Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Jedno równanie może zmienić świat. Może też zabić.
Gdy przełomowe odkrycie matematyczne budzi chciwość najpotężniejszych graczy, zwykłe życie młodego geniusza zamienia się w śmiertelną grę. Pasja do liczb ściera się z siłą uczuć w walce o prawdę i wolność.
Między Lyonem a Paryżem cienie dawnych decyzji kładą się na losach ludzi, którzy kochali, wierzyli i popełniali błędy. Każdy z nich niesie własny ciężar. Każdy ma coś do ukrycia.
„Odwrócona sinusoida” to powieść o granicach wiedzy, odpowiedzialności i wolnej woli. O tym, co dzieje się, gdy nauka przestaje służyć człowiekowi, a zaczyna go formować. To książka dla czytelników, którzy cenią inteligentną fabułę, psychologiczną głębię i nieoczywiste odpowiedzi. To pulsujący thriller z wzruszającą historią o granicach etyki, który wciąga jak film i porusza jak wielka literatura.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 310
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Piotr Jakub Karcz
Odwrócona
Sinusoida
© Copyright by Piotr Jakub Karcz & e-bookowo
Korekta: Marta Bluszcz
Skład: Katarzyna Krzan
Projekt okładki: Piotr Jakub Karcz
ISBN e-book: 978-83-8166-504-9
Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo
www.e-bookowo.pl
Kontakt: [email protected]
Ten e-book jest zgodny z wymogami
Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości
bez zgody wydawcy zabronione.
Wydanie II rozszerzone 2026
Mojej żonie Agacie…
Zalążek opowiedzianej tutaj historii zrodził się w mojej głowie w roku akademickim 2002/2003, gdy jako student Erasmusa przechadzałem się tymi samymi uliczkami Clermont-Ferrand co Damien czy Pierre.
Dziękuję rodzinie i przyjaciołom za wsparcie i cierpliwość.
Chciałbym również podziękować Mirosławowi Zelentowi, posiadającemu niezwykły dar tłumaczenia skomplikowanych zagadnień matematycznych na język zwykłych ludzi, za zgodę na wykorzystanie fragmentu pracy na temat liczb pierwszych.
KSIĘGA PIERWSZA ZŁOTA SINUSOIDA
Prolog Narodziny odwróconej sinusoidy
Rozdział pierwszy Ostatni wykład
Rozdział drugi Dołeczki i wielomiany
Cover
Lyon, 16 października 2000 r.
Noc nad Lyonem była cicha i przejrzysta. Wysokie biurowce La Part-Dieu wznosiły się niczym szklane menhiry, odbijając mleczne światło księżyca. Na ich powierzchni przesuwały się refleksy nielicznych samochodów – powolne, hipnotyczne jak puls metropolii, która nigdy nie zasypia do końca.
W jednym z biurowców na trzynastym piętrze paliło się światło. Aurélien Marsat stał przy panoramicznym oknie, obracając w palcach długopis. Od dawna już nie pił, nie jadł i nie spał. Myślał.
Każda chmura, którą widział nad miastem, zdawała się równaniem – nieskończonym, żywym wzorem opisującym świat. W głowie słyszał liczby tak wyraźnie, jak inni słyszą muzykę.
W jego pracowni panowała sterylność godna laboratorium. Żadnych zdjęć, żadnych ozdób. Porządek był formą kontroli, a kontrola – jedynym sposobem, by nie zwariować. Biurko – niemal puste. Tylko monitor, notatnik i stary kalkulator Hewlett-Packard, który pamiętał jeszcze czasy jego studiów. Na półkach równo ustawione książki, posortowane nie tylko według tematu, lecz i odcienia grzbietu.
Pracował od czterdziestu godzin. Kolejne wersje równania przechodziły przez jego ręce jak fale: obliczenia, wydruk, analiza, niszczarka.
Cisza była absolutna, tylko wentylator komputera wydawał jednostajny, metaliczny szum. Aurélien zmienił kilka parametrów, pochylił się nad klawiaturą. Czekał. Zegar na ścianie tykał z precyzją metronomu.
Na ekranie pojawił się wykres – inny niż wszystkie wcześniejsze. Z początku nie dowierzał. Mrugnął, by sprawdzić, czy nie śni. Wydrukował i porównał go z równaniem zapisanym w pamięci. Idealne dopasowanie.
Zamarł. Po chwili poderwał się gwałtownie, kartki wypadły mu z rąk. Dłoń drżała, gdy sięgał po telefon.
– Mam to! – wyszeptał, jakby bał się, że głośniejszy dźwięk zniszczy cud.
Chwilę później już krzyczał:
– Mam to!
Lyon, 16 października 2000 r., piętnaście minut później
Pierre w pośpiechu wyciągnął z szafy pierwszą lepszą koszulę. Ręce mu drżały, guziki myliły się w palcach. Z każdym ruchem wydawał się coraz bardziej zagubiony. Był szczupły, nie wyglądał na swoje dwadzieścia pięć lat. Ciemne, lekko kręcone włosy sterczały we wszystkie strony.
– Co się stało, kochanie? – wymamrotała zaspanym głosem Emma, unosząc głowę z poduszki. Jej półprzymknięte oczy zdradzały, że wciąż była gdzieś między snem a jawą.
Naukowiec spojrzał na nią z mieszaniną czułości i żalu. Uwielbiał jej śniadą cerę, czarne włosy i duże zielone oczy, w których zawsze znajdował spokój. Chciał jej wszystko powiedzieć – o Aurélienie, o projekcie, który mógł odmienić światowy przemysł paliwowy, ale wiedział, że nie powinien. Nie dziś.
– Muszę wyjść wcześniej – rzucił tylko i pochylił się, by pocałować ją w policzek. – Śpij dalej.
Wybiegł z mieszkania, trzaskając drzwiami. Silnik zaryczał, a po chwili opony zapiszczały na mokrym asfalcie. Serce biło mu zbyt szybko – ekscytacja mieszała się z niepokojem, którego źródła nie potrafił określić. Przez moment wydawało mu się, że w oknie kamienicy naprzeciw mignęła jakaś twarz obserwująca go zza firanki, ale zignorował to. Pośpiech był silniejszy od ciekawości.
Deszcz, który spadł kilka godzin wcześniej, zostawił na ulicach połyskującą warstwę wilgoci, śliską i zdradliwą. Pierre uchylił szybę i odpalił papierosa. Rzadko robił to za kierownicą, ale teraz potrzebował czegokolwiek, co pozwoliłoby mu zapanować nad drżeniem dłoni.
Gdy zbliżał się do Mostu Uniwersyteckiego, zauważył w lusterku ciemny samochód jadący za nim bez świateł. Zmarszczył brwi. Wydawało się, że auto utrzymuje dokładnie ten sam dystans. Przez kilka minut nie mógł oderwać od niego wzroku, aż w końcu coś w nim pękło – przyspieszył. W tym samym momencie kątem oka dostrzegł ruch na przejściu dla pieszych. Była to kobieta z wózkiem.
Instynkt zadziałał za późno. Wcisnął hamulec z całej siły, ale przy prędkości ponad stu kilometrów na godzinę samochód wpadł w poślizg. Pisk opon, uderzenie. Wózek odleciał w powietrze jak lekki przedmiot z papieru. Pierre poczuł, jak świat traci kontury.
Zatrzymał się kilkanaście metrów dalej. Powietrze przeszył zapach spalonej gumy. Przez chwilę siedział nieruchomo, słysząc tylko dudnienie własnego serca.
Wysiadł. Kolana uginały się pod nim, nogi drżały. Z trudem łapał oddech. Widział roztrzaskany wózek. Chciał podejść, ale ogarnęło go przerażenie. Bał się spojrzeć na skutki własnego błędu.
Zanim zdążył zrobić krok, z ciemności wyrwała się kobieta. Krzycząc, rzuciła się na ziemię. Chwyciła niemowlę w ramiona i kołysała je, zawodząc. Pierre zrobił krok naprzód i wtedy zobaczył jej twarz.
Była zniekształcona, jakby z innego świata. Oczy miała mlecznobiałe, bez źrenic, a z ust wyrwał się przeraźliwy, nieludzki wrzask.
Pierre cofnął się instynktownie. Dopiero teraz zrozumiał – to nie była matka. Nie było też dziecka.
W jej ramionach tkwiła brudna, porwana lalka.
*
– Zgaś papierosa – rzekł spokojnie Aurélien Marsat, gdy jego asystent wszedł do pracowni. Znał go na tyle dobrze, by wyczuć, że to nie tylko rozmowa telefoniczna go poruszyła. Nie pytał jednak o szczegóły. Podał jedynie stos ostatnich wydruków.
Pierre trzymał kartki niepewnie, jakby miały zaraz wybuchnąć mu w dłoniach. Zgasił papierosa, nie trafiając w popielniczkę, po czym pochylił się nad wynikami. Oczy biegały po liczbach, równaniach i współczynnikach. Im dłużej patrzył, tym płyciej oddychał.
Podszedł do biurka. Rozłożył papier i chwycił ołówek. Kilka punktów, kreska, krzywa. Jeszcze raz. I jeszcze. Z każdym ruchem ręki czuł, jak w jego wnętrzu rosło coś między euforią a przerażeniem.
– To niemożliwe – wymamrotał, zerkając na wydruk, jakby chciał się upewnić, że to nie sen. – Nie mogłeś… – Zamarł. Krzywa idealnie przechodziła przez każdy punkt. – Zrobiłeś to… – wyszeptał, a potem krzyknął z całą mocą, aż echo odbiło się od ścian. – Kurwa, zrobiłeś to naprawdę! Rozpisałeś równanie odwróconej sinusoidy!
Aurélien nie drgnął. Spojrzał tylko na niego z tą samą lodowatą powagą.
– Tak – odparł cicho. – Wiesz, co się stanie, jeśli to opublikuję?
Pierre odsunął się o krok, wciąż trzymając wydruki, jakby były czymś świętym. Oczy miał szeroko otwarte, a na twarzy pojawił się grymas, w którym mieszały się zachwyt i strach.
– Dostaniesz Nobla – powiedział półgłosem, nie do końca wierząc własnym słowom.
Aurélien milczał chwilę, po czym uśmiechnął się blado.
– Albo kulkę w głowę.
*
Paryż, 4 listopada 2000 r.
Międzynarodowa konferencja klimatyczna Éternel 2000 zamieniła dzielnicę La Défense w pulsujące centrum naukowego wrzenia. Wokół monumentalnych wieżowców – Grande Arche, Tour First i Areva Tower – kłębiły się tłumy. Setki naukowców z identyfikatorami na piersiach przemykały pośród szklanych fasad, ścierając się z morzem protestujących. Transparenty z hasłami „Zmiany klimatyczne to kłamstwo korporacji!” i „Nauka na smyczy koncernów!” tworzyły barwną, chaotyczną mozaikę.
Powietrze drżało od hałasu, klaksonów i syren, a zapach wilgotnego asfaltu po porannym deszczu mieszał się ze spalinami.
W jednej z sal konferencyjnych na wysokim piętrze Christian Coysevox, prezes laboratorium badawczego L’innovation, miotał się nerwowo jak zwierzę w klatce. Był masywnym mężczyzną o pewnym siebie spojrzeniu i oczach koloru stali – teraz błyszczących gniewem. Za panoramicznym oknem wrzał tłum, w którym ludzkie głosy zlewały się w jeden wściekły szum.
– Te oszołomy zaraz tu wejdą! – ryknął, uderzając pięścią w parapet. Echo jego głosu odbiło się od szyb. – Widzisz ich? Biegają w maskach gazowych! To przez takich idiotów nauka stoi w miejscu!
Pierre zacisnął palce na teczce pełnej notatek. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Patrzył tylko na szefa z mieszaniną pogardy i rezygnacji. Christian widział w nauce biznes. Pierre – sens życia. Dla niego liczby i równania miały w sobie poezję, której Coysevox nie potrafił dostrzec.
– Spokojnie, szefie – powiedział w końcu, starając się brzmieć rzeczowo. – Pokrzyczą, zmokną i pójdą do domu. Policja ich nie przepuści.
Christian odwrócił się gwałtownie.
– Aurélien się w ogóle pojawi? Za godzinę zaczynamy, a jego nie ma!
– Będzie – odparł Pierre, choć sam nie był tego pewien. Ostatnia rozmowa z Marsatem miała w sobie coś niepokojącego.
– Jeśli nie przyjedzie, zaczniesz bez niego – rzucił Christian, machając ręką, jakby to było oczywiste.
Pierre uniósł wzrok znad notatek.
– Ja? Szefie, ja znam tylko fragmenty równania. Całość ma tylko Aurélien! To jego odkrycie, jego moment!
– Za co ja ci płacę, do cholery? – warknął Christian, zbliżając twarz tak blisko, że Pierre poczuł zapach jego wody kolońskiej zmieszany z potem. – Myślałem, że jesteś naukowcem, a nie chłopcem na posyłki! To twoja szansa. Wykorzystaj ją albo szukaj pracy gdzie indziej.
Pierre poczuł, że gniew i strach ścierają się w nim jak dwa ostrza. Bez słowa odwrócił się i wyszedł na korytarz. Powietrze było ciężkie, przesiąknięte napięciem. Wśród rozmów w różnych językach i stukotu obcasów czuł się jak w obcym świecie. Od tygodni miał to samo wrażenie, że ktoś go obserwuje.
Drżącą ręką wyjął papierosa. Płomień zapalniczki na chwilę rozświetlił jego twarz. Zaciągnął się głęboko, gdy nagle zamarł.
Na schodach prowadzących na niższe piętro stała ona. Ta sama kobieta, której omal nie zabił trzy tygodnie wcześniej w Lyonie. Blada, o matowych, mlecznych oczach i zdeformowanej twarzy. Jej palec przeciął przestrzeń pod brodą w geście poderżnięcia.
Serce uderzyło raz, drugi i trzeci – każdy dźwięk brzmiał jak stuknięcie młota w stal. Chciał coś powiedzieć, ale gardło miał suche jak popiół. Kobieta wciąż patrzyła na niego swym martwym wzrokiem, aż w końcu zniknęła za rogiem korytarza jak cień cofnięty w mrok.
– Nie… – szepnął i ruszył w jej stronę, potykając się o własne nogi.
Wbiegł po schodach, potrącając zdziwionych uczestników konferencji. Kiedy dotarł na piętro, została po niej tylko smuga – rąbek brudnej kurtki znikający za drzwiami awaryjnymi. Pierre pchnął je ramieniem i wybiegł na zewnątrz.
Uderzył go hałas i napór tłumu. Setki protestujących, transparenty, dym, megafony. Szukał jej wzrokiem – bez skutku.
– Gdzie jesteś? – powtarzał pod nosem, ocierając pot z czoła.
Ktoś z tłumu dostrzegł jego identyfikator.
– Pierre Bossuet! Zdrajca! – ryknął, zrywając z twarzy maskę i wskazując go palcem.
Tłum zawrzał.
– Sprzedawczyk koncernów!
– Morderca planety!
Ktoś chwycił go za marynarkę i szarpnął brutalnie. Pierre poczuł, jak jego ramię przeszywa ból, ale adrenalina kazała mu biec. Wyrwał się z tłumu i rzucił w stronę wejścia. Echo obelg goniło go jeszcze długo po tym, jak zamknęły się za nim szklane drzwi.
Na korytarzu czekał Christian. Twarz miał bladą jak papier.
– Posłuchaj – zaczął. Głos mu zadrżał. – Aurélien miał wypadek. Nie żyje.
Pierre poczuł, jak świat pod jego stopami pęka. To, co było dotąd krzykiem tłumu i wizją obłąkanej kobiety, zlało się w jedną falę. W oczach zrobiło mu się ciemno, a jedyne, co słyszał, to echo własnego oddechu – szybkie, urywane hausty, jakby ktoś go topił.
Aurélien – jego mentor, geniusz, przyjaciel – martwy? To nie mogło być prawdą. Wspomnienia ich wspólnej pracy nad odwróconą sinusoidą, noce spędzone nad równaniami, wszystko to błysnęło mu przed oczami niczym film odtwarzany w przyspieszonym tempie.
– Jak… jak to możliwe? – wyszeptał drżącym głosem, chwytając się ściany, by nie upaść.
A w tle za oknem tłum nadal skandował, jakby świat nie zauważył, że właśnie runął.
*
Lyon, 24 listopada 2000 r.
Wysokie drzewa kołysane powiewami wiatru płakały żółtymi liśćmi, które rozsypywały się na chodnikach nowego cmentarza w Guillotière. Dzisiaj prócz nich ronił łzy tylko Pierre i trzymająca go mocno za rękę narzeczona. Nad jasną trumną zebrała się cała kapituła Akademii Lyońskiej, w której przed laty zasiadał profesor Aurélien Marsat. Przemawiał nawet sam Raymond Barre – naukowiec i mer Lyonu, który z właściwą sobie dyplomatyczną przesadą wypowiedział się o zmarłym, określając go mianem przyjaciela. Obecna była również telewizja i spora grupa dziennikarzy.
Paparazzi i obiektywy o długich ogniskowych dekoncentrowały Pierre’a i wzbudzały poczucie zagrożenia. Przezwyciężył jednak swoją słabość. Była to po części zasługa zażytych przed kilkoma godzinami leków psychotropowych. Wszedł na mównicę, wziął głęboki oddech i zaczął:
– Pamiętam, gdy w podstawówce narysowałem pierwszy w życiu wykres funkcji. Do dziś czuję tę samą dziecięcą fascynację, radość z odkrywania porządku w czymś pozornie chaotycznym. Niestety wraz z nią przyszło niezrozumienie. Koledzy z ławki patrzyli na mnie jak na dziwaka. Już wtedy uzmysłowiłem sobie, że czasem trzeba wybrać: pasja albo akceptacja. Podobnie było z moim nauczycielem i mentorem. Z człowiekiem, którego dziś żegnamy. Aurélien Marsat często powtarzał, że samotność to cena, jaką płaci się za oddanie się nauce. Poświęcił wszystko – przyjaźnie, rodzinę, życie prywatne – w imię jednej idei. Pamiętam jego pierwszy wykład. My, młodzi studenci, z wypiekami na twarzy wymyślaliśmy najbardziej zawiłe równania, a on bez chwili namysłu rysował ich wykresy z pamięci. Robił to tylko dlatego, że o to prosiliśmy. Sam nigdy nie zabiegał o uznanie. Jeśli coś robił, to wyłącznie dla dobra nauki. Był człowiekiem cichym, skupionym, całkowicie oddanym swojej pracy. Często mówił, że życie jest zbyt krótkie, by zrobić w nim wszystko, co ważne, dlatego trzeba wybrać jedną rzecz i oddać jej się bez reszty. Dziś widzimy, jak bardzo miał rację. Nigdy nie zapomnę chwili, gdy po raz pierwszy wszedłem do jego gabinetu. Widziałem w jego oczach spokój i skupienie, a wokół – idealny porządek, niemal ascetyczną przestrzeń, w której każda rzecz miała swoje miejsce. Wtedy zrozumiałem, że to jest mój cel – pracować z nim, uczyć się od niego. Jest jednak coś, co nas wszystkich od niego odróżnia. My możemy być co najwyżej w czymś dobrzy. On był geniuszem. Kimś, kim żaden z nas nigdy nie będzie.
Pierre otarł łzy i zszedł z mównicy. Przytulił Emmę, czując, jak drży. Razem, w milczeniu patrzyli, jak jasna trumna w akompaniamencie orkiestry dętej powoli znika w czarnej otchłani.Wiatr roznosił żałobny marsz na wszystkie strony, niosąc ze sobą echo werbli i głuchy ton puzonów. Na sztandarach powiewały trójkolorowe flagi Francji i granatowo-czerwone z białym lwem pośrodku.
Po ceremonii Christian Coysevox odszukał Pierre’a wzrokiem i skinął, by odeszli na bok. Gdy byli już w pewnej odległości od żałobników, od razu przeszedł do rzeczy.
– Utopiłem w tym projekcie przeszło milion franków. Co z tego mam? – syknął. – Nie ma patentu, nie ma równania, nie ma nic. A ty... – Zbliżył się o krok. – Kreujesz się na wielkiego przyjaciela, a tak naprawdę gówno wiesz.
– Christian, proszę. Nie teraz. Uszanuj pamięć Auréliena.
– Uszanować? – prychnął Coysevox. – Wiesz co, Pierre? L’innovation to już nie jest miejsce dla ciebie.
– To znaczy, że odsuwasz mnie od projektu? – zapytał cicho.
Christian uśmiechnął się chłodno, prawie z ulgą.
– Nie odsuwam, ja cię po prostu wypierdalam!
Clermont-Ferrand, 20 czerwca 2021 r., dwadzieścia jeden lat później
W Jardin Lecoq, barwnym ogrodzie w sercu Clermont-Ferrand, późnym niedzielnym popołudniem wciąż tętniło życie. Czerwcowy upał zelżał, ustępując miejsca przyjemnemu chłodowi, który niosły cienie rozłożystych platanów i szumiących fontann. Krople wody rozpryskiwały się w powietrzu, łapiąc złote promienie zachodzącego słońca, a zapach mokrej trawy i kwitnących róż unosił się nad alejkami. Dzieci biegały między rabatkami, śmiejąc się donośnie. Na jednej z drewnianych ławek, pod koroną starego kasztanowca, siedziało dwoje młodych ludzi: Colette i Damien.
Colette, ubrana w zwiewną, letnią sukienkę w kolorowe maki, bawiła się tabletem, przesuwając palcem po ekranie z wyraźnym skupieniem. Jej ciemnobrązowe włosy spięte w niedbały kok połyskiwały w świetle, a na okrągłych policzkach pojawiały się urocze dołeczki za każdym razem, gdy się uśmiechała. Damien, szczupły blondyn o intensywnie błękitnych oczach, opierał się nonszalancko o ławkę, obserwując przechodniów. Jego jasna koszulka i jeansy kontrastowały z eleganckim stylem Colette.
– To co, Damien, kiedy pouczysz mnie liczb zespolonych? – rzuciła Colette, nie odrywając wzroku od tabletu, na którym rozwiązywała zadanie z analizy matematycznej. Jej głos był lekki, ale kryła się w nim nutka frustracji.
Damien uniósł brew, obracając głowę w jej stronę.
– Jak chcesz mnie poderwać – powiedział z figlarnym uśmiechem – to myślę, że są lepsze sposoby niż liczby zespolone.
– Głuptas! – Colette parsknęła śmiechem, a dołeczki na jej policzkach pogłębiły się, jakby były małym dziełem sztuki. Odrzuciła tablet na kolana i spojrzała na niego z udawaną powagą. – Wiesz, że jak nie zaliczę tego egzaminu, to wracam do mamy. I wtedy nici z naszych spacerów po Lecoq i pewnie będziemy musieli się rozstać!
– To obietnica czy szantaż? – odparł Damien, szczerząc zęby w szerokim, niemal bezczelnym uśmiechu.
Colette przewróciła oczami, lecz na jej wargach pojawił się ledwie zauważalny cień rozbawienia. Zmieniła temat, jakby chciała uniknąć dalszego drażnienia się.
– A jak to możliwe, że masz tak bardzo niebieskie tęczówki?
– To przez szkła kontaktowe – odparł, wzruszając ramionami. – Bez nich nie rozpoznałbym cię z trzech metrów. Wszystko zamienia się w rozmazaną plamę, jak obraz Moneta po deszczu.
– Ale mnie widzisz, prawda? Wiesz, kim jestem? – droczyła się, przechylając głowę i mrużąc oczy.
– Halo, halo? – Damien udał, że rozgląda się wokół zdezorientowany. – Colette? Gdzie jesteś? – Zaśmiał się, a ona pacnęła go żartobliwie w ramię.
– Zobacz, jaki fajny pies! – rzuciła nagle, wskazując na złotego labradora, który biegał po trawie, goniąc rzuconą piłkę.
Damien zerknął, marszcząc brwi.
– Pies w Lecoq bez smyczy? Oho, patrz, już biegnie strażnik!
Pokazał na młodego mężczyznę w granatowym mundurze, który szybkim krokiem zmierzał w stronę młodej kobiety z psem. Jego gesty były energiczne, niemal teatralne – wymachiwał rękami, wskazując na tabliczkę z regulaminem parku. Kobieta z włosami związanymi w niedbały kucyk wyglądała na zaskoczoną, próbując uspokoić rozbawionego czworonoga.
– Mówiłem, zaraz ją wyprowadzą razem z tym psem! – dodał Damien z lekkim uśmieszkiem, opierając się wygodniej o ławkę. Jego ton był żartobliwy, ale w oczach błysnęła ciekawość, jakby scena w parku była dla niego małym spektaklem.
Colette zachichotała, ale jej spojrzenie znów powędrowało w stronę tabletu, gdzie na ekranie widniały niechlujne notatki z wielomianów. Westchnęła ciężko.
– A powiedz mi, Damien, dlaczego w ogóle studiujesz matematykę?
– Szczerze? – zapytał, unosząc brew i opierając się wygodniej o ławkę. Jego głos stał się bardziej poważny, choć wciąż podszyty lekką ironią.
– No, jak wolisz, to trochę skłam – odparła, parodiując jego wcześniejszy ton.
Damien zaśmiał się cicho, ale jego wzrok powędrował w stronę fontanny.
– Moi starzy się uparli. Mama jest matematykiem, tata fizykiem. Wiesz, jak to jest – presja otoczenia. Czytali mi o równaniach różniczkowych i mechanice kwantowej zamiast bajek na dobranoc. A w liceum wygrałem olimpiadę matematyczną i dostałem indeks na wydział matematyki naszego uniwerku. Poszedłem, bo… no, bo to było łatwe.
– Łatwe? – Colette uniosła brwi, a w jej głosie zabrzmiała nuta niedowierzania. – Ty to masz talent, Damien. Nie każdy siada do egzaminu i zalicza go ot tak, bez nauki. Ja zakuwam nocami, a i tak ledwo daję radę. Pamiętasz, jak ta gruba babka od analizy, profesor Leroux, chciała cię od razu wziąć na swojego asystenta? To nie zdarza się byle komu!
Damien wzruszył ramionami, jakby chciał zbagatelizować komplement.
– Robię to, bo mi wychodzi, ale czasem mam wrażenie, że jestem jak maszyna – zaprogramowany, żeby rozwiązywać zadania.
– Maszyna? To brzmi upiornie, Damien. – Uśmiechnęła się blado, a w jej oczach zatańczył cień lęku. – A powiedz, czemu tamten facet się na nas gapi? – szepnęła, lekko ściszając głos.
– Który? – Damien odwrócił głowę, próbując podążyć za jej wzrokiem.
– Tamten! – Colette wskazała dyskretnie na mężczyznę siedzącego na ławce kilkadziesiąt metrów dalej, po drugiej stronie alejki. Miał na sobie znoszony płaszcz, mimo ciepłego dnia, i ciemne okulary, które zdawały się ukrywać jego spojrzenie. Gdy zauważył, że Colette na niego patrzy, gwałtownie odwrócił głowę, udając, że czyta gazetę.
– Pewnie zboczeniec – rzucił Damien półżartem, ale nie brzmiał wiarygodnie. Coś w postawie mężczyzny – sztywność ramion, zbyt szybki ruch głowy – wzbudzało niepokój.
– Nawet tak nie żartuj! – syknęła Colette, przyciągając tablet bliżej siebie, jakby chciała się nim zasłonić. – On wygląda… dziwnie. Jakby nas obserwował od dłuższego czasu.
Damien zmrużył oczy, wpatrując się w mężczyznę.
– Może to jeden z tych ekscentrycznych profesorów z uniwerku? – spróbował zażartować, ale jego głos zdradzał narastającą niepewność. – Albo… – urwał, gdy mężczyzna nagle wstał, zwinął gazetę i szybkim krokiem ruszył w stronę wyjścia z parku, by po chwili zniknąć za fontanną.
– Widziałeś to? – szepnęła Colette. Jej dołeczki zniknęły, ustępując miejsca zmarszczkom niepokoju. – On się nas przestraszył. Albo… nie chciał, żebyśmy go rozpoznali.
Damien nie odpowiedział od razu. Jego błękitne oczy wpatrywały się w miejsce, gdzie zniknął nieznajomy, a w głowie zaczęły krążyć pytania. Poczuł, jak lekki dreszcz przebiega mu po karku mimo ciepłego powietrza.
– Chodź, Colette – powiedział cicho, wstając z ławki i podając jej rękę. – Przejdziemy się. Może lody poprawią nam humor.
Skinęła głową, ale jej spojrzenie wciąż wędrowało w stronę alejki, gdzie zniknął mężczyzna. Ścisnęła dłoń Damiena nieco mocniej niż zwykle, a tablet wsunęła do torebki, jakby bała się, że ktoś mógłby zobaczyć jej notatki. Jardin Lecoq, mimo piękna i spokoju, nagle wydał się jej mniej przyjazny.
*
Uroczy, piętrowy dom w Aubière, gdzie Clermont-Ferrand miesza się z ciszą przedmieść – tętnił spokojem.Jego skośny dach, pokryty ciemną, niemal czarną dachówką, ostro kontrastował z bielą wapiennych murów – charakterystyczną cechą większości budynków w tej części Owernii. Wąska, ciasna uliczka, przy której stał, wyłożona była starym, nierównym brukiem z wulkanicznego bazaltu, tak typowym dla nieasfaltowych dróg regionu.
Dookoła, na wzgórzach i w dolinach, rozciągały się uśpione wulkaniczne stożki Puy de Dôme, spowite mgłą poranka. Dalej, na horyzoncie, majaczyły poszarpane kontury Chaîne des Puys – łańcucha wygasłych wulkanów. Powietrze pachniało wilgotną trawą i dymem z kominów. Owernia nie była krzykliwa – jej piękno kryło się w surowej ciszy, w czerni zastygłej lawy i bieli kamienia, w domach przytulonych do siebie.
Damien kochał to miejsce. Tutaj spędził całe swoje życie. To była jego oaza spokoju i miejsce ucieczki. Wiedział, że gdziekolwiek się przeprowadzi, będzie myślami wracać do rodzinnego domu. To właśnie w nim przeżył pierwszą miłość, pierwsze sukcesy w szkole. Nigdzie nie przepłakał tak wielu nocy do poduszki. To tam upadał po każdej porażce i podnosił się, gdy tylko burza w jego umyśle cichła.
Matka, krzątając się w kuchni, pospiesznie szykowała śniadanie (ojciec pracoholik był w instytucie już od dobrych dwóch godzin). Była szczupłą, zgrabną brunetką. Nie wyglądała na swoje czterdzieści sześć lat. Malutkie zmarszczki dodawały jej dostojności i pieczętowały delikatną urodę.
Dominique weszła do pokoju syna, w którym jak zwykle panował idealny porządek. Lubiła to miejsce. Było w nim dużo książek i płyt pedantycznie ułożonych w jednej linii. Stonowane odcienie beżu dodawały pomieszczeniu ciepła i powiększały je optycznie.
Damien, wykąpany i ubrany w szary garnitur, zakładał właśnie soczewki kontaktowe.
– Co tak dużo? – spytał zaskoczony widokiem sporego zawiniątka z kanapkami.
Nie odpowiedziała. Poprawiła Damienowi krawat i rzuciła na odchodne:
– Powodzenia! Tylko nie popisuj się za bardzo!
Nastolatek wsiadł do samochodu i odjechał. Matka wpatrywała się przez okno w oddalający się pojazd, po czym zasłoniła żaluzje. W oczach miała łzy…
*
Na korytarzu oszklonego budynku Wydziału Matematyki Uniwersytetu Blaise’a Pascala panowało napięcie. Studenci czekali na jeden z najtrudniejszych egzaminów w semestrze. Jedni nerwowo wertowali notatki, inni szeptem powtarzali wzory. Emocje sięgały zenitu.
Spokojny był tylko jeden człowiek.
– Damien Cottier! Zapraszam!
Młody, szczupły blondyn wszedł do sali egzaminacyjnej. Usiadł vis-à-vis profesora przy dużym, ciemnym biurku.
– Chyba pierwszy raz pana widzę – powiedział piskliwym głosem nauczyciel. – Nie chodziło się na wykłady, co?
– Tak wyszło – odparł Damien spokojnie, patrząc rozmówcy prosto w oczy.
– Mam taką zasadę, że jeśli studenta lubię, zadaję mu łatwiejsze pytania. Jak pan się zapewne domyśla, tym razem poszukam najtrudniejszych…
Studentowi nawet nie drgnęła powieka.
– Proszę uprościć ten wielomian – powiedział profesor, kładąc przed nim kartkę złożoną z gęstych symboli.
Damien spojrzał na zawiłą, kilkumianownikową formułę matematycznych symboli. Wstał, podszedł do okna i przez chwilę wpatrywał się w uniwersytecki Stadion imienia Jeana Pelleza. Po kilkudziesięciu sekundach wrócił do biurka, napisał pięć prostych wielomianów, po czym podał kartkę egzaminatorowi.
– Co to ma znaczyć? – spytał profesor z rosnącym rozdrażnieniem.
– To wynik, proszę.
– Nie rozumiem. A gdzie obliczenia? – zdziwił się nauczyciel.
– W głowie.
Profesor uniósł brwi.
– Hm, sprytne. To zadanie było kiedyś na wykładzie… chyba. – W jego głosie zabrzmiało jednak zwątpienie. Przez chwilę wyglądał, jakby sam nie był pewien, czy mówi prawdę. Nerwowo podszedł do okna, jakby spodziewał się, że za szybą zobaczy źródło tego niespodziewanego olśnienia studenta. – Skoro poszło tak gładko – powiedział z wymuszonym spokojem – zobaczmy, jak poradzi pan sobie z tym.
Położył przed Damienem kolejną kartkę. Tym razem formuła była wielokrotnie dłuższa. Wzór zajmował aż cztery linijki.
– Ma pan na to godzinę.
Damien wpatrywał się w zadanie przez minutę. Zmarszczył brwi, wziął głęboki oddech i chwycił długopis. Linijka po linijce, symbol po symbolu zapisywał wynik pewną ręką, bez zawahania.
Kiedy skończył, profesor długo milczał, porównując zapis z własnymi notatkami. Wreszcie wstał i wciąż z niedowierzaniem podał studentowi rękę.
– Zwracam honor – powiedział cicho, tym razem bez ironii. Ręce mu drżały. – Damienie Cottier, jeszcze przed chwilą nawet nie wiedziałem, kim pan jest. Teraz widzę pana za kilka lat po drugiej stronie tego biurka.
