11,99 zł
Książę Julius Carvalho budzi się w londyńskim hotelu. Niczego nie pamięta, ale guz na głowie i brak zegarka uświadamiają mu, że został napadnięty. Z zapisków na wizytówce orientuje się, że tego dnia ma odebrać pierścionek z brylantem. Nie wie, dla kogo go kupił, ale jubiler podaje mu adres Esmeraldy Clark, byłej pracownicy jego ochrony. Julius jedzie do niej, licząc na to, że pomoże mu wszystko sobie przypomnieć. Gdy staje przed rudowłosą Esmeraldą, od razu czuje, że łączyło go z nią coś wyjątkowego…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 153
Rok wydania: 2026
Emmy Grayson
Ogień i woda
Tłumaczenie:
Barbara Bryła
Tytuł oryginału: Prince’s Forgotten Diamond
Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2024
Redaktor serii: Marzena Cieśla
Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla
© 2024 by Emmy Grayson
© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2026
Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.
Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.
Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.
Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.
HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.
Bez ograniczania wyłącznych praw autora i wydawcy, jakiekolwiek nieautoryzowane wykorzystanie tej publikacji do szkolenia generatywnych technologii sztucznej inteligencji (AI) jest wyraźnie zabronione. HarperCollins korzysta również ze swoich praw na mocy artykułu 4(3) Dyrektywy o jednolitym rynku cyfrowym 2019/790 i jednoznacznie wyłącza tę publikację z wyjątku dotyczącego eksploracji tekstu i danych.
Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.
Wszystkie prawa zastrzeżone.
HarperCollins Polska sp. z o.o.
02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A
www.harpercollins.pl
ISBN: 978-83-291-2374-7
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
Ocknął się, łapiąc gwałtownie oddech. Wdzierające mu się do płuc powietrze boleśnie je rozdarło. Wydusił przekleństwo i zamarł. Ból stopniowo ustępował. Każdy oddech nadal palił go jak diabli, ale przynajmniej był w stanie się podnieść. Pokój wirował. Zacisnął zęby i zamknął oczy, odczekał chwilę, a potem powoli je otworzył.
Świat zwolnił na tyle, że mógł się przyjrzeć otoczeniu – od puszystego dywanu na lśniącej mahoniowej posadzce po błyszczący żyrandol wiszący mu nad głową. Siedział na pikowanej skórzanej kanapie. Nad marmurowym kominkiem po lewej wisiał obraz przedstawiający gotyckie wieże opactwa Westminster. Po prawej stało ogromne łóżko, przykryte elegancką narzutą i stertą starannie ułożonych poduszek.
Odgłos klaksonu gdzieś z oddali sprawił, że skrzywił się z bólu. Cokolwiek go spotkało, pozostawiło po sobie nie tylko ból w piersi, ale i potworną migrenę. Przeciągnął palcami po włosach i wyczuł u podstawy czaszki wielkiego guza. Wstał i ruszył do łazienki. Odkręcił kran, nabrał w dłonie kojąco chłodnej wody i ochlapał nią twarz. Podniósł głowę, przemknął oczami po lustrze – a potem gwałtownie wlepił w nie wzrok, bo nagle poczuł niepokój. Niepokój, który szybko przerodził się w szok. Z lustra patrzył na niego nieznajomy. Uniósł dłoń i przesunął opuszkami palców po twarzy. Mężczyzna w lustrze powtórzył ten gest. Wpatrujące się w niego piwne oczy były podkrążone. Obce.
Kim ja jestem? – To pytanie przemknęło mu przez głowę, ale spotkało się tylko z pustką. Poza tą chwilą nie pamiętał niczego.
Powstrzymał przerażenie. Nie było tu miejsca na panikę. Wziął głęboki wdech i wrócił do sypialni.
Nie znalazł ani żadnego portfela, ani telefonu komórkowego. Jedynym bagażem była elegancka torba podróżna. Znajdujące się w niej ubrania były proste, ale świetnej jakości. Miały metki znanych mu jakimś cudem luksusowych marek, chociaż nie pamiętał własnego imienia. Gruba biała koperta w wewnętrznej kieszeni torby zawierała prawie dziesięć tysięcy euro. Kimkolwiek był, wyglądało na to, że miał pieniądze. Albo zabrał je komuś, kto je miał. Zaniepokojony tą myślą dotknął znowu rany. Ostry ból przywrócił go do rzeczywistości, powstrzymując przed spekulacjami, które prowadziły donikąd. Wyjrzał przez okno na rząd eleganckich budynków z cegły i białego kamienia. Po ulicach mknęły czarne taksówki i czerwone piętrowe autobusy.
Londyn.
Znajdował się w Londynie. Coś jeszcze przemknęło mu przez głowę, ale zniknęło, zanim zdążył to uchwycić. Odszedł od okna i stanął pod podwójnymi drzwiami. Przez minutę nasłuchiwał, po czym ostrożnie wyjrzał na długi przestronny korytarz. Między oznaczonymi numerami drzwiami wisiało kilka cennych obrazów. A więc był w hotelu. Czy zaatakowano go w pokoju? Nie, napastnik na pewno zabrałby torbę, a przynajmniej ją przeszukał. Ból głowy powrócił ze zdwojoną siłą. Zażył leki przeciwbólowe, które znalazł w łazience, i odpoczął na kanapie. Dwadzieścia minut później poczuł się na tyle dobrze, że był w stanie ponownie rozejrzeć się dookoła. Jego wzrok przykuła leżąca na podłodze pod kanapą czarna lśniąca wizytówka. Rozpoznał ją. Wiedział, że są na niej delikatne srebrne litery pisane kursywą. Kiedy zacisnął na niej palce, ożywił się. Wizytówka miała zaokrąglone rogi. Na jednej stronie widniał napis „Smythe’owie”. Na przeciwnej wydrukowany był adres wraz z numerem w lewym dolnym rogu. W prawym rogu ktoś napisał srebrnym atramentem „Sobota, 7:30”.
Nagle zaczął się niecierpliwić. Ta wizytówka i to spotkanie były ważne. Spojrzał na swój nadgarstek, ale w miejscu, gdzie powinien znajdować się zegarek, znalazł tylko pasek bladej skóry.
Podniósł słuchawkę stojącego przy łóżku telefonu.
– Dobry wieczór, dziękujemy za telefon do hotelu Bancroft, mówi Anthony.
Zarejestrował w pamięci nazwę hotelu.
– Witaj, Anthony. Czy możesz mi podać datę i godzinę?
– Oczywiście, proszę pana. Dzisiaj jest piąty kwietnia, dochodzi siódma wieczorem.
– To sobota?
– Tak, proszę pana.
Zaryzykował ostatnie pytanie.
– Dziękuję, Anthony. Na jakie nazwisko jest zarezerwowany mój pokój?
Zapadła krótka cisza.
– Proszę pana?
– Chciałbym tylko sprawdzić, na jakie nazwisko został zarezerwowany.
– Oczywiście, proszę pana. W naszej bazie figuruje nazwisko John Adamos.
– Dziękuję.
Odłożył słuchawkę.
John Adamos. Greckie nazwisko. Wypowiedział je na głos i powtórzył kilka razy. Za każdym razem brzmiało tak samo obco.
Powrócił wzrokiem do wizytówki. Miał trzydzieści minut do podanego na niej terminu spotkania. Mógł zadzwonić na policję lub udać się do szpitala, ale tam badania mogły trwać godzinami. W końcu będzie musiał udać się do lekarza, ale na razie załagodził ból tabletkami. Policja przesłucha go i rozpocznie szczegółowe śledztwo. To również zajęłoby dużo czasu.
Postukał wizytówką o dłoń. Dzięki niej mógł uzyskać odpowiedzi w ciągu godziny. Podniósł słuchawkę i ponownie wybrał numer.
– Dobry wieczór, dziękujemy za…
– Anthony, tu… John. – Wciąż miał z tym imieniem kłopot.
– Tak, proszę pana.
– Czy mógłbyś zamówić mi taksówkę?
Piętnaście minut później stał na chodniku przed elegancką kamienicą. Z zewnątrz nic nie wskazywało na to, że nie była po prostu domem mieszkalnym. Wspiął się po schodach i nacisnął dzwonek. Nie minęły nawet dwie sekundy, a drzwi się otworzyły i ukazał się w nich mężczyzna. Bardzo wysoki mężczyzna w czarnym garniturze, w którym najwyraźniej nie czuł się komfortowo.
– Dobry wieczór.
Mężczyzna nie odpowiedział.
– Mam umówione spotkanie.
Na widok wyciągniętej z kieszeni wizytówki mężczyzna uniósł krzaczastą brew.
– Przepraszam pana. Wstęp jest dozwolony tylko po okazaniu wizytówki. – Cofnął się, zapraszając Johna gestem do środka. – Witamy u Smythe’ów.
John zawahał się. Przez głowę przemknął mu obraz lśniącego żyrandola oraz wspomnienie ochrypłego kobiecego głosu. Potem wszystko zniknęło.
Wszedł do środka, starając się zachować niewzruszoną minę. Hol wejściowy był oszałamiający, z kutą balustradą na krętych schodach, lśniącą marmurową podłogą i cennymi obrazami na ścianach. Renoir, Monet, Kahlo i Rembrandt. Jeśli były to oryginały, na aukcji osiągnęłyby miliony. Jednak to nie dzieła sztuki sprawiły, że zamarł w miejscu, a kryształowy żyrandol nad jego głową. Poczuł satysfakcję. Najwyraźniej był tu już wcześniej.
– Winda zawiezie pana na górę. – Mężczyzna nacisnął przycisk na ścianie, otwierając drzwi do windy. Po krótkiej jeździe drzwi otworzyły się bezgłośnie. John rozejrzał się wokoło.
Krótkie schody prowadziły w dół do pokoju obwieszonego lustrami w złotych ramach, dzięki czemu wydawał się dwa razy większy. Wzdłuż ścian co kilka metrów stały szklane gabloty z biżuterią. Każda zawierała misternie ułożone klejnoty, od luźnych kamieni po eleganckie naszyjniki, bransoletki, kolczyki i pierścionki z rubinami, szmaragdami, szafirami i brylantami.
– Dobry wieczór – rozległ się zmysłowy damski głos. Na szczycie schodów stała piękna kobieta. Czarna suknia bez rękawów opinała jej kształty. Gładkie hebanowe włosy miała ścięte na boba, a krótka grzywka podkreślała jej wyraziste kości policzkowe i duże oczy.
– Witamy ponownie, panie Adamos.
– Dziękuję.
Na ustach kobiety pojawił się zalotny uśmiech, ale oczy miała przenikliwe.
– Czy wszystko w porządku?
John chciał od razu przejść do zadawania pytań, ale instynkt podpowiadał mu, żeby postępować ostrożnie i najpierw zbadać grunt.
– Tak. – Podniósł wizytówkę. – Sobota o siódmej trzydzieści, prawda?
Przez chwilę kobieta wpatrywała się w niego, po czym zeszła po schodach. Przy każdym kroku biodra kołysały jej się zmysłowo, a palce zatrzymywały się na poręczy. Jednak kiedy napotkała jego wzrok, za teatralną fasadą dostrzegł silną, wyrachowaną kobietę. Kimkolwiek panna Smythe była, na pewno nie była głupia.
– Szampana?
– Nie, dziękuję.
Wskazała na mahoniowe biurko ustawione pod ścianą, za którym znajdowało się lustro sięgające od podłogi do sufitu i pikowane skórzane krzesła.
Czekał, aż okrążyła biurko i usiadła, zanim zajął swoje miejsce. Wyciągnęła szufladę i, sądząc po cichych kliknięciach, wpisała kod. Rozległo się kolejne kliknięcie, a następnie szum otwieranych drzwi. Kobieta pochyliła się, stawiając na biurku między nimi małe czarne pudełko.
– Tak, jak obiecałam.
John wpatrywał się w pudełko. Potem powoli otworzył wieko. Na czarnym jedwabiu lśnił brylant. Nigdy takiego nie widział. W jego wnętrzu widoczne były czarne kropeczki, niektóre w postaci drobnych plamek, inne tworzyły wirujące wzory przypominające nocne niebo. Kamień otaczały maleńkie krople pereł i akwamarynów, a całość osadzona była w idealnie wypolerowanej srebrnej oprawie. Pierścionek był klasyczny. Elegancki. Romantyczny.
Płomień. Jedwabisty płomień rudych loków rozlewający mu się po palcach. Śmiech, który budził w nim ekscytację i radość. A potem imię, wyszeptane z takim uczuciem, że serce mu się ścisnęło. Julius…
– Jest olśniewający – wymamrotał.
Na rubinowych ustach panny Smythe pojawił się uśmiech.
– Dziękuję. Niewielu moich klientów prosi o brylanty typu „sól i pieprz”. Było to dla mnie prawdziwe wyzwanie i sprawiło mi przyjemność.
– Sól i pieprz?
Uniosła idealnie wyprofilowaną brew.
– Tak jak to ustaliliśmy podczas pańskiej ostatniej wizyty.
– Proszę mi przypomnieć.
Wyjęła pierścionek i uniosła go.
– Brylanty typu „sól i pieprz” uznawano kiedyś za wadliwe. Ze skazą. Czarne plamki, które pan widzi, to fragmenty węgla lub minerałów, które nie skrystalizowały się podczas tworzenia diamentu. Jednak stopniowo zaczynają być doceniane za swoją wyjątkowość. – Pochyliła pierścionek, by mógł zajrzeć w głąb kamienia. – W przeciwieństwie do tradycyjnych brylantów, które odbijają światło, ten przyciąga wzrok. Zachęca do ponownego spojrzenia. Im dłużej patrzysz, tym więcej widzisz.
Próbował sięgnąć pamięcią, aby przywołać obraz nieznanej rudowłosej kobiety, którą najwyraźniej zamierzał poprosić o rękę. Ale nieskończona ciemność udaremniła jego wysiłki. Poza ostatnimi kilkoma godzinami nie pamiętał nic. Paraliżujący ból przeszył mu głowę. Zacisnął powieki, tłumiąc jęk.
– Panie Adamos?
– Chwileczkę – wycedził. W końcu ból ustąpił. Otworzył oczy i ujrzał przed sobą butelkę wody oraz świdrujący wzrok panny Smythe.
– Kiedy dojdzie pan do siebie, daję panu pięć minut na wyjaśnienie, co się dzieje, albo proszę natychmiast wyjść.
Wziął głęboki wdech, upił długi łyk wody, a potem oparł się na krześle.
– To ból głowy, panno Smythe. Na pewno słyszała pani o czymś takim.
Zmarszczyła brwi.
– Jeśli zażywa pan jakieś nielegalne substancje, każę pana…
– Nawet o tym nie myśl! – zawołał ostro. Ten rozkaz wypłynął mu z ust naturalnie.
Panna Smythe nawet nie drgnęła i tylko skinęła mu lekko głową ze skruchą.
– Przepraszam, jeśli pana uraziłam. Ale – odparła, pochylając się do przodu i eksponując biust – nadal nie mówi mi pan prawdy.
– Jest pani piękną kobietą, panno Smythe. Ale potrzeba czegoś więcej niż odrobina dekoltu, żebym zdradził pani moje sekrety.
Zaśmiała się i odchyliła się na krześle.
– Warto było spróbować – odparła i nagle spoważniała. – Panie Adamos, do tej pory nasze relacje były bez zarzutu. Zapłacił pan o czasie i całą sumę. Pańskie prośby dotyczące pierścionka były dobrze przemyślane i szczegółowe. Ale jestem w branży wystarczająco długo, by wiedzieć, że od naszego ostatniego spotkania coś się zmieniło. Jeśli ma to wpływ na pański zakup lub moją firmę, mam prawo wiedzieć.
Zawahał się. Instynkt ostrzegał go przed wyjawieniem prawdy. Ale to była jego jedyna szansa.
– Obudziłem się godzinę temu i nie pamiętam, kim jestem. – Z lekką satysfakcją dostrzegł, jak kobieta otwiera usta.
– Słucham?
– Ocknąłem się w apartamencie hotelu Bancroft z potworną migreną i bólem w piersi. Nie pamiętam, kim jestem, nie mam ani portfela, ani telefonu – podniósł lewą rękę – ani zegarka. Jedyne, co znalazłem, to luksusowy bagaż, kopertę pełną euro i pani wizytówkę.
– Nie pamięta pan niczego? Nawet naszego pierwszego spotkania pięć dni temu?
– Tu i ówdzie jakieś przebłyski. Nic konkretnego.
– Dlaczego nie poszedł pan na policję? Albo do szpitala?
– To zajęłoby zbyt dużo czasu. Kiedy upewniłem się w sprawie daty i godziny, zdecydowałem, że przyjazd tutaj będzie najszybszym sposobem, by znaleźć odpowiedzieć na pytanie, kim jestem.
Kobieta zastukała palcem w biurko. Ten dźwięk rozbrzmiał w całym pokoju.
– Przedstawił się pan jako John Adamos – odezwała się w końcu.
– To nazwisko nic mi nie mówi.
Wzruszyła ramionami.
– Nie zdziwiłabym się, gdyby było nieprawdziwe. Smythe’owie prowadzą interesy od pokoleń. Prosperujemy dzięki ekskluzywności i dyskrecji. A to znaczy, że nie wypytujemy o dane naszych klientów. Jeśli mają wizytówkę, są wpuszczani. Jeśli mają pieniądze – przyjmujemy ich zamówienie. Poza tym niewiele wiemy o ludziach, dla których pracujemy.
John wstał i zaczął chodzić po pokoju.
– Kiedy umówiłem się na spotkanie?
– Trzy tygodnie temu, kiedy złożył pan wniosek i wpłacił zaliczkę.
– Zaliczkę?
– Wymagam połowy należnej kwoty, ale pan zapłacił od razu całość. Milion euro.
Spojrzał na nią.
– Milion?
– Tak. Jesteśmy najlepsi.
– Nie wspomniałem nic o kobiecie, dla której zamówiłem ten pierścionek?
– Nie. – Panna Smythe otworzyła pudełko i spojrzała na pierścionek ze smutkiem. – Ktokolwiek jest adresatką tego pierścionka, jest szczęściarą, mając kogoś, kto tak bardzo ją kocha. Odmówił pan szampana. Zarezerwował godzinę i bardzo dokładnie obejrzał biżuterię. Wielu klientów wybiera najdroższe klejnoty. Pan chciał czegoś pięknego, ale wyjątkowego i tajemniczego. – Na jej twarzy pojawił się kolejny uśmiech. – Praca nad tym pierścionkiem sprawiła mi wielką przyjemność.
John znowu zaczął się niecierpliwić.
– Czy może mi pani powiedzieć coś jeszcze?
– Umówił się pan na spotkanie dwa tygodnie później. Przyszedł pan w zeszłym tygodniu i wybrał ten brylant – powiedziała, wskazując na pudełko. – I potwierdził, że wróci pan dzisiaj, by odebrać pierścionek.
– I nie zostawiłem żadnych danych kontaktowych? Żadnego numeru telefonu, adresu e-mail?
Panna Smythe tańczyła palcami po ekranie komputera.
– Zostawił pan adres. – Wymieniła szybko numer i nazwę ulicy. – To na wyspie Grenada na Morzu Karaibskim. Do rąk Esmeraldy Clark.
Znał to imię. Przez głowę przemknął mu obraz roześmianych zielonych oczu i rudych loków okalających twarz pokrytą piegami.
– Czy wie pani, kim ona jest?
– Nie. Jak już wspomniałam, szanujemy prywatność naszych klientów.
Poczuł, że musi jak najszybciej odnaleźć Esmeraldę Clark. Na pewno nie podałby nazwiska kogoś przypadkowego w takiej sprawie. Przynajmniej będzie miała jakieś informacje na jego temat. Instynkt podpowiadał mu, że była kimś ważnym. Może nawet to jej zamierzał dać ten pierścionek.
– Zapisze mi pani ten adres?
– Tak.
Panna Smythe zapisała adres na kartce papieru i podała mu ją.
– Mam prośbę, panie Adamos.
– Pomogła mi pani. Spełnię każde pani życzenie.
Uśmiechnęła się.
– Proszę dać mi znać, jak skończy się ta historia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
