Nieznajoma z parku - Anna M. Wan - ebook
NOWOŚĆ

Nieznajoma z parku ebook

Anna M. Wan

4,3

81 osób interesuje się tą książką

Opis

Z odległej galaktyki przybywa pomoc, która może na zawsze odmienić losy Ziemi

Gdy na nocnym niebie pojawiają się trzy tajemnicze obiekty, nikt jeszcze nie wie, jak bardzo zmieni się nasz świat. Obca cywilizacja w końcu przybyła, niosąc nie wojnę czy zniszczenie, lecz propozycję, która może odmienić przyszłość całej planety.

Wysłannicy Rady Galaktycznej, organizacji zrzeszającej 186 cywilizacji Drogi Mlecznej, od dawna obserwują rozwój ludzkości. Wiedzą, że wkrótce sięgniemy po energię zdolną zagrozić istnieniu niezliczonych światów, dlatego chcą nas powstrzymać, nie przemocą, lecz obietnicą życia bez głodu, chorób, wojen i nierówności, o którym od wieków marzyły całe pokolenia.

Tym razem decyzja nie należy do rządów ani elit. Po raz pierwszy w historii głos zabiera cała ludzkość. Rozpoczyna się globalne referendum. Nigdy wcześniej od jednej decyzji nie zależało aż tak wiele…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 781

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (13 ocen)
8
2
2
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
agni3cha

Nie oderwiesz się od lektury

Ale niefajnie z tym opisem. Tu poprawny : Najpierw widywał ją tylko z daleka. Z czasem los zbliżył ich do siebie. Po bolesnym rozstaniu Jack T. Gordon, zamożny właściciel agencji ochrony JT Security, znajduje ukojenie w obserwowaniu pobliskiego parku z okna swojego gabinetu. Pewnego dnia jego uwagę przykuwa młoda kobieta. Wkrótce wypatrywanie nieznajomej staje się najważniejszym momentem jego codzienności. Gdy dziewczyna pojawia się coraz rzadziej, Jack nie potrafi pozbyć się niepokoju. Nie przypuszcza, że już niebawem ich drogi ponownie się przetną, tym razem w jego agencji. Liz Blackley zjawia się w JT Security z nietypową prośbą. Nie ma pojęcia, że mężczyzna, z którym zetknie ją los, od dawna nie potrafił oderwać od niej wzroku. Jedno spotkanie wystarczy, by całkowicie odmienić ich życie. Czy można uciec przed przeznaczeniem, gdy życie po raz kolejny stawia na naszej drodze tę samą osobę?
70
Olazd

Nie oderwiesz się od lektury

Książka jest świetna i to nie jest jej opis.
30
Agnieszkaakalina

Nie oderwiesz się od lektury

Super historia ❤️
10
EwaET1958

Z braku laku…

rany, ale żeby aż 735 stron napisać o historii która zmieściłaby się na góra 250?
10
Rybarz

Nie oderwiesz się od lektury

To nie jest opis tej książki
10



– Cześć wszyst­kim! – Wy­so­ki, uśmiech­nię­ty blon­dyn raź­no wkro­czył do biu­ra. Uniósł do góry pra­wą rękę, w któ­rej trzy­mał wiel­ką wa­li­zę, i po­ma­chał do se­kre­tar­ki. Naj­wy­raź­niej nie spra­wi­ło mu to żad­ne­go kło­po­tu. Wa­li­za za­ko­ły­sa­ła się na jego kciu­ku. – Tess, ko­cha­nie, ależ ja się za tobą stę­sk­ni­łem! – Dla więk­sze­go efek­tu wes­tchnął głę­bo­ko i przej­mu­ją­co na nią spoj­rzał.

– Za mną czy za po­ło­wą bar­dzo mło­dych by­wal­czyń noc­nych klu­bów? – prych­nę­ła Tess, ale już po chwi­li uśmiech­nę­ła się do nie­go cie­pło. Nie moż­na było nie lu­bić tego chło­pa­ka. – Cześć, Char­lie. – Z po­zor­ną nie­chę­cią po­zwo­li­ła mu się ob­jąć i wy­ci­snąć siar­czy­ste­go bu­zia­ka na po­licz­ku.

Przyj­rza­ła mu się uważ­niej i bez zdzi­wie­nia stwier­dzi­ła, że nic nie wska­zu­je na to, że do­pie­ro co wy­siadł z sa­mo­lo­tu po bar­dzo dłu­gim lo­cie. Char­lie miał nie­sa­mo­wi­te zdol­no­ści re­ge­ne­ra­cji. Zresz­tą nie tyl­ko on w tej fir­mie.

– Za tobą oczy­wi­ście! – Udał obu­rze­nie, że w ogó­le mo­gła po­my­śleć ina­czej. – Za tobą… – od­wró­cił się od niej, prze­szedł parę kro­ków i po­wo­li od­sta­wił wa­liz­kę w rogu po­ko­ju – …i może tro­chę za Nat. Wiesz, daw­no się z nią nie kłó­ci­łem. Dziw­nie się czu­ję, jak przez parę dni nikt mnie nie na­zwie głą­bem czy głup­kiem… – Za­śmiał się ci­cho. – Wró­ci­ła już? – za­py­tał niby od nie­chce­nia, zer­ka­jąc na Tess z uko­sa.

– Nie… Bę­dzie do­pie­ro ju­tro lub po­ju­trze – od­par­ła su­cho Tess.

Po­my­śla­ła, że już naj­wyż­szy czas, żeby tych dwo­je ze­szło się ze sobą. Od mie­się­cy ob­ser­wo­wa­ła, jak się za­cho­wu­ją, dro­czą, kłó­cą re­gu­lar­nie, chy­ba nie było dnia, żeby jed­no nie na­rze­ka­ło na dru­gie. Kla­sycz­ny przy­pa­dek, wes­tchnę­ła w du­chu. Dam im jesz­cze tro­chę cza­su, a po­tem chy­ba wkro­czę do ak­cji, bo dłu­żej nie da się na to pa­trzeć!

– Któ­ra to go­dzi­na? – Char­lie spoj­rzał na ze­ga­rek. – Jack pew­nie sie­dzi u Sze­fa, co? – Z ło­bu­zer­ską miną pu­ścił do niej oko.

Tess aż cmok­nę­ła z nie­za­do­wo­le­nia.

– Char­lie! Prze­stań… – za­czę­ła z obu­rze­niem, ale nie dane jej było wy­gło­sić jed­nej ze swych słyn­nych ty­rad, bo chło­pak za­czął ra­kiem wy­co­fy­wać się z jej po­ko­ju.

– Już do­brze, do­brze, nie będę… – Za­ma­chał prze­pra­sza­ją­co rę­ka­mi. – Po pro­stu mu­szę po­ga­dać z Jac­kiem. – I nie cze­ka­jąc na burę, zwiał.

Za­le­d­wie parę kro­ków da­lej był ga­bi­net Sze­fa. Char­lie za­pu­kał i po ci­chym „pro­szę” wszedł do prze­stron­ne­go, ja­sne­go po­ko­ju. Za wiel­kim biur­kiem sie­dział krót­ko ob­cię­ty męż­czy­zna o bar­dzo sze­ro­kich ra­mio­nach. Z po­bruż­dżo­nej zmarszcz­ka­mi twa­rzy wy­zie­ra­ły ja­sno­błę­kit­ne, do­bre oczy. Te same oczy po­tra­fi­ły jed­nak prze­świ­dro­wać czło­wie­ka na wy­lot, od­kryć, czy kła­mie, czy mówi praw­dę, po­tra­fi­ły pa­trzeć z bez­względ­ną sta­now­czo­ścią albo zmro­zić bez­na­mięt­nym bły­skiem, za­leż­nie od tego, z kim lub o czym ich wła­ści­ciel aku­rat roz­ma­wiał. Te­raz jed­nak po­wi­ta­ły go­ścia z ra­do­ścią.

– Char­lie! Wró­ci­łeś! Wi­taj! Ale co ty ro­bisz w fir­mie? Mia­łeś prze­cież wziąć wol­ne po po­wro­cie!

– Cześć! Wpa­dłem tyl­ko na chwi­lę… Przy­wi­tać się… – po­wie­dział Char­lie i ro­zej­rzał się po po­ko­ju. Tak jak się tego spo­dzie­wał, opar­ty o wy­so­ką szaf­kę obok okna, stał Jack z pu­deł­kiem chińsz­czy­zny w ręku. – Hej, Jack! I co?! Przy­szła?! Jest?! – Spo­glą­dał z za­cie­ka­wie­niem to na nie­go, to na wi­docz­ny z okna spo­ry skwer z fon­tan­ną po­środ­ku.

Jack zer­k­nął na nie­go po­sęp­nie, mruk­nął swo­je „cześć” przez za­ci­śnię­te zęby i z wes­tchnie­niem po­pa­trzył na Sze­fa. Obaj wy­mie­ni­li tyl­ko po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia i z re­zy­gna­cją wzru­szy­li ra­mio­na­mi. Py­ta­nie Char­lie­go po­zo­sta­ło bez od­po­wie­dzi.

– Jak mi­nę­ła po­dróż? Bez pro­ble­mów? – za­py­tał Szef, chcąc od­cią­gnąć uwa­gę Char­lie­go od Jac­ka i wi­do­ku za oknem.

– Tak, wszyst­ko w po­rząd­ku. Klient do­le­ciał szczę­śli­wie i w jed­nym ka­wał­ku. Jego bez­cen­na wa­li­zecz­ka też. – Uśmiech­nął się krzy­wo, znów z cie­ka­wo­ścią przy­pa­tru­jąc się Jac­ko­wi. – Bob ka­zał was po­zdro­wić. Po­wie­dział, że w przy­szłym ty­go­dniu sam wy­bie­ra się do Lon­dy­nu, chce się z wami spo­tkać i po­ga­dać. – Char­lie krę­cił się tro­chę ner­wo­wo po po­ko­ju. – Obie­cał, że oso­bi­ście ode­skor­tu­je Jo­na­sa do domu. Dla­te­go tu przy­sze­dłem – do­dał wy­ja­śnia­ją­co.

Jack z Sze­fem znów tyl­ko wy­mie­ni­li spoj­rze­nia. Obaj do­sko­na­le wie­dzie­li, że to nie­praw­da. Bob Mey­ers, dy­rek­tor współ­pra­cu­ją­cej z nimi fir­my z No­we­go Jor­ku, już wcze­śniej te­le­fo­nicz­nie po­in­for­mo­wał ich o swo­im za­mia­rze przy­jaz­du do An­glii. Oczy­wi­ste było, że Char­lie po­ja­wił się w fir­mie gna­ny tyl­ko wła­sną nie­po­ha­mo­wa­ną cie­ka­wo­ścią.

Była pora lun­chu i miał pew­nie wiel­ką na­dzie­ję, że Nie­zna­jo­ma z Par­ku, jak ją wta­jem­ni­cze­ni na­zy­wa­li, wresz­cie się po­ja­wi. Ale Char­lie się roz­cza­ro­wał.

Zresz­tą jego roz­cza­ro­wa­nie i tak było ni­czym w po­rów­na­niu do tego, któ­re od­czu­wał Jack.

*

Jack T. Gor­don wła­śnie koń­czył swo­ją chińsz­czy­znę i po raz enty tego ran­ka prze­ma­sze­ro­wał wzdłuż okna w po­ko­ju Sze­fa. Wy­raź­nie za­wie­dzio­ny Char­lie wy­szedł przed chwi­lą, zo­sta­wia­jąc ich sa­mych, i Jack mógł so­bie po­zwo­lić na małe wes­tchnie­nie ulgi.

Bar­dzo lu­bił tego chło­pa­ka, wie­dział, że jest kom­pe­tent­ny i do­sko­na­le na­da­je się do swej roli, mógł na nie­go li­czyć. Bo pew­nie nie­wie­lu do­my­śli­ło­by się, że ten przy­stoj­ny fa­cet z uśmie­chem wy­ro­śnię­te­go ucznia­ka jest w isto­cie bar­dzo do­brym ochro­nia­rzem do za­dań, jak to sam na­zy­wał, „nie­co bar­dziej spe­cjal­nych”. Z apa­ry­cją sym­pa­tycz­ne­go go­ścia Char­lie­mu za­wsze ja­koś ła­twiej było wto­pić się w tłum, to­wa­rzy­szyć klien­tom i nie wzbu­dzać naj­mniej­szych po­dej­rzeń co do peł­nio­nej przez sie­bie funk­cji. Bar­dzo przy­dat­na umie­jęt­ność w tym fa­chu. A poza tym pod płasz­czy­kiem nie­fra­so­bli­wo­ści, to­tal­ne­go wy­lu­zo­wa­nia i pozą nie­po­praw­ne­go ko­bie­cia­rza Char­lie był na­praw­dę do­brym, uczci­wym czło­wie­kiem. Ta­kim, z któ­rym rów­nie do­brze się pra­cu­je, jak i spę­dza wol­ny czas.

Tak więc Jack na­praw­dę lu­bił Char­lie­go i bar­dzo go ce­nił. Tyle że od cza­su, gdy ten po­znał przez przy­pa­dek jego pil­nie strze­żo­ną ta­jem­ni­cę, czuł się w jego to­wa­rzy­stwie nie­co skrę­po­wa­ny.

Wła­ści­wie to ta­jem­ni­ca nie była aż tak zno­wu pil­nie strze­żo­na. Ot, po pro­stu, wo­lał­by, żeby to po­zo­sta­ło jego pry­wat­ną spra­wą. Trud­no się jed­nak dzi­wić, że ta­jem­ni­ca wkrót­ce prze­sta­ła być ta­jem­ni­cą, sko­ro pra­cu­je się w fir­mie ochro­niar­skiej, w oto­cze­niu by­łych po­li­cjan­tów, agen­tów, woj­sko­wych i wszyst­kich tych lu­dzi, któ­rych za­da­niem jest wszyst­ko wi­dzieć, sły­szeć i wie­dzieć. Jack mu­siał sa­mo­kry­tycz­nie przy­znać, że tyl­ko ja­kiś nie­zro­zu­mia­ły po­ryw na­iw­no­ści po­zwo­lił mu wie­rzyć, że w miej­scu ta­kim jak to jego mały se­kret po­zo­sta­nie na dłuż­szą metę wy­łącz­nie jego pry­wat­ną spra­wą.

Szef po­wo­li po­tarł szczę­kę, spoj­rzał na Jac­ka i ode­zwał się zmę­czo­nym gło­sem:

– Wiesz… Char­lie to na­praw­dę do­bry chło­pak, tyl­ko… tyl­ko tro­chę cie­kaw­ski… wścib­ski…

– Wiem! – uciął Jack, może nie­co ostrzej, niż za­mie­rzał. – Prze­pra­szam…

Szef po­wo­li wstał zza biur­ka i nie­pew­nym kro­kiem pod­szedł do okna. Wi­dać było, że zbie­ra się do po­waż­nej roz­mo­wy, i chy­ba pierw­szy raz od nie­pa­mięt­nych cza­sów nie wie, jak za­cząć.

– Jack… Char­lie może mieć tro­chę ra­cji… mo­że­my prze­cież dys­kret­nie się cze­goś o niej do­wie­dzieć… Nie ma sen­su, że­byś się tak za­drę­czał…

– Wca­le się nie za­drę­czam! – za­pro­te­sto­wał po­nu­ro Jack. – Po pro­stu mi­nę­ło już spo­ro cza­su… To chy­ba nor­mal­ne, że za­sta­na­wiam się, co się mo­gło stać, że na­gle prze­sta­ła przy­cho­dzić.

– Wie­le się mo­gło stać… Oczy­wi­ście… Mo­gła wy­je­chać na wa­ka­cje, za­cho­ro­wać. Może zmie­ni­ła pra­cę i już gdzie in­dziej cho­dzi na lunch, może się prze­pro­wa­dzi­ła… albo po pro­stu zna­la­zła lep­sze miej­sce niż ten skwer, żeby zjeść ka­nap­kę. – Szef cier­pli­wie po­wtó­rzył wszyst­ko to, co wał­ko­wa­li co­dzien­nie już od pra­wie dwóch ty­go­dni.

– Wiem, wiem… – przy­tak­nął ci­cho Jack, spoj­rzał raz jesz­cze za okno i po chwi­li pod­szedł do ko­sza, wy­rzu­cił pu­deł­ko po chińsz­czyź­nie i zu­peł­nie in­nym już gło­sem po­wie­dział: – Do­bra, ko­niec prze­rwy, wra­ca­my do ro­bo­ty! Co ze spra­wą McBri­gh­ta? Wcho­dzi­my w to?

*

Póź­nym wie­czo­rem tego dnia, gdy po raz ko­lej­ny prze­wró­cił się z boku na bok, bez­sku­tecz­nie usi­łu­jąc za­snąć, Jack z ża­lem po­my­ślał, że nocą trud­niej jest prze­stać o czymś my­śleć niż w pra­cy. O czymś lub ra­czej o kimś… A prze­cież było już tak do­brze! Miał w mia­rę po­ukła­da­ne ży­cie, pra­cę, cał­kiem spo­re do­cho­dy, dom, przy­ja­ciół, po­zbie­rał się do kupy, i pro­szę – zno­wu sam so­bie wszyst­ko kom­pli­ku­je.

Kie­dy skoń­czył służ­bę w jed­nost­kach spe­cjal­nych i po­sta­no­wił za­ło­żyć wła­sną fir­mę ochro­niar­ską, ro­dzi­ce, choć nie bez obaw i opo­rów, zgo­dzi­li się, by pod­jął środ­ki zgro­ma­dzo­ne na jego kon­cie w fun­du­szu. Dzię­ki temu mógł szyb­ko wy­na­jąć lo­kal i za­czął szu­kać pra­cow­ni­ków. Pierw­szą oso­bą, któ­rą za­trud­nił, była Tess Par­sons. Znał ją jesz­cze z jed­nost­ki, gdzie była se­kre­tar­ką ge­ne­ra­ła.

Tess po śmier­ci męża dłu­go nie mo­gła dojść do sie­bie i wte­dy na­gle po­ja­wił się Jack z pro­po­zy­cją pra­cy w jego wła­snej fir­mie. To było zu­peł­nie do niej nie­po­dob­ne – rzu­cić do­tych­cza­so­wą po­sa­dę, dom i wszyst­kich zna­jo­mych, prze­pro­wa­dzić się do Lon­dy­nu i za­cząć od zera w nowo po­wsta­łej fir­mie. Ale w tym mo­men­cie jej ży­cia było to zbaw­czo sza­lo­ne. Mo­gła prze­stać my­śleć o so­bie i swo­jej ża­ło­bie, o sa­mot­no­ści i pro­ble­mach, a sku­pić całą ener­gię na roz­krę­ca­niu fir­my, któ­rą od po­cząt­ku po­ma­ga­ła za­kła­dać. To ona wy­my­śli­ła na­zwę JT Se­cu­ri­ty, po­ma­ga­ła wy­naj­dy­wać po­ten­cjal­nych pra­cow­ni­ków, a tak­że klien­tów. Jack za­wsze wszyst­kim mó­wił, że JT zna­czy „Jack i Tess”. Tess wte­dy tyl­ko się uśmie­cha­ła i krę­ci­ła gło­wą, bo na­zwa mia­ła inną ge­ne­zę, ale wi­dać było, że schle­bia jej tym pod­kre­śla­niem jej wkła­du w suk­ces fir­my.

A suk­ces rze­czy­wi­ście od­nie­śli. Kil­ka lat cięż­kiej pra­cy przy­nio­sło efek­ty. Szyb­ko zna­leź­li sta­łych klien­tów, któ­rzy ce­ni­li so­bie peł­ny pro­fe­sjo­na­lizm, dys­kre­cję i uczci­wość ich pra­cow­ni­ków. Wkrót­ce też ze zwy­kłej agen­cji wy­naj­mu­ją­cej ochro­nia­rzy JT Se­cu­ri­ty zmie­ni­ło się w fir­mę zaj­mu­ją­cą się rów­nież ochro­ną obiek­tów, do­mów pry­wat­nych i za­kła­da­niem sys­te­mów za­bez­pie­czeń. Jack cza­sem sam się dzi­wił, że jego mały biz­nes na­gle oka­zał się cał­kiem spo­ry, z kil­ko­ma fi­lia­mi, kon­tak­ta­mi w in­nych kra­jach i zu­peł­nie po­kaź­nym kon­tem ban­ko­wym. Z pew­no­ścią nie osią­gnął­by jed­nak tego sam. Miał szczę­ście do lu­dzi, stwo­rzył wspa­nia­ły ze­spół współ­pra­cow­ni­ków, na któ­rych mógł cał­ko­wi­cie po­le­gać. To wła­śnie lu­dzie sta­no­wi­li o suk­ce­sie jego fir­my. Rze­tel­ni, uczci­wi, o nie­po­szla­ko­wa­nej opi­nii – fa­chow­cy w każ­dym calu. To dzię­ki nim klien­ci czu­li się bez­piecz­nie, go­to­wi byli po­wie­rzyć im swo­je ży­cie i do­by­tek. A po do­brze wy­ko­na­nym za­da­niu sami po­le­ca­li ich swo­im zna­jo­mym. Lep­szej re­kla­my Jack nie mógł­by so­bie wy­ma­rzyć. Gdy na po­cząt­ku dzia­łal­no­ści uda­ło mu się po­zy­skać kil­ku zna­nych klien­tów, dało to po­czą­tek dłu­giej li­ście sław, któ­re póź­niej na sta­łe ko­rzy­sta­ły z usług jego fir­my.

Jack uczci­wie mu­siał też przy­znać, że ni­g­dy nie uda­ło­by mu się tyle osią­gnąć, gdy­by nie Szef. Wła­ści­wie do­pie­ro od mo­men­tu gdy Ja­mes Tar­ling­ton do­łą­czył do ze­spo­łu, fir­ma za­czę­ła od­no­sić naj­więk­sze suk­ce­sy, zdo­by­wać naj­lep­sze kon­trak­ty. Za­trud­nie­nie go było praw­dzi­wym punk­tem zwrot­nym w hi­sto­rii JT Se­cu­ri­ty.

Szef był kie­dyś do­wód­cą i szko­le­niow­cem ko­man­do­sów. Jack znał go, ale sła­bo, tak się zło­ży­ło, że pra­wie nie mie­li ze sobą kon­tak­tu. Za to Tess do­brze zna­ła Ja­me­sa. Od cza­su do cza­su dzwo­ni­li do sie­bie, od­kąd ode­szła z jed­nost­ki i za­czę­ła pra­co­wać u Jac­ka. Parę mie­się­cy przed swo­im przej­ściem na eme­ry­tu­rę Ja­mes skar­żył się jej, że jest za mło­dy na bez­czyn­ność i nie ma po­ję­cia, co zro­bi z wol­nym cza­sem. Nie miał ro­dzi­ny, woj­sko było ca­łym jego ży­ciem. W wie­ku pięć­dzie­się­ciu paru lat, od­wle­ka­jąc ten mo­ment, jak dłu­go to było moż­li­we, mu­siał się jed­nak po­że­gnać ze służ­bą i ustą­pić miej­sca młod­szym od sie­bie. Wy­cho­wał wie­le rocz­ni­ków żoł­nie­rzy, był dla nich su­ro­wym, lecz spra­wie­dli­wym na­uczy­cie­lem, nie­mal oj­cem. Ko­sza­ry były jego do­mem, to­wa­rzy­sze – ro­dzi­ną. A te­raz miał to wszyst­ko zo­sta­wić i – jak ra­dzi­li mu prze­ło­że­ni – po­szu­kać so­bie ja­kie­goś hob­by.

Tess wy­słu­cha­ła cier­pli­wie tych ża­lów i choć nie po­wie­dzia­ła wte­dy nic Ja­me­so­wi, ucie­szy­ła się, że bę­dzie mo­gła wresz­cie wcie­lić w ży­cie swój plan. Bo od daw­na już roz­my­śla­ła o tym, że gdy tyl­ko Szef bę­dzie od­cho­dził z woj­ska, na­le­ży spró­bo­wać na­mó­wić go do pra­cy w JT Se­cu­ri­ty. Wie­dzia­ła, że taki czło­wiek bę­dzie bez­cen­nym na­byt­kiem dla co­raz szyb­ciej roz­wi­ja­ją­cej się fir­my. Cze­ka­ła tyl­ko na od­po­wied­ni sy­gnał ze stro­ny Sze­fa. I wresz­cie pa­dły sło­wa, któ­re od ja­kie­goś cza­su spo­dzie­wa­ła się usły­szeć. Te­raz po­zo­sta­ło jej tyl­ko prze­ko­nać do wszyst­kie­go Jac­ka.

Na­stęp­ne­go dnia z sa­me­go rana po­wie­dzia­ła Jac­ko­wi, że fir­ma jest już tak duża, że po­trzeb­ny mu jest za­stęp­ca. I że ona już ma jed­ne­go kan­dy­da­ta na oku. Jack w pierw­szej chwi­li tro­chę się zdzi­wił. Fir­ma wca­le nie była taka duża, ot, le­d­wie trzy­dzie­stu paru sta­łych pra­cow­ni­ków. Ale Tess umia­ła go prze­ko­nać. Od jak daw­na nie miał dnia wol­ne­go? Od jak daw­na na­rze­ka, że na nic nie ma cza­su? Jack mu­siał jej przy­znać ra­cję. Jak za­wsze zresz­tą.

Od­kąd za­czę­li ra­zem pra­co­wać, Tess mat­ko­wa­ła mu na każ­dym kro­ku. Na­wet jego wła­sna mama śmia­ła się cza­sem, że uda­ło mu się zna­leźć za nią nie­złe za­stęp­stwo. Tess była pra­wie pięt­na­ście lat star­sza od Jac­ka i od­kąd jej syn wy­je­chał na stu­dia, prze­la­ła na nie­go spo­rą część swo­ich mat­czy­nych uczuć. Spę­dza­li ze sobą masę cza­su, po­zna­li wszyst­kie swo­je wady i za­le­ty, na­wza­jem po­cie­sza­li się w trud­nych mo­men­tach. Jack od­krył też, że na „bab­skiej” in­tu­icji Tess na­praw­dę war­to po­le­gać. Wie­le razy jej rady i su­ge­stie po­mo­gły mu unik­nąć trud­nych sy­tu­acji. Za­wsze miał ją przy so­bie, za­trud­nia­jąc no­wych pra­cow­ni­ków, po­le­gał na jej zda­niu i jak do tej pory za­wsze do­brze na tym wy­cho­dził. Była jego taj­ną bro­nią, pod­po­rą, pra­wą ręką. I oczy­wi­ście, gdy po­wie­dzia­ła, że po­trzeb­ny mu jest za­stęp­ca, mia­ła ra­cję. Co­raz trud­niej było mu ra­dzić so­bie z pro­wa­dze­niem wszyst­kich spraw i na­wet ma­jąc taką po­moc­ni­cę jak Tess, nie da­wał już po­wo­li rady trzy­mać wszyst­kich sznur­ków.

Tak więc pew­ne­go ran­ka w cią­gu pięt­na­stu mi­nut od wej­ścia Tess do jego po­ko­ju Jack po­słusz­nie wy­krę­cał już nu­mer Sze­fa, by umó­wić się z nim na roz­mo­wę. Po pię­ciu mi­nu­tach pa­no­wie usta­li­li ter­min spo­tka­nia, a po ko­lej­nych trzech Tess, uśmie­cha­jąc się pro­mien­nie, przy­nio­sła do ga­bi­ne­tu Jac­ka pa­ru­ją­cą fi­li­żan­kę kawy i cro­is­san­ta. Tak wła­śnie zwy­kle dzia­ła­ła – szyb­ko i sku­tecz­nie.

Po­tem spra­wy po­to­czy­ły się gład­ko. Ja­mes Tar­ling­ton zo­stał za­stęp­cą Jac­ka i prze­jął na sie­bie więk­szość or­ga­ni­za­cyj­nych obo­wiąz­ków. Obaj byli z tego ukła­du za­do­wo­le­ni. Po­mi­mo róż­ni­cy wie­ku w krót­kim cza­sie szyb­ko zna­leź­li wspól­ny ję­zyk i się za­przy­jaź­ni­li. Ja­mes od­krył, że pro­wa­dze­nie JT Se­cu­ri­ty daje mu na­wet wię­cej sa­tys­fak­cji niż do­wo­dze­nie w woj­sku. Choć z po­cząt­ku oba­wiał się tro­chę no­wych obo­wiąz­ków, szyb­ko oka­za­ło się, że ma do tego praw­dzi­wą smy­kał­kę. A poza tym, co nie­zmier­nie ucie­szy­ło Jac­ka, Ja­mes miał masę kon­tak­tów, któ­re wie­lo­krot­nie po­ma­ga­ły im i uła­twia­ły pro­wa­dze­nie fir­my.

Do­dat­ko­wo dzię­ki obec­no­ści Ja­me­sa Jac­ko­wi uda­ło się wy­go­spo­da­ro­wać dla sie­bie wię­cej cza­su i zde­cy­do­wał się na­wet na do­koń­cze­nie swo­ich prze­rwa­nych stu­diów. Zro­bił to bar­dziej dla sie­bie, niż by za­do­wo­lić ro­dzi­ców, któ­rzy moc­no prze­ży­li jego ze­rwa­nie z ro­dzin­ną tra­dy­cją i prze­rwa­nie na­uki dla woj­ska, ale byli z tego fak­tu chy­ba jesz­cze bar­dziej za­do­wo­le­ni niż on sam.

Tess była prze­szczę­śli­wa – jej duet z Jac­kiem prze­ro­dził się w trio z Sze­fem. Taki układ pa­so­wał im wszyst­kim. Każ­de z nich wno­si­ło do fir­my inny ba­gaż do­świad­czeń, mia­ło dryg do in­nych rze­czy, każ­de zaj­mo­wa­ło się inną czę­ścią dzia­łal­no­ści. Wza­jem­nie się uzu­peł­nia­li, ra­zem sta­no­wi­li zgod­ny ze­spół, a co naj­waż­niej­sze – wspól­na pra­ca da­wa­ła im wie­le sa­tys­fak­cji. Uda­ło im się stwo­rzyć w fir­mie taką at­mos­fe­rę, że wszy­scy przy­cho­dzi­li do pra­cy z ra­do­ścią, cze­ka­jąc, by spo­tkać się zno­wu z ko­le­ga­mi po fa­chu.

Ja­me­sa, tak jak to mia­ło miej­sce w jed­no­st­ce, da­lej wszy­scy na­zy­wa­li Sze­fem. Jack nie miał nic prze­ciw­ko temu. Na­wet dow­cip­ko­wał, że to bar­dzo wy­god­ne, bo gdy zda­rzy się ja­kiś ner­wo­wy klient ze skar­gą, on tyl­ko roz­ło­ży bez­rad­nie ręce i ode­śle go do Sze­fa.

– W koń­cu to prze­cież two­ja fir­ma, JT! – śmiał się pew­ne­go po­po­łu­dnia Jack, gdy ra­zem z Tess za­ja­da­li się piz­zą z pep­pe­ro­ni w ga­bi­ne­cie Sze­fa. – Te­raz wiem, cze­mu Tess wy­my­śli­ła taką na­zwę! Od razu pla­no­wa­ła, że cię tu ścią­gnie!

Tess usi­ło­wa­ła coś po­wie­dzieć, za­pro­te­sto­wać, ale po­nie­waż wła­śnie ugry­zła spo­ry ka­wa­łek, mia­ła z tym pro­ble­my. Obaj pa­no­wie za to śmia­li się na całe gar­dło, wi­dząc jej wy­sił­ki, by jak naj­szyb­ciej prze­łknąć. W koń­cu jej się to uda­ło i z błysz­czą­cy­mi uda­wa­ną zło­śli­wo­ścią ocza­mi za­wo­ła­ła:

– Śmiej się, śmiej! Wiem do­brze, że wo­lisz tę wer­sję, niż przy­znać się, skąd tak na­praw­dę się wzię­ła ta na­zwa!

Jac­ko­wi rze­czy­wi­ście od razu zrze­dła mina, co wy­wo­ła­ło tyl­ko nowy atak we­so­ło­ści u po­zo­sta­łej dwój­ki.

Bar­dzo szyb­ko po za­trud­nie­niu Ja­me­sa przy­jął się zwy­czaj, że to wła­śnie w jego po­ko­ju naj­czę­ściej się spo­ty­ka­li. Ja­da­li tam lun­che albo zwo­ły­wa­li na­ra­dy, albo po pro­stu dziw­nym tra­fem i Jack, i Tess jed­no­cze­śnie wpa­da­li do Sze­fa „na słów­ko” oraz z „małą spra­wą”. Zu­peł­nie jak­by ten po­kój ich przy­cią­gał. Choć za­pew­ne przy­czy­niał się do tego też cha­rak­ter zaj­mu­ją­ce­go go męż­czy­zny. Na spo­kój, zdro­wy roz­są­dek i wiel­kie do­świad­cze­nie ży­cio­we Sze­fa za­wsze moż­na było li­czyć. Wie­dzia­ła o tym Tess, ścią­ga­jąc go do fir­my, prze­ko­nał się o tym wie­lo­krot­nie Jack, a i po­zo­sta­li pra­cow­ni­cy fir­my zwy­kli byli ze swo­imi pro­ble­ma­mi przy­cho­dzić do Sze­fa.

Tak więc fir­ma świet­nie pro­spe­ro­wa­ła, wszyst­ko dzia­ła­ło jak do­brze na­oli­wio­na ma­szy­ne­ria, a Jack wresz­cie miał tro­chę wię­cej cza­su na swo­je ży­cie oso­bi­ste. Nie żeby wcze­śniej żył wy­łącz­nie pra­cą, ale rze­czy­wi­ście trud­no było mu spo­ty­kać się ze zna­jo­my­mi i przy­ja­ciół­mi tak czę­sto, jak by so­bie tego ży­czy­li, gdy więk­szość jego ener­gii sku­pia­ła się na fir­mie i pra­cy. Jack za­wsze jed­nak umiał so­bie zor­ga­ni­zo­wać czas, tak by zna­leźć go tro­chę na przy­jem­no­ści. Był nor­mal­nym męż­czy­zną i lu­bił dam­skie to­wa­rzy­stwo. Z wza­jem­no­ścią. Zda­rza­ło się, że któ­raś z jego przy­ja­ció­łek na odro­bi­nę dłu­żej za­go­ści­ła w jego ży­ciu, ale trze­ba przy­znać, że ro­ta­cja zwy­kle była dość duża. Po­waż­niej­sze związ­ki ja­koś się Jac­ka nie trzy­ma­ły, a on sam nie od­czu­wał z tego po­wo­du wiel­kie­go żalu. Tak było wy­god­nie i cie­ka­wie. Poza tym, jak to tłu­ma­czył, cią­gły brak cza­su i za­an­ga­żo­wa­nie w spra­wy fir­my nie sprzy­ja­ły sta­łym związ­kom.

Tak było do cza­su, gdy po­znał Eve.

Eve była prze­pięk­ną ko­bie­tą, mo­del­ką. Wy­so­ka, o dłu­gich blond wło­sach i wspa­nia­łej fi­gu­rze od razu zwra­ca­ła na sie­bie po­wszech­ną uwa­gę. Tak samo było i z Jac­kiem. Od cza­su do cza­su Char­lie – lub któ­ryś z roz­ryw­ko­wych ku­zy­nów Jac­ka – wy­cią­gał go do ja­kie­goś klu­bu i wła­śnie tam któ­re­goś wie­czo­ra Jack pierw­szy raz spo­tkał Eve. Na nią zer­ka­li nie­mal wszy­scy obec­ni pa­no­wie, a jego spod zmru­żo­nych oczu tak­so­wa­ła więk­sza część ba­wią­cych się w lo­ka­lu ko­biet.

Wy­glą­da­ło to tak, jak­by los ce­lo­wo ich ze sobą ze­tknął. Już pierw­szą noc Eve spę­dzi­ła w jego miesz­ka­niu. A po­tem spo­ty­ka­li się tak czę­sto, jak tyl­ko za­wo­do­we spra­wy im na to po­zwa­la­ły. Po ty­go­dniu Eve mia­ła już w jego miesz­ka­niu tro­chę ubrań i ko­sme­ty­ków, a po nie­speł­na mie­sią­cu wpro­wa­dzi­ła się tam z resz­tą rze­czy. Przy­zwy­cza­jo­na do ży­cia na wa­liz­kach, umia­ła się szyb­ko pa­ko­wać. Jack był bar­dzo za­do­wo­lo­ny, że dziew­czy­na tak szyb­ko chcia­ła się do nie­go wpro­wa­dzić, bo tyl­ko póź­ny­mi wie­czo­ra­mi mie­li tak na­praw­dę czas dla sie­bie, a i to nie za­wsze. Eve czę­sto wy­jeż­dża­ła, cią­gle bie­ga­ła na ca­stin­gi, przy­miar­ki, po­ka­zy. W domu po­ja­wia­ła się jak sa­te­li­ta. Ale za to gdy uda­wa­ło im się spę­dzić wspól­ny wie­czór, było cu­dow­nie. Wte­dy na­resz­cie mo­gli się sobą na­cie­szyć. Cza­sem spę­dza­li pół week­en­du, nie wy­cho­dząc pra­wie wca­le z łóż­ka. Dru­gie pół – od­wie­dza­jąc skle­py, w któ­rych Jack ku­po­wał jej ciu­chy, per­fu­my i ko­sme­ty­ki, a po­tem szli na im­pre­zę do zna­jo­mych Eve z bran­ży lub całą pacz­ką do noc­ne­go klu­bu. Żyli w ten spo­sób po­nad pół roku. Dla Jac­ka był to pierw­szy tak dłu­gi zwią­zek i tem­po, w ja­kim się to wszyst­ko to­czy­ło, w ogó­le mu nie prze­szka­dza­ło. Może tyl­ko cza­sa­mi, gdy był już bar­dzo zmę­czo­ny i chęt­niej spę­dził­by spo­koj­ny wie­czór w domu, niż wy­ru­szał w ko­lej­ną run­dę po klu­bach, my­ślał, że szko­da, że Eve nie jest jed­nak tro­chę star­szą i tro­chę mniej roz­ryw­ko­wą dziew­czy­ną. Ale gdy tyl­ko zo­sta­wa­li sami i mło­da, cu­dow­nie pięk­na Eve, chi­cho­cząc, cią­gnę­ła go do sy­pial­ni, my­ślał, że nie ma na świe­cie więk­sze­go szczę­ścia­rza od nie­go i nie za­mie­nił­by swo­jej sza­lo­nej klu­bo­wicz­ki na żad­ną inną.

Za­czął też my­śleć, że po nie­mal roku zna­jo­mo­ści męż­czy­zna trzy­dzie­sto­pię­cio­let­ni po­wi­nien chy­ba po­waż­niej po­pa­trzeć na swój zwią­zek. Pod nie­obec­ność Eve (a wi­dy­wał ją te­raz na­praw­dę rzad­ko, cza­sem tyl­ko raz lub dwa razy w ty­go­dniu) za­czął się roz­glą­dać za do­mem. Od ja­kie­goś cza­su ma­rzył po ci­chu o praw­dzi­wym domu z ogro­dem na przed­mie­ściach, a nie tyl­ko o wy­god­nym miesz­ka­niu w apar­ta­men­tow­cu. Prze­glą­dał róż­ne ofer­ty i po­pro­sił Tess o po­moc w wy­szu­ka­niu cze­goś od­po­wied­nie­go. Duży, prze­stron­ny dom dla nie­go i Eve, dla ich ro­dzi­ny. Miał prze­cież taki ma­ją­tek, że nie mu­siał się spe­cjal­nie przej­mo­wać ceną. Chciał na­praw­dę pięk­ne­go domu. Ni­ko­mu o tym nie po­wie­dział, ale za­pla­no­wał, że jak już kupi od­po­wied­nią po­sia­dłość, za­bie­rze tam Eve, opro­wa­dzi ją po ca­łym wnę­trzu i ogro­dzie, a na ko­niec się jej oświad­czy. Po­trze­bo­wał już tyl­ko od­po­wied­nie­go lo­kum, bo pier­ścio­nek za­rę­czy­no­wy ku­pił ja­kiś czas temu.

Jego mat­ka co praw­da mia­ła na­dzie­ję, że gdy syn tra­fi wresz­cie na swo­ją dru­gą po­łów­kę, po­da­ru­je jej pier­ścio­nek, któ­ry od po­ko­leń prze­ka­zy­wa­no so­bie w ro­dzi­nie jej męża. Ale Jack znał gust Eve i wie­dział, że za­byt­ko­wy, de­li­kat­ny pier­ścio­nek z ma­łym bry­lan­tem ra­czej się jej nie spodo­ba.

Jack po­trze­bo­wał już te­raz tyl­ko domu. Tess oczy­wi­ście i tym ra­zem oka­za­ła się nie­oce­nio­ną po­moc­ni­cą, bo to wła­śnie ona zna­la­zła ide­al­ne lo­kum dla Jac­ka. Gdy pew­ne­go po­po­łu­dnia po­je­cha­li oglą­dać dom, stwier­dzi­li, że wy­star­czy nie­wiel­ki re­mont i bę­dzie się moż­na od razu wpro­wa­dzać. Jack, nie na­my­śla­jąc się wie­le, pod­pi­sał umo­wę i zle­cił wy­ko­na­nie ko­niecz­nych prze­ró­bek. Cze­kał już te­raz tyl­ko na po­wrót Eve z ko­lej­ne­go wy­jaz­du i chciał jak naj­szyb­ciej wcie­lić swój plan z za­rę­czy­na­mi w ży­cie.

Wra­ca­jąc tego wie­czo­ru do domu, Tess nie po­dzie­la­ła jego en­tu­zja­zmu i opty­mi­zmu. Parę razy pró­bo­wa­ła już wcze­śniej de­li­kat­nie z nim po­roz­ma­wiać o Eve i tym wszyst­kim. Ale tym ra­zem Jack był głu­chy na jej uwa­gi, że może wszyst­ko dzie­je się tro­chę za szyb­ko i że po­wi­nien naj­pierw za­py­tać Eve, czy po­mysł z do­mem się jej spodo­ba.

Szcze­rze po­wie­dziaw­szy, Tess nie prze­pa­da­ła za Eve. Wi­dzia­ły się co praw­da tyl­ko parę razy, i to na krót­ko, ale to wy­star­czy­ło, by wy­ro­bić so­bie zda­nie na jej te­mat. Co do Jac­ka – nie było wąt­pli­wo­ści, jak bar­dzo jest za­ko­cha­ny lub ra­czej za­pa­trzo­ny w swo­ją dziew­czy­nę. Tess mia­ła jed­nak spo­re oba­wy, że o Eve nie moż­na po­wie­dzieć tego sa­me­go. Dla Tess była ona z Jac­kiem głów­nie dla­te­go, że za­pew­niał jej bar­dzo wy­god­ne ży­cie i spon­so­ro­wał wszyst­kie kosz­tow­ne za­chcian­ki. Dzię­ki nie­mu mia­ła kom­for­to­we miesz­ka­nie w cen­trum mia­sta i nie mu­sia­ła się mar­twić o ta­kie przy­ziem­ne spra­wy jak za­ku­py, go­to­wa­nie czy sprzą­ta­nie. Mo­gła sku­pić się na swo­jej ka­rie­rze mo­del­ki. Tess bała się, że w tym związ­ku to Jack jest oso­bą, któ­ra wię­cej daje i bar­dziej ko­cha. I o tym wła­śnie pró­bo­wa­ła z nim po­roz­ma­wiać. Tyle że od­kąd byli ra­zem, Jack stał się in­nym czło­wie­kiem, za­śle­pio­nym uro­dą swo­jej part­ner­ki. Pew­nych rze­czy nie wi­dział lub wo­lał nie za­uwa­żać. Nie moż­na było z nim po­roz­ma­wiać tak jak kie­dyś. Tess co­raz bar­dziej mar­twi­ła się o przy­szłość swo­je­go przy­szy­wa­ne­go syna, bo tak wła­śnie my­śla­ła o Jac­ku. Mia­ła wra­że­nie, że Jack co­raz bar­dziej od­da­la się od niej i od Ja­me­sa. Z pew­no­ścią była to na­tu­ral­na ko­lej rze­czy i gdy­by cho­dzi­ło o inną dziew­czy­nę niż Eve, Tess nie wi­dzia­ła­by w tym nic złe­go. Tyle że na sam dźwięk imie­nia part­ner­ki Jac­ka u Tess za­pa­la­ły się wszyst­kie lamp­ki alar­mo­we i na próż­no pró­bo­wa­ła prze­ko­nać samą sie­bie, że wszyst­ko samo się ja­koś uło­ży i że osta­tecz­nie Jack wie, co robi.

O swo­ich oba­wach Tess roz­ma­wia­ła już wcze­śniej z Sze­fem, któ­ry nie­mal cał­ko­wi­cie się z nią zga­dzał. On też uwa­żał, że Eve nie jest dla Jac­ka od­po­wied­nią dziew­czy­ną, miał jed­nak na­dzie­ję, że z cza­sem do­ro­śnie i doj­rze­je. Sam też parę razy pró­bo­wał po­roz­ma­wiać z nim o jego związ­ku, ale po pierw­sze, bra­ko­wa­ło mu ko­bie­ce­go wy­czu­cia Tess, by do­brze ubrać swo­je my­śli w sło­wa, a po dru­gie, już po kil­ku zda­niach zo­rien­to­wał się, że co­kol­wiek by pró­bo­wał po­wie­dzieć, nie do­trze to do za­ko­cha­ne­go przy­ja­cie­la, nie prze­ko­na go. Co naj­wy­żej mógł go tyl­ko zi­ry­to­wać swo­im wtrą­ca­niem się. Ja­mes zre­zy­gno­wał więc z prób i zo­sta­wił Tess wol­ną rękę.

Jed­nak tym ra­zem na­wet ona nie wie­dzia­ła, jak się za­brać do spra­wy. W ak­cie de­spe­ra­cji za­dzwo­ni­ła na­wet do Pa­tri­cii Gor­don, mat­ki Jac­ka, z któ­rą od daw­na po­zo­sta­wa­ły w ser­decz­nych sto­sun­kach. Pod­czas luź­nej po­ga­węd­ki Tess do­wie­dzia­ła się, że obo­je ro­dzi­ce Jac­ka cie­szą się, że syn na­resz­cie zna­lazł so­bie dziew­czy­nę na sta­łe. Ża­łu­ją tyl­ko, że nie uda­ło im się jesz­cze po­znać Eve, bo spra­wy za­wo­do­we nie po­zwo­li­ły jej jak do­tąd przy­je­chać do nich w od­wie­dzi­ny.

Nie moż­na po­wie­dzieć, żeby Tess była za­do­wo­lo­na z ta­kie­go wy­ni­ku roz­mo­wy. Spo­dzie­wa­ła się cze­goś wię­cej, ja­kie­goś punk­tu za­cze­pie­nia, po­mo­cy ze stro­ny mat­ki Jac­ka. Tym­cza­sem wszyst­kie jej na­dzie­je speł­zły na ni­czym i te­raz na­praw­dę już nie wie­dzia­ła, co ro­bić. I czu­ła się z tym okrop­nie. Za­wsze do tej pory umia­ła so­bie po­ra­dzić z wszel­ki­mi pro­ble­ma­mi ży­cia, za­wsze znaj­do­wa­ła ja­kieś roz­wią­za­nie. Na­wet gdy jej świat za­wa­lił się po śmier­ci męża, uda­ło się jej upo­rać ze wszyst­kim – po­ja­wił się Jack ze swo­ją nową fir­mą i to po­mo­gło się jej wy­rwać z de­pre­sji i na nowo wziąć ste­ry w swo­je ręce. Tym bar­dziej iry­to­wa­ła ją obec­na sy­tu­acja, jej wła­sna bez­sil­ność. Czu­ła, że tym ra­zem ska­za­na jest tyl­ko na rolę wi­dza, oglą­da­ją­ce­go bier­nie nie­uchron­nie zbli­ża­ją­cy się dra­mat bli­skiej oso­by. Bo prze­czu­cie, że spra­wy kie­ru­ją się w stro­nę nie­szczę­śli­we­go fi­na­łu, nie opusz­cza­ło jej te­raz na­wet na chwi­lę.

Za to Jack, szczę­śli­wy po po­myśl­nie za­koń­czo­nej trans­ak­cji, wra­cał do swo­je­go miesz­ka­nia cały w skow­ron­kach. Po dro­dze cią­gle pla­no­wał, jak to bę­dzie opro­wa­dzał Eve po no­wym domu i ogro­dzie. Oczy­ma wy­obraź­ni wi­dział już jej za­chwyt, był pew­ny, że od razu sama bę­dzie chcia­ła do­pil­no­wać prze­ró­bek. I pew­nie bę­dzie mia­ła masę po­my­słów na wy­koń­cze­nie wnętrz. Ależ się dziew­czy­na ucie­szy z ta­kiej nie­spo­dzian­ki!

A po­tem na­gle wszyst­ko się za­wa­li­ło…

Gdy tyl­ko prze­stą­pił próg miesz­ka­nia, od razu zo­ba­czył wa­liz­ki usta­wio­ne w hal­lu. Ucie­szył się, że Eve tak szyb­ko wró­ci­ła. Ru­szył do sy­pial­ni i wte­dy zo­ba­czył ją, jak pa­ku­je swo­je rze­czy. Zdzi­wio­ny za­py­tał, do­kąd tym ra­zem wy­jeż­dża, bo prze­cież do­pie­ro co przy­je­cha­ła. A Eve od­par­ła lek­ko, że do Ame­ry­ki. Po­zna­ła pew­ne­go zna­ne­go fo­to­gra­fa i jego zda­niem zro­bi więk­szą ka­rie­rę za oce­anem. Więc z nim wy­jeż­dża. Na sta­łe. Po resz­tę jej ubrań póź­niej ktoś się zgło­si. Ona te­raz za­bie­rze tyl­ko naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy.

Jack był w szo­ku. Le­d­wie był w sta­nie za­da­wać py­ta­nia: jak to? dla­cze­go? Prze­cież są ra­zem, są parą. Nie mó­wi­ła wcze­śniej, że pla­nu­je wy­jazd na sta­łe za gra­ni­cę, a te­raz… tak na­gle… Ale Eve za­cho­wy­wa­ła się tak, jak­by nic wiel­kie­go się nie sta­ło. Ot, po pro­stu do­brze im się do tej pory ra­zem żyło, ale prze­cież obo­je wie­dzie­li, że to tyl­ko taki wy­god­ny układ. Te­raz ona ma szan­sę zro­bić praw­dzi­wą ka­rie­rę i nie ma za­mia­ru tego zmar­no­wać.

Nim Jack zdą­żył dojść do sie­bie, Eve cmok­nę­ła go na po­że­gna­nie w po­li­czek, wsta­wi­ła wa­liz­ki do win­dy i już jej nie było. Na­praw­dę umia­ła się szyb­ko pa­ko­wać…

Przez na­stęp­nych parę dni Jack żył jak­by w tran­sie. Pra­co­wał, dużo pra­co­wał, jadł, spał, cho­dził i roz­ma­wiał z ludź­mi, ale wszyst­ko to ro­bił ma­chi­nal­nie. Jak ro­bot za­pro­gra­mo­wa­ny tyl­ko na naj­prost­sze czyn­no­ści. Przy­ja­cie­le sta­ra­li się mu po­móc, oto­czyć go opie­ką, ale on od­su­wał się od nich. Nie chciał na­wet przy­cho­dzić do po­ko­ju Sze­fa na lunch. Wo­lał być sam. Mu­siał sam so­bie z tym po­ra­dzić.

Naj­bo­le­śniej było przy­znać się so­bie do wła­snej głu­po­ty. Jak te­raz ża­ło­wał, że nie po­słu­chał Tess. A prze­cież pró­bo­wa­ła go ostrzec! Że też nie za­uwa­żył, jaka rze­czy­wi­ście była Eve. Tak na­praw­dę wca­le jej nie znał! Byli ze sobą pra­wie od roku, ale wi­dy­wa­li się tak rzad­ko, tak mało ze sobą roz­ma­wia­li, tak nie­wie­le o niej wie­dział. Wy­star­cza­ły mu upoj­ne noce i bło­gie week­en­dy. Co za głu­piec! To był tyl­ko seks! Zwłasz­cza dla niej, tyl­ko seks… A on wi­dział w tym uczu­cie i my­ślał, że to praw­dzi­wy zwią­zek, chciał się oświad­czyć, że­nić! A wła­ści­wie ni­g­dy nie roz­ma­wiał z nią o przy­szło­ści. Po pro­stu żyli so­bie z dnia na dzień, od spo­tka­nia do spo­tka­nia, od nocy do nocy. Cho­le­ra! Jaki był śle­py!

Po­tem, po­wo­li, z po­mo­cą cier­pli­wych przy­ja­ciół uda­ło mu się po­zbie­rać. Za­czął wra­cać do daw­ne­go ryt­mu ży­cia. Na­uczył się na­wet roz­ma­wiać o ca­łej tej bo­le­snej hi­sto­rii. Naj­pierw tyl­ko z Tess i Sze­fem, a po ja­kimś cza­sie ze­brał się na­wet i po­je­chał opo­wie­dzieć wszyst­ko swo­im ro­dzi­com. To był chy­ba naj­trud­niej­szy mo­ment, bo ci, ni­cze­go nie­świa­do­mi, spo­dzie­wa­li się ra­czej zo­ba­czyć wkrót­ce syna z na­rze­czo­ną niż usły­szeć o na­głym ze­rwa­niu. Ale cóż, trze­ba było po­wie­dzieć im praw­dę.

Wró­cił do daw­ne­go ży­cia. Pra­ca na pierw­szym miej­scu, wy­pró­bo­wa­ni przy­ja­cie­le i od cza­su do cza­su ja­kaś nie­zo­bo­wią­zu­ją­ca przy­go­da. Naj­wy­raź­niej sta­ry sys­tem naj­le­piej mu słu­żył. Char­lie (do spół­ki z ku­zy­na­mi Jac­ka) ro­bił co mógł, żeby na nowo go roz­ru­szać, spra­wić, by za­po­mniał o prze­szło­ści, wcią­gnął się w wir im­prez i po­zna­wał jak naj­wię­cej no­wych lu­dzi (no do­bra – ko­biet). Tyle że te­raz wszyst­ko było jak­by inne. I pod­świa­do­mie Jack czuł, że pró­bu­je sam sie­bie oszu­kać, wra­ca­jąc do sta­rych na­wy­ków. Nie nada­wał się już do tego, nie pa­so­wa­ło mu tam­to roz­ryw­ko­we to­wa­rzy­stwo.

Po pro­stu ro­bię się na to za sta­ry, po­my­ślał so­bie któ­re­goś dnia. Trud­no, trze­ba się z tym oswo­ić, nie ma rady.

Żył te­raz zde­cy­do­wa­nie wol­niej i spo­koj­niej. Po­sta­no­wił, że za­trzy­ma ku­pio­ny dom, osta­tecz­nie, jak twier­dził ku­zyn Ma­son, to bar­dzo do­bra lo­ka­ta ka­pi­ta­łu. Co ja­kiś czas jeź­dził tam, do­glą­dał re­mon­tu, wpro­wa­dzał co­raz to nowe ulep­sze­nia. Za­jął się na­wet ogro­dem. Od­krył, że grze­ba­nie w zie­mi to cał­kiem nie­zły re­laks. W koń­cu zde­cy­do­wał się na prze­pro­wadz­kę. Sprze­dał swój apar­ta­ment, za to w bu­dyn­ku, gdzie JT Se­cu­ri­ty mia­ło biu­ra, ka­zał przy­go­to­wać dla sie­bie nie­wiel­kie miesz­ka­nie na ostat­nim pię­trze.

Parę lat wcze­śniej Szef i je­den z ku­zy­nów Jac­ka, Ma­son wła­śnie, czy­li ro­dzin­ne guru od spraw fi­nan­so­wych, prze­ko­na­li go, by wy­ko­rzy­stać oka­zję i wy­ku­pić cały bu­dy­nek. Na par­te­rze wciąż mie­ści­ły się skle­py, całe pierw­sze pię­tro wy­naj­mo­wa­ła kan­ce­la­ria ad­wo­kac­ka, któ­ra pro­wa­dzi­ła też spra­wy agen­cji. Za to po­zo­sta­łe czte­ry pię­tra zaj­mo­wa­ło już tyl­ko JT Se­cu­ri­ty. Na dru­gim i trze­cim były biu­ra, na czwar­tym znaj­do­wa­ły się sale ćwi­czeń, si­łow­nie, ma­ga­zy­ny, a na pią­tym przy­go­to­wa­no kil­ka miesz­kań. Ko­rzy­sta­li z nich pra­cow­ni­cy fir­my, a cza­sem przy­jezd­ni go­ście. Jed­no z tych miesz­kań Jack po­sta­no­wił za­jąć, by nie tra­cić cza­su na co­dzien­ne do­jaz­dy z domu do fir­my.

Mi­nę­ło tro­chę cza­su i Jack za­czął się przy­zwy­cza­jać do ta­kie­go sta­nu rze­czy. Wła­ści­wie czuł się pra­wie szczę­śli­wym czło­wie­kiem. Może nie było to wiel­kie szczę­ście, ale jed­nak. Cza­sem, gdy się nad tym za­sta­na­wiał, my­ślał, że inni mo­gli­by mu po­zaz­dro­ścić tego, co w ży­ciu osią­gnął. Miał wła­sną fir­mę, przy­ja­ciół, ro­dzi­ców, dom, cza­sem czuł się zu­peł­nie za­do­wo­lo­ny z ży­cia. Naj­bar­dziej ce­nił so­bie czas spę­dza­ny z Tess i Ja­me­sem. Wła­ści­wie byli pra­wie nie­roz­łącz­ni, spę­dza­li całe dnie ra­zem, w pra­cy i poza nią. Na­wet w week­en­dy za­pra­szał ich do swo­je­go domu lub wy­bie­ra­li się gdzieś ra­zem za mia­sto. Osią­gnął wresz­cie spo­kój i we­wnętrz­ną rów­no­wa­gę. O Eve my­ślał już te­raz co­raz rza­dziej. Pra­wie wca­le. Tak, na­resz­cie wy­pły­nął na spo­koj­ne wody.

W ten wła­śnie spo­sób my­ślał Jack pew­ne­go wio­sen­ne­go dnia, je­dząc sa­mot­nie lunch w swo­im ga­bi­ne­cie. Szef za­brał wte­dy Tess na obiad do re­stau­ra­cji. Dzień wcze­śniej w trój­kę oglą­da­li w te­le­wi­zji mecz pił­kar­ski i Ja­mes za­ło­żył się z Tess o wy­nik. Staw­ką miał być obiad. Gdy dru­ży­na Tess wy­gra­ła, Ja­mes szar­manc­ko za­pro­sił ją do jed­nej z naj­bar­dziej ele­ganc­kich re­stau­ra­cji w mie­ście.

– Cie­ka­we, co do­bre­go za­mó­wi­li – za­sta­na­wiał się Jack. – A ja tu sam wci­nam zwy­kłe ka­nap­ki! – mruk­nął cier­pięt­ni­czo do sie­bie, pod­cho­dząc do okna.

W do­dat­ku wie­dział, że przez na­stęp­ne trzy ty­go­dnie bę­dzie ja­dał sa­mot­nie – bez Tess i Sze­fa. I ta myśl wca­le nie po­pra­wia­ła mu hu­mo­ru. Już ju­tro Tess mia­ła wy­je­chać w od­wie­dzi­ny do swo­je­go syna, a Szef mu­siał przy­pil­no­wać paru spraw w pa­ry­skim od­dzia­le. Jack ja­koś dziw­nie się te­raz po­czuł, gdy zo­stał sam w swo­im po­ko­ju w po­rze lun­chu. Ostat­nio jadł tu sam po­nad pół roku temu, po roz­sta­niu z Eve. I te­raz nie­po­trzeb­nie znów so­bie o tym wszyst­kim przy­po­mniał. Mógł oczy­wi­ście wyjść gdzieś na ze­wnątrz, ale nie miał na to spe­cjal­nej ocho­ty, albo do­łą­czyć do resz­ty ze­spo­łu, ale przy­po­mniał so­bie, że prze­cież Char­lie wy­je­chał, Nat jest na zle­ce­niu w Bri­sto­lu, a po­zo­sta­li też pra­cu­ją poza fir­mą. Na­wet wy­na­ję­ta se­kre­tar­ka, przy­go­to­wu­ją­ca się do za­stęp­stwa za Tess, wy­szła na ze­wnątrz. Więc nie po­zo­sta­ło mu nic in­ne­go, tyl­ko wró­cić do sta­rych na­wy­ków i zjeść w sa­mot­no­ści, wy­glą­da­jąc przez okno.

O tej po­rze na skwe­rze po dru­giej stro­nie uli­cy za­czy­na­ło po­ja­wiać się co­raz wię­cej lu­dzi, któ­rzy chcie­li spę­dzić lunch na wol­nym po­wie­trzu. Na­resz­cie zro­bi­ło się tro­chę cie­plej, sło­necz­niej i ama­to­rzy spa­ce­ru chcie­li wy­ko­rzy­stać tę nie­czę­stą w Lon­dy­nie po­go­dę. Wie­lu z od­wie­dza­ją­cych park Jack trak­to­wał jak sta­rych zna­jo­mych. Na przy­kład mło­da opie­kun­ka z wóz­kiem dzie­cię­cym by­wa­ła w tym miej­scu pra­wie za­wsze o tej po­rze. Albo star­szy pan z ca­irn ter­rie­rem, któ­ry przy­cho­dził tu re­gu­lar­nie trzy razy dzien­nie, na­wet je­śli po­go­da nie była zbyt ład­na.

Jack przy­glą­dał się wszyst­kim tym lu­dziom, któ­rych kie­dyś tak czę­sto ob­ser­wo­wał z okna. Oni nie mie­li o nim po­ję­cia, a on w pew­nym sen­sie ich znał. Gdy do­cho­dził do sie­bie po spra­wie z Eve i wo­lał spę­dzać czas sa­mot­nie w swo­im ga­bi­ne­cie, jego ulu­bio­ną roz­ryw­ką sta­ło się oglą­da­nie par­ku za oknem. W tym cza­sie do­brze po­znał sta­łych by­wal­ców skwe­ru. Wie­dział, że star­szy pan z ma­łym te­rie­rem zro­bi rund­kę do­oko­ła par­ku, po­tem usią­dzie na chwi­lę na ław­ce, a na­stęp­nie ru­szy da­lej.

Star­szy pan pod­cho­dził wła­śnie do swo­jej ulu­bio­nej ław­ki, ale tym ra­zem była za­ję­ta. Już chciał odejść, po­szu­kać in­nej, gdy sie­dzą­ca na ław­ce dziew­czy­na uśmiech­nę­ła się do nie­go, prze­su­nę­ła na brzeg i ge­stem za­pro­si­ła, by się do niej przy­siadł. Sta­ru­szek uśmiech­nął się z wdzięcz­no­ścią, kiw­nął gło­wą i usiadł. Mały te­rier przy­sko­czył do dziew­czy­ny, chciał ko­niecz­nie po­wą­chać trzy­ma­ne przez nią pu­deł­ko ze śnia­da­niem. Pan chciał go od­go­nić i pew­nie skrzy­czeć, ale dziew­czy­na ze śmie­chem po­gła­ska­ła pie­ska po roz­czo­chra­nym łeb­ku. Wi­dać było, że pyta o coś, a gdy star­szy pan się zgo­dził, wy­ję­ła z pu­deł­ka ka­nap­kę, otwo­rzy­ła ją, wy­cią­gnę­ła ze środ­ka pla­ste­rek ja­kiejś wę­dli­ny i po­da­ła psu. Obo­je za­śmia­li się, gdy zwie­rzak bły­ska­wicz­nie po­łknął ką­sek, a po­tem pod­sko­czył z po­wro­tem do dziew­czy­ny, oparł się przed­ni­mi łap­ka­mi o jej ko­la­na i pro­sił o wię­cej. Pan uznał jed­nak, że już dość tego do­bre­go, i nie zgo­dził się na dru­gi pla­ste­rek dla pu­pi­la.

Ra­cja, po­my­ślał Jack, za chwi­lę dziew­czy­na nie bę­dzie mia­ła co jeść! I sam ugryzł swo­ją ka­nap­kę. Żuł po­wo­li, a tym­cza­sem star­szy pan i jego to­wa­rzysz­ka roz­ma­wia­li. Po­tem ona, za­chę­co­na naj­wy­raź­niej przez męż­czy­znę, za­bra­ła się za swo­ją ka­nap­kę. Ca­irn ter­rier nie spusz­czał z niej oka. Za­baw­nie było ob­ser­wo­wać, jak kiwa gło­wą za każ­dym ru­chem jej ręki.

Dziew­czy­na i wła­ści­ciel psa, po­chło­nię­ci oży­wio­ną roz­mo­wą, nie zwra­ca­li te­raz zbyt wie­le uwa­gi na ma­łe­go sma­ko­sza. Jack za­sta­na­wiał się, kie­dy pie­sek w koń­cu nie wy­trzy­ma i po­rwie resz­tę ka­nap­ki. Wi­dać było wy­raź­nie, że ma na to wiel­ką ocho­tę.

Po ja­kimś cza­sie dziew­czy­na zer­k­nę­ła na ze­ga­rek, szyb­ko spa­ko­wa­ła swo­je rze­czy, po­że­gna­ła się z pa­nem i pie­skiem i ode­szła.

Tak się ja­koś zło­ży­ło, że na­stęp­ne­go dnia Jack znów spę­dził prze­rwę w swo­im ga­bi­ne­cie. Wyj­rzał przez okno i znów zo­ba­czył tę samą dziew­czy­nę. Po­my­ślał, że pew­nie skwer ma nową sta­łą by­wal­czy­nię. Może na­wet przy­cho­dzi tu już od daw­na, tyl­ko on o tym nie wie­dział. To miło mieć nową „zna­jo­mą”. Od tego dnia za­wsze cze­kał z roz­po­czę­ciem prze­rwy na lunch na po­ja­wie­nie się „dziew­czy­ny z par­ku”. Miał te­raz za­stęp­cze to­wa­rzy­stwo – oni w par­ku, on przy oknie. Z lor­net­ką w ręku! Tak w koń­cu było o wie­le ła­twiej przyj­rzeć się dziew­czy­nie.

Przez na­stęp­nych kil­ka dni co­dzien­nie przy­cho­dzi­ła do par­ku na lunch. Spo­ty­ka­ła się ze star­szym pa­nem od te­rie­ra, sia­da­li ra­zem na ław­ce albo spa­ce­ro­wa­li wol­no, je­śli aku­rat nie było wol­ne­go miej­sca. Któ­re­goś dnia do­łą­czy­ła też do nich opie­kun­ka z wóz­kiem.

Prze­cież to nic złe­go, tłu­ma­czył sam so­bie Jack, gdy pierw­szy raz grze­bał w szu­fla­dzie w po­szu­ki­wa­niu sta­rej woj­sko­wej lor­net­ki. Park to miej­sce pu­blicz­ne. Nie za­glą­dam ni­ko­mu w okna!

Sto­jąc przy oknie z lor­net­ką w jed­nej ręce i ka­nap­ką w dru­giej, spę­dzał tak te­raz nie­mal całą prze­rwę na lunch. Na­resz­cie mógł się do­kład­niej przyj­rzeć dziew­czy­nie. Była drob­na, nie­wy­so­ka i z pew­no­ścią nie rzu­ca­ła się w oczy tak jak Eve. Była ra­czej nie­po­zor­na. Ja­sno­brą­zo­we wło­sy za­wsze mia­ła upię­te w ko­czek, ale wi­dać było, że lek­ko fa­lu­ją. Dwa pa­sma po bo­kach pusz­cza­ła wol­no i cza­sem po­pra­wia­ła je, za­kła­da­jąc za uszy.

Pew­ne­go dnia, gdy spo­tka­ła się z opie­kun­ką do dziec­ka, Jack mógł się jej do­brze przyj­rzeć. Sta­ły obie na skra­ju par­ku, bli­sko jego biu­ra. Opie­kun­ka chcia­ła chy­ba na­kar­mić dziec­ko i po­pro­si­ła, by dziew­czy­na na chwi­lę po­trzy­ma­ła ma­łe­go (bo są­dząc po nie­bie­skim ubran­ku, był to chło­piec). Nia­nia szu­ka­ła cze­goś w wóz­ku, a tym­cza­sem dziew­czy­na trzy­ma­ła chłop­czy­ka na rę­kach. W pew­nej chwi­li od­wró­ci­ła się w stro­nę Jac­ka. Chcia­ła po­ka­zać dziec­ku stad­ko go­łę­bi, któ­re aku­rat po­de­rwa­ło się do lotu. Pod­nio­sła gło­wę, ręką wska­zy­wa­ła pta­ki i przez chwi­lę Jack miał wra­że­nie, że pa­trzy wprost na nie­go. Mia­ła drob­ną twarz i wiel­kie, ja­sne oczy. Sza­re, a może nie­bie­skie? Nie wie­dział. Ale gdy pa­trzył na jej twarz, na uśmiech, na czu­ły gest, kie­dy po­chy­li­ła gło­wę, by czo­łem do­tknąć głów­ki dziec­ka, po­czuł przy­jem­ne cie­pło roz­cho­dzą­ce się po ca­łym cie­le. Ta dziew­czy­na wy­glą­da­ła na, nie umiał tego na­zwać ina­czej, po pro­stu do­brą oso­bę. Tak, na pew­no jest do­brym czło­wie­kiem. To po pro­stu było wi­dać. W jej twa­rzy, za­cho­wa­niu i ru­chach było tyle ser­decz­no­ści, szcze­ro­ści… Cie­ka­we, czy na­praw­dę taka jest…

Od tam­te­go dnia Jack jesz­cze czę­ściej my­ślał o dziew­czy­nie z par­ku. Nie tyl­ko w po­rze lun­chu. Za­sta­na­wiał się, kim jest, jak ma na imię, co robi, jaki ma głos. Czy na­praw­dę jest tak do­bra, jak mu się wy­da­je, są­dząc tyl­ko po wy­glą­dzie? A może się myli? W koń­cu tak bar­dzo się po­my­lił, gdy cho­dzi­ło o Eve! Tak zwod­ni­cza uro­da i cał­ko­wi­cie od­mien­ny od niej cha­rak­ter mogą prze­cież iść w pa­rze! Już raz tego do­świad­czył…

Nie­za­leż­nie od tego, kim była Nie­zna­jo­ma z Par­ku i jaka była jej praw­dzi­wa na­tu­ra, wy­star­czy­ło, że po­ja­wi­ła się o zwy­kłej po­rze przed oknem Jac­ka i od razu dzień sta­wał się pięk­niej­szy. A sam Jack uspo­ka­jał się, zu­peł­nie jak­by jej obec­ność tam, na dwo­rze, wpły­wa­ła na jego na­strój. Po pro­stu od razu czuł się le­piej.

My­ślał o dziew­czy­nie bar­dzo czę­sto, ale prze­ko­ny­wał sie­bie, że to tyl­ko czy­sto aka­de­mic­kie roz­wa­ża­nia, na ile wy­gląd od­zwier­cie­dla praw­dzi­wy cha­rak­ter oso­by. I czy pa­trząc na ko­goś, moż­na się do­wie­dzieć, ja­kim na­praw­dę jest czło­wie­kiem. Ta kwe­stia po­zo­sta­wa­ła dla nie­go nie­roz­strzy­gnię­ta.

Na wszel­ki wy­pa­dek po­sta­no­wił kon­ty­nu­ować swo­je ob­ser­wa­cje. Każ­de­go dnia ocze­ki­wał pory lun­chu. Zo­sta­wał wte­dy sam w swo­im ga­bi­ne­cie. Nie od­czu­wał już te­raz tak do­tkli­wie bra­ku to­wa­rzy­stwa Tess i Sze­fa. Lor­net­ka była go­to­wa do wy­ję­cia z gór­nej szu­fla­dy biur­ka. Ka­nap­ka le­ża­ła już roz­pa­ko­wa­na. Cze­kał tyl­ko na „swo­ją” dziew­czy­nę z par­ku.

Od ja­kie­goś cza­su za­czął ją w my­ślach na­zy­wać „swo­ją”, zu­peł­nie jak­by na­był ja­kieś abs­trak­cyj­ne pra­wo wła­sno­ści do niej. Albo przy­naj­mniej miał pa­tent na wy­łącz­ność ob­ser­wo­wa­nia jej. Zna­lazł na to nie­złe wy­ja­śnie­nie – dziew­czyn w par­ku jest prze­cież wie­le, a jego in­te­re­su­je tyl­ko ta jed­na. Nie znał jej imie­nia, nie miał więc jak ina­czej jej na­zy­wać. Wszyst­ko to było zu­peł­nie lo­gicz­ne.

Wszyst­ko było lo­gicz­ne i wszyst­ko po­zo­sta­wa­ło w sfe­rze roz­wa­żań aka­de­mic­kich do dnia, gdy na­gle dziew­czy­na nie po­ja­wi­ła się w par­ku. Ani o sta­łej po­rze, ani póź­niej. Po pro­stu pew­ne­go dnia nie przy­szła. Wca­le. Star­szy pan z te­rie­rem dłu­go spa­ce­ro­wał i roz­glą­dał się do­oko­ła, wy­pa­tru­jąc swo­jej zna­jo­mej. W koń­cu, dużo póź­niej niż zwy­kle, opu­ścił park. Jack też na próż­no cze­kał. Z lor­net­ką w ręku ma­sze­ro­wał tam i z po­wro­tem wzdłuż okna – i nic. Na­ra­sta­ło w nim tyl­ko roz­draż­nie­nie.

Tego dnia po po­łu­dniu jego pra­cow­ni­cy kil­ka razy w zdu­mie­niu spo­glą­da­li po so­bie, gdy spo­koj­ny zwy­kle Jack na­gle bez wy­raź­ne­go po­wo­du stał się bur­kli­wy. Tłu­ma­czy­li to so­bie prze­cią­ga­ją­cą się nie­obec­no­ścią Tess i Sze­fa. Może przy­tło­czył go na­wał obo­wiąz­ków? Chy­ba nie, bo aż tyle się ostat­nio w fir­mie nie dzia­ło… Nie­mniej było to co naj­mniej dziw­ne. Na­wet po roz­sta­niu z Eve Jack tak się nie za­cho­wy­wał. Wte­dy był ra­czej przy­ga­szo­ny, nie­obec­ny, a te­raz…?

Dru­gie­go dnia jed­nak wszyst­ko wró­ci­ło do nor­my. Jack ode­tchnął. Dziew­czy­na przy­szła! Przy­szła, i to na­wet nie sama, a z ja­kąś przy­ja­ciół­ką o eg­zo­tycz­nej uro­dzie. Szyb­ko zja­dły chińsz­czy­znę i gdzieś po­bie­gły. Jack nie­chęt­nie mu­siał się przy­znać, że te le­d­wie parę mi­nut, któ­re spę­dzi­ła tego dnia w par­ku, to sta­now­czo za mało jak dla nie­go. Zwłasz­cza że wczo­raj nie było jej wca­le! I ta przy­ja­ciół­ka! Od razu za­bra­ła ją gdzieś da­lej. Pew­nie na za­ku­py. Albo do ja­kiejś ka­wiar­ni? Zu­peł­nie jak­by nie mo­gły so­bie spo­koj­nie zjeść lun­chu w par­ku!

Jack z roz­tar­gnie­niem po­trzą­snął gło­wą. Za­wsze był roz­sąd­nym czło­wie­kiem. Co te­raz w nie­go wstą­pi­ło, że nie­obec­ność „dziew­czy­ny z par­ku” tak go zi­ry­to­wa­ła? Naj­wy­raź­niej hi­sto­ria z Eve roz­stro­iła go bar­dziej, niż chciał­by się do tego przy­znać. Ale so­bie wy­my­ślił! Może to dla­te­go, że nie było Tess ani Sze­fa? Gdy­by oni byli w fir­mie, jak zwy­kle ja­da­li­by ra­zem śnia­da­nia w ga­bi­ne­cie Ja­me­sa. A tak mu­siał ja­dać sam u sie­bie. A wła­ści­wie to prze­cież wca­le nie mu­siał, bo wy­star­czy­ło pójść do po­ko­ju chło­pa­ków! Ale nie, wy­my­ślił so­bie, że zo­sta­nie w swo­im po­ko­ju. Miał być lunch w to­wa­rzy­stwie „zna­jo­mych – nie­zna­jo­mych” z par­ku! Bzdu­ra, tak na­praw­dę prze­cież od po­cząt­ku cho­dzi­ło mu tyl­ko o dziew­czy­nę, a nie sta­rusz­ka z psem czy opie­kun­kę z dziec­kiem. Znów sie­bie oszu­ki­wał.

Może to wszyst­ko dla­te­go, że od ja­kie­goś cza­su był sam? Ale prze­cież nie chciał się te­raz w nic an­ga­żo­wać. To ob­ser­wo­wa­nie dziew­czy­ny było jak­by za­stęp­stwem za praw­dzi­wy zwią­zek. Bar­dzo bez­piecz­nym za­stęp­stwem. W koń­cu ni­cze­go nie ry­zy­ko­wał. Ale też nad ni­czym nie miał kon­tro­li. Nie wie­dział, kie­dy przyj­dzie ani też kie­dy nie po­ja­wi się wca­le. Bez sen­su.

– Czas z tym skoń­czyć – po­wie­dział so­bie sta­now­czo Jack. To była ja­kaś ob­se­sja, ale ko­niec z tym. – Od ju­tra nie będę wię­cej jej oglą­dał!

Ta­kie po­wziął po­sta­no­wie­nie i miał za­miar się go trzy­mać. Ja­kiś sa­mo­kry­tycz­ny głos w środ­ku po­wie­dział mu jed­nak, że ła­twiej mu przy­szło wy­rzec się swo­je­go lun­cho­we­go ry­tu­ału, wie­dząc, że od na­stęp­ne­go dnia wra­ca Szef, a za parę ko­lej­nych dni przyj­dzie do pra­cy Tess. Tak więc miał nie­co uła­twio­ne za­da­nie.

Gdy na­stęp­ne­go ran­ka Szef wkro­czył raź­no do biu­ra, Jack od razu po­czuł się le­piej. I nie cho­dzi­ło tu tyl­ko o jego po­sta­no­wie­nie. Na­praw­dę stę­sk­nił się za przy­ja­cie­lem, bar­dzo bra­ko­wa­ło mu już jego to­wa­rzy­stwa. Poza tym wie­le spraw w pra­cy le­ża­ło odło­żo­nych, cze­ka­jąc na jego po­wrót. Trze­ba było masę te­ma­tów ob­ga­dać, po­za­ła­twiać. Wła­ści­wie tego dnia po raz pierw­szy od trzech ty­go­dni Jack za­po­mniał o lun­chu i o par­ku. Mie­li tyle pra­cy, że gdy skoń­czy­li, było już póź­ne po­po­łu­dnie. I Jack ze zdzi­wie­niem, a na­wet z lek­ką ulgą stwier­dził, że prze­ga­pił porę, w któ­rej dziew­czy­na zwy­kle przy­cho­dzi­ła. Czy­li jed­nak moż­na się bez tego obejść, my­ślał so­bie krze­pią­co.

Na­stęp­ny dzień był już nie­co luź­niej­szy. Sta­rym zwy­cza­jem za­sie­dli ra­zem z Sze­fem do lun­chu. Jed­nak gdy w któ­rymś mo­men­cie Jack wstał, by wy­rzu­cić opa­ko­wa­nie, jego wzrok, zu­peł­nie bez udzia­łu jego woli, po­dą­żył do par­ku za oknem. Szef miał ze swe­go ga­bi­ne­tu na­wet lep­szy wi­dok niż on. Tu­taj drze­wa nie przy­sła­nia­ły tak par­ku, pod­czas gdy w jego wła­snym po­ko­ju trze­ba się było te­raz do­brze usta­wić, by zna­leźć wol­ne miej­sce mię­dzy ga­łę­zia­mi. Rzu­cił tyl­ko krót­kie spoj­rze­nie na park i na­tych­miast do­strzegł zna­jo­mą syl­wet­kę. Jest! To wy­star­czy­ło. Wró­cił na swo­je miej­sce przy biur­ku i kon­ty­nu­ował po­ga­węd­kę. Po­my­ślał, że jed­nak jest w sta­nie nad sobą za­pa­no­wać. Co praw­da zer­k­nął na park, ale tyl­ko prze­lot­nie i od razu się od­wró­cił. Nie­po­ko­ją­ce było je­dy­nie to, że już sama świa­do­mość, że dziew­czy­na jest tam, w par­ku za oknem, przy­nio­sła mu od razu taką ulgę i spo­kój.

Przez na­stęp­ne dni Jack moc­no się kon­tro­lo­wał. Wró­ci­ła Tess, w biu­rze jak­by wszyst­ko na­gle oży­ło. Lu­dzie byli we­sel­si, Szef try­skał hu­mo­rem. Sta­re, do­bre cza­sy wró­ci­ły. Znów ja­da­li ra­zem w ga­bi­ne­cie Ja­me­sa. Śmia­li się, dow­cip­ko­wa­li. I tyl­ko Jack co ja­kiś czas wy­naj­dy­wał pre­tekst, by po­dejść do okna i spraw­dzić, czy dziew­czy­na się po­ja­wi­ła. Nie ro­bił tego co­dzien­nie, ale cza­sem po pro­stu nie mógł się opa­no­wać. Ze wszyst­kich sił sta­rał się tyl­ko, by nikt się ni­cze­go nie do­my­ślił. Osta­tecz­nie pod­glą­da­nie przez okno Nie­zna­jo­mej nie jest spe­cjal­nym po­wo­dem do dumy.

Mi­nę­ło parę ty­go­dni, a on wciąż my­ślał o dziew­czy­nie z par­ku. Był już spo­koj­niej­szy. Cóż, je­śli to była jego ob­se­sja, to w koń­cu ja­koś so­bie z tym ra­dził. Sam nie wie­dział, cze­mu tak mu za­le­ży, żeby choć przez mo­ment ją zo­ba­czyć. Upew­nić się, że da­lej przy­cho­dzi do par­ku. Może cho­dzi­ło o to, że je­śli przy­cho­dzi, to wszyst­ko u niej w po­rząd­ku? Do­brze wy­glą­da, więc do­brze się czu­je. A wte­dy i on le­piej się czuł. Gdy­by nie przy­szła, mo­gło­by to ozna­czać, że coś się jej sta­ło. A Jac­ko­wi w ja­kiś kom­plet­nie ir­ra­cjo­nal­ny spo­sób bar­dzo za­le­ża­ło, żeby nie­zna­jo­ma dziew­czy­na była szczę­śli­wa.

Czas mi­jał, Nie­zna­jo­ma po­ja­wia­ła się pra­wie co­dzien­nie. Wszyst­ko ukła­da­ło się do­brze, aż pew­ne­go dnia Tess przy­ła­pa­ła go z lor­net­ką w ręku w ga­bi­ne­cie Sze­fa. Oczy­wi­ście była tro­chę za­sko­czo­na fak­tem, że Jack ob­ser­wu­je stam­tąd skwer, ale on szyb­ko po­ka­zał jej śmiesz­ne­go te­rier­ka apor­tu­ją­ce­go pił­kę i po­tem obo­je przez chwi­lę przy­glą­da­li się jego har­com.

Gdy póź­niej Tess wy­szła z po­ko­ju, Jack ode­tchnął z ulgą, że uda­ło mu się ja­koś wy­tłu­ma­czyć tę sy­tu­ację. Od­kąd drze­wa po­kry­ły się li­ść­mi, wi­dok na park z jego okna był nie­mal cał­ko­wi­cie przy­sło­nię­ty i Jack chciał wy­ko­rzy­stać nie­obec­ność Ja­me­sa, by zer­k­nąć na „swo­ją” dziew­czy­nę. Całe szczę­ście, że Tess uwie­rzy­ła, że pa­trzył na ba­wią­ce­go się psia­ka. Mimo że zwy­kle mó­wił jej nie­mal o wszyst­kim, te­raz nie wy­obra­żał so­bie, by mógł się jej przy­znać, że od dłuż­sze­go cza­su pra­wie co­dzien­nie pod­pa­tru­je z okna ja­kąś kom­plet­nie obcą dziew­czy­nę! Na przy­szłość trze­ba być bar­dziej ostroż­nym, po­sta­no­wił.

Nie mógł wte­dy wie­dzieć, że Tess nie dała się zwieść hi­sto­ryj­ce z psem. Nie po tym, jak zo­ba­czy­ła wy­raz jego twa­rzy, gdy we­szła do ga­bi­ne­tu. Wy­glą­dał jak sztu­bak przy­ła­pa­ny na go­rą­cym uczyn­ku! Jak­by coś prze­skro­bał! Albo pod­glą­dał przez okno prze­bie­ra­ją­cą się dziew­czy­nę! Czy­li jed­nak w jego ży­ciu coś się ru­szy­ło. Ale co? Z okien biu­ra ra­czej nie moż­na było pod­glą­dać ni­ko­go z bu­dyn­ków po dru­giej stro­nie par­ku. Za da­le­ko, na­wet przez lor­net­kę, no i wi­dok przy­sła­nia­ją drze­wa. Zresz­tą to zu­peł­nie nie w sty­lu Jac­ka, żeby ko­goś pod­glą­dać! No w każ­dym ra­zie nie pry­wat­nie, poza pra­cą. Więc pew­nie pa­trzył na coś w par­ku. Na coś lub ra­czej na ko­goś… W Tess zro­dzi­ła się na­dzie­ja, że może na­resz­cie Jack się kimś na po­waż­nie za­in­te­re­so­wał. I oby tym ra­zem była to ja­kaś na­praw­dę po­rząd­na, war­to­ścio­wa dziew­czy­na…

Po­mi­mo po­sta­no­wie­nia, że na­le­ży za­cho­wać da­le­ko po­su­nię­tą ostroż­ność, Jac­ko­wi trud­no było wpro­wa­dzić tę za­sa­dę w ży­cie. Je­dy­nym miej­scem, z któ­re­go moż­na było te­raz ob­ser­wo­wać skwer, był ga­bi­net Sze­fa. A nie moż­na było prze­cież sta­rać się, by Ja­mes prze­by­wał w nim jak naj­mniej. (Choć i taka sza­lo­na myśl prze­mknę­ła przez gło­wę Jac­ka). Je­dy­nym wyj­ściem było wy­ko­rzy­sta­nie sta­re­go zwy­cza­ju je­dze­nia lun­chu w jego ga­bi­ne­cie. I wte­dy dało się ja­koś przy­pad­kiem zer­k­nąć za okno. Tyle że nie­ste­ty bez lor­net­ki. Ale cóż, do­bre i to.

Jack sta­rał się jak mógł, ale w koń­cu na­wet Ja­mes zwró­cił uwa­gę na dziw­ne za­cho­wa­nie przy­ja­cie­la w po­rze śnia­da­nio­wej – spa­ce­ry po po­ko­ju, wy­rzu­ca­nie do ko­sza każ­dej nie­po­trzeb­nej rze­czy po ko­lei, tak jak­by nie dało się ich ze­brać ra­zem i wy­rzu­cić za jed­nym za­ma­chem, przy­sia­da­nie bo­kiem na pa­ra­pe­cie, wy­glą­da­nie przez okno. Pew­ne­go dnia, gdy w trój­kę koń­czy­li po­si­łek, a Jack po raz szó­sty wstał, by wy­rzu­cić do ko­sza pa­pie­rek po ba­to­ni­ku, Ja­mes nie wy­trzy­mał:

– Co cię na­gle opę­ta­ło z tymi po­rząd­ka­mi, Jack? Naj­pierw wy­rzu­ci­łeś swo­je opa­ko­wa­nie, po­tem moje, po­tem Tess, po­tem zu­ży­tą kart­kę, po­tem mój pa­pie­rek po ba­to­nie, po­tem swój. A te­raz wi­dzę, że cza­tu­jesz, żeby Tess nie wsta­ła i sama nie wy­rzu­ci­ła swo­je­go! Co jest? Do­pa­dła cię na­gle ner­wi­ca na­tręctw czy co? – Pa­trzył na Jac­ka z unie­sio­ny­mi brwia­mi i wy­raź­nym roz­ba­wie­niem.

Jack spoj­rzał na nie­go zdez­o­rien­to­wa­ny i za­sko­czo­ny. Więc jed­nak kiep­sko mu ta gra wy­cho­dzi. Cho­le­ra.

– Nie… ja tyl­ko… no wiesz… – za­jąk­nął się, bo nic sen­sow­ne­go nie przy­cho­dzi­ło mu do gło­wy. – Tak tyl­ko, chcia­łem po­sprzą­tać…

– Ja­sne! Od kie­dy to z cie­bie taki po­rząd­nic­ki, co? – Ja­mes za­śmiał się z po­wąt­pie­wa­niem i zer­k­nął py­ta­ją­co na Tess. – Nie wiesz, co się z nim dzie­je?

Tess po­sła­ła Sze­fo­wi znie­cier­pli­wio­ne spoj­rze­nie ko­bie­ty, „któ­ra wie le­piej”, i prze­krę­ci­ła gło­wę w stro­nę okna.

– Daj mu spo­kój, Ja­mes! Zo­staw chło­pa­ka! – Jej in­stynk­ty ma­cie­rzyń­skie od razu ode­zwa­ły się ze wzmo­żo­ną siłą. Trze­ba bro­nić przy­szy­wa­ne­go syna! – Sko­ro Jack chce za­cho­wać tę spra­wę dla sie­bie, to tak zo­sta­nie.

– Ale jaką spra­wę?! – Ja­mes pa­trzył w zdu­mie­niu to na Jac­ka, to na Tess. – Jaką spra­wę? Co tu się dzie­je? – za­py­tał już spo­koj­niej.

Jack stał przy oknie i pa­trzył na Tess ta­kim wzro­kiem, jak­by zo­ba­czył ją po raz pierw­szy w ży­ciu. Ona wie­dzia­ła! Zno­wu wszyst­ko wie­dzia­ła! A je­śli jesz­cze nie wie­dzia­ła wszyst­kie­go, to w każ­dym ra­zie do­my­śla­ła się wy­star­cza­ją­co dużo.

Tess, prze­chy­liw­szy lek­ko gło­wę, po­pa­trzy­ła na Jac­ka cie­płym, mat­czy­nym spoj­rze­niem i uśmiech­nę­ła się krzy­wo. Jej oczy prze­pra­sza­ły, że wie o czymś, o czym on ra­czej nie chciał, by się do­wie­dzia­ła. Ale też za­pew­ni­ły go, że jego ta­jem­ni­ca jest bez­piecz­na i że ona ni­ko­mu o niej nic nie po­wie. Na­wet Sze­fo­wi.

Jack wes­tchnął, po­krę­cił się nie­zde­cy­do­wa­ny po po­ko­ju i w koń­cu z re­zy­gna­cją po­pa­trzył na swo­ich przy­ja­ciół.

– No do­bra… Nie ma co wy­my­ślać… Zresz­tą i tak zda­je się, że Tess już wszyst­ko wie… – Spoj­rzał na se­kre­tar­kę, a w jego wzro­ku nie było wy­rzu­tu, tyl­ko spo­kój męż­czy­zny po­go­dzo­ne­go z fak­tem, że przed pew­ny­mi ko­bie­ta­mi ni­cze­go nie da się ukryć.

– Ale co Tess wie? – do­cie­kał nie­cier­pli­wie Ja­mes. Te­raz za­nie­po­ko­ił się już nie na żar­ty. Jego twarz na­gle lek­ko stę­ża­ła i aż od­chy­lił się na krze­śle. – Tyl­ko mi nie mów, że Eve wró­ci­ła!

– Nie, nie, to nie to… – uspo­ka­jał go Jack, krę­cąc gło­wą. – To nie to… – Wziął głę­bo­ki wdech i za­czął im opo­wia­dać o dziew­czy­nie z par­ku.

Obo­je słu­cha­li go w ci­szy. Oczy­wi­ście dla Tess nie było żad­ne­go za­sko­cze­nia, za to Szef ro­bił co­raz więk­sze oczy. Nie cho­dzi­ło mu zu­peł­nie o to, że Jack znów się kimś po­waż­niej za­in­te­re­so­wał, bar­dzo do­brze, że tak się sta­ło. Ra­czej o to, że nie ro­bił nic, by dziew­czy­nę na­praw­dę po­znać. Prze­cież wy­star­czy­ło pójść do par­ku i ją za­gad­nąć, a nie tkwić tu, przy oknie, z lor­net­ką! To ja­kaś bzdu­ra, żeby się tak za­cho­wy­wać. Osta­tecz­nie Jack nie jest ja­kimś po­strze­lo­nym pod­glą­da­czem, więc o co cho­dzi? Gdy tyl­ko Jack skoń­czył swo­ją opo­wieść, Ja­mes od razu mu to po­wie­dział.

– To nie tak, Ja­mes. – Jack uśmiech­nął się z za­kło­po­ta­niem. – Wy­star­czy mi, że ona tam przy­cho­dzi. Nie chcę jej… – mach­nął ręką w po­wie­trzu – osa­czyć. Ale cie­szę się, gdy przy­cho­dzi. Choć dziś na przy­kład wca­le jej nie było… Po pro­stu faj­nie, że mogę ją od cza­su do cza­su zo­ba­czyć. Ni­cze­go wię­cej nie chcę. Na­praw­dę.

Te­raz, gdy po­wie­dział to na głos, na­wet dla nie­go sa­me­go nie brzmia­ło to zbyt prze­ko­nu­ją­co. A tym bar­dziej dla dwój­ki jego przy­ja­ciół.

Ja­mes spoj­rzał z uko­sa na Tess.

– A ty? Od kie­dy o tym wiesz? Hmmm?

Tess cmok­nę­ła z nie­cier­pli­wo­ścią, ale nic nie po­wie­dzia­ła. Jack pod­szedł do niej bli­żej i po­chy­lił się, by zaj­rzeć jej w oczy. Ale ona upar­cie krę­ci­ła gło­wą i uni­ka­ła jego spoj­rze­nia.

– Pew­nie od tego dnia, gdy mnie tu za­sta­łaś z lor­net­ką, co? – po­wie­dział ci­cho z nie­we­so­łym uśmie­chem.

– T-t-tak… no do­bra, tak! – Zno­wu cmok­nę­ła. – Po­wi­nie­neś się wte­dy zo­ba­czyć! Jesz­cze chwi­la i za­czął­byś się ru­mie­nić jak na­sto­lat­ka! Ni­g­dy cię ta­kie­go nie wi­dzia­łam… – Za­śmia­ła się lek­ko. – Pie­sek! Aku­rat! Za kogo ty mnie masz?! Na­praw­dę my­śla­łeś, że to ku­pię?

W koń­cu za­śmia­li się obo­je.

– Jaki zno­wu pie­sek?! – zde­ner­wo­wał się na do­bre Szef. Zno­wu oni o czymś wie­dzą, a ja nie. – Cią­gle ma­cie przede mną ja­kieś se­kre­ty! – na­rze­kał na­dą­sa­ny, zu­peł­nie bez po­wo­du.

I Tess, i Jack zno­wu się za­śmia­li, jesz­cze gło­śniej, a po­tem na zmia­nę opo­wia­da­li, jak to Jack pró­bo­wał za­my­dlić jej oczy, wma­wia­jąc, że ob­ser­wo­wał ba­wią­ce­go się te­rier­ka. Te­raz śmia­li się już w trój­kę.

– Ech, Jack… no wiesz, co jak co, ale po tylu la­tach po­wi­nie­neś wie­dzieć, że na­szej naj­lep­szej wy­wia­dow­czy­ni nie zbę­dziesz byle czym! – Szef chi­cho­tał, usi­łu­jąc za­cho­wać po­wa­gę. – Ja daw­no już prze­sta­łem co­kol­wiek przed nią ukry­wać.

– Ooo, a masz coś do ukry­cia? – za­in­te­re­so­wa­ła się na­tych­miast Tess.

– A skąd­że! Na­wet nie pró­bu­ję! – Ja­mes uniósł do góry dło­nie w ge­ście pod­da­nia. – Wiesz o mnie wszyst­ko. Od nu­me­ru koł­nie­rzy­ka po nu­mer kon­ta ban­ko­we­go i PIN do kar­ty kre­dy­to­wej! Wi­dzisz – zwró­cił się do Jac­ka – tak się za­cho­wu­je sta­ry, do­świad­czo­ny męż­czy­zna wo­bec ko­bie­ty, przed któ­rą i tak nie da się ni­cze­go ukryć, a wia­do­mo, że moż­na jej śle­po za­ufać! – I spoj­rzał na Tess z te­atral­ną po­ko­rą, kła­nia­jąc się ni­sko.

– Wa­riat! – Tess ze śmie­chem trzep­nę­ła go pal­ca­mi po schy­lo­nej gło­wie.

Te­mat dziew­czy­ny z par­ku już tego dnia mię­dzy nimi się nie po­ja­wił. Za­rów­no Szef, jak i Tess wie­dzie­li, że nie ma sen­su prze­ko­ny­wa­nie Jac­ka, by spró­bo­wał się z Nie­zna­jo­mą spo­tkać czy umó­wić i za­mie­nić ob­ser­wo­wa­nie przez okno w praw­dzi­wą zna­jo­mość. Za to na­stęp­ne­go dnia, gdy Jack wszedł do ga­bi­ne­tu Sze­fa, ze zdu­mie­niem od­krył tam usta­wio­ną pod oknem sta­rą lu­ne­tę. Char­lie aku­rat wszedł ra­zem z nim i obaj sta­nę­li w drzwiach w nie­mym zdzi­wie­niu.

– Dzień do­bry – po­wi­tał ich bez­tro­sko Szef. – I jak, po­do­ba się wam? – Wska­zał z dumą na nowy ele­ment wy­po­sa­że­nia.

Pod­szedł do lu­ne­ty i za­czął ją pie­czo­ło­wi­cie po­le­ro­wać szmat­ką. Ża­den z męż­czyzn nie od­po­wie­dział.

– Do­sta­łem ją daw­no temu od wuja, któ­ry był w ma­ry­nar­ce. Ale w domu nie mia­łem jej gdzie roz­sta­wić i trzy­ma­łem w pu­dle. A prze­cież tu świet­nie pa­su­je! W koń­cu my też cza­sem ob­ser­wu­je­my na­szych klien­tów! – Za­śmiał się z wła­sne­go dow­ci­pu. – A poza tym wi­dzia­łem kie­dyś przez okno ja­strzę­bie… Może uda mi się je tro­chę po­ob­ser­wo­wać? Pew­nie po­lu­ją tu na go­łę­bie z par­ku.

Char­lie pod­szedł do lu­ne­ty, by przyj­rzeć się jej z bli­ska, a Jack wciąż stał w drzwiach i pa­trzył na Sze­fa. Ja­mes tyl­ko uśmiech­nął się uspo­ka­ja­ją­co, a gdy Char­lie wresz­cie za­ła­twił swo­ją spra­wę i zo­sta­wił ich sa­mych, przy­cią­gnął Jac­ka do okna i po­wie­dział:

– I tak byś prze­cież tu przy­cho­dził… A je­śli ktoś jesz­cze zo­ba­czył­by cię z lor­net­ką, kto wie, co mógł­by so­bie po­my­śleć. A tak lu­ne­ta po pro­stu bę­dzie tu so­bie sta­ła i jak od cza­su do cza­su so­bie przez nią zer­k­niesz, ni­ko­go to nie zdzi­wi – od­po­wie­dział na wszyst­kie nie­me py­ta­nia Jac­ka i po­kle­pał go po ple­cach.

– Dzię­ki, Ja­mes – wy­mru­czał wciąż zdzi­wio­ny Jack, pod­czas gdy tak na­praw­dę po­my­ślał so­bie, że ma wspa­nia­łe­go przy­ja­cie­la, któ­ry choć nie ro­zu­mie ani nie po­chwa­la jego za­cho­wa­nia, to jed­nak robi co może, by mu po­móc.

– No i może przy oka­zji ja też będę mógł zo­ba­czyć, jak też ta „two­ja” dziew­czy­na wy­glą­da. – Szef za­tarł ręce. – Po­ka­żesz mi ją?

– Ja­sne. – Jack uśmiech­nął się do przy­ja­cie­la. Sta­ry, do­bry Szef za­wsze chce nad wszyst­kim mieć kon­tro­lę. – O ile dziś przyj­dzie… – do­dał tro­chę po­nu­ro.

Ale tego dnia dziew­czy­na nie przy­szła do par­ku. Może dla­te­go, że po­go­da nie była naj­lep­sza. Od rana nie­mal cią­gle mży­ło. A jed­nak mimo to Jack wciąż jej wy­glą­dał. I to nie sam. Te­raz w trój­kę trzy­ma­li wach­tę, bo dość do­kład­nie opi­sał im Nie­zna­jo­mą. Na zmia­nę wy­glą­da­li przez okno w ocze­ki­wa­niu na jej po­ja­wie­nie się. Trud­no, mu­siał so­bie po­wie­dzieć w koń­cu Jack, gdy Nie­zna­jo­ma mimo póź­nej pory nie po­ja­wi­ła się w par­ku, a Tess i Ja­mes z rów­nym roz­cza­ro­wa­niem mu se­kun­do­wa­li. Obo­je byli już te­raz bar­dzo cie­ka­wi i z nie­cier­pli­wo­ścią cze­ka­li mo­men­tu, by sta­ra lu­ne­ta wresz­cie speł­ni­ła swo­je za­da­nie.

I po kil­ku dniach ich ży­cze­nie na­resz­cie się speł­ni­ło. Jack sie­dział wła­śnie na pa­ra­pe­cie, są­cząc her­ba­tę, gdy „jego” dziew­czy­na prze­bie­gła przez uli­cę i szyb­kim kro­kiem ru­szy­ła w stro­nę ław­ki, na któ­rej sie­dział star­szy pan od te­rier­ka.

– Jest! Jest! Przy­szła! – Jac­ko­wi wy­da­wa­ło się, że mówi spo­koj­nie, ale tak na­praw­dę pra­wie to wy­krzy­czał.

Tess i Ja­mes na­tych­miast ze­rwa­li się ze swo­ich miejsc i pod­bie­gli do okna.

– Gdzie?! Po­każ! Któ­ra to?! – wy­krzy­ki­wa­li na zmia­nę sta­tecz­na, mat­ku­ją­ca wszyst­kim se­kre­tar­ka i po­wszech­nie sza­no­wa­ny eme­ry­to­wa­ny woj­sko­wy, prze­py­cha­jąc się, by bli­żej po­dejść do okna. Omal nie zrzu­ci­li Jac­ka z pa­ra­pe­tu.

– Tam! – Po­ka­zy­wał ręką. – Na ław­ce obok tego pana z te­rie­rem. Wi­dzi­cie?

– No pro­szę! Jest na­wet pie­sek… – mru­czał Ja­mes, na­cią­ga­jąc się, żeby le­piej wi­dzieć.

– Wi­dzę! Wi­dzę! – cie­szy­ła się Tess. – Ale jest da­le­ko… – za­uwa­ży­ła z ża­lem. – Da­waj­cie tę lu­ne­tę!

I obaj pa­no­wie rzu­ci­li się, by do­brze usta­wić przy­rząd. Naj­le­piej znał się na tym Ja­mes, to on jako pierw­szy usta­wił oku­lar i mógł przyj­rzeć się le­piej Nie­zna­jo­mej z Par­ku.

– Wi­dzę ją… wi­dzę… – mru­czał, krę­cąc po­krę­tła­mi. – Bar­dzo, bar­dzo ład­na! – do­dał z apro­ba­tą, ki­wa­jąc gło­wą z okiem wciąż przy­ci­śnię­tym do lu­ne­ty.

– No już, po­suń się! Daj po­pa­trzeć! – Tess szar­pa­ła go za ra­mię i to by­naj­mniej nie de­li­kat­nie.

– Po­cze­kaj… – Ja­mes pró­bo­wał ją od­su­nąć. – No już! Masz! Mu­sisz tyl­ko tym po­krę­tłem do­sto­so­wać ostrość…

Ale Tess już go ode­pchnę­ła i sama przy­kle­iła się do lu­ne­ty. I tak ja­koś wy­szło, że naj­bar­dziej za­in­te­re­so­wa­ny, czy­li Jack, zo­stał wy­pchnię­ty z ko­lej­ki. Nie zo­sta­ło mu nic in­ne­go, jak tyl­ko wy­glą­dać przez okno i przy­słu­chi­wać się, jak jego przy­ja­cie­le wy­mie­nia­ją uwa­gi o „jego” dziew­czy­nie.

– Robi bar­dzo sym­pa­tycz­ne wra­że­nie! – mó­wi­ła Tess wciąż przy­le­pio­na do lu­ne­ty. – I rze­czy­wi­ście jest bar­dzo ład­na!

– Prze­cież mó­wi­łem, że ład­na! – Ja­mes po­czuł się naj­wy­raź­niej ura­żo­ny, że jego opi­nia wy­ma­ga po­twier­dze­nia. – No do­bra, daj te­raz po­pa­trzeć Jac­ko­wi.

– Mo­ment… – Tess się ocią­ga­ła. – O! te­raz kar­mi pie­ska! Lubi zwie­rzę­ta! – po­wie­dzia­ła z try­um­fem. Tak jak­by to już prze­są­dza­ło spra­wę i dziew­czy­na zo­sta­ła przez nią cał­ko­wi­cie za­ak­cep­to­wa­na.

W koń­cu Tess ode­rwa­ła się od lu­ne­ty, a za­czer­wie­nio­ne kół­ko wo­kół jej oka wy­raź­nie świad­czy­ło o tym, z jaką siłą przy­war­ła do so­czew­ki. Obaj pa­no­wie wy­mie­ni­li ty­po­wo mę­skie, peł­ne roz­ba­wio­ne­go po­li­to­wa­nia spoj­rze­nia. I wresz­cie Jack mógł za­anek­to­wać lu­ne­tę dla sie­bie.

– Co tam oglą­da­cie? Ja­strzę­bie? Ja­koś wy­jąt­ko­wo ni­sko dziś la­ta­ją… – ode­zwał się za ich ple­ca­mi iro­nicz­nie nie­win­ny głos.

Cała trój­ka jak na ko­men­dę od­wró­ci­ła się ze zgro­zą w stro­nę drzwi. Za­ję­ci sobą i prze­py­chan­ką przy lu­ne­cie nie sły­sze­li, że drzwi się otwo­rzy­ły. I oto tam, swo­bod­nie opar­ty o fu­try­nę, stał Char­lie z przy­kle­jo­nym do twa­rzy chy­trym uśmiesz­kiem.

– Cześć! Pu­ka­łem, ale chy­ba nie sły­sze­li­ście… Tak się prze­py­cha­li­ście przy tej lu­ne­cie… – cią­gnął da­lej, jak­by ni­g­dy nic. – Te… „ja­strzę­bie” mu­szą być sza­le­nie in­te­re­su­ją­ce! – do­dał roz­ba­wio­nym to­nem, uśmie­cha­jąc się szel­mow­sko.

Trój­ka spi­skow­ców spoj­rza­ła po so­bie bez­rad­nie. Cie­ka­we, jak dłu­go już tam stoi. Jaka szko­da, że nie za­mknę­li drzwi na klucz! Pierw­sza po­zbie­ra­ła się jak zwy­kle Tess:

– Je­steś pe­wien, że pu­ka­łeś, Char­lie? Ja­koś nie przy­po­mi­nam so­bie, byś to ostat­nio ro­bił przed wej­ściem do Sze­fa! – Choć Tess ni­g­dy nie była na­uczy­ciel­ką, ton gło­su su­ro­wej bel­fer­ki wy­cho­dził jej bez­błęd­nie. – Po­trze­bu­jesz cze­goś? – spy­ta­ła ostro.

– Tyl­ko nu­me­ru do Berg­ma­na. Ale to może po­cze­kać… – Char­lie stro­pił się tro­chę, ale nie na tyle, by wyjść. Zwłasz­cza że tu dzia­ło się coś na­praw­dę cie­ka­we­go! – Nooo… nie bądź­cie tacy! – do­dał bła­gal­nie. – Co to za dziew­czy­na?

I już ru­szył do lu­ne­ty, prze­su­nął się obok Jac­ka i nim kto­kol­wiek zdą­żył za­re­ago­wać, zer­k­nął w oku­lar.

– Mmmm… na­praw­dę ład­na! – za­mru­czał z uzna­niem.

Nikt nic nie po­wie­dział, tyl­ko Szef bez­gło­śnie wes­tchnął i wzniósł oczy do nie­ba. Tego już na­praw­dę za wie­le! Na­wet Char­lie! Prze­cież on już mó­wił, że jest ładna!

– Kto to jest? – za­py­tał Char­lie, a jego głos aż ocie­kał cie­ka­wo­ścią. Pod­niósł się, wy­pro­sto­wał i spoj­rzał wy­cze­ku­ją­co na trój­kę spi­skow­ców.

Znów za­pa­dła nie­zręcz­na ci­sza. Na­wet Tess nic nie po­wie­dzia­ła, spoj­rza­ła tyl­ko na Jac­ka, tak jak­by ten te­le­pa­tycz­nie miał jej prze­ka­zać in­struk­cje, jak w tej sy­tu­acji mają się za­cho­wać i co po­wie­dzieć.

Jack wes­tchnął. Cóż, i tyle z jego mało chwa­leb­ne­go se­kre­tu… Le­d­wie parę dni temu po­wie­dział o tym Tess i Sze­fo­wi, te­raz wie już o tym też Char­lie. A to z ko­lei pew­nie ozna­cza, że za pięć mi­nut do­wie­dzą się wszy­scy pra­cow­ni­cy fir­my, a do wie­czo­ra bę­dzie już wie­dzia­ło pół Lon­dy­nu. Trud­no. Sam so­bie jest wi­nien…

– Nie wiem, kto to jest, Char­lie – po­wie­dział tak spo­koj­nie, że Tess aż za­mru­ga­ła ze zdzi­wie­nia. Prze­cież wie­dzia­ła do­sko­na­le, ile mó­wie­nie o „jego” dziew­czy­nie Jac­ka kosz­tu­je! – Przy­cho­dzi cza­sa­mi do par­ku. Zja­da ka­nap­kę. Bawi się z psem – cią­gnął rze­czo­wo, jak­by re­la­cjo­no­wał roz­kład dnia któ­re­goś z klien­tów. – Kie­dyś ją za­uwa­ży­łem. I… masz ra­cję – uśmiech­nął się lek­ko – jest bar­dzo ład­na.

Char­lie wpa­try­wał się w nie­go z zu­peł­nie nie­zwy­kłym dla sie­bie na­pię­ciem.

– I to wszyst­ko? – za­py­tał z nie­do­wie­rza­niem, mru­żąc oczy. – Tyle? O to ta cała ak­cja? Eee, nie na­bie­rzesz mnie! – Zno­wu po­chy­lił się nad lu­ne­tą i uważ­nie przyj­rzał dziew­czy­nie.

Po­zo­sta­li spoj­rze­li po so­bie. Jack był spo­koj­ny, ale Tess i Szef czu­li się bar­dzo nie­swo­jo.

Char­lie tym­cza­sem przez dłuż­szą chwi­lę do­kład­nie przy­glą­dał się Nie­zna­jo­mej. W koń­cu się wy­pro­sto­wał i raz jesz­cze za­py­tał:

– Kim ona jest? – Był te­raz dziw­nie po­waż­ny. – To nowa klient­ka?

Jack po­chy­lił gło­wę i mil­czał przez dłuż­szą chwi­lę. Szef za­czął się już za­sta­na­wiać, jak po­zbyć się Char­lie­go z po­ko­ju, nie wzbu­dza­jąc jesz­cze więk­szych po­dej­rzeń. Ale wte­dy Jack wresz­cie prze­mó­wił:

– Na­praw­dę nie wiem, kim ona jest, Char­lie… – Wy­glą­dał na zu­peł­nie zre­zy­gno­wa­ne­go.

Wie­dział, że nie ma sen­su pró­bo­wać spła­wić Char­lie­go ja­kąś zmy­ślo­ną hi­sto­ryj­ką. Nie­po­trzeb­nie by tyl­ko ry­zy­ko­wał, że ten do­cie­kli­wy chło­pak zro­bił­by wszyst­ko, by „prze­świe­tlić” dziew­czy­nę. I kto wie, pew­nie w cią­gu kil­ku­na­stu mi­nut miał­by jej ad­res, te­le­fon, nu­mer ubez­pie­cze­nia, a po pół­go­dzi­nie umó­wił­by się z nią na rand­kę.

– Po pro­stu od ja­kie­goś cza­su ją ob­ser­wu­ję przez okno. Po­do­ba mi się… To wszyst­ko.

Char­lie pa­trzył na nie­go z kom­plet­nym nie­do­wie­rza­niem. W gło­wie nie chcia­ło mu się po­mie­ścić, by Jack mógł tylko oglą­dać dziew­czy­nę przez okno! Bo niby po co? Je­śli mu się po­do­ba, trze­ba tyl­ko wyjść, po­dejść do niej i za­ga­dać. Nic wiel­kie­go. Jack prze­cież nie jest nie­śmia­ły! Ni­g­dy nie był! Char­lie sam wi­dział, jak ła­two przy­cho­dzi mu na­wią­zy­wa­nie zna­jo­mo­ści z ko­bie­ta­mi. I to nie­je­den raz. To­też te­raz trud­no mu było uwie­rzyć, że za tą całą za­ba­wą w pod­glą­da­nie nie kry­je się coś jesz­cze. Prze­krę­cił gło­wę i przez parę chwil prze­no­sił ba­daw­cze spoj­rze­nie z twa­rzy Jac­ka na Ja­me­sa i Tess. Ale wszy­scy oni byli spo­koj­ni… choć nie, Tess ro­bi­ła się jed­nak co­raz bar­dziej zi­ry­to­wa­na jego wścib­skim za­cho­wa­niem.

– No do­bra… sko­ro tak mó­wisz… Nie chcesz jej po­znać?! – To jed­no nie da­wa­ło Char­lie­mu spo­ko­ju.

– Nie, nie chcę! – Jack w koń­cu się za­śmiał i roz­luź­nił. – Dla­cze­go nikt nie chce w to uwie­rzyć?!

Dziw­na, na­pię­ta at­mos­fe­ra wresz­cie pry­sła. Wszyst­kim ulży­ło, bo był to chy­ba pierw­szy raz, by mię­dzy tymi do­bry­mi przy­ja­ciół­mi do­szło do tak nie­na­tu­ral­nej sce­ny. Za­czę­li się z po­wro­tem do sie­bie uśmie­chać. Tess jed­nak po chwi­li na po­wrót spo­waż­nia­ła.

– Słu­chaj, Char­lie, nie mu­szę ci chy­ba mó­wić… – Jej głos za­wisł zna­czą­co, a w oczach po­ja­wi­ły się groź­ne bły­ski.

– Ja­sne! No co ty, Tess! – Char­lie po­pa­trzył na nią z wy­rzu­tem. Jak w ogó­le mo­gła po­my­śleć, że on ko­mu­kol­wiek po­wie o tym, co tu zo­ba­czył?

Jack i Szef spoj­rze­li na sie­bie i po­ro­zu­mie­li się bez słów. Obaj wie­dzie­li, że Char­lie ni­ko­mu o tym nie po­wie. Do­sko­na­le go zna­li i mu ufa­li. Byli pew­ni, że za­trzy­ma se­kret dla sie­bie. Ale też świet­nie wie­dzie­li, że z pew­no­ścią nie za­po­mni tego, cze­go się tu do­wie­dział, i bę­dzie te­raz żył tra­wio­ny cie­ka­wo­ścią „co da­lej?”.

Czas po­ka­zał, że rze­czy­wi­ście mie­li ra­cję.

Od tam­te­go dnia dziew­czy­na rzad­ko po­ja­wia­ła się w par­ku, aż w koń­cu nad­szedł ten czas, że przez trzy ty­go­dnie nie przy­szła wca­le. Tego wie­czo­ru po po­wro­cie Char­lie­go z No­we­go Jor­ku, gdy wier­cił się na łóż­ku, bez­sku­tecz­nie usi­łu­jąc za­snąć, Jack w koń­cu po­sta­no­wił, że cze­ka­nie na nią i wy­glą­da­nie przez okno nie ma sen­su. Pew­nie już wca­le nie wró­ci. Czas za­po­mnieć o tym wszyst­kim.

Ale oczy­wi­ście ła­twiej było po­wie­dzieć niż zro­bić. Sta­rał się jed­nak bar­dzo i choć ła­pał się na tym, że jest co­raz bar­dziej przy­gnę­bio­ny, był zde­cy­do­wa­ny nie zba­czać z ob­ra­ne­go kur­su. Ko­niec z tym, po­wta­rzał so­bie.