Uzyskaj dostęp do tej i ponad 360000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Jednej nocy granica między tym, co znane, a tym, co obce, przestaje istnieć
Jesienią 1992 roku w niewielkim warmińskim miasteczku zapada noc, która zamienia codzienne życie mieszkańców w koszmar. Nad torami pojawia się tajemnicza łuna, na ulicach zaczynają krążyć obce istoty, a znana rzeczywistość rozpada się w jednej chwili.
Wszystko zaczyna się od trzech osób, które jako pierwsze zauważają, że tej nocy dzieje się coś niewytłumaczalnego. Marek, chłopiec z domu dziecka, jako jeden z pierwszych widzi coś, czego nie powinien zobaczyć. Piotr, emerytowany nauczyciel, obserwując miasto z okna, dostrzega postać, która nie jest człowiekiem. Paweł, młody dyżurny policji, zostaje odcięty od przełożonych i jakiegokolwiek wsparcia. Z pozoru przypadkowe obserwacje prowadzą ich ku wspólnemu zagrożeniu.
Gdy większość mieszkańców zapada w nienaturalny, kamienny sen, tylko nieliczni zachowują świadomość. Policyjne procedury przestają mieć znaczenie, a broń okazuje się bezradna wobec przeciwnika nie z tej ziemi. W odciętym od świata miasteczku rozpoczyna się nierówna walka, której finału nikt nie potrafi przewidzieć.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 438
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tak, jak poprzednio – powieść dedykuję przede wszystkim mojej żonie Annie, bez której optymizmu i wsparcia książka ta być może tak szybko nie ujrzałaby światła dziennego. To jest ważne tym bardziej, że świetnie zdaję sobie sprawę z tego, iż Moja Druga Połowa woli pisane przez nas wspólnie książki dla dzieci niż moje horrory i fantastykę. Naprawdę wspaniale mieć obok siebie tak bliską osobę.
Po prostu lubił patrzeć na pociągi: pociągi w ruchu, pociągi stojące na dworcu lub przed semaforem, manewrujące lokomotywy, naprawcze drezyny – dosłownie na wszystko, co poruszało się po torach. Wychowawczyni z domu dziecka przepowiadała mu, że gdy dorośnie, będzie pracował na kolei. Mówiła często: „nasz Marek będzie kolejarzem, zobaczycie”. Nie odżegnywał się od tego, choć oglądanie składów było dla niego chyba nawet większą atrakcją niż sama jazda w wagonie. No, może gdyby prowadził lokomotywę – to mogłoby być coś! Wiedział, że niedaleko, w Olsztynie i w Kętrzynie, jest jakieś technikum kolejowe, ale czy uda mu się tam dostać?… Tak, jak prawie każdemu w jego domu dziecka, nauka szła mu kiepsko.
Chyba najbardziej lubił obserwować pociągi nocą albo przynajmniej kiedy było ciemno, bo w odróżnieniu od wielu koleżanek i kolegów on nocami się z bidula nie wymykał. Bał się. Ale teraz, pod koniec października, około dziewiętnastej panował już mrok. Światła w oknach wagonów wyglądały po prostu magicznie zatopione w ciemnej, niewyraźnej, tajemniczej bryle. I te penetrujące śmiało przestrzeń z przodu trzy reflektory lokomotywy!… Gapił się na to zawsze z otwartą buzią.
Marek czekał właśnie na przejazd składu z Mrągowa do Olsztyna. Na miejsce obserwacji wybrał sobie niestrzeżony przejazd kolejowy niedaleko bramy do fabryki mebli. Dochodziła tam wyasfaltowana na całej długości ulica Ostre Koło, która tuż za podwójną wstęgą szyn zamieniała się w piaszczystą drogę bez nazwy, prowadzącą w stronę wzgórza nazywanego przez wszystkich mieszkańców Gniezdna imieniem Sasza. Po prawej stronie przed rogatkami ciągnął się teren fabryki, a po lewej był parking. Ostatnie latarnie uliczne rozjaśniały tu ciemność. Jakieś dwadzieścia metrów dalej wiły się tory. Zaraz za parkingiem rosło kilka liściastych drzew, w cieniu których, w zupełnej ciemności, chłopak mógł się schronić i w spokoju patrzeć na pociągi, myśleć, marzyć… Nie chciał stać w widocznym miejscu. Ochroniarz pilnujący bramy do fabryki mógłby go na przykład zapytać, co tu robi i… w ogóle… I co wtedy miałby odpowiedzieć? Nie zrozumie tych obaw nikt, mający więcej niż jedenaście lat.
Zadrżał z zimna i wyżej zaciągnął suwak starej i trochę za małej, siwej kurtki. Stał tu od ponad dwudziestu minut, a tego wieczoru było naprawdę chłodno. Po raz kolejny w niecierpliwym oczekiwaniu spojrzał w prawo – w stronę Mrągowa. I od razu usłyszał początkowo cichy, potem powoli narastający odgłos nadjeżdżającego pociągu. Chwilę potem zobaczył jego trzy białe światła przednie i delikatną łunę powstałą od blasku z okien wagonów. Po chwili rozpoznał ciągnącą skład lokomotywę spalinową (ten odcinek nie był zelektryfikowany i dlatego pojawiały się tu tylko lokomotywy spalinowe, a raz, ponad rok temu, Marek widział tu nawet prawdziwy parowóz!). Nie wiedział, jaki to model, nie znał się na tym. Zresztą ta wiedza chyba nie była mu nawet w tych jego obserwacjach potrzebna. Dostrzegał nieraz jakieś oznaczenia, zwykle jedna lub dwie litery i kilka cyfr, ale nigdy ich nie mógł zapamiętać. Nadjeżdżająca teraz maszyna nie była na tej trasie niczym wyjątkowym. Jej przód stanowiła długa obudowa silnika, za nią, w tylnej części pojazdu, znajdowała się trochę wystająca na boki kabina załogi. Zupełnie jakby w tradycyjnym parowozie ktoś zastąpił kocioł parowy kanciastą osłoną potężnego, spalinowego motoru. Choć było bardzo ciemno i nie mógł tego dostrzec, Marek wiedział, że zbliżająca się lokomotywa jest zielona. Z rzadka jedynie widywał tu inne modele. Tamte były podobne do elektrowozów – z tyłu i z przodu miały identyczne kabiny, a pomiędzy nimi silnik.
Hałasując wspaniale, pociąg przejechał obok Marka. Nie był zbyt rozpędzony i zaczynał jeszcze bardziej zwalniać – stacja była niecałe pięćset metrów stąd. Za lokomotywą jechały jedynie trzy wagony (i tak dużo – ostatnio o tej porze lokomotywa ciągnęła zwykle tylko dwa), a w oknach Marek naliczył najwyżej dziesięciu pasażerów. „Dokąd jadą?”, „Czy wracają do domu?”, „Czy ktoś na nich czeka?”, „Czy są zmęczeni podróżą i czy chce im się spać?” – zawsze zadawał sobie podobne pytania i długo fantazjował, próbując na nie odpowiedzieć.
Tym razem jednak wszystko potoczyło się inaczej. Najpierw zdziwiła go nagła, wszechobecna i właściwie zupełna cisza. Wiedział wprawdzie, że pociąg już zdążył się zatrzymać i domyślał się, że być może wyłączono silnik w lokomotywie na czas postoju. Ale poza tym nie było słychać nic. Zupełnie NIC! Ani szumu wiatru, ani odgłosów przejeżdżających przez centrum miasta samochodów, ani nocnych ptaków, ani szelestu liści – nic. Poczuł narastający, niewytłumaczalny niepokój i, nie mając pojęcia dlaczego, zdał sobie sprawę, że znów musi odwrócić głowę w prawo i spojrzeć w stronę Mrągowa. Zrobił to z trudem. Czuł się naprawdę dziwnie, jak sparaliżowany, na pewno nie byłby w stanie ruszyć się z miejsca i zrobić choćby jednego kroku przed siebie. Serce waliło mu jak młot w kuźni. Ten strach był całkowicie irracjonalny.
Od strony Mrągowa jechał jakiś kolejny pojazd szynowy. Chyba. Nie widać było ani trzech białych świateł, ani nawet dwóch, jak w niektórych drezynach. Przemieszczał się w absolutnej ciszy. Wyglądał jak… hmmm… jak świetlista biało-żółta kula, niewiele mniejsza niż wagon kolejowy. To była jakby łuna światła, wewnątrz której dostrzec dało się trochę ciemniejszy, ale również świecący, niewyraźny, obły kształt, niby gruby dysk. Poruszało się to dokładnie po torach, drogą, którą niedawno przyjechał pociąg, i z podobną do niego prędkością. Może nawet trochę wolniej. Kiedy znalazło się jakieś dwieście metrów od Marka, zauważył, że nie dotyka torów, ale unosi się jakiś metr, no może nawet półtora metra, nad nimi. Dokładnie tak! To „coś” unosiło się nad ziemią! Kula przeleciała pomiędzy kilkoma brzózkami okalającymi torowisko. Nadal zmierzała ku przejazdowi, czyli także w stronę chłopaka. Poczuł, że włosy powoli stają mu dęba ze strachu. Dosłownie musnął skórę jego głowy zimny powiew wiatru. Chyba już kilka chwil wcześniej zdecydował, aby stamtąd pryskać, ale po prostu nie mógł się ruszyć. Z drugiej strony, mimo strachu, gdzieś w głębi duszy rozpaczliwie wmawiał sobie, że to, co widzi, jest jakimś nieznanym mu, ultranowoczesnym tworem techniki kolejowej. Jakimś „kosmicznym pociągiem wojskowym” czy czymś takim… To „coś” zatrzymało się nagle jakieś sześćdziesiąt metrów od niego. Po prostu stanęło w miejscu w ułamku sekundy.
Teraz widać było, że kształt kuli nadaje obiektowi łuna światła płynąca z grubego dysku – coś jakby połączone ze sobą górnymi ściankami dwa głębokie talerze zrobione z złotożółtego, chyba matowego metalu. Dziwny pojazd drgnął, jakby był przymocowany do niewidocznej ogromnej sprężyny i ktoś „pyknął” go palcem, a potem, nadal nie wydając żadnego dźwięku, wyprysnął ukośnie w górę, pod kątem czterdziestu pięciu stopni do wstęgi torów. Prędkość, z jaką się poruszał, była wprost niesamowita. W tym ukośnym pędzie w górę obiekt zatrzymał się nagle, dosłownie w ułamku sekundy stanął nieruchomo w miejscu, po przeleceniu około czterystu metrów – mniej więcej nad stojącymi trochę na pustkowiu zabudowaniami gospodarczymi, które w ciemności wieczoru były tylko czarnymi dużymi, kanciastymi bryłami. Marek wiedział od kolegów, że mieszkają tam państwo Cieczko – dwoje bardzo starych ludzi i ich syn, około czterdziestki. Zdaniem Marka był to bardzo dziwny dorosły – niby potężny facet, ale miał wielką głowę, śmieszną twarz i chyba był nieśmiały, bo mówił niedużo. Koledzy kiedyś straszyli „Cieczkiem” młodszych w bidulu, ale Marek nigdy nie wierzył, że ten osobnik mógłby komuś zrobić coś złego. Niektórzy mówili o nim, że „jest niedorozwinięty”.
Chłopak, jak urzeczony i jednocześnie maksymalnie przerażony, wpatrywał się w świecący, wiszący nad domem Cieczków „gruby dysk”. Teraz wydawał się on nawet odrobinę większy, niż gdy wisiał blisko nad torami, nieopodal jego kryjówki. Naprawdę, jakby odrobinę urósł. Dzieciak poczuł, że ze środka tego czegoś ktoś mu się przygląda (a może nawet kilku „ktosiów”…). To uczucie jeszcze bardziej spotęgowało jego przerażenie. Nadal nie mógł się ruszyć z miejsca. Po kilku chwilach obiekt przemieścił się, ale dużo, dużo wolniej, nad wzgórze Sasza, minimalnie nabierając przy tym wysokości. Teraz łuny jasnego światła wokół niego nie było właściwie widać, więc wyglądał po prostu jak złocisty, błyszczący mlecznym światłem „latający talerz”.
To UFO – powiedział sam do siebie w myślach Marek, przypominając sobie wreszcie znane i brakujące słowo.
I wtedy z obiektu wystrzeliła gruba na ponad pół metra, biała, bardzo jasna smuga światła, która „trafiła w Marka”, dokładnie oświetlając miejsce, w którym chłopiec stał. Wówczas opuściła go niemoc i przerażony, krzycząc coraz głośniej, pobiegł przed siebie ulicą Ostre Koło w stronę dokładnie przeciwną do torów kolejowych. Wydawał z siebie piskliwy, przerażony, wprost nieludzki wrzask. Światło nie podążyło za nim, ale nie miał odwagi, aby obejrzeć się i sprawdzić, co dzieje się z emitującym je obiektem. Biegł co sił w nogach, wierząc, że zdoła uciec do świata, w którym wszystko – dobre czy złe – jest po prostu zwykłe, normalne.
***
Jak na początek listopada od rana było naprawdę mroźno. Aura w niedawne święto Wszystkich Świętych była, nawet mimo braku opadów śniegu, raczej zimowa niż jesienna i spodziewać się można było, że i reszta miesiąca taka będzie. Gdy chuchnął przed siebie, wytworzył mały obłoczek pary.
Bez dwóch zdań, niebawem można spodziewać się i pierwszego śniegu – pomyślał.
Fakt, że przypada mu dziś nocna zmiana, miał jedną, niezaprzeczalną zaletę: dzisiejszą noc spędzi w ciepłej dyżurce, a nie w nieogrzewanym wynajętym mieszkaniu.
– To wszystko jest absolutnie bez sensu – oznajmił sam sobie, robiąc to chyba dziś już po raz piąty. I choć podpisałby się pod tym stwierdzeniem bez wahania, nie miał zielonego pojęcia, co powinien dalej robić. Nic bowiem nie przebiegało tak, jak się tego spodziewał przed ponad czterema miesiącami, gdy wyprowadzał się z domu.
Mieszkanie na ulicy Sosnowej naraił mu Darek Nosowski. Należało bodajże do dalekich kuzynów Darka żony. Dostali je w spadku po ciotce, a że sami mieli mieszkanie sporo większe, zresztą w tym samym domu, tylko na parterze, to odziedziczoną nieruchomość postanowili najpierw trochę odremontować, a potem sprzedać. A że na remont nie było ich oczywiście stać, wpadli na pomysł, że najpierw wynajmą ją komuś, kto zgodzi się doprowadzić ją do jakiego takiego stanu w zamian za naprawdę niski czynsz. I głównie ze względu na ten symboliczny czynsz Paweł zdecydował się tam zamieszkać i wyprowadzić się z dotąd wynajmowanego pokoiku (też na Zatorzu). A co do ewentualnego remontu… Chyba od początku nie wierzył, że się za niego kiedykolwiek weźmie. Na wszystkich ścianach w mieszkaniu, poza kuchnią, był goły tynk, na podłodze w łazience – beton. Miejsce na wannę świeciło pustką, jedyna działająca umywalka znajdowała się w kuchni, a sedes wprawdzie zainstalowano, ale za spłuczkę służyło wiadro z wodą przyniesioną z kuchni. Zimną, oczywiście, bo ciepłej w kranie nie było. W sypialni stały tylko jedna stara kozetka i taboret, w kuchni wiekowy kredens, kiedyś biały, teraz raczej kremowy, kulawy stół i jedno stare krzesło. Był jeszcze jeden, mniejszy od sypialni, pokój, ale tu w ogóle nie wstawiono mebli, a za całe wyposażenie służyły tylko stare dechy podłogi. Firanka w sypialni straszyła brudem. Ot, i wszystko. Nawet nie chciało mu się rozpakowywać pudeł i worów z rzeczami, choć mieszkał tam już tydzień. Swoich mebli i sprzętów oczywiście do mieszkania nie wstawił. Przecież wszystko, poza ubraniami, kilkoma książkami i paroma drobiazgami, jakie zmieściły się w pudłach i torbie, zostawił tam, gdzie zostali żona i syn. Wprawdzie to mieszkanie było spore, ale z uwagi na jego stan nie miało to żadnego znaczenia.
Poprzednio, na Zatorzu, konkretnie na ulicy Akacjowej, miał do dyspozycji tylko pokoik z wnęką kuchenną i dostępem do wspólnej łazienki, ale za to nie brakowało mebli, były telewizor, lodówka, pralka, no i oczywiście ciepła woda. Płacił za to wprawdzie całkiem sporo, ale przynajmniej żył jak człowiek. Pewnie teraz Zajkowska, wdowa, do której należał dom, już przepalała w kotłowni, więc o marznięciu, zwłaszcza nad ranem, nie byłoby mowy. Jednak wyprowadzić się stamtąd musiał – i to nie tylko dlatego, że żona namierzyła w końcu jego kryjówkę i kilkakrotnie nękała go odwiedzinami, namawiając do powrotu. Pewnie Krzysiek jej to po pijanemu zdradził, wypierał się wprawdzie, ale przecież wszyscy wiedzieli, że po alkoholu rozwiązuje mu się język. Najgorsze jednak było to, że po aferze z Augustyniakiem i po jego nieoczekiwanej wizycie (na samą myśl o tym Paweł zarumienił się ze wstydu) wiadomo było, że nie może się tam już czuć bezpiecznie. Tak, trzeba nazwać to po imieniu: odejście od Magdy skutkowało jego zwykłym „zlumpieniem” i w żadnym wypadku nie było rozpoczęciem nowego życia, jak wcześniej planował. A przy tym po prostu nie potrafił poradzić sobie z tęsknotą za synkiem.
Pod stopami chlupnęło nagle, gdy zamyślony wdepnął w kałużę. Na dziś rano czyszczonych służbowych butach, zwłaszcza na prawym, pozostały plamy z błota. Zaklął bezgłośnie pod nosem. Był już na ulicy Sienkiewicza, do komendy miał najwyżej pięć minut drogi, a do planowego rozpoczęcia służby została jeszcze ponad godzina. Wiedział, że wyszedł z domu dużo za wcześnie, ale po prostu nie mógł już wysiedzieć w tej ponurej norze. Wmówił więc sobie, że trochę pospaceruje przed pracą, że taki wieczorny spacer dobrze mu zrobi. No i oczywiście, jak każdego z poprzednich dni, liczył, że przypadkiem spotka gdzieś Małgosię… Prawdopodobieństwo takiego spotkania akurat minimalnie wzrosło, ponieważ właśnie przechodził koło jej bloku. W oknach jej mieszkania paliło się nawet światło. Zatrzymał się na chwilę i zdając sobie sprawę z bezsensu takiego zachowania, przez kilkanaście sekund gapił się w tamtą stronę. Potem, ociągając się, ruszył dalej, ale zamiast iść wprost do oddalonej o niecałe trzysta metrów komendy, skręcił na pierwszym skrzyżowaniu w lewo, w ulicę o dziwacznej nazwie Ostre Koło. Minął pokaźne, ponure w ciemności wieczoru budynki Młynów i podreptał dalej szerokim chodnikiem, dobrze oświetlonym przez uliczne latarnie. Szedł coraz wolniej. Musiał trochę powłóczyć się bez celu, aby nie przyjść do pracy za wcześnie i aby nie męczyć się wymuszoną rozmową z Wojtkiem Wcześniakiem, którego przyszło mu dziś o godzinie dwudziestej zmieniać na służbie dyżurnego Komendy Rejonowej Policji w Gniezdnie.
Paweł za Wojtkiem nie przepadał i nie był w tym w ich komendzie odosobniony. Ważniejsze było to, że Wojtek, choć nawet nie próbował go poznać, odwzajemniał tę niechęć i często to uzewnętrzniał, świadom bezkarności swojego postępowania. W każdym razie Paweł tak właśnie to postrzegał. Kochał swój wybrany z powołania zawód, ale taki rodzaj wewnętrznych animozji w służbach mundurowych był dla niego najpierw dużym zaskoczeniem, a potem nieodmiennie powodem do niesmaku.
Wcześniak miał około pięćdziesięciu lat. Chyba tyle, bo przecież Paweł nigdy go o wiek nie pytał. Nie odmładzała go na pewno całkiem poważna tusza. Wbrew znaczeniu swojego nazwiska był potężnym, mocno zbudowanym mężczyzną. No i miał wszystkie włosy nawet nie siwe, a wręcz białe, jak mleko. Co do jednego. Ta „szlachetna siwizna” jakby dodawała mu powagi we własnych oczach.
Paweł w ubiegłym miesiącu skończył dwadzieścia sześć lat, ale wszyscy mówili mu, że wygląda maksymalnie na dwadzieścia, no góra na dwadzieścia trzy. Był wysoki, ale bardzo szczupły, miał młode, chłopięce rysy twarzy. Ale to właśnie on był (już trzeci rok) podkomisarzem, a więc oficerem policji, a Wojtek, mimo już ponad dwudziestoletniego stażu pracy, dosłużył się jedynie stopnia aspiranta, czyli w stosowanym do niedawna nazewnictwie – chorążego. Od lat miał przy tym tendencje do przypisywania sobie funkcji, jakich nie pełnił, uważając, że się mu po prostu należą ze względu na „wysługę lat”. Tak mówili wszyscy w ich KRP, jeszcze zanim Paweł, przed rokiem i siedmioma miesiącami, się tu przeniósł. Zdaniem Pawła Wojtek Wcześniak był typowym przykładem kogoś, kto wiekiem i stażem („a czy to jego zasługa, że się o te prawie dwadzieścia lat wcześniej urodził?”) stara się mentalnie dopasować do swoich wygórowanych ambicji. A przecież stopień oficerski nie spadł Pawłowi z nieba i nie był to na przykład tytuł szlachecki czy kolor skóry, z którym można się po prostu urodzić. Musiał studiować, a wcześniej jeszcze się na te resortowe studia dostać. No i, co zdaniem Pawła było najważniejsze – jemu chciało kiedyś się uczyć, a Wojtkowi i wszystkim jemu podobnym, starym wiekiem aspirantom i sierżantom, raczej się nie chciało.
To były wystarczające powody, aby już na wstępie znajomości zaczęli się na siebie boczyć. Wojtek, nie zważając na to, że jest niższy stopniem, zwracał się do Pawła, faceta, którego wcale przecież nie znał, na „ty”, a Paweł nie pozostawał mu dłużny, chociaż właściwie, na upartego, Wojtek był w takim wieku, że mógłby być jego ojcem. Nie walczyli ze sobą oczywiście otwarcie, ale, przy pełnym zachowaniu kultury (przynajmniej im obu tak się wydawało), dawali sobie nawzajem, a także wszystkim innym naokoło, do zrozumienia, że nie tworzą towarzystwa wzajemnej adoracji. Prawdę mówiąc, Paweł nawet trochę wojtkowe uprzedzenia rozumiał. Mimo wszystko nie miał ochoty przyjść wcześniej do pracy, siedzieć naprzeciwko Wcześniaka w milczeniu i czekać prawie godzinę, aż ten przekaże mu służbę i pójdzie wreszcie do domu.
A zresztą, czy teraz akurat chciał myśleć właśnie o Wojtku Wcześniaku? Planował przecież podczas tego spaceru kolejne już przemyślenie zupełnie innych i naprawdę dużo poważniejszych spraw. Bo, prawdę mówiąc, wszystko mu się w życiu sypało, a on nadal nie miał pojęcia, co robić dalej. Na zastanawianie się już chyba nie było czasu. Powtarzał sobie bowiem, że zdecydował się odejść od żony, ponieważ od dawna zdawał sobie sprawę, że jej nie kocha. No i dlatego, że dowiedział się o jej zdradach… Na pewno o co najmniej jednej jej zdradzie, ale za to z Jarkiem Rondem – do niedawna jednym z najlepszych kumpli Pawła w pracy. Tak, to była prawda. Tak, to poważne powody. Odejść było tym łatwiej, że wiedząc o zdradzie – a właściwie jak tylko zaczął się czegoś domyślać – odpłacił się pięknym za nadobne i miał romans z Dobrawą.
Przyczyny rozstania były tak naprawdę inne i dlatego też o Dobrawie, ku jej kiepsko ukrywanej rozpaczy i mimo definitywnego wyprowadzenia się od żony, starał się w ogóle sobie nie przypominać. Nie zdecydowałby się przecież zostawić trzyletniego synka z Magdą, której jego zdaniem dużo brakowało do miana dorosłej i odpowiedzialnej kobiety, gdyby nie to, że jak wariat, jak nastolatek, nierozsądnie i w stu procentach egoistycznie, zakochał się w Małgosi.
Poznał ją pod koniec stycznia – chyba był to dwudziesty drugi lub dwudziesty trzeci stycznia 1992 roku. Związek zawodowy zorganizował coroczną „choinkę” dla dzieci policjantów. Udział w zabawie, a co ważniejsze przydziałowa paczka, zakupiona w połowie ze związkowych składek, a w połowie z funduszu socjalnego, należały się każdemu policyjnemu dzieciakowi w wieku od trzech do piętnastu lat. Tak oto jego Rudolf w tym roku po raz pierwszy się załapał, dzięki czemu Paweł mógł poczuć się, też chyba pierwszy raz, jak stateczny ojciec rodziny. Na miejsce spotkania związki wynajęły oczywiście stołówkę w komendzie, a paczki rozdawał wspaniale przebrany święty mikołaj. Dzieci zabawiał zespół muzyczny, który przy okazji dbał o animacje. O tym zespole przewodniczący związku Heniek Minkiel opowiadał już na dwa tygodnie przed imprezą. Traktował bowiem za swój organizatorski sukces fakt, że za bardzo skromną związkową kasę (Paweł nie miał nawet pojęcia, o jaką kwotę chodzi, ale zdawał sobie sprawę, że o zdecydowanie mniejszą, niż jakikolwiek chałturnik zarobiłby na chrzcinach czy komunii) załatwił kwartet składający się z gitarzysty, perkusisty, klawiszowca-wokalisty i wokalistki – i to na całe pięć godzin zabawy. Nie miało znaczenia to, że wszyscy muzycy byli osiemnastolatkami, których niebawem czekała matura. Liczyło się to, że impreza przygotowana była z dużym rozmachem.
Paweł przyjechał na „choinkę” z Rudolfem sam, bez Magdy. Nie pamiętał już szczegółów, ale stało się tak dlatego, że na dwie godziny przed planowanym wspólnym wyjazdem jego żona kolejny raz, praktycznie bez powodu, rozpętała aferę. To była naprawdę potężna awantura. Wiedziała, że on nie odmówi dziecku przyjemności i zabierze małego na imprezę. Gdy maksymalnie zdenerwowany odjechał, ona została w domu. Teraz był pewny, że zrobiła to po to, by za chwilę zajrzeć do mieszkania Jarka Rondy, który od tygodnia wynajmował pokój piętro nad nimi… Zresztą, jak się okazało, córeczka Jarka, która była dokładnie w wieku Rudolfa, też znalazła się na tej „choince”. Przywiozła ją mama, z którą ich nowy sąsiad był od dwóch miesięcy w separacji.
„Choinka” nie zapowiadała się dobrze. Paweł nie wiedział, jak poradzi sobie z fatalnym nastrojem po kłótni. Ale obiecał sobie, że stanie na głowie, aby przynajmniej synek dobrze się bawił. I tak się stało. A i jemu samemu, całkiem nieoczekiwanie, bardzo się tam podobało. I jeśli się nie zakochał już wtedy, to na pewno przeżył coś, co jego babcia nazwałaby „co najmniej zauroczeniem”.
Gdy rozbierał Rudolfa z kurteczki, szalika i rękawiczek w zaimprowizowanej w korytarzyku przed stołówką szatni, na sali trwała już zabawa. Spóźnili się trochę, bo autobus przez zimową ślizgawicę przyjechał prawie dwadzieścia minut później, niż powinien. Słychać było jakąś skoczną dziecięcą piosenkę: dźwięki wydawane przez instrumenty i śpiew dwóch młodych głosów – męskiego i kobiecego. Przed wejściem na salę Paweł, wciąż rozpamiętując niedawną awanturę, długo zastanawiał się, czy przypadkiem nie cofnąć się, nie wrócić do domu i nie spróbować skleić tego, co chyba musiało w ich związku pęknąć. Opanował się jednak. Czy to bowiem jest wina dziecka, że jego rodzicom odbija?… Już po godzinie od wejścia na stołówkę nie żałował, że został. I o niedawnej kłótni z Magdą, a także w ogóle o istnieniu Magdy całkiem zapomniał.
Zespół skończył właśnie grać piosenkę o Pięknej Królewnie, w rytm której dziatwa tańczyła w kółeczku, i wokalistka od razu zaintonowała Puszka Okruszka Natalii Kukulskiej. Maluchy zaczęły podrygiwać każde oddzielnie, niektóre biegały po prostu w kółko, inne stały przy rodzicach.
Tylko dwóch jego kolegów przyszło na „choinkę” wraz z żonami. W tym oczywiście organizator Heniek, którego syn miał już czternaście lat. Pozostałe dzieciaki były tylko z mamami, czyli kobietami, których Paweł, pracujący w komendzie w Gniezdnie w sumie od niedawna, zupełnie nie znał. No, może niektóre z nich kojarzył z widzenia, z miasta. Ojcem, który samotnie przyprowadził dziecko, był tylko on. Heniek, wypatrzywszy Pawła w wejściu, dopadł go od razu.
– Zobaczysz, jaki będzie ubaw. Ten zespół jest ekstra, mówię ci! – wykrzyczał mu w ucho, przekrzykując muzykę. Musiał rzeczywiście nieźle się bawić, bo jego oddech pachniał mieszaniną wódki i oranżady. Rudi spojrzał na kolegę taty z chwilowym zaciekawieniem, a potem pobiegł do dzieci. Po kilku sekundach rozmawiał już z dziewczynką o włosach w kolorze jasnego blondu, minimalnie wyższą i sporo grubszą od niego. – O, twój synek bawi się z córką Rondy! – Heniek, powiedziawszy to, spojrzał na Pawła w sposób, jaki po zastanowieniu wydał się młodemu policjantowi jakiś dziwny.
– To córka Jarka? A kto z nią jest? Z tego, co wiem, Jarek jest w domu. – Nie krył zdziwienia, a przy tym chciał po prostu pociągnąć Heńka za język.
– W domu? Pewnie gdzieś baluje, bęcwał jeden! – Heniek się skrzywił. – A z dzieciakiem przyjechała jego żona. Wiesz, kłócić się mogą, ale paczki dla córki nie darują. Znaczy jego Anka nie daruje. To kobitka z charakterem. O widzisz – wskazał mu dłonią wysoką, szczupłą blondynkę – to ona. Niezła, co?
Paweł nic nie odpowiedział, bo w żonie Rondy, choć obiektywnie rzecz biorąc, musiał uznać ją raczej za atrakcyjną i jakoś zupełnie do Jarka niepasującą, nie dostrzegł wówczas nic zajmującego. Sama myśl o gościu, którego do niedawna uważał za przyjaciela, a teraz poważnie podejrzewał o podchody do swojej żony, napawała go niesmakiem. Na szczęście gadatliwy Heniek Minkiel dał mu wreszcie spokój i odszedł, przywołany przez na oko osiemnastoletniego chłopaka o sympatycznym wyrazie twarzy, który okazał się potem perkusistą z zespołu. Rudi podbiegł do ojca i pociągnął go za rękaw marynarki.
– Tata, a kiedy będzie mikołaj i paczki?
– Już niedługo – Paweł odpowiadał dziecku trochę rozkojarzony. – Teraz możesz się pobawić, potańczyć. Fajnie tu?
– Taaak! – krzyknął dzieciak i aż podskoczył z radości. – Chodź, tata, zobaczysz muzyków! Wiesz, jakie mają instrumenty?! Jak wszystko opowiemy mamie, to będzie żałować, że z nami tu nie przyjechała! – wykrzyczał prawie jednym tchem i znów pociągnął ojca za mankiet. – No chooodź, zobaczysz!
Paweł dreptał powoli za synkiem i z niepokojem zauważył, że gardło mu się znów niebezpiecznie zaciska, a łzy żalu i zdenerwowania pęcznieją w kącikach oczu. Za przepierzeniem po prawej stronie, w miejscu dotąd dla Pawła niewidocznym, tuż obok nieczynnego teraz stanowiska wydawania posiłków, stały perkusja, syntezator na stelażu i dwa mikrofony. Przy perkusji nie było nikogo, przy jednym z mikrofonów leżała na podłodze gitara elektryczna. Na klawiszach grał z zapałem młodzieniec o pucołowatej twarzy z anemicznym wąsikiem pod nosem i trochę śpiewał, ale jego niezbyt męskiego głosu prawie nie było słychać. Przy drugim mikrofonie podrygiwała lekko w rytm piękna młoda brunetka, o wzroście około metra siedemdziesiąt. Miała śliczną, zdaniem Pawła, twarz i ponętną figurę podkreśloną przez przylegającą do ciała, czerwoną, trochę błyszczącą sukienkę. Głosem, który wydał się Pawłowi nie tylko melodyjny, ale i niezwykle mocny, godny profesjonalnej piosenkarki, intonowała właśnie: „…wystarczy tylko, że się poruszę, zaraz przybiega, by ze mną być…”. Jej pomalowane jaskrawoczerwoną szminką usta były pełne i zmysłowe, a duże oczy lśniły szaroniebieskim blaskiem.
Policjant w jednej chwili zapomniał o niedawnej kłótni i domowych rozterkach. Nie zauważył nawet, że stoi i po prostu przygląda się śpiewającej dziewczynie od prawie pięciu minut.
Nawet fajnie jest na tej „choince” – pomyślał i po prostu chłonął to, co było przed nim. Synek znów tańczył, ale stojąc w miejscu dwa kroki przed nim. Wokalistka na kilka sekund zawiesiła na nim, a może na jego potomku, spojrzenie, po czym skończyła śpiewać. Teraz dominującymi dźwiękami stały się dziecięcy szczebiot i tupot nóg. Do zespołu podszedł Heniek wraz z młodym perkusistą. Ciągle żywo rozmawiali. Chwilę później do grupy dołączył też młody człowiek o długich ciemnych włosach i dziwnym, trochę jakby skrzywionym wyrazie twarzy, który zaraz podniósł z podłogi gitarę. Heniek skończył rozmowę z chłopakiem i skierował się do wokalistki. Zdawać by się mogło, że mniej więcej czterdziestopięcioletni i chyba nieźle już podchmielony Minkiel próbuje adorować dziewczynę. Ona nie okazywała niezadowolenia, ale jej zniecierpliwienie udało się Pawłowi dostrzec. Z miejsca, gdzie stał, nie było słychać, o czym gadają. W pewnym momencie, gdy Heniu przestał chyba zwracać uwagę na to, co dzieje się obok niego, dziewczyna znowu, tym razem już wyraźnie i długo, popatrzyła na Pawła. Ich spojrzenia spotkały się i w końcu to Paweł pierwszy, mocno onieśmielony, spuścił wzrok. Zanim to zrobił, zauważył, że i klawiszowiec, i przede wszystkim gitarzysta zauważyli tę wymianę spojrzeń i ukradkiem zerkają na niego niezbyt życzliwie.
– Niezła ta piosenkarka, wiesz, Pawełku. – Nie zauważył, kiedy Minkiel, pewnie delikatnie przez dziewczynę spławiony, znalazł się obok niego. – Znam jej rodziców i ją od dawna, niezły towar nam rośnie. Oj… prze… przepraszam – rzekł, czkając, Heniek i odpłynął w kierunku drzwi.
Paweł, nie chcąc wyjść na kolejnego natręta, dyskretnie się ulotnił i po chwili odnalazł Rudolfa.
Kwadrans potem na salę wkroczył święty mikołaj z wielkim workiem prezentów i rozpoczęła się najważniejsza dla dzieciaków część imprezy. Jak to zwykle bywało, święty wymagał od wyczytywanych z imienia i nazwiska dzieci powiedzenia wierszyka lub na przykład odśpiewania piosenki przed wręczeniem paczki. Maluchy radziły z tym sobie różnie, zależnie od wieku i śmiałości, ale bardziej rozgadane były dziewczynki. Czasem zespół zachęcał co bardziej nieśmiałych, by nie bali się przedpaczkowej autoprezentacji.
– Popławski Rudolf. – Mikołaj wywołał wreszcie jego synka, a chłopiec, choć przed chwilą przestępował z nogi na nogę, nie mogąc doczekać się, kiedy przyjdzie jego kolej, podszedł do mężczyzny w przebraniu z wyraźną obawą. Wydawało się, że zapytany przez mikołaja o wierszyk lub piosenkę, nie zdoła wydobyć z siebie głosu.
Paweł już chciał podejść do małego i coś mu szepnąć, ale, jak się okazało, nie musiał.
– Masz na imię Rudolf, prawda? – Z drugiego mikrofonu popłynął na salę dźwięczny dziewczęcy głos. – A jak na ciebie mówi tata?
– Yyy… Rudi… – Cała sala usłyszała nieśmiałą odpowiedź chłopca.
– Bardzo ładnie. A może tata uczył cię jakiegoś wierszyka? – Młoda wokalistka podeszła do jego synka i dotknęła jego ramienia.
– T-t… taak, Lokomotywa, ale całego chyba nie pamiętam – wydukał Rudi i uśmiechnął się do dziewczyny.
– Nie szkodzi, powiedz, ile pamiętasz, a święty mikołaj na pewno da ci paczkę – obiecała.
Mikołaj, potakując w milczeniu, potwierdził słowa dziewczyny. Ośmielony chłopiec płynnie powiedział dwie i pół zwrotki wierszyka, czyli wszystko, co znał, i dumny, już dzierżąc wielki pakunek w dłoniach, pobiegł do ojca.
– Brawa dla dzielnego Rudiego – krzyknęła do mikrofonu dziewczyna i posłała im obu piękny uśmiech, a potem, Paweł był tego w stu procentach pewien, wymownie mrugnęła okiem.
Rozmawiał z nią tego dnia tylko raz. I właściwie trudno było to nazwać rozmową. Ot, krótka wymiana zdań. Gdy niecałą godzinę później przechodził koło niej, niosąc Rudolfa w ramionach (niechcący przy tym spowodował, że mały niegroźnie uderzył się głową o futrynę drzwi), dziewczyna spytała chłopca, jak się bawi. Syn coś niewyraźnie odpowiedział, a Paweł miał okazję wspomnieć o „fachowym prowadzeniu imprezy” i „wspaniałym wokalu” czy może odwrotnie – następnego dnia już nie mógł sobie przypomnieć, co pośpiesznie wydukał. Zdjął synka z ramion, a ten w mgnieniu oka gdzieś odbiegł.
– Naprawdę, podobało się? – zapytała dziewczyna, a Paweł skrzętnie odnotował, że nie zwróciła się do niego per „pan”. – No… staramy się – dodała z pięknym, szelmowskim i zapewne nie raz przez nią wypróbowanym uśmiechem.
– O tak – zapewnił żarliwie. – Nie wiedziałem, że można na zabawie dla dzieci spodziewać się takich estradowych fachowców. – I on się uśmiechnął.
– A, dziękuję w imieniu zespołu.
– Tata, a wujek Andrzej mówi, że już teraz jedzie i podwiozą nas do domu. – Rudolf dopchał się znów do ojca. Był już nawet w kurtce i w szaliku. Pozostało mu tylko zmienić buty i w drogę.
Andrzej Woncierz z żoną i córką jechali do Kolna, a więc przez Gęsię, i obiecali ich podwieźć. Zawsze to lepiej, niż leźć z dzieckiem na dworzec i czekać na niepewny w taką pogodę autobus.
– No, niestety… – Zrobił trochę smutną minę. – Zatem, mam nadzieję, do widzenia.
– Szkoda. A więc cześć… To jest… Do widzenia – powiedziała dziewczyna i uśmiechnęła się trochę, niby zakłopotana swoją bezpośredniością.
Ot i cała rozmowa. Czuł, że zrobił na niej dobre wrażenie, ale od tego do poznania się, do być może… hm… no jakiejś ciekawszej znajomości może prowadzić długa droga. Jeśli w ogóle kiedyś mieliby się jeszcze spotkać. Nie myślał na razie o niezakończonej przecież dotąd kłótni z Magdą. Miał zastanowić się nad tym później, w drodze do domu.
Spotkali się dopiero po dwóch miesiącach. Przypadkiem. W słoneczny marcowy dzień, w którym wszystko pachniało nadchodzącą wielkimi krokami wiosną. Wtedy akurat, pierwszy raz, odkąd Paweł mieszkał w tych stronach, przyjechała do niego w odwiedziny siostra.
Ze wspomnień wyrwał Pawła jakiś wrzask, zdaje się dziecięcy. Dochodził z przeciwka. Gdy krzyk nagle umilkł, dał się słyszeć tupot nóg. Od razu dostrzegł dziesięcio-, najwyżej dwunastoletniego chłopca biegnącego ku niemu od strony fabryki mebli. Pomyślał, że to pewnie jakieś dziecięce wygłupy. W zachowaniu biegnącego dzieciaka nie było nic niezwykłego, ale wcześniej, słysząc krzyk, Paweł był prawie pewien, że coś się stało.
– Hej, co jest? Stój! – zawołał, gdy ten przebiegał koło niego, ale on nie odpowiedział.
Zwolnił tylko, spojrzał na mężczyznę z jakimś dzikim wyrazem twarzy, machnął w powietrzu ręką, jakby chciał powiedzieć „nie, nic, nic” i (już trochę wolniej) pobiegł dalej, w stronę, z której Paweł nadszedł.
Zachowanie dzieciaka trochę go uspokoiło, ale za chwilę zaczął żałować, że nie dogonił chłopca i nie dowiedział się, o co chodziło. Co z ciebie za policjant? – wytknął sam sobie nie do końca poważnie, a potem, tak „na wszelki wypadek”, poszedł szybkim krokiem tam, skąd chłopak przybiegł. Doszedł aż do miejsca, gdzie kończył się asfalt, prawie do samych torów kolejowych. Rozglądał się uważnie. Wszystko wydawało się w najlepszym porządku. Na parkingu pod latarnią, naprzeciw bramy fabryki, stały raptem trzy samochody: Żuk, Polonez i stary czerwony Renault 5, wszystkie na oko całe. Wokół żywego ducha. Cisza. Postał przez chwilę, rozejrzał się raz jeszcze. W oddali, za wzgórzem Sasza, chyba błysnęło się na niebie. Czekał na grzmot, ale kiedy ten nie nastąpił, uznał, że burza musi być naprawdę daleko, a błyski widać tylko dlatego, że jest ciemno. Przypomniał sobie, jak w maju, z tym że za dnia, raz spacerował tędy z Małgosią, jaki był wtedy szczęśliwy, gdy pozwoliła mu otulić się jego marynarką…
Po swojej prawej stronie, za bramą fabryki, kątem oka zarejestrował ruch. Ciemno ubrany, niewysoki mężczyzna powoli zmierzał w kierunku budki przy bramie. Ochroniarz.
– Halo! – niezbyt głośno zaczepił go i podszedł bliżej, pokazując swoją legitymację służbową, kiedy tylko znalazł się w plamie światła pobliskiej latarni. – Policja, dobry wieczór. Nie widział pan nic niezwykłego? Przed chwilą słyszałem tu jakieś krzyki.
Zagadnięty facet spojrzał na legitymację jedynie przez ułamek sekundy. Z bliska widać było jego siwe włosy, pokaźne wąsy w tym samym kolorze i długi, jakby haczykowaty nos. Miał na oko około sześćdziesiątki. Nie miał czapki, a dość rozczochrane włosy tworzyły mu na głowie niewielki „czub”. W ręku trzymał latarkę. Nie była włączona.
– N… nieee… – odpowiedział powoli, jakby się nad czymś zastanawiając. – Tu nic nie słyszałem. Robiłem obchód ogrodzenia od strony torów. – Potarł mimowolnie dłonią po nieogolonym podbródku.
– W porządku, pytam tak na wszelki wypadek. No to dobranoc. – Paweł, czując, że „zrobił swoje”, stracił ochotę na dalszą rozmowę ze stróżem.
– Ale zaraz… Wie pan, krzyków nie słyszałem, ale… bo to, wie pan, dziwne… – mężczyzna wyraźnie chciał coś powiedzieć, ale nie był jednocześnie pewien, czy warto to zrobić – …ale robiłem obchód, bo wydawało mi się, że zaraz za ogrodzeniem się pali. Znaczy, że ogień… No bo błyszczało coś, jak duże ognisko… A jak już tam doszłem, to nie było żadnego ognia, światła. Nic. Dziwne, co?
– No, faktycznie dziwne… – Paweł odpowiedział trochę rozkojarzony. Jego myśli bowiem znów zaczęły błądzić zupełnie gdzie indziej. – I żadnych śladów, spalenizny, nic? – zapytał ochroniarza tylko z grzeczności, aby ten nie domyślił się, że jego „rewelacje” średnio już policjanta interesują.
– Ba, na pewno mi się nie przywidziało. Może tam łaził ktoś z latarką albo co?… Będę się tam na wszelki wypadek kręcił. – Mężczyzna z pewnością chciał pokazać Pawłowi, że jest z niego prawdziwy ideał nocnego stróża.
– Dobry pomysł! – pochwalił go funkcjonariusz. – No to spokojnej służby, czołem! – pożegnał się w swoim mniemaniu „dziarsko” i odszedł czym prędzej, aby nie dać się staremu wciągnąć w rozmowę.
Słyszał, jak tamten bąknął mu coś w odpowiedzi, a potem jak gadał coś do siebie, odchodząc od bramy.
– Pewnie jest niepocieszony, że stracił słuchacza – stwierdził Paweł i idąc z powrotem w stronę komendy, powrócił do swoich wspomnień, marzeń i rozterek.
***
Mariusz Hofandat pewnie już pod sklep nie wróci. Bełkotał wprawdzie, że tylko wpadnie do chaty, sprawdzi, czy Sławek, jego brat, nie zeżarł mu zrobionych im wczoraj przez ciotkę kopytek, i znów tu przyjdzie. Ale po pierwsze Mariusz był po dwóch jabolach, po drugie – pewnie, jak to ma w zwyczaju, pierdyknął sobie jeszcze butelkę jakichś kropli, no i dlatego mocno chwiał się na nogach. A gdy młodszy Hofandat tak się chwieje, to jak nic zaraz mu się film urwie, na przykład w domu, gdy przysiądzie na wyrku. Taki już ten pokurcz był, Antek znał go od dziecka. Antek Wiśniewski znał obu braci Hofandatów, troje rodzeństwa Kaczorków, obu szalonych braci Mickich, Baśkę Marzanek, Bosmana, starego Nycza, nazywanego przez wszystkich znajomych Zorro, obu Szpadeli, a zwłaszcza starszego, który teraz znów odsiadywał za jakiś rozbój w Barczewie, Siemaszkę, Szponka (którego nikt w mieście nie widział już od trzech miesięcy, bo podobno pojechał do ciotki do Belgii, ale nikt nie miał pojęcia, skąd ten czub miał kasę na taką podróż), Niedźwiadka i ponad tuzin pozostałych meneli z Gniezdna. A oni oczywiście znali jego i wiedzieli, że kiedy Antek „wchodzi na orbitę”, niechybnie ktoś zaraz poczuje jego piąchę.
Ulubionym miejscem rezydowania Antka były okolice pawilonu spożywczego przy ulicy Sienkiewicza. Czasem stał przy jego tylnych drzwiach, czasem i od frontu, ale zwykle schowany za takim sporym krzaczkiem jałowca, teraz skąpanym w zupełnej ciemności. Wprawdzie do psiarni było stąd najwyżej trzysta pięćdziesiąt metrów, ale to nic. Gliniarze przejeżdżali obok często, ale podsklepowych rezydentów praktycznie nie niepokoili, zwłaszcza gdy nikt się na nich nie skarżył. Albo gdy któryś z rezydentów nie dostał nagle małpiego rozumu i popisując się odwagą, nie wydarł się w stronę przejeżdżającej suki. Pały wiedziały przecież, czego po nich się można spodziewać, a zamykać chłopaków w kółko do wytrzeźwienia pewnie im się nie chciało. Przed chwilą na przykład ulicą przeszedł jeden gliniarz po cywilu. Taki młody, chudy. Wiedzieli, że dyżurny. Pewnie szedł na nocną służbę. Antek znał go, nawet raz zebrał od niego mały „omłot” przed kolejną swoją wizytą w areszcie do wytrzeźwienia. Ale teraz mundurowy nawet w stronę sklepu spożywczego nie spojrzał. I pewnie wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że Antkowi skończyło się wino, a drobne w kieszeni niestety też. O kupnie w spożywczaku „na zeszyt” od lat nie mógł już nawet pomarzyć. Ale spoko, poczeka trochę. Nic lepszego do roboty przecież nie ma. A może coś jeszcze uda się zmontować?
Zapatrzył się przez szybę w rozświetlone wnętrze sklepu. Patrzył tęsknie nie tylko na stojące na półkach w kącie gorzały i jabole. Patrzył z tęsknotą w ogóle na ciepłe pomieszczenie. On tu stoi i dygoce, a tam w środku pewnie cieplutko jak pod pierzyną. Klientów żadnych, tylko dwie sprzedawczynie stoją obok siebie za ladą i gadają. Ale nie ma co próbować – z tą młodszą, grubą, czasem można było nawet pogadać, ale ta starsza, siwa, to zołza. „Nie kupujesz, to już, do widzenia!” – zwykła mu mówić w takich przypadkach, a jak nie usłuchał, to ona od razu myk na zaplecze i dzwoni po psy. Niebiescy do niej przyjeżdżali zawsze i szybko. W końcu była siostrą żony tego jąkały Miszkiewicza, dzielnicowego.
Odwrócił się w stronę ulicy, wsadził ręce w kieszenie spodni. Patrzył bez celu na plamę światła na pustym chodniku i fragmencie jezdni. Potem, sam nie wiedząc dlaczego, spojrzał w górę, nad najbliższy, stojący po drugiej stronie ulicy, blok numer sześć. Z wrażenia całkowicie znieruchomiał. Opuścił bezwiednie obie ręce wzdłuż tułowia, a jego usta otwarły się, by zostać w tym wyrazie na co najmniej najbliższe pięć minut. Po prostu stał i próbował dojść do ładu z tym, co widzi i czego jednocześnie wcale nie rozumie.
***
Budynek, w którym mieściła się Komenda Rejonowa Policji w Gniezdnie, miał ponad siedemdziesiąt lat. Przed II wojną światową, a także przez jej pierwsze trzy lata, była tam siedziba Gestapo i policji. Później, w nowo odrodzonej na Ziemiach Odzyskanych ojczyźnie rezydowała tam Milicja Obywatelska, wspólnie najpierw z Urzędem Bezpieczeństwa, a potem ze Służbą Bezpieczeństwa. Zmiany, jakie nastąpiły w 1989 roku, nie wpłynęły na przeznaczenie siedziby „organów bezpieczeństwa i porządku publicznego”. Ponure gmaszysko z czerwonej cegły, całkiem okazałe jak na miasteczko, w którym mieszka niewiele ponad dwanaście tysięcy ludzi, było typowym przykładem przedwojennej niemieckiej budowli. Miało dwa piętra, a nad nimi dodatkowo, pod dwuspadowym dachem z kilkoma wykuszami, urządzony w całości strych, którego trzy czwarte powierzchni zajmowało archiwum, a resztę – magazyn broni i innego policyjnego sprzętu. Jeszcze dwa miesiące temu na ostatnim piętrze mieściła się również Prokuratura Rejonowa, ale prokurator Majdaniec wraz z podwładnymi dostali od władz miasta nową, świeżo wyremontowaną siedzibę w dawnym Domu Partii, zaraz za budynkiem Urzędu Miejskiego. Teraz całe drugie piętro komendy i ponad połowa pierwszego należały do Wydziału Kryminalnego. Reszta pomieszczeń na pierwszym piętrze została rozdzielona na inne cele. Dwa pokoje dostała drogówka, po jednym ambulatorium, sekretariat i połączone z nim gabinety Komendanta Rejonowego Policji i jego zastępcy, był też pokoik referenta gospodarczego i kilka pomieszczeń Wydziału Prewencji, który to wydział zajmował też cały parter budynku. Na dole więc, zaraz przy głównym wejściu do lewego skrzydła gmachu, była dyżurka i połączony z nią areszt oraz pomieszczenie łączności i mały magazynek uzbrojenia. A pośrodku – pokoje Drużyny Patrolowej i pokoiki Policji Lokalnej, przejęte po rezydującym tu od czasów „komuny” Wydziale Paszportów. Końcówka prawego skrzydła, mająca oddzielne wejście od ulicy, jak i wewnętrzne wejście od tak zwanej komendy właściwej, mieściła dawną stołówkę, która obecnie była prowadzoną przez ajentkę mieszaniną baru i sklepu spożywczo-przemysłowego. Od ulicy Sienkiewicza budynek praktycznie stykał się z chodnikiem i (w połowie swojej długości) brukowanym parkingiem dla interesantów. Z tyłu był spory, ogrodzony wysoką siatką plac. Wjeżdżało się na niego przez bramę od strony prostopadłej do ulicy Sienkiewicza Alei Kwiatowej. To tu usytuowano policyjne garaże i parkingi, własną stację paliw, kanał do prowadzenia drobnych napraw pojazdów i zadaszone, murowane kojce. Mieszkały w nich dwa policyjne psy. Okien wszystkich pomieszczeń na parterze, jak i niektórych pokojów na wyższych kondygnacjach, strzegły solidne kraty. Z zewnątrz, a tym bardziej od środka, komenda była miejscem smutnym i przygnębiającym.
Aby tam wejść, każdy interesant musiał po sforsowaniu ciężkich drzwi wspiąć się na wysoki parter po krótkich, ale szerokich wewnętrznych schodach. Nie mógł jednak po prostu iść dalej, bo dwuskrzydłowych, częściowo przeszklonych drzwi na korytarz strzegł obsługiwany zdalnie z dyżurki zamek z elektromagnesem. Zgłaszający naruszenie prawa obywatel musiał więc skręcić w lewo i podejść do małego okienka z odsuwaną szybką, częściowo zabezpieczonego kratą. Aby rozmawiać z ledwie widocznym przez okienko dyżurnym, tenże obywatel (jeżeli nie był dzieckiem lub karłem) zmuszony był solidnie się pochylić lub prawie przykucnąć, bo okienko było umieszczone na wysokości około stu trzydziestu centymetrów nad podłogą. Jeśli dyżurny był akurat zajęty, pozostawało obywatelowi przysiąść w niedużej poczekalni po prawej stronie od schodów. Stały tam stolik, dwa krzesła i dwa spore, ale niemiłosiernie stare i sfatygowane fotele. Meble pojawiły się dwa miesiące temu – na polecenie Komendy Wojewódzkiej, ale to pozbawione drzwi pomieszczenie i tak nie należało do przytulnych. Zwłaszcza jesienią i zimą, ponieważ nie było ono w żaden sposób ogrzewane.
Nad schodami i w poczekalni zamontowany był mikrofon. Teoretycznie był on tam po to, aby dyżurny słyszał wszystko, co chce mu przekazać interesant, i aby mógł kontrolować to, co się tam dzieje. Jednak każdy z dyżurnych traktował to urządzenie jako rodzaj alarmu i jednocześnie nietypowy dzwonek. Niemiłosierny skrzyp otwieranych drzwi wejściowych (zwłaszcza gdy mikrofon, którego głośność dyżurny mógł regulować, był nastawiony „na maksa”) dawał zawsze znać o nadejściu interesanta-intruza i to nieważne, jak daleko od wejścia ten pełniący służbę funkcjonariusz się znajdował. Aspirant Wojciech Wcześniak szczególnie dbał o swój komfort pracy i swoje bezpieczeństwo i zawsze mikrofon maksymalnie rozkręcał. W nocy zabezpieczał się też na inne, niekoniecznie podobające się przełożonym sposoby. Przecież gdy patrol wyruszy w miasto, pełniący służbę w dziewięćdziesięciu procentach przypadków bez pomocnika dyżurny pozostawał w komendzie zupełnie sam. A przy tym odpowiadał za areszt, w którym nieraz zamknięty był jeden czy nawet kilku zatrzymanych.
Tym razem nie była to nocna służba, ale przecież zmrok zapadał wcześnie, a więc Wcześniak, na wszelki wypadek, po raz kolejny sprawdził, czy mikrofon jest właściwie ustawiony. Właśnie skończył rozpisywać książki, aby przygotować się do przekazania służby. Był pedantem, więc księgi otwarte na świeżo wypełnionych zapisami o zakończeniu służby, jej wynikach, zaistniałych wydarzeniach, o stanie broni i wyposażenia alarmowego oraz aresztu stronach leżały równiutko, jedna na drugiej, pośrodku biurka. Było ono jednocześnie stanowiskiem dowodzenia z wmontowaną centralą telefoniczną i radiostacją. Obok biurka, niedaleko okienka, stała druga łącznica telefoniczna (stara, typu 5B) i pojedynczy aparat telefoniczny bez cyferblatu, odbierający wyłącznie połączenia przychodzące na bezpłatny numer alarmowy 997. Nieopodal stały też dwa czarno-białe monitory telewizji przemysłowej, pokazujące na bieżąco, co dzieje się na zapleczu komendy. Teraz, gdy na dworze było już zupełnie ciemno, mimo zapalonych czterech latarni, obraz stawał się całkowicie nieczytelny.
Wojciech rozparł się wygodnie w obrotowym fotelu przy biurku. Mebel niebezpiecznie jęknął pod jego ciężarem, gdy policjant mocniej przylgnął plecami do oparcia i wyprostował nogi. To była jego pierwsza dzienna służba w grafikowym cyklu. Od lutego dyżurni pracowali nowym systemem. Służby wprawdzie nadal trwały po dwanaście godzin, ale najpierw były to dwie służby dzienne z rzędu, od ósmej rano do dwudziestej, a potem dwie „nocki”, też jedna po drugiej, od dwudziestej do rana. No i później prawie cztery doby wolnego, a to ostatnie jemu, wielkiemu domatorowi, podobało się najbardziej. Miał akurat za sobą pierwszą służbę po długim wolnym, więc w sumie nie powinien czuć się szczególnie zmęczony. Ale milej niż na służbie będzie wreszcie normalnie sobie w domu do rana pomieszkać. Na zegarze wiszącym na ścianie naprzeciwko była godzina 19:46 – zostało czternaście minut do końca dyżuru. Od domu dzieliło go najwyżej pięć minut marszu, i to wolnym krokiem. A Tosia, jego żona, pewnie już pichci kolację. Lada sekunda wejdzie do budynku jego zmiennik, podkomisarz Paweł Popławski. „Pawełek-oficerek” – tak w głębi duszy go nazywał. Często też (również w myślach) określał dużo młodszego wiekiem, a jednak starszego stopniem nowego kolegę po prostu „gówniarzem”.
Paweł przeniósł się tu z Gdańska w marcu ubiegłego roku. Podobno miał żonę z tych stron. Najpierw pracował w Wydziale Kryminalnym, a od kwietnia, gdy ogólna reorganizacja zmniejszyła o prawie jedną czwartą liczbę etatów, z tego będącego w służbie niecałe siedem lat młodzika zrobiono dyżurnego KRP. Ale Wojtek już swoje wiedział. Reorganizacja reorganizacją, ale gdyby nowy dobrze sobie w dochodzeniówce radził, to by tak nagle na dyżurce nie wylądował. Wprawdzie mówiło się, że zupełnie nie znając terenu i ludzi, w niespełna dwa tygodnie po przeniesieniu się tu z wybrzeża nawet szybko zakończył głośną sprawę pobicia dwóch wojskowych przez trzech miejscowych zabijaków. Podczas dochodzenia w niewiadomy sposób przekonał ponoć zastraszonych świadków do złożenia zeznań, dzięki czemu wszyscy trzej rozrabiacze od razu dostali areszt tymczasowy. Ale pewnie po prostu dzieciak miał szczęście. A inne prowadzone sprawy musiał położyć, jeśli w Kryminalnym postanowili dać mu kopa. Teraz gówniarz robił dobrą minę do złej gry i dumnie obnosił po dyżurce swój szpanerski, oficerski mundur, który wisiał jak namiot na tych chudych ramionach. Przy nim nawet wymizerowany Robert Bożek z Policji Lokalnej to kawał chłopa. Taaak, Popławski Herkulesem nie był na pewno. Ponadto, mimo że stuknęło mu dwadzieścia sześć czy tam dwadzieścia siedem lat, miał twarz co najwyżej dziewiętnastoletniego wyrostka. I to ma być „pan oficer”?! Gówniarz odszedł w czerwcu od żony i synka, mieszkał gdzieś w wynajętym pokoju czy mieszkaniu i na dodatek wszyscy gadali, że ugania się za osiemnastolatką, córką Kazia Gregora, mieszkającego w tej samej co Wojtek klatce schodowej. Skandal, cholewka, i tyle!
Drzwi wejściowe skrzypnęły niemiłosiernie i Wcześniak skręcił trochę maksymalnie dotąd nastawiony mikrofon. Jego zmiennik właśnie wszedł do komendy. Jak zwykle miał na sobie swój dość długi, ciemnobrązowy płaszcz, w którym oczywiście postawił kołnierz. To dzięki takiemu stylowi ubierania się zaraz po przeniesieniu się do Gniezdna zyskał w Wydziale Kryminalnym pseudonim „Colombo”. Przechodząc koło okienka, Popławski spojrzał w nie przez chwilkę i machnął Wcześniakowi dłonią na powitanie. Dyżurny celowo odczekał jakieś trzy sekundy, zanim uruchomił elektromagnes w drzwiach, żeby wpuścić zmiennika. Oficerek wydawał się tym wcale niezrażony. Wszedł na dyżurkę, jednocześnie rozpinając cywilny płaszcz, pod którym miał kompletny mundur, oczywiście poza czapką.
– Dobry wieczór, Wojtek – przywitał się młody, na co Wcześniak odburknął coś niezrozumiałego, krzywiąc się przy tym pod siwym wąsem. Wiedząc jednak, że sam wywołał kiedyś tę historię z poufałością, darował sobie komentarz.
Paweł początkowo nie kontynuował rozmowy. Powiesił płaszcz na wieszaku naprzeciwko szafy z bronią, wziął ze znanego tylko dyżurnym miejsca klucz od tej szafy, który to klucz teoretycznie każdy z dyżurnych przez całą służbę powinien mieć przy sobie, i sam „wydał sobie” swój pistolet, dwa magazynki i dwanaście sztuk amunicji. Potem, nadal bez słowa, wziął ze sterty książek na biurku pierwszą od góry, czyli Książkę Wydawania i Przyjmowania Broni, podpisał przyjęcie służby i wypisał pobranie swojego P-64.
– I jak tam na froncie, spokojnie? Coś na biegu? – spytał, podnosząc wzrok znad dokumentów.
Aspirant nie doszukał się w wyrazie twarzy ani brzmieniu głosu zmiennika niczego złośliwego czy dwuznacznego. Co najwyżej dostrzegł w twarzy Pawła jakiś dziwny smutek, zamyślenie.
– Nie, nic się nie dzieje. Przez cały dzień miałem raptem trzy interwencje i kolizję na Wilimach, dokumenty w korespondencji. Jak na razie, cholewka, odpukać w niemalowane, żadnych zdarzeń, spokojnie. Książki masz, jak widać, rozpisane – zawsze mówił „cholewa” lub „cholewka” zamiast „cholera” i „kuchnia” zamiast „kurwa”, taki miał już zwyczaj.
– To świetnie. Zapowiada się paskudna noc, ale mam nadzieję, że i ja będę miał spokój. – Paweł uśmiechnął się blado i przystąpił do wpisywania przyjęcia służby w każdej z książek. – Czyli areszt pusty? – zapytał z wyraźną nadzieją w głosie.
– Pusty, pusty – odpowiedział Wcześniak trochę gderliwie i podreptał do magazynu broni, służącemu dyżurnym również za szatnię.
Czynność, jaką było przebieranie się w cywilne ciuchy, nie zajęła mu wiele czasu – marynarka mundurowa dawno już wisiała na wieszaku, krawat podobnie. Wojtek znany był z tego, że na dyżurce prawie zawsze było mu ciepło. Miał nadzieję, że nikt nie domyśla się, że, jak powiedział mu to jeszcze przed trzema laty lekarz, jest to jeden z objawów nadciśnienia tętniczego. Broni nie musiał zdawać, wyciągnął ją z futerału i schował wraz z amunicją do szafy już około wpół do ósmej.
– A kto jeździ w patrolu? – zapytał go Popławski przez zamknięte drzwi.
– Morszczuk i Daliga – odkrzyknął tamten i dopiął zamek dżinsów.
Usłyszał jakieś ciche stuki, a potem kroki Pawła wychodzącego z dyżurki.
Pewnie młody idzie z czajnikiem po wodę na kawę – pomyślał. Z tego, co o nim słyszał, smarkacz pił co najmniej kilka kaw w ciągu dyżuru. I to mocnych kaw. – A niech sobie nie żałuje. – Wcześniak uśmiechnął się z przekąsem do swoich myśli. Będzie gówniarz w jego wieku, to pozna, co to nadciśnienie, ale wtedy będzie już trochę za późno na zdrowy tryb życia.
Telefon zadzwonił, gdy Wojtek był już kompletnie przebrany. Popławskiego nadal nie było w okolicy, więc choć właśnie mijała dwudziesta, odebrał.
– Komenda Rejonowa Policji w Gniezdnie, słucham – wysapał do słuchawki. – Halo. Halo?!… – zawołał zniecierpliwiony, słysząc przy uchu tylko ciszę i ledwie dosłyszalny dźwięk muzyki, jakby w oddali od dzwoniącego na policję cicho grało radio. – Halo!… – ryknął jeszcze raz do słuchawki i odłożył ją głośno na widełki. – Już uaktywnił się żartowniś – poskarżył się Popławskiemu, który, niosąc przed sobą czajnik, właśnie pojawił się w drzwiach pomieszczenia.
– A co? Nikt się nie odzywał? – Albo się to Wcześniakowi zdawało, albo Pawełek był bardziej zainteresowany głuchym telefonem, niż sytuacja na to zasługiwała.
– Ano nie, cholewcia, myślał baran, że wystarczająco śmieszne będzie siedzieć i milczeć! – fuknął zirytowany. – Pewnie i ciebie teraz ponęka. – Nałożył swoją siwą kurtkę z kapturem i wyciągnął na pożegnanie rękę do zmiennika. – Spokojnej służby.
Znacznie mniejsza od dłoni Wcześniaka dłoń Popławskiego była delikatna i miękka, a uścisk jej dość słaby. Jego wzrok skierowany był gdzieś ponad Wojtka głową, jakiś mętny i jakby nieobecny.
***
Minęła właśnie dwudziesta. Wiedziała, bo od pięciu minut nie robiła praktycznie nic innego, jak tylko gapiła się na dużą, kremową już dziś tarczę starego ściennego zegara w salonie. Przerwała tę czynność raz, najwyżej na minutę, podczas której poszła do przedpokoju, gdzie na wysokiej szafce na buty stał telefon. Wykręciła numer 997. Było to jakieś dwie minuty temu. Oczywiście było trochę za wcześnie, ale przecież Paweł mógł odebrać, na pewno dotarł już do pracy. Wielokrotnie to wyliczyła i za każdym razem wychodziło jej, że Pawłowi wypada dziś pierwsza w cyklu nocna służba. Głos, który usłyszała w słuchawce, nie należał jednak do niego. To był głos sporo starszego mężczyzny. Zarumieniła się prawie na całym ciele, gdy zdała sobie sprawę, że kojarzy go i że to inny znany jej policjant, sąsiad, pan Wcześniak. Kolega jej ojca, na domiar złego. Szybko odłożyła słuchawkę, z całych sił powstrzymując się przed rzuceniem jej na widełki. Pośpiesznie wróciła do salonu i znów usiadła w ulubionym fotelu bujanym tak, aby patrzeć wprost na zegar. W domu była sama. Ojciec, matka i braciszek byli u cioci Uli, na ulicy Żeromskiego. Jak znała życie, na pewno nie wrócą przed wpół do dziesiątej wieczorem. Dlatego niczego nie ryzykowała, spacerując po mieszkaniu jedynie w króciutkiej, czarnej, jedwabnej bluzeczce na ramiączkach, której używała jako góry od pidżamy.
Oczywiście niemądrym było dzwonić do Pawła, gdy dopiero co rozpoczął służbę i prawie na pewno nie był na dyżurce sam. Jeśli już chciała trafić na moment, gdy ich w miarę niekrępująca rozmowa będzie możliwa, powinna dla porządku odczekać co najmniej do dwudziestej trzydzieści. A i to nie dawało gwarancji, że na przykład nie wydarzy się coś na tyle absorbującego, że Paweł nie znajdzie czasu na nawet najmilsze prywatne pogaduszki. Coś, co Paweł tak uroczo i męsko zarazem nazywał „urwaniem głowy”. No i przecież nie mogła na długo blokować telefonu alarmowego. Paweł musiałby przekręcić do niej z centralki. Mówił jej kilka razy, że mają tam „kilka linii wyjściowych”, cokolwiek miałoby to znaczyć, i może dzwonić stamtąd bez przeszkód. No ale do tego również potrzebny był spokój w komendzie. Zdecydowała w końcu, że poczeka z dzwonieniem do dwudziestej dwadzieścia.
Tylko po co w ogóle chciała do niego zadzwonić? […]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Nocna Służba 1992
isbn: 978-83-8423-474-7
© Piotr Janusz Chmielewski i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Maria Bickmann-Dębińska
korekta: Aleksandra Płotka
okładka: Grzegorz Araszewski
konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: sekretariat@grupazaczytani.pl
https://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
