Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Pierwszy tom kryminalnego cyklu „Komisariat wyrzutków”.
Kryminalna atmosfera, tajemnice, zamknięta społeczność i trudne relacje w niewielkiej policyjnej ekipie.
Komisarz Sokół zostaje warunkowo przywrócony do służby i wysłany do Nawidowa, gdzie zmowa milczenia kryje oprawcę. Tu każdy nowy jest obcy, a mieszkańcy zamykają przed nim drzwi, usta i duszę. Tajemniczy przestępca ma jeszcze jedną potężną broń – legendy. W Nawidowie zła nie czyni człowiek, lecz słowiański demon – mamuna, leszy, szeptucha, wieszczy, a może sam diabeł. Według mieszkańców to demony stoją za ich tragedią, dlatego by ich bardziej nie rozzłościć, akceptują swój los. Choć dzieją się niepokojące rzeczy, nikt nie prosi o pomoc.
Kto tajemnic szuka, ten diabła spotyka.
Komisarz Sokół nie tylko chce go spotkać, ale i złapać, co nie podoba się zarówno mieszkańcom, jak i miejscowym stróżom prawa. To komisariat policyjnych wyrzutków, do którego trafiają funkcjonariusze i funkcjonariuszki z przeszłością. W dodatku Sęp, teraz na służbie w BSW, chce przyskrzynić Sokoła, dawnego przyjaciela z dzieciństwa.
„Mamuna” to powieść o tym, jak zło wpływa na ludzi, jak zatruwa ich umysły i jak pochłania tych, którzy go doświadczyli.
Krystian Stolarz – policjant, magister prawa, sportowiec amator i miłośnik książek. Prowadzi na Instagramie konto @policjant_czytaipisze, na którym promuje czytelnictwo i recenzuje książki. Dba o autentyzm języka, atmosfery panującej w policji i szczegółów śledztwa. Prawda o policyjnej robocie jest znakiem rozpoznawczym jego powieści.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 443
Copyright © Krystian Stolarz, 2026
Projekt okładki
Paweł Panczakiewicz
Zdjęcie na okładce
© lassetorri/Freepik
Redaktor prowadzący
Anna Derengowska
Redakcja
Renata Bubrowiecka
Korekta
Katarzyna Kusojć
Bożena Hulewicz
ISBN 978-83-8444-585-3
Warszawa 2026
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o.
02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28
www.proszynski.pl
Powiadam wam, powiadam, ona przyjdzie znów. Upomni się o imię, które do nas należy, a gdy odejdzie, zostanie jeno pusta kołyska.
A przychodzi po nocach cicho jak oddech lasu. Suknią jej mech i płacz matki, a włosy, rzadkie i tłuste, utkane z imion, które już nie wrócą. Ręce jej, długie niczym grabie chłopa, sięgną tam, gdzie pamięć słabnie. Nie ujrzysz jej w dzień, nie ujrzysz w nocy, ale gdy usłyszysz jej szept, o dziecko swe zamartwiaj się.
Grabiec
Boję się – wyznała Kasia, którą cisza niepokoiła bardziej niż krzyki. A może jednak nie? Tych przecież też nie znosiła.
– Czego? – zapytała ze szczerą troską Weronika, bo dziewczyna była dla niej niczym młodsza siostra, którą wypadało się zaopiekować.
– Wilka złego – odpowiedział Borys, wybuchając przy tym donośnym śmiechem.
Siedział przy jednym z biurek, opierał się o nie łokciami i wciąż wlepiał oczy w ekran smartfona. Jak zwykle w takich momentach przeglądał te swoje głupie filmiki.
– Cicho, bo nas usłyszy! – upomniała go przerażona Kasia.
– Dziewczyno, masz oczy i uszy czy obsranie zalepiło ci każdą dziurę? Spójrz za okno! – warknął Borys, wielki, umięśniony i zarośnięty niczym niedźwiedź, z grymasem, jaki zazwyczaj towarzyszył takim bestiom tuż po przebudzeniu z zimowego snu.
– Z tobą nie gadam! – oburzyła się Kasia, która teraz przypominała zbuntowaną nastolatkę, której mama nie pozwoliła wyjść do szkoły w pełnym makijażu.
– On ma rację – wtrąciła się Weronika. – Na zewnątrz taka ulewa, że nawet strzału byśmy nie usłyszeli.
– Strzału? – Głos Kasi zaczął drżeć. Może i powinna być odważniejsza, ale to wszystko wina tych cholernych grzmotów.
W pomieszczeniu panował mrok, rozpraszany tylko przez dwa płomienie świeczek – szalejąca od czterdziestu minut burza odcięła wiosce prąd. Znowu. Działo się tak nie tylko przy każdej nawałnicy. Czasami wystarczyła większa ulewa. Dlatego byli już przygotowani na takie sytuacje. Wszelkiego rodzaju źródła światła, w tym świeczki i latarki, leżały w drewnianej wąskiej szafce, która teraz świeciła na zielono. To zasługa Kasi, która pewnego dnia zamówiła w sieci fluorescencyjne naklejki. Choć początkowo niemal każdy śmiał się z jej pomysłu, ten okazał się wyjątkowo praktyczny. Oczywiście nikt za te śmiechy jej nie przeprosił, ale to nic. Wszystko, co robiła, robiła dla siebie.
– Po co wy się tak spinacie? Co on? Idiota jakiś, żeby w taką ulewę jechać? Tym bardziej wychodzić z auta? – rzucił Borys, nie odrywając wzroku od komórki.
– Miał być o dwudziestej drugiej – zauważyła Kasia.
– No tak. Nasza świętojebliwa panna nawet podczas erupcji wulkanu nie mogłaby się spóźnić – odpowiedział złośliwie.
– Cham. Graj w te swoje głupie gry i oszczędź nam komentarzy – zdenerwowała się Kasia.
– W ogóle co to był za pomysł, żebyśmy go tutaj musieli witać? Nie mogliśmy po prostu przyjść jutro do roboty jak zwykle i wtedy go poznać?
– Przestań, Borys… – Weronika też miała go dosyć. – Gość nie jest stąd. Nawet nie wie, gdzie tu jest pokój do spania, no i przecież nie miałby kluczy.
– Wystarczyłaby do tego jedna osoba – mruknął niedźwiedź.
– Idź sobie, jak ci się nie podoba – odezwała się Kasia i skrzyżowała ręce na klatce piersiowej, zmieniając się ze zbuntowanej nastolatki w obrażoną dziewczynkę.
– Posterunkowa… – zaczął ostrym tonem Borys, ale przerwała mu przeszywająca niebo błyskawica.
Tym razem błysk był znacznie mocniejszy, jakby ktoś za pomocą tysiąca aparatów próbował zrobić im zdjęcie.
– Ale jebnie – zapowiedział Kacper, który zazwyczaj stronił od takich dyskusji. Widocznie błysk wywołał w nim taki dyskomfort, że zmusił go do zaznaczenia swojej obecności.
– Tylko się nie zesraj – skwitował Borys.
Huk pioruna był potężny i przerażający, ale jeszcze bardziej przerażające było wyczucie czasu nowo przybyłego, który otworzył drzwi dokładnie w momencie uderzenia, co nadało całej tej chwili niesamowitą grozę. Zresztą mężczyzna wyglądał jak zmora z zaświatów. Wysoki, posępny, w przemokniętej do suchej nitki czarnej jak smoła koszulce. Niczym utopiec prosto z pobliskich moczarów.
– Ale brzydki – skwitował bezpośrednio Borys, odkładając telefon na biurko.
Utopiec stał tak przez chwilę, wpatrując się w półciemne sylwetki. Łącznie naliczył ich pięć, choć dwie siedziały w miejscu, gdzie płomień świeczek niemal nie docierał. Rzucał jedynie cienie, które niepokojącymi kształtami tańczyły po ścianie.
– Dzień dobry – oczywiście pierwsza odezwała się Kasia. – Niestety burza odebrała nam prąd, ale mamy świeczki i bojler z nagrzaną wodą. Gazówka też jest, więc jeśli chce pan coś zjeść…
– A faks tutaj macie? – przerwał utopiec.
– Tak – odpowiedziała zbita z tropu. Bo skoro nie było prądu, to i faks nie działał.
– Jak długo nie ma prądu?
– Od jakichś czterdziestu minut – wtrącił Borys, gdy Kasia nie potrafiła znaleźć odpowiedzi.
– Czyli telegram z moim stopniem służbowym doszedł?
– Tak, panie komisarzu – poprawiła się Kasia, zakłopotana. Bała się ciemności, ale w tej chwili była za nią wdzięczna, gdyż skryła jej dreszcze.
– Oho – skwitował Borys. – My tu dla pana komisarza przygotowaliśmy przyjęcie powitalne. Nawet lokalny przysmak się znalazł.
Spod biurka wyciągnął butelkę, w której zatańczyła brązowa, nieco przypalana ciecz.
– Bimber? – domyślił się komisarz.
– Najlepszy w powiecie. – Borys uśmiechnął się szeroko.
– Nie piję. I wy lepiej też nie pijcie. Jeśli wyczuję alkohol na porannej odprawie, burza i brak prądu będą jedynie niewielkimi niewygodami w porównaniu z tym, co dla was przygotuję – rzucił ponuro, po czym wyszedł bez słowa.
– Chuj – skwitował Borys, gdy upewnił się, że kroki komisarza umilkły.
– Pewnie ma zły humor, przemókł do suchej nitki – próbowała go tłumaczyć Kasia.
– Yhm… – westchnęła Weronika.
– Może w końcu pan inspektor się odezwie?
Borys spojrzał w stronę starszego szpakowatego mężczyzny, który siedział w kącie pomieszczenia. W tym mroku on też nie dostrzegł ani twarzy, ani oczu, jedynie zarys postaci. Zgarbionej, zmęczonej, ale jakimś cudem wędrującej jeszcze po tym świecie.
– Ulewa zmywa ślady, lecz nie zmywa win – odezwał się ochrypłym głosem wywołany.
– Toś powiedział – burknął Borys.
W tym momencie delikatny pisk włączającej się mikrofalówki oraz oślepiający błysk żarówek oznajmił im, że ulewa dobiegła końca.
– No, to za nowego komendanta!
Borys chwycił butelkę, uderzył łokciem o jej dno, po czym szybko i sprawnie pozbył się zakrętki. Łyknął wprost z butelki, po czym podał ją dalej.
– Za nowego komendanta. – Weronika westchnęła, dopełniając toastu.
Poczekał, aż wyjdą. Zawsze czekał, a oni zawsze wychodzili. Teraz jednak musiał uważać – nigdy wcześniej nikt nie nocował w komisariacie. Ale to nie było dla niego przeszkodą, jedynie niewielką niedogodnością. A on przecież lubił niedogodności, łatwość, z jaką je pokonywał, dowodziła jego wartości.
Zapalił latarkę, celowo przerobioną tak, by rzucała zaledwie bladą poświatę, i zbliżył się do pancernej szafy, oblepionej wokół policyjną taśmą. Ponoć lata temu ktoś zgubił do niej klucze, po czym komendant niefortunnym przypadkiem zgubił klucz matkę. Niefortunność też lubił, zwłaszcza gdy nią sterował. W szafie znajdowały się dwa segregatory – jeden opasły niczym encyklopedia, a drugi przypominał bardziej krótki i lekki komiks. To po ten komiks właśnie sięgnął. Zawsze sięgał, gdy dopadało go zwątpienie. Usiadł pod szafą i przyświecał sobie na kolejne strony. Było ich dziesięć, a na każdej znajdowało się zdjęcie dziecka, jego dane, wiek i krótka notka: ZAGINIONY/ZAGINIONA.
Sokół wpatrywał się w sufit i czekał, aż dźwięk alarmu wypełni jego niewielki, dość obskurny pokój. Gdy tak się stało, jednym ruchem wyłączył budzik, po czym szybkimi, niemal wyuczonymi na pamięć ruchami odpalił aplikację WhatsApp. To tam czekała na niego wiadomość, którą musiał odsłuchać. Miniaturka zdjęcia przy głosówce sprawiła, że do jego serca wlało się przyjemne ciepło. Uśmiechnięta twarz córki zawsze tak na niego działała. Przetarł oczy, chrząknął, odganiając poranną chrypę, po czym odtworzył nagranie głosowe:
– „Cześć, tato! Znowu nawaliłeś! Wisisz mi trzy buziaki i dwa duże przytulasy. Ale spokojnie, mamie nic nie powiem”.
Kochana Jowitka. Naprawdę nic nie powiedziała mamie.
*
– Czołem, pracy!
Borys wpadł do pokoju z hukiem godnym wczorajszego grzmotu. Pomieszczenie było duże, bardziej przypominało salę jakiejś korporacji z pięcioma boksami. Wprawdzie każdy z nich oddzielony był od siebie deską, ale o prywatności policjanci mogli zapomnieć. Na środku stał duży okrągły stół, przy którym wszyscy się zebrali. Każdy opierał głowę o jego blat. Przy każdym stał kubek z kawą albo z wodą i cytryną. Wyglądali, jakby dywagowali nad losem kraju, a może i świata. Tylko Kasia skakała wokół swojego biurka jak poparzona.
– Źle z wami, lamusy… Polać wam coś na wzmocnienie? – sapnął z przekąsem Borys.
– Spadaj – burknął Kacper.
Jego wątłe ciało na tle pokaźnego stołu wyglądało i komicznie, i żałośnie.
– Mówiłam wam, że druga butelka to przesada – wtrąciła Kasia z miną pilnego ucznia. Jedyna zakończyła picie na pierwszej.
Posterunkowa Kasia Szymańska miała zaledwie dwadzieścia lat i za sobą miesiąc służby w policji, pomijając sześć miesięcy szkoły i dwa miesiące adaptacji w Warszawie. Nie wyglądała jak policjantka. W czarnych włosach do ramion i okrągłych oprawkach okularów przypominałaby raczej bibliotekarkę, gdyby nie mundur, który i tak wisiał na niej jak niebieski worek z napisem POLICJA, bo tak była drobna. Oczywiście sam wygląd o niczym nie świadczy, ale u Kasi wraz z filigranową figurą w parze szło delikatne, niemal dziewczęce usposobienie. Nie przeklinała, nie piła – wyjątkiem były okazje służbowe, i to tylko po godzinach służby – nie paliła i w sumie w ogóle mało robiła. W Nawidowie była nowa. Trafiła tu od razu po adaptacji, choć nikt nie miał pojęcia dlaczego. Jeśli akurat nie służyła, to siedziała w domu i czytała książki. Dużo książek.
– A ja mówiłem ci, dziewczyno, żebyś w końcu zaczęła żyć – odezwał się Borys.
– I picie bimbru od lokalnego bandziora jest tym życiem? – zapytała przekornie.
– Bandziora? – zdziwił się Borys. – Stary Warchoł przecież to nasz zaufany człowiek.
– Pędzenie bimbru, a raczej jego sprzedawanie jest nielegalne. Jesteśmy policjantami, nie żulami spod sklepu.
– No cóż, ślicznotko – Borys puścił do niej oko – wczoraj piłaś z nami, więc dostaniesz współudział.
– Serio? Macie jeszcze siłę na te wasze spiny o wszystko? – Kacper uniósł nieznacznie głowę i spojrzał na nich niemrawo.
– Mam energię na znacznie więcej, Rudy, ale co ty tam wiesz.
– Siadaj już i się zamknij – odezwała się w końcu Weronika.
Dotrzymywała wczoraj kroku Borysowi i inspektorowi, ale dzisiaj wyglądała całkiem dobrze.
– Widzę, że twoje magiczne ziółka działają. Ty też masz energię na znacznie więcej? – zapytał Borys.
– Tak. Mam też ziółka, po których pocieknie ci ślina i zaśniesz w kącie pokoju na co najmniej osiem godzin. Więc siadaj grzecznie i milcz, jeśli nie chcesz, aby jedynym płynem, który będziesz miał odwagę wypić, była woda butelkowana otwierana przy tobie.
– Tak jest, wiedźmo.
– Mówią mi Korzeń i dobrze będzie, jeśli też się do tego dostosujesz – odpowiedziała, skupiając wzrok na drzwiach wejściowych. Ich nowy szef za chwilę powinien tu być.
Zgodnie z przewidywaniami drzwi otworzyły się w ciągu minuty, ale w progu nie ujrzeli sztywnego komisarza, tylko inspektora. No tak, wybiła siódma trzydzieści. Dla inspektora spóźnienie było tym samym, co dla polityków zgoda – abstrakcją.
– Czołem, inspektorze – powiedzieli jednym głosem.
Mężczyzna skinął tylko głową i skierował się do pustego biurka. Położył na nim termos z kawą, a czarny plecak obok krzesła, po czym usiadł wygodnie, nalał sobie kawy do kubka i zaczął pić, nie przejmując się spojrzeniami pozostałych.
– Dzień dobry. – Nagle do pokoju wszedł utopiec. To znaczy mężczyzna, który wczoraj go przypominał, ale dzisiaj wyglądał zupełnie inaczej. Kruczoczarne włosy średniej długości wymodelował do góry w taki sposób, aby kilka pozornie niesfornych kosmyków opadało mu na czoło. Choć fryzura mówiła co innego, mężczyzna nie przypominał w niczym modela. Może i miał kwadratową szczękę, silne mięśnie żuchwy i pełne usta, ale bardziej podobny był do boksera. Nie miał zarostu, co sprawiało, że mimo ostrego wyrazu twarzy wyglądał na młodego. Jego postura może nie była tak przytłaczająca jak Borysa, ale szeroka klatka piersiowa i wypukłe barki sprawiały wrażenie, że facet poznał już smak walki. No i ta blizna. Długa, szeroka, nierówna i przede wszystkim szpecąca pół twarzy. Rozciągała się od prawego oka po samą linię szczęki.
– Dzień dobry, panie komisarzu!
Posterunkowa Szymańska zerwała się na równe nogi, przyjmując postawę zasadniczą. Wczoraj popełniła błąd, nazywając go po prostu panem, drugi raz nie zamierzała.
– Cześć – rzuciła reszta.
– Nazywam się komisarz Bożydar Sokół.
– Sokół? – wtrącił pod nosem Kowal. Widział faks z jego nazwiskiem, ale dopiero wypowiedziane na głos zazgrzytało mu w uszach.
– Nazywam się komisarz Bożydar Sokół – powtórzył beznamiętnie. – W służbie jestem od piętnastu lat, z czego dziesięć spędziłem w wydziale kryminalnym. Jak już wiecie, będę waszym przełożonym, a z mojego doświadczenia wynika, że do przełożonego nie mówi się „cześć” ani „siema”, tylko „dzień dobry”.
Nie wyglądał, jakby żartował. W ogóle wyraz jego twarzy sugerował, że komisarz chyba nigdy nie żartuje.
– Dzisiaj jestem w mundurze, ale nie przyzwyczajajcie się. Większość swojej kariery służyłem w cywilnym ubiorze i tutaj mam zamiar kontynuować tę tradycję. Zresztą nie należę do osób siedzących na dupie, a mundur nie zawsze pomaga w nawiązywaniu relacji i wydobywaniu informacji, ale to tyle o mnie.
– Jestem Weronika. Służę…
– Naprawdę myślicie, że nie wiem, kim jesteście? – Komisarz obrzucił ich ostrym spojrzeniem. – Aspirant Weronika Zielińska, w służbie od dziesięciu lat. Jako jedyna jesteś stąd i całą swoją karierę spędziłaś właśnie tutaj, co już jest mocno zastanawiające. Odrzuciłaś dwie oferty awansu, co wkurzyło tych z powiatu, i za punkt honoru obrali sobie, abyś już nigdy więcej takich ofert nie otrzymała – zreferował chłodno.
– Fajnie, że nam powiedziałaś – skwitował złośliwie Borys.
Na dworze nie było już śladu po wczorajszej ulewie i burzy, słońce świeciło ostro, dlatego jego ubiór ograniczał się do spodni służbowych i koszulki termicznej z napisem „Policja”, która niemal pękała w szwach, podkreślając ogromną klatkę piersiową, plecy i bicepsy.
– Pierwsza oferta była za starej ekipy – broniła się Weronika, spoglądając ukradkiem w stronę inspektora, który o każdej z tych propozycji wiedział.
– Sierżant Borys Kowal…
– Po prostu Kowal – przerwał komisarzowi Borys – bo wie komendant, łapy jak kowadła.
Mówiąc to, napiął bicepsy, na których natychmiast pojawiły się zakręcone tłuste żyły.
– Sierżant Borys Kowalski – komisarz zignorował słowa podwładnego. – Wciąż sierżant, bo przy dziesięcioletnim stażu powinieneś już dawno awansować do co najmniej sierżanta sztabowego, a przy dobrych wiatrach mógłbyś mieć na pagonach młodszego aspiranta. Ale brak awansów to przecież nie wszystko, prawda? Podobnie jak przerywanie przełożonemu.
Borys drgnął nerwowo, po czym podniósł się z krzesła. Zrobił to celowo, bo stojąc, wyglądał jeszcze potężniej, zwłaszcza gdy wbijał to swoje groźne spojrzenie w przełożonego. Ale komisarz Sokół nie zamierzał odpuścić:
– No co, niedźwiedziu? Sesje z psychologiem wojewódzkim nie podziałały? Ruszysz na mnie tak jak na przełożonego w Zielonej Górze?
Borys nie odpowiedział, natomiast jego ciało tak. Napięło się do granic możliwości, żyły wykwitły teraz jeszcze na przedramionach, szyi i skroni. Ich wygląd w połączeniu z pokaźnymi mięśniami mógł przerazić.
– Wyluzuj, nie jesteś na meczu. Jako dzielnicowy powinieneś popracować nad aparycją – dodał komisarz, po czym przerzucił wzrok na policjantkę o urodzie bibliotekarki.
Też drgnęła, tylko że w inny sposób niż Borys. Kowal był gotowy walczyć, Kasia natomiast uciekać.
– Posterunkowa Katarzyna Szymańska, w służbie od dziewięciu lat, w tym osiem to szkoła i adaptacja. Ty też jesteś ciekawym przypadkiem, bo trafiłaś tu już na samym początku policyjnej przygody. Z tego, co wiem, aby służyć w takim jakże uroczym miejscu – mówiąc to, teatralnie i dość krytycznie rozejrzał się po wnętrzu – trzeba sobie odpowiednio zapracować. O jakiejś wielkiej wtopie nie słyszałem, więc zostaje inna opcja: komuś podpadłaś. I to komuś na wysokim stanowisku, bo gdyby to był ktoś z powiatu, już dawno bym wiedział.
– Nie, ja po prostu…
– Nie lubię kłamstw. Jeśli chcesz mnie okłamać, to lepiej milcz.
Posterunkowa opuściła głowę i zaczęła nerwowo skubać rzep od swojego pasa.
– A może tak pan komendant trochę spuści z tonu? – tym razem odezwał się inspektor.
W dłoni trzymał kubek z kawą, a jego twarz była wyjątkowo spokojna. Na pewno znacznie spokojniejsza niż pozostałych.
– Pan inspektor to dopiero ciekawy przypadek – komisarz jednak kontynuował przemowę – bo z tego, co wiem, to służbę zakończył pan równo rok temu.
– Tak, byłem komendantem tego przybytku przez ostatnie piętnaście lat mojej służby, dlatego proszę wziąć sobie moje uwagi do serca. Gwarantuję, że ten rejon jest… – szukał odpowiednich słów, a pustą chwilę wypełnił łykiem kawy – dość specyficzny, pracuje się tu zupełnie inaczej niż w powiecie bądź mieście, z którego pan przybył, dlatego zespół i panująca w nim atmosfera mają ogromne znaczenie.
– Nie interesują mnie pańskie rady. Bardziej interesuje mnie powód, dla którego przychodzi pan tu dobrowolnie od roku pomimo zasłużonej emerytury.
– Przyzwyczajenie.
Znów łyk kawy.
– Jeszcze wrócimy do tego. – Służbowy ton komisarza sprawiał, że w pokoju zgęstniała atmosfera.
Teraz spojrzenie nowego komendanta padło na drobnego mężczyznę, który nie miał na sobie munduru, tylko wyciągniętą, niegdyś czarną, koszulkę. Był blady, spocony i sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał zemdleć, przytłoczony całą sytuacją.
– Dobrze się czujesz? – zapytał.
– Tak, panie komisarzu, to tylko żołądek. Zjem śniadanie i mi przejdzie.
– To tyle z odprawy. Bierzcie się do roboty.
– Co? A co z Maliniakiem? Przejechałeś się po każdym z nas, a jego oszczędziłeś? Bo co, jest rudy? Chudy? Czy dobrze w dupę wchodzi? – Borys jak zwykle nie gryzł się w język.
Komisarz odpowiedział mu uśmiechem.
– Zwykłem nie strzępić ryja na darmo – powiedział i z tylnej kieszeni spodni wyciągnął AlcoBlow.
Na jego widok nie tylko Kacper zbladł, jeśli w jego wypadku było to jeszcze możliwe. No, może tylko inspektor się nie przejął, ale on jako jedyny nie musiał pobierać do służby broni.
– Dmuchaj.
Komisarz stanął przed Maliniakiem i niemal włożył mu alkomat do ust.
– Mam sraczkę. Nie jestem zdolny do służby – wymamrotał Kacper.
– Nie. Pobrałeś broń, a więc stwierdziłeś, że jesteś zdolny. Dmuchaj, powiedziałem.
Zrobiło się naprawdę poważnie, bo może wczoraj nie balowali do trzeciej nad ranem, ale bimber od Warchoła był przepotężny, a ciało Kacpra takie marne. Mężczyzna wstał z krzesła, poprawił rozciągniętą koszulkę, po czym obrzucił spojrzeniem kolegów. Tylko Borys to zauważył, ale nie zamierzał dodawać mu otuchy. Wyszczerzył te swoje białe zęby i ze zniecierpliwieniem czekał, aż Kacper w końcu dmuchnie. Nie lubili się, ścinali się na każdym kroku, a komisarz ze świeczką w dłoni był niczym ringowy sędzia, który ogłaszał ostateczny werdykt ich pojedynku. TKO – techniczny nokaut. Bo Borys nie bał się o siebie. Ważył ponad sto dwadzieścia kilogramów, a ilość bimbru, jaką wczoraj wlał w siebie, była dla niego niczym lekarstwo na bezsenność.
– Dmuchaj – powtórzył komisarz.
Kacper mógł uciec, schować się gdzieś w krzakach i przeczekać, aż alkohol opuści jego organizm, ale w głosie, mimice, a także posturze nowego szefa było coś niepokojącego. Stał więc bez ruchu, czekając na wyrok. Nie dyskutował, nie wił się niczym wąż na patelni. Siła, która biła od komisarza, kazała mu ulec. Zupełnie jakby nie był podrzędnym utopcem, ale wąpierzem lub samym Welesem. Kacper nachylił się więc w stronę urządzenia, zaczerpnął głęboko powietrza i dmuchnął jak najmocniej. Nie kombinował z płytkim oddechem, nie próbował też wypuszczać powietrza przez nos. Jeśli miał już odejść, to postanowił zrobić to z honorem.
Z honorem? Co za bzdura. Wylecieć z policji za pijaństwo to wstyd. I nie dlatego, że to czyn niegodny munduru. Kacper znał mnóstwo gliniarzy, którzy za kołnierz nie wylewali, mimo to wciąż służyli – i to nawet na wysokich stanowiskach. Tylko on skończy jako ten wyklęty.
AlcoBlow zapiszczał, a w pokoju zaległa cisza. Każdy wpatrywał się w diodę, która już za chwilę wyda wyrok na jednego z nich. Cholera, przecież każdy z nich pił. Weronice nawet wydawało się, że piła znacznie więcej niż Kacper. Jeśli on wpadnie, to ona też i żadne ziółka jej wtedy nie pomogą.
Urządzenie dość długo pracowało nad wynikiem, co zazwyczaj świadczyło o obecności alkoholu w wydychanym powietrzu. Kacper z rezygnacją wbijał wzrok w diodę, która miała trzy opcje: zaświecić się na zielono, co oznaczało pracę nawet do emerytury, na pomarańczowo – co dawało szansę wybronienia się, no i na czerwono – czyli STOP, koniec jazdy, koniec służby, koniec wszystkiego. Może i był tu na wygnaniu, może i wyłącznie wegetował od pięciu lat, ale przecież nie miał żadnych innych perspektyw. Brak życia prywatnego nie ułatwiłby aklimatyzacji w nowym innym świecie.
Charakterystyczny trzask i pisk oznajmiły wszystkim, że urządzenie zakończyło analizę.
– Zielony! – krzyknęła nagle Kasia, której też udzieliła się napięta atmosfera.
Kacper westchnął ciężko i opadł na krzesło z ulgą.
– Mówiłem, że to żołądek, panie komisarzu – oznajmił.
Nie manifestował złości, że to właśnie on został wytypowany do badania. To normalne w jego świecie. Był niski, chudy, rudy, blady – idealna zabawka antystresowa dla sfrustrowanych życiem ludzi. No, śmiało, można Kacpra naciskać, ugniatać, uderzać, deptać, a nawet opluwać. Przecież po to tu jest.
– Aspirant Kacper Maliniak. Dziesięć lat służby, w tym osiem w zespole do spraw poszukiwań, jednostka bazowa, Komenda Miejska Policji w Gorzowie Wielkopolskim. Obecnie na wygnaniu z powodu… – komisarz zawiesił głos, jakby oczekiwał, że Kacper go wyręczy. I zrobił to:
– …zazdrości. – Wzruszył ramionami. – Ludzie mówią na mnie Piksel. To ksywka jeszcze ze szkoły średniej. Może jakimś wielkim magikiem komputerowym nie jestem, ale potrafię w analizy.
Podrapał się za uchem, jakby mówienie o sobie sprawiało mu problemy.
– Głupoty – poprawił go Sokół. – Śledziłeś żonę, wykorzystując przy tym policyjne środki techniczne. Jakim cudem nie wywalili cię na zbity ryj? – W tonie komendanta można było wyczuć złość. – Jeśli tutaj odwalisz taki numer…
– Tutaj? – przerwał mu rozbawiony Kacper. – Tutaj zajmuję się najwyżej kradzieżą słoików z powidłami. A jeśli chodzi o to, że nie wylądowałem w cywilu, to po prostu czysty fart. Tak już mam. Ciągle dostaję w dupę, ale po wszystkim jakimś cudem spadam na cztery łapy, nawet jeśli te czasami się łamią. Okazało się, że prokurator, który prowadził moją sprawę, był mi życiowym bratem. Jego ukochana małżonka też postanowiła się zabawić z młodszym i ładniejszym, tylko była bardziej perfidna. Zostawiła mu dziesięcioletnią córkę, a sama poleciała ciumciać na Bali.
– Ciumciać? – wtrącił Borys. Od momentu, gdy komendant schował świeczkę do kieszeni, atmosfera nieco zelżała. – Ile ty masz lat?
– Wystarczająco, aby w obecności kobiet wypowiadać się z kulturą – odpowiedział Kacper, zerkając w stronę Kasi.
– Nie mam trzynastu lat – zaprotestowała z miną obrażonego maltańczyka. I tak jak maltańczyk wyglądała przy tym uroczo.
– Jesteś pewna? Dowodu w sumie nie widzieliśmy – dogryzł się Borys.
– Jestem i ty też powinieneś. Bo z tego, co wiem, podrywanie trzynastolatek jest surowo karane. A może powinniśmy dokładniej przyjrzeć się twoim zainteresowaniom, co? – Kasia brzmiała dość ostro, jak na bibliotekarkę oczywiście.
– Nokaut – skwitował Kacper, widząc, jak Borys się czerwieni.
Komisarz nie skomentował tej dyskusji. Podszedł teraz do wciąż pijącego tę samą kawę inspektora i rzucił:
– Stanisław Grabiec, trzydzieści lat służby, jak wcześniej wspomniałem, od roku na emeryturze. Co ty tu robisz, chłopie?
– Inspektor Stanisław Grabiec – poprawił go szpakowaty mężczyzna.
– Jesteś emerytem.
– A ty nowym tutaj. Nie wiesz, że stare wygi warto mieć po swojej stronie?
– To jest groźba?
– Rada starszego kolegi.
– No dobra. – Borys klasnął, próbując rozluźnić atmosferę. – Jak wiemy, komisariat w Nawidowie to jednostka dla wygnańców, taki, można powiedzieć, komisariat wyrzutków. Każdy z nas wylądował tu za coś, nawet nasza Kasia, mimo że nie chce się z nami podzielić powodem swojej banicji. A pan komisarz? Co się odjaniepawliło w wielkim świecie, że młody, zapewne zdolny komisarz ląduje na takim wypizdowie?
– Jestem tu, aby ogarnąć ten burdel.
– Pff, jasne! – Borys nie gryzł się w język. – Ten, jak to określił pan komisarz, burdel funkcjonuje tu od lat i jakoś nikomu nie uśmiechało się go sprzątać. Powiat i województwo mają nas tak głęboko w dupie, że przez rok funkcjonowaliśmy sobie bez komendanta. Ba! Tu nawet żadnej kontroli nie było. Ja czasami muszę tylko jechać do powiatu i spowiadać się kierownikowi dzielnicowych z prowadzonych niebieskich kart. Ale nie ma ich tu zbyt wiele.
– Borys ma rację. Tu każdy, no, może oprócz Weroniki, ale ona jest dziwna – Kacper puścił do niej oko – wylądował po tym, jak przemielił go system. Niektórzy z nas zawinili bardziej, inni mniej, ale ta jednostka jest formą kary i nie ma sensu kłamać, że jest inaczej. Może nie zaczęliśmy najlepiej, ale dobrze jest wiedzieć, że komendant to taki sam człowiek jak my.
– Koniec odprawy. Weźcie się do roboty. Ty, Weronika, przygotuj radiowóz. Wyjedziemy w teren.
Kiedy komisarz wyszedł, zaczęło się szeptanie:
– Ale buc – rzucił Borys.
– No do milutkich to on nie należy – zawtórowała mu Weronika.
– To normalne, przecież musi pokazać, że jest naszym przełożonym, a nie kolegą – broniła go Kasia.
– Weź już się nie odzywaj, bo się zaraz porzygam – skwitował znowu Borys. – A tak swoją drogą ten skurczysyn coś ukrywa. Wyjebali go tak samo jak nas. Wiecie w ogóle, z jakiej jest jednostki?
– Nie, jego przydział to wielka tajemnica. W powiecie nie mają pojęcia, kim jest – odpowiedziała Weronika.
– Myślicie, że to chodzi o te dzieci? – zapytała nieśmiało Kasia.
W pokoju zapadła cisza tak ciężka, że nawet Borys nie wycisnąłby jej na klatę.
– A ty znowu o tym? – odezwał się Kacper. – Przecież ciebie nawet tu nie było wtedy.
– Ale znam historię. To nie jest normalne, że…
– Cisza! – warknęła Weronika, gdy usłyszała zbliżające się kroki komisarza.
– Jeszcze jedno – zaczął, zatrzymując się w progu. – Kiedy wrócę z obchodu, na moim biurku mają leżeć wszystkie nierozwiązane sprawy z rejonu. Dosłownie wszystkie. I każdy z was ma mieć dla mnie co najmniej trzy. I nie chodzi mi tylko o te, których nie rozwiązaliście, jasne? Te schowane pod dywan też mają się znaleźć.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Okładka
