Odmęt - Jacek Łukawski - ebook
NOWOŚĆ

Odmęt ebook

Jacek Łukawski

3,9

100 osób interesuje się tą książką

Opis

„Małe miasteczko, mężczyzna z przeszłością i wielowątkowe śledztwo w sprawie brutalnego zabójstwa. Odmęt to intrygująca i mroczna kryminalna opowieść”. - Wojciech Chmielarz

„Łukawski dba o niezwykły nastrój i klimat historii. Jest w jego pisaniu realność szczegółu i surowe podejście do mistycyzmu”. - Jakub Ćwiek

Dziennikarz Damian Wolczuk ma ogromnego pecha. Jego życie prywatne wali się w gruzy, później traci pracę i przegrywa proces o zniesławienie. W poszukiwaniu drugiej szansy rusza więc do Krakowa, gdzie planuje zacząć nowe życie. Nie jest mu jednak dane tam dotrzeć.

W środku nocy na rozkopanym odcinku drogi dochodzi do kraksy. Auto Wolczuka zostaje skasowane, sprawca zamieszania ucieka, a on sam udaje się do pobliskich Chęcin, gdzie czeka go nocleg w miejscowym ośrodku leczenia uzależnień.

Z czasem Damian Wolczuk dowiaduje się, że w miasteczku grasuje morderca, a do tego miejscowi przekazują sobie szeptem legendy o czającym się w okolicy złu. Giną kolejni ludzie i Wolczuk decyduje się przeprowadzić własne śledztwo, pod nosem policji i ekscentrycznego prokuratora, Arkadiusza Painera.

 

Wieść niesie, że w tym niepozornym miasteczku każdy ma swoje tajemnice.

Wolczuk spróbuje poznać je wszystkie…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 580

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

Copyright © Jacek Łukawski, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

 

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Marketing i promocja: Anna Rychlicka-Karbowska

Redakcja: Mirosław Ruszkiewicz

Korekta: Gabriela Niemiec, Mirosław Krzyszkowski

Projekt typograficzny, skład i łamanie: MELES-DESIGN

Projekt okładki i stron tytułowych: Mariusz Banachowicz

Fotografia na okładce: © Will Swann / Unsplash

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN978-83-66553-20-0

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wydarzenia i postaci opisane w książce stanowią wymysł autora.

Jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest niezamierzone i przypadkowe.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Moim Rodzicom i Teściom

 

ROZDZIAŁ 1

 

 

 

Czwartek

 

 

 

1

 

Czasami ucieczka jest najlepszym wyjściem. Damian Wolczuk zrozumiał to w chwili, gdy zastał ich oboje w sypialni. W łóżku wypatrzonym w katalogu Ikei, który wciąż leżał przy lampce nocnej. Na okładce napisano, że drobne rzeczy nadają życiu smak. Nie napisano, że gorzki. Bielizna, którą podarował jej na urodziny, walała się między elementami męskiej garderoby. Obok leżały jej ukochane szpilki. Na stoliku pierścionek i wyłączony telefon. W oczach niedowierzanie i strach. W takiej chwili można zrobić wiele rzeczy. Na przykład rozpętać piekło. Damian jednak wyszedł bez słowa. Uciekł.

Przekręcając kluczyk w stacyjce, wiedział, że więcej tu nie wróci. Odruchowo spojrzał na wyświetlacz. Była dziewiętnasta trzydzieści sześć. Trzy minuty później po raz ostatni rzucił okiem na kurczącą się we wstecznym lusterku Ochotę. Alejami Jerozolimskimi wymknął się z miasta.

Damian Wolczuk miał trzydzieści dwa lata, modną fryzurę, marynarkę od Paula Smitha i pewność, że wszystko, co mu się przytrafia, ma jakiś sens. Przegrany proces o zniesławienie, jaki wytoczyła mu jedna z celebrytek, którą w zeszłym roku sfotografował klęczącą w męskiej toalecie. Komornik zajmujący konto na poczet odszkodowania. Utrata pracy w redakcji, a nawet zdrada. Wszystko to, skumulowane w jeden zwykły czerwcowy dzień, postrzegał jako impuls do działania.

Do tego, by zacząć wszystko na nowo.

O dwudziestej pięćdziesiąt zjechał na stację benzynową w Radomiu. Zapłacił gotówką za paliwo i kawę. Niedługo potem jego srebrny civic włączył się do ruchu, opuszczając czarno-biały kadr przemysłowej kamery.

O dwudziestej pierwszej czternaście unoszący się w kabinie zapach przypomniał mu poranek, gdy oboje usiedli z filiżanką przy niewielkim kuchennym blacie. Wydawało mu się wtedy, że jest dobrze. Że mimo różnic mogą mieć wspólną przyszłość. Ona, błyskotliwa prawniczka z dobrego domu, z którego wyniosła o wiele więcej niż tylko urodę gwiazdki Instagrama, i on, pechowy paparazzo, nieudolny makler i dziennikarz najwyraźniej zbyt kiepski, aby utrzymać posadę w lokalnej gazecie. Małomiasteczkowy parweniusz, którego ostatecznie pożarła stolica. Rano wierzył jeszcze, że tkwi w jej gardle tylko do kolan. Głową w dół, lecz wciąż machając nogami na znak, że walczy. Teraz tonął w sokach trawiennych, wciskany w głąb projekcją niechcianych wspomnień.

Zdradziła go.

Może gdyby nie kupił kawy i nie uległ żenującej ckliwości. Może wtedy zdołałby w porę zauważyć wyjeżdżającego z prawej strony SUV-a, którego kierowca nawet nie próbował uniknąć zderzenia. Damian jednak zareagował zbyt późno. Zgrzyt metalu i wstrząs wydały mu się odległe, powolne, jak gdyby dotyczyły kogoś innego. Widział przesuwające się ponad nim roześmiane twarze, kapliczkę bielejącą w świetle reflektorów i wycieraczki na szybie. Zdążył pomyśleć, że to tylko sen, gdy świat nagle przyśpieszył, wystrzeliły poduszki. Zimna kawa chlusnęła na tapicerkę i spodnie. Silnik zgasł.

Damian ostrożnie przecisnął rękę pomiędzy poduszką a kurtyną boczną i spojrzał na zegarek. Była dwudziesta druga dwadzieścia dwie. Czuł, że to ważne, że może mieć sens.

– Halo, proszę pana! – Kobieta zajrzała przez szybę. – Nic się panu nie stało?

– Wszystko w porządku! – Drzwi kierowcy nie chciały się dostatecznie otworzyć, więc wydostał się od strony pasażera. Pomogła mu.

Poprawił marynarkę i sprawdził, czy mijał jakiś znak. Ostrzeżenie o skrzyżowaniu, które przeoczył. Nie było. SUV wyjechał z łąki, bez świateł, na pełnym gazie. Tak po prostu, znikąd. Otarł się o prawy błotnik, uszkodził lampę i zderzak. Uciekł.

Damian zaklął, widząc przód hondy. Może nie byłoby tak źle, gdyby nie spanikował i nie zjechał z nasypu, trafiając wprost na wystającą studzienkę.

– Zadzwonię po karetkę, tak na wszelki… – Klakson przejeżdżającego tuż obok tira zagłuszył ostatnie słowo. Jego kierowca ledwie się zmieścił na zwężonym odcinku drogi, którą blokował mały ford migający światłami awaryjnymi. Ciężarówka zniszczyła kilka słupków wyznaczających skraj pasa i wjechała na niewielkie rondo, na środku którego bielała stara kapliczka.

– Proszę nie dzwonić. Naprawdę nic mi nie jest – krzyknął Damian. Starał się zignorować adrenalinę szumiącą w głowie i mokre spodnie. – Dziękuję, że się pani zatrzymała, ale musi pani przestawić samochód.

Posłuchała, parkując bezpiecznie kilkadziesiąt metrów dalej. Zamknęła auto i wróciła.

– Wie pan, co to jest szok pourazowy? – spytała, przyglądając mu się badawczo.

– Pani jest lekarzem? – Uśmiechnął się z przymusem.

– Pielęgniarką.

– Naprawdę wszystko w porządku – zapewnił. – Czy widziała pani samochód, który mnie uderzył?

– Nie. – Pokręciła głową. – Tylko pana światła, które nagle zniknęły. Odkąd zaczęli przebudowę, łatwo tu o wypadek. Sam pan widzi. – Zabrzmiało to niemal przepraszająco.

– To jest ciągle trasa E7? – Droga nie była oświetlona. Nie wiedział, gdzie jest. – Myślałem, że…

– Od węzła Chęciny do Jędrzejowa robią w końcu nowy odcinek. Trzeba niestety uważać. Dzwonił pan już na policję?

– To nie ma sensu. – Poklepał się po kieszeniach, szukając elektronicznego henleya. Bezskutecznie. – Nikt nie został ranny, a ja nie mam świadków na to, że ktoś mnie zepchnął. Jeśli przyjadą, to po to, żeby mi wlepić mandat, a to naprawdę ostatnia rzecz, na jaką mam dziś ochotę, proszę mi wierzyć. – Ponownie spojrzał na rozbitą hondę, po której dachu prześlizgnęły się światła mijającego ich samochodu. – Pani jest stąd? Jest tu jakiś tani hotel? Potrzebuję pokoju na jedną noc, a rano zadzwonię po jakąś pomoc drogową… Trzeba to będzie na autocasco wziąć. Cholera!

– Chce pan go tu tak zostawić?

– W rowie nikomu nie przeszkadza. – Wzruszył ramionami. – To jak, pomoże mi pani?

 

Ford klekotał charakterystycznie, zdradzając zasilające go paliwo i wytłuczone poduszki silnika.

– Przepraszam, że dopiero teraz – zreflektował się. – Damian Wolczuk.

– Alicja Lipińska. – Zaskoczyła go pewnym uściskiem delikatnej dłoni.

– Jaka to miejscowość? – spytał, gdy minęli pierwsze domy.

– Miasto Chęciny – podkreśliła. – Był pan tu już kiedyś?

– Nie, raczej nie. – Wąską uliczką wjechali na rynek, po którym mimo późnej pory przechadzało się kilka osób. Nad ratuszem górowały trzy oświetlone fantazyjnie wieże. – Nie przypominam sobie.

– Proszę skorzystać z okazji i odwiedzić zamek, naprawdę warto – zasugerowała, po czym upewniła się, że nic nie jedzie, i skręciła. Pod kołami zaszumiała kostka brukowa.

Damian nie zdążył odpowiedzieć. Wibrujący w kieszeni telefon upomniał się o uwagę.

– Ghost Town Adama Lamberta? – rozpoznała utwór.

Kiwnął głową.

– Cześć, Marcin, miałem właśnie do ciebie dzwonić. Nie dojadę dziś do Krakowa. Słucham? Nie, nie, drobny wypadek drogowy. Będę chyba musiał zostawić auto i dojechać w inny sposób, ale najwcześniej jutro, może pojutrze, nie wiem. Tak, poważnie. Cały przód, niestety. Nie, oczywiście, wszystko aktualne. Na sto procent. Słucham? Tak, bywa… Nie, to już nie ma znaczenia, naprawdę. Teraz jestem już tylko wasz. – Wymuszony śmiech. – O ile mój materiał… To świetnie, że wierzysz. Okej. Zadzwonię jutro. No, cześć!

Schował telefon.

– Przepraszam. Kolega się niepokoił.

– Oczywiście. – Zgasiła silnik. – Niech pan chwilę poczeka.

Zostawiła go w samochodzie, a sama ruszyła wzdłuż starego muru. Odwrócił się akurat w chwili, gdy znikała w klasztornej bramie. Nigdzie nie zauważył tabliczki wskazującej na możliwość noclegu. Albo więc była poza zasięgiem wzroku, albo dziewczyna poszła załatwić jakąś prywatną sprawę. Spojrzał na zegarek. Dochodziła dwudziesta trzecia. Dość późno, by kogokolwiek niepokoić.

Pomarańczowe światło latarni zalewało pogrążoną w ciszy ulicę, odbijało się w brudnej szybie auta. Chłód przenikał do wnętrza. Normalnie o tej porze kończyłby redakcję jakiegoś tekstu, zerkając co chwila znad ekranu laptopa. Zawsze zostawiała uchylone drzwi do łazienki. Chciała, by patrzył, jak się myje. Potem wsuwała się pod satynową pościel i czekała, aż do niej dołączy. Nie musiała czekać długo.

– Zdążyliśmy – głos Alicji wyrwał go z drzemki. – Przenocuje pan w pokoju dla gości. Za darmo. – Uśmiechnęła się.

– To hotel? – Było zimniej, niż myślał.

– Klasztor franciszkanów i ośrodek leczenia uzależnień San Damiano. Mam tu przyjaciół – wyjaśniła. – Jeden z pokoi braciszkowie przeznaczyli dla odwiedzających ich bliskich lub działaczy kościelnych. Teraz nikogo nie ma, więc może się pan w nim przespać. Żadne luksusy, ale przynajmniej nie trzeba płacić. Może być?

– Wspaniale! Jest pani bardzo miła. – Zawahał się. – Czy możemy sobie mówić po imieniu?

– Dobrze.

– Chciałbym ci się jakoś odwdzięczyć, Alicjo. – W świetle latarni dostrzegł na jej policzkach drobne piegi.

– Nie ma o czym mówić. – Machnęła ręką. – Chodźmy, bo Daniel jest już po pracy i nie chciałabym go przetrzymywać.

Upewnił się, że zabrał torbę z laptopem i telefon, a potem ruszył za nią. W bramie czekał barczysty mężczyzna o żołnierskich rysach twarzy.

– Cześć, Damian! – Krzepki uścisk dłoni wywołał skurcz na twarzy Wolczuka. – Przyda ci się trochę snu, co?

– Zostawiam cię w dobrych rękach. – Alicja uśmiechnęła się na pożegnanie. – Dobranoc, chłopaki!

 

Dziedziniec był słabo oświetlony. Niewielkie lampy wskazywały drzwi prowadzące do różnych części otaczających go zabudowań. Blask światła przyciągał owady. Tworzył na białych murach odległe od siebie areny, gdzie mogły pełzać i latać. Wydobywał z mroku wyłożony trylinką podjazd, krawężniki i ozdobną zieleń, lecz nie docierał pod rozłożyste konary starego drzewa. Wierzba rosła w pewnym oddaleniu od bramy. Jej bujne gałęzie zasłaniały bryłę kościoła. Odgradzały od światła część placu. Przytłaczały.

Weszli między zabudowania. Damian wzdrygnął się mimowolnie, patrząc na ciemne kontury okien. Miejsce wydawało się opuszczone. Pozbawione życia.

– Obowiązuje już cisza nocna – szept Daniela zabrzmiał szorstko. – Zawsze o dwudziestej trzeciej gasimy światła. Ty oczywiście nie musisz. – Otworzył drzwi i poprowadził go wiekowym korytarzem, w którym każdy krok rozbrzmiewał głośnym echem. Zamek zgrzytnął. Zaskrzypiały zawiasy.

– Możesz wybrać sobie łóżko. Łazienka jest po prawej. –Daniel zapalił światło i oddał mu klucz. – Zostaniesz tu na dłużej.

– Co? – Wolczuk zamrugał zaskoczony.

– Alicja mówiła, że porządnie skasowałeś samochód i pewnie zostaniesz na dłużej.

– Nie, nie… – Zadrżał z zimna. – Jutro załatwię jakąś lawetę i jadę dalej, do Krakowa.

– W porządku. Ale jakby co, to się nie krępuj. Nie spodziewamy się nikogo, więc możesz zostać, jeśli chcesz.

– Nie będę się narzucał.

– Nie narzucasz się. Dobrej nocy.

 

ROZDZIAŁ 2

 

 

 

Piątek

 

 

 

2

 

W nocy trochę mżyło, ale poranek był ciepły. Wilgoć unosiła się nad szeroką wstęgą asfaltu. Słońce wypełzało ponad wierzchołki drzew, zalewając okolicę mdłym blaskiem. Skrzyło w kroplach rosy pokrywającej źdźbła trawy i oddzielające je od asfaltu, biało-czerwone obrzeże zakrętu.

Buczenie narastało, taktowane charakterystycznym redukowaniem biegu. Wskazówka schowanego za pleksiglasową owiewką samotnego obrotomierza opadała coraz niżej. Pięć, cztery i pół, cztery tysiące obrotów. Rosa skraplała się na szybie owiewki i kasku. Spychana pędem powietrza, tworzyła długie strugi, które zmieniły swój kierunek, gdy motocykl pochylił się, wchodząc w zakręt. Nisko, ale nie najniżej. Tor był jeszcze zbyt wilgotny, by można było do końca wykorzystać jego przyczepność. Po chwili silnik ryknął basowo. Wskazówka obrotomierza skoczyła ku czerwonej kresce umieszczonej tuż za siedmioma tysiącami. Kolejny bieg, kolejny i kolejny. Zabytkowy norton manx ciął już długą prostą, oddając na koło pełną moc półlitrowego silnika. Silnika, który co prawda opuścił fabrykę w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym drugim roku, ale po latach miał się lepiej niż dobrze. Warczał jak myśliwiec i wchodził na wysokie obroty jak szatan.

Kolejna redukcja, buczenie i kolejny zakręt. Za nim znów długa prosta, nazywana startową, przy której stały zabudowania toru. Długi, żółty budynek z boksami, balkonami pełniącymifunkcję trybun, dużym napisem „Tor Kielce” i wieżyczką sędziowską. Pusty i cichy, jeśli nie liczyć mechanika krzątającego się przy jedynym otwartym boksie.

Norton wyszedł z zakrętu, ale kierowca nie odkręcił manetki i nie rozpędził ponownie motocykla. Mechanik mu machał, dawał znaki, by zjechał. Zrobił to więc i zatrzymał się tuż obok. Zgasił silnik i ściągnął kask. Miał czterdzieści kilka lat, zszarzałą, surową twarz i lekko podkrążone oczy.

– Drze się, odkąd ruszyłeś! – Rzeczywiście, telefon wciąż dzwonił. Wygrywał jakiś kawałek, chyba rockowy.

Mężczyzna ściągnął rękawicę i położył ją na baku. Przyłożył telefon do ucha.

– Painer, słucham! – warknął. – Tak… Rozumiem… Cztery ciała. – Zaklął pod nosem. – Dobra, będę za pół godziny!

Rozłączył się i odetchnął głęboko.

– I znowu nie pojeździmy… – Mechanik pokiwał głową. –Dobrze, że do wyścigu jeszcze sporo czasu. – Nie mówił tego z wyrzutem, po prostu stwierdzał fakt. Zdążył się przyzwyczaić.

Kilka minut później Painer był już przebrany. Zamiast motocyklowego kombinezonu miał na sobie niemodną marynarkę i sztruksowe spodnie. Pożegnał się z mechanikiem i ruszył na parking, na którym stały tylko dwa auta. Wzrok przyciągała solidna, błyszcząca metalicznym lakierem terenówka należąca do mechanika. Przy niej kilkunastoletni subaru forester Painera wyglądał jak zgniłe jajo. Tym bardziej że zmatowiały, zielony lakier miał kilka wgnieceń i zacieków rdzy. Również na tylnej klapie, której jaśniejszy odcień wyraźnie odróżniał się od reszty. Podobnie odróżniały się tylne drzwi, które razem z kiepsko zaszpachlowanym błotnikiem i klejonym zderzakiem zdradzały wypadkową historię auta. Painerowi to nie przeszkadzało. Auto jeździło, więc spełniało swoją funkcję, a jego stan był najlepszym zabezpieczeniem przed kradzieżą.

Przez Miedzianą Górę i Kostomłoty dotarł do wjazdu na obwodnicę Kielc i skierował się w stronę Chęcin.

 

 

3

 

– To żart? – spytał z nadzieją Dariusz Kryński. Miał trzydzieści sześć lat, krótko przystrzyżone ciemne włosy i zmęczoną twarz kontrastującą z nienagannie wyprasowanym mundurem. Wczoraj na imieninach kolegi wypił dość, by dziś marzyć o spokojnym dniu na komisariacie. Nie pił często, a w tygodniu w ogóle. Tym razem jednak zrobił wyjątek. Kolega wyjeżdżał na kontrakt do Norwegii, więc to była ostatnia okazja. Miał zresztą trochę zaległej papierologii, którą odkładał na ten piątek, dlatego liczył na dniówkę za biurkiem. Przeliczył się.

– Cztery trupy – powtórzyła Karolina Kaniewska, unosząc wymownie brwi. – Wsiadaj!

– Tylko dyskoteki nie włączaj, proszę – mruknął, sadowiąc się w radiowozie.

– No co ty, żeby się cała wieś zleciała? – parsknęła, ruszając ostro. – Grzecznie pojedziemy przypilnować miejsca, zanim przybędzie kawaleria z Kielcówka. Góra tam się chce wykazać przed nową władzą, więc naszym kryminalnym zabronili się zbliżać. Teraz nabijają statystyki kosztem wszystkich wkoło. Cyrk, kurwa.

– Co na to stary?

– Komendant właśnie grzeje linię i tłumaczy im, jak dojechać. Zadowolony nie jest. – Minęli prowizoryczne rondo z kapliczką na środku. – Na miejscu czeka świadek. To wędkarz. Pojechał rano łowić do Lipowicy i znalazł tam samochód na warszawskich numerach, a przy brzegu topielców. Niczego nie ruszał, tylko od razu zadzwonił do nas.

– Jedyny bohater.

– Co? – nie zrozumiała.

– Tam zawsze łowi kilku stałych bywalców. Pozostali pewnie zwiali, gdy zobaczyli, co się dzieje. – Uśmiechnął się cierpko.

Po drodze stanęli przy sklepie. Kryński kupił napój i opakowanie ibupromu. Połknął dwie pastylki. Gdy zjeżdżali z betonowych płyt nad brzeg, jeszcze nie zaczęły działać.

Czarne bmw X5 stało niemal przy samej wodzie. Z otwartymi drzwiami kierowcy i podniesioną klapą bagażnika. Radio wciąż grało, przekonując okolicę o tym, że będzie zabawa. Obok auta, na kocu leżały ubrania, kilka puszek po piwie i charakterystyczna butelka whiskey z Tennessee. W wodzie bielały nieruchome ciała. Trzech mężczyzn i kobieta. Nago, twarzami w dół.

– O kurwa… – Policjantka zbladła.

– Niczego nie ruszałem, panie władzo! – krzyknął starszy mężczyzna o nalanej twarzy, który majstrował coś przy swoim skuterze. Wytarł dłonie o spodnie moro, które zsunęły się, odsłaniając pokaźnych rozmiarów brzuch, i podszedł bliżej. –Warszawiaki, nie?

– Młodszy aspirant Dariusz Kryński. To pan dzwonił?

– No ja – potwierdził wędkarz. – Miałem jutro dopiero przyjechać, ale dzisiaj coś spać nie mogłem już od czwartej, wie pan? No to myślę, że co będę siedział, jak wędki spakowane, okoń i tak na tygodniu się nie zna, nie? O siódmej przyjechałem i widzę tych tam, to pomyślałem, że trzeba zawiadomić władze, nie? – Wydawał się zadowolony.

– Dobrze pan zrobił – pochwalił go Kryński. – Proszę dać nam chwilę. Potem porozmawiamy, w porządku?

– No to ja skuter dalej, bo obroty coś…

– Bardzo dobrze. Przyjdę do pana.

– Pierwszy raz widzę topielców – szepnęła policjantka, gdy wędkarz nie mógł jej już usłyszeć. – To możliwe, żeby cała czwórka naraz? Przecież tu nie jest głęboko.

Kryński wzruszył ramionami i połknął jeszcze jedną tabletkę. Zatrzymał dziewczynę, która chciała podejść bliżej wody.

– Będą później marudzić, że zatarłaś ślady – wyjaśnił. – Cofnij się może do asfaltu i przypilnuj, żeby się tu miejscowi nie kręcili, a ja pogadam z dziadkiem. Chyba że wolisz ty to zrobić? – Wolała zamknąć dojazd.

 

 

4

 

Grupa operacyjno-procesowa dotarła po jakichś czterdziestu minutach. Jej skład sugerował, że Kielce potraktowały sprawę poważnie. Wąsaty naczelnik pepeżetu, którego Kryński kojarzył jeszcze z czasów służby w Kielcach, piszący z tego samego wydziału, i techniczka, filigranowa blondynka, która była ostatnią osobą, jaką Kryński miał dziś ochotę zobaczyć. Posłała mu cierpki uśmiech, który odwzajemnił niezdarnie. Niemal równocześnie na miejscu pojawił się prokurator, Arkadiusz Painer, o którym Kryński słyszał kilka anegdot. Skojarzył od razu, bo facet miał niepowtarzalne auto i styl ostatnio modny chyba w latach sześćdziesiątych minionego wieku. Niektórzy żartowali, że w prokuraturze przechowują go w starej, zakurzonej szafie i wyciągają dopiero, gdy jest potrzebny. Kryński musiał przyznać, że rzeczywiście takie sprawiał wrażenie. Lekarz dotoczył się kilka minut później.

– Wy tu byliście pierwsi? – Naczelnik Stefan Więcławski nie podał Kryńskiemu dłoni.

– Przyjechaliśmy oboje. Koleżanka zabezpieczyła drogę dojazdową, a ja rozpytałem świadka, który znalazł ciała.

– Niepotrzebnie. My się tym zajmiemy.

– Aspirancie Kryński, pozwólcie na chwilę! – Techniczka opuściła aparat. – Pan też, szefie.

Podeszli do bagażnika, przy którym stała z prokuratorem. Wnętrze było puste, jeśli nie liczyć niewielkiej torby przymocowanej do siedzenia i odrobiny rozsypanej ziemi.

– Terra rosa. – Dorota spojrzała na Darka pytająco.

– Co? – Nie zrozumiał.

– To nie piasek z plaży – parsknęła. – Wodorotlenki żelaza i tlenki glinu, jak sądzę. Pełno jej chyba w Chęcinach, co? Na budowie drogi na przykład?

– No tak… – Miał wrażenie, że ibuprom nie działa. – I co?

– Nic. Chciałam się upewnić. Taka sama oblepia chlapacze i progi. – Oznaczyła ślad numerem.

– To paciorek? – mruknął prokurator, wskazując coś obok czerwonawej grudki. Techniczka kiwnęła głową i sięgnęła po drugi znacznik. Prokurator wyciągnął paczkę papierosów i nie częstując nikogo, zapalił.

– Może pies naniósł ziemię łapami? – zasugerował Kryński, próbując irracjonalnie wykazać się inicjatywą. – Mogli go przewozić w bagażniku. – Na szczęście został zignorowany, bo uwaga wszystkich skupiła się na lekarzu.

– Uraz czaszki – ocenił z zawodową satysfakcją. – Więcej powiem, gdy już będę mógł się lepiej przyjrzeć, a nie zrobię tego, zanim nie zrobicie dokumentacji. – Krytycznie spojrzał na blondynkę. – Może pani się tym wreszcie zajmie z łaski swojej?

Dorota kiwnęła głową.

– To byłby dziwny przypadek, gdyby się w czwórkę utopili tuż przy brzegu. – Lekarz podrapał się po głowie. – Choć nie takie cuda się zdarzają.

– Samochód ma uszkodzony zderzak i błotnik – zauważył Kryński, który odwrócił się w porę, by nie oglądać twarzy strofowanej techniczki. Wcześniej tego nie widział, bo zasłaniały je otwarte drzwi. – Wygląda, jakby się otarł o coś jasnego…

– Panie aspirancie. – Usta naczelnika wygięły się w uśmiech, w którym nie było krzty wesołości. – Wasza koleżanka zamknęła drogę dojazdową do zbiornika, ale ona chyba gdzieś biegnie, prawda?

– Na pola – przytaknął, uznając trafnie, że naczelnik ma na myśli drogę, a nie Karolinę.

– A jeśli ktoś od pól będzie szedł? Na spacer na przykład? Ma nam tu się kręcić pod nogami i węszyć sensację? Macie zabezpieczyć teren, to go zabezpieczcie i od tamtej strony. No, raz-dwa!

Kryński skinął głową i ruszył w kierunku krzaków. Droga znikała za nimi, a Kryński z ulgą uczynił to samo. Nie przejmował się tym, że nie zabłysnął, a może nawet wyszedł na idiotę. Nie pierwszy raz. Ważne było to, że oddalił się od Doroty. Od dobrych dwóch miesięcy porażka i wyrzuty sumienia miały jej twarz.

 

 

5

 

Damiana obudziły odgłosy z zewnątrz. Grupa młodych mężczyzn rozgrzewała się na dziedzińcu. Chwilę później wybiegli za bramę. Sprawdził telefon. Nikt nie dzwonił. Ona nie dzwoniła. Oczywiście nie odebrałby, ale przynajmniej czułby satysfakcję, że ona ma jakiekolwiek wyrzuty sumienia, że żałuje zdrady. Najwyraźniej tak nie było.

Umył się i usiadł przy stole naprzeciw meblościanki z lat siedemdziesiątych. Kalwaryjska politura na wysoki połysk musiała kiedyś kosztować majątek. Dziś się takie po prostu wyrzuca, ale tu widać nikomu nie wadziła. Podobnie jak stare krzesła i dwa łóżka, z których jedno było piętrowe. Tylko łazienkę odnowiono, co i tak było Damianowi obojętne. Nie zamierzał tu zostać dłużej.

Telefon z trudem łapał połączenie z siecią. W końcu jednak znalazł numer do warsztatu, który mógł mieć lawetę.

– Nie sprawy, ale prosz zgłosić policję. – Przerywało, więc podszedł do okna. – To w pana interesie, bo inaczej ubezpieczyciel nie uzna. Rozumie pan? Proszę zadzwonić, jak już będzie po, to go ściągniemy i zobaczymy, co się narobiło.

 

Spodnie od Paula Smitha schły na oparciu fotela. Wciąż zbyt wilgotne, by ocenić, czy nie potrzebują kolejnego prania. Damian Wolczuk założył dżinsy, które przytomnie zabrał w nocy z auta. Kupili je z Justyną w poprzedni weekend w Mokotowskiej, ale wciąż zapominał je wyjąć z bagażnika. W poniedziałek przyszło pismo z sądu i co innego miał na głowie. Teraz się przydały. Wyczyścił buty i poprawił fryzurę. Klucz zostawił w drzwiach.

Za dnia dziedziniec wyglądał przyjemniej. Otoczony niskimi budynkami, z wyrastającą ponad nie bramą i dużą ilością zieleni. Drewniane tabliczki kierowały do kościoła, poradni, ośrodka leczenia uzależnień i kawiarni. W pierwszej chwili Damian chciał tam wejść, by uzupełnić niedobór kofeiny, ale konieczność przywołania obsługi za pomocą niewielkiego dzwonu skutecznie go zniechęciła. Poza tym stare mury i panująca wkoło cisza działały na niego przytłaczająco. Czas tu zwalniał i Wolczuk bał się irracjonalnie, że całkowicie się zatrzyma. Odetchnął, wychodząc na ulicę, gdzie słońce wydawało się świecić intensywniej.

Kawę wypił na rynku pod parasolem. Zjadł niezdrowe śniadanie i poinstruowany przez sprzedawcę poszedł szukać komisariatu. Z Chęcin nie było bezpośredniego połączenia do Krakowa. Sprawdził online. Wpierw musiał dotrzeć do Kielc, a tam przesiąść się do autokaru lub pociągu. Ledwie drobna komplikacja, bo niemal co godzinę miał taką możliwość. Ostatnią tuż po dwudziestej trzeciej. Było więc dość czasu, by wszystko załatwić.

Niewielki, parterowy budynek był cofnięty od ulicy na odległość czterech miejsc parkingowych. Na jasnobeżowej ścianie wisiało godło, a pod nim czerwona tabliczka z napisem „Komisariat Policji w Chęcinach”. Damian upewnił się, że ma ze sobą dokumenty, po czym wkroczył do środka. Miał nadzieję, że pójdzie gładko.

Nie poszło.

 

– Nie rozumiem! – Wolczuk nie próbował nawet ukryć irytacji. – Zapisał pan wszystko, więc czemu nie mogę zabrać własnego samochodu?

– Powtarzam raz jeszcze. – Policjant starał się mówić spokojnie, choć jego zachowanie od początku zdradzało pewną nerwowość. – Musimy sporządzić dokumentację i zabezpieczyć ślady na miejscu zdarzenia. W tej chwili wszyscy są w terenie, więc będzie to możliwe dopiero za jakiś czas. Gdy skończymy, będzie pan mógł zabrać pojazd.

– To jest jakaś kpina po prostu. Cholerne zadupie!

– Zapisałem pana numer. – Funkcjonariusz nie dał się sprowokować. – Zadzwonię, gdy już będzie taka możliwość. Proszę mieć to na uwadze i nie oddalać się zanadto.

– Nie oddalać się – roześmiał się Wolczuk. – I co mam niby robić? Siedzieć tu na schodach?

– Może pan w tym czasie na przykład zwiedzić zamek albo pospacerować i pooddychać świeżym powietrzem. Przepraszam! – Odebrał telefon, którego ostry dzwonek zawibrował w powietrzu.

Wolczuk wstał i wyszedł bez słowa.

Prowincjonalna kłoda rzucona pod nogi w biegu od tego, co się kończy, ku temu, co się zaczyna – pomyślał odruchowo.Mógłby być z tego niezły nagłówek, a jeszcze lepszy śródtytuł. Prawdę mówiąc, miał czas. Redakcja pisma, którego redaktorem naczelnym był Marcin Zecerski, dopiero się organizowała. Pierwszy numer miał się ukazać za dwa miesiące, a więc tekst Damiana nie miał jeszcze sprecyzowanego deadline’u. Ważne było tylko to, aby był petardą. Dowodem, że warto podpisać z nim stałą umowę, za którą chciał płacić zachodni koncern.

Jeszcze kilka tygodni temu Damian widział w tym szansę, by rzucić robotę w regionalnej gazecie i wypłynąć na szersze wody. Teraz był już zdeterminowany i wierzył, że każda minuta wczorajszego dnia prowadziła do oczywistego celu. Do zmiany na lepsze.

Problem leżał tylko w tym, że materiały z trudem zdobyte przez Wolczuka nie były już atrakcyjne. Przedwczoraj odwołano prezesa, którego wypadek zamierzał opisać, łącząc go z zaginięciem dwóch prostytutek. Za dwa miesiące nikt nie będzie pamiętał ani o prezesie, ani o jakichś kurwach, a on zostanie na lodzie. Miał więc do wyboru albo odpowiednio rozdmuchać historię, albo znaleźć coś nowego.

Przeraźliwy klakson i krótki pisk opon na rozgrzanym asfalcie.

– Pan patrzy, jak pan chodzi! – Starszy mężczyzna w mycce wychylił się przez okno i pogroził Wolczukowi. – Kapcan jeden! – Zgrzytnął bieg i czarny, pamiętający upadek muru berlińskiego mercedes potoczył się dalej. Żółte, zabytkowe tablice zdradzały, że przyjechał ze Śląska.

Kilka minut później Damian zobaczył to samo auto zaparkowane na rynku. Jego właściciel szedł wolnym krokiem wprost do urzędu miasta. Damian zwolnił, by nie wchodzić mu w paradę, a gdy staruszek wszedł do budynku, ruszył prosto w uliczkę, gdzie wskazywała strzałka z napisem „Zamek”.

 

Budki z pamiątkami starały się przyciągnąć wzrok stosem kolorowych bibelotów. Większość z nich skrywała napisy „Made in China” lub „PRC”, jak gdyby ktokolwiek jeszcze miał wątpliwości, że to jedno i to samo. Drogi prowadzące na zamek były dwie. Pierwszą można było dojść do bliższego, zachodniego wejścia. Oceniając dystans i różnicę wysokości, łatwo się było domyślić, że wymaga wspinania się po schodach, a na to Wolczuk nie miał ochoty. Czuł już w nogach, jak bardzo odzwyczaił się od chodzenia pieszo. Nie było sensu dodatkowo się katować. Wybrał więc drugą, wzdłuż której ustawiono drewniane podobizny władców. Wznosiła się łagodnie, okrążając twierdzę od wschodu. Dłuższa, lecz łatwiejsza.

Łysy człowiek z wystudiowanym uśmiechem i zawieszoną na piersi odznaką przewodnika czekał cierpliwie, aż ostatni maruderzy dołączą do grupy.

– Witam państwa! Nazywam się Dominik…

Melodyjny dzwonek zagłuszył jego słowa. Siwawy mężczyzna w tweedowej, znoszonej marynarce walczył chwilę z telefonem, po czym wymruczał przeprosiny.

– Nic się nie stało – uśmiechnął się przewodnik. – Witam państwa u stóp chęcińskiego zamku. Zamek jest po rewitalizacji, która zakończyła się w kwietniu zeszłego roku. – Trójka roześmianych dzieciaków przebiegła obok. – Stoimy na początku alei władców albo królów, którzy bywali tu lub mieli wpływ na zamek. Na dole, na parkingu, mijali państwo figurę Mikołaja Sieciesławowicza, który był pierwszym właścicielem okolicznych wiosek w drugiej połowie trzynastego wieku, ale nie miał pieniędzy, by budować.

Wolczuk przystanął, niepewny, czy nikt go nie przegoni. Nie był częścią grupy i nie płacił za zwiedzanie z przewodnikiem. Z drugiej strony było to miejsce publiczne i nikt nie zwracał na niego uwagi.

– Pierwsza wzmianka o zamku pochodzi z roku tysiąc trzysta szóstego, czyli z czasów Łokietka.

Owszem, mógł przecisnąć się między tymi ludźmi i iść dalej swoim tempem, ale mógł też posłuchać, skoro nie miał nic lepszego do roboty.

– Władysław Łokietek rozbudował zamek, który powstał tu wcześniej z inicjatywy Wacława II Czeskiego. Choć to zbyt duże słowo. Na początku była to jedynie wieża o ekspozycji południowej, najprawdopodobniej, ponieważ nie można tego jednoznacznie stwierdzić. – Odruchowo spojrzał na mury, które jaśniały w górze. – Ślady tej wieży odkryto właśnie podczas rewitalizacji zamku, co wywołało niemałą sensację. Jej zarys obejrzycie państwo, gdy już będziemy na miejscu. Chodźmy dalej.

Grupa posłusznie ruszyła za przewodnikiem, który snuł opowieść o losach warowni. O jej rozbudowie i ludziach, którzy mieli na to największy wpływ.

– Zamek odegrał ważną rolę podczas wojen z zakonem krzyżackim. Był bowiem miejscem koncentracji wojsk i to właśnie z Chęcin ruszano między innymi na słynną bitwę pod Płowcami w tysiąc trzysta trzydziestym pierwszym.

– Więziono tu Krzyżaków, prawda? – spytał ktoś z grupy.

– Tak – potwierdził z uśmiechem przewodnik. – Po bitwie pod Grunwaldem przebywali tu co znamienitsi jeńcy, czekając na okup. Po bitwie pod Komorowem trafił tu nawet Michał Küchmeister von Sternberg, późniejszy wielki mistrz.

– Gdzieś czytałem, że zaprzyjaźnił się z tutejszym zakonnikiem i podarował mu niezwykły prezent. – Mężczyzna w tweedzie poprawił okulary. – Opowie pan o tym?

– To jedna z mniej popularnych legend, która nie ma żadnego potwierdzenia w źródłach. Pojawia się chyba tylko w dwóch niepewnych opracowaniach. – Przewodnik się skrzywił. – Osobiście uważam, że została zmyślona, bo raczej trudno sobie wyobrazić taką sytuację, że Küchmeister pozbywa się… – Zmarszczył brwi. – Chyba jakiejś relikwii… Przepraszam, ale nie pamiętam dokładnie.

– To był różaniec wykonany w Jerozolimie przez krzyżowców.

– Jaki różaniec? – zainteresowała się jedna z kobiet.

– Zrobiono go z kości strażników Grobu Pańskiego. – Mężczyzna był wyraźnie zadowolony z okazanego mu zainteresowania. – Miał chronić von Sternberga przed zakusami złych mocy i opętaniem. Oddał go franciszkaninowi w zamian za…

– Proszę pana – upomniał go przewodnik. – Nie wiem, skąd pan czerpie takie rewelacje, ale naprawdę nie mają one wiele wspólnego z rzeczywistością.

– Wyczytałem je w niemieckiej prasie historycznej – powiedział z dumą właściciel tweedowej marynarki. – To była potężna relikwia wykonana przez…

– UFO? – zakpił ktoś. Wolczuk mimowolnie się uśmiechnął. Kilka osób parsknęło rozbawionych.

Przewodnik dokończył przerwany wątek:

– Więzieni tu byli również Jan Hińcza z Rogowa, oskarżony o romans z żoną Jagiełły Zofią, czy Andrzej Garbaty, który spędził tu aż dziesięć lat. Przejdźmy dalej…

Siwiejący miłośnik tajemnic przysunął się do zaskoczonego Wolczuka, którego spojrzenie zinterpretował błędnie jako wyraz zainteresowania.

– To prawda z tym różańcem – szepnął konspiracyjnie. – Mówię panu! Chronił przed opętaniem, taką miał siłę. Od lat zbieram informacje na ten temat. Znam jego losy od samej Jerozolimy i to tu trop się urywa.

– Panie, co pan – obruszył się Damian.

– Nie jestem wariatem – syknął. – Ale wie pan, jak to jest z nauką. Jak nie pomacali, to nie istniało. Trudno… – Rozluźnił się. – Przejazdem jestem, to pomyślałem, że zajrzę i zapytam, może tu ktoś coś wie. No niech pan tak nie patrzy. –Uśmiechnął się z zakłopotaniem. – Może to rzeczywiście tylko legenda, lecz przyzna pan, że ciekawa. Mój ojciec, proszę pana, interesował się losami von Sternberga, bo to był jakiś nasz rozwodniony przodek, ale mniejsza z tym. Pan jest młody, to co pana obchodzą takie sprawy. Przepraszam, że zająłem czas.

– W porządku. – Damian kiwnął głową. – Idzie pan dalej, na zamek?

– Nie, już nie mam po co.

 

Przed celownikiem obiektywu przesuwała się gałąź. Po chwili pojawiła się na niej ciemna plama. Autofokus wyostrzył obraz, dobierając odpowiednią przysłonę. Ptak wielkości gołębia, o czekoladowobrązowym upierzeniu z białymi plamkami, wypełnił kadr. Migawka pstryknęła, utrwalając go w cyfrowym formacie z prędkością sześciu klatek na sekundę. Nucifraga caryocatactes była rzadko spotykana w tej okolicy, więc fotograf mógł czuć satysfakcję z udanego polowania. Ptak wciąż siedział na gałęzi. Obracał łebek. Celownik aparatu kierował się już jednak w inną stronę. Połowę kadru wypełniała teraz tweedowa, znoszona marynarka i siwiejące włosy. Fokus ostrzył na przystojną twarz stojącego tuż obok blondyna. Migawka znów pstryknęła cicho.

 

 

6

 

Dariusz Kryński przyglądał się z zainteresowaniem szarej hondzie civic, którą fotografowała Dorota. Zostawili radiowóz kilkadziesiąt metrów dalej, aby nie tarasować zwężonego odcinka tymczasowej drogi. Samochody przetaczały się po niej, zwalniając na widok odblaskowych kamizelek z napisem „Policja”. Ciekawość była silniejsza niż rozsądek, więc korek robił się coraz większy. Kryński wyobrażał sobie irytację kierowców, którzy pędząc obwodnicą, byli nagle zmuszani do wytracenia prędkości i poruszania się w żółwim tempie. Wiedział, że wkrótce zirytują się bardziej, gdy zatrzyma ruch, by użyć koła pomiarowego. Dorota pobierała próbkę lakieru. Przerwała na moment, by poprawić kosmyk włosów, który wysunął się spod czapki. Mimowolnie śledził jej ruchy, jak gdyby w ten sposób chciał się upewnić, że jej kobiecość nie robi już na nim wrażenia. Robiła.

– Mierzymy? – Karolina wspięła się po zboczu, patrząc na Kryńskiego z wyrzutem, że nie podał jej ręki.

– Słucham? – Nie zrozumiał w pierwszej chwili. – A tak, pewnie! – Poruszył kołem w przód i w tył.

Policjantka wstrzymała ruch. Kryński zajął się tym, co trzeba.

 

Godzinę później był już na komisariacie. Karolina została z techniczką, żeby ją odwieźć, gdy skończy, a Kryński wrócił na piechotę. Od miejsca, gdzie srebrna honda zjechała z drogi, miał ledwie kilometr. Poszedłby nawet, gdyby było ich pięć, byle tylko zniknąć z zasięgu wzroku Doroty. Jak jakiś szczeniak.

Komendant pojechał do Kielc, co Kryński przyjął z ulgą. Jego organizm domagał się kawy i chwili odpoczynku. Niemal poczuł tęsknotę na widok służbowego krzesła. Resztki na dnie puszki zwietrzały, tracąc aromat. Mimo to zalał kawę wrzątkiem i zamieszał. Nie zdążył się napić ani opowiedzieć dyżurnemu nic ponad to, co już wiedział, gdy zjawił się świadek.

– Pan Daniel Wolczuk? – upewnił się, wskazując krzesło.

– Damian – tamten poprawił go z irytacją.

– Damian, przepraszam. – Kryński spojrzał w notatki. Rzeczywiście Damian. – Zwiedził pan zamek? – zagaił.

– Nie cały, bo pana kolega po mnie zadzwonił. Rozumiem, że nie zwrócicie mi za bilet?

Kryński chrząknął z zakłopotaniem. Zapowiadała się męcząca rozmowa, a tabletki zostały w radiowozie. Otaksował wzrokiem Wolczuka. Blond włosy przycięte w sposób, na jaki Kryński nigdy by się nie zdecydował, modne okulary, lekki zarost włoskiego amanta i dobrze skrojona marynarka. Casualowa, o ile dobrze pamiętał ten styl. I ta chełpliwa pewność siebie. Niemal roszczeniowa. Zupełnie jak z porannego programu na TVN. Nie lubił takich dupków.

– A więc panie Damianie. – Uśmiechnął się w wymuszony sposób. – Chciał pan zgłosić zdarzenie drogowe, w którym brał pan udział, prawda? Doszło do niego w dniu wczorajszym, a pan kierował srebrną hondą civic o numerach rejestracyjnych WE… – Wolczuk dokończył za niego. – Rozumiem, że pojazd należy do pana? Dobrze. Proszę o dokumenty, które to potwierdzają, oraz o pana prawo jazdy i dowód osobisty, jeśli ma pan je przy sobie.

Wprowadzał przez chwilę dane do komputera.

– Proszę powiedzieć, co się wydarzyło.

– Jechałem z Warszawy do Krakowa. Na tym rozkopanym odcinku koło was z pola po prawej wyskoczył jakiś wariat i zepchnął mnie do rowu. To był duży, ciemny samochód. SUV albo terenówka, nie wiem, bo było ciemno.

– O której mniej więcej godzinie?

– Po dwudziestej drugiej. Bliżej wpół do.

Kryński zanotował.

– Czy byli jacyś świadkowie tego zdarzenia?

– Nie. Jedna dziewczyna zatrzymała się, żeby mi pomóc, ale nic nie widziała, bo jechała w zbyt dużym oddaleniu. Od razu pytałem – podkreślił.

– Rozumiem. Czy zna pan tę dziewczynę?

– Pan żartuje? – Damian popatrzył na policjanta wymownie. – Skąd mam znać?

– Nie wyraziłem się jasno, przepraszam. – Po kilkunastu latach w policji arogancja nie robiła już na nim wrażenia. – Czy przedstawiła się panu? Wie pan może, gdzie mieszka? Cokolwiek, co pozwoli ją znaleźć i upewnić się, że naprawdę nie może nam pomóc. To standardowe pytania, które muszę panu zadać – dodał.

– Nie. Może… – Damian poprawił się na krześle. – Przedstawiła się jako Alicja, nazwiska nie pamiętam. Pielęgniarka, ale nie wiem skąd. Jeździ dwudrzwiowym focusem w dieslu. Chyba mieszka w pobliżu, pewnie w samych Chęcinach. Rozmiaru stanika nie znam. – Tani żart.

Dariusz sięgnął po filiżankę i przełknął lurowaty płyn, krzywiąc się mimowolnie. Najgorszy piątek w roku.

– Alicja Lipińska, szatynka średniego wzrostu? – upewnił się.

– Chyba tak. Zna ją pan?

– Jestem dzielnicowym w rejonie, gdzie mieszka – rzekł wymijająco. – Czemu od razu nie wezwał pan policji?

– Myślałem, że jestem na jakimś zadupiu i nikt nie przyjedzie.

– Czy był pan wtedy trzeźwy?

– Oczywiście! Sugeruje pan, że sam zjechałem do rowu?

– Nie – zaprzeczył Kryński. – Po prostu pytam, bo ludzie na pana miejscu raczej wzywają w takiej sytuacji policję.

– Miałem wczoraj naprawdę kiepski dzień – powiedział Damian szczerze. – Ostatnie, na co miałem ochotę, to udowadnianie wam, że naprawdę uderzył we mnie inny samochód.

– Zostały wyraźne koleiny i odpryski lakieru na pana błotniku. Niepotrzebnie się pan obawiał.

– Nie pomyślałem o tym. – Pokręcił głową. – No tak… Czyli był pan już na miejscu?

– Zabezpieczyliśmy ślady.

– Więc mogę zabrać auto? – Wyciągnął telefon.

– Będzie pan mógł, gdy skończymy naszą rozmowę.

Damian westchnął wymownie i odłożył telefon na biurko. Poprawił się na krześle.

– Czy kiedykolwiek widział pan już wcześniej ten samochód, który pana zepchnął? A może zna pan jego właściciela lub kierowcę? Może domyśla się pan, kto to mógł być?

– Nie mam pojęcia.

– Ten samochód, podobnie jak pański, był zarejestrowany w Warszawie, co oczywiście może być zwykłym zbiegiem okoliczności, jednak…

– Znaleźliście go?

– Może też wskazywać na jakąś formę…

– Niech pan nie żartuje. Nie znam i nie wiem nic poza tym, co powiedziałem. – Ożywił się. – Jeśli znaleźliście auto, to znaczy, że możecie mi wystawić jakiś świstek dla ubezpieczyciela. A może sprawca podpisze protokół szkody, czy jak to tam się nazywa. To możliwe?

– To już nie leży w mojej gestii. Złoży pan wniosek na piśmie. Zaraz dam panu odpowiedni druk. – Sięgnął do szuflady. – Wcześniej jednak muszą przyjść wyniki analizy lakieru, który został pobrany z obu pojazdów.

– Bez jaj! – parsknął Wolczuk. – Takie badania z powodu zwykłej stłuczki? To co, kierowca nie pamięta, co zrobił, czy odmówił składania wyjaśnień? Bo rozumiem, że skoro jest samochód, to…

– Proszę pana, kierujący tamtym pojazdem nie żyje, tak samo jak pasażerowie. Prowadzimy dochodzenie w tej sprawie. – Nie było sensu tłumaczyć, że robi to zespół z Kielc, a oni tu, w Chęcinach, co najwyżej mogą zebrać zeznania i przesłać dalej.

– Mieli wypadek?

– Na obecnym etapie nie jestem upoważniony, aby udzielać jakichkolwiek informacji związanych z tą sprawą. Wspomniałem o tym tylko po to, aby miał pan świadomość, że wydanie jakiegokolwiek zaświadczenia będzie możliwe dopiero po otrzymaniu wyników z laboratorium. Może to potrwać kilka dni lub dłużej. Trudno mi powiedzieć. Auto oczywiście powinien pan zabrać jak najszybciej. Dobrze. – Przeleciał wzrokiem po monitorze. – Czy mieszka pan w miejscu zameldowania?

– Nie.

– Proszę więc o adres, na który będziemy mogli kierować ewentualną korespondencję.

– Nie mam takiego. To znaczy jeszcze nie mam. – Damian odetchnął głęboko. – To niefortunny moment, bo właśnie przenoszę się do Krakowa. Dopiero kiedy coś wynajmę, będę mógł podać adres.

– Rozumiem. – Wolczuk podrapał się po skroni. – A tam w Warszawie nie ma kogoś, kto przekaże panu korespondencję? Może…

– Nie – uciął.

– No dobrze. Zostawię na razie tak, jak jest, bo muszę coś mieć wpisane. Kiedy pan już będzie miał w Krakowie jakieś lokum, proszę o kontakt. Dam panu mój numer. – Gdzieś miał jeszcze wizytówkę. Jak zwykle nie tu, gdzie na początku szukał. – Proszę. W razie gdyby pan zgubił, to na stronie internetowej komisariatu też jest dostępny. Dobrze, a teraz przeczytam pana zeznanie. Proszę mówić, jeśli coś by się nie zgadzało lub coś sobie pan przypomniał. Poprawimy, a potem wydrukuję, żeby pan podpisał.

 

 

7

 

– Aleś pan przydzwonił, kurwancka! – Mechanik wysłał po samochód pomocnika, bo sam kończył pilną robotę. Teraz oglądał hondę na lawecie, przed warsztatem, na który składały się dwa połączone garaże i część starego domu. Reszta, świeżo otynkowana, znajdowała się już na sąsiedniej posesji. Pachniało tu smarem, gumą i samowolą budowlaną. Skromny plac zajmowały trzy auta w różnej fazie rozkładu i sterta opon. Przy budzie, ze stalową miską między łapami, leżał apatyczny pies. – Wahacz poszedł. Pas, podłużnica… – Sięgnął dłonią i szarpnął za coś. Wydało metaliczny dźwięk. – Szkoda całkowita – ocenił. – Mogę na jutro ściągnąć rzeczoznawcę. Potrzebuję tylko upoważnienia i numeru polisy.

Damian Wolczuk wyjaśnił pokrótce, jak wygląda sytuacja. Mechanik podrapał się po brodzie.

– No dobrze, możemy go postawić na placu i poczekać na zaświadczenie z policji, bo rzeczywiście bez sensu brać to na autocasco. Straciłbyś pan, kurwancka, wszystkie zniżki. Tylko bez zgłoszenia szkody to ja panu nie zacznę tego robić. Poza tym nie daję żadnych aut zastępczych.

– Nie szkodzi. Dam sobie radę.

– W porządku. – Ściągnął rękawice. – Zapraszam do biura, podpiszemy papiery.

 

Popołudniowe słońce zalewało ulicę prowadzącą do rynku. Odbijało się w markowych okularach. Grzało przyjemnie. Damian Wolczuk niósł marynarkę w jednej ręce, w drugiej lekką turystyczną torbę. Było w niej ubranie i antyperspirant. Wszystko, co dotychczas trzymał w szafce w redakcji, a teraz musiało wystarczyć na początek nowego życia. Była tam też ładowarka do telefonu, którego bateria padła przy próbie połączenia z Marcinem. Laptop przewieszony przez ramię obijał się o udo. Było dobrze po szesnastej i Damian wreszcie mógł pomyśleć o obiedzie.

Budynek, w którym mieściła się pizzeria, miał nietypowe półokrągłe okna. Obok musiała stać kiedyś remiza, bo uliczkę nazwano Strażacką. Wewnątrz było przyjemnie chłodno. W podłużnej, ozdobionej kamieniami sali tylko dwa stoliki były wolne. Położył torbę na krześle. Przez oparcie przewiesił marynarkę i stanął przy długim barze, gdzie młoda, filigranowa kelnerka tłumaczyła coś klientce. Za barem, w rogu pomieszczenia, ubrany na biało mężczyzna pakował parującą pizzę do pudełka. Wszędzie było czysto i pachniało jak należy. Zachęcająco.

Menu leżało na blacie. Damian zdążył je przejrzeć, nim przyszła jego kolej. Na pizzę musiał poczekać, ale piwo podano mu od razu. Uśmiechnął się do kelnerki i wrócił do stolika. Henley zabulgotał cicho, zmieniając liquid w parę o smaku truskawki, który niezbyt komponował się z piwem. Damianowi to nie przeszkadzało. Poczekał, aż laptop z trudem złapie sieć, i zalogował się na skrzynkę. Mail do Zecerskiego był krótki, bo Damian nie lubił długich wiadomości. „Jeszcze tu trochę zostanę. Dam znać przed przyjazdem”. Patrzył przez chwilę na migający kursor i wcisnął przycisk „Wyślij”. W przeglądarce wpisał hasło „Chęciny” i zaczął czytać.

Nie chodziło o wypadek ani o problemy z ubezpieczeniem. Damian Wolczuk po raz kolejny w swoim życiu czuł, że znalazł się gdzieś z jakiegoś powodu. Towarzyszące mu od rana mrowienie karku i rozedrganie w piersi były czytelnymi znakami, że w tej leniwej, małomiasteczkowej atmosferze kryje się temat. Jego temat.

Damian Wolczuk się nie pomylił.

 

 

8

 

Młodszy aspirant Dariusz Kryński westchnął, gdy ciężarówka za jego plecami ruszyła na wstecznym. Miarowy pisk rezonował w głowie, wydobywając nieprzyjemne wspomnienie porannego kaca. Teren na wysokości Starochęcin, przez który miała przebiegać obwodnica, był szykowany pod stabilizację. A może ekipa robiła jeszcze co innego. Kryński w kwestiach budowlanych i drogowych był ignorantem, dla którego istotnypozostawał tylko stan faktyczny. Łąki i pola były elementem krajobrazu, autostrada – pożądanym udogodnieniem, a proces przechodzenia od jednego do drugiego uznawał za zupełnie nieistotny. Jednak stojąc na skraju szerokiego pasa ziemi, podejrzewał, że nie uda się dotrzymać terminu tej budowy. Zgodnie z narodową, ogólnobudowlaną tradycją gównianej organizacji pracy ludzi i sprzętu wyraźnie było tu zbyt mało.

Kierownik robót, którego ściągnięto na odcinek, miał na głowie biały kask z logo firmy i odblaskową kamizelkę narzuconą na garnitur. Jego wypastowane buty oblepiała czerwona ziemia. Jak wszystko wkoło. Pojawił się spóźniony, gdy karetka zdołała pokonać rozjeżdżoną ciężkim sprzętem drogę i wydostała się na asfalt, mijając radiowóz, którym przyjechał Kryński.

– Kwiatkowski – przedstawił się, kiwając nieznacznie głową. Nie wyciągnął ręki na powitanie. Najwyraźniej nie miał tego w zwyczaju. – Przepraszam, że musiał się pan fatygować, ale taką mamy procedurę, że do każdego wypadku musimy wezwać policję. Zarząd na wszystko musi mieć papier. Związki zawodowe i ubezpieczyciel, jeśli wie pan, co mam na myśli.

– Jasne. – Kryński z ulgą przyjął fakt, że brzęczyk za plecami umilkł. Ciężarówka zwiększyła obroty, by wydostać się z grząskiej ziemi.

– Pan Braniewski pracuje u nas już kilka lat i dał się poznać jako dobry fachowiec. Normalnie staramy się unikać zatrudniania osób w tym wieku, bo często mentalnie siedzą jeszcze w Peerelu, ale pan Jan bezproblemowo dostosował się do naszych standardów.

– Czyli nie pije w pracy?

– Nie pije i robi, co trzeba. – Kierownik kiwnął głową. – Poza tym naprawdę zna się na robocie. Każda kolejna ekipa go chwali. – Rzucił okiem na stojącą obok koparkę. Otwarta kabina i ślady pod gąsienicą. Zakrwawiony but. – Naprawdę nie wiem, co się stało…

– Świadkowie, pana ludzie – sprecyzował Kryński. – Twierdzą, że pan… – spojrzał w notatki – Jan zaczął dziś pracę o godzinie szesnastej. Przebrał się i udał na odcinek, gdzie w dniu wczorajszym zakończył pracę.

– Kopał równolegle do przebiegu wyznaczonej drogi – potwierdził kierownik, zerkając ukradkiem na zegarek.

– Był tu sam, ale koledzy, którzy pracowali w pobliżu... – rozejrzał się – …o tam, widzieli, że miał jakiś problem z maszyną. Opuścił kabinę i kręcił się pod łychą.

– Nie powinien tego robić.

– Kilkakrotnie wracał do pojazdu i przemieszczał się wzdłuż wykopu, wybiegając co chwila z maszyny, którą zostawiał z włączonym silnikiem.

– Wbrew zasadom – podkreślił szybko kierownik, jak gdyby stał w blasku fleszy i na jego barkach spoczywała odpowiedzialność za wizerunek firmy.

– Bhp, wiem. – Kryński coś zanotował. – W końcu za którymś razem wbiegł za koparkę, a ta ruszyła, miażdżąc mu nogę. Mogła sama ruszyć?

– Nie powinno się to zdarzyć. W ogóle nie powinien opuszczać kabiny bez uprzedniego zastopowania silnika. Maszynę jeszcze dziś sprawdzą nasi serwisanci. Powinni być już w drodze. Wie pan, po to właśnie mamy restrykcyjne przepisy, aby nie dochodziło do takich sytuacji. – Spojrzał wymownie wpierw na Kryńskiego, a później na jego notatnik. – Moi pracownicy zareagowali zbyt późno, ale dobrze, że zareagowali. W chwili gdy pan Jan po raz ostatni opuścił maszynę, brygadzista był już w pobliżu. Zdołał dobiec i wyłączyć silnik. W innym wypadku skończyłoby się gorzej. – Westchnął. – Mimo to powinien zareagować od razu, gdy pan Jan po raz pierwszy złamał procedury. Oczywiście wyciągniemy konsekwencje i przeprowadzimy dodatkowe szkolenia.

– Świadkowie natychmiast wezwali pogotowie i zadzwonili do pana. Pan kazał sprowadzić policję.

– Zgadza się. Byłem pod Radomiem, dlatego dojazd zajął mi chwilę. Cieszę się, że w tym czasie zdążył pan już porozmawiać z ludźmi. – Tym razem ostentacyjnie sprawdził, która godzina. – Rozumiem, że wszyscy dostaną wezwanie, by stawić się na komisariacie. Czy mogę jeszcze w czymś pomóc?

– Tak. Pan Jan do przyjazdu pogotowia majaczył. Kontakt z nim był utrudniony. Nie odpowiadał na pytania. Jęczał i wykrzykiwał, że… – Zajrzał znów do notesu. – Coś o przekleństwach i diabłach… Również dużo słów na literę „k”. Świadkowie jednak twierdzą, że nie było od niego czuć alkoholu, że był trzeźwy. Podobnego zdania jest stróż, z którym rozmawiał w baraku. Krew sprawdzą w szpitalu. Jeśli rzeczywiście nie będzie śladów alkoholu, to…

– Nie może być, bo każdy z pracowników dmucha w alkomat przed dopuszczeniem do pracy.

– Wie pan… – Kryński się uśmiechnął. – Ludzie bywają pomysłowi. Zaczynają trzeźwi, a kończą pijani.

– U nas jest to niedopuszczalne! – Kierownik pokręcił głową. – Jeśli okazałoby się, że pan Braniewski złamał zasady, to konsekwencje prawne byłyby dla niego gorsze niż utrata stopy. Za przeproszeniem, oczywiście. Każdy z naszych pracowników ma tego świadomość.

– Jeśli był trzeźwy, to będzie po prostu…

– To już oceni zakładowa komisja i ubezpieczyciel. – Kwiatkowski chrząknął. – Między innymi na podstawie państwa raportu. Da mi pan dziś jakieś potwierdzenie, że był pan na miejscu?

– Nie. Proszę zgłosić się na komisariat w poniedziałek. Przy okazji złoży pan zeznania.

– Nie da się szybciej?

– My też mamy swoje procedury. – Kryński rozejrzał się. –Co to za ślady? – Wskazał na koleiny, które wiły się po obu stronach przyszłej drogi. Również tu, gdzie stała koparka.

– Jakiś kretyn urządził tu sobie wczoraj wieczorem rajd terenowy. Przeorał nam całą niwelację od siedemset trzydziestki szóstki aż tu. Na widok ochrony uciekł. Naprawiamy szkody.

– Czy ochroniarz widział, co to za auto? Może pamięta numery rejestracyjne?

– Był za daleko. Barak stoi aż tam. – Wskazał. – Samochód był ciemny, może czarny. Odjechał, nim nasz pracownik zdążył pokonać połowę drogi. To wszystko.

– O której godzinie to się wydarzyło?

– Po dwudziestej, można sprawdzić w zeszycie. Ale co to ma wspólnego z wypadkiem naszego operatora?

– Nic. Ciekawość zawodowa. Jeszcze raz pana godność poproszę, a najlepiej jakiś dokument tożsamości. Wie pan, procedury. – Uśmiechnął się.

 

Na komisariat wrócił przed dziewiętnastą.

– Ty też jeszcze pracujesz? – zagaiła Karolina znad papierów. – Co za popieprzony piątek.

– Wiem, gdzie dokładnie nasi denaci ubrudzili samochód. –Podsunął jej notes. – Możesz wpisać do raportu.

– To się Kielce ucieszą. – Przejrzała notatki. – Ustalili już, że to byli pracownicy warszawskiej firmy ubezpieczeniowej. Biuro mają na tej słynnej Domaniewskiej. – Spojrzała wymownie na Kryńskiego. Pokręcił głową. – W Mordorze? – Wyraźnie nic mu to nie mówiło. – Nieważne – poddała się. – Mieli imprezę integracyjną w Korzecku. W „Okrąglaku”. Burdel straszny, bo ludzi ponad setka. Kielce ściągnęły naszych i chłopaków z Nowin, żeby pospisywać zeznania. Przy okazji wlepili kilka mandatów tym, co wsiedli za kółko pod wpływem. Musieli mieć tam niezły młyn. – Zaśmiała się.

– Wiadomo coś ciekawego?

– Nic. Tej czwórce znudziła się impreza, wsiedli do samochodu i więcej nikt ich nie widział. Jacyś kierownicy niższego szczebla, czyli byle kto. Zespół się już zwinął, a nasi tam kończą i tyle. Reszta na głowie Kielc i Warszawy.

– Komendant coś zdziałał?

– Kiero był tylko na chwilę. Bardzo się przejął i kursuje wte i wewte. Nawet u burmistrza siedział.

– Nie zazdroszczę mu. – Kryński pokręcił głową.

– No! – Ziewnęła. – Kończę raport, wysyłam i idę do domu.

 

ROZDZIAŁ 3

 

 

 

Sobota

 

 

 

9

 

Gromkie pokrzykiwania wyrwały Damiana ze snu. Wyjrzał przez okno w chwili, gdy grupa biegaczy opuszczała klasztorny dziedziniec. Była szósta dziesięć, dobry czas, by zacząć dzień.

Gdy minionego popołudnia wrócił do klasztoru, klucz tkwił w zamku, tam gdzie go zostawił. Zapraszająco. Drobny szczegół, który ostatecznie przekonał Damiana, że nie warto na razie szukać innego lokum. Nie warto wydawać pieniędzy, skoro może się tu zatrzymać dłużej.

Problem z zasięgiem rozwiązał, przesuwając stół bliżej okna. Do późna czytał i katalogował informacje o mieście i okolicy. Na razie bez określonego celu, ponieważ wszystko mogło okazać się pomocne. Znalazł stronę internetową klasztoru i odnośnik do Centrum Profilaktyki i Leczenia Uzależnień. Certyfikowany specjalista terapii Daniel Krawczyk spoglądał na niego ze zdjęcia. Ogolony na jeża, z wymuszonym półuśmiechem, który nie pasował do pełnego pasji spojrzenia. Z krótkiej notki wynikało, że pracował kiedyś jako psycholog wojskowy i terapeuta więzienny, a z ośrodkiem w Chęcinach związany był od początku jego istnienia. Poza nim wychowankami opiekowało się jeszcze kilka osób. Zapewne na zmianę.

Na terenie klasztoru funkcjonowały niezależne domostwo San Damiano, hostel o dziwnej nazwie i poradnia, która zajmowała część głównego korytarza. Wolczuk zwrócił już na to uwagę. Pomieszczenia o takich samych drzwiach z ciemnego drewna, od toalety i pokoju gościnnego różniące się jedynie niewielkimi wywieszkami umieszczonymi na ścianach. Gdyby nie te wywieszki i tablica ogłoszeń, trudno byłoby się domyślić, co się mieści wewnątrz.

Tablica była korkowa, obwieszona standardowymi informacjami, jakie spotyka się w poradniach, tu wzbogaconymi dodatkowo o religijne obrazki. Znajdowała się na samym początku korytarza, w niewielkiej dobudówce stanowiącej rodzaj obszernego przedsionka. Zawieszono ją na ścianie, na prawo od wejścia, naprzeciw schodów prowadzących na piętro, gdzie mieszkali franciszkanie. Oni też byli wymienieni na stronie internetowej. Na innej liście niż terapeuci. Tylko imiona i nazwiska, bez opisów i zdjęć. Zupełnie jakby chciano podkreślić nadrzędną rolę walki z uzależnieniami w stosunku do kwestii religijnych. Odwrotnie niż w rzeczywistości, gdzie mimo wszystkich wywieszek, tablic i logotypów NFZ-etuWolczuk odnosił wrażenie, że całe to centrum jest ledwie dodatkiem, epizodem w długiej historii tego miejsca, które przetrwało wszelkie dziejowe zawieruchy.

Na koniec sprawdził jeszcze serwisy informacyjne, szukając śmiertelnych wypadków w pobliżu. Nie było nic z ostatnich dni. Dopiero gdy niedługo po północy dochodzące z korytarza echo kroków zmąciło nocną ciszę, uznał, że czas się położyć. Zasnął niemal od razu.

Obudził się wypoczęty, gotowy do działania. Punktualnie o szóstej trzydzieści zamknął za sobą pokój. Schował klucz do kieszeni i ruszył do wyjścia. Korytarz był pusty i pozbawiony życia. Gdyby nie blade światło dnia wpadające przez duże, wychodzące na wirydarz okna, Damian mógłby uwierzyć, że w budynku wciąż obowiązuje cisza nocna, a zakonnicy nadal śpią. Domyślał się jednak, że byli już na nogach, szykowali się do codziennych obowiązków, może modlili się w kaplicy. Zbyt cisi i skupieni, by hałasować, zakłócać spokój wiekowych murów. Tym bardziej że to sobota i poradnia była nieczynna.

Minął zamknięte na głucho drzwi gabinetów i recepcji, wiszącą na ścianie tablicę ogłoszeń i schody prowadzące na górę. Drzwi wyjściowe były lekko uchylone. Wystarczyło je pchnąć, by znaleźć się na zewnątrz.

Poranek był rześki, w sam raz, aby nabrać ochoty na kawę. Klasztorna kawiarnia mieściła się na lewo od bramy. Na prawo, jeśli wchodziło się z zewnątrz. Trzy surowe, betonowe schodki i ciemne, drewniane drzwi. Ponad nimi, na dawno niemalowanej ścianie, wisiał szyld zrobiony z deski. Napis na nim brzmiał: „Sacrum et Profanum”.

Niewielka przeszklona gablota służyła za rodzaj menu. Na kilku skrawkach papieru, przymocowanych szpilkami do juty, umieszczono nazwy herbat i kaw. Dodano też instrukcję, by użyć zawieszonego obok niewielkiego dzwonu. Żadnych godzin otwarcia, żadnych cen. Dzwon był przymocowany do żeliwnego, ozdobnego ramienia, przywodzącego na myśl podstawy zabytkowych maszyn do szycia marki Singer.

Rozległ się metaliczny klang. Damian uznał, że zbyt cichy, więc uderzył ponownie i omiótł wzrokiem podwórze. Na piętrze budynku, z którego niedawno wyszedł, poruszyła się firanka. Nikt jednak nie pojawił się w oknie. Patrzył chwilę w tamtą stronę, aż uznał, że mu się zdawało. Warkot przejeżdżającego ulicą autobusu odbił się echem w tunelu bramy, przedostał na dziedziniec i ucichł.

– Chce się pan napić herbaty? – Kobieta stała w drzwiach w rogu dziedzińca. Musiały być wcześniej uchylone, bo nie słyszał, by je otwierała.

– Wolałbym kawę – odparł.

– Zaraz otworzę, tylko wezmę klucze. – Cofnęła się w głąb pomieszczenia.

Czekał zaintrygowany. Spodziewał się mężczyzny, podświadomie zakładając, że teren klasztoru, gdzie w dodatku znajduje się ośrodek dla uzależnionych, to nie miejsce dla kobiet. Zwłaszcza atrakcyjnych, co ocenił, gdy zjawiła się ponownie. Mogła mieć trzydzieści, może trochę więcej lat. Nigdy nie był zbyt dobry w zgadywaniu czyjegoś wieku. Zgrabną figurę podkreślały czarne kozaki i spódnica odsłaniająca kolana. Ciemna, stonowana bluzka bez dekoltu, związane w kok włosy i ledwie dostrzegalny, skromny makijaż eksponowały jej naturalną urodę.

Zaprosiła go do środka. Pomieszczenie było niewielkie, lecz wystarczające, by zmieścił się w nim mały bar, trzy skromne stoliki i schody prowadzące na górę. Od starych, grubych murów ciągnęło chłodem.

– Jaką pan pije? – spytała, wchodząc za kontuar.

– Proszę z ekspresu, mocną, jeśli to nie problem.

Usiadł na jednym z dwóch wysokich, barowych krzeseł. Na więcej nie było miejsca.

– Na pewno nie chce pan herbaty? – upewniła się. – To nasza specjalność.

– Nie, proszę kawę.

– W porządku.

Patrzył przez chwilę, jak krząta się przy ekspresie. Zauważyła to, lecz skwitowała ledwie zauważalnym uśmiechem.

– Pani tu pracuje? – zagadnął.

– Nie – zaprzeczyła. – Należę do wspólnoty. – Urządzenie zaszumiało, a ona usiadła naprzeciw Wolczuka. – A pan jest stąd?

– Nie. – Uśmiechnął się. – Zostałem przymusowym gościem zakonników.

– Przymusowym?

– Damian Wolczuk. – Wyciągnął dłoń.

– Beata. – Ciepłe palce i delikatny uścisk trwający nie dłużej, niż to konieczne.

– Uszkodziłem samochód i zostanę tu kilka dni – wyjaśnił. –Co to znaczy, że należysz do wspólnoty?

Ekspres zaburczał i siknął ciemnym płynem wprost do podstawionego naczynia.

– Ona pozwala mi wyjść na prostą. – Postawiła na blacie spodek i poczekała, aż rozlegnie się wysoki dźwięk sygnalizujący zakończenie pracy urządzenia. – Mleczko?

– Nie, tylko cukier.

– Byłam bardzo młoda, gdy wpadłam w złe towarzystwo –podjęła, stawiając ostrożnie filiżankę. – Tak się mówi, ale to nie wina innych, tylko moja. Wolałam kraść i robić rzeczy, których się wstydzę. Wtedy wydawało mi się, że to sposób na życie, ale to był sposób na coś zupełnie przeciwnego. – Uśmiechnęła się.

– Trafiłaś tu do ośrodka?

– Do innych. Pół życia spędziłam w takich miejscach, gdzie próbowano mi pomóc w różny sposób. Nie można jednak zmienić nikogo, jeśli on sam nie chce zmiany. Ja nie chciałam, nie rozumiałam, czemu to jest konieczne. Przechodziłam terapie, robiłam, co chcieli, wychodziłam, a potem i tak wracałam. Długo to trwało… – Umilkła.

Wolczuk upił łyk kawy, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć. To wyznanie go zaskoczyło, ale i zaintrygowało.

– W ośrodku w Hiszpanii – przerwała przedłużającą się ciszę – gdzie wysłano mnie na samym początku, stara zakonnica kazała mi przenosić uschnięte gałęzie. Były pełne kolców. Kiedy poprosiłam o rękawiczki, powiedziała, że skoro kradłam bez nich, to mogę też bez nich pracować. Wtedy mnie to oburzyło i wkrótce stamtąd uciekłam. Teraz wiem, że to był krok w dobrą stronę… – Uśmiechnęła się znów, widząc minę Wolczuka. – Nieporadny, owszem, ale w dobrą stronę – powtórzyła. – Ludzie, którzy mają problem, tacy jak ja, nie rozumieją, że sami są jego przyczyną. Obwiniają cały świat i wszystkich wkoło, zamiast skupić się na sobie…

Przerwała, gdy zgrzytnęły drzwi. Wolczuk odwrócił się w ich stronę i kiwnął głową. W jasnym prostokącie wejścia stało dwóch mężczyzn. Jak na komendę odpowiedzieli na powitanie, po czym ten stojący bliżej, niższy, odezwał się tym specyficznym rodzajem głosu, który kojarzy się z młodzieńczą mutacją. Mężczyzna nie był już jednak młodzieńcem.

– W porządku, Beata?

– Tak. – Przez krótki moment wydawała się speszona albo Damianowi się tylko zdawało. – Pan przyszedł napić się kawy.

– Aha… – Mężczyźni stali przez chwilę niezdecydowani, po czym niższy cofnął się, zmuszając kompana, by usunął się z drogi. – Przyjdź potem, są prace do rozdzielenia.

– Dobrze – zgodziła się, a gdy odeszli, tym samym, beznamiętnym głosem, jak gdyby mówiła coś oczywistego, wyjaśniła: – Widzieli, że tu wchodzimy, i przyszli sprawdzić, czy nie robię nic głupiego.

– Głupiego?

Wzruszyła ramionami. Sięgnął po filiżankę.

– Opowiedz o tym miejscu, o wspólnocie – poprosił, a widząc pytające spojrzenie, dodał: – Ciekaw jestem, jak to działa.

– Zwyczajnie. Masz problem i potrzebujesz pomocy, to tu ją dostaniesz.

– Tak po prostu?

– Na NFZ, ze skierowaniem od specjalisty. Tego typu ośrodków jest wiele, ale większość to takie przechowalnie, gdzie nic się nie zmienia. Tu jest inaczej.

– Ze względu na wspólnotę?

– Też, to zawsze jeden z atrybutów takich miejsc. Chodzi jednak o coś więcej. Mamy dobrych terapeutów. Pomagają zrozumieć, że problemem jesteś ty sam, że się usprawiedliwiasz i przez to tkwisz w bagnie, które sam sobie zgotowałeś. To jest złe.

– A co jest dobre?

– Dobre jest, by pozbyć się tego, co nas trzyma na dnie, ogranicza, i zbudować samego siebie na nowo. Nauczyć się dyscypliny, odpowiedzialności i odwagi. Stać się innym człowiekiem. We wspólnocie wszyscy jesteśmy równi i pomagamy sobie nawzajem. Wszyscy przechodzimy przez to samo i razem wspieramy się w terapii, która nie jest łatwa.

– Na czym polega?

– Wstajemy o tej samej godzinie, o tej samej kładziemy się spać. Ćwiczymy i pracujemy. Wyznaczamy obowiązki i cele, rozliczamy się z nich. Codziennie spotykamy się z terapeutą, rozmawiamy o postępach, wspieramy się. Tu, w tych murach, czas płynie inaczej. Obowiązują inne zasady niż na zewnątrz. Wspólnota daje siłę, ale wymaga też prawdziwych poświęceń. Musimy być ze sobą szczerzy i fair, inaczej nie miałoby to sensu.

– Nie rozumiem. – Żałował, że nie nagrywa tej rozmowy. Teraz jednak było już za późno i nie chciał wystraszyć dziewczyny sięganiem po telefon.

– Tu są ludzie z problemami. Jedni kradli, by ćpać, byli agresywni po alkoholu, inni brali dopalacze. Można być uzależnionym od wielu rzeczy. Każdy wierzy, że może robić to, co chce, że wszystko dopasuje się do niego, a tu sam musi się nagiąć. Zdyscyplinować się, pracować i żyć w narzuconym rytmie. Za każde uchybienie czy spóźnienie są kary, za przekleństwo lub źle pościelone łóżko, za każdy błąd. Potem wszystko omawia się na spotkaniu wspólnoty. Musisz powiedzieć prawdę, przyznać się przed wszystkimi do najmniejszego błędu. To niełatwe, to naprawdę nie jest łatwe, zwłaszcza gdy jesteś jedyną kobietą w grupie… – Odwróciła wzrok.

– Jak w wojsku – powiedział szybko, by nie pozwolić krępującej ciszy zawisnąć w powietrzu. – Przychodzą rekruci, których trzeba złamać, by stali się żołnierzami.

– Nie – zaprzeczyła, marszcząc czoło, co tylko dodawało jej uroku. – W wojsku nie masz wyboru, a tu wszyscy jesteśmy dobrowolnie.

– Możecie odejść, kiedy chcecie? – zdziwił się.

– Odejść lub przenieść się do innego ośrodka, oczywiście. Tylko że wtedy pewnie nic się nie zmieni… Wielu nie wytrzymuje tej dyscypliny i odchodzi po kilku dniach, inni po tygodniach. – Zamyśliła się. – Myślę, że po prostu nie są gotowi, by się zmienić.

– A ty?

– Ja? – spytała, jak gdyby chodziło o kogoś innego. – Chciałam odejść kilka razy, ale dzięki wspólnocie wytrzymałam. Nie było to łatwe, lecz myślę, że w końcu mi się udało. Dziś jestem tu ostatni dzień. Daniel podpisze dokumenty i wyjadę na kilka tygodni, może nawet na stałe. Zobaczę, jak się będę czuła za murami.

– Skończyłaś terapię?

– Daniel wierzy, że sobie poradzę, a ja nie chcę go zawieść, nie po tym, ile dla mnie zrobił. Sama też wierzę, choć trochę się boję, ale to normalne… Zobaczymy, jak będzie.

– Szkoda. – Uśmiechnął się. – Miałem nadzieję na kolejną kawę w twoim towarzystwie. – Z zadowoleniem dostrzegł nieznaczny rumieniec na jej policzku. – Płatność jest uznaniowa? –spytał szybko, a gdy przytaknęła, położył na ladzie dwadzieścia złotych. – Dziękuję, Beato, było mi bardzo miło cię poznać.

Nie zdążyła odpowiedzieć, gdy w drzwiach znów pojawił się niski mężczyzna. Tym razem był sam i wszedł do środka.

– Dobrze, że jesteś. – Beata skinęła na niego. – Weźmiesz ode mnie pieniądze. – Jej ton był swobodny, choć Damian miał wrażenie, że o wiele mniej, niż gdy byli tylko we dwoje. Wstał, poprawiając marynarkę.

– Do widzenia.

Wyszedł z pozbawionej okien kawiarenki wprost na zalany słonecznym blaskiem dziedziniec. Zamrugał i zatrzymał się, by przyzwyczaić oczy do tak nagłej zmiany. Był zbyt oślepiony, żeby dostrzec Daniela Krawczyka, który przyglądał mu się z alejki wiodącej za kościół. Gdy Damian odzyskał wzrok i się rozejrzał, nie zobaczył już nikogo.

W bramie dogonił go ten niski. Złapał za rękę.

– Odczep się od niej! – Wolczuk domyślił się, że miało to zabrzmieć hardo i groźnie. Nie zabrzmiało.

– O co ci chodzi, człowieku? – spytał chłodno. – To kawiarnia, a ja chciałem napić się kawy.

– Zostaw Beatę w spokoju, rozumiesz?

– A ty co, zakochany kundel? – parsknął Wolczuk, wyrywając się z uścisku. Był zaskoczony i zły, że mężczyzna pozwolił sobie na tak bezpośrednie zachowanie.

Najwyraźniej trafił w sedno, bo tamten poczerwieniał.

– Po prostu nie chcemy tu takich jak ty. Ty… – Nie dokończył. Albo żadne przekleństwo nie przyszło mu do głowy, albo w porę się powstrzymał. – Idź sobie! – rzucił i cofnął się, jak gdyby obawiając się reakcji Wolczuka. Gdy żadna nie nastąpiła, splunął mu pod nogi. Wolczuk uśmiechnął się kpiąco.

Tamten zacisnął pięści, ale nic więcej nie powiedział. Nie powiedział ani nie zrobił. Albo opuściła go odwaga, albo skończyły mu się pomysły. Może zrozumiał, że nie wygra. Wolczuk widział to w jego oczach. Tak samo jak wściekłość. Wściekłość i zazdrość o to, że spędził tyle czasu z dziewczyną. Zrobił coś, czego ten mały, śmieszny człowieczek nie mógł zrobić. Nie w taki sposób.

Wiedział, że facet nie ma szans u takiej dziewczyny jak Beata. Wiedział, że on też o tym wie. To musiało być frustrujące. W pewnym sensie Wolczukowi było go żal.

Facet odwrócił się i odszedł. Niski, zgarbiony i kulejący na lewą nogę. „Chęciński Quasimodo” – pomyślał Wolczuk i wyszedł na ulicę.

 

 

10

 

Dorota Kowalska do domu wróciła dobrze po północy, a o piątej rano była znów na nogach. Obudził ją właśnie prokurator Arkadiusz Painer, który jakimś cudem załatwił ekspresową sekcję zwłok. Biegły lekarz czekał już na miejscu, więc musiała się śpieszyć.

To było coś nowego, bo zwykle na stół czekali minimum dwadzieścia cztery godziny, częściej dłużej. Potem protokół posekcyjny lądował u Painera na biurku, a ten sięgał po niego gdzieś między obiadem a piętnastą przerwą na papierosa. Nie zawsze tego samego dnia. Tym razem nie minęła doba, gdy mieli zacząć pracę. Dla Doroty było jasne, że ktoś naprawdę trząsł dupą, aby zeszłoroczna zmiana na Wiejskiej okazała się dobra i dla niego.

W sobotę przed szóstą ruch w Kielcach był niewielki. Miasto budziło się powoli, wolne od nerwówki dnia powszedniego. Za miastem, na trasie, było jeszcze lepiej. Dojazd do Morawicy zajął Dorocie dwanaście minut. Gdy zaczynała pracę w policji, sekcje robiło się jeszcze w Kielcach, w Zakładzie Medycyny Sądowej. Całkiem wygodnie, bo niemal w centrum miasta. Potem zaczęto wykorzystywać salę sekcyjną prywatnej firmy w Morawicy. Lepszy standard pracy, ale w godzinach szczytu gorszy dojazd. Klasyczne coś za coś.

Lekarz rzeczywiście już czekał. Wyglądał na równie niewyspanego i poirytowanego co ona. Mimo to przywitał się uprzejmie i zaproponował kawę. Zgodziła się z wdzięcznością. Wkrótce pojawił się Painer i przystąpili do pracy. Gdy skończyli obrabiać drugiego dżentelmena, prokurator poprosił Dorotę na zewnątrz.

– I jak? – Painer oparł się o ścianę. Krępy, łysiejący od czoła, miał na sobie niemodną marynarkę, sztruksowe spodnie i znoszone buty. Pomarszczona, szara twarz i niewielkie, świdrujące oczy, tkwiące głęboko między opuchniętymi powiekami, nie pozwalały czuć się przy nim swobodnie. U Doroty budziły rozdrażnienie.

– Co jak? – Zabrzmiało to ostrzej, niż planowała.

– Co o tym myślisz?

– Człowieku! – Chciała bluznąć, ale pohamowała się w porę. Instynkt samozachowawczy zwyciężył ze zmęczeniem. – Na razie niewiele ponad to, co wczoraj. Jeden po prostu utonął, drugiego ktoś walnął w głowę, najpewniej kamieniem. Mamy go zresztą.

–