Jesienna (nie) bajka - Joanna Brave  - ebook

Jesienna (nie) bajka ebook

Joanna Brave

2,0

19 osób interesuje się tą książką

Opis

Gracjanna miała spędzić na wsi tylko kilka tygodni. Zamiast tego dostała gęś, która najwyraźniej jej nie znosi, konia, którego boi się dosiadać, i Miłosza — przystojnego sąsiada, który zdecydowanie za dobrze bawi się jej kosztem.

 

Ona — miejska dziewczyna z marzeniami o scenie.
On — chłopak, który nie wyobraża sobie życia poza rodzinną wsią.

 

Między jesiennymi spacerami, zapachem jabłek i kolejnymi starciami z pewną wyjątkowo złośliwą gęsią rodzi się uczucie, którego żadne z nich nie planowało.

Bo czasem najpiękniejsza bajka zaczyna się tam, gdzie najmniej się jej spodziewasz.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 127

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
2,0 (1 ocena)
0
0
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Isabel949

Z braku laku…

Bez ładu i składu niestety
00



„Nie każda miłość przychodzi wtedy, kiedy jej szukamy. Czasem przychodzi wtedy, kiedy najbardziej chcemy przed nią uciec.”

Rozdział 1

Nana ,, Jesienna masakra"

— To jest jakiś żart?

Patrzyłam przez szybę samochodu i coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że moi rodzice postradali zmysły.

Od dobrych dwudziestu minut nie minęliśmy ani jednego sklepu, kawiarni, galerii czy nawet głupiej stacji benzynowej. Za to po obu stronach drogi ciągnęły się pola, drzewa zrzucające ostatnie żółte liście i drewniane płoty, za którymi stały domy wyglądające tak, jakby czas zatrzymał się tutaj jakieś trzydzieści lat temu.

— Nie, kochanie — odpowiedziała mama. — To jest wieś.

— Widzę.

Spojrzałam na telefon.

Brak zasięgu.

Zmarszczyłam brwi i uniosłam go wyżej, jakby kilka centymetrów mogło nagle sprawić, że pojawią się kreski.

Nic.

— Tutaj nawet Internet nie działa.

Tata spojrzał na mnie w lusterku i uśmiechnął się pod nosem.

— Przeżyjesz.

— Nie jestem pewna.

Miałam dziewiętnaście lat i naprawdę nie rozumiałam, dlaczego moje życie nagle musiało wyglądać właśnie tak.

Jeszcze kilka dni temu siedziałam z przyjaciółkami w jednej z naszych ulubionych kawiarni, robiłam zdjęcia, planowałam kolejną imprezę i zastanawiałam się, czy kupić nową sukienkę na piątkowe wyjście.

A teraz?

Jechałam na wieś.

Do babci.

Na kilka tygodni.

Bez znajomych.

Bez imprez.

Bez galerii.

I, jak się właśnie okazało, bez Internetu.

— Jak długo zostajemy? — zapytałam.

Mama przez chwilę milczała.

Za długo.

— Kilka tygodni.

Odwróciłam głowę.

— Kilka?!

— Babcia naprawdę potrzebuje pomocy.

Wiedziałam.

Oczywiście, że wiedziałam.

Jej stan zdrowia ostatnio się pogorszył i rodzice uznali, że najlepiej będzie, jeśli przez jakiś czas wszyscy zamieszkamy u niej. Tyle tylko, że ja nadal uważałam, że można było znaleźć jakieś inne rozwiązanie.

Kogoś zatrudnić.

Zorganizować pomoc.

Zabrać babcię do miasta.

Cokolwiek.

Wszystko wydawało mi się lepsze od tego.

Samochód skręcił z głównej drogi na wąską, nierówną ulicę.

Podskoczyłam na siedzeniu.

— Mamo...

— Tak?

— Tutaj nawet droga jest popsuta.

Tata roześmiał się.

— To nie jest popsuta droga. To jest droga wiejska.

— W takim razie wiejskie drogi są popsute.

— Już zapomniałem, jak bardzo jesteś optymistyczna.

Przewróciłam oczami.

Po kilku kolejnych minutach samochód zatrzymał się przed domem babci.

Wysiadłam i od razu poczułam zimne powietrze.

Październik.

W mieście też było chłodno, ale tutaj jesień pachniała zupełnie inaczej.

Mokrymi liśćmi.

Drewnem.

Ziemią.

I czymś słodkim.

Spojrzałam na dom.

Był dokładnie taki, jaki zapamiętałam z dzieciństwa. Białe ściany, ciemnozielone okiennice, drewniany ganek i ogród, który o tej porze roku wyglądał jak wyjęty z jakiegoś filmu.

Za domem ciągnął się sad.

Jabłonie uginały się jeszcze pod ciężarem ostatnich owoców.

— No dobrze — mruknęłam. —

Przynajmniej jest ładnie.

Mama uśmiechnęła się szeroko.

— Wiedziałam, że ci się spodoba.

— Powiedziałam, że jest ładnie. Nie powiedziałam, że mi się podoba.

Drzwi domu otworzyły się, zanim mama zdążyła odpowiedzieć.

— Moja wnusia!

Uśmiechnęłam się mimowolnie.

Babcia wyglądała na znacznie drobniejszą niż ją zapamiętałam. Siwe włosy miała związane z tyłu głowy, a na sobie gruby, wełniany sweter.

Podeszłam do niej i mocno ją przytuliłam.

— Babciu...

— No już, już. Daj mi się na ciebie popatrzeć.

Odsunęła mnie od siebie i przyjrzała mi się uważnie.

— Wyrosłaś.

— Mam dziewiętnaście lat.

— Dla mnie nadal jesteś małą dziewczynką.

Zaśmiałam się.

I wtedy poczułam ten zapach.

Jabłka.

Cynamon.

Masło.

Wanilia.

Odwróciłam głowę w stronę kuchni.

— Pieczesz szarlotkę?

Babcia roześmiała się.

— A co miałam zrobić? Przecież wiedziałam, że przyjedziesz głodna.

— Nie jestem głodna.

Mój brzuch zaburczał tak głośno, że nawet tata to usłyszał.

— Oczywiście — powiedział.

— To nie było śmieszne.

— Dla mnie bardzo.

Babcia złapała mnie za rękę.

— Chodź. Jeszcze ciepła.

Kilka minut później siedziałam przy kuchennym stole.

Przede mną leżał kawałek szarlotki.

Nie chciałam przyznać, że wyglądał obłędnie.

Jeszcze bardziej nie chciałam przyznać, że smakował dokładnie tak, jak zapamiętałam z dzieciństwa.

Jabłka były miękkie, ciasto kruche, a cynamon przyjemnie rozgrzewał.

Wzięłam kolejny kęs.

— I co? — zapytała babcia.

Wzruszyłam ramionami.

— Może być.

Spojrzała na mnie spod uniesionych brwi.

— „Może być”?

— Bardzo dobra.

— Tak lepiej.

Uśmiechnęłam się i sięgnęłam po kubek herbaty.

Za oknem wiatr poruszał gałęziami jabłoni.

— Jutro poznasz okolicę — oznajmiła babcia.

Odłożyłam kubek.

— Sama?

— Nie.

— To z kim?

Babcia uśmiechnęła się w sposób, który od razu mi się nie spodobał.

— Z Miłoszem.

Zmarszczyłam brwi.

— Z kim?

— Miłoszem. Synem sąsiadów.

— A po co mam poznawać jakiegoś Miłosza?

— Bo pomaga mi przy gospodarstwie.

Spojrzałam na babcię, potem na rodziców.

— Ja nawet nie wiem, co miałabym robić w gospodarstwie.

— Nauczysz się.

— Babciu...

— Jutro.

Westchnęłam ciężko.

Nie znałam jeszcze Miłosza.

Nie wiedziałam, jak wygląda.

Nie wiedziałam, ile ma lat.

Nie wiedziałam nawet, czym dokładnie zajmuje się w tym swoim gospodarstwie.

Wiedziałam tylko jedno.

Już go nie lubiłam.

A przynajmniej tak wtedy myślałam.

Rozdział 2

Nana ,, Nocna zmora"

Pierwszej nocy na wsi zrozumiałam jedną bardzo ważną rzecz.

Wieś wcale nie była cicha.

Wręcz przeciwnie.

Była cholernie głośna.

Najpierw o czwartej rano obudził mnie kogut.

Nie jeden.

Całe stado.

— Kukuryku!

Otworzyłam oczy i przez kilka sekund

leżałam nieruchomo, próbując zrozumieć, co się dzieje.

— Serio?

Zerknęłam na telefon.

4:07.

Zakryłam głowę poduszką.

— Zamknij się...

Kogut najwyraźniej nie zamierzał negocjować.

Po kilku minutach dołączyły psy.

Jeden zaczął szczekać gdzieś za płotem.

Drugi odpowiedział mu z drugiego końca wsi.

Po chwili miałam wrażenie, że cała okolica urządziła sobie koncert.

Przewróciłam się na drugi bok.

Potem na drugi.

Potem znowu na pierwszy.

O piątej czterdzieści jeden przestałam walczyć.

O szóstej rano byłam gotowa zamordować pierwszego koguta, którego zobaczę.

O siódmej zeszłam do kuchni wyglądając jak własny cień.

Babcia siedziała już przy stole.

— Dzień dobry, Nanuś

Spojrzałam na nią spod przymrużonych powiek.

— Dla kogo dobry?

Babcia uśmiechnęła się.

— Nie spałaś?

— Spałam.

— To dlaczego masz takie podkrążone oczy?

— Bo wieś mnie nie chce.

Zaśmiała się.

— Przyzwyczaisz się.

— Do czego? Do kogutów?

— Do wszystkiego.

Oparłam głowę na dłoni.

— Kawa?

— Nie ma.

Podniosłam głowę.

— Jak to nie ma?

— Nie zdążyłam zrobić zakupów.

Westchnęłam.

— To może herbata?

Babcia pokręciła głową.

— Skończyły się jajka. Pójdziesz do kurnika.

Zmarszczyłam brwi.

— Ja?

— Ty.

— Po jajka?

— Po jajka.

— Do kurnika?

— Nanuś... dasz sobie radę.

— Dobrze, już idę.

Nie wiem, dlaczego się zgodziłam.

Chyba jeszcze nie byłam do końca przytomna.

Założyłam kalosze, które babcia postawiła przy drzwiach, narzuciłam kurtkę i ruszyłam w stronę kurnika.

Poranne powietrze było zimne, ale świeże.

Trawa była mokra od rosy.

Przez chwilę nawet pomyślałam, że może ta wieś nie jest aż taka zła.

Do czasu.

Otworzyłam drzwi kurnika.

Kury zaczęły gdakać, jakby właśnie ogłoszono im koniec świata.

— Spokojnie.

Nie miałam pojęcia, czy mówiłam do nich, czy do siebie.

Zaczęłam zbierać jajka.

I wtedy ją zobaczyłam.

Małą gąskę.

Siedziała trochę z boku, przy samym ogrodzeniu.

Była naprawdę malutka.

Białe, miękkie piórka wystawały w każdą stronę, a czarne oczka obserwowały mnie z zaciekawieniem.

— Ojej...

Kucnęłam.

— Ty jesteś śliczna.

Gąska przechyliła głowę.

Uśmiechnęłam się.

— Mogę cię pogłaskać?

Wyciągnęłam rękę.

Gąska zrobiła krok w moją stronę.

Jeszcze jeden.

Pochyliłam się bardziej.

I wtedy zapiszczała.

— Co?

Zatrzymałam dłoń.

Gąska zapiszczała jeszcze raz i zaczęła nerwowo dreptać.

— Ej, spokojnie. Nic ci nie zrobię.

I wtedy usłyszałam syczenie.

Powoli podniosłam wzrok.

Najpierw zobaczyłam nogi.

Potem ogromne białe ciało.

A chwilę później głowę.

Gęś.

Wielką.

Naprawdę wielką.

Stała kilka metrów ode mnie.

Patrzyła prosto na mnie.

Ja patrzyłam na nią.

Przez kilka sekund żadna z nas się nie ruszyła.

— Dzień dobry...

Gęś syknęła.

— Słuchaj... możemy się dogadać.

Zrobiła krok.

Ja zrobiłam krok do tyłu.

Ona kolejny.

Ja kolejny.

— Nie podoba mi się ta rozmowa.

Rozłożyła skrzydła.

— O nie.

Ruszyła.

— O nie, nie, nie...

I nagle biegła prosto na mnie.

— AAAA!

Rzuciłam koszyk z jajkami i zaczęłam uciekać.

— RATUNKU!

Gęś pędziła za mną, sycząc jak mały demon.

— CO JA CI ZROBIŁAM?!

Próbowałam przeskoczyć przez niskie ogrodzenie, ale noga ześlizgnęła mi się z mokrej deski.

Wylądowałam na trawie.

Odwróciłam się.

Gęś była już kilka metrów ode mnie.

Rozłożone skrzydła.

Wyciągnięta szyja.

Syczący dziób.

— Dobra...

Podniosłam ręce.

— Przepraszam.

Gęś ruszyła dalej.

— Przecież mówię, że przepraszam!

I wtedy usłyszałam śmiech.

Męski.

Głośny.

Bezczelnie rozbawiony.

Spojrzałam w stronę płotu.

Stał tam chłopak.

Wysoki.

W roboczych spodniach, ciężkich butach i ciemnej kurtce.

Jedną rękę opierał o drewniany słupek.

Drugą zasłaniał usta, próbując powstrzymać śmiech.

Nie wychodziło mu.

— Pomógłbyś mi?!

Chłopak spojrzał na mnie.

Potem na gęś.

I znowu na mnie.

— Z nią?

— TAK! Z NIĄ!

Uśmiechnął się.

— Ona chyba sama sobie świetnie

radzi.

— Ona próbuje mnie zabić!

Roześmiał się jeszcze głośniej.

A ja w tej chwili znienawidziłam wieś po raz drugi.

Tym razem z jej mieszkańcami.

Rozdział 3

Nana ,, Gęś morderca"

Patrzyłam na niego z niedowierzaniem.

Zamiast mi pomóc, stał po drugiej stronie płotu i bezczelnie się ze mnie śmiał.

— Bardzo zabawne — burknęłam.

Chłopak pokręcił głową, ale uśmiech wciąż nie znikał z jego twarzy.

— Poczekaj.

— Na co?

Nie odpowiedział.

Po prostu podszedł do ogrodzenia i jednym sprawnym ruchem przeskoczył przez nie.

Zamarłam.

Nie wiem, dlaczego, ale nagle przestałam zwracać uwagę na gęś.

Może dlatego, że po raz pierwszy mogłam mu się dokładnie przyjrzeć.

Był wysoki.

Dużo wyższy ode mnie.

Miał ciemne włosy, lekko potargane, jakby wiatr robił z nimi, co chciał. Ubrany był w robocze spodnie, ciężkie buty i ciemną kurtkę. Wyglądał tak, jakby przed chwilą oderwał się od jakiejś pracy.

I najwyraźniej nie bał się niczego.

Nawet tej przeklętej gęsi.

Podszedł do niej spokojnie.

— No już, spokojnie.

Gęś syknęła.

Chłopak zagrodził jej drogę i zaczął powoli kierować ją w stronę kurnika.

— Idź.

Gęś zrobiła krok.

— No. Dalej.

Jeszcze jeden.

Po chwili ptak zniknął w środku.

Chłopak zamknął drzwi i dopiero wtedy odwrócił się w moją stronę.

Nagle przypomniałam sobie, że nadal siedzę na mokrej trawie.

Wspaniale.

Najpierw gęś próbowała mnie zabić, a teraz jakiś obcy chłopak znalazł mnie na ziemi.

Chłopak schylił się i podniósł mój koszyk.

Spojrzał do środka.

— Jajka całe.

— Super.

Wyciągnął do mnie rękę.

Spojrzałam na nią.

Potem na niego.

— Sama wstanę.

— Właśnie widzę.

Zmrużyłam oczy.

— Poradzę sobie.

— Nie wątpię.

Powiedział to tak spokojnie, że aż bardziej mnie zirytował.

Odwróciłam wzrok i podniosłam się sama.

— Dzięki.

Wyciągnął rękę w moją stronę jeszcze raz, jakby chciał mi pomóc otrzepać kurtkę.

Odsunęłam się.

— Powiedziałam, że sama sobie poradzę.

Przez chwilę patrzył na mnie bez słowa.

Potem wzruszył ramionami.

— Wystarczy zwykłe „dziękuję”.

Spojrzałam na niego.

Naprawdę.

Stał tam spokojnie, jakby przed chwilą nie ratował mnie przed gęsią, tylko podał mi sól przy stole.

— Dupek.

Odwróciłam się na pięcie.

— Co powiedziałaś?

— Nic.

Ruszyłam w stronę domu.

Dopiero po kilku krokach zorientowałam się, że czegoś mi brakuje.

Zatrzymałam się.

Spojrzałam na swoje puste ręce.

Koszyk.

Odwróciłam głowę.

Miłosz — bo domyśliłam się, że to właśnie on — nadal stał przy kurniku.

A w ręce trzymał mój koszyk z jajkami.

Patrzył na mnie.

I znowu się uśmiechał.

Westchnęłam.

Oczywiście.

Szłam szybkim krokiem w stronę domu, udając przed samą sobą, że wcale nie słyszę kroków za plecami.

Oczywiście, że słyszałam.

I oczywiście, że wiedziałam, kto za mną idzie.

Nie odwróciłam się jednak. Nie miałam zamiaru dawać mu tej satysfakcji.

— Hej, księżniczko.

Zacisnęłam usta.

— Co?

— Zapomniałaś jajek.

Dopiero wtedy się odwróciłam.

Stał kilka metrów za mną, trzymając koszyk.

— Mogłeś je zostawić — mruknęłam.

— Mogłem.

Ruszył w moją stronę.

— Ale babcia Adelka pewnie czeka na śniadanie.

Nic nie odpowiedziałam. Odwróciłam się i ruszyłam dalej.

Po chwili usłyszałam, że idzie za mną.

Oczywiście.

Jakby jeszcze tego brakowało.

Kiedy dotarliśmy do domu, babcia Adelka stała akurat w progu. Spojrzała najpierw na mnie, potem na Miłosza z koszykiem jajek.

A potem zakryła usta dłonią, żeby nie wybuchnąć śmiechem.

Zmarszczyłam brwi.

— Co?

Babcia pokręciła głową, próbując zachować powagę.

— Widzę, że już poznałaś Miłosza.

Spojrzałam na chłopaka.

Miłosz uśmiechał się pod nosem.

Nie wiem, co bardziej mnie zirytowało. To, że babcia najwyraźniej świetnie się bawiła, czy to, że on wyglądał, jakby właśnie wygrał jakiś konkurs.

Nie odpowiedziałam.

Minęłam babcię bez słowa, mocno tupiąc nogami i ruszyłam prosto do domu.

Za plecami usłyszałam tylko:

— Miłosz…

— Niech się pani nie martwi — odpowiedział rozbawionym głosem.

Odwróciłam się jeszcze na sekundę.

Puścił babci oczko, a potem posłał jej szeroki uśmiech.

Babcia odpowiedziała mu tym samym.

Chwilę później chłopak odstawił koszyk z jajkami i wyszedł.

A ja stałam w przedpokoju z miną, która chyba jasno mówiła, że nie mam ochoty z nikim rozmawiać.

Pierwszego dnia na wsi prawie

zostałam zamordowana przez gęś, pokłóciłam się z obcym facetem i zostawiłam mu śniadanie.

Zapowiadało się cudownie.

Rozdział 4

Miłosz ,, Miejska księżniczka"

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz ktoś uciekł przede mną z taką prędkością.

A właściwie przede mną nie uciekła.

Przede mną uciekała gęś.

Dziewczyna tylko miała nieszczęście znaleźć się na jej drodze.

Stałem jeszcze chwilę przy ogrodzeniu, patrząc, jak drobna postać znika za zakrętem. W jednej ręce trzymałem koszyk z jajkami, a drugą przeczesywałem włosy, próbując powstrzymać śmiech.

Nie powinienem się śmiać.

Naprawdę.

Ale widok tej dziewczyny, która najpierw próbowała pogłaskać gąsiątko, a chwilę później uciekała przed jego matką, wymachując rękami jak wiatrak…

No cóż.

Był bezcenny.

Wziąłem koszyk i ruszyłem w stronę domu Adelki.

Wiedziałem, że jej wnuczka miała przyjechać.

Adelka wspominała o niej kilka razy.

Gracjana.

Nana.

Tak ją nazywała.

Podobno dziewczyna z miasta.

Nie wiedziałem, czego się spodziewać.

Teraz już wiedziałem.

Miejska księżniczka.

Tak właśnie ją sobie nazwałem.

Nie dlatego, że była niemiła. Chociaż zdecydowanie nie należała do najbardziej przyjaznych osób, jakie spotkałem.

Po prostu wyglądała, jakby ktoś wyrwał ją z zupełnie innego świata i postawił pośrodku naszego podwórka.

W świecie, z którego pochodziła, pewnie nie trzeba było sprawdzać, czy kury zniosły jajka.

Nie trzeba było rano wstawać przed świtem.

Nie trzeba było znać różnicy między zwykłym deszczem a takim, po którym następnego dnia człowiek tonął po kostki w błocie.

I przede wszystkim…

Nie trzeba było wiedzieć, że nie każda gęś chce być głaskana.

Uśmiechnąłem się pod nosem.

Kiedy wszedłem na podwórko Adelki, zobaczyłem ją stojącą w progu.

Spojrzała najpierw na mnie, później na koszyk.

A potem na wnuczkę.

Wystarczyło jedno spojrzenie.

Adelka już wiedziała.

Zakryła usta dłonią, próbując ukryć śmiech.

— Widzę, że już poznałaś Miłosza.

Dziewczyna nawet się nie zatrzymała.

Minęła babcię, mocno tupiąc nogami, jak obrażone dziecko.

Spojrzałem na Adelę.

— Chyba mnie polubiła.

Babcia parsknęła śmiechem.

— Oj, Miłosz…

— Co?

— Daj jej trochę czasu.

Pokiwałem głową.

— Dam.

Odstawiłem koszyk z jajkami na ławie.

Zanim wyszedłem, spojrzałem jeszcze w stronę domu.

Nie wiem, dlaczego.

Może chciałem sprawdzić, czy przypadkiem nie wygląda zza okna.

Nie wyglądała.

I dobrze.

Bo przecież nie powinienem być ciekawy tej dziewczyny.

Nie znałem jej.

Była tylko wnuczką Adelki.

Miejską dziewczyną, która nie wiedziała, jak zachować się przy gęsi.

Tylko tyle.

Przynajmniej na razie.

Rozdział 5

Miłosz ,, Moje miejsce "

Budzik zadzwonił o piątej trzydzieści.

Nie potrzebowałem go.

Tak naprawdę od kilku lat budziłem się kilka minut przed jego dźwiękiem. Człowiek przyzwyczaja się do wszystkiego. Do wstawania, kiedy za oknem jest jeszcze ciemno. Do zimnej podłogi pod stopami. Do zapachu kawy, który wypełnia kuchnię, zanim słońce zdąży pojawić się nad polami.

Do pracy.

Zwłaszcza do niej.

Przetarłem twarz dłonią i przez chwilę siedziałem na brzegu łóżka.

Za oknem październik robił swoje.

Noc zostawiła na szybach drobne krople deszczu, a wiatr poruszał gałęziami jabłoni. Jesień była tutaj zupełnie inna niż w mieście. Nie przychodziła tylko w kalendarzu. Czuło się ją w powietrzu, pod butami i w każdym poranku.

Wstałem.

Dzień sam się nie zrobi.

W kuchni nalałem sobie kawy i zjadłem dwie kromki chleba z serem. Bez pośpiechu, ale też bez zbędnego siedzenia.

O szóstej byłem już w gospodarstwie.

Najpierw zwierzęta.

Tak było każdego dnia.

Sprawdzić wodę, przygotować paszę, zajrzeć do obory, nakarmić kury. Potem sprzęt, pole, naprawy, zamówienia, telefony. Zawsze coś.

Gospodarstwo nie pytało, czy mam dobry humor.

Nie interesowało go, czy jestem zmęczony.

Nie obchodziło go, czy mam ochotę zostać dzisiaj w łóżku.

Po prostu czekało.

I chyba właśnie dlatego je lubiłem.

Tutaj wszystko miało swój porządek.

Zasiałeś — czekałeś.

Zadbałeś — zbierałeś.

Zaniedbałeś — płaciłeś za to.

Proste.

Ludzie byli znacznie bardziej skomplikowani.

Oparłem się na chwilę o drzwi stodoły i spojrzałem na pola.

Mój ojciec zawsze mówił, że ziemia uczy cierpliwości.

Kiedy byłem młodszy, nie rozumiałem, o co mu chodzi.

Chciałem wszystko od razu.

Pieniądze. Samochód. Wolność. Swoje życie.

Dopiero później zrozumiałem, że życie nie działa w ten sposób.

Ojca nie ma już od roku.

Czasami nadal łapię się na tym, że chcę do niego zadzwonić.

Zapytać, jak ustawić maszynę.

Co zrobić z jednym kawałkiem pola.

Czy dobrze zrobiłem, kupując nowy sprzęt.

Potem przypominam sobie, że nie odbierze.

I przez chwilę jest ciszej.

Nie lubię takich chwil.

Dlatego pracuję.

Praca jest dobrym lekarstwem na myśli.

Człowiek ma zajęte ręce, więc głowa przestaje szukać problemów.

A przynajmniej na jakiś czas.

Około południa pojechałem do Adelki.

Obiecałem jej, że pomogę przy drewnie.

Kiedy podjechałem pod jej dom, zobaczyłem kilka skrzynek stojących przy stodole.

I wtedy przypomniałem sobie o niej.

O Gracjanie.

Nana.

Miejskiej dziewczynie, która poprzedniego dnia stoczyła nierówną walkę z gęsią.

Uśmiechnąłem się pod nosem.

Nie powinienem.

Naprawdę nie powinienem.

Ale trudno było o niej nie pomyśleć.

Nie dlatego, że mi się podobała.

Przynajmniej jeszcze nie.

Po prostu była… inna.

Wyróżniała się tutaj tak bardzo, jak neon świecący w środku lasu.

Zastanawiałem się, jak długo wytrzyma.

Tydzień?

Dwa?

Może trzy?

Adelka mówiła, że dziewczyna ma zostać na kilka tygodni.

Pewnie codziennie będzie narzekać.

Na błoto.

Na brak Internetu.

Na kury.

Na gęsi.

Na mnie.

Zaśmiałem się cicho.

— Co cię tak bawi?

Odwróciłem się.

Adelka stała w drzwiach.

— Nic.

— Jasne.

Popatrzyła na mnie z tym swoim uśmiechem, który zawsze oznaczał, że wie więcej, niż mówi.

— Pomogę ci z tym drewnem — powiedziałem.

— Widzę.

Podszedłem do pierwszej skrzynki.

Nie pytała o Nanę.

Ja też nie pytałem o nią.

I dobrze.

Nie miałem czasu na takie rzeczy.

Miałem gospodarstwo.

Swoje obowiązki.

Rodzinę.

Życie, które było może proste, ale było moje.

Nigdy nie marzyłem o wielkim mieście.

Nie potrzebowałem mieszkania na dziesiątym piętrze, klubów otwartych do rana ani życia, w którym każdy dzień wygląda inaczej.

Lubiłem wiedzieć, co przyniesie jutro.

Lubiłem zapach ziemi po deszczu.

Pierwszy śnieg.

Ciepło pieca zimą.

Poranną kawę.

Zmęczenie po całym dniu pracy.

I świadomość, że kiedy wracam wieczorem do domu, wszystko jest dokładnie tam, gdzie zostawiłem.

Może właśnie tego nauczyło mnie życie.

Że szczęście wcale nie musi być wielkie.

Czasami wystarczy mieć swoje miejsce.

Swoich ludzi.

I powód, żeby rano wstać.

Spojrzałem na pola.

Wiatr przesunął się po żółknącej trawie.

Jeszcze kilka tygodni i wszystko przykryje śnieg.

A potem przyjdzie wiosna.

Zawsze przychodziła.

Może z życiem było podobnie.

Czasami coś musiało się skończyć, żeby mogło zacząć się coś nowego.

Tylko że ja nie czekałem na nic nowego.

Miałem swoje życie.

I byłem z niego zadowolony.

Przynajmniej tak wtedy myślałem.

Rozdział 6

Miłosz ,, Szczypawica"

Październik miał jedną rzecz, którą naprawdę lubiłem.

Jabłka.

Nie te ze sklepu, błyszczące i poukładane w równych rzędach. Lubiłem nasze. Te, które rosły na starych jabłoniach za stodołą, nie zawsze idealne, czasem krzywe, czasem z małą plamką.

Ale własne.

Tego dnia od rana zbieraliśmy je do skrzynek.

Powietrze było chłodne, choć słońce próbowało przebić się przez chmury. Pod butami szeleściły liście, a ziemia pachniała wilgocią. W sadzie było cicho, jeśli nie liczyć odgłosów pracy i skrzypienia drewnianych skrzynek.

Adelka poprosiła, żeby pomóc jej z ostatnimi drzewami.

Nie miałem z tym problemu.

Praca jak każda inna.

Tyle że tym razem nie byłem sam.

— Delikatnie! — zawołałem, kiedy zobaczyłem, jak Gracjana próbuje ściągnąć jabłko z najwyższej gałęzi.

— Przecież delikatnie to robię!

— Właśnie widzę.

Jabłko wylądowało na ziemi.

A właściwie odbiło się od niej z głuchym plask.

Dziewczyna spojrzała na mnie spod zmarszczonych brwi.

— Spadło.

— Zauważyłem.

— To nie moja wina.

— Oczywiście.

Prychnęła i odwróciła się do drzewa.

Musiałem przyznać, że szybko się uczyła.

Jeszcze wczoraj wyglądała, jakby wieś była dla niej karą wymierzoną przez los.

Dzisiaj zbierała jabłka.

Co prawda robiła to w sposób, który przyprawiał mnie momentami o ból głowy, ale jednak.

Po kilku minutach znowu usłyszałem jej głos.

— Miłosz?

— Co?

— Coś mi chodzi po plecach.

Odłożyłem jabłko do skrzynki.

— Co?

— Nie wiem.

Zaczęła się wiercić.

— Coś mi chodzi po plecach.

— Może liść?

— Liść nie chodzi.

Odwróciła się do mnie.

— Sprawdź.

Podszedłem bliżej.

Na jej ramieniu rzeczywiście siedział mały owad.

— To tylko szczypawica.

— Co?!

Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, Gracjanna odskoczyła.

— Zdejmij ją!

— Spokojnie.

— Miłosz!

— Stój.

— Ona gdzieś poszła!

— Bo ją przestraszyłaś.

— Ja ją przestraszyłam?!

W tym momencie owad zniknął.

A dokładniej…

Wpadł jej za kołnierz.

Zobaczyłem to.

I przez sekundę zastanawiałem się, czy powinienem jej powiedzieć.

Nie zdążyłem.

— AAAAA!

Pisk Gracjany chyba przestraszył wszystkie ptaki w okolicy.

— Miłosz! Ona jest we mnie!

— W tobie?

— W KOSZULCE!

Zaczęła szarpać za kołnierz.

— Wyjmij ją!

— Nie mogę…

— DLACZEGO?!

— Bo nie wiem, gdzie jest.

— To znajdź!

Ledwo powstrzymywałem śmiech.

— Spokojnie. Zaraz wyjdzie.

— Ona mnie ugryzie!

— Szczypawice raczej nie mają takiego planu.

— Miłosz!

Cofnęła się o krok.

I wtedy jej noga trafiła na zgniłe jabłko.

Usłyszałem tylko krótkie:

— O kur—

Po czym straciła równowagę.

Zrobiłem krok w jej stronę, ale było za późno.

Gracjana poślizgnęła się i wylądowała prosto na stercie mokrych liści.

Przez chwilę panowała cisza.

Patrzyłem na nią.

Ona patrzyła na mnie.

Na jej włosach przykleił się liść.

Na policzku miała kawałek jabłka.

A na kurtce wielką, brązową plamę.

Nie wytrzymałem.

Roześmiałem się.

— Ani słowa — powiedziała.

— Nic nie mówię.

— Śmiejesz się.

— To nie jest mówienie.

Spojrzała na mnie tak, jakby właśnie rozważała, czy kolejne jabłko nie powinno przypadkiem wylądować na mojej głowie.

Podałem jej rękę.

— Chodź.

— Sama wstanę.

Westchnąłem.

Znowu to samo.

— Oczywiście, że sama.

Puściłem jej rękę.

Próbowała się podnieść.

Zrobiła krok.

Zachwiała się.

Złapałem ją za ramię, zanim ponownie wylądowała na ziemi.

— Nadal sama?

— Zamknij się.

Uśmiechnąłem się.

— Tak myślałem.

Pomogłem jej stanąć na nogach.

— Szczypawica?

Zamarła.

— Co?

— Nadal tam jest?

Natychmiast zaczęła otrzepywać ubranie.

— Nie wiem!

Roześmiałem się ponownie.

Tym razem już nawet nie próbowałem tego ukryć.

— Przestań!

— Przepraszam.

Nie brzmiałem szczególnie przekonująco.

Gracjana spojrzała na mnie z irytacją, ale po chwili sama parsknęła śmiechem.

I wtedy coś się zmieniło.

Niewiele.

Ledwie zauważalnie.

Ale pierwszy raz zobaczyłem ją, kiedy naprawdę się śmiała.

Bez złości.

Bez obrażonej miny.

Bez patrzenia na mnie, jakbym był największym problemem tej wsi.

Po prostu się śmiała.

I nie wiem dlaczego, ale przez chwilę nie mogłem oderwać od niej wzroku.

— Co? — zapytała.

Otrząsnąłem się.

— Nic.

Sięgnąłem po kolejne jabłko.

— Zbieramy dalej?

— Tak.

Pokręciła głową i podeszła do skrzynki.

A ja przez resztę dnia zastanawiałem się, dlaczego jej śmiech został mi w głowie znacznie dłużej niż powinien.

Rozdział 7

Nana ,, Wycieczka "