Ogar - Krystian Stolarz - ebook + audiobook + książka

Ogar ebook

Stolarz Krystian

0,0
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Bohaterowie „Zbawcy” powracają. Trzy miesiące po ucieczce Ogara Julia Marzewska nadal nie może poradzić sobie z tym, co się wydarzyło, a Marcin Rau tylko pozornie daje sobie radę jako nowy naczelnik wydziału kryminalnego – szybko okazuje się, że i na nim sprawa Zbawcy odcisnęła piętno, być może głębsze niż na policjantce.

Marzewska próbuje dorwać uciekiniera. Nie wie przy tym, że jedyne, czego Ogar aktualnie pragnie, to właśnie ona. Na drodze stoi mu partner Julii i wieloletni policjant z wydziału kryminalnego Wiktor Rybak. Ich starcie jest nieuniknione. Tymczasem w mieszkaniu Julii pojawia się pewna osoba, która miała od dawna nie żyć. Jaki jest jej cel? Dlaczego zjawia się wtedy, gdy Marzewska i Rybak polują na Ogara?

Zło nie śpi. Czasami tylko zmienia twarz. „Ogar” to opowieść o traumach funkcjonariuszy i bezwzględnej zemście. Autentyczny policyjny kryminał, bez cenzury i upiększeń.

Mroczniejszy. Brutalniejszy. Prawdziwszy.

Krystian Stolarz – policjant, magister prawa, sportowiec amator i miłośnik książek. Prowadzi na Instagramie konto @policjant_czytaipisze, na którym promuje czytelnictwo i recenzuje książki. Stolarz dba o autentyzm języka, atmosfery panującej w policji i szczegółów śledztwa. Prawda o policyjnej robocie jest znakiem rozpoznawczym jego powieści.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 250

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Krystian Stolarz, 2025

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Renata Bubrowiecka

Korekta

Maciej Korbasiński

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8391-809-9

Warszawa 2025

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

[email protected]

Ten, kto wyzwala z siebie bestię,

pozbywa się bólu bycia człowiekiem1.

1Hunter S. Thompson, Lęk i odraza w Las Vegas.

PROLOG

Poczuł wszechogarniające szczęście. W końcu zaspokoił pragnienie. Zdawał sobie sprawę, że jego żądze ewoluowały, ale właśnie w tym momencie, w tej z pozoru nic nieznaczącej chwili zrozumiał, że lubi swoje nowe potrzeby. Wielbi je, celebruje, szanuje. Kocha. Kocha tak, jak kochał Zbawcę. Jego Zbawcę.

Przechylił głowę w jej stronę. Uśmiechnął się.

– Dziękuję – wyszeptał, patrząc jej prosto w oczy. – Jesteś idealna – dodał.

Po chwili jego ciało pochłonęła fala smutku. Zrozumiał, że już nigdy więcej nie usłyszy jej krzyków. Nie dojrzy w tych pięknych oczach strachu. Coś, co przed chwilą wypełniało każdą jego komórkę szczęściem, odeszło bezpowrotnie.

– Moja Julia – znów przemówił, kładąc głowę obok jej głowy. – Bo jesteś moja, wiesz? Już zawsze będziesz moja. Zakochałem się w tobie – wyznał, nachyliwszy się do jej ucha. – W twojej bladej ze strachu twarzy, w oczach pełnych przerażenia, w krzyku, który tak bardzo pragnął kogoś zaalarmować. Kocham cię, pani policjantko.

Po chwili przekręcił się na plecy, rozłożył ręce na boki i przymknął oczy. Byli nadzy, choć tylko u jednego z nich nadal biło serce. Zimne, skamieniałe, pełne mroku.

Krwi było tak dużo, że mógł się w niej kąpać. I to właśnie robił, poruszając delikatnie ramionami po posadzce. Życiodajna ciecz otulała jego plecy, barki, żebra i nogi niczym najdelikatniejsza chmurka. Przechylił głowę w lewo i przytulił się do wiśniowej brei. Gdy tylko poczuł ją na policzku, westchnął z rozkoszą. Jej metaliczny zapach wdzierał mu się do nozdrzy, a ciało przeszył dreszcz podniecenia. Tak silny, tak potężny jak nigdy dotąd. Nieważne, że przed chwilą odbył długi, namiętny i – jak na niego przystało – agresywny stosunek. Znów był gotowy.

Poderwał się na kolana, spojrzał ze smutkiem na ukochaną, po czym zamoczył usta we krwi i… pił.

Pił ją tak łapczywie, że zaczął się krztusić, ale to nie przeszkadzało mu w pochłanianiu kolejnych haustów. Pił, zachłystywał się, pluł, po czym znowu pił. Julia należała do niego całą sobą. Jej twarz, oczy, a nawet krew i mięśnie były tylko jego. Moja Julia! Moja Julia! – krzyczała dusza Ogara. Moja!

Krew ściekała mu po brodzie i klatce piersiowej, mimo to spojrzał zachłannie na czerwoną kałużę, rozlaną niemal po całym pokoju, po czym z szerokim uśmiechem przywarł do podłogi tym razem klatką piersiową, próbując przytulić płynną pozostałość po kochance.

Obiektywny, umiejscowiony gdzieś pomiędzy światami obserwator mógłby opisać tę scenę jednym słowem: groteska. Mógłby, dopóki nie dojrzałby u mężczyzny szczerej namiętności, pierwotnej żądzy i głębokiej wiary w jego jakże nieludzkie uczucia.

Ogar znów poderwał się na kolana, by przysunąć się do zimnego, poranionego niemal w całości ciała. Ale jego kończyny nieporadnie ślizgały się na boki w gęstniejącej brei. Dwukrotnie uderzył klatką piersiową o podłogę, gdy dłonie mu się rozjechały, mimo to w końcu położył głowę na nagich piersiach kobiety i wyszeptał:

– Czemu odeszłaś, kochanie?

Zamilkł na chwilę, jakby nasłuchiwał upragnionego oddechu albo odpowiedzi.

– Dlaczego mnie zostawiłaś? Dlaczego?!!!

Jego szept zamienił się w agresywny krzyk, który przeraziłby nawet martwego. Ale Julia milczała. Nie wiedziała, co ją czeka. Młody, nawet całkiem wysportowany przystojniak nie wyglądał groźnie. Może trochę tajemniczo, nieco mrocznie, co pociągało kobiety, ale nie niebezpiecznie.

– Dlaczego?! – powtórzył pytanie, naprawdę wierząc, że uzyska odpowiedź.

Otarł łzy z policzka, usiadł na ciele kobiety i z całych sił zaczął je okładać pięściami.

– Moja Julia! Moja Julia!!! – zawył szaleńczo.

Gdy atak złości minął, spojrzał na roztrzaskaną twarz martwej od godziny kobiety i dopiero teraz zrozumiał. To koniec. Jego ukochana odeszła. Pożegnała się z tym światem, a to, na co patrzył, było jedynie zimnym, pustym, nic nieznaczącym truchłem.

– Chcę ciebie! Chcę ciebie więcej i mocniej! – zawołał rozpaczliwie, a po chwili się roześmiał. – Będę cię miał, kochana. Jeszcze będziesz moja.

Nachylił się w stronę czerwonej miazgi, którą przed kilkoma chwilami mógł nazywać twarzą – piękną, niewinną, niespodziewającą się zła, które na nią czyhało. Splunął na nią pogardliwie.

– Ścierwo! – syknął przez zaciśnięte zęby.

Tak naprawdę była jedynie półproduktem. Substytutem wątpliwej jakości, który zaspokoił jego żądze tylko na krótką chwilę. Dlatego Ogar nie przestanie polować. Nie przestanie zabijać, bić i gwałcić. Nie, dopóki nie dorwie swojej prawdziwej miłości. Jedynej, wyjątkowej, nierozerwalnej.

Ogar zerwał się z łańcucha, a jego wolność przyniesie zagładę wielu ludziom. I chaos. Czysty. Nieokiełznany. Demoniczny.

ROZDZIAŁ 1

Od dwóch godzin zaciskała zęby z bólu. Miała wrażenie, że zdrętwiała jej cała szczęka. I dłonie, bo te też zaciskała z całych sił. Już trzydzieści minut temu stwierdziła, że nigdy wcześniej nie doświadczyła czegoś takiego. I może to nie był największy ból, jakiego zaznała, ale w tym momencie nie chodziło o intensywność, lecz czas trwania. A im dłużej tu siedziała, tym mocniej bolało. Ale czy nie przyszła tutaj właśnie po to? Po ból? Cierpienie? Krzywdę? To wszystko miało jej przypomnieć, że jest tylko człowiekiem, że musi pozostać czujna, wysportowana, bezwzględna.

– Szlag! Mocniej się nie da? – syknęła przez zęby.

– Da się – odpowiedział mężczyzna z drwiną na ustach.

– To dawaj – rzuciła w swoim stylu, tylko że w tym nowym, wykutym trzy miesiące temu w strachu, niemocy i koszmarze. Wtedy, podczas starcia z przerażającym Ogarem, w pewnym momencie bała się, ale nie tego, że umrze, tylko że ten śmieć zadba o to, aby koniec nie nadszedł zbyt szybko, a ona – zamiast w ostatnich chwilach swojego życia wspominać przeszłość – nusiałaby błagać Boga o litość.

– Oż ty chu… – zaczęła oskarżycielskim tonem, ale choć wiele przeszła, zmieniła się i okrzepła, przekleństwa nadal przechodziły przez jej gardło niczym lodowa kula oklejona kawałkami szkła i pokruszonego granitu.

– Sama chciałaś – powiedział mężczyzna, nawet na nią nie patrząc.

Skupiał się na swojej pracy. Na dziele, które skrupulatnie przygotowywał poprzedniej nocy. Był z niego dumny. W końcu ktoś przyszedł do niego z niebanalnym pomysłem, z czymś nowym, łamiącym utarte schematy setek sów, wilków i czaszek. Ta mała i uparta klientka pozwoliła mu na przypomnienie sobie, że jest przecież artystą, nie rzemieślnikiem.

– To będzie piękne – powiedział pod nosem.

– Na razie na takie nie wygląda – rzuciła uszczypliwie.

– Spokojnie, przed nami jeszcze kilka godzinek. – Uśmiechnął się, jakby sprawianie ludziom bólu należało do najprzyjemniejszych rzeczy na świecie.

Julia Marzewska poczuła ukłucie niepokoju. Wnętrze salonu tatuażu zawirowało, a jej zrobiło się jednocześnie i gorąco, i zimno. Do tej pory poznała tylko jednego człowieka, który lubił sprawiać ludziom ból – Ogara. Tylko czy mogła porównywać tatuażystę do spaczonej bestii, która nie powinna kroczyć po tym świecie? A mało to historii o zwyrodnialcach pracujących jako pielęgniarze, lekarze, a nawet policjanci? – starała się skupić myśli na czymś, co przywróci jej równowagę. Może tatuujący po prostu znacznie lepiej od innych dostosowali się do panujących w świecie reguł i znaleźli sobie pracę, która chociażby w małym stopniu, ale zaspokaja ich chore żądze? Uspokój się, Marzewska! – przywołała się do porządku. Nikt nie jest taki jak Ogar!

Nagle, choć bardzo tego nie chciała, wyobraźnia podsunęła jej obrazy sprzed trzech miesięcy. Jej niesforna, niedająca się okiełznać głowa już sprawiała jej takie figle i najczęściej zdarzało się to w najmniej oczekiwanym momencie – podczas odprawy w pokoju nowego naczelnika, na stacji benzynowej, gdy zamawiała kolejnego hot doga, a nawet podczas oczekiwania na zielone światło. Zawsze wtedy ktoś musiał wybudzić ją z letargu, który opanowywał całe ciało i umysł. Czy to były ataki paniki? Raczej nie. Serce nie waliło jej niczym młot, nie oblewały jej zimne poty, a skóra nie stawała się blada jak papier. Po prostu zastygała w bezruchu, jakby jej ciało wyłączało wszystkie funkcje życiowe. Wszystkie oprócz jednej – retrospekcji. To cholerne wspomnienie porażało ją realnością i dokładnością szczegółów.

Obraz był niezmienny – Julia walczyła z Ogarem. Już sama walka ją przerażała, a raczej to, z jaką dokładnością zapamiętała każdy cios i każde syknięcie. Nie migały jej przed oczami poszczególne sceny. Ona odtwarzała tę chwilę w skali jeden do jednego, jakby jakiś sadystyczny wewnętrzny chochlik zapraszał ją na kolejny seans, który jota w jotę będzie taki jak poprzednie, a ona, posłuszna Juleczka, potulnie przyglądała się scenie grozy, której nie powstydziłby się nawet sam Stephen King.

Trzask. Rumor. Pisk.

Znowu nadszedł kulminacyjny moment. Zawsze nadchodził. Julia Marzewska leżała nieruchomo na ziemi. Nie mogła ruszyć żadną z kończyn, zachowała trzeźwość umysłu, ale ciało odmówiło jej posłuszeństwa. Dokładnie tak jak podczas tych mrocznych seansów. „O, i taka mi się podobasz” – w jej głowie rozległ się chrypliwy głos, który swoim obrzydliwym tonem niemal rysował jej płaty mózgowe, jak długi twardy paznokieć rysuje po tablicy.

Ogar ściągnął spodnie. Mimowolnie spojrzała na jego nabrzmiały członek, a po jej ciele rozprzestrzeniła się paskudna myśl. Paskudna, wstrętna, hańbiąca jak to, co za chwilę miało się wydarzyć. Nadal nie panowała nad ciałem, dlatego nie mogła powstrzymać łzy, która spłynęła jej po policzku, choć tak bardzo nie chciała okazywać przy nim słabości. Nie przy tym bezwzględnym psychopacie.

„Teraz czeka cię kara, ślicznotko” – znów to drapanie. Tak intensywne i agresywne, że aż zakręciło jej się w głowie. Pisk. Szum. Jeszcze większy pisk. „Czeka cię kara! Kara! Ślicznotko, kara! Teraz czeka cię kara!”. Na barku poczuła obślizgły dotyk. Panowanie nad ciałem wróciło, ale chyba tylko po to, aby czuła wszystko co do sekundy. Zapamiętała każde muśnięcie dłonią, każdy ścisk, cios, oddech.

Uścisk się wzmocnił tak bardzo, że niemal na pewno na drugi dzień będzie miała sińca. Obudź się! – krzyczała w myślach. Obudź się albo ten gnój cię dopadnie.

Ręka zacisnęła się na jej ramieniu. Szarpnęła dwukrotnie, chcąc wyrwać ją z tego świata, zanieść w nikomu nieznane miejsce i zabawiać się dniami, miesiącami, latami.

– Kurwa, Julia! – w końcu donośny krzyk tatuażysty przebił się przez barierę strachu i dezorientacji.

Odetchnęła głęboko.

– Co się tak awanturujesz? – odpowiedziała ostro, spoglądając na dłoń mężczyzny, która nadal ściskała jej bark.

Tatuażysta też odetchnął.

– Boże, ale mnie przestraszyłaś. Myślałem, że wpadłaś w jakiś paraliż przez ten tatuaż.

– Paraliż? – dopytała, aby dać sobie czas na powrót do rzeczywistości. Zawsze go potrzebowała.

– Nie wiem. Paraliż, katatonia, autyzm… Nie znam się, ale cholernie mnie przeraziłaś!

– Dobra, dobra. Skończyłeś?

– Tak.

Na twarzy mężczyzny pojawiło się coś na wzór dumy.

– To pieprzone arcydzieło – dodał po chwili.

– Ty, da Vinci, rozmawiasz z biedną funkcjonariuszką na państwowym garnuszku. U nas taka bieda, że jak idziemy nad jezioro, to kaczki nam rzucają chleb. – Uśmiechnęła się szeroko.

Często to robiła. Znaczy się, nie uśmiechała, ale zbywała niekomfortową sytuację związaną z jej porażeniem żartem. Nie musiał być wysublimowany. Musiał tylko być. Nawet byle jaki. Miał tylko jedno zadanie: odwrócić uwagę.

– A czy ja ci na kaczkę wyglądam? – zapytał mężczyzna, układając usta w charakterystyczny dziobek. – Jam jest Leonardo DiCaprio! Artysta wszech czasów – celowo zmienił nazwisko. Ostatnio w internecie widział filmik, na którym młodzi ludzie gimnastykowali się umysłowo podczas odpowiedzi, aby zaprzeczyć tezie, że matura to bzdura. Wielu z nich poległo. Bardzo wielu. Niektórzy mylili włoskiego artystę i architekta z amerykańskim aktorem, a jeszcze inni nie mieli pojęcia, kto jest autorem polskiego hymnu.

– Dej kromkę.

Julia wyciągnęła rękę przed siebie, a po chwili, śmiejąc się z własnego żartu, wstała z całkiem wygodnego fotela i podeszła do lustra.

– Nieźle – oceniła, obracając się to w lewo, to w prawo.

– Chcesz mnie obrazić? – mężczyzna zmierzył ją srogim spojrzeniem.

– Jest świetny, Maras.

– No!

Znowu ta duma. Niemal wypiął klatkę w oczekiwaniu na medal, order, czy chociażby zwykły dyplom.

– Jest dużo mroku, tak jak chciałaś. Muszę zrobić zdjęcie. Dawno nie stworzyłem czegoś tak genialnego.

– Tylko bez twarzy – poleciła.

Ostatnie, czego teraz potrzebowała, to jej fotografia w samej bieliźnie swawolnie hasająca w sieci.

– Uwierz mi, zdjęcie twojego ciała wystarczy.

Oczy tatuażysty zabłysły czystym pożądaniem. Znała to spojrzenie, ostatnio coraz częściej je dostrzegała. Jej filigranowe ciało było wysportowane jak nigdy dotąd. Owszem, kiedyś ćwiczyła, ale nie tak ostro i nałogowo jak teraz.

– Hamuj bajerę – przystopowała jego zapędy.

– Musiałem spróbować. – Uśmiechnął się, unosząc ręce w geście poddania.

Z opresji wybawił go dzwonek telefonu Marzewskiej.

– Masz szczęście – pokiwała palcem wskazującym i odebrała telefon. Niepotrzebnie, bo wiedziała, kto dzwoni i po co. – Wiem ­­­– mruknęła do aparatu.

– Super, że wiesz – odpowiedział jej równie zimny głos. – Pogrzeb zaczyna się za godzinę.

– Będę – rzuciła krótko, po czym bez wahania wcisnęła czerwoną słuchawkę.

Spojrzała jeszcze na tatuażystę, ale ten postanowił się nie odzywać. Julia wywoływała w nim niepokój. Stanowczość i chłód, jakimi emanowała, nie współgrały z jej delikatnym wyglądem. Pociągała go, ale nie odważyłby się jej dotknąć. A nawet jeśli jakimś cudem doszłoby między nimi do czegoś więcej niż „hamuj bajerę”, to raczej byłby obserwatorem całego zajścia niż inicjatorem igraszek. Zwyczajnie istniało zbyt duże ryzyko ciętej riposty, kastrującej skuteczniej niż alkohol w nadmiarze. Albo liścia. O tak, liść w jej wykonaniu byłby najbardziej poniżającą rzeczą w jego łóżkowych przygodach.

– Dzięki za dziarę. Puszczę ci blika – rzuciła na odchodne.

– Jasne – odpowiedział wbrew sobie.

Przecież nawet nie wiedział, co to tak dokładnie jest. Puścić to on mógł co najwyżej bąka, ale wolał nie zadzierać z Julką. Już sam nie wiedział, co było straszniejsze – ona czy jej nowy tatuaż.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

Spis treści

PROLOG

ROZDZIAŁ 1

Punkty orientacyjne

Okładka