Odkupienie - Janusz Ryżakow - ebook

Odkupienie ebook

Janusz Ryżakow

0,0

Opis

Odkupienie wymaga cierpienia

W akcie boskiego cudu Arkondus stworzył świat i tchnął życie w rasy obdarzone mocą: magów, potwory, elfy i bogów. Ale nawet największy dar może zostać wypaczony przez chciwość…

Po latach pozorna harmonia zaczyna się rozpadać. Sojusze się kruszą. Krainy trawią zdrady, a ziemia spływa krwią.
Markus, uwięziony przed wiekami, ucieka z miasta magów wraz ze swoim dawnym towarzyszem, Itto. Faran, zdradzony i wygnany z własnego królestwa, rozpaczliwie szuka sojuszników i prawdy o sobie. Swim i Lamir, prowadzeni wiarą, wyruszają w podróż, która wystawi ich dusze na próbę. Evve walczy o życie tych, których kocha. A Agnate kroczy ścieżką zniszczenia, niosąc w sercu tylko jedno: zemstę.

Ich losy splatają się w cieniu zbliżającej się zagłady. Świat Arkondusa chwieje się pod naporem zdrad i przerażającej, budzącej się mocy...

Nikt nie zdoła uciec przed tym, co nadchodzi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 519

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Janusz Ryżakow

Odkupienie

Wstęp

Na początku wszystkiego potężny i jedyny bóg Arkondus władał wszechświatami. Każda jego myśl i każde słowo stawały się rzeczywistością. Przesuwał galaktyki, tworzył gwiazdy i wszelkiego rodzaju pyły.

Pewnego razu, z niewiadomych przyczyn, Arkondusa napadła złość tak straszliwa, że chwycił w dłoń wszystko, co stworzył, i zgniótł. Jednak wtedy stało się coś, czego się nie spodziewał.

Materia, którą ścisnął, stała się tak potężna, że wyrwała się z jego dłoni i zaczęła rozrastać się w niesamowitym tempie. Powstawały nowe gwiazdy i układały się w galaktyki.

Zaskoczony, próbował powstrzymać tę ekspansję, lecz nie potrafił wypowiedzieć słów, które mogłyby ją zatrzymać. Nie mógł także zebrać odpowiedniej myśli.

W swej bezsilności przyznał, że ciekawe jest to, co tworzy się samoistnie. Manipulowanie wszystkim nagle wydało mu się bezsensowne. Postanowił więc stworzyć planetę, a na niej istoty, które same zmagałyby się z trudnościami i zagrożeniami. Takie, które rozwijałyby się, kształciły i dążyły do doskonałości.

Jednak pierwsze próby nie powiodły się. Stworzenia były słabe, nieporadne i szybko umierały. Arkondus stworzył słońce, by ogrzewało planetę, dał jej wodę i powietrze, lecz to nadal nie wystarczało.

W końcu doszedł do wniosku, że nowym formom życia brakuje czegoś istotnego – energii, duszy, boskiej cząstki.

Wziął więc część planety i ulepił z niej cztery grupy figur. Następnie odłączył połowę swojej energii i obdarował nią pierwszą figurkę, po czym przemówił:

– Opiekuj się tym, co stworzyłem. Twórz to, co powinno zostać stworzone. Bądź bogiem tego świata i stworzeń w nim żyjących.

Po tych słowach ulepiona materia ożyła. A wraz z nią – wszystkie stworzenia z tej grupy. Tak powstała rasa bogów.

Ożywiona bezpośrednio przez Arkondusa figurka – Odyn – chwyciła w dłoń glebę z planety i, chcąc zademonstrować swoją moc, zaczęła z niej lepić maleńkie postacie. Każda ożywała. Tak powstały krasnoludy.

Arkondus ponownie podzielił swą energię. Obdarował nią dwie kolejne figury – Oznysa i Khurla – z drugiej i trzeciej grupy. Rzekł:

– Bądźcie strażnikami harmonii panującej na tym świecie.

Tak powstały rasy magów i potworów.

Po raz trzeci podzielił swą boską moc. Tym razem obdarował nią całą czwartą grupę figur:

– Wy opiekujcie się mną i wszystkim, co przeze mnie powstanie.

Tak powstała rasa elfów.

Arkondus spojrzał po raz ostatni na swoje dzieła. Wtedy wcielił się w planetę.

Nie mogąc pomieścić jego potężnej energii, Ziemia zaczęła pękać i wypiętrzać się. Zrodziły się na niej góry i doliny. Z wnętrza wyrosła roślinność, a otaczający planetę gwiezdny pył przemienił się w atmosferę.

Kiedy wszystko ucichło, boskie rasy rozeszły się.

Bogowie – obdarzeni największą cząstką mocy – wznieśli się w powietrze, by objąć pieczę nad całym światem. Elfy osiedliły się na ziemi, by pielęgnować glebę i roślinność. Magowie i potwory – nieufnie patrząc na siebie – również wzbili się nad planetę i rozeszli w przeciwnych kierunkach. Z góry przyglądały się bezmyślnym istotom, które Arkondus pozostawił – mając nadzieję, że w nowych warunkach ożyją. Tymi istotami byli ludzie.

Tak powstał świat.

Stworzenia, które otrzymały energię od Arkondusa, stały się nieśmiertelne. Te, które tworzyła rasa bogów – śmiertelne i krótkowieczne. Były to gobliny, orkowie czy zwierzęta: ptaki, ryby i inne. Wyjątek stanowiły krasnoludy. Żyły bardzo długo, ale po śmierci ich ciała zmieniały się w piach. Tępe istoty – nazwane później ludźmi – zaczęły się rozwijać. Ich życie wciąż było krótkie, lecz z pokolenia na pokolenie stawały się coraz mądrzejsze i liczniejsze. Wkrótce opanowały całą planetę. Rasy bogów, potworów i magów zapomniały o ludziach. Tworzyły swoje światy – równoległe wymiary i istoty, takie jak smoki czy impy. Tylko rasa elfów – posiadająca najmniejszą cząstkę mocy Arkondusa – zamieszkała wśród ludzi. Ich zadaniem była opieka nad stwórcą (ziemią) i wszystkim, co on stworzył – szczególnie nad roślinnością.

Rozdział 1

Koniec

Rok 65 II ery. Balor – siedlisko potworów

– Straciliśmy Letrię. To nasz ostatni punkt obserwacyjny w Mearhi – syknął niespokojnie posłaniec. Zastanawiał się, czy nie wypowiedział tych słów zbyt szybko.

Król siedział zamyślony na tronie, wpatrując się w płomień trawiący bele brzozy, ułożone jedna na drugiej w kamiennym kominku. Dookoła zawrzało. Potwory zgromadzone za jego plecami zaczęły namiętnie dyskutować o zaistniałej sytuacji.

Ale ta informacja miała dotrzeć do króla. A on nawet nie zareagował.

Po dłuższej chwili posłaniec ukłonił się i cofnął o krok, by szybko zniknąć w tłumie.

– Poczekaj – usłyszał straszne chrypnięcie.

Zimny wzrok Khurla spoczął na nim.

– Jak długo podróżowałeś?

– Jadę bezpośrednio z Letrii, panie – odpowiedział pokornie.

– Czyli mamy trzy dni opóźnienia – stwierdził król posępnie i znów odwrócił się w stronę kominka.

– Nie, panie. – Przełknął ciężko ślinę posłaniec. – Zajęło mi to pół dnia. Użyłem starego portalu wiodącego do Tosterley, a następnie przeleciałem przez Laverey do Twierdzy Bast, a stamtąd już prosto tutaj.

Z jednej strony był dumny, że mógł zaskoczyć swego władcę, lecz z drugiej – Khurl nie znosił być zaskakiwany. A to zazwyczaj kończyło się fatalnie dla osoby zaskakującej. Tym większy strach ogarnął go, gdy król nagle wyrwał się z tronu, błyskawicznie podszedł i chwycił go za twarz. Ścisnął tak mocno, że ból posłaniec poczuł nawet w końcówkach skrzydeł.

– Przeleciałeś nad terytorium elfów, Blainie?! – wrzasnął władca ochrypłym głosem, żądając natychmiastowej odpowiedzi.

Blain dobrze to wiedział.

– Tak, panie – wykrztusił szybko. Nie zdążył się nawet zdziwić, że król pamiętał jego imię; usłyszał je tylko raz, tuż po narodzinach.

Król roześmiał się głośno, puścił go i zamaszyście klepnął po policzku. Wszyscy zamilkli.

Władca potworów rozpostarł swe czarne skrzydła i zaczął rozciągać mięśnie pleców. Zrobił dwa skłony, pokręcił karkiem – kości zatrzeszczały mu jak drewniana podłoga w starej, ludzkiej chacie.

– Odwaga w sercach mych dzieci jeszcze nie zagasła! Na co tu jeszcze stoicie, cholerne gapie?! – krzyknął, zwracając się do tłumu. – Szykujcie się do bitwy! Prężcie mięśnie, ostrzcie miecze, nasmarujcie baty! Jazda, precz z moich oczu, leniwe barchoły! A ty, Blainie, poślij po Markusa. Niech syn mnie odwiedzi, a potem… – spojrzał na niego i dostrzegł w posłańcu zarówno zapał do kolejnej wyprawy, jak i ogromne zmęczenie – …wróć do rodziny. Zjedz i wypocznij sowicie. Zasłużyłeś, pośle. Dobra robota.

Blain, zawstydzony słowami władcy, ukłonił się nisko, zrobił trzy kroki w tył i wyszedł dumnym, szybkim krokiem.

*

Po wyjściu z wielkiej sali tronowej Blain udał się do wyjścia z centralnej jaskini. Balor był istnym labiryntem – siecią jaskiń wijących się wewnątrz pasma gór Kel’Htador. Wiedzę o tych korytarzach dziedziczyło się w genach. Nawet mały brzdąc-potwór nie miałby problemu z odnalezieniem drogi.

Blain zamierzał jak najszybciej wykonać polecenie króla. Zazwyczaj wybierał najkrótsze ścieżki. Tym razem celem była nie tylko służba – chciał też wreszcie spotkać się z żoną oraz dwójką dorosłych już dzieci.

Wielki książę Markus Vinigrow przebywał obecnie we wschodnio-dolnej części Kel’Htador, znanej wszystkim rasom jako miasto wiecznej rozpusty. Choć z pozoru nie różniło się niczym od innych miejsc, zasłużyło sobie na tę nazwę przez występki samego księcia – hulaszcze zabawy, pijackie burdy z największymi zawadiakami, ekscesy, po których żadna dama nie mogła czuć się bezpiecznie. I wreszcie – złota brama, zdobiona wizerunkiem trzech nagich kobiet, przez którą musiał przejść każdy, kto chciał wejść do miasta.

– Ech – sapnął Blain, patrząc właśnie na idealne ciała trzech złotych panienek – nareszcie w domu.

Od ponad sześciu miesięcy nie widział rodzinnego miasta. Czas go jednak naglił. Przyspieszył. Zbliżająca się chwila spotkania z rodziną dodała mu sił.

Lecąc wzdłuż lokalnych straganów, ignorował zaczepki sprzedawców i uśmiechy przyjaciół.

– Dobrze cię widzieć, Blainie! – krzyknął jeden z sąsiadów, wiecznie zapracowany kupiec.

– Jestem w pracy – rzucił poseł przez ramię.

– Blainie, nareszcie wróciłeś! – krzyknęła Lili Drehe, cioteczna kuzynka ze strony matki. Skręciła w jego stronę, ale usłyszała tylko:

– Jestem w pracy!

Nie zatrzymał się nawet na moment. Gdy minął dwóch osiłków szczerzących do niego zęby – a którym wisiał dziesięć tysięcy florenów – również ich zbył tym samym zdaniem. Zrozumieli. Natychmiast zawrócili. Praca Blaina była ważna i szanowana.

Przy banku Wincentego musiał skręcić w uliczkę Pychy. Bardzo kusiła go droga na wprost. Spoglądając w tamtym kierunku, widział swój dom – i Matyldę, żonę, która właśnie wieszała świeżo wyprane ubrania. Patrzył na nią tak długo, jak tylko mógł. Nie zauważyła go. Gdy kolejny budynek przysłonił mu widok, przyspieszył, choć był już wyczerpany.

Na skraju miasta zanurkował w jaskinię prowadzącą do dolnej partii. Od celu dzieliło go pięć minut bezproblemowego lotu. Blain zrobił to w dwie.

Gdy wlatywał do jaskiń księcia, nikt go nie zatrzymał. Strażnicy pozdrawiali go skinieniem głowy. Zwolnił dopiero przy skrzyżowaniu tuneli. Ten na prawo prowadził do sali książęcej, tunel na wprost – do komnat sypialnych. Zauważył to również przechadzający się strażnik. Widząc jego zawahanie, natychmiast wskazał kierunek – wprost. Cel posłańców był dla każdego jasny.

Wszystko odbyło się w ułamkach sekundy. Po chwili Blain stał już przed żelaznymi drzwiami. Tu musiał się zatrzymać.

– Szanowny Algerow! – zadudnił strażnik.

– Wejść! – ryknął głos zza żelaznych drzwi, które natychmiast się otworzyły.

Blain wszedł do środka, gotów wyrecytować pozdrowienia i przekazać zaproszenie od króla. Po drugiej stronie zastał jednak tylko przestraszoną i nagą sukub, skuloną na łożu, z brodą wciśniętą między kolana. Posłaniec szybko spuścił wzrok. Nie wiedział, co począć.

– Poczekaj, Blainie – odezwał się głos z drugiego pomieszczenia.

Minęło dziesięć minut, zanim w izbie pojawił się książę potworów. Odziany jedynie w spodnie, prężył rozbudowane mięśnie, pokryte licznymi bliznami i ranami. Niektóre z nich wyglądały na bardzo świeże – strupy pękały przy bardziej zmyślnych ruchach. Markus był potężny, choć o co najmniej dwie głowy mniejszy od ojca. Miał mocno brązową cerę, czarne jak węgiel skrzydła, gargulcowaty nos i spiczaste, długie uszy. Lewe zostało zdeformowane po jednej z bójek z kamiennym golemem.

– Z czym przychodzisz? – huknął w końcu.

– Bądź pozdrowiony…

– Bez dyrdymałów – burknął i odwrócił się, by usiąść obok sukuba. Na jego plecach widniały świeże ślady od jej pazurów, jeszcze krwawiły.

– Król cię wzywa, panie.

– Jakie wieści przekazałeś mojemu ojcu?

– Letria upadła – odpowiedział szybko.

– Kiedy? – Markus podparł głowę o pięść.

– Dziś rano.

– Portal do Tosterley?

Blain odpowiedział skinieniem głowy. Książę natychmiast zerwał się, porwał z podłogi skórzaną kurtkę i przybrał postać człowieka – niewysokiego bruneta z krótkim, ale pełnym zarostem.

– Nie będę więc tracił czasu, o który tak walczyłeś. Powiedz, zauważyłeś coś nad lasami Laverey?

– Niestety, panie. Zielona cisza – uśmiechnął się, rozbawiony własnym żartem.

– Ja nie byłbym tego taki pewny. Te… leśne istoty – ucieszył się z trafnego, jak uznał, określenia – bardzo mnie irytują. Oczekiwałem, że ich współpraca z magami będzie mało owocna, a okazuje się, że ich talent do obserwacji i wtykania nosa w nie swoje sprawy przechyla szalę zwycięstwa na stronę naszych przeciwników.

– Co oni mogą zrobić? Mój książę, elfy to niższa rasa. Mają kruche ciała, znikomą moc magiczną. Magowie chcieli użyć ich jako mięso armatnie, a oni nawet nie stanęli do walki. W żadnej potyczce z magami nie ma wzmianki o elfach. Nawet ludzie ośmielają się stawić nam czoło, a elfy?

– Wszyscy mówią to samo, a jednak przegrywamy. – Książę nałożył na siebie czarną kurtkę z żelaznymi pikami na rękawach i ramionach. Po chwili znów spojrzał na posłańca. – Udasz się natychmiast do starej świątyni ludzi Melhor. Zabierzesz ze sobą trzech wojowników z klanu Situ i dwóch szamanów. Już zostali poinformowani i będą czekać na ciebie przy wschodniej bramie.

– Stamtąd wykonasz rekonesans pogranicza. Wykryjesz siedziby elfów, zbierzesz informacje o ich siłach militarnych. Chcę wiedzieć, jak pomagają magom. Chcę mieć oko na portale w Tosterley, Mitrel i ten w Melhorze. Upewnij się, że działają. To wszystko.

– Rozkaz! – Serce Blaina ścisnęło się w rozpaczy. Markus to zauważył, ale pozostał niewzruszony. Sprawy państwowe, zwłaszcza w czasie wojny, muszą być dla potworów priorytetem.

– Przy wyjściu odbierzesz trzy sakwy, po tysiąc florenów każda. Dwadzieścia tysięcy otrzyma jeszcze dziś twoja rodzina. Spłacę też dług wobec braci Trawskich. Zaczynają się niecierpliwić i tylko dlatego, że jesteś moim posłańcem, nie odwiedzili twojej żony. Otrzymają dodatkowe dziesięć tysięcy za zwłokę. W Melhorze odpoczniesz, ale dnia następnego chcę mieć już raport z twojej wizyty. Przed zachodem słońca.

– Rozumiem i dziękuję.

– Idź. – Książę machnął ręką, sugerując, że rozmowa go znudziła.

Blain ruszył tą samą drogą co poprzednio. Przy wyjściu czekał strażnik z sakiewkami.

– Przykro mi, pośle, że tak szybko ruszasz w kolejną wyprawę – odezwał się.

– To moja praca – odpowiedział beznamiętnie, podpisując kwit.

Doczepił sakwy do paska, rozpostarł skrzydła i ruszył, ile miał sił. Nagle poczuł czyjąś obecność. Książę Markus biegł tuż za nim, udając ludzką istotę, z rękami schowanymi w kieszeniach spodni. Blain był szybszy.

Przy banku spojrzał w stronę, w którą chciałby, lecz nie mógł podążyć. Ganek był pusty, a pranie – jak zawsze – powieszone idealnie. Potwory schodziły mu z drogi, mógł lecieć jeszcze szybciej.

Kilka chwil później minął złotą bramę. Gdy miał już skręcić w stronę wschodniego wyjścia, usłyszał szept i dotyk dłoni na ramieniu.

– Powodzenia – rzekł Markus.

Nim Blain zdołał się odwrócić, księcia nie było już w zasięgu wzroku. Przerażające, a jednocześnie wprawiające w dumę – pomyślał.

Ruszył dalej. Mijał tunele prowadzące do innych wschodnich miast oraz te, które kończyły się ślepymi zaułkami. Pięć minut później stanął na skraju góry. Przed sobą miał kilometrową przepaść, wyściełaną pierzyną ze świerkowych i sosnowych iglic.

Widać stąd było zalane śniegiem Smocze Królestwo, wiecznie zielone Laverey, a na horyzoncie – samotną górę, dumnie piętrzącą się ku niebu. Jej szczyt zawsze spowijały ciężkie, czarne chmury. Tam właśnie zamieszkiwała najpotężniejsza z ras – twórcy krasnoludów i smoków, pierwsze dzieci Arkondusa, stwórcy świata.

Blain poczuł dreszcz, patrząc na samotną górę. I zmęczenie – towarzyszyło mu już od tygodnia.

– Do świątyni jest osiem godzin lotu. W tym stanie nie wyrobię się szybciej niż w trzy. No, może w dwie i pół – zaśmiał się do siebie, nie ukrywając dumy. Był najszybszy ze swojej rasy. A może i żadna istota na świecie nie mogła się z nim równać.

Wiatr głaskał go po policzku, ptaki śpiewały radośnie, a Blain układał w głowie wojenną pieśń. Nie zwykł czekać. Zniecierpliwiony, splunął w dół i patrzył, jak jego ślina zmienia się w sopel lodu. Gdy zniknęła mu z oczu, odwrócił się w stronę jaskini.

Pierwsi zjawili się szamani. Nisko mu się skłonili. Byli od niego wyżsi, mieli jasnobrązową karnację, twarze wytatuowane dziwnymi znakami i źrenice nienaturalnie rozszerzone, jakby wiecznie spoglądali w mrok. Ubrani w przyzwoite stroje: skromne spodnie, lekką, białą koszulę i szare futro zarzucone na plecy. Nie mieli oręża ani zbroi, jedynie złote nagolenniki, miejscami opatulone niedźwiedzim futrem.

– Jestem Duran, a to mój brat Vortan. Przybywamy, by ci służyć.

– Doceniam i szanuję waszą pracę. Za młodu sam chciałem zostać szamanem, lecz brak mi było odpowiednich zdolności.

– Każdy jest inny i każdy ma swój wyjątkowy talent – odrzekł cicho Vortan.

– My zazdrościmy ci siły i szybkości – dodał Duran.

Chwilę później zjawiło się dwóch osiłków, odzianych jedynie w spodnie. Zielona karnacja wskazywała wyraźnie, z jakiego klanu pochodzą. Uzbrojeni byli w ogromny topór zwisający na umięśnionych plecach. Ukłonili się równie nisko co szamani.

– Jestem Brad Roni, syn Duara. To zaszczyt ci służyć.

– Jam Oskar Virto, syn Mateo z Coren, służę.

– Witajcie – odpowiedział poseł. – Gdzie trzeci?

– Zostaliśmy wysłani w to miejsce bez informacji o stanie drużyny.

– Rozumiem. W takim razie czekamy na jeszcze jedną osobę. Powinna być z waszego klanu. – Odwrócił się i skierował wzrok na Laverey. – Od czego by zacząć? Ten las jest szalony, dziki i posłuszny elfom.

– Jeśli będzie trzeba, wytniemy go w pień! – huknął Brad.

– Wybaczcie mi tę zwłokę.

Blain nie wyczuł zbliżającego się wojownika. Dał się zaskoczyć, tak samo jak reszta. No, może poza dwójką szamanów, którzy prawdopodobnie nawet podczas snu penetrują umysłem okolicę.

Wojownik miał zamknięte oczy. Ubrany był w czarne, eleganckie spodnie oraz tego samego koloru koszulę z rozszerzonymi mankietami i kamizelkę z grubej skóry. Cera – równie zielona jak u pozostałej dwójki. Nie był tak wielki jak Brad czy Oskar – ba, nawet Blain był szerszy – ale cherchlakiem nikt nie odważyłby się go nazwać. Nikt poza księciem w stanie upojenia.

– Przybyłem, by służyć. – Wojownik klęknął przed nim, opierając się o swój niebywały miecz.

Ostrze lśniło diamentowym blaskiem. W rękojeści dopracowano najmniejsze szczegóły: dwa gryfy o długich ogonach zwisały do jednej trzeciej klingi. Na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że to ostrze wyszło spod młota mistrza Lako – wielkiego i niedoścignionego mistrza kowalstwa. Ten fakt wskazywał, że wojownik pochodził ze szlacheckiego rodu. Bardzo starego, bowiem Lako od lat dwudziestych pierwszej ery nie wykuł żadnego oręża ani zbroi. Po tym, jak oszukał Thora z rasy bogów, nosić będzie dwa topory przytwierdzone do przegubów łańcuchami. Nie będzie też w stanie udźwignąć innego przedmiotu niż bliźniacze topory Magellana.

– Jak cię zwą, towarzyszu? – zapytał posłaniec.

– Duch – odparł krótko.

– No dobrze, wstań. Nazywam się Algerow i podczas trwania misji będę waszym dowódcą. Nie jestem ani wojownikiem, ani szamanem. Etatowo służę jako posłaniec księcia.

Z zadowoleniem przyjął brak protestów, chrząknięć czy jednoznacznych min. Wygląda na to, że jego dowództwo zostało dobrze przyjęte. Ucieszyło go to, a jednocześnie nabrał pewnych podejrzeń. Możliwe, że każdy z nich ma też swoją misję.

– Niezmiernie zaszczycony jestem, że mogę wam towarzyszyć w tej wyprawie. Wyjaśnię krótko jej cel. Ruszamy do świątyni Melhor. Sprawdzimy stan kamiennych teleportów, musimy odnaleźć pozycje elfów i dowiedzieć się, co knują. Osobiście uważam, że jedna osoba z naszej rasy powinna sobie poradzić z tym zadaniem, lecz książę postanowił inaczej. Co mnie nie dziwi, znając jego stosunek do innych ras. Przed wyruszeniem chcę was zapytać, czy Markus zlecił wam jakieś inne misje poza tą, o której właśnie powiedziałem. Zdaję sobie sprawę z waszych możliwości, pozycji – poseł zerknął na Ducha – oraz potężnej mocy. Mając takich towarzyszy, podejrzewam, że musi się za tym kryć coś poważniejszego.

– Mamy być twymi oczami, gdy wzrok skupisz na misji – powiedział cicho Vortan.

– Mamy być twym orężem, gdy będziesz go potrzebował! – krzyknęli jednocześnie wojownicy.

Blain spojrzał na milczącego, lekko uśmiechniętego Ducha, który jak dotąd nie otworzył oczu. Zrozumiał, że jego towarzysz musi być po prostu ślepy, a oczodoły są prawdopodobnie pozbawione gałek ocznych.

Duch milczał.

– Zatem ruszajmy. Jeśli wszyscy znają drogę, pozwolę sobie polecieć szybciej. Spotkamy się na miejscu.

Wszyscy przytaknęli i równocześnie rzucili się ze skarpy.

*

– Synu – szepnął król, siedząc osamotniony na tronie. Wciąż wpatrywał się w niszczycielski płomień, który niespokojnie wił się we wszystkich kierunkach.

– Jestem, jak kazałeś, ojcze. – Książę pojawił się nagle kilka metrów przed obliczem władcy. – Rozumiem, że wezwałeś mnie z powodu Letrii.

– Tak. Postanowiłem odbić ten punkt. Nasi prawdopodobnie jeszcze utrzymują niejedno stanowisko. Jeśli wyruszymy dziś…

– To za trzy dni dotrzemy. – Markus wszedł ojcu w słowo. – Nie wiemy, ilu magów się tam znajduje, kto z Rady nimi dowodzi. A może są tam wszyscy. Letria jest stracona. Blain jest wyjątkowo szybki, ale nasi wojownicy już nie. My zjawimy się szybciej, lecz sami możemy nie dać rady. Jeśli wpadniemy w pułapkę, to koniec.

– Nie chcę siedzieć bezczynnie! – Król zerwał się z tronu. – Dość mam upokorzeń!

– Po zajęciu Letrii magowie znów rozciągną swe siły. Każdy zdobyty punkt to kolejne rozrzedzenie armii. Jeśli ruszą dalej, będą mieć portal za plecami; o którym prawdopodobnie nie mają pojęcia. Zdobycie przez nich Letrii może nam się przysłużyć.

– „Przysłużyć”? Jak śmierć moich pobratymców może nam się przysłużyć?

– Ich ofiara nie pójdzie na marne. Mogliby opuścić stanowiska i dołączyć do nas, ale tego nie zrobią. Tak sądzę.

– Chcę zebrać Radę. – Król usiadł ciężko. – Ale musimy mieć jedno stanowisko w tej sprawie.

– Zgodzę się na wszystko, co zaproponujesz. Zaufaj mi, Rada nie będzie potrzebna. Poddajmy Letrię i zaatakujmy w odpowiednim momencie. Już uczyniłem kilka przedsięwzięć, ale muszę poczekać na raporty moich służb i upewnić się co do kilku kwestii.

– To znaczy? Jakich?

– Przegrywamy każde starcie. A przecież jesteśmy rasą równorzędną magom. Nie powinniśmy przegrywać z taką łatwością. Jest nas mniej i będzie nas coraz mniej. Coraz trudniej będzie przechylić szalę zwycięstwa na naszą stronę. Musimy ich kąsać. Po trochu. I przede wszystkim pozbyć się szpiegów z naszych szeregów.

– „Szpiegów”? Wszystkie potwory złożyły przysięgę wobec nas, w pradawnej mowie zobowiązującej każdego. Przed tym nie da się uciec. Ani tego oszukać.

– Nas nie. Żaden potwór nie może podnieść ręki na nas. Ale na innego potwora owszem.

– Co konkretnie masz na myśli?

– Mamy szpiegów wśród nas. Nasi albo nie nasi. Może to zwierzęta. Może rośliny. Cokolwiek. One albo oni donoszą elfom, a elfy magom. Chcę dowiedzieć się, co lub kto to jest.

– I zniszczyć skurwysyna!

– I wykorzystać to na naszą korzyść – poprawił Markus.

*

Trzy dni później, na granicy zniszczonego grodu Tosterley i lasu Laverey

Oddział Blaina oraz kilkudziesięciu goblinów kryli się wśród skał, obserwując grupę magów kręcących się przy teleporcie.

– Dowódco, siły wroga są przegrupowane. Pięciu magusów majstruje przy portalu, trzech stoi za wzgórzem, a siedmiu rozbiło obóz za miastem. Niestety, mają otwarty Storsz – rzekł cicho Duch.

– Co to jest Storsz? – zapytał gobliński wódz, który dołączył do grupy Blaina wraz z kilkoma swoimi wojownikami.

– Storsz, młody wodzu, to widmowe przejście pozwalające w ułamku sekundy przedostać się w inne miejsce. Można rzec prościej, iż to portal – wyjaśnił Duran.

Wiedział doskonale, że dowódca oraz Duch zignorują pytanie goblińskiego towarzysza, a nieładnie byłoby w tej sytuacji zachować milczenie. Zwłaszcza że gobliny, mieszkające teraz w Melhorze, okazały się pożyteczniejsze, niż pierwotnie zakładano. Choć ani Blain Algerow, ani Duch tego nie zauważyli.

– Wydawało mi się, że magowie chcą poznać, dokąd prowadzi portal, ale źle się do tego zabierają. Prawdopodobnie chcą go rozebrać i przetransportować w inne miejsce. Nie możemy na to pozwolić, bo Markus go potrzebuje. Za wszelką cenę musimy ich powstrzymać – powiedział Blain.

– Jest nas więcej – odrzekł wódz goblinów.

Tym razem nikt nie zareagował.

– Co robi tych trzech za wzgórzem? – zapytał Blain, spoglądając na Ducha.

Ten, nie otwierając oczu, uniósł głowę ku niebu. Po chwili zaczął się cicho śmiać.

– Nie wiem – odparł krótko. – Naprawdę nie wiem. Chyba po prostu udają, że coś robią, byleby tylko nic nie robić. Nie traciłem na nich więcej czasu. Myślałem, że nie zapytasz.

– Rozumiem. Brad? – tym razem zwrócił się do wojownika.

– Tak? – Brad podszedł bliżej.

– Zajmiesz się tą trójką za wzgórzem. Oskar ci pomoże.

– Tak jest – odpowiedział i od razu odszedł.

– Wodzu, przygotuj swoich łuczników. Gdy dam ci znać, wystrzelicie dwie salwy w kierunku magów i dacie dyla głęboko w las. Zabezpieczycie nasze plecy. Jeśli zobaczycie innych wrogów, spróbujcie odciągnąć ich od nas. Oczywiście, tylko jeśli uznacie, że ryzyko nie jest zbyt duże. Bardziej przydacie się nam żywi. Pamiętajcie o tym.

– Tak zrobimy. – Wódz kiwnął głową na swoich wojowników i powoli wycofali się na skraj lasu.

– Ruszamy – rzekł do dwójki szamanów i Ducha.

Odległość do piątki wrogów okazała się znaczna – około stu pięćdziesięciu metrów. Między nimi piętrzyły się różnej wielkości skały, za którymi mogli się skryć. Jedynie ostatnie trzydzieści metrów było proste jak ostrze elfickiego miecza. Czołganie się po kamieniach nie sprawiało im przyjemności. Zbliżali się powoli, ale zbyt głośno. Na rozkaz Blaina co chwilę przystawali. Wódz wściekał się na dwójkę szamanów, którzy ocierając kolanami o kamienie, hałasowali najbardziej. Wraz z każdym metrem jego gniew rósł. Mimo wszystko magowie wciąż ich nie wyczuli.

W końcu zbliżyli się na odległość dogodną do ataku. Blain czekał. Liczył, że magowie zza wzgórza wydadzą jakiś odgłos, który na chwilę odciągnie uwagę tych przy portalu. Skryli się za większym głazem.

Dobre miejsce – pomyślał. Nawet ciężkie oddechy szamanów są do zniesienia. Mam nadzieję, że w boju nikt z nich nie zawiedzie. Wszystko jest zapięte na ostatni guzik.

Blain podniósł się pierwszy, zaraz za nim Duch, chwilę później szamani. Spojrzał na każdego po kolei, upewniając się, że są gotowi. Nie miał wątpliwości.

– Dlaczego tak długo wam to zajmuje? – usłyszał płynny, czysty, wyważony głos.

Natychmiast kazał wszystkim położyć się na ziemi. Jeden z szamanów zrobił to tak gwałtownie, że jego złoty nagolennik huknął o kamień.

– Władco, nie wiemy, jak się do tego zabrać, aby go nie uszkodzić – odparł ktoś.

Zapanowała cisza. Przerywał ją jedynie świst wiatru między skałami.

Jeden z władców – pomyślał Blain. Jest źle, bardzo źle. Spojrzał na swoich. W oczach szamanów dostrzegł strach. Nieważne, który z władców by to nie był – nie mamy z nim żadnych szans. Nawet trzech na jednego.

Magowie mieli pięciu władców. Każdy z nich posiadał wyjątkową siłę i zdolności, o jakich Blain mógł jedynie śnić. Jedynie Khurl i Markus mogliby stanąć z nimi w szranki jak równy z równym.

W tej części świata przebywał Yogha Silius – pan Miasta w Chmurach – oraz Artus, władca Idhen. Yogha lubił pojawiać się w odpowiednim czasie i miejscu. Uważano go za wszystkowiedzącego maga. Choć potężny, był litościwy. Może pozwoliłby im uciec. Ale Artus? Młody i porywczy wojownik, szukający większej mocy, władzy i chwały. Rozniósłby ich w widowiskowy sposób, czerpiąc z tego chorą przyjemność. Z pewnością nie byłaby to szybka śmierć.

Cisza trwała zbyt długo. Powietrze zgęstniało, oddech stawał się cięższy. Blain nie wiedział, gdzie jest przeciwnik. Nie słyszał jego kroków, szelestu szaty, oddechu. Tylko wiatr. Jestem wodzem – pomyślał. A to moi podkomendni. Jestem za nich odpowiedzialny. Jeśli istnieje szansa, aby ich ocalić… zrobię to.

Wstrzymał oddech, odwrócił się do swoich i wyraźnym gestem nakazał im się nie ruszać. Uczynił to z pełną pewnością siebie. Duch i bracia szamani natychmiast przyjęli rozkaz.

Blain bezszelestnie podniósł się na jednym kolanie, chwycił za rękojeść miecza. Wyczekał chwilę, nasłuchując wiatru. Gdy wyczuł, że to ostatnia chwila – wyskoczył zza skały. Miecz przeciwnika śmignął nad jego głową. Blain również dobył ostrza i parł do przodu. Uderzył, ale jego cios został sparowany przez sztylet. Nawet nie musnął białej szaty przeciwnika, która zatańczyła wokół jego ciała.

Rozejrzał się. Pięciu magów, zaskoczonych jego obecnością, nawet nie drgnęło. Władca zaszedł go od tyłu. Blain podjął jedyną słuszną decyzję: ucieczka.

Odbił się od ziemi i skoczył w górę. Poczuł, jak miecz przeciwnika przecina koszulę na jego plecach. Leciał, ile miał sił. W stronę chmur. Świadomy był wroga za sobą, ale zaryzykował. Odwrócił głowę – wiedział, że go to spowolni, zmniejszy aerodynamikę. Był przecież specjalistą w tej dziedzinie. Ale musiał.

Zobaczył go.

Artus. Władca Idhen. Młody. Krwiożerczy wzrok. Długie, białe włosy. Uśmiech pełen grozy i nienawiści.

Zdołał go chwycić za szatę. Szarpnął Blainem w swoją stronę. Ciało wodza zachowało się jak piórko zdane na łaskę wiatru. Pewnie nadziałby się na srebrne ostrze, gdyby siła maga nie rozerwała jego koszuli. Strzępy zostały w dłoni Artusa, a Blain przemknął obok i popędził w dół.

– W powietrzu nie mam najmniejszych szans. Muszę spróbować na ziemi. Jestem szybki. Najszybszy.

Zaskoczony mag został w tyle. Blain, spadając, widział wpatrujących się w niego magów. Stali jak bezmyślne marionetki, nieświadomi obecności Ducha i szamanów ukrytych za skałą.

– Może jeszcze coś uda się wyciągnąć z tej misji.

Za wzgórzem nie było śladu magów. Blain dotknął stopą twardej ziemi, natychmiast się odbił i przyspieszył. Pomknął w stronę lasu, w przeciwnym kierunku niż Brad i Oskar, którzy prawdopodobnie znajdowali się po drugiej stronie wzgórza. Jeśli ich misja się powiodła, a jemu uda się odciągnąć Artusa jak najdalej od portalu, szanse powodzenia wzrosną.

Usłyszał huk spadającego maga, który ruszył w pościg.

Blain zeskoczył ze skały, upadł na miękką trawę i skręcił. Biegł wzdłuż linii lasu. Artus był tuż za nim. Szybki. W tej chwili nawet szybszy od byłego posłańca. Ale coś się zmieniło. Tempo maga zaczęło spadać – może z powodu zmęczenia, a może był to podstęp.

Blain nie chciał popełnić kolejnego błędu. Poprzedni niemal kosztował go życie. Biegł dalej, szybciej, z całych sił. Jakby pędził do domu, do ukochanej Matyldy, której głosu nie słyszał od miesięcy. To wspomnienie zawsze dodawało mu sił – i teraz nie było inaczej. Przyspieszył.

Usłyszał, że Artus się zatrzymał. Wtedy skręcił w głąb lasu. Nim zniknął między drzewami, spojrzał za siebie. Ujrzał wpatrującego się w niego maga i posłał mu szyderczy uśmiech. Uśmiech zwycięstwa. Uśmiech, który znieważył i rozwścieczył władcę Idhen.

W lesie Blain często zmieniał kierunki biegu. Nie zwolnił, choć czuł, że Artus już go nie ściga. Serce nadal waliło mu jak młot. Musiał mieć pewność, że nie doprowadzi nikogo do reszty swoich towarzyszy. Biegł przez niemal pół godziny, krążąc między drzewami. Uważnie obserwował otoczenie, wypatrując czegokolwiek podejrzanego. Ale las był zwyczajny. Pusty.

Postanowił ruszyć w stronę zaplanowanego punktu spotkania z goblinami. Na szczęście zorientowali się w sytuacji i nie wykonali jego rozkazu.

To będzie dobra współpraca – ucieszył się. Mamy tu sporo do zrobienia, a czas nagli. Obecność Artusa i jego ludzi może pokrzyżować plany odnalezienia elfów. Książę byłby niezadowolony – pomyślał z niepokojem.

Chwilę później dotarł do wyznaczonego celu – do starych, połamanych dębów, zwalonych przez wiatr kilka lat temu. Dobry stan drewna i ogromne gałęzie nadawały się na doskonałą kryjówkę dla mniejszych stworzeń. Najwidoczniej Vortan stwierdził, że dla nich także, skoro wyznaczył to miejsce na punkt spotkania w razie jakichkolwiek komplikacji. Mylił się.

– Co tu się stało? – zapytał, stając wśród martwych ciał goblinów.

Odpowiedź przyszła sama. Elfy nie zdążyły pozbierać swoich strzał.

– Wpadli w zasadzkę elfów. Musieli tu na nich czekać – odpowiedział Duch, siedzący na jednej z gałęzi.

Duran, Vortan, Brad i Oskar stali kilkanaście metrów dalej i rozmawiali z wodzem goblinów. Reszta opatrywała rannych bądź zbierała ciała martwych towarzyszy i składała na jeden stos.

– Nam udało się zabić pozostałych magów i zbiec. Portal niestety zostanie w posiadaniu wroga. Otaczało go nieznane nam zaklęcie. Wspólnie podjęliśmy decyzję o wycofaniu się.

– Dobrze zrobiliście. Może magom także nie uda się go zabrać.

– Szefie – zabuczał Duch. Dźwięk ledwo przeszedł przez jego gardło.

– Tak?

– To, co zrobiłeś… jestem pod wrażeniem twojej odwagi.

– Daj spokój – przerwał mu szybko. – Nie mówmy o tym.

– Naprawdę, szefie. Ja na twoim miejscu zdecydowałbym się zaatakować go w trójkę, licząc, że zdarzy się cud. Ty się poświęciłeś i wyszedłeś z tego obronną ręką.

– Nie liczyłem na to, że uda mi się uciec. Swoją decyzją naraziłem nas wszystkich. Wiedząc o obecności otwartego Storsza, powinienem zaniechać działań. Popełniłem błąd i wstyd mi za to.

– Zostałeś rzucony na głęboką wodę. Ale zaczynam rozumieć decyzję księcia. Z innym wodzem bylibyśmy już martwi. A tak… – Duch rozejrzał się, upewniając, że nikt ich nie słyszy. – Straty są znikome – wyszeptał. – To sprawiło, że ufam ci bezgranicznie. Zawdzięczam ci życie.

– Obym nigdy nie zawiódł twojego zaufania. A przede wszystkim: obym nigdy więcej nie wpakował nas w takie gówno jak dziś. Ale dość o tym. Gdzie gobliny złożyły ciała elfów? Chcę je zobaczyć.

– Nigdzie.

Blain rozejrzał się. Na ziemi leżało wiele ciał. Często zwłoki były zawalone innymi, ale wszystkie należały do małych, zielonych goblinów. Żadnego elfa.

– Nieźle – burknął.

– Prawda? – Duch uśmiechnął się. – Tłukli ich jednego po drugim, a oni nawet się nie zorientowali, z której strony padały strzały. Mogliby się schować, ale zamiast tego stali jak pachołki na strzelnicy. Nawet teraz, jak chcemy coś wydusić z ocalałych, słyszymy tylko: „to stało się tak nagle”, „byli wszędzie” i inne bełkoty.

– Dlaczego zostawili żywych?

– Pewnie wyczuli, że się zbliżamy, i woleli nie ryzykować.

– Elfy miałyby wyczuć naszą obecność? My ich tak, ale oni naszej obecności nie mają prawa.

– Mów, co chcesz. Teorie niskich ras i inne takie bzdety można schować między kartki baśni dla dzieci. Rzeczywistość jest, jaka jest. Wielu ras nie doceniamy. I możemy przez to stracić bardzo wiele, jak nie wszystko.

– Zważ na swe słowa. Jesteśmy antyczną rasą. Drugą po bogach, która powstała na tym świecie.

– Trzecią – poprawił Duch. – Krasnoludów nie chcesz liczyć, bo są mali i słabi. A to tylko dowodzi, że to, kto powstał pierwszy, nic nie znaczy. Nasz odwieczny bój z magami…

– Dość! Nie porównuj istotek stworzonych przez bogów do dzieci Arkondusa!

Duch zamilkł. Czuł, jak w Blainie gotuje się złość. Odwrócił się i skupił na goblinach – zmęczonych i zrozpaczonych. Stracili swoich bliskich i przyjaciół. Byli pod ich opieką. Pakt z potworami nie uchronił ich od śmierci. Ten sojusz może się posypać, a jest im potrzebny. Nic nie mogą im zaoferować. Nic oprócz ewentualnej satysfakcji… zemsty. Ale mają swoje rozkazy. Wróg jest tuż obok, a czas nagli. Gdy gobliny odejdą, zostaną otoczeni ze wszystkich stron.

Wódz goblinów skupił na nim wzrok. Duch nie potrafił wyczuć jego myśli. W umyśle króla panowała obojętność. I szedł właśnie w ich stronę.

– Wódz… – szepnął Duch.

– Widzę – przerwał mu Blain.

Gobliński wódz, podpierając się drewnianym kijem, stanął przed nim. Oddychał ciężko, jakby miał zaraz stracić siły i osunąć się na ziemię.

– Panie Blain – odezwał się w końcu.

– Tytusie – odpowiedział – przykro mi bardzo z powodu tej masakry. Dobrze i mądrze postąpiłeś, wycofując się w głąb lasu. Zawdzięczamy ci prawdopodobnie życie. Gdybyś wykonał moje polecenia i zdradził naszą pozycję, Artus wybiłby nas co do jednego. Nie sądzę, by atak elfów był przypadkowy. Zrobię wszystko, by znaleźć napastników, i oddam ich pod twój sąd. Mamy tu własną misję, ale potraktuję to za priorytet ze względu na wasze oddanie, lojalność i stratę.

Wódz goblinów jakby odetchnął z ulgą. Podszedł bliżej Blaina i ucałował go w dłoń, szepcząc:

– Dziękuję.

Następnie oddalił się żwawszym krokiem, jakby zapaliła się w nim nowa iskra życia.

– Dałeś mu złudną i fałszywą nadzieję na zemstę. Sojusz oparty na kłamstwie nie przetrwa próby czasu i zszarga nasz honor.

– Bynajmniej. Nie rzucam słów na wiatr, Duchu. A jeśli jeszcze raz zakwestionujesz mój honor, zażądam satysfakcji.

– Wybacz.

*

Dzień później, przy czarnych skałach. Trzy kilometry od Tosterley

Blain i Duran obserwują Laverey – zielone, otulone spokojem lasy należące do królestwa elfów.

– Duranie, wytłumacz mi, dlaczego nie potrafię wyczuć obecności elfów. W czym tkwi ich tajemnica, że nie mogę dobrać się im do skóry?

– Wodzu, szkolony byłem od dziecka w tajnikach umysłu, a i mnie one umknęły. Każda istota posiada energię, której istnienia nie da się ukryć. Można ją zniwelować, ale nie ukryć zupełnie. Istota nawet długo po śmierci uwalnia z siebie chociażby ciepło.

Nie jestem w stanie ci tego wytłumaczyć, bo sam nie wiem, jaka magia była tu użyta. Ale zapewniam cię, żaden z nas nie byłby w stanie tego dokonać.

– A czy domyślasz się, w jaki sposób śledzą nasze ruchy? Mogą to robić z daleka, tak, abyśmy nie czuli ich obecności?

– Długo z bratem nad tym dumaliśmy i wniosek nasuwa się tylko jeden. Drzewa, rośliny i zwierzęta w tym lesie są ponad stukrotnie aktywniejsze niż gdziekolwiek indziej w Azgardzie. Podejrzewamy nie tyle komunikację między nimi a elfami, co bardziej połączenie. Sami kiedyś próbowaliśmy takiego połączenia, lecz jest to bardzo wyczerpujące. A elfy musiałyby być połączone na stałe. Inaczej nie dawałoby to takiego efektu.

– Czyli też odpada?

– Raczej tak. Aczkolwiek raczej „odpada” niżeli „odpada zupełnie, definitywnie”.

– Załóżmy słuszność waszej teorii. Gdyby udało mi się zakłócić tę więź, to czy dałbyś radę wykryć ich obecność?

– Nie wiem.

– Podjąłbyś się takiego zadania?

– Na twój rozkaz dam z siebie wszystko. Jeśli nie spróbujemy, to nigdy się tego nie dowiemy. Chociaż w ten sposób możemy wystawić się na atak, zarówno ze strony elfów, jak i magów.

Pamiętajmy, że nadal majstrują przy naszym portalu. Zaklęcie, które go chroni, jest potężne i ma źródło gdzie indziej. Nim magowie sobie z nim poradzą, miną tygodnie. Ale musimy być czujni. Wszystko może się stać.

– Portalem zajmiemy się później – zapewnił Blain.

– Wracając do planu z elfami, nie wiem, czy reszta zareaguje tak pozytywnie jak ja.

– Są wobec mnie lojalni, ale nie zdążą się o tym dowiedzieć.

– Jak to? – Szaman podrapał się po policzku, próbując odgadnąć myśli wodza.

– Ponieważ wyruszymy natychmiast. Zaczniemy od tego miejsca. – Blain wskazał palcem fragment lasu. – Dość daleko od miejsca zasadzki na gobliny i dość blisko skalnych gór położonych w południowej części Revelin, stolicy elfów.

– No dobrze, to ruszajmy – rzekł tak naturalnie, jak tylko potrafił. W głębi siebie czuł, że to nienajlepszy pomysł, lecz honor nie pozwalał mu na dyskusję z przełożonym na temat rozkazów. Lojalność to jedna z cech szamanów, którą ogromnie się szczycą.

*

Godzinę później, gdzieś w lasach Laverey

Duran, jak zwykle, dokładnie obserwował okolicę. Nie wyczuwał żadnych oznak obecności elfów, ludzi czy magów. Czuł jedynie strach. Strach zwierząt i roślin zaniepokojonych ich obecnością. Odkąd przekroczyli granicę leśnego królestwa, wszystko zamilkło, jakby wstrzymywało oddech w obawie przed atakiem.

Niezbyt często był świadkiem tak mocnych reakcji. Wydawało mu się, że ten las ma takie same uczucia i potrzeby jak inne rasy tego świata. Niebywałe zjawisko. W każdej roślinie czuć energię i ingerencję elfów. Ich magia tryska z każdej, nawet najmniejszej roślinki.

Ciekawiło go, czy Blain, który szedł kilka metrów przed nim, także czuje niezwykłość tego miejsca. Prawdopodobnie nie, choć nie można go nie doceniać. W końcu został wybrany przez samego księcia Markusa.

To on dowodził tą wyprawą. Nie potężni szamani. Nie wojownicy, którzy toczyli wielkie bitwy przez tysiące lat. Nie Duch – szlachcic wysokiego rodu, którego ambicje wykraczają poza mój tok myślenia. A jednak ten młody i skromny Blain, który bez obaw powiedział nam, że jest zwykłym posłańcem. Nie skłamał. Nie wahał się poświęcić własnego życia, by nas ratować przed Artusem, i jeszcze udało mu się wyjść z tego starcia bez szwanku, wykorzystując drobny błąd przeciwnika. Obiecał naszym sojusznikom dokonać niemożliwego i dąży do spełnienia tych obietnic. Ale czy jest w stanie?

Nie spodziewam się sukcesu. Prędzej kłopotów. Może dokładnie obmyślił jakiś plan i doskonali go teraz w swojej głowie? Może powinienem bardziej mu zaufać?

Wygląda, jakby czegoś szukał. Rozgląda się co chwilę, ale się nie zatrzymuje. W moim odczuciu jesteśmy znacznie głębiej w lesie, niż wydawało mi się, że wskazywał palcem. Albo szuka czegoś konkretnego, albo nie wie, czego szukać.

Ten las mnie fascynuje i przeraża.

Blain przecisnął się przez gęste krzaki i zasyczał pod nosem. Krzaki dzikich róż o kolcach ostrych i twardych jak szpilki, na dodatek przesiąkniętych toksyną zwiększającą ból w ranach. Ominę je lepiej szerokim łukiem.

Blain się zatrzymał. To tutaj?

Miejsce wyglądało zupełnie tak samo jak inne, które mijaliśmy przez cały czas. Czyżby wyczuł coś, czego mój umysł dostrzec nie może? Kątem oka dostrzegłem, jak zaciska i otwiera pięść – ze złości czy jest jakaś inna przyczyna?

Nagle wódz odwrócił się do mnie. Na twarzy pojawił mu się dziwny grymas. Czyżby przewidywał zasadzkę?

– Uważaj na te cholerne krzaki – palcem wskazał różę – piecze jak diabli, nie dziwię się, że nikt tego gówna jeszcze nie zżarł. – Zasyczał, podrapał się po ramieniu i, mówiąc do siebie wiele dziwnych słów, ruszył dalej.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć ani co pomyśleć. Ja chyba myślę za dużo. Może po prostu powinienem iść za nim i poczekać na rozwój sytuacji.

Godzinę później dotarliśmy do polany, na której rosło samotne drzewo. Stary dąb o średnicy co najmniej trzech metrów.

Panował tu spokój. Strach roślin i zwierząt został za granicą drzew. Czyżby to miejsce nie należało do królestwa elfów? Czy może wręcz przeciwnie – jest to jakieś sanktuarium, wyjątkowe dla nich miejsce?

Blain zatrzymał się przy dębie i położył na nim obie dłonie. Zamknął oczy.

Usiadłem na delikatnie zielonej trawie, bo nogi rwały mnie od bólu. Kojący powiew wiatru i śpiew ptaków uspokoił moje myśli.

– Jesteś gotów? – zapytał wódz.

– Tak – odpowiedziałem, chociaż dopiero teraz dotarło do mnie, że dotarliśmy na miejsce. To tutaj? To miejsce wypatrzył z czarnych skał? – Jestem gotowy. Możemy zaczynać.

Naprawdę byłem gotowy. Gotowy już wtedy, gdy postawiłem pierwszy krok na tej wspaniałej, zielonej trawie. To miejsce sprawiło, że… czułem się szczęśliwy? Chyba takiego słowa powinienem użyć. Czułem siłę. I spokój.

Wiedziałem, że w tym stanie wyczuję każde istnienie w promieniu dziesięciu kilometrów. Zamknąłem oczy. Ujrzałem miliony światełek – drobnych i bardzo drobnych. Zwierzęta tak małe, że gołym okiem bym ich nie dostrzegł. Odrzuciłem je. Tak samo te troszkę i znacznie większe. Wszystko, co wielkością nie przewyższało wilka.

Wyselekcjonowałem istnienia z ponad dziesięciu kilometrów wokół nas. Żadnych elfów. Żadnych ludzi. Żadnych goblinów. To znaczyło, że zapuściliśmy się bardzo głęboko.

Widziałem też siebie – bardzo jasny punkt – i wodza. Różniliśmy się jasnością i wielkością. Ale kolor wodza bladł. Po chwili nie potrafiłem już odróżnić go od dębu. On i drzewo zaczęli szarzeć, a potem ciemnieć.

Nie rozumiałem, co się dzieje. Zacząłem zachowywać się jak inne jasne punkty – moja uwaga, jak i uwaga wszystkich stworzeń, skupiła się na tej dwójce. Po chwili oboje stali się czarną plamą.

Trwało to kilka, może kilkanaście minut. Nie obserwowałem otoczenia – nie mogłem. Próbowałem otworzyć oczy, ale nie potrafiłem. Mój stan skupienia osiągnął inny poziom.

Gdy drzewo całkowicie poddało się woli wodza, czarna plama zaczęła rozlewać się na pobliskie stworzenia. Polana i las krzyczały. Przeraźliwy krzyk roznosił się po całym Laverey. Ja go naprawdę słyszałem. Zwierzęta i rośliny cierpiały. Nie wiedziałem, co się dzieje, ale ciemność zła zbliżała się też do mnie. Muszę go powstrzymać.

Skupiłem się na niej, starałem się odepchnąć. Bezskutecznie. Zło zdobywało kolejne skrawki polany, pochłaniając jasne punkty. Nie mogłem się ruszyć. Ciemność była coraz bliżej. O nie! Czułem jej zimno. Walczyłem, ale nie mogłem się jej oprzeć. Otoczyła mnie, a mimo to wciąż napierała.

Zimno. Strach. Zaczynało mnie boleć gardło. Miałem ochotę krzyczeć razem z lasem, razem z jego rozpaczą. I dopiero wtedy dotarło do mnie, dlaczego tak bardzo mnie boli. Przez cały ten czas też krzyczałem. Zorientowałem się dopiero teraz, gdy mój krzyk słabł. To coś mnie pochłaniało. Zginę. Nie mogę nic zrobić.

Bracie, pomóż! Vortanie!

Nagły blask. Pojawił się niedaleko stąd. Dopiero teraz go widzę. Uczucie nadchodzącej pomocy. Zaledwie dwa kilometry.

Samotne światło. Inne od wszystkich. Bracie, czy to ty? Jesteś za daleko. Nie zdążysz. Żegnaj.

Chcę to powiedzieć. Chcę się pożegnać, zanim ciemność ogarnie mnie doszczętnie. Próbuję otworzyć usta, obudzić się z tego stanu… powiedzieć to. On jest za daleko. Nie zdąży.

Otwieram usta. Chyba mi się uda. Ciemność przejęła już niemal całe moje ciało. Krzyki słabną – ale nie dlatego, że świat przestał krzyczeć. To mój słuch zatonął w czeluści pustki.

Jedno słowo. Uda mi się.

– Jest ktoś – wybełkotałem, nie ruszając ustami. Były zbyt ciężkie. Dlaczego te słowa? Dlaczego coś tak bezwartościowego?

Ciemność mnie pochłonęła, choć byłem niemal pewien, że udało mi się otworzyć oczy. I wtedy usłyszałem głos Blaina.

– Gdzie?

Nie potrafiłem odpowiedzieć. Nagle usłyszałem, jak wódz ruszył z miejsca. Trawa pod jego stopami rwała się, zabierając za sobą grudy ziemi. Potężny skok energii jakby mną potrząsnął. Zostałem sam. Blaina już przy mnie nie było.

Światło do mnie dotarło. Oczy miałem otwarte, ale dopiero teraz je widziałem. Przede mną stał stary dąb. Bez życia. Trawa, na której siedziałem, była nadal zielona, lecz także pozbawiona życia. Zimno. Długo siedziałem wpatrzony w jeden punkt. Ocucił mnie radosny głos dochodzący z oddali.

Zobaczyłem wyłaniającego się wodza. Miał rozpostarte skrzydła i zakrwawioną twarz. Krew nie należała do niego. Uśmiech obnażał zęby ostre i długie jak goblińskie miecze. Trzymał dziewczynę – czarnowłosą, bezwładną, ubraną w zieloną szatę. Była tak chuda i mała, że Blain jedną dłonią objął ją w pasie.

To elfka. Blask, który widziałem, choć słaby, nadal się w niej tlił. Żyła, tylko została ogłuszona.

Jaką mocą władał ten, który twierdzi, że jest tylko posłańcem?

Świat zaczął wirować. Muszę odpocząć. Czułem już tylko zapach mchu. To był zapach tej dziewczyny.

*

– Duranie! Ocknij się, do cholery! – Blain uderzył go kilka razy w twarz. Nie mocno, ale wystarczająco, by ocucić ogra odurzonego winem w podrzędnej gospodzie. – Mam i ciebie nieść? A niech to! No dobrze, zaniosę was obu do Melhoru. Ale, drogi szamanie, postawisz mi za to wielki kufel piwa.

Przerzucił Durana przez plecy, starając się nikomu nie zrobić krzywdy.

– Dziewczyny prawie nie czuję. Mogę ją niechcący zmiażdżyć. A ten waży chyba dwa razy więcej ode mnie… Uda się. Skoro udało się wywabić ją z kryjówki, to i uda się zanieść tych dwoje w bezpieczne miejsce. – Spojrzał na czarnowłosą elfkę. – Choć może niekoniecznie bezpieczne dla ciebie. Mam wobec ciebie pewne plany. A jeśli nie wyjdzie nam współpraca… oddam cię w ręce króla goblinów, jak obiecałem. Będą mieli na kim wyładować gniew za śmierć swoich.

Opuszczając polanę, zorientował się, że zniszczenia, których dokonał, były znacznie większe, niż przypuszczał. Myślał, że uderzył tylko w prastary dąb. A jednak ucierpiała cała przestrzeń wokół – wiele drzew, krzewów… część z nich martwa, bez soków życiowych.

Wracał tą samą drogą i dałby sobie rękę uciąć, że wcześniej ich nie widział. Może przeoczył. Może jego moc dokonała zniszczenia już po tym, jak opuścił polanę. Żałował strat… ale trzymał w dłoni klucz do rozwiązania problemu Markusa. Był gotów zniszczyć cały las Laverey, jeśli będzie trzeba.

Nagle przystanął.

– Ciebie bardzo dobrze pamiętam. I choć zalazłeś mi za skórę, cieszę się, że nic ci nie jest, stary przyjacielu. – Tym razem ominął krzak dzikiej róży śladami Durana, nucąc przy tym starą melodię.

Szybkim krokiem zbliżał się do granicy Laverey. Od dawna czuł obecność towarzyszy: Ducha i Vortana. Oni z pewnością też go wyczuli, a jednak nie przekroczyli granicy lasu. To dobrze. Są lojalni, ufają mu.

– Co się stało? – dobiegł go głos Vortana tuż po minięciu ostatnich dębów. – Słyszałem, jak mój brat wołał mnie z bezkresnego oceanu ogni piekielnych. Jakby odchodził na tamten świat. Jakby sam Diabeł go torturował. A potem… nagle poczułem, że żyje. Co się wydarzyło, Blainie?

Blain powoli oddał ciało nieprzytomnego Durana pod opiekę brata. Jednocześnie starał się nie zrobić krzywdy elfce. Z jednej strony dźwigał szamana ważącego dwa razy więcej od niego, z drugiej musiał uważać, by nie zacisnąć zbyt mocno palców na drobnym ciele dziewczyny. Ulgę poczuł dopiero, gdy Vortan przejął Durana.

– Szczerze mówiąc, nie wiem, co się z nim stało. Ani przez moment nie był zagrożony. Szperał umysłem po okolicy… A gdy odnalazł ją… – pokazał elfkę, którą trzymał w dłoni – …stracił przytomność.

– A kim ona jest? – zapytał Duch.

– Gdy się ocknie, dowiemy się nie tylko, kim jest… ale też gdzie są pozostali. I w jaki sposób umykają naszym zmysłom.

*

– Żądamy ukarania winnego! – huknął król goblinów.

– Obiecałem wam winnych i się doczekacie. Ale… czy krew tej jednej niewiasty zrównoważy stratę waszych braci? Pozwólcie mi działać dalej. Znajdę tych, którzy zwolnili cięciwy. Wtedy… najpierw pozbawimy ich dłoni. Potem życia.

W głównej sali świątyni rozbrzmiał gwar. Gobliny naradzały się głośno. Blain nie pozwoliłby na śmierć elfki. Jeszcze nie teraz. Ale ta gra działała na jego korzyść. Dzięki niej gobliny jeszcze mocniej ulegną jego władzy. W końcu to potwór czeka na ich decyzję, nie odwrotnie.

Czuli się ważni. Sojusz rósł w siłę. A strach, wymieszany z wiarą w mądrość Blaina, już dawno uczynił z niego ich przywódcę. Cała ta dyskusja była jedynie polityczną farsą – sposobem, by pokazać, kto ma coś do powiedzenia w tej małej, zielonej społeczności.

Blain czekał. Cierpliwie. Elfka również. Skrępowana, spokojnie obserwowała to przedstawienie. Od chwili, gdy odzyskała przytomność, nie odezwała się ani słowem. Ale doskonale wiedziała, w jakiej sytuacji się znalazła. Wiedziała, że paradoksalnie – tu i teraz – żaden włos nie spadnie jej z głowy. Czekała, aż gobliny oddadzą ją potworom. A one zamienią jej ostatnie dni w koszmar.

– Postanowione! – wykrzyknął król. – Przez wiele lat nikt nie złapał choćby jednego małego elfiątka. A ty, panie, dopiero co obiecałeś nam znaleźć winnych i już są pierwsze efekty! Wierzymy w twoje słowo. Jesteś mądrym wodzem i skutecznym. Niech będzie, jak zechcesz. Poczekamy na zemstę. I niech będzie satysfakcjonująca.

– Dziękuję, królu. – Blain, ku zaskoczeniu wszystkich, skłonił lekko głowę.

Króla ogarnęła duma. Chwilę później posłaniec spojrzał na Durana, który pilnował elfki. Ten zabrał ją do lochu.

– Omówmy teraz plan działania wobec magów i portalu. Czy ktoś ma pomysł, jak możemy odzyskać naszą własność?

Farsy ciąg dalszy – pomyślał.

*

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Odkupienie

ISBN: 978-83-8423-354-2

© Janusz Ryżakow i Wydawnictwo Novae Res 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Marta Grochowska

KOREKTA: Anna Miotke

OKŁADKA: Oliwia Błaszczyk

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek