Nocna służba 1992 - Piotr Janusz Chmielewski - ebook

Nocna służba 1992 ebook

Piotr Janusz Chmielewski

0,0

Opis

Jednej nocy granica między tym, co znane, a tym, co obce, przestaje istnieć

Jesienią 1992 roku w niewielkim warmińskim miasteczku zapada noc, która zamienia codzienne życie mieszkańców w koszmar. Nad torami pojawia się tajemnicza łuna, na ulicach zaczynają krążyć obce istoty, a znana rzeczywistość rozpada się w jednej chwili.

Wszystko zaczyna się od trzech osób, które jako pierwsze zauważają, że tej nocy dzieje się coś niewytłumaczalnego. Marek, chłopiec z domu dziecka, jako jeden z pierwszych widzi coś, czego nie powinien zobaczyć. Piotr, emerytowany nauczyciel, obserwując miasto z okna, dostrzega postać, która nie jest człowiekiem. Paweł, młody dyżurny policji, zostaje odcięty od przełożonych i jakiegokolwiek wsparcia. Z pozoru przypadkowe obserwacje prowadzą ich ku wspólnemu zagrożeniu.

Gdy większość mieszkańców zapada w nienaturalny, kamienny sen, tylko nieliczni zachowują świadomość. Policyjne procedury przestają mieć znaczenie, a broń okazuje się bezradna wobec przeciwnika nie z tej ziemi. W odciętym od świata miasteczku rozpoczyna się nierówna walka, której finału nikt nie potrafi przewidzieć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 438

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tak, jak po­przed­nio – po­wieść de­dy­ku­ję przede wszyst­kim mo­jej żo­nie An­nie, bez któ­rej opty­mi­zmu i wspar­cia książ­ka ta być może tak szyb­ko nie uj­rza­ła­by świa­tła dzien­ne­go. To jest waż­ne tym bar­dziej, że świet­nie zda­ję so­bie spra­wę z tego, iż Moja Dru­ga Po­ło­wa woli pi­sa­ne przez nas wspól­nie książ­ki dla dzie­ci niż moje hor­ro­ry i fan­ta­sty­kę. Na­praw­dę wspa­nia­le mieć obok sie­bie tak bli­ską oso­bę.

1. Wieczór

Po pro­stu lu­bił pa­trzeć na po­cią­gi: po­cią­gi w ru­chu, po­cią­gi sto­ją­ce na dwor­cu lub przed se­ma­fo­rem, ma­new­ru­ją­ce lo­ko­mo­ty­wy, na­praw­cze dre­zy­ny – do­słow­nie na wszyst­ko, co po­ru­sza­ło się po to­rach. Wy­cho­waw­czy­ni z domu dziec­ka prze­po­wia­da­ła mu, że gdy do­ro­śnie, bę­dzie pra­co­wał na ko­lei. Mó­wi­ła czę­sto: „nasz Ma­rek bę­dzie ko­le­ja­rzem, zo­ba­czy­cie”. Nie od­że­gny­wał się od tego, choć oglą­da­nie skła­dów było dla nie­go chy­ba na­wet więk­szą atrak­cją niż sama jaz­da w wa­go­nie. No, może gdy­by pro­wa­dził lo­ko­mo­ty­wę – to mo­gło­by być coś! Wie­dział, że nie­da­le­ko, w Olsz­ty­nie i w Kę­trzy­nie, jest ja­kieś tech­ni­kum ko­le­jo­we, ale czy uda mu się tam do­stać?… Tak, jak pra­wie każ­de­mu w jego domu dziec­ka, na­uka szła mu kiep­sko.

Chy­ba naj­bar­dziej lu­bił ob­ser­wo­wać po­cią­gi nocą albo przy­naj­mniej kie­dy było ciem­no, bo w od­róż­nie­niu od wie­lu ko­le­ża­nek i ko­le­gów on no­ca­mi się z bi­du­la nie wy­my­kał. Bał się. Ale te­raz, pod ko­niec paź­dzier­ni­ka, oko­ło dzie­więt­na­stej pa­no­wał już mrok. Świa­tła w oknach wa­go­nów wy­glą­da­ły po pro­stu ma­gicz­nie za­to­pio­ne w ciem­nej, nie­wy­raź­nej, ta­jem­ni­czej bry­le. I te pe­ne­tru­ją­ce śmia­ło prze­strzeń z przo­du trzy re­flek­to­ry lo­ko­mo­ty­wy!… Ga­pił się na to za­wsze z otwar­tą bu­zią.

Ma­rek cze­kał wła­śnie na prze­jazd skła­du z Mrą­go­wa do Olsz­ty­na. Na miej­sce ob­ser­wa­cji wy­brał so­bie nie­strze­żo­ny prze­jazd ko­le­jo­wy nie­da­le­ko bra­my do fa­bry­ki me­bli. Do­cho­dzi­ła tam wy­as­fal­to­wa­na na ca­łej dłu­go­ści uli­ca Ostre Koło, któ­ra tuż za po­dwój­ną wstę­gą szyn za­mie­nia­ła się w piasz­czy­stą dro­gę bez na­zwy, pro­wa­dzą­cą w stro­nę wzgó­rza na­zy­wa­ne­go przez wszyst­kich miesz­kań­ców Gniezd­na imie­niem Sa­sza. Po pra­wej stro­nie przed ro­gat­ka­mi cią­gnął się te­ren fa­bry­ki, a po le­wej był par­king. Ostat­nie la­tar­nie ulicz­ne roz­ja­śnia­ły tu ciem­ność. Ja­kieś dwa­dzie­ścia me­trów da­lej wiły się tory. Za­raz za par­kin­giem ro­sło kil­ka li­ścia­stych drzew, w cie­niu któ­rych, w zu­peł­nej ciem­no­ści, chło­pak mógł się schro­nić i w spo­ko­ju pa­trzeć na po­cią­gi, my­śleć, ma­rzyć… Nie chciał stać w wi­docz­nym miej­scu. Ochro­niarz pil­nu­ją­cy bra­my do fa­bry­ki mógł­by go na przy­kład za­py­tać, co tu robi i… w ogó­le… I co wte­dy miał­by od­po­wie­dzieć? Nie zro­zu­mie tych obaw nikt, ma­ją­cy wię­cej niż je­de­na­ście lat.

Za­drżał z zim­na i wy­żej za­cią­gnął su­wak sta­rej i tro­chę za ma­łej, si­wej kurt­ki. Stał tu od po­nad dwu­dzie­stu mi­nut, a tego wie­czo­ru było na­praw­dę chłod­no. Po raz ko­lej­ny w nie­cier­pli­wym ocze­ki­wa­niu spoj­rzał w pra­wo – w stro­nę Mrą­go­wa. I od razu usły­szał po­cząt­ko­wo ci­chy, po­tem po­wo­li na­ra­sta­ją­cy od­głos nad­jeż­dża­ją­ce­go po­cią­gu. Chwi­lę po­tem zo­ba­czył jego trzy bia­łe świa­tła przed­nie i de­li­kat­ną łunę po­wsta­łą od bla­sku z okien wa­go­nów. Po chwi­li roz­po­znał cią­gną­cą skład lo­ko­mo­ty­wę spa­li­no­wą (ten od­ci­nek nie był ze­lek­try­fi­ko­wa­ny i dla­te­go po­ja­wia­ły się tu tyl­ko lo­ko­mo­ty­wy spa­li­no­we, a raz, po­nad rok temu, Ma­rek wi­dział tu na­wet praw­dzi­wy pa­ro­wóz!). Nie wie­dział, jaki to mo­del, nie znał się na tym. Zresz­tą ta wie­dza chy­ba nie była mu na­wet w tych jego ob­ser­wa­cjach po­trzeb­na. Do­strze­gał nie­raz ja­kieś ozna­cze­nia, zwy­kle jed­na lub dwie li­te­ry i kil­ka cyfr, ale ni­g­dy ich nie mógł za­pa­mię­tać. Nad­jeż­dża­ją­ca te­raz ma­szy­na nie była na tej tra­sie ni­czym wy­jąt­ko­wym. Jej przód sta­no­wi­ła dłu­ga obu­do­wa sil­ni­ka, za nią, w tyl­nej czę­ści po­jaz­du, znaj­do­wa­ła się tro­chę wy­sta­ją­ca na boki ka­bi­na za­ło­gi. Zu­peł­nie jak­by w tra­dy­cyj­nym pa­ro­wo­zie ktoś za­stą­pił ko­cioł pa­ro­wy kan­cia­stą osło­ną po­tęż­ne­go, spa­li­no­we­go mo­to­ru. Choć było bar­dzo ciem­no i nie mógł tego do­strzec, Ma­rek wie­dział, że zbli­ża­ją­ca się lo­ko­mo­ty­wa jest zie­lo­na. Z rzad­ka je­dy­nie wi­dy­wał tu inne mo­de­le. Tam­te były po­dob­ne do elek­tro­wo­zów – z tyłu i z przo­du mia­ły iden­tycz­ne ka­bi­ny, a po­mię­dzy nimi sil­nik.

Ha­ła­su­jąc wspa­nia­le, po­ciąg prze­je­chał obok Mar­ka. Nie był zbyt roz­pę­dzo­ny i za­czy­nał jesz­cze bar­dziej zwal­niać – sta­cja była nie­ca­łe pięć­set me­trów stąd. Za lo­ko­mo­ty­wą je­cha­ły je­dy­nie trzy wa­go­ny (i tak dużo – ostat­nio o tej po­rze lo­ko­mo­ty­wa cią­gnę­ła zwy­kle tyl­ko dwa), a w oknach Ma­rek na­li­czył naj­wy­żej dzie­się­ciu pa­sa­że­rów. „Do­kąd jadą?”, „Czy wra­ca­ją do domu?”, „Czy ktoś na nich cze­ka?”, „Czy są zmę­cze­ni po­dró­żą i czy chce im się spać?” – za­wsze za­da­wał so­bie po­dob­ne py­ta­nia i dłu­go fan­ta­zjo­wał, pró­bu­jąc na nie od­po­wie­dzieć.

Tym ra­zem jed­nak wszyst­ko po­to­czy­ło się ina­czej. Naj­pierw zdzi­wi­ła go na­gła, wszech­obec­na i wła­ści­wie zu­peł­na ci­sza. Wie­dział wpraw­dzie, że po­ciąg już zdą­żył się za­trzy­mać i do­my­ślał się, że być może wy­łą­czo­no sil­nik w lo­ko­mo­ty­wie na czas po­sto­ju. Ale poza tym nie było sły­chać nic. Zu­peł­nie NIC! Ani szu­mu wia­tru, ani od­gło­sów prze­jeż­dża­ją­cych przez cen­trum mia­sta sa­mo­cho­dów, ani noc­nych pta­ków, ani sze­le­stu li­ści – nic. Po­czuł na­ra­sta­ją­cy, nie­wy­tłu­ma­czal­ny nie­po­kój i, nie ma­jąc po­ję­cia dla­cze­go, zdał so­bie spra­wę, że znów musi od­wró­cić gło­wę w pra­wo i spoj­rzeć w stro­nę Mrą­go­wa. Zro­bił to z tru­dem. Czuł się na­praw­dę dziw­nie, jak spa­ra­li­żo­wa­ny, na pew­no nie był­by w sta­nie ru­szyć się z miej­sca i zro­bić choć­by jed­ne­go kro­ku przed sie­bie. Ser­ce wa­li­ło mu jak młot w kuź­ni. Ten strach był cał­ko­wi­cie ir­ra­cjo­nal­ny.

Od stro­ny Mrą­go­wa je­chał ja­kiś ko­lej­ny po­jazd szy­no­wy. Chy­ba. Nie wi­dać było ani trzech bia­łych świa­teł, ani na­wet dwóch, jak w nie­któ­rych dre­zy­nach. Prze­miesz­czał się w ab­so­lut­nej ci­szy. Wy­glą­dał jak… hmmm… jak świe­tli­sta bia­ło-żół­ta kula, nie­wie­le mniej­sza niż wa­gon ko­le­jo­wy. To była jak­by łuna świa­tła, we­wnątrz któ­rej do­strzec dało się tro­chę ciem­niej­szy, ale rów­nież świe­cą­cy, nie­wy­raź­ny, obły kształt, niby gru­by dysk. Po­ru­sza­ło się to do­kład­nie po to­rach, dro­gą, któ­rą nie­daw­no przy­je­chał po­ciąg, i z po­dob­ną do nie­go pręd­ko­ścią. Może na­wet tro­chę wol­niej. Kie­dy zna­la­zło się ja­kieś dwie­ście me­trów od Mar­ka, za­uwa­żył, że nie do­ty­ka to­rów, ale uno­si się ja­kiś metr, no może na­wet pół­to­ra me­tra, nad nimi. Do­kład­nie tak! To „coś” uno­si­ło się nad zie­mią! Kula prze­le­cia­ła po­mię­dzy kil­ko­ma brzóz­ka­mi oka­la­ją­cy­mi to­ro­wi­sko. Na­dal zmie­rza­ła ku prze­jaz­do­wi, czy­li tak­że w stro­nę chło­pa­ka. Po­czuł, że wło­sy po­wo­li sta­ją mu dęba ze stra­chu. Do­słow­nie mu­snął skó­rę jego gło­wy zim­ny po­wiew wia­tru. Chy­ba już kil­ka chwil wcze­śniej zde­cy­do­wał, aby stam­tąd pry­skać, ale po pro­stu nie mógł się ru­szyć. Z dru­giej stro­ny, mimo stra­chu, gdzieś w głę­bi du­szy roz­pacz­li­wie wma­wiał so­bie, że to, co wi­dzi, jest ja­kimś nie­zna­nym mu, ul­tra­no­wo­cze­snym two­rem tech­ni­ki ko­le­jo­wej. Ja­kimś „ko­smicz­nym po­cią­giem woj­sko­wym” czy czymś ta­kim… To „coś” za­trzy­ma­ło się na­gle ja­kieś sześć­dzie­siąt me­trów od nie­go. Po pro­stu sta­nę­ło w miej­scu w ułam­ku se­kun­dy.

Te­raz wi­dać było, że kształt kuli na­da­je obiek­to­wi łuna świa­tła pły­ną­ca z gru­be­go dys­ku – coś jak­by po­łą­czo­ne ze sobą gór­ny­mi ścian­ka­mi dwa głę­bo­kie ta­le­rze zro­bio­ne z zło­to­żół­te­go, chy­ba ma­to­we­go me­ta­lu. Dziw­ny po­jazd drgnął, jak­by był przy­mo­co­wa­ny do nie­wi­docz­nej ogrom­nej sprę­ży­ny i ktoś „pyk­nął” go pal­cem, a po­tem, na­dal nie wy­da­jąc żad­ne­go dźwię­ku, wy­pry­snął uko­śnie w górę, pod ką­tem czter­dzie­stu pię­ciu stop­ni do wstę­gi to­rów. Pręd­kość, z jaką się po­ru­szał, była wprost nie­sa­mo­wi­ta. W tym uko­śnym pę­dzie w górę obiekt za­trzy­mał się na­gle, do­słow­nie w ułam­ku se­kun­dy sta­nął nie­ru­cho­mo w miej­scu, po prze­le­ce­niu oko­ło czte­ry­stu me­trów – mniej wię­cej nad sto­ją­cy­mi tro­chę na pust­ko­wiu za­bu­do­wa­nia­mi go­spo­dar­czy­mi, któ­re w ciem­no­ści wie­czo­ru były tyl­ko czar­ny­mi du­ży­mi, kan­cia­sty­mi bry­ła­mi. Ma­rek wie­dział od ko­le­gów, że miesz­ka­ją tam pań­stwo Ciecz­ko – dwo­je bar­dzo sta­rych lu­dzi i ich syn, oko­ło czter­dziest­ki. Zda­niem Mar­ka był to bar­dzo dziw­ny do­ro­sły – niby po­tęż­ny fa­cet, ale miał wiel­ką gło­wę, śmiesz­ną twarz i chy­ba był nie­śmia­ły, bo mó­wił nie­du­żo. Ko­le­dzy kie­dyś stra­szy­li „Ciecz­kiem” młod­szych w bi­du­lu, ale Ma­rek ni­g­dy nie wie­rzył, że ten osob­nik mógł­by ko­muś zro­bić coś złe­go. Nie­któ­rzy mó­wi­li o nim, że „jest nie­do­ro­zwi­nię­ty”.

Chło­pak, jak urze­czo­ny i jed­no­cze­śnie mak­sy­mal­nie prze­ra­żo­ny, wpa­try­wał się w świe­cą­cy, wi­szą­cy nad do­mem Ciecz­ków „gru­by dysk”. Te­raz wy­da­wał się on na­wet odro­bi­nę więk­szy, niż gdy wi­siał bli­sko nad to­ra­mi, nie­opo­dal jego kry­jów­ki. Na­praw­dę, jak­by odro­bi­nę urósł. Dzie­ciak po­czuł, że ze środ­ka tego cze­goś ktoś mu się przy­glą­da (a może na­wet kil­ku „kto­siów”…). To uczu­cie jesz­cze bar­dziej spo­tę­go­wa­ło jego prze­ra­że­nie. Na­dal nie mógł się ru­szyć z miej­sca. Po kil­ku chwi­lach obiekt prze­mie­ścił się, ale dużo, dużo wol­niej, nad wzgó­rze Sa­sza, mi­ni­mal­nie na­bie­ra­jąc przy tym wy­so­ko­ści. Te­raz łuny ja­sne­go świa­tła wo­kół nie­go nie było wła­ści­wie wi­dać, więc wy­glą­dał po pro­stu jak zło­ci­sty, błysz­czą­cy mlecz­nym świa­tłem „la­ta­ją­cy ta­lerz”.

To UFO – po­wie­dział sam do sie­bie w my­ślach Ma­rek, przy­po­mi­na­jąc so­bie wresz­cie zna­ne i bra­ku­ją­ce sło­wo.

I wte­dy z obiek­tu wy­strze­li­ła gru­ba na po­nad pół me­tra, bia­ła, bar­dzo ja­sna smu­ga świa­tła, któ­ra „tra­fi­ła w Mar­ka”, do­kład­nie oświe­tla­jąc miej­sce, w któ­rym chło­piec stał. Wów­czas opu­ści­ła go nie­moc i prze­ra­żo­ny, krzy­cząc co­raz gło­śniej, po­biegł przed sie­bie uli­cą Ostre Koło w stro­nę do­kład­nie prze­ciw­ną do to­rów ko­le­jo­wych. Wy­da­wał z sie­bie pi­skli­wy, prze­ra­żo­ny, wprost nie­ludz­ki wrzask. Świa­tło nie po­dą­ży­ło za nim, ale nie miał od­wa­gi, aby obej­rzeć się i spraw­dzić, co dzie­je się z emi­tu­ją­cym je obiek­tem. Biegł co sił w no­gach, wie­rząc, że zdo­ła uciec do świa­ta, w któ­rym wszyst­ko – do­bre czy złe – jest po pro­stu zwy­kłe, nor­mal­ne.

***

Jak na po­czą­tek li­sto­pa­da od rana było na­praw­dę mroź­no. Aura w nie­daw­ne świę­to Wszyst­kich Świę­tych była, na­wet mimo bra­ku opa­dów śnie­gu, ra­czej zi­mo­wa niż je­sien­na i spo­dzie­wać się moż­na było, że i resz­ta mie­sią­ca taka bę­dzie. Gdy chuch­nął przed sie­bie, wy­two­rzył mały ob­ło­czek pary.

Bez dwóch zdań, nie­ba­wem moż­na spo­dzie­wać się i pierw­sze­go śnie­gu – po­my­ślał.

Fakt, że przy­pa­da mu dziś noc­na zmia­na, miał jed­ną, nie­za­prze­czal­ną za­le­tę: dzi­siej­szą noc spę­dzi w cie­płej dy­żur­ce, a nie w nie­ogrze­wa­nym wy­na­ję­tym miesz­ka­niu.

– To wszyst­ko jest ab­so­lut­nie bez sen­su – oznaj­mił sam so­bie, ro­biąc to chy­ba dziś już po raz pią­ty. I choć pod­pi­sał­by się pod tym stwier­dze­niem bez wa­ha­nia, nie miał zie­lo­ne­go po­ję­cia, co po­wi­nien da­lej ro­bić. Nic bo­wiem nie prze­bie­ga­ło tak, jak się tego spo­dzie­wał przed po­nad czte­re­ma mie­sią­ca­mi, gdy wy­pro­wa­dzał się z domu.

Miesz­ka­nie na uli­cy So­sno­wej na­ra­ił mu Da­rek No­sow­ski. Na­le­ża­ło bo­daj­że do da­le­kich ku­zy­nów Dar­ka żony. Do­sta­li je w spad­ku po ciot­ce, a że sami mie­li miesz­ka­nie spo­ro więk­sze, zresz­tą w tym sa­mym domu, tyl­ko na par­te­rze, to odzie­dzi­czo­ną nie­ru­cho­mość po­sta­no­wi­li naj­pierw tro­chę od­re­mon­to­wać, a po­tem sprze­dać. A że na re­mont nie było ich oczy­wi­ście stać, wpa­dli na po­mysł, że naj­pierw wy­naj­mą ją ko­muś, kto zgo­dzi się do­pro­wa­dzić ją do ja­kie­go ta­kie­go sta­nu w za­mian za na­praw­dę ni­ski czynsz. I głów­nie ze wzglę­du na ten sym­bo­licz­ny czynsz Pa­weł zde­cy­do­wał się tam za­miesz­kać i wy­pro­wa­dzić się z do­tąd wy­naj­mo­wa­ne­go po­ko­iku (też na Za­to­rzu). A co do ewen­tu­al­ne­go re­mon­tu… Chy­ba od po­cząt­ku nie wie­rzył, że się za nie­go kie­dy­kol­wiek weź­mie. Na wszyst­kich ścia­nach w miesz­ka­niu, poza kuch­nią, był goły tynk, na pod­ło­dze w ła­zien­ce – be­ton. Miej­sce na wan­nę świe­ci­ło pust­ką, je­dy­na dzia­ła­ją­ca umy­wal­ka znaj­do­wa­ła się w kuch­ni, a se­des wpraw­dzie za­in­sta­lo­wa­no, ale za spłucz­kę słu­ży­ło wia­dro z wodą przy­nie­sio­ną z kuch­ni. Zim­ną, oczy­wi­ście, bo cie­płej w kra­nie nie było. W sy­pial­ni sta­ły tyl­ko jed­na sta­ra ko­zet­ka i ta­bo­ret, w kuch­ni wie­ko­wy kre­dens, kie­dyś bia­ły, te­raz ra­czej kre­mo­wy, ku­la­wy stół i jed­no sta­re krze­sło. Był jesz­cze je­den, mniej­szy od sy­pial­ni, po­kój, ale tu w ogó­le nie wsta­wio­no me­bli, a za całe wy­po­sa­że­nie słu­ży­ły tyl­ko sta­re de­chy pod­ło­gi. Fi­ran­ka w sy­pial­ni stra­szy­ła bru­dem. Ot, i wszyst­ko. Na­wet nie chcia­ło mu się roz­pa­ko­wy­wać pu­deł i wo­rów z rze­cza­mi, choć miesz­kał tam już ty­dzień. Swo­ich me­bli i sprzę­tów oczy­wi­ście do miesz­ka­nia nie wsta­wił. Prze­cież wszyst­ko, poza ubra­nia­mi, kil­ko­ma książ­ka­mi i pa­ro­ma dro­bia­zga­mi, ja­kie zmie­ści­ły się w pu­dłach i tor­bie, zo­sta­wił tam, gdzie zo­sta­li żona i syn. Wpraw­dzie to miesz­ka­nie było spo­re, ale z uwa­gi na jego stan nie mia­ło to żad­ne­go zna­cze­nia.

Po­przed­nio, na Za­to­rzu, kon­kret­nie na uli­cy Aka­cjo­wej, miał do dys­po­zy­cji tyl­ko po­ko­ik z wnę­ką ku­chen­ną i do­stę­pem do wspól­nej ła­zien­ki, ale za to nie bra­ko­wa­ło me­bli, były te­le­wi­zor, lo­dów­ka, pral­ka, no i oczy­wi­ście cie­pła woda. Pła­cił za to wpraw­dzie cał­kiem spo­ro, ale przy­naj­mniej żył jak czło­wiek. Pew­nie te­raz Zaj­kow­ska, wdo­wa, do któ­rej na­le­żał dom, już prze­pa­la­ła w ko­tłow­ni, więc o mar­z­nię­ciu, zwłasz­cza nad ra­nem, nie by­ło­by mowy. Jed­nak wy­pro­wa­dzić się stam­tąd mu­siał – i to nie tyl­ko dla­te­go, że żona na­mie­rzy­ła w koń­cu jego kry­jów­kę i kil­ka­krot­nie nę­ka­ła go od­wie­dzi­na­mi, na­ma­wia­jąc do po­wro­tu. Pew­nie Krzy­siek jej to po pi­ja­ne­mu zdra­dził, wy­pie­rał się wpraw­dzie, ale prze­cież wszy­scy wie­dzie­li, że po al­ko­ho­lu roz­wią­zu­je mu się ję­zyk. Naj­gor­sze jed­nak było to, że po afe­rze z Au­gu­sty­nia­kiem i po jego nie­ocze­ki­wa­nej wi­zy­cie (na samą myśl o tym Pa­weł za­ru­mie­nił się ze wsty­du) wia­do­mo było, że nie może się tam już czuć bez­piecz­nie. Tak, trze­ba na­zwać to po imie­niu: odej­ście od Mag­dy skut­ko­wa­ło jego zwy­kłym „zlum­pie­niem” i w żad­nym wy­pad­ku nie było roz­po­czę­ciem no­we­go ży­cia, jak wcze­śniej pla­no­wał. A przy tym po pro­stu nie po­tra­fił po­ra­dzić so­bie z tę­sk­no­tą za syn­kiem.

Pod sto­pa­mi chlup­nę­ło na­gle, gdy za­my­ślo­ny wdep­nął w ka­łu­żę. Na dziś rano czysz­czo­nych służ­bo­wych bu­tach, zwłasz­cza na pra­wym, po­zo­sta­ły pla­my z bło­ta. Za­klął bez­gło­śnie pod no­sem. Był już na uli­cy Sien­kie­wi­cza, do ko­men­dy miał naj­wy­żej pięć mi­nut dro­gi, a do pla­no­we­go roz­po­czę­cia służ­by zo­sta­ła jesz­cze po­nad go­dzi­na. Wie­dział, że wy­szedł z domu dużo za wcze­śnie, ale po pro­stu nie mógł już wy­sie­dzieć w tej po­nu­rej no­rze. Wmó­wił więc so­bie, że tro­chę po­spa­ce­ru­je przed pra­cą, że taki wie­czor­ny spa­cer do­brze mu zro­bi. No i oczy­wi­ście, jak każ­de­go z po­przed­nich dni, li­czył, że przy­pad­kiem spo­tka gdzieś Mał­go­się… Praw­do­po­do­bień­stwo ta­kie­go spo­tka­nia aku­rat mi­ni­mal­nie wzro­sło, po­nie­waż wła­śnie prze­cho­dził koło jej blo­ku. W oknach jej miesz­ka­nia pa­li­ło się na­wet świa­tło. Za­trzy­mał się na chwi­lę i zda­jąc so­bie spra­wę z bez­sen­su ta­kie­go za­cho­wa­nia, przez kil­ka­na­ście se­kund ga­pił się w tam­tą stro­nę. Po­tem, ocią­ga­jąc się, ru­szył da­lej, ale za­miast iść wprost do od­da­lo­nej o nie­ca­łe trzy­sta me­trów ko­men­dy, skrę­cił na pierw­szym skrzy­żo­wa­niu w lewo, w uli­cę o dzi­wacz­nej na­zwie Ostre Koło. Mi­nął po­kaź­ne, po­nu­re w ciem­no­ści wie­czo­ru bu­dyn­ki Mły­nów i po­drep­tał da­lej sze­ro­kim chod­ni­kiem, do­brze oświe­tlo­nym przez ulicz­ne la­tar­nie. Szedł co­raz wol­niej. Mu­siał tro­chę po­włó­czyć się bez celu, aby nie przyjść do pra­cy za wcze­śnie i aby nie mę­czyć się wy­mu­szo­ną roz­mo­wą z Wojt­kiem Wcze­śnia­kiem, któ­re­go przy­szło mu dziś o go­dzi­nie dwu­dzie­stej zmie­niać na służ­bie dy­żur­ne­go Ko­men­dy Re­jo­no­wej Po­li­cji w Gniezd­nie.

Pa­weł za Wojt­kiem nie prze­pa­dał i nie był w tym w ich ko­men­dzie od­osob­nio­ny. Waż­niej­sze było to, że Woj­tek, choć na­wet nie pró­bo­wał go po­znać, od­wza­jem­niał tę nie­chęć i czę­sto to uze­wnętrz­niał, świa­dom bez­kar­no­ści swo­je­go po­stę­po­wa­nia. W każ­dym ra­zie Pa­weł tak wła­śnie to po­strze­gał. Ko­chał swój wy­bra­ny z po­wo­ła­nia za­wód, ale taki ro­dzaj we­wnętrz­nych ani­mo­zji w służ­bach mun­du­ro­wych był dla nie­go naj­pierw du­żym za­sko­cze­niem, a po­tem nie­odmien­nie po­wo­dem do nie­sma­ku.

Wcze­śniak miał oko­ło pięć­dzie­się­ciu lat. Chy­ba tyle, bo prze­cież Pa­weł ni­g­dy go o wiek nie py­tał. Nie od­mła­dza­ła go na pew­no cał­kiem po­waż­na tu­sza. Wbrew zna­cze­niu swo­je­go na­zwi­ska był po­tęż­nym, moc­no zbu­do­wa­nym męż­czy­zną. No i miał wszyst­kie wło­sy na­wet nie siwe, a wręcz bia­łe, jak mle­ko. Co do jed­ne­go. Ta „szla­chet­na si­wi­zna” jak­by do­da­wa­ła mu po­wa­gi we wła­snych oczach.

Pa­weł w ubie­głym mie­sią­cu skoń­czył dwa­dzie­ścia sześć lat, ale wszy­scy mó­wi­li mu, że wy­glą­da mak­sy­mal­nie na dwa­dzie­ścia, no góra na dwa­dzie­ścia trzy. Był wy­so­ki, ale bar­dzo szczu­pły, miał mło­de, chło­pię­ce rysy twa­rzy. Ale to wła­śnie on był (już trze­ci rok) pod­ko­mi­sa­rzem, a więc ofi­ce­rem po­li­cji, a Woj­tek, mimo już po­nad dwu­dzie­sto­let­nie­go sta­żu pra­cy, do­słu­żył się je­dy­nie stop­nia aspi­ran­ta, czy­li w sto­so­wa­nym do nie­daw­na na­zew­nic­twie – cho­rą­że­go. Od lat miał przy tym ten­den­cje do przy­pi­sy­wa­nia so­bie funk­cji, ja­kich nie peł­nił, uwa­ża­jąc, że się mu po pro­stu na­le­żą ze wzglę­du na „wy­słu­gę lat”. Tak mó­wi­li wszy­scy w ich KRP, jesz­cze za­nim Pa­weł, przed ro­kiem i sied­mio­ma mie­sią­ca­mi, się tu prze­niósł. Zda­niem Paw­ła Woj­tek Wcze­śniak był ty­po­wym przy­kła­dem ko­goś, kto wie­kiem i sta­żem („a czy to jego za­słu­ga, że się o te pra­wie dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej uro­dził?”) sta­ra się men­tal­nie do­pa­so­wać do swo­ich wy­gó­ro­wa­nych am­bi­cji. A prze­cież sto­pień ofi­cer­ski nie spadł Paw­ło­wi z nie­ba i nie był to na przy­kład ty­tuł szla­chec­ki czy ko­lor skó­ry, z któ­rym moż­na się po pro­stu uro­dzić. Mu­siał stu­dio­wać, a wcze­śniej jesz­cze się na te re­sor­to­we stu­dia do­stać. No i, co zda­niem Paw­ła było naj­waż­niej­sze – jemu chcia­ło kie­dyś się uczyć, a Wojt­ko­wi i wszyst­kim jemu po­dob­nym, sta­rym wie­kiem aspi­ran­tom i sier­żan­tom, ra­czej się nie chcia­ło.

To były wy­star­cza­ją­ce po­wo­dy, aby już na wstę­pie zna­jo­mo­ści za­czę­li się na sie­bie bo­czyć. Woj­tek, nie zwa­ża­jąc na to, że jest niż­szy stop­niem, zwra­cał się do Paw­ła, fa­ce­ta, któ­re­go wca­le prze­cież nie znał, na „ty”, a Pa­weł nie po­zo­sta­wał mu dłuż­ny, cho­ciaż wła­ści­wie, na upar­te­go, Woj­tek był w ta­kim wie­ku, że mógł­by być jego oj­cem. Nie wal­czy­li ze sobą oczy­wi­ście otwar­cie, ale, przy peł­nym za­cho­wa­niu kul­tu­ry (przy­naj­mniej im obu tak się wy­da­wa­ło), da­wa­li so­bie na­wza­jem, a tak­że wszyst­kim in­nym na­oko­ło, do zro­zu­mie­nia, że nie two­rzą to­wa­rzy­stwa wza­jem­nej ad­o­ra­cji. Praw­dę mó­wiąc, Pa­weł na­wet tro­chę wojt­ko­we uprze­dze­nia ro­zu­miał. Mimo wszyst­ko nie miał ocho­ty przyjść wcze­śniej do pra­cy, sie­dzieć na­prze­ciw­ko Wcze­śnia­ka w mil­cze­niu i cze­kać pra­wie go­dzi­nę, aż ten prze­ka­że mu służ­bę i pój­dzie wresz­cie do domu.

A zresz­tą, czy te­raz aku­rat chciał my­śleć wła­śnie o Wojt­ku Wcze­śnia­ku? Pla­no­wał prze­cież pod­czas tego spa­ce­ru ko­lej­ne już prze­my­śle­nie zu­peł­nie in­nych i na­praw­dę dużo po­waż­niej­szych spraw. Bo, praw­dę mó­wiąc, wszyst­ko mu się w ży­ciu sy­pa­ło, a on na­dal nie miał po­ję­cia, co ro­bić da­lej. Na za­sta­na­wia­nie się już chy­ba nie było cza­su. Po­wta­rzał so­bie bo­wiem, że zde­cy­do­wał się odejść od żony, po­nie­waż od daw­na zda­wał so­bie spra­wę, że jej nie ko­cha. No i dla­te­go, że do­wie­dział się o jej zdra­dach… Na pew­no o co naj­mniej jed­nej jej zdra­dzie, ale za to z Jar­kiem Ron­dem – do nie­daw­na jed­nym z naj­lep­szych kum­pli Paw­ła w pra­cy. Tak, to była praw­da. Tak, to po­waż­ne po­wo­dy. Odejść było tym ła­twiej, że wie­dząc o zdra­dzie – a wła­ści­wie jak tyl­ko za­czął się cze­goś do­my­ślać – od­pła­cił się pięk­nym za na­dob­ne i miał ro­mans z Do­bra­wą.

Przy­czy­ny roz­sta­nia były tak na­praw­dę inne i dla­te­go też o Do­bra­wie, ku jej kiep­sko ukry­wa­nej roz­pa­czy i mimo de­fi­ni­tyw­ne­go wy­pro­wa­dze­nia się od żony, sta­rał się w ogó­le so­bie nie przy­po­mi­nać. Nie zde­cy­do­wał­by się prze­cież zo­sta­wić trzy­let­nie­go syn­ka z Mag­dą, któ­rej jego zda­niem dużo bra­ko­wa­ło do mia­na do­ro­słej i od­po­wie­dzial­nej ko­bie­ty, gdy­by nie to, że jak wa­riat, jak na­sto­la­tek, nie­roz­sąd­nie i w stu pro­cen­tach ego­istycz­nie, za­ko­chał się w Mał­go­si.

Po­znał ją pod ko­niec stycz­nia – chy­ba był to dwu­dzie­sty dru­gi lub dwu­dzie­sty trze­ci stycz­nia 1992 roku. Zwią­zek za­wo­do­wy zor­ga­ni­zo­wał co­rocz­ną „cho­in­kę” dla dzie­ci po­li­cjan­tów. Udział w za­ba­wie, a co waż­niej­sze przy­dzia­ło­wa pacz­ka, za­ku­pio­na w po­ło­wie ze związ­ko­wych skła­dek, a w po­ło­wie z fun­du­szu so­cjal­ne­go, na­le­ża­ły się każ­de­mu po­li­cyj­ne­mu dzie­cia­ko­wi w wie­ku od trzech do pięt­na­stu lat. Tak oto jego Ru­dolf w tym roku po raz pierw­szy się za­ła­pał, dzię­ki cze­mu Pa­weł mógł po­czuć się, też chy­ba pierw­szy raz, jak sta­tecz­ny oj­ciec ro­dzi­ny. Na miej­sce spo­tka­nia związ­ki wy­na­ję­ły oczy­wi­ście sto­łów­kę w ko­men­dzie, a pacz­ki roz­da­wał wspa­nia­le prze­bra­ny świę­ty mi­ko­łaj. Dzie­ci za­ba­wiał ze­spół mu­zycz­ny, któ­ry przy oka­zji dbał o ani­ma­cje. O tym ze­spo­le prze­wod­ni­czą­cy związ­ku He­niek Min­kiel opo­wia­dał już na dwa ty­go­dnie przed im­pre­zą. Trak­to­wał bo­wiem za swój or­ga­ni­za­tor­ski suk­ces fakt, że za bar­dzo skrom­ną związ­ko­wą kasę (Pa­weł nie miał na­wet po­ję­cia, o jaką kwo­tę cho­dzi, ale zda­wał so­bie spra­wę, że o zde­cy­do­wa­nie mniej­szą, niż ja­ki­kol­wiek chał­tur­nik za­ro­bił­by na chrzci­nach czy ko­mu­nii) za­ła­twił kwar­tet skła­da­ją­cy się z gi­ta­rzy­sty, per­ku­si­sty, kla­wi­szow­ca-wo­ka­li­sty i wo­ka­list­ki – i to na całe pięć go­dzin za­ba­wy. Nie mia­ło zna­cze­nia to, że wszy­scy mu­zy­cy byli osiem­na­sto­lat­ka­mi, któ­rych nie­ba­wem cze­ka­ła ma­tu­ra. Li­czy­ło się to, że im­pre­za przy­go­to­wa­na była z du­żym roz­ma­chem.

Pa­weł przy­je­chał na „cho­in­kę” z Ru­dol­fem sam, bez Mag­dy. Nie pa­mię­tał już szcze­gó­łów, ale sta­ło się tak dla­te­go, że na dwie go­dzi­ny przed pla­no­wa­nym wspól­nym wy­jaz­dem jego żona ko­lej­ny raz, prak­tycz­nie bez po­wo­du, roz­pę­ta­ła afe­rę. To była na­praw­dę po­tęż­na awan­tu­ra. Wie­dzia­ła, że on nie od­mó­wi dziec­ku przy­jem­no­ści i za­bie­rze ma­łe­go na im­pre­zę. Gdy mak­sy­mal­nie zde­ner­wo­wa­ny od­je­chał, ona zo­sta­ła w domu. Te­raz był pew­ny, że zro­bi­ła to po to, by za chwi­lę zaj­rzeć do miesz­ka­nia Jar­ka Ron­dy, któ­ry od ty­go­dnia wy­naj­mo­wał po­kój pię­tro nad nimi… Zresz­tą, jak się oka­za­ło, có­recz­ka Jar­ka, któ­ra była do­kład­nie w wie­ku Ru­dol­fa, też zna­la­zła się na tej „cho­in­ce”. Przy­wio­zła ją mama, z któ­rą ich nowy są­siad był od dwóch mie­się­cy w se­pa­ra­cji.

„Cho­in­ka” nie za­po­wia­da­ła się do­brze. Pa­weł nie wie­dział, jak po­ra­dzi so­bie z fa­tal­nym na­stro­jem po kłót­ni. Ale obie­cał so­bie, że sta­nie na gło­wie, aby przy­naj­mniej sy­nek do­brze się ba­wił. I tak się sta­ło. A i jemu sa­me­mu, cał­kiem nie­ocze­ki­wa­nie, bar­dzo się tam po­do­ba­ło. I je­śli się nie za­ko­chał już wte­dy, to na pew­no prze­żył coś, co jego bab­cia na­zwa­ła­by „co naj­mniej za­uro­cze­niem”.

Gdy roz­bie­rał Ru­dol­fa z kur­tecz­ki, sza­li­ka i rę­ka­wi­czek w za­im­pro­wi­zo­wa­nej w ko­ry­ta­rzy­ku przed sto­łów­ką szat­ni, na sali trwa­ła już za­ba­wa. Spóź­ni­li się tro­chę, bo au­to­bus przez zi­mo­wą śli­zga­wi­cę przy­je­chał pra­wie dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej, niż po­wi­nien. Sły­chać było ja­kąś skocz­ną dzie­cię­cą pio­sen­kę: dźwię­ki wy­da­wa­ne przez in­stru­men­ty i śpiew dwóch mło­dych gło­sów – mę­skie­go i ko­bie­ce­go. Przed wej­ściem na salę Pa­weł, wciąż roz­pa­mię­tu­jąc nie­daw­ną awan­tu­rę, dłu­go za­sta­na­wiał się, czy przy­pad­kiem nie cof­nąć się, nie wró­cić do domu i nie spró­bo­wać skle­ić tego, co chy­ba mu­sia­ło w ich związ­ku pęk­nąć. Opa­no­wał się jed­nak. Czy to bo­wiem jest wina dziec­ka, że jego ro­dzi­com od­bi­ja?… Już po go­dzi­nie od wej­ścia na sto­łów­kę nie ża­ło­wał, że zo­stał. I o nie­daw­nej kłót­ni z Mag­dą, a tak­że w ogó­le o ist­nie­niu Mag­dy cał­kiem za­po­mniał.

Ze­spół skoń­czył wła­śnie grać pio­sen­kę o Pięk­nej Kró­lew­nie, w rytm któ­rej dzia­twa tań­czy­ła w kó­łecz­ku, i wo­ka­list­ka od razu za­in­to­no­wa­ła Pusz­ka Okrusz­ka Na­ta­lii Ku­kul­skiej. Ma­lu­chy za­czę­ły po­dry­gi­wać każ­de od­dziel­nie, nie­któ­re bie­ga­ły po pro­stu w kół­ko, inne sta­ły przy ro­dzi­cach.

Tyl­ko dwóch jego ko­le­gów przy­szło na „cho­in­kę” wraz z żo­na­mi. W tym oczy­wi­ście or­ga­ni­za­tor He­niek, któ­re­go syn miał już czter­na­ście lat. Po­zo­sta­łe dzie­cia­ki były tyl­ko z ma­ma­mi, czy­li ko­bie­ta­mi, któ­rych Pa­weł, pra­cu­ją­cy w ko­men­dzie w Gniezd­nie w su­mie od nie­daw­na, zu­peł­nie nie znał. No, może nie­któ­re z nich ko­ja­rzył z wi­dze­nia, z mia­sta. Oj­cem, któ­ry sa­mot­nie przy­pro­wa­dził dziec­ko, był tyl­ko on. He­niek, wy­pa­trzyw­szy Paw­ła w wej­ściu, do­padł go od razu.

– Zo­ba­czysz, jaki bę­dzie ubaw. Ten ze­spół jest eks­tra, mó­wię ci! – wy­krzy­czał mu w ucho, prze­krzy­ku­jąc mu­zy­kę. Mu­siał rze­czy­wi­ście nie­źle się ba­wić, bo jego od­dech pach­niał mie­sza­ni­ną wód­ki i oran­ża­dy. Rudi spoj­rzał na ko­le­gę taty z chwi­lo­wym za­cie­ka­wie­niem, a po­tem po­biegł do dzie­ci. Po kil­ku se­kun­dach roz­ma­wiał już z dziew­czyn­ką o wło­sach w ko­lo­rze ja­sne­go blon­du, mi­ni­mal­nie wyż­szą i spo­ro grub­szą od nie­go. – O, twój sy­nek bawi się z cór­ką Ron­dy! – He­niek, po­wie­dziaw­szy to, spoj­rzał na Paw­ła w spo­sób, jaki po za­sta­no­wie­niu wy­dał się mło­de­mu po­li­cjan­to­wi ja­kiś dziw­ny.

– To cór­ka Jar­ka? A kto z nią jest? Z tego, co wiem, Ja­rek jest w domu. – Nie krył zdzi­wie­nia, a przy tym chciał po pro­stu po­cią­gnąć Heń­ka za ję­zyk.

– W domu? Pew­nie gdzieś ba­lu­je, bę­cwał je­den! – He­niek się skrzy­wił. – A z dzie­cia­kiem przy­je­cha­ła jego żona. Wiesz, kłó­cić się mogą, ale pacz­ki dla cór­ki nie da­ru­ją. Zna­czy jego Anka nie da­ru­je. To ko­bit­ka z cha­rak­te­rem. O wi­dzisz – wska­zał mu dło­nią wy­so­ką, szczu­płą blon­dyn­kę – to ona. Nie­zła, co?

Pa­weł nic nie od­po­wie­dział, bo w żo­nie Ron­dy, choć obiek­tyw­nie rzecz bio­rąc, mu­siał uznać ją ra­czej za atrak­cyj­ną i ja­koś zu­peł­nie do Jar­ka nie­pa­su­ją­cą, nie do­strzegł wów­czas nic zaj­mu­ją­ce­go. Sama myśl o go­ściu, któ­re­go do nie­daw­na uwa­żał za przy­ja­cie­la, a te­raz po­waż­nie po­dej­rze­wał o pod­cho­dy do swo­jej żony, na­pa­wa­ła go nie­sma­kiem. Na szczę­ście ga­da­tli­wy He­niek Min­kiel dał mu wresz­cie spo­kój i od­szedł, przy­wo­ła­ny przez na oko osiem­na­sto­let­nie­go chło­pa­ka o sym­pa­tycz­nym wy­ra­zie twa­rzy, któ­ry oka­zał się po­tem per­ku­si­stą z ze­spo­łu. Rudi pod­biegł do ojca i po­cią­gnął go za rę­kaw ma­ry­nar­ki.

– Tata, a kie­dy bę­dzie mi­ko­łaj i pacz­ki?

– Już nie­dłu­go – Pa­weł od­po­wia­dał dziec­ku tro­chę roz­ko­ja­rzo­ny. – Te­raz mo­żesz się po­ba­wić, po­tań­czyć. Faj­nie tu?

– Ta­aak! – krzyk­nął dzie­ciak i aż pod­sko­czył z ra­do­ści. – Chodź, tata, zo­ba­czysz mu­zy­ków! Wiesz, ja­kie mają in­stru­men­ty?! Jak wszyst­ko opo­wie­my ma­mie, to bę­dzie ża­ło­wać, że z nami tu nie przy­je­cha­ła! – wy­krzy­czał pra­wie jed­nym tchem i znów po­cią­gnął ojca za man­kiet. – No cho­oodź, zo­ba­czysz!

Pa­weł drep­tał po­wo­li za syn­kiem i z nie­po­ko­jem za­uwa­żył, że gar­dło mu się znów nie­bez­piecz­nie za­ci­ska, a łzy żalu i zde­ner­wo­wa­nia pęcz­nie­ją w ką­ci­kach oczu. Za prze­pie­rze­niem po pra­wej stro­nie, w miej­scu do­tąd dla Paw­ła nie­wi­docz­nym, tuż obok nie­czyn­ne­go te­raz sta­no­wi­ska wy­da­wa­nia po­sił­ków, sta­ły per­ku­sja, syn­te­za­tor na ste­la­żu i dwa mi­kro­fo­ny. Przy per­ku­sji nie było ni­ko­go, przy jed­nym z mi­kro­fo­nów le­ża­ła na pod­ło­dze gi­ta­ra elek­trycz­na. Na kla­wi­szach grał z za­pa­łem mło­dzie­niec o pu­co­ło­wa­tej twa­rzy z ane­micz­nym wą­si­kiem pod no­sem i tro­chę śpie­wał, ale jego nie­zbyt mę­skie­go gło­su pra­wie nie było sły­chać. Przy dru­gim mi­kro­fo­nie po­dry­gi­wa­ła lek­ko w rytm pięk­na mło­da bru­net­ka, o wzro­ście oko­ło me­tra sie­dem­dzie­siąt. Mia­ła ślicz­ną, zda­niem Paw­ła, twarz i po­nęt­ną fi­gu­rę pod­kre­ślo­ną przez przy­le­ga­ją­cą do cia­ła, czer­wo­ną, tro­chę błysz­czą­cą su­kien­kę. Gło­sem, któ­ry wy­dał się Paw­ło­wi nie tyl­ko me­lo­dyj­ny, ale i nie­zwy­kle moc­ny, god­ny pro­fe­sjo­nal­nej pio­sen­kar­ki, in­to­no­wa­ła wła­śnie: „…wy­star­czy tyl­ko, że się po­ru­szę, za­raz przy­bie­ga, by ze mną być…”. Jej po­ma­lo­wa­ne ja­skra­wo­czer­wo­ną szmin­ką usta były peł­ne i zmy­sło­we, a duże oczy lśni­ły sza­ro­nie­bie­skim bla­skiem.

Po­li­cjant w jed­nej chwi­li za­po­mniał o nie­daw­nej kłót­ni i do­mo­wych roz­ter­kach. Nie za­uwa­żył na­wet, że stoi i po pro­stu przy­glą­da się śpie­wa­ją­cej dziew­czy­nie od pra­wie pię­ciu mi­nut.

Na­wet faj­nie jest na tej „cho­in­ce” – po­my­ślał i po pro­stu chło­nął to, co było przed nim. Sy­nek znów tań­czył, ale sto­jąc w miej­scu dwa kro­ki przed nim. Wo­ka­list­ka na kil­ka se­kund za­wie­si­ła na nim, a może na jego po­tom­ku, spoj­rze­nie, po czym skoń­czy­ła śpie­wać. Te­raz do­mi­nu­ją­cy­mi dźwię­ka­mi sta­ły się dzie­cię­cy szcze­biot i tu­pot nóg. Do ze­spo­łu pod­szedł He­niek wraz z mło­dym per­ku­si­stą. Cią­gle żywo roz­ma­wia­li. Chwi­lę póź­niej do gru­py do­łą­czył też mło­dy czło­wiek o dłu­gich ciem­nych wło­sach i dziw­nym, tro­chę jak­by skrzy­wio­nym wy­ra­zie twa­rzy, któ­ry za­raz pod­niósł z pod­ło­gi gi­ta­rę. He­niek skoń­czył roz­mo­wę z chło­pa­kiem i skie­ro­wał się do wo­ka­list­ki. Zda­wać by się mo­gło, że mniej wię­cej czter­dzie­sto­pię­cio­let­ni i chy­ba nie­źle już pod­chmie­lo­ny Min­kiel pró­bu­je ad­o­ro­wać dziew­czy­nę. Ona nie oka­zy­wa­ła nie­za­do­wo­le­nia, ale jej znie­cier­pli­wie­nie uda­ło się Paw­ło­wi do­strzec. Z miej­sca, gdzie stał, nie było sły­chać, o czym ga­da­ją. W pew­nym mo­men­cie, gdy He­niu prze­stał chy­ba zwra­cać uwa­gę na to, co dzie­je się obok nie­go, dziew­czy­na zno­wu, tym ra­zem już wy­raź­nie i dłu­go, po­pa­trzy­ła na Paw­ła. Ich spoj­rze­nia spo­tka­ły się i w koń­cu to Pa­weł pierw­szy, moc­no onie­śmie­lo­ny, spu­ścił wzrok. Za­nim to zro­bił, za­uwa­żył, że i kla­wi­szo­wiec, i przede wszyst­kim gi­ta­rzy­sta za­uwa­ży­li tę wy­mia­nę spoj­rzeń i ukrad­kiem zer­ka­ją na nie­go nie­zbyt życz­li­wie.

– Nie­zła ta pio­sen­kar­ka, wiesz, Pa­weł­ku. – Nie za­uwa­żył, kie­dy Min­kiel, pew­nie de­li­kat­nie przez dziew­czy­nę spła­wio­ny, zna­lazł się obok nie­go. – Znam jej ro­dzi­ców i ją od daw­na, nie­zły to­war nam ro­śnie. Oj… prze… prze­pra­szam – rzekł, czka­jąc, He­niek i od­pły­nął w kie­run­ku drzwi.

Pa­weł, nie chcąc wyjść na ko­lej­ne­go na­trę­ta, dys­kret­nie się ulot­nił i po chwi­li od­na­lazł Ru­dol­fa.

Kwa­drans po­tem na salę wkro­czył świę­ty mi­ko­łaj z wiel­kim wor­kiem pre­zen­tów i roz­po­czę­ła się naj­waż­niej­sza dla dzie­cia­ków część im­pre­zy. Jak to zwy­kle by­wa­ło, świę­ty wy­ma­gał od wy­czy­ty­wa­nych z imie­nia i na­zwi­ska dzie­ci po­wie­dze­nia wier­szy­ka lub na przy­kład od­śpie­wa­nia pio­sen­ki przed wrę­cze­niem pacz­ki. Ma­lu­chy ra­dzi­ły z tym so­bie róż­nie, za­leż­nie od wie­ku i śmia­ło­ści, ale bar­dziej roz­ga­da­ne były dziew­czyn­ki. Cza­sem ze­spół za­chę­cał co bar­dziej nie­śmia­łych, by nie bali się przed­pacz­ko­wej au­to­pre­zen­ta­cji.

– Po­pław­ski Ru­dolf. – Mi­ko­łaj wy­wo­łał wresz­cie jego syn­ka, a chło­piec, choć przed chwi­lą prze­stę­po­wał z nogi na nogę, nie mo­gąc do­cze­kać się, kie­dy przyj­dzie jego ko­lej, pod­szedł do męż­czy­zny w prze­bra­niu z wy­raź­ną oba­wą. Wy­da­wa­ło się, że za­py­ta­ny przez mi­ko­ła­ja o wier­szyk lub pio­sen­kę, nie zdo­ła wy­do­być z sie­bie gło­su.

Pa­weł już chciał po­dejść do ma­łe­go i coś mu szep­nąć, ale, jak się oka­za­ło, nie mu­siał.

– Masz na imię Ru­dolf, praw­da? – Z dru­gie­go mi­kro­fo­nu po­pły­nął na salę dźwięcz­ny dziew­czę­cy głos. – A jak na cie­bie mówi tata?

– Yyy… Rudi… – Cała sala usły­sza­ła nie­śmia­łą od­po­wiedź chłop­ca.

– Bar­dzo ład­nie. A może tata uczył cię ja­kie­goś wier­szy­ka? – Mło­da wo­ka­list­ka po­de­szła do jego syn­ka i do­tknę­ła jego ra­mie­nia.

– T-t… taak, Lo­ko­mo­ty­wa, ale ca­łe­go chy­ba nie pa­mię­tam – wy­du­kał Rudi i uśmiech­nął się do dziew­czy­ny.

– Nie szko­dzi, po­wiedz, ile pa­mię­tasz, a świę­ty mi­ko­łaj na pew­no da ci pacz­kę – obie­ca­ła.

Mi­ko­łaj, po­ta­ku­jąc w mil­cze­niu, po­twier­dził sło­wa dziew­czy­ny. Ośmie­lo­ny chło­piec płyn­nie po­wie­dział dwie i pół zwrot­ki wier­szy­ka, czy­li wszyst­ko, co znał, i dum­ny, już dzier­żąc wiel­ki pa­ku­nek w dło­niach, po­biegł do ojca.

– Bra­wa dla dziel­ne­go Ru­die­go – krzyk­nę­ła do mi­kro­fo­nu dziew­czy­na i po­sła­ła im obu pięk­ny uśmiech, a po­tem, Pa­weł był tego w stu pro­cen­tach pe­wien, wy­mow­nie mru­gnę­ła okiem.

Roz­ma­wiał z nią tego dnia tyl­ko raz. I wła­ści­wie trud­no było to na­zwać roz­mo­wą. Ot, krót­ka wy­mia­na zdań. Gdy nie­ca­łą go­dzi­nę póź­niej prze­cho­dził koło niej, nio­sąc Ru­dol­fa w ra­mio­nach (nie­chcą­cy przy tym spo­wo­do­wał, że mały nie­groź­nie ude­rzył się gło­wą o fu­try­nę drzwi), dziew­czy­na spy­ta­ła chłop­ca, jak się bawi. Syn coś nie­wy­raź­nie od­po­wie­dział, a Pa­weł miał oka­zję wspo­mnieć o „fa­cho­wym pro­wa­dze­niu im­pre­zy” i „wspa­nia­łym wo­ka­lu” czy może od­wrot­nie – na­stęp­ne­go dnia już nie mógł so­bie przy­po­mnieć, co po­śpiesz­nie wy­du­kał. Zdjął syn­ka z ra­mion, a ten w mgnie­niu oka gdzieś od­biegł.

– Na­praw­dę, po­do­ba­ło się? – za­py­ta­ła dziew­czy­na, a Pa­weł skrzęt­nie od­no­to­wał, że nie zwró­ci­ła się do nie­go per „pan”. – No… sta­ra­my się – do­da­ła z pięk­nym, szel­mow­skim i za­pew­ne nie raz przez nią wy­pró­bo­wa­nym uśmie­chem.

– O tak – za­pew­nił żar­li­wie. – Nie wie­dzia­łem, że moż­na na za­ba­wie dla dzie­ci spo­dzie­wać się ta­kich es­tra­do­wych fa­chow­ców. – I on się uśmiech­nął.

– A, dzię­ku­ję w imie­niu ze­spo­łu.

– Tata, a wu­jek An­drzej mówi, że już te­raz je­dzie i pod­wio­zą nas do domu. – Ru­dolf do­pchał się znów do ojca. Był już na­wet w kurt­ce i w sza­li­ku. Po­zo­sta­ło mu tyl­ko zmie­nić buty i w dro­gę.

An­drzej Won­cierz z żoną i cór­ką je­cha­li do Kol­na, a więc przez Gę­się, i obie­ca­li ich pod­wieźć. Za­wsze to le­piej, niż leźć z dziec­kiem na dwo­rzec i cze­kać na nie­pew­ny w taką po­go­dę au­to­bus.

– No, nie­ste­ty… – Zro­bił tro­chę smut­ną minę. – Za­tem, mam na­dzie­ję, do wi­dze­nia.

– Szko­da. A więc cześć… To jest… Do wi­dze­nia – po­wie­dzia­ła dziew­czy­na i uśmiech­nę­ła się tro­chę, niby za­kło­po­ta­na swo­ją bez­po­śred­nio­ścią.

Ot i cała roz­mo­wa. Czuł, że zro­bił na niej do­bre wra­że­nie, ale od tego do po­zna­nia się, do być może… hm… no ja­kiejś cie­kaw­szej zna­jo­mo­ści może pro­wa­dzić dłu­ga dro­ga. Je­śli w ogó­le kie­dyś mie­li­by się jesz­cze spo­tkać. Nie my­ślał na ra­zie o nie­za­koń­czo­nej prze­cież do­tąd kłót­ni z Mag­dą. Miał za­sta­no­wić się nad tym póź­niej, w dro­dze do domu.

Spo­tka­li się do­pie­ro po dwóch mie­sią­cach. Przy­pad­kiem. W sło­necz­ny mar­co­wy dzień, w któ­rym wszyst­ko pach­nia­ło nad­cho­dzą­cą wiel­ki­mi kro­ka­mi wio­sną. Wte­dy aku­rat, pierw­szy raz, od­kąd Pa­weł miesz­kał w tych stro­nach, przy­je­cha­ła do nie­go w od­wie­dzi­ny sio­stra.

Ze wspo­mnień wy­rwał Paw­ła ja­kiś wrzask, zda­je się dzie­cię­cy. Do­cho­dził z prze­ciw­ka. Gdy krzyk na­gle umilkł, dał się sły­szeć tu­pot nóg. Od razu do­strzegł dzie­się­cio-, naj­wy­żej dwu­na­sto­let­nie­go chłop­ca bie­gną­ce­go ku nie­mu od stro­ny fa­bry­ki me­bli. Po­my­ślał, że to pew­nie ja­kieś dzie­cię­ce wy­głu­py. W za­cho­wa­niu bie­gną­ce­go dzie­cia­ka nie było nic nie­zwy­kłe­go, ale wcze­śniej, sły­sząc krzyk, Pa­weł był pra­wie pe­wien, że coś się sta­ło.

– Hej, co jest? Stój! – za­wo­łał, gdy ten prze­bie­gał koło nie­go, ale on nie od­po­wie­dział.

Zwol­nił tyl­ko, spoj­rzał na męż­czy­znę z ja­kimś dzi­kim wy­ra­zem twa­rzy, mach­nął w po­wie­trzu ręką, jak­by chciał po­wie­dzieć „nie, nic, nic” i (już tro­chę wol­niej) po­biegł da­lej, w stro­nę, z któ­rej Pa­weł nad­szedł.

Za­cho­wa­nie dzie­cia­ka tro­chę go uspo­ko­iło, ale za chwi­lę za­czął ża­ło­wać, że nie do­go­nił chłop­ca i nie do­wie­dział się, o co cho­dzi­ło. Co z cie­bie za po­li­cjant? – wy­tknął sam so­bie nie do koń­ca po­waż­nie, a po­tem, tak „na wszel­ki wy­pa­dek”, po­szedł szyb­kim kro­kiem tam, skąd chło­pak przy­biegł. Do­szedł aż do miej­sca, gdzie koń­czył się as­falt, pra­wie do sa­mych to­rów ko­le­jo­wych. Roz­glą­dał się uważ­nie. Wszyst­ko wy­da­wa­ło się w naj­lep­szym po­rząd­ku. Na par­kin­gu pod la­tar­nią, na­prze­ciw bra­my fa­bry­ki, sta­ły rap­tem trzy sa­mo­cho­dy: Żuk, Po­lo­nez i sta­ry czer­wo­ny Re­nault 5, wszyst­kie na oko całe. Wo­kół ży­we­go du­cha. Ci­sza. Po­stał przez chwi­lę, ro­zej­rzał się raz jesz­cze. W od­da­li, za wzgó­rzem Sa­sza, chy­ba bły­snę­ło się na nie­bie. Cze­kał na grzmot, ale kie­dy ten nie na­stą­pił, uznał, że bu­rza musi być na­praw­dę da­le­ko, a bły­ski wi­dać tyl­ko dla­te­go, że jest ciem­no. Przy­po­mniał so­bie, jak w maju, z tym że za dnia, raz spa­ce­ro­wał tędy z Mał­go­sią, jaki był wte­dy szczę­śli­wy, gdy po­zwo­li­ła mu otu­lić się jego ma­ry­nar­ką…

Po swo­jej pra­wej stro­nie, za bra­mą fa­bry­ki, ką­tem oka za­re­je­stro­wał ruch. Ciem­no ubra­ny, nie­wy­so­ki męż­czy­zna po­wo­li zmie­rzał w kie­run­ku bud­ki przy bra­mie. Ochro­niarz.

– Halo! – nie­zbyt gło­śno za­cze­pił go i pod­szedł bli­żej, po­ka­zu­jąc swo­ją le­gi­ty­ma­cję służ­bo­wą, kie­dy tyl­ko zna­lazł się w pla­mie świa­tła po­bli­skiej la­tar­ni. – Po­li­cja, do­bry wie­czór. Nie wi­dział pan nic nie­zwy­kłe­go? Przed chwi­lą sły­sza­łem tu ja­kieś krzy­ki.

Za­gad­nię­ty fa­cet spoj­rzał na le­gi­ty­ma­cję je­dy­nie przez uła­mek se­kun­dy. Z bli­ska wi­dać było jego siwe wło­sy, po­kaź­ne wąsy w tym sa­mym ko­lo­rze i dłu­gi, jak­by ha­czy­ko­wa­ty nos. Miał na oko oko­ło sześć­dzie­siąt­ki. Nie miał czap­ki, a dość roz­czo­chra­ne wło­sy two­rzy­ły mu na gło­wie nie­wiel­ki „czub”. W ręku trzy­mał la­tar­kę. Nie była włą­czo­na.

– N… nie­ee… – od­po­wie­dział po­wo­li, jak­by się nad czymś za­sta­na­wia­jąc. – Tu nic nie sły­sza­łem. Ro­bi­łem ob­chód ogro­dze­nia od stro­ny to­rów. – Po­tarł mi­mo­wol­nie dło­nią po nie­ogo­lo­nym pod­bród­ku.

– W po­rząd­ku, py­tam tak na wszel­ki wy­pa­dek. No to do­bra­noc. – Pa­weł, czu­jąc, że „zro­bił swo­je”, stra­cił ocho­tę na dal­szą roz­mo­wę ze stró­żem.

– Ale za­raz… Wie pan, krzy­ków nie sły­sza­łem, ale… bo to, wie pan, dziw­ne… – męż­czy­zna wy­raź­nie chciał coś po­wie­dzieć, ale nie był jed­no­cze­śnie pe­wien, czy war­to to zro­bić – …ale ro­bi­łem ob­chód, bo wy­da­wa­ło mi się, że za­raz za ogro­dze­niem się pali. Zna­czy, że ogień… No bo błysz­cza­ło coś, jak duże ogni­sko… A jak już tam do­szłem, to nie było żad­ne­go ognia, świa­tła. Nic. Dziw­ne, co?

– No, fak­tycz­nie dziw­ne… – Pa­weł od­po­wie­dział tro­chę roz­ko­ja­rzo­ny. Jego my­śli bo­wiem znów za­czę­ły błą­dzić zu­peł­nie gdzie in­dziej. – I żad­nych śla­dów, spa­le­ni­zny, nic? – za­py­tał ochro­nia­rza tyl­ko z grzecz­no­ści, aby ten nie do­my­ślił się, że jego „re­we­la­cje” śred­nio już po­li­cjan­ta in­te­re­su­ją.

– Ba, na pew­no mi się nie przy­wi­dzia­ło. Może tam ła­ził ktoś z la­tar­ką albo co?… Będę się tam na wszel­ki wy­pa­dek krę­cił. – Męż­czy­zna z pew­no­ścią chciał po­ka­zać Paw­ło­wi, że jest z nie­go praw­dzi­wy ide­ał noc­ne­go stró­ża.

– Do­bry po­mysł! – po­chwa­lił go funk­cjo­na­riusz. – No to spo­koj­nej służ­by, czo­łem! – po­że­gnał się w swo­im mnie­ma­niu „dziar­sko” i od­szedł czym prę­dzej, aby nie dać się sta­re­mu wcią­gnąć w roz­mo­wę.

Sły­szał, jak tam­ten bąk­nął mu coś w od­po­wie­dzi, a po­tem jak ga­dał coś do sie­bie, od­cho­dząc od bra­my.

– Pew­nie jest nie­po­cie­szo­ny, że stra­cił słu­cha­cza – stwier­dził Pa­weł i idąc z po­wro­tem w stro­nę ko­men­dy, po­wró­cił do swo­ich wspo­mnień, ma­rzeń i roz­te­rek.

***

Ma­riusz Ho­fan­dat pew­nie już pod sklep nie wró­ci. Beł­ko­tał wpraw­dzie, że tyl­ko wpad­nie do cha­ty, spraw­dzi, czy Sła­wek, jego brat, nie ze­żarł mu zro­bio­nych im wczo­raj przez ciot­kę ko­py­tek, i znów tu przyj­dzie. Ale po pierw­sze Ma­riusz był po dwóch ja­bo­lach, po dru­gie – pew­nie, jak to ma w zwy­cza­ju, pier­dyk­nął so­bie jesz­cze bu­tel­kę ja­kichś kro­pli, no i dla­te­go moc­no chwiał się na no­gach. A gdy młod­szy Ho­fan­dat tak się chwie­je, to jak nic za­raz mu się film urwie, na przy­kład w domu, gdy przy­sią­dzie na wy­rku. Taki już ten po­kurcz był, An­tek znał go od dziec­ka. An­tek Wi­śniew­ski znał obu bra­ci Ho­fan­da­tów, tro­je ro­dzeń­stwa Ka­czor­ków, obu sza­lo­nych bra­ci Mic­kich, Baś­kę Ma­rza­nek, Bos­ma­na, sta­re­go Ny­cza, na­zy­wa­ne­go przez wszyst­kich zna­jo­mych Zor­ro, obu Szpa­de­li, a zwłasz­cza star­sze­go, któ­ry te­raz znów od­sia­dy­wał za ja­kiś roz­bój w Bar­cze­wie, Sie­masz­kę, Szpon­ka (któ­re­go nikt w mie­ście nie wi­dział już od trzech mie­się­cy, bo po­dob­no po­je­chał do ciot­ki do Bel­gii, ale nikt nie miał po­ję­cia, skąd ten czub miał kasę na taką po­dróż), Niedź­wiad­ka i po­nad tu­zin po­zo­sta­łych me­ne­li z Gniezd­na. A oni oczy­wi­ście zna­li jego i wie­dzie­li, że kie­dy An­tek „wcho­dzi na or­bi­tę”, nie­chyb­nie ktoś za­raz po­czu­je jego pią­chę.

Ulu­bio­nym miej­scem re­zy­do­wa­nia Ant­ka były oko­li­ce pa­wi­lo­nu spo­żyw­cze­go przy uli­cy Sien­kie­wi­cza. Cza­sem stał przy jego tyl­nych drzwiach, cza­sem i od fron­tu, ale zwy­kle scho­wa­ny za ta­kim spo­rym krzacz­kiem ja­łow­ca, te­raz ską­pa­nym w zu­peł­nej ciem­no­ści. Wpraw­dzie do psiar­ni było stąd naj­wy­żej trzy­sta pięć­dzie­siąt me­trów, ale to nic. Gli­nia­rze prze­jeż­dża­li obok czę­sto, ale pod­skle­po­wych re­zy­den­tów prak­tycz­nie nie nie­po­ko­ili, zwłasz­cza gdy nikt się na nich nie skar­żył. Albo gdy któ­ryś z re­zy­den­tów nie do­stał na­gle mał­pie­go ro­zu­mu i po­pi­su­jąc się od­wa­gą, nie wy­darł się w stro­nę prze­jeż­dża­ją­cej suki. Pały wie­dzia­ły prze­cież, cze­go po nich się moż­na spo­dzie­wać, a za­my­kać chło­pa­ków w kół­ko do wy­trzeź­wie­nia pew­nie im się nie chcia­ło. Przed chwi­lą na przy­kład uli­cą prze­szedł je­den gli­niarz po cy­wi­lu. Taki mło­dy, chu­dy. Wie­dzie­li, że dy­żur­ny. Pew­nie szedł na noc­ną służ­bę. An­tek znał go, na­wet raz ze­brał od nie­go mały „omłot” przed ko­lej­ną swo­ją wi­zy­tą w aresz­cie do wy­trzeź­wie­nia. Ale te­raz mun­du­ro­wy na­wet w stro­nę skle­pu spo­żyw­cze­go nie spoj­rzał. I pew­nie wszyst­ko by­ło­by w po­rząd­ku, gdy­by nie fakt, że Ant­ko­wi skoń­czy­ło się wino, a drob­ne w kie­sze­ni nie­ste­ty też. O kup­nie w spo­żyw­cza­ku „na ze­szyt” od lat nie mógł już na­wet po­ma­rzyć. Ale spo­ko, po­cze­ka tro­chę. Nic lep­sze­go do ro­bo­ty prze­cież nie ma. A może coś jesz­cze uda się zmon­to­wać?

Za­pa­trzył się przez szy­bę w roz­świe­tlo­ne wnę­trze skle­pu. Pa­trzył tę­sk­nie nie tyl­ko na sto­ją­ce na pół­kach w ką­cie go­rza­ły i ja­bo­le. Pa­trzył z tę­sk­no­tą w ogó­le na cie­płe po­miesz­cze­nie. On tu stoi i dy­go­ce, a tam w środ­ku pew­nie cie­plut­ko jak pod pie­rzy­ną. Klien­tów żad­nych, tyl­ko dwie sprze­daw­czy­nie sto­ją obok sie­bie za ladą i ga­da­ją. Ale nie ma co pró­bo­wać – z tą młod­szą, gru­bą, cza­sem moż­na było na­wet po­ga­dać, ale ta star­sza, siwa, to zoł­za. „Nie ku­pu­jesz, to już, do wi­dze­nia!” – zwy­kła mu mó­wić w ta­kich przy­pad­kach, a jak nie usłu­chał, to ona od razu myk na za­ple­cze i dzwo­ni po psy. Nie­bie­scy do niej przy­jeż­dża­li za­wsze i szyb­ko. W koń­cu była sio­strą żony tego ją­ka­ły Misz­kie­wi­cza, dziel­ni­co­we­go.

Od­wró­cił się w stro­nę uli­cy, wsa­dził ręce w kie­sze­nie spodni. Pa­trzył bez celu na pla­mę świa­tła na pu­stym chod­ni­ku i frag­men­cie jezd­ni. Po­tem, sam nie wie­dząc dla­cze­go, spoj­rzał w górę, nad naj­bliż­szy, sto­ją­cy po dru­giej stro­nie uli­cy, blok nu­mer sześć. Z wra­że­nia cał­ko­wi­cie znie­ru­cho­miał. Opu­ścił bez­wied­nie obie ręce wzdłuż tu­ło­wia, a jego usta otwar­ły się, by zo­stać w tym wy­ra­zie na co naj­mniej naj­bliż­sze pięć mi­nut. Po pro­stu stał i pró­bo­wał dojść do ładu z tym, co wi­dzi i cze­go jed­no­cze­śnie wca­le nie ro­zu­mie.

***

Bu­dy­nek, w któ­rym mie­ści­ła się Ko­men­da Re­jo­no­wa Po­li­cji w Gniezd­nie, miał po­nad sie­dem­dzie­siąt lat. Przed II woj­ną świa­to­wą, a tak­że przez jej pierw­sze trzy lata, była tam sie­dzi­ba Ge­sta­po i po­li­cji. Póź­niej, w nowo od­ro­dzo­nej na Zie­miach Od­zy­ska­nych oj­czyź­nie re­zy­do­wa­ła tam Mi­li­cja Oby­wa­tel­ska, wspól­nie naj­pierw z Urzę­dem Bez­pie­czeń­stwa, a po­tem ze Służ­bą Bez­pie­czeń­stwa. Zmia­ny, ja­kie na­stą­pi­ły w 1989 roku, nie wpły­nę­ły na prze­zna­cze­nie sie­dzi­by „or­ga­nów bez­pie­czeń­stwa i po­rząd­ku pu­blicz­ne­go”. Po­nu­re gma­szy­sko z czer­wo­nej ce­gły, cał­kiem oka­za­łe jak na mia­stecz­ko, w któ­rym miesz­ka nie­wie­le po­nad dwa­na­ście ty­się­cy lu­dzi, było ty­po­wym przy­kła­dem przed­wo­jen­nej nie­miec­kiej bu­dow­li. Mia­ło dwa pię­tra, a nad nimi do­dat­ko­wo, pod dwu­spa­do­wym da­chem z kil­ko­ma wy­ku­sza­mi, urzą­dzo­ny w ca­ło­ści strych, któ­re­go trzy czwar­te po­wierzch­ni zaj­mo­wa­ło ar­chi­wum, a resz­tę – ma­ga­zyn bro­ni i in­ne­go po­li­cyj­ne­go sprzę­tu. Jesz­cze dwa mie­sią­ce temu na ostat­nim pię­trze mie­ści­ła się rów­nież Pro­ku­ra­tu­ra Re­jo­no­wa, ale pro­ku­ra­tor Maj­da­niec wraz z pod­wład­ny­mi do­sta­li od władz mia­sta nową, świe­żo wy­re­mon­to­wa­ną sie­dzi­bę w daw­nym Domu Par­tii, za­raz za bu­dyn­kiem Urzę­du Miej­skie­go. Te­raz całe dru­gie pię­tro ko­men­dy i po­nad po­ło­wa pierw­sze­go na­le­ża­ły do Wy­dzia­łu Kry­mi­nal­ne­go. Resz­ta po­miesz­czeń na pierw­szym pię­trze zo­sta­ła roz­dzie­lo­na na inne cele. Dwa po­ko­je do­sta­ła dro­gów­ka, po jed­nym am­bu­la­to­rium, se­kre­ta­riat i po­łą­czo­ne z nim ga­bi­ne­ty Ko­men­dan­ta Re­jo­no­we­go Po­li­cji i jego za­stęp­cy, był też po­ko­ik re­fe­ren­ta go­spo­dar­cze­go i kil­ka po­miesz­czeń Wy­dzia­łu Pre­wen­cji, któ­ry to wy­dział zaj­mo­wał też cały par­ter bu­dyn­ku. Na dole więc, za­raz przy głów­nym wej­ściu do le­we­go skrzy­dła gma­chu, była dy­żur­ka i po­łą­czo­ny z nią areszt oraz po­miesz­cze­nie łącz­no­ści i mały ma­ga­zy­nek uzbro­je­nia. A po­środ­ku – po­ko­je Dru­ży­ny Pa­tro­lo­wej i po­ko­iki Po­li­cji Lo­kal­nej, prze­ję­te po re­zy­du­ją­cym tu od cza­sów „ko­mu­ny” Wy­dzia­le Pasz­por­tów. Koń­ców­ka pra­we­go skrzy­dła, ma­ją­ca od­dziel­ne wej­ście od uli­cy, jak i we­wnętrz­ne wej­ście od tak zwa­nej ko­men­dy wła­ści­wej, mie­ści­ła daw­ną sto­łów­kę, któ­ra obec­nie była pro­wa­dzo­ną przez ajent­kę mie­sza­ni­ną baru i skle­pu spo­żyw­czo-prze­my­sło­we­go. Od uli­cy Sien­kie­wi­cza bu­dy­nek prak­tycz­nie sty­kał się z chod­ni­kiem i (w po­ło­wie swo­jej dłu­go­ści) bru­ko­wa­nym par­kin­giem dla in­te­re­san­tów. Z tyłu był spo­ry, ogro­dzo­ny wy­so­ką siat­ką plac. Wjeż­dża­ło się na nie­go przez bra­mę od stro­ny pro­sto­pa­dłej do uli­cy Sien­kie­wi­cza Alei Kwia­to­wej. To tu usy­tu­owa­no po­li­cyj­ne ga­ra­że i par­kin­gi, wła­sną sta­cję pa­liw, ka­nał do pro­wa­dze­nia drob­nych na­praw po­jaz­dów i za­da­szo­ne, mu­ro­wa­ne koj­ce. Miesz­ka­ły w nich dwa po­li­cyj­ne psy. Okien wszyst­kich po­miesz­czeń na par­te­rze, jak i nie­któ­rych po­ko­jów na wyż­szych kon­dy­gna­cjach, strze­gły so­lid­ne kra­ty. Z ze­wnątrz, a tym bar­dziej od środ­ka, ko­men­da była miej­scem smut­nym i przy­gnę­bia­ją­cym.

Aby tam wejść, każ­dy in­te­re­sant mu­siał po sfor­so­wa­niu cięż­kich drzwi wspiąć się na wy­so­ki par­ter po krót­kich, ale sze­ro­kich we­wnętrz­nych scho­dach. Nie mógł jed­nak po pro­stu iść da­lej, bo dwu­skrzy­dło­wych, czę­ścio­wo prze­szklo­nych drzwi na ko­ry­tarz strzegł ob­słu­gi­wa­ny zdal­nie z dy­żur­ki za­mek z elek­tro­ma­gne­sem. Zgła­sza­ją­cy na­ru­sze­nie pra­wa oby­wa­tel mu­siał więc skrę­cić w lewo i po­dejść do ma­łe­go okien­ka z od­su­wa­ną szyb­ką, czę­ścio­wo za­bez­pie­czo­ne­go kra­tą. Aby roz­ma­wiać z le­d­wie wi­docz­nym przez okien­ko dy­żur­nym, ten­że oby­wa­tel (je­że­li nie był dziec­kiem lub kar­łem) zmu­szo­ny był so­lid­nie się po­chy­lić lub pra­wie przy­kuc­nąć, bo okien­ko było umiesz­czo­ne na wy­so­ko­ści oko­ło stu trzy­dzie­stu cen­ty­me­trów nad pod­ło­gą. Je­śli dy­żur­ny był aku­rat za­ję­ty, po­zo­sta­wa­ło oby­wa­te­lo­wi przy­siąść w nie­du­żej po­cze­kal­ni po pra­wej stro­nie od scho­dów. Sta­ły tam sto­lik, dwa krze­sła i dwa spo­re, ale nie­mi­ło­sier­nie sta­re i sfa­ty­go­wa­ne fo­te­le. Me­ble po­ja­wi­ły się dwa mie­sią­ce temu – na po­le­ce­nie Ko­men­dy Wo­je­wódz­kiej, ale to po­zba­wio­ne drzwi po­miesz­cze­nie i tak nie na­le­ża­ło do przy­tul­nych. Zwłasz­cza je­sie­nią i zimą, po­nie­waż nie było ono w ża­den spo­sób ogrze­wa­ne.

Nad scho­da­mi i w po­cze­kal­ni za­mon­to­wa­ny był mi­kro­fon. Teo­re­tycz­nie był on tam po to, aby dy­żur­ny sły­szał wszyst­ko, co chce mu prze­ka­zać in­te­re­sant, i aby mógł kon­tro­lo­wać to, co się tam dzie­je. Jed­nak każ­dy z dy­żur­nych trak­to­wał to urzą­dze­nie jako ro­dzaj alar­mu i jed­no­cze­śnie nie­ty­po­wy dzwo­nek. Nie­mi­ło­sier­ny skrzyp otwie­ra­nych drzwi wej­ścio­wych (zwłasz­cza gdy mi­kro­fon, któ­re­go gło­śność dy­żur­ny mógł re­gu­lo­wać, był na­sta­wio­ny „na mak­sa”) da­wał za­wsze znać o na­dej­ściu in­te­re­san­ta-in­tru­za i to nie­waż­ne, jak da­le­ko od wej­ścia ten peł­nią­cy służ­bę funk­cjo­na­riusz się znaj­do­wał. Aspi­rant Woj­ciech Wcze­śniak szcze­gól­nie dbał o swój kom­fort pra­cy i swo­je bez­pie­czeń­stwo i za­wsze mi­kro­fon mak­sy­mal­nie roz­krę­cał. W nocy za­bez­pie­czał się też na inne, nie­ko­niecz­nie po­do­ba­ją­ce się prze­ło­żo­nym spo­so­by. Prze­cież gdy pa­trol wy­ru­szy w mia­sto, peł­nią­cy służ­bę w dzie­więć­dzie­się­ciu pro­cen­tach przy­pad­ków bez po­moc­ni­ka dy­żur­ny po­zo­sta­wał w ko­men­dzie zu­peł­nie sam. A przy tym od­po­wia­dał za areszt, w któ­rym nie­raz za­mknię­ty był je­den czy na­wet kil­ku za­trzy­ma­nych.

Tym ra­zem nie była to noc­na służ­ba, ale prze­cież zmrok za­pa­dał wcze­śnie, a więc Wcze­śniak, na wszel­ki wy­pa­dek, po raz ko­lej­ny spraw­dził, czy mi­kro­fon jest wła­ści­wie usta­wio­ny. Wła­śnie skoń­czył roz­pi­sy­wać książ­ki, aby przy­go­to­wać się do prze­ka­za­nia służ­by. Był pe­dan­tem, więc księ­gi otwar­te na świe­żo wy­peł­nio­nych za­pi­sa­mi o za­koń­cze­niu służ­by, jej wy­ni­kach, za­ist­nia­łych wy­da­rze­niach, o sta­nie bro­ni i wy­po­sa­że­nia alar­mo­we­go oraz aresz­tu stro­nach le­ża­ły rów­niut­ko, jed­na na dru­giej, po­środ­ku biur­ka. Było ono jed­no­cze­śnie sta­no­wi­skiem do­wo­dze­nia z wmon­to­wa­ną cen­tra­lą te­le­fo­nicz­ną i ra­dio­sta­cją. Obok biur­ka, nie­da­le­ko okien­ka, sta­ła dru­ga łącz­ni­ca te­le­fo­nicz­na (sta­ra, typu 5B) i po­je­dyn­czy apa­rat te­le­fo­nicz­ny bez cy­fer­bla­tu, od­bie­ra­ją­cy wy­łącz­nie po­łą­cze­nia przy­cho­dzą­ce na bez­płat­ny nu­mer alar­mo­wy 997. Nie­opo­dal sta­ły też dwa czar­no-bia­łe mo­ni­to­ry te­le­wi­zji prze­my­sło­wej, po­ka­zu­ją­ce na bie­żą­co, co dzie­je się na za­ple­czu ko­men­dy. Te­raz, gdy na dwo­rze było już zu­peł­nie ciem­no, mimo za­pa­lo­nych czte­rech la­tar­ni, ob­raz sta­wał się cał­ko­wi­cie nie­czy­tel­ny.

Woj­ciech roz­parł się wy­god­nie w ob­ro­to­wym fo­te­lu przy biur­ku. Me­bel nie­bez­piecz­nie jęk­nął pod jego cię­ża­rem, gdy po­li­cjant moc­niej przy­lgnął ple­ca­mi do opar­cia i wy­pro­sto­wał nogi. To była jego pierw­sza dzien­na służ­ba w gra­fi­ko­wym cy­klu. Od lu­te­go dy­żur­ni pra­co­wa­li no­wym sys­te­mem. Służ­by wpraw­dzie na­dal trwa­ły po dwa­na­ście go­dzin, ale naj­pierw były to dwie służ­by dzien­ne z rzę­du, od ósmej rano do dwu­dzie­stej, a po­tem dwie „noc­ki”, też jed­na po dru­giej, od dwu­dzie­stej do rana. No i póź­niej pra­wie czte­ry doby wol­ne­go, a to ostat­nie jemu, wiel­kie­mu do­ma­to­ro­wi, po­do­ba­ło się naj­bar­dziej. Miał aku­rat za sobą pierw­szą służ­bę po dłu­gim wol­nym, więc w su­mie nie po­wi­nien czuć się szcze­gól­nie zmę­czo­ny. Ale mi­lej niż na służ­bie bę­dzie wresz­cie nor­mal­nie so­bie w domu do rana po­miesz­kać. Na ze­ga­rze wi­szą­cym na ścia­nie na­prze­ciw­ko była go­dzi­na 19:46 – zo­sta­ło czter­na­ście mi­nut do koń­ca dy­żu­ru. Od domu dzie­li­ło go naj­wy­żej pięć mi­nut mar­szu, i to wol­nym kro­kiem. A To­sia, jego żona, pew­nie już pich­ci ko­la­cję. Lada se­kun­da wej­dzie do bu­dyn­ku jego zmien­nik, pod­ko­mi­sarz Pa­weł Po­pław­ski. „Pa­we­łek-ofi­ce­rek” – tak w głę­bi du­szy go na­zy­wał. Czę­sto też (rów­nież w my­ślach) okre­ślał dużo młod­sze­go wie­kiem, a jed­nak star­sze­go stop­niem no­we­go ko­le­gę po pro­stu „gów­nia­rzem”.

Pa­weł prze­niósł się tu z Gdań­ska w mar­cu ubie­głe­go roku. Po­dob­no miał żonę z tych stron. Naj­pierw pra­co­wał w Wy­dzia­le Kry­mi­nal­nym, a od kwiet­nia, gdy ogól­na re­or­ga­ni­za­cja zmniej­szy­ła o pra­wie jed­ną czwar­tą licz­bę eta­tów, z tego bę­dą­ce­go w służ­bie nie­ca­łe sie­dem lat mło­dzi­ka zro­bio­no dy­żur­ne­go KRP. Ale Woj­tek już swo­je wie­dział. Re­or­ga­ni­za­cja re­or­ga­ni­za­cją, ale gdy­by nowy do­brze so­bie w do­cho­dze­niów­ce ra­dził, to by tak na­gle na dy­żur­ce nie wy­lą­do­wał. Wpraw­dzie mó­wi­ło się, że zu­peł­nie nie zna­jąc te­re­nu i lu­dzi, w nie­speł­na dwa ty­go­dnie po prze­nie­sie­niu się tu z wy­brze­ża na­wet szyb­ko za­koń­czył gło­śną spra­wę po­bi­cia dwóch woj­sko­wych przez trzech miej­sco­wych za­bi­ja­ków. Pod­czas do­cho­dze­nia w nie­wia­do­my spo­sób prze­ko­nał po­noć za­stra­szo­nych świad­ków do zło­że­nia ze­znań, dzię­ki cze­mu wszy­scy trzej roz­ra­bia­cze od razu do­sta­li areszt tym­cza­so­wy. Ale pew­nie po pro­stu dzie­ciak miał szczę­ście. A inne pro­wa­dzo­ne spra­wy mu­siał po­ło­żyć, je­śli w Kry­mi­nal­nym po­sta­no­wi­li dać mu kopa. Te­raz gów­niarz ro­bił do­brą minę do złej gry i dum­nie ob­no­sił po dy­żur­ce swój szpa­ner­ski, ofi­cer­ski mun­dur, któ­ry wi­siał jak na­miot na tych chu­dych ra­mio­nach. Przy nim na­wet wy­mi­ze­ro­wa­ny Ro­bert Bo­żek z Po­li­cji Lo­kal­nej to ka­wał chło­pa. Ta­aak, Po­pław­ski Her­ku­le­sem nie był na pew­no. Po­nad­to, mimo że stuk­nę­ło mu dwa­dzie­ścia sześć czy tam dwa­dzie­ścia sie­dem lat, miał twarz co naj­wy­żej dzie­więt­na­sto­let­nie­go wy­rost­ka. I to ma być „pan ofi­cer”?! Gów­niarz od­szedł w czerw­cu od żony i syn­ka, miesz­kał gdzieś w wy­na­ję­tym po­ko­ju czy miesz­ka­niu i na do­da­tek wszy­scy ga­da­li, że uga­nia się za osiem­na­sto­lat­ką, cór­ką Ka­zia Gre­go­ra, miesz­ka­ją­ce­go w tej sa­mej co Woj­tek klat­ce scho­do­wej. Skan­dal, cho­lew­ka, i tyle!

Drzwi wej­ścio­we skrzyp­nę­ły nie­mi­ło­sier­nie i Wcze­śniak skrę­cił tro­chę mak­sy­mal­nie do­tąd na­sta­wio­ny mi­kro­fon. Jego zmien­nik wła­śnie wszedł do ko­men­dy. Jak zwy­kle miał na so­bie swój dość dłu­gi, ciem­no­brą­zo­wy płaszcz, w któ­rym oczy­wi­ście po­sta­wił koł­nierz. To dzię­ki ta­kie­mu sty­lo­wi ubie­ra­nia się za­raz po prze­nie­sie­niu się do Gniezd­na zy­skał w Wy­dzia­le Kry­mi­nal­nym pseu­do­nim „Co­lom­bo”. Prze­cho­dząc koło okien­ka, Po­pław­ski spoj­rzał w nie przez chwil­kę i mach­nął Wcze­śnia­ko­wi dło­nią na po­wi­ta­nie. Dy­żur­ny ce­lo­wo od­cze­kał ja­kieś trzy se­kun­dy, za­nim uru­cho­mił elek­tro­ma­gnes w drzwiach, żeby wpu­ścić zmien­ni­ka. Ofi­ce­rek wy­da­wał się tym wca­le nie­zra­żo­ny. Wszedł na dy­żur­kę, jed­no­cze­śnie roz­pi­na­jąc cy­wil­ny płaszcz, pod któ­rym miał kom­plet­ny mun­dur, oczy­wi­ście poza czap­ką.

– Do­bry wie­czór, Woj­tek – przy­wi­tał się mło­dy, na co Wcze­śniak od­burk­nął coś nie­zro­zu­mia­łe­go, krzy­wiąc się przy tym pod si­wym wą­sem. Wie­dząc jed­nak, że sam wy­wo­łał kie­dyś tę hi­sto­rię z po­ufa­ło­ścią, da­ro­wał so­bie ko­men­tarz.

Pa­weł po­cząt­ko­wo nie kon­ty­nu­ował roz­mo­wy. Po­wie­sił płaszcz na wie­sza­ku na­prze­ciw­ko sza­fy z bro­nią, wziął ze zna­ne­go tyl­ko dy­żur­nym miej­sca klucz od tej sza­fy, któ­ry to klucz teo­re­tycz­nie każ­dy z dy­żur­nych przez całą służ­bę po­wi­nien mieć przy so­bie, i sam „wy­dał so­bie” swój pi­sto­let, dwa ma­ga­zyn­ki i dwa­na­ście sztuk amu­ni­cji. Po­tem, na­dal bez sło­wa, wziął ze ster­ty ksią­żek na biur­ku pierw­szą od góry, czy­li Książ­kę Wy­da­wa­nia i Przyj­mo­wa­nia Bro­ni, pod­pi­sał przy­ję­cie służ­by i wy­pi­sał po­bra­nie swo­je­go P-64.

– I jak tam na fron­cie, spo­koj­nie? Coś na bie­gu? – spy­tał, pod­no­sząc wzrok znad do­ku­men­tów.

Aspi­rant nie do­szu­kał się w wy­ra­zie twa­rzy ani brzmie­niu gło­su zmien­ni­ka ni­cze­go zło­śli­we­go czy dwu­znacz­ne­go. Co naj­wy­żej do­strzegł w twa­rzy Paw­ła ja­kiś dziw­ny smu­tek, za­my­śle­nie.

– Nie, nic się nie dzie­je. Przez cały dzień mia­łem rap­tem trzy in­ter­wen­cje i ko­li­zję na Wi­li­mach, do­ku­men­ty w ko­re­spon­den­cji. Jak na ra­zie, cho­lew­ka, od­pu­kać w nie­ma­lo­wa­ne, żad­nych zda­rzeń, spo­koj­nie. Książ­ki masz, jak wi­dać, roz­pi­sa­ne – za­wsze mó­wił „cho­le­wa” lub „cho­lew­ka” za­miast „cho­le­ra” i „kuch­nia” za­miast „kur­wa”, taki miał już zwy­czaj.

– To świet­nie. Za­po­wia­da się pa­skud­na noc, ale mam na­dzie­ję, że i ja będę miał spo­kój. – Pa­weł uśmiech­nął się bla­do i przy­stą­pił do wpi­sy­wa­nia przy­ję­cia służ­by w każ­dej z ksią­żek. – Czy­li areszt pu­sty? – za­py­tał z wy­raź­ną na­dzie­ją w gło­sie.

– Pu­sty, pu­sty – od­po­wie­dział Wcze­śniak tro­chę gder­li­wie i po­drep­tał do ma­ga­zy­nu bro­ni, słu­żą­ce­mu dy­żur­nym rów­nież za szat­nię.

Czyn­ność, jaką było prze­bie­ra­nie się w cy­wil­ne ciu­chy, nie za­ję­ła mu wie­le cza­su – ma­ry­nar­ka mun­du­ro­wa daw­no już wi­sia­ła na wie­sza­ku, kra­wat po­dob­nie. Woj­tek zna­ny był z tego, że na dy­żur­ce pra­wie za­wsze było mu cie­pło. Miał na­dzie­ję, że nikt nie do­my­śla się, że, jak po­wie­dział mu to jesz­cze przed trze­ma laty le­karz, jest to je­den z ob­ja­wów nad­ci­śnie­nia tęt­ni­cze­go. Bro­ni nie mu­siał zda­wać, wy­cią­gnął ją z fu­te­ra­łu i scho­wał wraz z amu­ni­cją do sza­fy już oko­ło wpół do ósmej.

– A kto jeź­dzi w pa­tro­lu? – za­py­tał go Po­pław­ski przez za­mknię­te drzwi.

– Morsz­czuk i Da­li­ga – od­krzyk­nął tam­ten i do­piął za­mek dżin­sów.

Usły­szał ja­kieś ci­che stu­ki, a po­tem kro­ki Paw­ła wy­cho­dzą­ce­go z dy­żur­ki.

Pew­nie mło­dy idzie z czaj­ni­kiem po wodę na kawę – po­my­ślał. Z tego, co o nim sły­szał, smar­kacz pił co naj­mniej kil­ka kaw w cią­gu dy­żu­ru. I to moc­nych kaw. – A niech so­bie nie ża­łu­je. – Wcze­śniak uśmiech­nął się z prze­ką­sem do swo­ich my­śli. Bę­dzie gów­niarz w jego wie­ku, to po­zna, co to nad­ci­śnie­nie, ale wte­dy bę­dzie już tro­chę za póź­no na zdro­wy tryb ży­cia.

Te­le­fon za­dzwo­nił, gdy Woj­tek był już kom­plet­nie prze­bra­ny. Po­pław­skie­go na­dal nie było w oko­li­cy, więc choć wła­śnie mi­ja­ła dwu­dzie­sta, ode­brał.

– Ko­men­da Re­jo­no­wa Po­li­cji w Gniezd­nie, słu­cham – wy­sa­pał do słu­chaw­ki. – Halo. Halo?!… – za­wo­łał znie­cier­pli­wio­ny, sły­sząc przy uchu tyl­ko ci­szę i le­d­wie do­sły­szal­ny dźwięk mu­zy­ki, jak­by w od­da­li od dzwo­nią­ce­go na po­li­cję ci­cho gra­ło ra­dio. – Halo!… – ryk­nął jesz­cze raz do słu­chaw­ki i odło­żył ją gło­śno na wi­deł­ki. – Już uak­tyw­nił się żar­tow­niś – po­skar­żył się Po­pław­skie­mu, któ­ry, nio­sąc przed sobą czaj­nik, wła­śnie po­ja­wił się w drzwiach po­miesz­cze­nia.

– A co? Nikt się nie od­zy­wał? – Albo się to Wcze­śnia­ko­wi zda­wa­ło, albo Pa­we­łek był bar­dziej za­in­te­re­so­wa­ny głu­chym te­le­fo­nem, niż sy­tu­acja na to za­słu­gi­wa­ła.

– Ano nie, cho­lew­cia, my­ślał ba­ran, że wy­star­cza­ją­co śmiesz­ne bę­dzie sie­dzieć i mil­czeć! – fuk­nął zi­ry­to­wa­ny. – Pew­nie i cie­bie te­raz po­nę­ka. – Na­ło­żył swo­ją siwą kurt­kę z kap­tu­rem i wy­cią­gnął na po­że­gna­nie rękę do zmien­ni­ka. – Spo­koj­nej służ­by.

Znacz­nie mniej­sza od dło­ni Wcze­śnia­ka dłoń Po­pław­skie­go była de­li­kat­na i mięk­ka, a uścisk jej dość sła­by. Jego wzrok skie­ro­wa­ny był gdzieś po­nad Wojt­ka gło­wą, ja­kiś męt­ny i jak­by nie­obec­ny.

***

Mi­nę­ła wła­śnie dwu­dzie­sta. Wie­dzia­ła, bo od pię­ciu mi­nut nie ro­bi­ła prak­tycz­nie nic in­ne­go, jak tyl­ko ga­pi­ła się na dużą, kre­mo­wą już dziś tar­czę sta­re­go ścien­ne­go ze­ga­ra w sa­lo­nie. Prze­rwa­ła tę czyn­ność raz, naj­wy­żej na mi­nu­tę, pod­czas któ­rej po­szła do przed­po­ko­ju, gdzie na wy­so­kiej szaf­ce na buty stał te­le­fon. Wy­krę­ci­ła nu­mer 997. Było to ja­kieś dwie mi­nu­ty temu. Oczy­wi­ście było tro­chę za wcze­śnie, ale prze­cież Pa­weł mógł ode­brać, na pew­no do­tarł już do pra­cy. Wie­lo­krot­nie to wy­li­czy­ła i za każ­dym ra­zem wy­cho­dzi­ło jej, że Paw­ło­wi wy­pa­da dziś pierw­sza w cy­klu noc­na służ­ba. Głos, któ­ry usły­sza­ła w słu­chaw­ce, nie na­le­żał jed­nak do nie­go. To był głos spo­ro star­sze­go męż­czy­zny. Za­ru­mie­ni­ła się pra­wie na ca­łym cie­le, gdy zda­ła so­bie spra­wę, że ko­ja­rzy go i że to inny zna­ny jej po­li­cjant, są­siad, pan Wcze­śniak. Ko­le­ga jej ojca, na do­miar złe­go. Szyb­ko odło­ży­ła słu­chaw­kę, z ca­łych sił po­wstrzy­mu­jąc się przed rzu­ce­niem jej na wi­deł­ki. Po­śpiesz­nie wró­ci­ła do sa­lo­nu i znów usia­dła w ulu­bio­nym fo­te­lu bu­ja­nym tak, aby pa­trzeć wprost na ze­gar. W domu była sama. Oj­ciec, mat­ka i bra­ci­szek byli u cio­ci Uli, na uli­cy Że­rom­skie­go. Jak zna­ła ży­cie, na pew­no nie wró­cą przed wpół do dzie­sią­tej wie­czo­rem. Dla­te­go ni­cze­go nie ry­zy­ko­wa­ła, spa­ce­ru­jąc po miesz­ka­niu je­dy­nie w kró­ciut­kiej, czar­nej, je­dwab­nej blu­zecz­ce na ra­miącz­kach, któ­rej uży­wa­ła jako góry od pi­dża­my.

Oczy­wi­ście nie­mą­drym było dzwo­nić do Paw­ła, gdy do­pie­ro co roz­po­czął służ­bę i pra­wie na pew­no nie był na dy­żur­ce sam. Je­śli już chcia­ła tra­fić na mo­ment, gdy ich w mia­rę nie­krę­pu­ją­ca roz­mo­wa bę­dzie moż­li­wa, po­win­na dla po­rząd­ku od­cze­kać co naj­mniej do dwu­dzie­stej trzy­dzie­ści. A i to nie da­wa­ło gwa­ran­cji, że na przy­kład nie wy­da­rzy się coś na tyle ab­sor­bu­ją­ce­go, że Pa­weł nie znaj­dzie cza­su na na­wet naj­mil­sze pry­wat­ne po­ga­dusz­ki. Coś, co Pa­weł tak uro­czo i mę­sko za­ra­zem na­zy­wał „urwa­niem gło­wy”. No i prze­cież nie mo­gła na dłu­go blo­ko­wać te­le­fo­nu alar­mo­we­go. Pa­weł mu­siał­by prze­krę­cić do niej z cen­tral­ki. Mó­wił jej kil­ka razy, że mają tam „kil­ka li­nii wyj­ścio­wych”, co­kol­wiek mia­ło­by to zna­czyć, i może dzwo­nić stam­tąd bez prze­szkód. No ale do tego rów­nież po­trzeb­ny był spo­kój w ko­men­dzie. Zde­cy­do­wa­ła w koń­cu, że po­cze­ka z dzwo­nie­niem do dwu­dzie­stej dwa­dzie­ścia.

Tyl­ko po co w ogó­le chcia­ła do nie­go za­dzwo­nić? […]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Noc­na Służ­ba 1992

isbn: 978-83-8423-474-7

© Piotr Ja­nusz Chmie­lew­ski i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Ma­ria Bick­mann-Dę­biń­ska

ko­rek­ta: Alek­san­dra Płot­ka

okład­ka: Grze­gorz Ara­szew­ski

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.