Oaza szczęścia - Dani Collins - ebook
Opis

Szejk Zafir wkrótce ma wstąpić w korzystny dla jego kraju związek małżeński. Gdy poznaje Fern Davenport, nauczycielkę swoich siostrzenic, nie potrafi się oprzeć uczuciu i pożądaniu. Ma nadzieję, że nikt się nigdy o tym nie dowie, lecz gdy Fern nagle wyjeżdża, zaczyna podejrzewać, że ich romans może mieć nieprzewidziane konsekwencje

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 142

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dani Collins

Oaza szczęścia

Tłumaczenie

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wizyta w oazie przywróciła Fern Davenport do życia w sposób, którego nigdy wcześniej nie doświadczyła. Długo oczekiwana dwudniowa wędrówka przez pustynię na grzbiecie wielbłąda okazała się trudnym testem na wytrzymałość, dokładnie tak, jak zapowiadała jej szefowa i przyjaciółka, Amineh. Zgodnie z tym, co przewidywała, Fern nawet przez chwilę nie żałowała swojej decyzji.

Przebłysk zieleni w środku spalonej słońcem, żółto-czerwonej pustyni sprawił, że Fern wyprostowała się, nieświadomie wyciągając nos w taki sam sposób, jak robią to spragnione wody wielbłądy. Kiedy dotarli do granicy oazy, poczuła się jak olbrzymka w otoczeniu skarłowaciałych palm i rzadkich kępek trawy. Słońce właśnie skryło się poza ścianami kanionu i przyjemnie chłodne podmuchy wiatru unosiły jej abaję, delikatnie muskając skórę odsłoniętych nóg. Fern miała ochotę roześmiać się, by wreszcie uwolnić stres wynikający z lęku o przetrwanie, choć okazywanie emocji nie leżało w jej naturze. Zwykle starała się pozostać niezauważona, uważając się za obserwatora, a nie uczestnika podróży zwanej życiem. Tym razem było zupełnie inaczej. Po raz pierwszy doświadczała czegoś, co zapewne odczuwa każdy pewny siebie nastolatek lub rozbrykany baranek – radości istnienia. Krew krążyła w niej szybciej, serce biło mocniej. Pragnęła zrzucić z siebie ubranie, oddać rozgrzane ciało we władanie chłodnego powietrza i bez opamiętania chłonąć życie.

Przepełniona poczuciem odrodzenia Fern spojrzała w kierunku polany, gdzie karawana miała się zatrzymać, i ujrzała jego, mężczyznę ubranego w thobe i gutra. Mógł to być jeden z poganiaczy, jednakże coś podpowiadało jej, że miała przed sobą kogoś ważnego, przywódcę, do którego inni mężczyźni zwracali się po wskazówki i aprobatę ich działań. Dostrzegła mięśnie skryte pod białą tuniką. Pokryte kurzem stopy w sandałach dotykały ziemi z pewnością siebie typową dla pana, nie dla poddanego, właściciela, nie pracownika.

Fern uniosła głowę, zerknęła na jego twarz i znieruchomiała porażona męską urodą. Jak to możliwe, że ktoś tak piękny wyglądał tak szorstko i surowo? Opalona twarz, pełne usta, orli nos, brwi proste jak linia horyzontu i te zielone oczy, pełne życia jak oaza… Fern z trudnością oddychała wobec takiego majestatu.

– Wujku! – krzyknęły dziewczynki i surową twarz mężczyzny rozpromienił uśmiech. Serce Fern rozkwitło.

Mężczyźni byli zagadkowymi istotami w życiu Fern, właściwie obserwowała ich tak, jak patrzy się na przepływające nieopodal łodzie. Uczęszczała do żeńskich szkół kierowanych przez kobiety. Członkowie zarządu biblioteki, lekarz matki i kilku nastoletnich chłopców w klubie Miss Ivy, to jedyni przedstawiciele płci męskiej, z którymi miała do czynienia. Czasem łapała się na tym, że patrzyła na mężczyzn tak jak ornitolodzy na rzadkie gatunki ptaków, studiując ich zachowanie i starając się je zrozumieć. Ku własnemu zaskoczeniu musiała przyznać, że są całkiem ludzcy. Szczególnie fascynowali ją ci, którzy umieli obchodzić się z dziećmi. Wówczas zastanawiała się, jak by to było zbliżyć się do nich i w pełni zrozumieć. Co oczywiście nie oznaczało, że chciała się zbliżyć do tego mężczyzny!

Fern dowiedziała się, że mężczyzna na polanie to Zafir, brat Amineh, której mąż, Ra’id, właśnie zeskoczył z wielbłąda, by przywitać się ze szwagrem. Panowie uścisnęli się serdecznie.

Zafir oficjalnie nazywał się Sheikh abu Tarik Zafir ibn Ahmad al-Rakin Iram i władał Q’Amara, krajem sąsiadującym z ziemią Ra’ida.

Spotkanie tak ważnej osobistości wstrząsnęło światem Fern. Nieśmiała z natury, oblewała się rumieńcem, ilekroć w jej życiu pojawiał się mężczyzna. Tak się stało, gdy poznała Ra’ida i musiała po raz pierwszy zamienić z nim kilka słów. Wychowana pod nadzorem surowej, władczej matki Fern nauczyła się pokory wobec wszelkiej władzy. Tak też czuła się w obecności Zafira, choć tym razem dominowała w niej niepokojąca ciekawość, co samo w sobie było dość żenujące.

Na placu pojawili się kolejni mężczyźni, poganiacze i pomocnicy, ale uwaga Fern skupiała się tylko na Zafirze, choć ten, ku jej zadowoleniu, nawet nie zauważył jej obecności. Zresztą, jak miałby to zrobić? Fern założyła okulary przeciwsłoneczne, a twarz skryła pod nikabem, natomiast Zafir skupił się na rozmowach z siostrzenicami uwieszonymi na jego ramionach. Uwolnił się od nich dopiero, gdy na placu pojawił się ich kuzyn, dziesięcioletni Tarik, ubrany w długą tunikę. Dzieci natychmiast rozpoczęły wspólną zabawę w wyścigi.

Tymczasem Ra’id pomógł żonie zejść z wielbłąda. Amineh zrzuciła nikab, by rzucić się w objęcia brata. Rozmawiali po arabsku, w pięknie brzmiącym języku, którym wprawdzie Fern posługiwała się, lecz w sposób daleki od ideału.

– Och! – Fern krzyknęła, gdy wielbłąd niespodziewanie pochylił się do przodu.

„Pamiętaj, by się odchylić do tyłu”, przypominała jej Amineh miliony razy, ale Fern, zapatrzona w Zafira, przeoczyła moment, w którym wielbłąd zaczął opadać na kolana. Próbowała się przytrzymać, ale ześliznęła się z grzbietu zwierzęcia, zanim zdążyło przyklęknąć. Było to niewątpliwie najbardziej niezdarne wykonanie tej czynności w arabskiej historii, w dodatku bacznie obserwowane przez wszystkich wokół. Żenujące.

– Czy wszystko w porządku, Fern? – spytała Amineh. – Powinnaś była poprosić o pomoc.

– Nic mi nie jest. Tyle piękna wokół nie sprzyja koncentracji – paplała, próbując odwrócić uwagę od swojego zauroczenia Zafirem. Ra’id tymczasem coś tłumaczył szwagrowi. Fern zrozumiała słowa „nauczycielka angielskiego”.

– Tak, to nauczycielka angielskiego – potwierdziła Amineh. – Poznaj Fern. Och, dziękuję, Nadura – dodała, zwracając się do służącej, która przyniosła płócienną torbę. Amineh zdjęła abaję i wrzuciła ją do torby. Fern niechętnie zrobiła to samo. – Nadura wytrzepie z nich piasek; mają być gotowe na przyjazd nomadów.

Przed podjęciem pracy z dziećmi Amineh, Fern znała służące jedynie z filmów takich jak Downton Abbey. Jej matka była zbyt zmęczona sprzątaniem cudzych domów, by robić cokolwiek we własnym mieszkaniu. To Fern utrzymywała je w nienagannym porządku. W ostatnich miesiącach życia matki nie zdecydowała się oddać jej do hospicjum, sama zapewniała chorej opiekę i pomagała w wykonywaniu wszelkich czynności. Między innymi dlatego teraz z trudem przyszło jej zaakceptować pomoc Nadury. Zapewne nie stanowiłoby to problemu, gdyby jej pozycja w domu Amineh była bardziej jednoznaczna – tymczasem jako nauczycielka Bashiry i Jumanah nie czuła się ani członkiem rodziny, ani służącą. W efekcie nigdy nie wiedziała, jak się zachować. Również w tym momencie. Fern poczuła się nieswojo, podając Nadurze szal i abaję. Skupiła na sobie spojrzenia wszystkich zgromadzonych na placu, zwłaszcza gdy po zdjęciu tradycyjnych szat odsłoniła bluzeczkę z niezapominajką, nagie ramiona i burzę niesfornych, długich rudych włosów skręconych w setki loczków. Nawet nie próbowała wyobrazić sobie, jak musi wyglądać po kilku dniach na pustyni.

– Nie miałam pojęcia, że będę zdejmować abaję w miejscu publicznym – zwróciła się przepraszającym tonem do Amineh.

– W porządku – odpowiedziała Amineh, podążając w stronę służby.

Fern spojrzała w kierunku szejka, jakby szukając potwierdzenia słów jego siostry.

Mężczyźni nigdy nie patrzyli na nią dłużej, niż wymagało tego zapytanie o godzinę czy o drogę. Ludzie zdawali się jej nie zauważać – ubierała się tradycyjnie, nie stosowała makijażu, mówiła zbyt cicho. W jej rodzinnej miejscowości przy szkockiej granicy pełno było szczupłych, piegowatych, rudowłosych dziewczyn, wśród których stawała się niewidoczna. Tu zdecydowanie rzucała się w oczy.

Wzrok szejka zdawał się przenikać przez wilgotną od potu bluzkę, która dosłownie oklejała jej ciało. W jego oczach wyczytała dezaprobatę. Zamarła.

– Witamy w oazie – powiedział.

Jego barytonowy szorstki głos był niczym lekki powiew gorącego powietrza. Podobnie jak jego siostra mówił angielskim, w którym brytyjski akcent wyższych sfer intrygująco łączył się z egzotyką Bliskiego Wschodu.

Z opowieści Amineh wiedziała, że trzy lata wcześniej Zafir został wdowcem. Jego żona zmarła na raka. „Bardzo przeżył jej śmierć. Niewiele o niej mówi, a jeśli już, to zawsze z zachwytem” - przypomniała sobie słowa Amineh.

To oznaczało, że powinna mu współczuć, nieoczekiwanie jednak przepełniło ją uczucie niechęci, a to z kolei wprowadziło ją w stan zaniepokojenia. Zawsze przecież unikała konfliktów. Przyparta do muru, posługiwała się sarkazmem, którego w sobie nienawidziła, i zwykle szukała bardziej pokojowych rozwiązań. Lecz teraz… Szejk przyglądał jej się tak, jakby coś o niej wiedział; jakby wnioski, które wyciągnął z obserwacji, wprowadziły go w stan rozczarowania czy konsternacji. W przypływie paniki zapragnęła zaprezentować mu wszystkie swoje zalety, inteligencję i uprzejmość, talent rękodzielniczy… Wszystko to wymagało dużo czasu i cierpliwości, poza tym było przejawem niepotrzebnej samoobrony. Nękana sprzecznymi emocjami Fern zastanawiała się, dlaczego, do licha, czuła nieodpartą potrzebę wyznania mu tego wszystkiego. Przecież nie przyjechała do oazy, by zrobić wrażenie na tym obcym mężczyźnie. Z drugiej strony, w całym dotychczasowym życiu nawet nie znalazła się w pobliżu żadnego władcy. Coś podpowiadało jej, że dobrze by było mieć po swojej stronie kogoś tak wpływowego. Z dna serca napłynęło jednak ostrzeżenie, coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyła – strach przed zauroczeniem. Nie przed chwilowym stanem zachwycenia „och, jaki on przystojny”, ale przed czymś bardziej żywiołowym i trwałym.

Tu jestem, zwróć na mnie uwagę.

Zażenowana własnymi myślami Fern oblała się rumieńcem. Nienawidziła samej siebie. Nienawidziła swojego ciała, które w tak oczywisty sposób zdradzało jej uczucia. Wstydziła się swojego speszenia. Chciała umrzeć.

Zafir przyglądał się milionom piegów znikających pod coraz obfitszym rumieńcem i z trudem powstrzymał się od śmiechu. Dzięki doświadczeniom z przeszłości od razu się zorientował, co dręczy tę nauczycielkę angielskiego. Pożądała go, a jemu się to podobało.

Jednakże była Angielką.

Choć ze względu na pochodzenie uznał Fern za osobę nieodpowiednią do nawiązywania kontaktów, gorący samiec, który się w nim przyczaił, zaczął się prężyć niczym kocur. Nie odrywał wzroku od jej ramion, obsypanych piegami wyglądającymi jak drobinki kakao na spienionym mleku. Piegi pokrywały całe jej ciało, nawet stopy. Nago musiała wyglądać nadzwyczajnie.

Jako wnuk księcia Zafir miał prawo do pełnego wykształcenia poza granicami kraju. Oprócz zgłębiania tajemnic ekonomii i dyplomacji nauczył się, że kobiety Zachodu bardzo dobrze rozumiały podstawowe potrzeby mężczyzn. Gdyby tylko chciał, mógłby mieć każdą. Dlatego teraz z przyjemnością wyobrażał sobie, jak muska ustami jej ramiona, jak błądzi dłonią pod jej spódnicą i wreszcie biodrami przygniata jej biodra.

Zdecydowanie wolał opalone blondynki, Amerykanki i dziewczyny ze Skandynawii – ale tylko, gdy podróżował. Był na tyle rozsądny, by nie wikłać się w żadne romanse w granicach swego konserwatywnego państwa. Dlatego teraz odprawił Fern na tyle lekceważącym spojrzeniem, by nie miała wątpliwości, że ją odrzucił. Zrozumiała. Spuściła wzrok. Z bólu przygryzła wargę. Z trudem powstrzymał się od zmiażdżenia tych warg swoimi. Niemal czuł jej włosy między palcami, widział zamglone z podniecenia oczy.

Jest Angielką, przypomniał sam sobie, by stłumić pożądanie. Wówczas uświadomił sobie, że od dwóch miesięcy nie trzymał w ramionach kobiety, stąd pewnie zrodziło się niepohamowane zainteresowanie tą rudowłosą nauczycielką. Nie przypominał swojego ojca, który zakochał się tak beznadziejnie w nieodpowiedniej kobiecie, że dla niej umarł, pozostawiając swemu nieślubnemu synowi cały bałagan do uporządkowania.

– Fern, to mój brat, Zafir – usłyszeli głos Amineh. – Może się tak do ciebie zwracać, prawda? – spytała oniemiałego mężczyznę. – Bądź dla niej miły, jest bardzo nieśmiała.

Fern. Doskonale. W jego kraju nadawano imiona wywodzące się z natury.

– Oczywiście – udało mu się odpowiedzieć, z zadowalającym chłodem w głosie, skrywającym niepotrzebne emocje. – Jeżeli tylko ja też będę mógł cię nazywać po imieniu, Fern.

I tak zwracałby się do niej po imieniu, ale potrzebował jej zgody.

Kapitulacja.

Cholerne pożądanie. Był na wakacjach, zrelaksowany. I niewiarygodnie spragniony kobiety. Pierwszej lepszej. Tak się sprawy miały i nic nie mógł na to poradzić.

Fern niepewnie skinęła głową, zaciskając palce.

Jej konsternacja sprawiła mu przyjemność. Podkreślanie własnej dominacji stanowiło jego drugą naturę.

– Żyjemy tu na luzie – paplała Amineh dalej, nie zauważając rumieńca przyjaciółki. – Ubierzemy się ponownie, gdy przybędą Beduini. Póki co oaza jest nasza. Kocham to miejsce. – Ścisnęła ramię Zafira. – Wyglądasz jak stara zrzęda, braciszku. Stało się coś? Bawmy się jak kiedyś, gdy byliśmy dziećmi. Chodź, Fern. Rozpakujemy się.

Fern zarzuciła na ramię dwie torby, nie czekając na służbę. Znała swoje miejsce. Zafir przyglądał się, jak bezskutecznie próbowała się uporać z trzecią torbą.

– Wezmę ją – powiedział, podchodząc bliżej.

– Nie trzeba, zaraz po nią wrócę.

Zanim przebrzmiał jej głos, Zafir chwycił kłopotliwą torbę, a następnie zsunął z jej wątłych ramion kolejną, niezamierzenie muskając kciukiem rozgrzaną skórę na karku Fern.

Do diabła, jeśli jedno dotknięcie tak na niego działa…

Fern spuściła głowę, nie mógł więc wyczytać z jej twarzy, czy zareagowała podobnie. Jednakże jej nabrzmiałe sutki zdające się rozrywać tkaninę bluzki same w sobie stanowiły odpowiedź, czyniąc jego podniecenie niemożliwym do zniesienia.

Amineh oddaliła się z mężem, zostawiając brata, by towarzyszył Fern. Zafir zmusił się do nawiązania rozmowy na jak najbardziej neutralny temat.

– Oaza rozciąga się na powierzchni siedemnastu kilometrów kwadratowych. Pierwotnie miał to być rezerwat przyrody. Tylko jedno plemię ma prawo obozować tutaj bez konieczności starania się o pozwolenie, ponieważ przemieszczają się wraz z migrującymi ptakami. Powinni się tu pojawić podczas naszego pobytu.

– Czytałam o tym przed wyjazdem – tym stwierdzeniem Fern zdawała się zmusić go do zamilknięcia. Przyspieszyła.

Początkowo chciał pozwolić jej odejść, w efekcie dotrzymał jej kroku, z boku obserwując połyskujące włosy i drobne piersi kołyszące się w czasie marszu.

– Jak długo uczysz dziewczynki? – zapytał.

– Trzy miesiące, i czuję się trochę jak oszustka. Szczerze mówiąc, Amineh, to znaczy Bashira…

– W porządku, nie musisz używać tytułu.

– Tak, rzeczywiście. Zamierzałam powiedzieć, że Amineh doskonale mówi po angielsku, podobnie jak dziewczynki, które wymagają jedynie drobnej korekty ortografii i paru wskazówek z gramatyki. Chyba nie jestem im potrzebna. Tak naprawdę chciałam poznać trochę świata, inną kulturę… Poza tym dziewczynki są słodkie – dodała cichutko. – Mam szczęście, że mogę tu być. To znaczy, że w ogóle mogę być. Z nimi. Tutaj.

Fern ponownie pokryła się rumieńcem.

– Jestem pewien, że Amineh jest zadowolona z twojej obecności. Oboje wolimy przebywać w kraju naszego ojca, ale czasem tęsknimy za Anglią.

Zafir właściwie nie rozumiał, dlaczego to powiedział. Prawda była taka, że niemal całe życie pragnął być w obu miejscach jednocześnie.

Fern zatrzymała się gwałtownie, zaskoczona widokiem tego, co się działo na plaży. Rozstawiano namioty, w oddali widniały poduchy wydobywane z koszy, rozkładano jedwabne dywaniki.

– Nie wiem, dokąd mam pójść. Czy mam spać z dziećmi?

– Nie, dzieci mają swój namiot, ten najmniejszy.

Obok namiotu dziewczynek wznosił się większy, w którym zamieszkać miała Amineh z mężem. Zafir zajmie namiot na piaszczystej półce blisko wody. W pobliżu pompy powstawała polowa kuchnia. Wszystko wskazywało na to, że Fern znajdzie schronienie w namiocie, który, nadal zwinięty, leżał mniej więcej pośrodku obozu, pod palmami. Najwyraźniej oczekiwano, że Fern wie, jak go rozstawić.

– Tamten. – Zafir delikatnie chwycił ją za ramię, by wskazać lokalizację.

A więc okazał się słaby. Nie mógł się powstrzymać od dotykania jej. Zapowiadały się bardzo ciężkie dwa tygodnie.

Fern miała nadzieję, że Zafir zaraz odejdzie, by się mogła spokojnie odnaleźć w nowej sytuacji.

Oczywiście podobał jej się. Komu by się nie podobał? Był boski. I zapewne świadomy jej odczuć, których nie potrafiła ukryć. Dlatego zwykle wolała się chować za bibliotecznymi półkami. Z tego samego powodu zdecydowała się na podjęcie pracy miliony kilometrów od domu, by mieć przy sobie tylko dwie uczennice i nie spotkać żadnego mężczyzny.

Mężczyźni sprawiali, że stawała się kłębkiem nerwów. Choć ciekawiło ją, jak może wyglądać randkowanie czy wspólne życie, nie miała odwagi zaryzykować utraty ciężko wypracowanego wizerunku kobiety niezależnej i pewnej siebie – najlepsza studentka, pilny pracownik i wzorowa córka poświęcająca się chorej matce. Dzięki temu nie wystarczało już czasu na romansowanie i nikt nie wiedział, że rzeczywistym powodem braku mężczyzn w jej życiu było tchórzostwo.

Być może jednak znalazłby się inny powód; być może nie pojawił się ten jeden jedyny, który potrafiłby wyrwać ją z jej własnych sideł.

Dziś coś w niej drgnęło, coś, co sprawiło, że po raz pierwszy zapragnęła być zauważona i doceniona, również fizycznie. Nigdy wcześniej jej ciało nie reagowało na mężczyznę w tak instynktowny sposób. Niestety, seks znała tylko z romantycznych powieści. Czytając pikantne fragmenty, odczuwała przyjemność, za to teraz, na myśl o tym, co Zafir mógłby robić z jej ciałem, czuła nieznane jej, przeszywająco gorące ukłucia w złączeniu ud. Wytrącało ją to z równowagi. Pewnie dlatego matka zawsze powtarzała, że seks był niebezpieczny. Fern zastanawiała się, dlaczego w takim razie tak wiele osób go uprawia, skoro to samo zło. Dziś, gdy poczuła na sobie dłoń Zafira, zrozumiała. Ludzie robili to dla tych trudnych do wyrażenia doznań, które potrafiły wyłączyć logiczne myślenie i zdrowy rozsądek.

Desperacko pragnęła, by Zafir się oddalił, by mogła w spokoju zdiagnozować symptomy, nazwać to, co się z nią działo, i ostatecznie odrzucić. Problem w tym, że nie znała słów na określenie jej stanu – mogła jedynie powiedzieć, że siedziała w klatce z tygrysem, który krążył wokół niej, zaciekawiony, ale niedostatecznie głodny, by zaatakować; może na tyle znudzony, by chcieć się trochę zabawić.

Fern rzuciła torby obok czerwonego tobołka ze zwiniętym namiotem.

– Zajmę się tym – powiedział Zafir, by chwilę później wyjąć z paczki wszystkie elementy namiotu oraz instrukcję obsługi.

– Jakoś to rozpracuję. – Fern westchnęła bez przekonania, wpatrując się w instrukcję zadrukowaną nieznanymi jej symbolami.

– Czytasz po arabsku?

– Jeszcze nie – odpowiedziała, pomagając Zafirowi rozłożyć wielką płaszczyznę, która za chwilę miała się stać podłogą. – Jesteś pewien, że nie ma angielskiej wersji? Nie wygląda to na mieszkanie Beduina.

– Obecnie używa się lżejszych tworzyw, ale wkrótce powinnaś zobaczyć również tradycyjne namioty.

– Myślę, że teraz już sobie poradzę. Nie chcę sprawiać ci więcej kłopotu. W razie potrzeby poproszę któregoś z mężczyzn w obozie.

A więc potrafiła być asertywna. Pozbywa się go grzecznie, ale stanowczo. Zafir rozejrzał się, by się zorientować, kogo ewentualnie poprosiłaby o pomoc. Pomyślał, że pewnie nie odważy się zwrócić do obcych i zawoła służącą Amineh.

– Zostanę – zdecydował po namyśle, a Fern zacisnęła zęby, uznając, że nie ma sensu tracić czasu na polemiki. Poza tym z jego pomocą będzie szybciej. Pracowali w milczeniu, instalując kolejne elementy konstrukcji. Gdy wreszcie uniosła głowę po wkręceniu kłopotliwego palika, dostrzegła utkwione w niej zielone oczy. Wstrzymała oddech, znieruchomiała. Zafir kontynuował pracę, sprawnymi ruchami skręcając rurki, nie odrywając od niej wzroku. Oblała się rumieńcem. Płonęła.

Zafir wydał z siebie dźwięk, który mógł być efektem rozbawienia lub zniecierpliwienia. Kiedy znów spojrzała w jego kierunku, wyglądał nad wyraz poważnie, by nie powiedzieć – groźnie.

Fern wiedziała, że nie rozpalała męskiej żądzy. Brakowało jej krągłych kształtów, nie umiała zrobić sobie makijażu. W przeszłości była powszechnie ignorowanym kujonem z aparatem na krzywych zębach, w używanych ubraniach, zawsze skryta w książkach, by dobrą nauką wywalczyć stypendium, a potem zdobyć tytuł. Teraz też chciała się ukryć. Tylko że w oazie na środku pustyni nie za bardzo było dokąd pójść. Jedyną kryjówką okazał się nierozstawiony do końca namiot. Podniosła słupek i wbiegła do środka, próbując umieścić go w przygotowanych pierścieniach w dachu i podłodze. Nie dała rady.

– Źle rozmieściłeś śledzie – powiedziała głosem i tonem swojej matki. Na szczęście nie mógł jej widzieć.

– Rozstawiłem w życiu więcej namiotów niż ty. Skończę tutaj i zaraz ci pomogę. Trzymaj ten drążek.

Super, będę tu sterczeć jak idiotka, pomyślała.

Pomimo wysiłków Fern materiał z górnej części obsunął się, znajdując oparcie na jej głowie.

Jeszcze lepiej. Wybiegnij, kiedy on się pojawi.

Zafir wszedł i sprawnymi ruchami ustabilizował centralny wspornik, dzięki czemu dach namiotu znalazł się wreszcie na swoim miejscu. Kiedy chwycił go, by unieruchomić w otworze podłogowym, jego ręce znalazły się na jej dłoniach. Czuła jego bliskość i męski, intrygujący zapach. Emanował siłą. Był zbyt blisko, by mogła się odwrócić. Długo, za długo, patrzyli sobie w oczy.

Powiedz coś, myślała w panice.

Zafir utkwił wzrok w jej ustach, ona wpatrywała się w jego, wyobrażając sobie… Miała wrażenie, że cały świat słyszy bicie jej serca. Uniósł dłoń, jakby pragnął dotknąć jej policzka.

Czy chciał mnie pocałować?

– Panienko Davenport, jest pani tam? – usłyszała głos Bashiry.

Powrót do rzeczywistości nie był łatwy.

– Jestem – odpowiedziała ledwo słyszalnym głosem, uwalniając rękę cały czas uwięzioną pod dłonią Zafira. Patrzył z dezaprobatą, gdy ze spuszczoną głową wychodziła z namiotu.

– To od mamy. – Bashira i Jumanah siłowały się z ciężkim koszem, ciągnąc go po piasku w kierunku namiotu Fern. Za nimi powoli podążał Tarik, uginając się pod ciężarem zwiniętej w rulon pościeli.

– Czy poznałaś już mojego syna? – spytał Zafir, wyłaniając się z namiotu.

– Jeszcze nie.

Właściwie co się wydarzyło? Żartował sobie z niej?

Zafir podszedł bliżej, przedstawił ich sobie, wziął pościel z rąk chłopca, wrócił do namiotu i rozłożył ją, jakby nie wiedział, że przecież Fern nie zaśnie na czymś, czego dotykał.

– Twoje kuzynki bardzo cię chwalą, Tarik – zwróciła się do chłopca. – Mam nadzieję lepiej cię poznać.

Tarik wpatrywał się w nią z uwagą. Na szczęście nie miał oczu ojca.

– O pani też mówią dobrze, ale, z całym szacunkiem, nie potrzebuję już niańki. Mam ochroniarza – oznajmił Tarik, wskazując mężczyznę stojącego przy namiocie dzieci. – Ma mnie chronić przed zagrożeniami z zewnątrz. Poza tym wolno mi popełniać moje własne błędy i uczyć się na nich.

– Mówisz bardzo dojrzale – przyznała Fern z nieskrywanym podziwem. – Ale nie jestem nianią, tylko nauczycielką angielskiego.

– Mam wakacje – odpowiedział stanowczym głosem. – Poza tym mój angielski jest doskonały.

Fern uśmiechnęła się; pewność siebie na pewno przejął po ojcu.

– Mam nadzieję, że dołączysz do nas przynajmniej na czas zajęć w terenie. Przywiozłam mikroskop i inne urządzenia. Mógłbyś nas nauczyć czegoś więcej o florze i faunie swojego kraju.

– Z przyjemnością – zadeklarował Tarik. – Ale to mój tata dysponuje potężną wiedzą o przyrodzie.

W tym momencie Zafir wyłonił się z namiotu. Fern zabrakło odwagi, by spojrzeć w jego kierunku.

– Byłby to zaszczyt, ale twój tata już dość dla mnie zrobił.

– Nie odmówiłbyś swoim siostrzenicom, prawda, tato? – Tarik zwrócił się do ojca.

– Oczywiście, że nie. Dlatego tu jesteśmy, by spędzić jak najwięcej czasu z rodziną – odparł Zafir z uśmiechem, skłonił się i odszedł.

Tak jakby nic się nie wydarzyło.

Przecież nic się nie wydarzyło, upomniała Fern samą siebie. A może wszystko sobie wyobraziła?

Wbiła wzrok w jego plecy, gdy oddalał się od jej namiotu, zastanawiając się, jak wyglądałby nago. To miejsce miało na nią zdecydowanie zły wpływ.

Dzieci pobiegły za Zafirem, a Fern weszła do namiotu. Oaza miała być symbolem wolności, ona jednak przez chwilę poczuła się jak więzień luksusu. Namiot był większy niż sypialnia, w której się wychowała. Na posłaniu z jedwabną pościelą zmieściłoby się kilka osób.

Całkiem niedawno zupełnie inaczej wyobrażała sobie swoje życie. Miała być nauczycielką w wiejskiej szkółce, a po lekcjach wracać do małego mieszkanka, gdzie czekałby na nią kot Fabio. Nie miała ambitnych planów, poza tym, by swoim skromnym, nieszczęśliwym uczniom pomóc wydobyć tkwiący w nich potencjał.

Za życia matki nawet nie pomyślała o pracy za granicą, ale po jej śmierci chciała wszystko zacząć od początku. Pod wpływem impulsu zarejestrowała się w agencji, spodziewając się oferty ze szkółki misyjnej, tymczasem znalazła się w domu Amineh, pokonując kilka kontrkandydatek. Szybko się okazało, że miała wiele wspólnego z nową szefową, która wkrótce została jej przyjaciółką.

Amineh i Zafir byli owocem romansu arabskiego szejka i córki angielskiego księcia. Tułali się trochę tu, trochę tam, nie utożsamiając się z żadną z kultur. Amineh odnalazła się dopiero w małżeństwie z najlepszym przyjacielem brata, osiedlając się w jego kraju.

Zafir wciąż walczył o prawo władania ziemią swojego ojca, zwaną Q’Amara. Poślubił córkę szejka, by pozbyć się przeciwników, którzy nie chcieli dopuścić, by ich krajem rządził ktoś wychowany na Zachodzie.

Wyglądając z namiotu, Fern ujrzała Zafira stojącego po kostki w wodzie, obok kąpieliska dla dzieci. Nie zważając na to, że zmoczy szaty, nachylił się i nabrał w dłonie wody, by schłodzić nią twarz i kark. Fern znalazła się na skraju omdlenia. Wówczas dotarło do niej, że to musi być zauroczenie, które sprawiało, że zachowywała się dokładnie tak samo, jak typowe nastolatki. Potajemnie śledziła obiekt swoich uczuć, wzdychając z bezsilności. Jaka szkoda, że nie było tu jego żony, by ją przepłoszyć.

Nie gap się, nakrzyczała na siebie w duchu, ale nie potrafiła się zmusić do odwrócenia wzroku. W tym momencie Zafir wyprostował się i spojrzał w kierunku jej namiotu. Fern skryła się w cieniu tylnej ściany. Zapowiadały się dwa ciężkie tygodnie.

Tytuł oryginału: The Sheikh’s Sinful Seduction

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2015

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Anna Jabłońska

© 2015 by Dani Collins

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2016

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-2278-5

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.