właśnie dlatego każda chwila, którą spędza z Nadią, tak bardzo boli.

Docieram do domu. Kolejne nuty układają się w mojej głowie w nagłym przypływie inspiracji. Gdy wyjmuję telefon, by się upewnić, że dyktafon jest nadal włączony, czuję wibracje, a na ekranie wyświetla się połączenie przychodzące od mamy Ariela.

– Dzień dobry, pani Czyżyk. Coś się stało? – pytam i jednocześnie próbuję odnaleźć klucze w plecaku.

– Wszystko w porządku, kochanie, ale potrzebuję pomocy w firmie. Ariel jest zajęty, a dzisiaj dotarła opóźniona dostawa. Może mogłabyś wpaść na chwilę?

Staram się nie myśleć o powodach jego niedostępności, niestety w wyobraźni widzę go z Nadią, trzymających się za ręce.

– Oczywiście, niedługo będę. Do zobaczenia!

Rozłączam się i wchodzę do domu.

– Tato? – wołam, odkładając plecak w kąt.

– Co jest? – Jego głos dobiega z pracowni. Po chwili staje w drzwiach i unosi poplamione farbami ręce jak chirurg tuż przed operacją. Kolorowe krople ściekają po jego przedramionach.

– Idę do pracy pomóc przy dostawie.

– A co z obiadem? Ostatnio często pomijasz posiłki. – Opiera ręce na biodrach, nie przejmując się tym, że zostawia na nich wielobarwne ślady. – Martwię się o ciebie.

– Zjem coś po drodze – mamroczę zniecierpliwiona.

Chcę wyjść, by mieć to z głowy. Potrzebuję wolnego wieczoru, żeby się wyciszyć i poskładać pękające serce.

– Wiesz, co się stało z wnuczką pani Fric – mówi, jego twarz przybiera poważny wyraz.

– Ona była chora. Ja nie jestem – fukam ostro. – Nie musisz się martwić. Chyba nie wyglądam, jakbym miała anoreksję, prawda?

– Sandra też tak nie wyglądała, póki nie było za późno. Nigdy bym sobie nie wybaczył, gdyby coś ci się stało. Jesteś moją córeczką.

– Tato, codziennie miliony ludzi umierają z przeróżnych powodów, których nawet nie jesteś w stanie sobie uzmysłowić. Dzieci też. Wypadki, nowotwory, pożary, zapalenia płuc, napaści… – wyliczam ostentacyjnie na palcach. – Nie możesz popadać w paranoję tylko dlatego, że jakiś konkretny przypadek zdarzył się w twoim otoczeniu. Daj mi żyć. – Mimowolnie przewracam oczami, jednak natychmiast robi mi się głupio, bo wiem, że go ranię.

– Czy proszę cię o tak wiele? Byłabyś już w trakcie obiadu, gdybyś się po prostu zgodziła. – Marszczy czoło.

– Czy wystarczy ci, jeśli zabiorę ze sobą kanapkę i obiecam zjeść ją po drodze?

– Dziś tak, ale weź to sobie do serca.

Chociaż jego nadopiekuńczość irytuje, mam świadomość tego, jak bardzo mnie kocha. Sprawa Sandry jest świeża, poza tym muszę pamiętać, że dla niego zawsze będę tą długo wyczekiwaną córeczką.

Rodzice starali się o mnie bez powodzenia przez siedem lat. Zaczęli parę miesięcy po narodzinach Emila, gdy wyrastał z karmienia piersią. W czasie tych prób mama poroniła wielokrotnie, co za każdym razem zostawiało kolejną ranę w ich sercach.

Udało się dopiero wtedy, gdy zupełnie pogodzili się z porażką. Zdążyli rozdać znajomym dziecięce ubranka i zabawki oraz przerobić przeznaczony dla córki pokój na pracownię malarską. Przez to do wyprowadzki mojego starszego brata cisnęliśmy się razem w jednym pomieszczeniu. Teraz rodzice są przewrażliwieni w temacie wszystkich możliwych zagrożeń, jakie czyhają na mnie w świecie.

– Przyrzekam, że postaram się częściej jeść obiad. Czy mogę już iść? – Przełykam irytację.

– Kanapka. – Wskazuje kolorowym palcem w stronę kuchni, po czym znika za drzwiami pracowni.

Od tej dyskusji przeraźliwie burczy mi w brzuchu. Czuję pokusę, by zrobić tacie na złość. Zirytował mnie i mam ochotę wyjść głodna tylko po to, by coś mu udowodnić. Odgrzewam jednak solidną porcję obiadu. Jestem przecież dojrzała, prawda?

Wciskam w siebie wielkie kęsy. Dopiero gdy widzę pusty talerz, dociera do mnie, jak bardzo się przejadłam. Teraz ja wyglądam, jakbym nosiła w sobie nowe życie.

Centrum ogrodnicze to miejsce, które na zawsze zapisało się w moim sercu. To tutaj, wśród zapachu ziemi i kwiatów, poznałam Ariela. Jako dwunastoletnie dzieciaki nie mieliśmy prawa do pracy, ale pani Sylwia znajdowała dla nas drobne zadania, takie jak podlewanie kwiatów i zamiatanie podłogi, w zamian za skromne kieszonkowe. Wtedy wydawało nam się, że to misje bezpośrednio wpływające na sukces sklepu. Dziś wiem, że to była wielka przysługa ze strony pani Czyżyk. Nauczyła nas zaradności. Pokazała, że pieniądze nie spadają z nieba, a trud i zaangażowanie to fundamenty każdej pasji.

Obskurny lokal z biegiem lat rozrósł się do rangi prosperującego centrum ogrodniczego. Historia tego biznesu dowodzi, że ambicja i determinacja mogą podnieść człowieka z dna na sam szczyt. Mama Ariela odniosła taki sukces, że pracuje teraz nad otwarciem nowego punktu na odległym końcu miasta.

Wchodzę do środka i omijam labirynt przygotowanych do rozpakowania paczek z zamiarem przebrania się na zapleczu w służbowe ogrodniczki. Pani Sylwia Czyżyk siedzi zgarbiona przy ladzie, pochylona nad kartką. Głowę wcisnęła w dłonie, jakby się bała, że ta spadnie z szyi i roztrzaska się o podłogę. Ramiona uginają się pod niewidzialnym ciężarem. Gdy uświadamia sobie moją obecność, podnosi się gwałtownie i próbuje doprowadzić się do porządku.

– Proszę pani. – Łapię ją delikatnie za nadgarstek. – Co się dzieje?

Spogląda na mnie zaszklonymi oczami. Samotna łza toczy się po jej policzku.

– Wszystko w porządku? – Ton mojego głosu zdradza szczerą troskę.

Kobieta przez moment milczy, po czym bez słowa podaje mi list.

Szanowna Pani,

w odpowiedzi na Pani wniosek z przykrością informuję, iż w trakcie inspekcji Pani działki budowlanej napotkaliśmy na istotne ograniczenie. Drzewo, które chciała Pani poddać wycince, odgrywa kluczową rolę w lokalnym ekosystemie. Z powodu obowiązujących przepisów prawa usunięcie go na wspomnianym terenie nie jest możliwe. Prosimy o rozważenie alternatywnych rozwiązań.

Z poważaniem

J.K. Dobosz

Dyrektor ds. Ochrony Środowiska Urzędu Miasta Iskrzyn

– Ta działka… – Kobieta wydaje z siebie zduszony szloch i wyciera nos w chusteczkę. – Facet, który mi ją sprzedawał, przysięgał, że to drzewo można wyciąć. Ono stoi w samym centrum parceli. Utopiłam oszczędności w terenie, na którym mogę co najwyżej wysiać trawę. – Wypuszcza głośno powietrze. – W okolicy nie ma innej ziemi, na którą byłoby mnie stać, nawet jeśli jakimś cudem to odsprzedam. – Płacze cicho, tusz do rzęs zaczernia jej łzy. Chowa twarz w dłoniach, przez co do reszty rozmazuje makijaż, a to upodabnia ją do szopa pracza.

Pani Czyżyk włożyła w ten projekt całe swoje serce. Od lat odkładała pieniądze na jego realizację i nie zasługuje na to, by los rzucał kłody pod nogi. To nie jest zwykła przedsiębiorczyni. Ta kobieta zaraziła swoją pasją całe miasto. Organizuje bezpłatne warsztaty, uczy dzieci dbania o rośliny, dorosłych szkoli z zaawansowanych technik ogrodnictwa. Wszystkim z chęcią pomaga oraz radzi, a karma odwdzięcza się ciosem w splot słoneczny.

Nie godzę się na to!

– Wymyślimy coś – przekonuję ją, ściskając jej dłonie. Wbijam w nią pewny wzrok. – Damy radę, obiecuję. Otworzy pani ten punkt, choćbym miała wykroić sobie nerkę sekatorem i sprzedać ją na czarnym rynku – oznajmiam z determinacją oraz śmiertelną powagą, przez co słowa brzmią jak przysięga.

Kąciki ust kobiety unoszą się lekko, a po chwili obie wyrzucamy z siebie plątaninę emocji w nerwowym, niemal histerycznym śmiechu.

Ariel

Już prawie docieramy na miejsce. Powietrze pachnie rozgrzanymi przez słońce kwiatami z bujnych ogrodów. Usiłuję skupić się na lecących jak pociski słowach.

Nadia pasjonuje się psychologią. To mnie zaciekawia, a nawet zaskakuje – przynajmniej na początku. Potem kompletnie się gubię, gdy zagłębia się w skomplikowane teorie oraz używa pojęć, których nigdy wcześniej nie słyszałem. Jej monolog przypomina rwącą rzekę, a ja próbuję w niej nie utonąć.

Szczerze powiedziawszy, nie spodziewałem się po niej ambitnych zainteresowań. Gdybym miał zgadywać, obstawiałbym raczej paznokcie i pomadki. Przyznaję – zbyt pochopnie ją oceniłem po prowokacyjnym wizerunku i tej całej otoczce.

– Halo, ziemia do Ariela! – Macha mi ręką przed twarzą, a bransoletki na jej nadgarstku grzechoczą jak dzwonki na wietrze.

Cukierkowo-mleczny zapach perfum atakuje moje zmysły. Docieramy do restauracji. Rozglądam się w poszukiwaniu obsługi.

– Przepraszam, nie usłyszałem. – Drapię się z tyłu głowy, jakbym chciał wygrzebać odpowiedź z zakamarków mózgu. – Mogłabyś powtórzyć?

– Pytałam, jaki jest twój styl przywiązania według teorii Johna Bowlby’ego – odpowiada z przekornym uśmiechem i unosi jedną brew, jakby testowała moją wiedzę.

Nie mam pojęcia, o co chodzi.

– Może najpierw wybierzemy stolik i zamówimy posiłek? – Próbuję kupić sobie trochę czasu. Liczę na to, że zapomni, iż pytała o tę teorię Johna jakiegoś tam.

Zamawiamy dania makaronowe z wymyślnymi sosami. Nadia wybiera serowy, ja decyduję się na kurczaka. Usiłuję skierować rozmowę na prostsze tory – zaczynam temat szkoły, jednak dziewczyna jest jak rozpędzona lokomotywa. Nie da się jej zatrzymać.

Gdy wreszcie dostajemy nasze jedzenie, Nadia robi sesję zdjęciową. Zupełnie ignoruje fakt, że makaron stygnie, a sos gęstnieje. Wzdycham, wyciągam telefon, sprawdzając ukradkiem powiadomienia. Mila wysłała dwa SMS-y:

Mila:

Jak nazywa się latający kot?

Mila:

KOTLECIK!

Parskam pod nosem, czym wyrywam Nadię z transu. W końcu przestaje wyginać się nad stołem i łapie za sztućce.

– Wybierasz się na imprezę u Doriego w piątek za tydzień?

Wkładam do ust wielką porcję jedzenia, by zyskać na czasie. Żuję powoli, starając się wymyślić coś mądrego, aż wreszcie robi mi się niedobrze od wilgotnej papki, która uformowała się w mojej buzi.

– Nie mam jeszcze planów… – zaczynam, ale Nadia przerywa, jakby chciała uprzedzić ewentualną odmowę.

– To świetnie! – mówi z entuzjazmem, który mógłby oświetlić całą restaurację. – Dasz się zaprosić? Zgódź się. Proszę, proszę, proszę! – Składa ręce jak do modlitwy i patrzy błagalnym wzrokiem. Trzęsie podbródkiem niczym przedszkolak na skraju płaczu.

– Chętnie, jednak myślę, że to raczej gospodarz powinien mnie zaprosić – odpowiadam szorstko, niepewny, czy w ogóle chcę kolejnego spotkania.

– Przecież Dori cię lubi, a na jego domówki zaproszeni są wszyscy, którzy nie są jego zadeklarowanymi wrogami. – Puszcza oczko. – No, chodź, będzie fajnie.

– Niech będzie – wzdycham, bo dziewczyna nie pozostawia mi zbyt dużego wyboru.

W reakcji na te słowa klaszcze z radością, jakby wygrała zakład.

Kiedy kończymy obiad, napięcie w moich ramionach opada. Nie wiem, czy to przez nadchodzące pożegnanie z Nadią, czy może dlatego, że jej nieokiełznana energia jest zaraźliwa i nie sposób jej zignorować.

Kamila

Dzisiejszy wieczór spędzam na walce z chaosem, który opanował mój pokój. Nie jestem bałaganiarą, ale na pewno mam w sobie coś z kolekcjonera. Gromadzę przedmioty związane z każdą pasją, która akurat przyjdzie mi do głowy. Próbuję wszystkiego: od biżuterii po malowanie kamyków, od szydełkowania po robienie witraży. Kiedy wpadam w twórczy szał, mama zawsze się śmieje, że jestem kropka w kropkę jak tata.

Tylko że on ma pracownię, a ja muszę upchnąć tę zbieraninę w pękającym w szwach pokoju.

Dzisiejszą walkę zaczynam od porządkowania setek koralików – rano katapultowałam je potężnym kopniakiem na całą podłogę. Później segreguję rzeczy, które dziwnym trafem zawsze lądują wszędzie tam, gdzie nie powinny.

Dwugodzinne sprzątanie skutecznie pochłonęło przygnębiające myśli, ale teraz nie mogę się powstrzymać przed odtwarzaniem w głowie dołującego wyobrażenia spotkania Nadii z Arielem. Nie dostałam odpowiedzi na suchara-zwiadowcę, więc muszą być sobą niesamowicie zajęci. W mojej głowie krystalizuje się wizja ich udanej, owocnej randki. Na pewno opuszczą lokal, trzymając się za ręce jak prawdziwa para, i pocałują się namiętnie na pożegnanie. Później rozejdą się do swoich domów i z wypiekami na twarzy będą wymieniać wiadomości, dziękując sobie nawzajem za cudowne spotkanie i obiecując następne.

W łóżku.

– Raju, Kamila, przestań! – upominam siebie na głos.

Potrząsam głową, jakby to mogło odpędzić głupie myśli. Gadam do siebie. To symptom choroby psychicznej czy tylko zwykła desperacja?

Chciałabym już wiedzieć, jak im poszło. Czy Ariel widzi w Nadii kogoś na poważnie? A jednocześnie boję się prawdy i zamiast niej wolałabym skok z helikoptera.

Bez spadochronu.

1 Pchełki – bezprzewodowe słuchawki douszne [wszystkie przypisy pochodzą od autorki, o ile nie zaznaczono inaczej].

2 Kalistenika – trening siłowy z wykorzystaniem wyłącznie swojej masy ciała.

Sobota, 16 września

Ariel

Chwytam zimny, metalowy rant furtki i popycham ją lekko, by wejść na podwórko. Prowadząca do domu ścieżka przecina osobliwy ogródek, zdominowany przez projekty artystyczne ojca Mili. Rzeźby z zardzewiałego drutu pokryte są pnączami wiciokrzewu. Obok rośnie grupa jadwiżek. Wczesna jesień zawsze testuje astry, ale te trzymają się nieźle i tylko pojedyncze liście przybrały brązowy odcień. Te kwiaty były jednymi z pierwszych, jakie z sukcesem udało nam się wyhodować razem z Milą, gdy dopiero raczkowaliśmy w tym hobby. Wiedza przyszła sama – wraz z codzienną pracą w sklepie mamy – a nasza pasja samoistnie rozkwitła jak dobrze wypielęgnowana roślina.

Docieram do pomalowanych w pastelowe plamy drzwi i pukam. Nad framugą wisi drewniany szyld z napisem: „Stasiaki są jak kwiatki w ogrodzie – z nimi zawsze żyjesz w zgodzie”. Czekając, skupiam wzrok na widocznej stąd purpurowej dalii. Mila świetnie sobie radzi z pielęgnacją, skoro zdołała utrzymać tę wymagającą odmianę w dobrej kondycji. Przekładam prezent z jednej ręki do drugiej, aż w drzwiach staje pani Daniela i z uśmiechem zaprasza mnie do środka. Na welurowej kanapie siedzi jej mąż. Zapach sączonej przez niego kawy wypełnia cały dom. Na ekranie telewizora wyświetla się program śniadaniowy.

– Kama jeszcze śpi. Może poczekasz z nami, aż wstanie? – proponuje tata Mili i zakłada nogę na nogę. – No, opowiadaj, co u ciebie. – Serdecznie klepie miejsce obok siebie.

Siadam, pani Daniela podaje mi kubek parującego napoju i do nas dołącza.

– Jak treningi? – Pan Ksawery trąca mnie delikatnie w ramię. – Przypakowałeś, co?

– Kochanie, ścisz telewizor – wtrąca żona. – Chcę słyszeć Ariela, a nie reklamę płynu do irygacji zagrzybionej pochwy oraz tabletek na płonący konar.

Powstrzymuję wybuch śmiechu. Cudem unikam przy tym zroszenia salonu mgiełką z kawy.

– Przepraszam. – Przerywam, by wytrzeć usta. – Ćwiczę, ile mogę. Postępy idą ślamazarnie, ale z każdym treningiem jestem o krok bliżej.

– Bliżej zrobienia flagi? – droczy się mężczyzna. Dokucza mi, jakbym był jego synem.

Wszyscy doskonale wiedzą, że irytuje mnie powszechna opinia, że celem każdej osoby trenującej kalistenikę jest nauka tylko tej jednej popisowej figury, którą zresztą opanowałem w zaledwie sześć miesięcy. W rzeczywistości jest mnóstwo trudniejszych pozycji, a ten sport jest czymś znacznie więcej niż efektownymi sztuczkami. Jego fundamentami są proste, monotonne ćwiczenia, takie jak pompki czy podciągnięcia, ale ponad wszystko liczą się kontrola nad własnym ciałem oraz zdolność do precyzyjnego wykonywania nawet najmniejszych ruchów. Tu nie ma miejsca na przypadki.

Mimo tej zniewagi się nie gniewam, tylko dołączam się do jego serdecznego śmiechu.

– Zaraz wyciągnę cięższe działa! – grożę i zaczynam kręcić pięściami kołowrotki, jakbym trenował na gruszce bokserskiej.

– Dobra, dobra, wygrałeś. – Rozbawiony unosi dłonie w geście poddania.

Doceniam każdą spędzoną z nimi chwilę, szczególnie z panem Stasiakiem. Brakuje mi ojca. Czuję niemal fizyczny głód męskiego autorytetu. Kogoś, kto nauczyłby mnie zaradności, jakiej nie da się czerpać z książek. Potrafię naprawić drobiazgi w domu, ale marzę o czymś więcej: skonstruować mebel, zreperować samochód, a w przyszłości – należycie opiekować się rodziną. W przeciwieństwie do gnoja, który zapłodnił moją mamę.

Przebywając w towarzystwie taty Mili, czuję się kompletny, jakby ktoś dopasował brakujący element układanki. Podziwiam go za wszechstronność. Potrafi jednocześnie zatroszczyć się o dom i o bliskich, a do tego jest utalentowanym artystą. Jego surrealistyczne obrazy przenoszą w inne światy, sprawiają wrażenie wyjętych z fantastycznej powieści lub z epickiej gry. Szkoda, że jego sztuka jest niszowa i nie przynosi dużych pieniędzy. Gdyby nie stabilna praca żony, nie mógłby sobie pozwolić na całkowite oddanie się malarstwu.

Nagle słyszymy kroki na schodach. Zrywam się na równe nogi, chwytając prezent imieninowy. Odkąd się poznaliśmy, obchodzimy z Milą każde możliwe święto, czasem nawet obdarowujemy się bez okazji.

– Wszystkiego najlepszego – mówię radośnie, gdy tylko przyjaciółka dociera do najniższych stopni. – Otwieraj!

– Och, daj spokój. Przecież mówiłam, że nie musisz… – protestuje, ale od razu odpakowuje paczkę. Wyjmuje z niej nieduży, drewniany prostopadłościan, z wyrzeźbionymi konturami roślin. Patrzy pytająco.

– To kalimba – tłumaczę. – To taki instrument z Afryki. Gra się na nim, naciskając na metalowe języczki. Możesz trzymać ją w dłoniach i używać kciuków albo położyć ją sobie na udach, by mieć wszystkie palce do dyspozycji – instruuję. – Pomyślałem, że ci się spodoba.

– Jest piękna – szepcze i nieśmiało wydobywa pierwsze dźwięki. Ciepłe brzmienie przypomina pozytywkę. Brązowe oczy Mili błyszczą jak kasztany świeżo wyjęte z łupinek, bo wzbierają w nich łzy.

– Dziękuję. – Wtula się we mnie.

Rodzice zaczynają nerwowo chrząkać, po czym uciekają pod byle pretekstem z rodzaju pozostawionego na gazie żelazka. Odwzajemniam uścisk i wciskam nos w mahoniowe loki. Przymykam leniwie powieki, wdycham nietypową woń.

– Dlaczego używasz męskiego szamponu? – pytam zdziwiony. Nieznacznie odsuwam ją od siebie, by pochwycić jej wzrok.

– Bo uważam, że to głupota, że faceci stosują kosmetyki o zapachach podobających się kobietom i odwrotnie. Po co tak się męczyć? – Uśmiecha się zadziornie.

Uwielbiam tę dziewczynę. Zawsze zaskakuje mnie czymś nowym.

– Poza tym męski dłużej pachnie. – Puszcza mi oczko.

Wtedy pani Daniela wkracza do pokoju ze zjawiskowym tortem.

– Proszę wszystkich o uwagę! – zaczyna z teatralną egzaltacją. – Zapraszam solenizantkę i szanownych gości na degustację wykwintnego deseru szefowej kuchni!

– Nie mów, że sama to upiekłaś! – Mila zaciska ręce z ekscytacji, następnie rzuca się na ciasto.

Uzbrojeni w obfite porcje tortu zmierzamy do pokoju Mili. To pomieszczenie to istna dżungla, przez co z trudem odnajdujemy wolny skrawek dywanu.

Zbieram włosy w samurajski kok, by nie wpadały mi one do jedzenia.

– Przepraszam, że wczoraj nie odpisałem – mówię, walcząc z gumką. – Po obiedzie dowiedziałem się o liście. Mama jest załamana i cały wieczór pracowaliśmy nad planem B.

Zapada cisza, zakłócana jedynie dzwonieniem sztućców o talerzyki. Czuję, że zaraz wpadnę w cukrową śpiączkę, ale nie żałuję ani gryza. Pani Daniela robi najlepsze wypieki.

– Wiem, o co chodzi – bełkocze Mila między kęsami. – Biznes to całe jej życie, potrzebuje wsparcia. – Przeżuwa, zasłaniając dłonią usta. – Udało wam się coś wymyślić?

– Jeszcze nie. Trudno będzie znaleźć środki na nową działkę. Na tę zbierała latami, a nawet jeśli ją sprzeda, to nie wystarczy na inną. Jej wartość jest zaniżona przez ten stary dąb. – Zaciskam szczęki. – A ja nie mogę pomóc jej finansowo, pracując więcej, skoro to ona mi płaci.

– Przykro mi – wzdycha Mila. Poprawia okulary, zakłada kosmyki za uszy. Odkłada naczynia na bok i obejmując swoje nogi, wpatruje się w widok za oknem.

Drętwe milczenie gęstnieje z każdą upływającą minutą. Między nami wiszą niewypowiedziane słowa.

– A jak było na obiedzie? – Ton jej głosu przeczy swobodnym słowom.

– W porządku – rzucam od niechcenia. – Lokal przeciętny, chociaż jedzenie całkiem dobre. – Zamyślam się. – Zaskoczyło mnie, że Nadia pasjonuje się psychologią.

Mila sięga ponownie po talerz i kreśli widelczykiem wzory w resztkach kremu.

– Kiedy następne spotkanie? – pyta, jednak wcale nie wydaje się zainteresowana.

– W piątek. Idziemy na domówkę do Doriego.

– Słusznie. Jesteś młody, powinieneś się czasem rozerwać. – Uśmiecha się i macha dziarsko łokciem, jak gdyby chciała rozgonić przykrą atmosferę, ale w jej oczach dostrzegam smutek. – Za moich czasów młodzież ciągle spotykała się na prywatkach i dancingach.

– Masz rację, babciu. – Przewracam oczami z udawaną naganą i przyciągam ją do swojego boku. Napięcie odchodzi w niepamięć.

Kamila

Ariel zostaje na obiedzie, po którym urządzamy maraton filmowy. Mam imieninowe prawo do wyboru repertuaru, więc zmuszam wszystkich do obejrzenia Piratów z Karaibów po raz pięćsetny. Potrafię wyrecytować wszystkie dialogi, więc mimowolnie tracę skupienie i zanurzam się w rozmyślaniach o minionym tygodniu.

Niechciane wspomnienia obijają się po moim umyśle w bezładnym pogo. Błysk w orzechowych oczach Ariela, gdy mówił o Nadii. Nasza sztuczna rozmowa, którą z trudem kontynuowaliśmy, jakby nasza przyjaźń przestała mieć znaczenie.

Z ponurych myśli wyrywa telefon od Emila. Wymownym skinieniem przekazuję szybko bliskim, by nie zatrzymywali filmu, więc słowa brata płyną teraz na tle majestatycznej muzyki orkiestrowej.

– Siema, Skrzacie, wszystkiego najlepszego! – krzyczy do słuchawki. – Co tam porabiacie?

– Piraci z Karaibów! – rzucam z wymuszonym entuzjazmem i wychodzę z salonu.

– O panie, znowu?

– Przepraszam bardzo, ale w tym miesiącu jeszcze tego nie oglądałam – prycham, nieco rozweselona jego komentarzem.

– Skoro mowa o przeprosinach… – Zawiesza się na moment. – Wybaczysz mi, że nie przyjechałem? Zwiedzamy z Jerem ojczyznę croissantów i wina! Łapiemy ostatnie chwile przed początkiem semestru. – Skrucha Emila przeobraża się w iskrzącą ekscytację, a ja potrzebuję chwili, by zrozumieć, o jakim miejscu mowa.

– Nie mów, że jesteś w Paryżu!

– Jestem! Później ci o wszystkim opowiem – obiecuje, parodiując francuski akcent. – Teraz muszę się zbierać, bo mamy rezerwację, a jeszcze nie odstrzeliłem się jak księciunio.

– Wpadniecie do nas przed studiami? – błagam nadąsanym tonem. – Ostatnio mam większe szanse spotkać Johnny’ego Deppa niż ciebie, nie wspominając o Jeremim.

– Obiecuję, Skrzacie.

– Z ręką na sercu?

– Z ręką na sercu.

– Tęsknię za tobą – mówię cicho.

– Ja za tobą też. Niedługo się zobaczymy. A teraz lecę robić się na bóstwo, pa!

Wieczorem żegnam się z Arielem, jednak nasza próba przytulenia przychodzi nam z wdziękiem jeżozwierzy usiłujących nie splątać się kolcami. Czuję się równie komfortowo jak podczas szorstkiego obściskiwania się z poznaną na stypie ciotką prababki szwagra stryjecznego dziadka kuzyna czwartego pokolenia z linii bocznej, której istnienia nawet nie kojarzę z rodzinnych legend.

Padam bezsilnie na łóżko. Świetnie. Nie dość, że Nadia wygląda jak paw wśród kurczaków, to jeszcze okazuje się mieć ciekawe zainteresowania.

Otwieram jej profil na Instagramie. Nie mam konta, więc mogę przeglądać tylko miniaturki, ale to wystarczy, bym poświęciła następne godziny na analizowanie jej estetycznej galerii.

Na jednym ze zdjęć dziewczyna siedzi pochylona nad notesem Moleskine. W tle widać stosy książek i cienki, pudrowo-różowy laptop. Niebieskie kosmyki mają różną długość, jak u Aurory, norweskiej piosenkarki, której fryzura przypomina meduzę. Do tego jeden bok ma wygolony, a czoło zasłania wielka grzywka typu emo. Na większości zdjęć ubrana jest w stylu lolity lub pastelowej gotki.

Na innej fotografii widnieją malutkie sukulenty, najpewniej sztuczne, ale to nie przeszkadza Nadii w udawaniu, że podlewa je designerską konewką. Przewijam dalej. Galerię przepełniają ujęcia z idealnego pokoju, sesje w plenerze, zbliżenia na jedzenie, długie paznokcie, suszone kwiaty, makijaż i dymiące papierosy.

Już mam zamknąć profil, kiedy mechanicznie odświeżam stronę i zauważam nowy post. Dwie miski z makaronem, w tle wysportowany tors Ariela, wciśnięty w opiętą koszulkę. Nie mogę odczytać opisu, ale może to mnie uchroni przed dowiedzeniem się najgorszego.

„Kolacja z moim nowym chłopakiem”. To gorzkie wyobrażenie gnieździ się w mojej głowie z zaciętością pleśni obejmującej obity owoc.

W którymś momencie zapadam w kojącą drzemkę.

Budzę się z nowym pomysłem, do którego realizacji postanawiam przystąpić z samego rana – i bynajmniej nie ma to nic wspólnego z Nadią.

Nadia

Podpisuję zdjęcie słowami „Dziękuję za cudowny wieczór”. Ostatni post rozpalił ciekawość fanów, więc elegancka kolacja niewątpliwie wzbudzi ich zachwyt.

Każde polubienie jest drobnym triumfem, małym krokiem ku spełnieniu. Media społecznościowe to jedyna przepustka do realizacji marzeń. Nie mogę sobie pozwolić na odpoczynek, bo rodzice nigdy mnie nie wesprą. Matka woli wydawać pieniądze na poprawki wyglądu niż na moje potrzeby i przyszłość. Pracuje jako instruktorka fitness w ekskluzywnym klubie. Jest przekonana, że osiągnęła szczyt, bo przecież obraca się pośród elity. Wywyższa się względem taty, który jako kierowca autobusu jest w jej oczach nikim. Od córki oczekuje atletycznej figury, podczas gdy ja wolę czuć się dobrze niż męczyć się na siłowni. Zaokrąglone kształty są częścią mnie, ale wiem, że w jej oczach to nigdy nie będzie wystarczające. Stawia wygórowane wymagania, choć obiektywnie sama jest tylko trenerką po tanich kursach, a robotę dostała dzięki sylwetce wypracowanej na stole operacyjnym.

Ja także tworzę własny wizerunek, ale ci, którzy mi zazdroszczą, nie mają pojęcia, jak wygląda moje prawdziwe życie. Każde zdjęcie jest starannie wyselekcjonowane i wzbogacone filtrami dodającymi blasku. W rzeczywistości mieszkam na Kurniku. To niezwykle trafna nazwa, zważywszy na wszechobecny brud i ciasnotę. Co prawda dzielnic kojarzonych z patologią i ubóstwem jest więcej, niestety osławiony Kurnik znajduje się najbliżej dna.

Latami inwestowałam odłożone pieniądze w utrzymanie pozorów, że żyję w przepychu, jednak prawda jest taka, że estetyczny pokój to jedyna idealna rzecz w moim świecie. Jestem produktem bierności ojca oraz manipulacji matki, która gasi moje nadzieje i poczucie własnej wartości jak niedopałki wrzucone do ścieku, ale przejrzałam na oczy i nie poddam się temu bez walki. Zarobię na wyprowadzkę do Warszawy. Odzyskam swoją tożsamość. Zmyję makijaż, przestanę dekorować skórę półtrwałymi tatuażami jagua, przefarbuję włosy na naturalny kolor, włożę przyjemnie nudne ubrania. Dostanę się na Wydział Psychologii, gdzie dowiem się, jak odbudować siebie na nowo. Wtedy spalę za sobą mosty. Będą płonąć jak puszcza amazońska.

Dziękujemy za przeczytanie fragmentu naszej książki.

Jeśli Ci się spodobała i chcesz poznać ciąg dalszy, koniecznie zajrzyj na stronę

https://wydawnictwokdw.com,

gdzie znajdziesz tę i wiele innych wspaniałych historii.