Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
237 osób interesuje się tą książką
Był człowiekiem, który cenił sobie spokój. Ona była dziewczyną, która miała ten spokój zburzyć.
Jako członek klubu motocyklowego Night Riders, przez lata żył z dnia na dzień według własnych zasad, nie zadając pytań i nie komplikując sobie życia. Wszystko zmieniło się, gdy prezydent klubu poprosił o przysługę. Młoda dziewczyna trafia pod jego opiekę. Od tej pory wszystko się zmienia. Leo nie spodziewa się, że Lena stanie się kimś więcej niż kolejnym zadaniem.
W świecie pełnym lojalności i tajemnic oboje będą musieli zmierzyć się z demonami przeszłości.
Historia o zaufaniu i miłości, która pojawiła się tam, gdzie nikt się jej nie spodziewał.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 264
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Zmrok opanowywał już świat i to była moja ulubiona pora. Na ulicach miast i wsi życie powoli zamierało i wtedy ryk mojej maszynki, gdy pokonywałem kolejne kilometry, wprowadzał mnie prawie w stan nirwany. Uwielbiałem ten pęd powietrza, krajobrazy zmieniające się w ułamkach sekund.
Boskie uczucie! Starałem się wyjeżdżać w trasę, kiedy tylko mogłem. Tym razem wracałem z Radomia, gdzie odebrałem malutką, ale cholernie cenną paczkę z nowymi procesorami do mojego komputera. Sama myśl o kolejnym podrasowaniu sprzętu już mnie jarała.
Ostatni odcinek. Zostało mi może z trzydzieści kilometrów do domu, ale byłem już nieco zmęczony.
Zatrzymałem się na tym zapomnianym przez Boga parkingu tylko dlatego, że poluzowało mi się zapięcie buta motocyklowego, no i przy okazji chciałem zapalić. To miał być tylko moment, ale zajęło mi to trochę więcej czasu.
Zjechałem z trasy. Znałem ten parking, bo nieraz robiliśmy tu nocne drifty, a durny Ogar uczył się jeździć na tylnym kole. Mało się nie zabił dureń, ale w końcu się nauczył, skubaniec. Jako jedyny zresztą w całym klubie.
Słyszałem, że jeden z młodzików też zaczyna o tym mówić.
Ech, ta młodość... Zgasiłem silnik i nagle wokół zapadła idealna cisza. Świerszcze gdzieś napieprzały zgodnym chórem, a tak poza tym nic, spokój. Poprawiłem zapięcie buta, zapaliłem papierosa i w tym momencie usłyszałem plusk.
Nie byłem, kurwa, sam? Zsiadłem z motocykla, ciekawość pognała mnie w ciemność, tam nieco niżej znajdowało się małe jeziorko i to stamtąd dobiegło pluśnięcie.
Zakląłem szpetnie i zszedłem na dół. Nie, o nie, krew mi zawrzała.
– Tak nie będziemy się bawić. – A po chwili już wracałem na parking. – Jestem dobrym człowiekiem, chociaż łobuzem – powiedziałem na głos, wsiadając z powrotem na motocykl. Naprawdę tak myślałem, bo właśnie przed chwilą uratowałem szczeniaczka.
Gdy zszedłem na dół, ten luj pieprzony chciał malucha utopić, przyjebałem gościowi w czachę, przytopiłem nieco, żeby nie podskakiwał, a sierściucha postanowiłem wziąć do domu.
Po jaką cholerę? Nie wiem, ja chyba nawet za bardzo nie lubię zwierząt. Wsunąłem zmarzniętą i zmokniętą kulkę sierści za pazuchę kurtki. Poczułem od razu wilgoć na brzuchu i nawet się ucieszyłem, że mogłem mu oddać trochę swojego ciepła. Był tak mały, że mieścił mi się w dłoni, a łapki zwisały między palcami. Gdy zapinałem zamek, podniósł łepek do góry, a oczka, takie dwa węgielki, żywo wpatrywały się we mnie. Ciemno było, światła tyle co nic, więc nie wiedziałem nawet, co to za rasa i jaki ma kolor.
Zresztą czy to ważne? Już nie piszczał. Jego szczęście.
Jechałem do domu wolniej niż normalnie i chociaż myślałem, że co ja, kurde, odpierdzielam i na cholerę mi kłopoty w postaci jakiegoś kundla, to co chwila sprawdzałem, czy gnojek jest na miejscu. Odetchnąłem głęboko, gdy zaparkowałem na podjeździe swojego domu.
Wchodząc po trzech schodach i otwierając drzwi, czułem jego ciepło i było mi z tym jakoś dziwnie dobrze. Siedział cicho zwinięty w kulkę za pazuchą.
Stojąc w korytarzu, powoli rozpiąłem kamizelę z napisem „MC Night Riders” na plecach, a potem kurtkę.
Teraz podniósł łepek i gapił się na mnie wielkimi, czarnymi oczami. Dziwnie się czułem, gdy tak na siebie patrzyliśmy.
– I co ja teraz zrobię z tobą, mały gnojku? – spytałem retorycznie. Kurwa, przecież ja w życiu nie miałem żadnego zwierzaka. Nie znam się na tym.
Spojrzałem na zegar w fonie, dochodziła dwudziesta druga, czyli brat na bank nie spał. Połączyłem się szybko z moim bratem klubowym i jednocześnie najlepszym przyjacielem.
– Ogar, masz namiar na jakiegoś weta?
– Leo, po jakiego diabła ci weterynarz w nocy? – Ogar jak zawsze trafnie odpowiedział pytaniem na pytanie.
– Znalazłem psiaka.
– Masz psa? Już, kurwa, jadę! Duży?
– Nie wiem.
– Kupię po drodze żarcie dla niego. Zaraz będę.
No tak, to tyle, jeśli chodzi o wieczorny święty spokój.
Przechodząc do salonu, spojrzałem w lustro: wyglądałem koszmarnie. Trochę zjechany byłem po trasie.
Nigdy nie uważałem siebie za wielkiego przystojniaka, choć dziewczyny na imprezach mówiły, że jestem apetyczny jak ciastko z kremem. Ten no, brownie. Taki ciemny i mroczny.
Czy ja wiem? Wielki drab z szerokimi barami wyrobionymi na placach budów i na siłce. Podobno oczy pod ciemnymi brwiami miałem ładne. Jedna laska to przegięła, bo chcąc mi się przypodobać, mówiła, że mam takie ciepłe spojrzenie. Za cholerę, nie! Nic nie zyskała, nie zaprosiłem jej na randkę ani do łóżka. Też wymyśliła! Miałem krótkie, ciemne, wiecznie nieuczesane włosy. A zarost? O tak, chciałem zapuścić brodę, ale brakowało mi cierpliwości i wkurzony goliłem się co kilka dni. Wystarczył mi kilkudniowy zarost, bo chciałem ukryć te cholerne dołeczki. Każda babka aż miękła, jak na nie patrzyła. I tylko problemy z tego wynikały.
Rzuciłem kamizelkę i kurtkę na krzesło, małego postawiłem na środku podłogi w salonie, a sam usiadłem w fotelu, przynosząc sobie piwo z lodówki.
Mały siedział chwilę na podłodze i chyba próbował zrozumieć, co się dzieje. Potem podniósł dupkę i na niepewnych łapkach podszedł do mnie, oparł pyszczek o moje trepy i zamknął oczy.
– O rany… – wyrwało mi się westchnienie, to było coś. I tak siedzieliśmy sobie, on chyba spał, a ja popijałem piwo i wgapiałem się w tę kupkę nieszczęścia.
Po pół godzinie przyjechał Ogar. Wpadł do salonu i zdębiał.
– Co to jest?
– Szczeniaczek?
– No tak, to widzę, tylko czemu taki mały?
– Bo to, kurwa, mały szczeniaczek.
Ogar pod pachą targał wielkie legowisko, chyba dla wilka, równie wielką michę i worek psiego żarcia.
– Jezu, Ogar, gdzieś ty to dorwał o tej porze?
– Ma się trochę znajomości. Ja cię kręcę… Jaki mały. Dałeś mu jeść? Jak się wabi? Co to za rasa?
– Nie, nie i nie. Na każde twoje pytanie odpowiedź brzmi nie. Nie wiem, jak nazwać i nie wiem, jaka rasa.
– Może daj mu jakiejś kiełbasy.
– Żeby się otruł?
– Leo, zgłupiałeś? Przecież od śląskiej nie zdechnie.
– Bo ja wiem? Nie mam śląskiej, jest jakaś szynka.
Przyjaciel ruszył dupę i zajrzał do lodówki. Stał tam z dziwnym wyrazem zadumy. Wiedziałem, że niewiele tam znajdzie mięsa, bo wszystko trzymałem w zamrażarce. Na półkach stały jogurty proteinowe, pojemniki z borówką amerykańską, którą uwielbiałem podjadać w trakcie pracy, i mnóstwo piwa. Stołowałem się albo w klubie, albo na mieście.
– O, i jest szynka. Ile ona już tu leży? Świeża nie jest. Nieważne, masz, daj mu.
– Ja? – Odebrałem od niego wędlinę. Na bokach była już lekko zaschnięta.
– Przecież to twój pies, musi dostać jeść od swojego pana.
Wziąłem plaster szynki, miała tylko trzy dni, więc była prawie ok. Jak się ruszyłem, to i maluch się ruszył.
Urwałem mały kawałek i podsunąłem pod pyszczek.
Patrzyliśmy w ciszy, jak mały najpierw powąchał, a potem delikatnie wziął w zęby. Ciekawe, co z niego wyrośnie? Psiak był całkiem ładny. Czarny, lekko podpalany, pysk brązowy z dużą czarną plamą na czole i mądre, czarne ślepka. Podobał mi się skubaniec, coś jakby drgnęło w moim samotnym wnętrzu, tam, gdzie teoretycznie powinienem mieć serce.
– Ciekawe, jaka rasa? – Przyjaciel położył zakupy w kącie aneksu kuchennego.
– Pewnie bez rasy. Gościu chciał go utopić w jeziorze.
– Zabrałeś mu?
– Najpierw typowi przyjebałem, potem podtopiłem, niech zobaczy, jaka to frajda i zabrałem sierściucha.
– O kurwa, ja z tobą nie wyrobię, Beton, gdzie to było?
– Na Brzózkach. Wiesz, że nie lubię tej ksywki. – Udawał, że nie słyszy.
W pierwsze dorosłe urodziny zaliczyłem zgon alkoholowy, po wyjściu z knajpy, gdzie opijałem swoją osiemnastkę, padłem na chodnik tak nieszczęśliwie, że ukruszyłem pięścią kawałek betonu. Kumple mieli ubaw, ja trochę mniej. Potem był długi urlop i łapa w gipsie, ale ksywa Beton przywarła. Do dzisiaj nade mną wisi. Fakt, byłem duży od zawsze i w dodatku silny, no ale, kurwa, bez przesady, żeby mi to zaraz wytykać. Wolałem, jak mówili Leo, od imienia Leon.
– Słuchaj, mam takiego znajomego weterynarza, zadzwonię, umówię cię na jutro, a ja pojadę na te pierdolone Brzózki. Z której strony parkingu? Trzeba sprawdzić, czy gościu żyje.
– Koło śmietników. – Kumpel wypadł z mojego domu, jakby diabeł go gonił.
Zostałem sam, no nie sam, z psem zostałem. Mały zeżarł szynkę, a potem zrobił siku na podłogę.
– Szczylu! Albo będziesz sprzątał po sobie, albo wypad do komórki – warknąłem, ale wytarłem plamę.
Wziąłem go na ręce i położyłem na kolanach. Natychmiast zwinął się w kłębek i zamknął oczy. Był tak mały, że musiałem go głaskać jednym palcem, bo całą dłonią to chyba bym przydusił.
Po jakimś czasie odezwał się telefon, to Ogar. Miał taką ksywę, bo zawsze wszędzie pędził. Nie umiał nigdy spokojnie posiedzieć, ale załatwić potrafił wszystko. Jego motocykl miał największy przebieg w całym klubie. Był od zawsze moim najlepszym przyjacielem i bratem klubowym, człowiekiem, za którym poszedłbym w ogień.
– Czysto, nie ma trupa. Jutro w południe, w zielonym domku. Wiesz, gdzie to jest? – mruknąłem i skinąłem głową, choć nie mógł tego widzieć.
– Ok, dzięki, stary.
Podniosłem się wreszcie. Trzymając małego na ręce, przytargałem legowisko, miękkie i puchate, ale wielkie jak dla wilczura, położyłem koło kominka i tam umieściłem malucha. Śmiesznie wyglądał w tym wielkim posłaniu.
Poszukałem małej miseczki, nalałem wody i postawiłem obok.
Czas było się zająć sobą.
Domek, w którym mieszkałem, był mały. Kupiłem za bezcen, zależało mi na nim, bo dowiedziałem się, że tutaj kiedyś mieszkała moja babcia ze strony matki. Żeby nie było, że to jakieś emocje typu powrót do korzeni. Jednak w dzieciństwie często marzyłem o rodzinie, takiej kochającej, no i o dziadkach.
Nie było mi dane takowej posiadać, więc czemu nie mieć domu po babci, choć jej nie znałem? Trochę poszperałem w sieci i znalazłem. Obecny właściciel chętnie pozbył się ruiny. Pieprzone sentymenty, ale od razu polubiłem tę chatę i włożyłem mnóstwo kasy w remont.
Zawsze mówiłem, że w sieci teraz jest wszystko, trzeba tylko umieć szukać.
Poniemiecka, chyląca się ku upadkowi ruina.
Wyremontowałem, unowocześniłem i teraz miałem swój kawałek podłogi. Z meblami to już mi tak dobrze nie poszło, ale co tam. Wśród peerelowskich gratów też można żyć.
Domek zbudowany został w starym stylu, środkiem biegł korytarz i po dwa nieduże pokoje po bokach. W jednym zrobiłem sypialnię, w następnym powstała łazienka, a po drugiej stronie pokój dzienny połączyłem z kuchnią i jadalnią. Poddasza nie ruszałem, bo nie było mi potrzebne.
W sypialni miałem duże biurko, gdzie najczęściej pracowałem zdalnie. Taka zaleta informatyka, mogłem pracować wszędzie.
Kuchnię miałem całkiem nieźle wyposażoną, choć rzadko z niej korzystałem. Stołowałem się w barze lub w klubowej kuchni. Teraz zrobiłem sobie jajecznicę, niestety, szynkę zeżarł maluch, do tego kawę i przeniosłem laptop na stół w salonie. Jakoś tak samo wyszło, chciałem być w pobliżu tego sierściucha.
Usiadłem i przeciągnąłem się, głęboko westchnąłem i zająłem się pracą. Od małego ciągnęło mnie do komputerów, najpierw Super Mario, dalej strzelanki, przy GTA oszalałem – to był mój żywioł. Motocykle i tworzenie własnej rzeczywistości. Gdy przyszła pora na tycoony, byłem już ogarniętym graczem. Pierwszy, który przeszedłem, to był Zoo Tycoon. Budowałem zoo i uczyłem się nim zarządzać, obłędna zabawa. Wprowadzałem zmiany.
W którejś kolejnej grze nawet nauczyłem się wirtualnie pilotować helikopter i zarządzać lotniskiem, później znalazłem grę w giełdę. To lepsza szkoła biznesu niż wszystkie studia. Potem sam zacząłem programować, trochę inwestować w realu i tak zostało mi do dzisiaj.
Teraz pracowałem dla dużej korporacji farmaceutycznej. Spokojna praca, wypłata na czas, ale to nie znaczy, że nie bawiłem się dalej. Bawiłem się i nieźle zarabiałem. Kochałem komputer i Internet.
Jednak to nie zawsze była prosta droga, lubiłem błądzić po meandrach Internetu i zapędzać się na te nielegalne strony.
Przygoda z psem zmobilizowała mnie do zmiany podejścia do życia. Może nie aż w tak dużym stopniu, ale teraz będę musiał myśleć za nas dwóch.
Gnojka zostawiłem w domu i ruszyłem zameldować się w klubie. Nie siedziałem tam długo, bo coś ciągnęło mnie z powrotem. Wiedziałem, że to ten cholerny kundel i zastanawiałem się, jak będzie teraz wyglądać moje życie.
Coś się na pewno zmieni, ale czy miałem pojęcie jak bardzo? Czy teraz będę siedział częściej w domu? Czy ...ech.
Szybko wróciłem, schowałem motocykl do garażu i z zadowoleniem stwierdziłem, że maluch śpi. Siadłem do
laptopa i pracowałem jeszcze kilka godzin, zanim padłem ze zmęczenia.
Niecałe dziesięć kilosów od mojego domu znajdowała się miejscówka „MC Night Riders”. „Nocni jeźdźcy” stanowili moją rodziną. Mieliśmy na własność dwupiętrowy stary biurowiec położony w dzielnicy przemysłowej, na obrzeżach Warszawy. Wygodny i przestronny, z dobrym dojazdem z szybkiej E77. Dookoła rozlokowane firmy, więc mieszkańcom nie przeszkadzaliśmy podczas imprez czy odpalania silników w środku nocy. Dawniej dom klubowy motocyklistów umiejscowiony był w przerobionej starej oborze po PGR–ze trzydzieści kilometrów od stolicy. Długi, parterowy budynek z przodu miał dużą salę świetlicową z otwartą kuchnią, dalej środkiem biegł długi korytarz, a po obu stronach pokoje, najpierw gabinet prezydenta, potem wice i reszty chłopaków.
Było mi tam dobrze i czułem, że to mój dom, ale klub się rozrastał i konieczne stało się nowe lokum.
To Anglik wynalazł ten biurowiec. Nasz pierwszy wice był prawnikiem z wykształcenia, ale rzadko pracował w zawodzie. Bogaty z urodzenia, całą rodzinę miał w Londynie, skąd zwiał od purytańskich i konserwatywnych rodziców. Wrócił do kraju w momencie, kiedy chcieli go zmusić do ożenku z brzydką jak noc córką wspólnika kancelarii. Jednak z Anglikiem takie numery by nie przeszły.
Odciął się od angielskiej familii i teraz my stanowiliśmy jego rodzinę. Jak się wkurzył, to czasami słychać było delikatny obcy akcent, ale gościu był ok. Spokojny i zrównoważony, z modnie przyciętymi włosami, ale gdyby zdjąć z niego te wszystkie eleganckie i markowe szmaty, to ukazałoby się ciało wydziarane niemal w całości. Uwielbiał mroczne tatuaże, więc wszystko było czarno–białe, a głównie czarne.
Moje początki w klubie zaczęły po opuszczeniu domu dziecka, gdy w wieku osiemnastu lat, po zdjęciu gipsu z łapy, wsiadłem na skradziony motocykl, a uciekając z miejsca kradzieży, wpadłem pod samochód. Nie jechałem szybko, bo dopiero uczyłem się prowadzić, ale potłuczenia okazały się rozległe i bolesne. Z samochodu wyskoczył mężczyzna i sypnął mi taką wiąchą, że aż uszy puchły. A na koniec dodał:
– Masz szczęście, gnojku, że sam jestem motocyklistą. – Pomógł mi się poskładać, podniósł motocykl.
– Twój? – spytał z jakimś dziwnym błyskiem w oczach.
– No…. – mruknąłem wymijająco.
– Jedź za mną.
– Nie! – postawiłem się twardo, nie miałem nic do stracenia.
– Nie pierdziel, jedziesz za mną, prosto do klubu motocyklowego.
O! To była ciekawsza opcja. Pojechałem i już zostałem w „Jeźdźcach nocy”. Teraz, w wieku prawie trzydziestu lat, zrobili mnie drugim zastępcą prezydenta.
Ponad dziesięć lat, szmat czasu i stać już mnie było na własną maszynę. Tym człowiekiem, który wyciągnął do mnie rękę, był Gregor, prezydent klubu „Night Riders”.
Człowiek starszy, ale doświadczony, który traktował mnie jak syna.
Bikerzy przyjęli mnie dobrze, nie oceniali i nie krytykowali. I nagle okazało się, że znalazłem swoje miejsce na ziemi. Zostałem junakiem, prospektem, a potem członkiem klubu. Teraz jestem drugim wiceprezydentem.
Istniał tylko jeden problem, ja generalnie… nie lubiłem ludzi. Spokój i cisza przy pracy na komputerze były moimi najlepszymi przyjaciółmi. Samotna jazda na motocyklu dawała mi największą satysfakcję, a dźwięk silnika nigdy mi nie przeszkadzał.
A teraz miałem psa.
***
Gdzieś koło północy poczułem, że mam dość, wszystko mi zesztywniało, no prawie wszystko. Z szafy w łazience wybrałem ciemny, puchaty ręcznik i przykryłem śpiącego malucha. Śmiesznie popiskiwał przez sen. Poruszył
łebkiem i spał dalej. Wyłączyłem komputer i światło i też położyłem się w swoim łóżku.
To był dobry dzień i zrobiłem dobry uczynek. Sam nie wiem, co mnie trzasnęło, może jakiś piorun, że zachciało mi się kundla ratować. Przymknąłem oczy. Nie myślałem o przyszłości, przeanalizowałem jeszcze w głowie ostatnią linijkę kodu, a potem odpłynąłem w sen.
Poranek był w porządku do momentu, dopóki nie poszedłem boso zrobić sobie kawy i wdepnąłem prosto w kałużę.
– Gnojku! Kurwa! – wrzasnąłem wściekły, spojrzałem w kierunku legowiska, a tuż przed nim pojawiła się… mała kupa. Psiak siedział w kącie przy posłaniu, bo nie potrafił wdrapać się z powrotem.
– Co ja mówiłem? Zakleję ci dupę silikonem, zobaczysz! – Podszedłem do malucha i wziąłem go na ręce.
Trząsł się jak osika.
– No już dobrze, nie bój się, zjem śniadanie i pojedziemy do weta.
Jednak najpierw musiałem posprzątać. Może i byłem wulgarnym, wielkim i często zarośniętym motocyklistą, ale lubiłem porządek. Wpoili to we mnie od dzieciństwa.
Osiemnaście lat w bidulu zostawiło swoje piętno.
To może głupio zabrzmieć, ale mam rodziców i to dość bogatych, ale byłem klasyczną wpadką, owocem zakazanego romansu żonatego z mężatką, więc podrzucono mnie do domu dziecka z adnotacją NN i datą urodzenia.
Państwo dało mi nazwisko Kowalski Leon i tak już zostało.
O swoim prawdziwym pochodzeniu i nazwisku dowiedziałem się, będąc dorosłym, gdy poznałem możliwości Internetu. Wiedziałem, gdzie szukać informacji, których ktoś nie chce ujawnić. Tak się, kurwa, w tym życiu nie da, w sieci zawsze zostaje ślad.
Trudno, nie chcieli mnie, to nie, ale dane miałem, jakby, co… Wiedziałem, że ojciec to kawał szui, ale ożenił się drugi raz i mam rodzeństwo. Matka nie miała więcej dzieci, a po rozwodzie wyjechała do Brukseli robić karierę.
Chyba wszyscy zapomnieli, że istnieję. Samo życie, nikt nie powiedział, że jest łatwe i przyjemne.
Wpakowałem malucha za pazuchę. Jeszcze przez moment siedziałem i z przymkniętymi oczami słuchałem silnika. Niski warkot stopniowo wchodził w mój krwiobieg, uwielbiałem to. Ruszyłem motocyklem do zielonego domku.
Pod domem weterynarza stały trzy dziewczyny, późne liceum oceniłem na oko, ładne, zgrabne, jedna trzymała na rękach yorka. Pańskie pieski, jak nazywałem te małe, zarośnięte szczurki. Taka zawinięta w futro pomyłka ewolucji. Panienki przestały rozmawiać i na bezczelnego zaczęły mnie obczajać.
No cóż, wielki, ubrany na czarno facet na swoim czarnym, warczącym rumaku, to, kurwa, cały ja. Wypisz, wymaluj. Postawiłem motocykl na stopce, zdjąłem kask, wyprostowałem swoje metr osiemdziesiąt siedem i przeczesałem palcami rozpirzone na wszystkie strony świata ciemne włosy. Niech mają panienki o czym marzyć podczas wieczornego prysznica. Oblizałem wargi i poprawiłem spodnie w kroku.
A potem rozpiąłem kurtkę i wyciągnąłem małego gnojka.
– Ojej, jaki śliczny, taki słodki! – Nagle przestały patrzeć, a dosłownie rzuciły się w moją stronę. Cholera, miałem ochotę uciekać, chyba przegiąłem z tym pokazem swojej zajebistości.
– Jak jego pan – stwierdziła cicho jedna z małolat, spoglądając na mnie, niby głaskała psa, ale jakoś tak jej ręka zeszła na moją dłoń.
Takie dziewczyny pojawiają się w klubach motocyklowych, łatwe i przyjemne w obsłudze. Te jednak były za młode.
– Jaka rasa? Jak ma pan na imię? A ile masz lat?
Masz dziewczynę? Jak się wabi?
– Gnojek! – Powiedziałem bardzo poważnie niskim, warczącym głosem. York się wybudził i zaczął jazgotać, aż ciarki przechodziły po kręgosłupie. Od razu poczułem w sobie instynkt mordercy. Miałem ochotę ukręcić łeb temu szczekającemu sierściuchowi. Jak można lubić coś takiego?
Pogłaskałem palcem mojego cichutkiego malucha, ominąłem towarzystwo i wszedłem do środka.
Gdy weterynarz zaczął go badać, aż zapiszczał.
Natychmiast się wkurwiłem.
– Hej, to go boli, łagodniej proszę. – Młody facet spojrzał na mnie nieprzychylnie, ale nie skomentował i dobrze, bo od razu bym mu przywalił. Mój psiak, to ja mówię, jak ma być.
– To chłopiec, ma około czterech tygodni, jest zdrowy. Odrobaczę go i dam witaminy. Potem pomyślimy o szczepieniach. – Pogłaskał go za uchem, a mały się uspokoił.
– Co z niego wyrośnie? – Już mi ciśnienie opadło.
– To nie będzie mały piesek.
– Tak?
– To mieszaniec, widzę tu cechy różnych ras, ale będzie dość spory. Proszę zobaczyć, jakie ma masywne łapki. Po pyszczku widzę też cechy owczarka, ale może się mylę.
– Małe te łapy.
– Urośnie, wszystko urośnie.
– Co mu dawać jeść?
– Mieszanki dla juniora, na razie oczywiście. Żadnych słodyczy, nauczyć jeść z miski. Jakie wpisać imię psa? – Wyciągnął zieloną książeczkę, wkleił jakąś naklejkę.
– Mówię na niego gnojek.
– Litości… – jęknął weterynarz. Miałem go już dosyć.
– Wpisać Azor.
– Że co?
– Azor.
Nic się nie odezwał i wpisał Azor, ale wymownie i z wymachem pieprznął kropkę na końcu. Pewnie myślał, że jestem jakiś frustrat.
– Życzę małemu Azorkowi zdrowia i szczęścia.
Wzruszyłem ramionami, chwyciłem malca i ruszyłem do drzwi.
Na koniec jeszcze usłyszałem: – Będzie mu potrzebne.
Wydałem kupę kasy na gnojka, dostałem książeczkę i zalecenie wizyty za miesiąc na jakieś szczepienie, potem kontrola za trzy miechy i kolejne szczepienie przeciw wściekliźnie.
Prosto od weta ruszyłem do klubu.
Zaparkowałem na parkingu na swoim stałym miejscu i wystawiłem małego na trawę.
– Czas na sikanie, gnojku.
– Co to za szczur? – ryknął znajomy głos od strony budynku. Prezydent szedł w moją stronę. Szanowałem gościa i traktowałem trochę jak ojca.
– Pies. Gregor, to jest pies, nie szczur! To mój pies.
– Kurwa, koniec świata, Leo ma psa. – Popatrzył na mnie jak na wariata, a potem wziął wdech i… – Chłopaki! – wydarł się na cały głos, a na to hasło wszyscy ludzie wylegli ze świetlicy.
– Co jest, prez.?
– Leo ma psa. Tam! – I wskazał palcem trawnik. To krótkie hasło spowodowało najpierw sekundę ciszy, a potem lawinę śmiechu. Tylko się wkurwiłem, spokojnie dałem się im wyśmiać, podniosłem malucha. Mieścił mi się w rozłożonej dłoni. Małe łapki zwisały po bokach, ale łepek trzymał wysoko. Czułem, jak mu serduszko wali.
Stanąłem naprzeciw całej zbieraniny, spojrzałem po nich i poczekałem, aż umilkli.
– Było trochę śmiechu? I na tym koniec, każdy następny śmiech z mojego psa i mordę rozkwaszę.
I w tym momencie mały szczeknął. Pierwszy raz mój pies dał głos, trochę piszczący, ale to był mój pies.
– Gnojek też wam to obiecuje, więc się przyzwyczajcie.
Wyminąłem wszystkich i ruszyłem do budynku.
Gregor deptał mi po piętach. Wiedziałem.
– Jestem z ciebie dumny, Leo! Wziąłeś psa na wychowanie, to duża rzecz. Jak go nazwiesz, bo chyba nie Gnojek?
– Dlaczego nie Gnojek? Nie wiem, nie mam innego pomysłu.
– A jak będzie dużym psem?
– Coś wymyślę.
Wchodząc na salę, usłyszeliśmy kłótnię. Gosia, żona jednego ze starszych członków, dopadła swojego męża.
Wszyscy ją kochali, bo piekła najlepsze serniki w tym wszechświecie, ale z natury była dość kłótliwa. Więc Gosia wpadła do klubu i opieprzała właśnie swojego małżonka z góry na dół, a w sali panowała idealna cisza. Nikt nie chciał się narazić, bo kobieta mimo swojego wieku potrafiła rzucić taką wiązanką, że nawet na mnie robiło to wrażenie.
Osobiście byłem zadowolony, bo wszyscy nagle odczepili się ode mnie i psa.
Za to obrywało się dobrodusznemu Heniowi, bo zapomniał zrobić zakupy, gdy wpadł do klubu na kwadransik, ale podejrzewam, że to było dość dawno temu.
– Ty pieprzony smoku, tylko byś piwo chlał z kumplami, a ja czekam i czekam, a bęc sam rośnie! Do domu i to już! A wy? – Rozejrzała się. – Ani słowa, bo nic nie upiekę. – Zadarła głowę i wyszła.
– Spadam, chłopaki – rzucił cicho Henio. Koledzy klepali go po ramieniu, dodając animuszu.
– Dasz radę, stary.
– Przeżyjesz.
– Nie daj się!
Wszyscy kochali Gosię i współczuli Heńkowi. Rok temu obchodzili w klubie trzydziestopięciolecie małżeństwa, więc musiała być w tym jakaś miłość, a może ja się na tym
nie znam? Nie mnie oceniać. Jednak to, co potwierdziło się po tej scenie, stanowiliśmy rodzinę.
Za moimi plecami rozległ się poważny głos prezydenta.
– Milczeć, Gosia chyba coś mówiła.
Podszedł do Heńka i położył mu po bratersku rękę na ramieniu. Wszyscy to zrozumieli.
Ale w pamięci utkwił mi mały szczegół.
– Smoku… – szepnąłem i spodobało mi się, a potem podniosłem głowę i powiedziałem głośno: – Od dzisiaj mój pies będzie się wabił Smoku. Zapamiętać.
– Zapiszemy w kronice, to warte upamiętnienia. Leo ma psa, który nazywa się Smoku! – podpowiedział jeden z braci. Kilku samobójców zaśmiało się krótko.
– Świat, jaki znamy, kończy się nieodwołalnie – dorzucił Ogar, wchodząc na salę, a reszta teraz już ryknęła głośnym śmiechem.
– Żartownisie pieprzone! – warknąłem.
Wieczorem wróciliśmy do domu. Już nie będzie, że wróciłem, teraz było nas dwóch. Z przyzwyczajenia wziąłem piwo z lodówki i usiadłem w swoim ulubionym fotelu.
Maluch podszedł do mnie na tych swoich krótkich łapkach i oparł łepek o but. Zgarnąłem go ręką i posadziłem na kolanach. Trwało to ledwie moment, gdy zwinął się w kulkę i westchnął. Ja podświadomie też. Pociągnąłem łyk piwa i dalej wpatrywałem się w kupkę sierści na kolanach. Czy wie, co go czeka w przyszłości? A czy ja wiedziałem, co mnie czeka?
Rozejrzałem się po mieszkaniu. Umeblowane staromodnie i sztampowo, nie bawiłem się w nowinki wnętrzarskie. Ważne, żeby było praktycznie i wygodnie.
Było moje i nie wyobrażałem sobie innych osób kręcących się po tych pomieszczeniach. Gregor i jego żona wciąż mnie namawiali na znalezienie sobie dziewczyny. Brrr, niedorzeczność. Ja i dziewczyna? Wystarczyła mi Marika od czasu do czasu. Pracowała w małej piekarni należącej do jej rodziny. Seks z nią był całkiem w porządku. Dziewczyna ładna i chętna, więc dla mnie idealna. Nie myślałem o związku ani o miłości. To nie dla mnie, za bardzo potem boli.
Coś o tym wiedziałem.
Gdy miałem szesnaście lat zakochałem się w Ani, w klasie siedziała trzy ławki dalej. Śliczna, dorodna brunetka.
Żadna wiotka dziewoja. Kawał baby i cycki miała już niezłe.
Kręciłem się koło niej pół roku, aż dała się namówić na randkę. Musiałem dostać od dyżurnego opiekuna bidula specjalne pozwolenie na wyjście, ale się udało. Jak czegoś potrzebowałem, potrafiłem czarować. Byliśmy na trzech randkach i to wydawało się jak powiew świeżego wiatru, aż chciało się żyć.
Po Wielkanocy zaprosiła mnie do domu. Zszokowało mnie, gdy zobaczyłem chatę, jej stary był podobno jakimś ważnym prezesem. Wielkość domu i wyposażenie przygniotły mnie do gleby. Wtedy zrozumiałem, jak niewiele znaczyłem w świecie. Gówno prawda, nic nie znaczyłem, byłem zerem.
Zły na niesprawiedliwość społeczną, wychodząc, zajumałem parę srebrnych sztućców i mały obrazek z jadalni.
Dostałem za to w lombardzie pięćdziesiąt złotych i starą Nokię.
Przez trzy dni Ania nie pojawiła się w szkole, a to mnie zaniepokoiło, połączyłem kropki, że to może być moja wina, za te pierdzielone łyżeczki. Poczułem się głupio.
Wystukałem do niej SMS-a: Przepraszam.
Po chwili zadzwoniła.
– Ania, sorki, ja…
– Tutaj jej ojciec. Zadowolony jesteś, gówniarzu?
Sprowadziła do domu chłystka i złodzieja, a za twój wyczyn ona została ukarana. Wyjechała z kraju i nigdy tu nie wróci, nie spotkasz już mojej córki.
A potem się rozłączył. O co tu chodziło? Przecież to były drobiazgi, za kilka łyżeczek tak ją karać?
Sprawdziłem stan mojej kasy. Pomagałem czasem po szkole rozładowywać towar w Żabce, to zarobiłem parę groszy i miałem schowane coś około stówy. Natychmiast ruszyłem do lombardu.
– Dzień dobry, chciałem odkupić obrazek i kilka łyżeczek. Sprzedałem to panu kilka dni temu, taki mały obrazek z wulkanem czy z jakąś górą.
– Spadaj, mały, obrazek już poszedł do ludzi.
Załamany ruszyłem do wyjścia. Otworzyłem drzwi, dzwonek zadzwonił, a ja mało bym się nie zabił o sznurówkę, puściłem drzwi, które znowu zadzwoniły, a sam kucnąłem, żeby zawiązać te pierdolone sznurówki i wtedy usłyszałem:
– Stefan, ten gówniarz przyszedł po obrazek z górą.
– Pogoniłeś?
– Taaa.
– I dobrze, tyle siana, co za niego dostałem, to starczy na dobre auto dla ciebie i dla mnie. Naiwniak.
Rozrechotali się obrzydliwie, a we mnie wtedy coś pękło. Zrozumiałem, że nie zawsze wielkość równa się wartości. Ten mały obrazek widocznie był wart kupę szmalu, a skąd o tym miał wiedzieć chłopak z bidula? Długo się tym gryzłem. Szukałem w sieci, wieczorami miałem dostęp do Internetu. Wykorzystywałem sytuację, że od małego jeden opiekun, pan Wojtek, miał do mnie słabość. Mówił, że przypominam mu brata, który zginął wiele lat temu na przejściu dla pieszych potrącony przez pijanego kierowcę.
Szybko odkrył, że miałem naturalny dar poruszania się w sieci, więc pozwalał mi po lekcjach siedzieć przy jego prywatnym komputerze. Gdy nie siedziałem przy komputerze, to potrafiłem takie jaja odwalać, że dyrektor miał mnie dosyć. Zresztą on mnie nigdy nie lubił i tępił przy każdej okazji. Pan Wojtek sporo mnie nauczył i szybko odkryłem prawdziwą wartość obrazka. Zawrzała we mnie krew.
Pół roku później przygotowałem akcję: czterech nas było, specjalne, bezosobowe ciuchy z lumpeksu, bluzy z kapturami, maski, żeby nikt nas nie rozpoznał.
Skonstruowałem bombę rozpryskującą farbę i drugą zapalającą. W sieci, kurwa, jest wszystko. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać. Dokładna rozpiska z rysunkami.
Zajęło mi to trochę czasu.
Akcja została dobrze zorganizowana i przebiegła bez żadnych problemów. Napad na lombard i zniszczenie mienia odbiło się głośnym echem w mieście, a potem właścicielowi spłonął samochód. Stałem z boku w bramie i patrzyłem, jak się jara ta jego pieprzona audica. Samochód jego brata dopadłem dwa dni później.
Ale Ani już nie odzyskałem. Miał rację jej ojciec. Od tamtej pory raz na pół roku ładuję stary telefon z jej numerem, piszę SMS-a z przeprosinami, licząc, że może się odezwie. Nigdy nie odpisała. To na długo utkwiło mi w pamięci. Nauczyłem się, że jak mam kraść, to muszę wiedzieć, co i ile jest warte. Siedziało to we mnie jak zadra.
Nie byłem jeszcze usatysfakcjonowany. Potem, po dwóch latach dopadłem po raz drugi tego gnoja, tego z lombardu.
Pamiętliwy zawsze byłem.
Żaden problem zhakować czyjeś dane. Wziąłem tyle chwilówek w bankach na jego nazwisko, że popłynął. Banki zabrały mu wszystko, sklep, dom, następne audi, które sobie kupił. Wtedy do niego poszedłem. Na spokojnie, na zimno podszedłem na ulicy, gdy wracał ze sklepu, nie miał już kasy na porządne zakupy. Chleb, twarożek, dwa jabłka.
– Pamiętasz tego dzieciaka, którego oszukałeś na sprzedaży obrazka z górą?
Spojrzał na mnie z zaskoczeniem, a potem z przyjemnością patrzyłem, jak wyraz jego twarzy z niedowierzania zmieniał się w nienawiść.
– Tak, tak, ja nie zapomniałem. Bądź grzeczny i nie fikaj, bo żona też może stracić pracę i wtedy zdechniecie z głodu. Będę miał na ciebie oko, już się nie odbijesz od dna.
Odwróciłem się i odszedłem.
Gdy miałem szesnaście lat, byłem też świadkiem, gdy w nocy wyniesiono malutkie dziecko z naszego ośrodka.
Maluchy zwykle od razu trafiały do rodzin zastępczych. To tutaj ktoś podrzucił. Teoretycznie powinno zaraz zostać oddane do domu małego dziecka, ale zdaje się, że ktoś chciał na tym zarobić. Udało mi się kogoś tym zainteresować, wybuchła afera, ale pozostałem w cieniu i nigdy tego nie żałowałem. Byłem za młody, aby coś więcej zrobić.
Potem, gdy już zamieszkałem w klubie motocyklowym i otrzaskałem się wśród bikerów, Gregor podjął decyzję, że mam iść na studia. Nie zapytał, a podjął decyzję i będę mu za to wdzięczny do końca życia. Zawsze traktował mnie bardziej jak ojciec niż prezydent klubu motocyklowego. Jednak wredny charakterek i pamiętliwość zostały ze mną na zawsze. Krzywd nie wybaczałem.
Przez całe studia wkurwiałem się na ludzi i chyba tak już mi zostało. Wszyscy chcieli się na mnie wzbogacać.
Nawet właściciel stacji benzynowej, gdzie robiłem przez cztery lata nauki, oszukiwał na nadgodzinach. Jemu też się dobrałem do dupy, a raczej urząd skarbowy przetrzepał mu papiery. Wiedzieli, gdzie szukać zaginionych lewych faktur.
Wszyscy próbowali mnie oszukać. Stacja przeszła w nowe ręce i było już dobrze, ale nie dawała mi spokoju sprawa tego cholernego obrazka, postanowiłem go kiedyś odzyskać, dla Ani. Teraz, po latach, już wiem, że dziewczyna mieszka we Francji, ma męża i pracuje jako polskojęzyczny przewodnik turystyczny w Paryżu. Stała się piękną kobietą. Nigdy więcej nie zdecydowałem się na jakikolwiek stały związek.
Gregor znał tę historię i mówił, że pomoże zebrać kasę. Niewiele już mi brakuje, ale to nie jest legalna forsa.
Chciałem zebrać tyle pieniędzy, ile za niego zapłacił nabywca, a potem wpłacić na jego konto, żeby nie był stratny. A obrazek? Po prostu miałem go ukraść, żaden problem. Dom, w którym wisiał, nie miał nawet porządnego alarmu. Oddam Ani własność, spuściznę po rodzicach. Jej stary już nie żyje, ale ona zasługuje na niego. Wtedy, na tych trzech randkach, tylko raz ją pocałowałem, a chciałem przeżyć z nią swój pierwszy raz. Nie udało się. Nie cierpię przez to ludzi.
Siedziałem w fotelu i patrzyłem na martwą komórkę.
Chyba już sobie odpuszczę to pieprzone ładowanie, to bez sensu.
