Nieśmiertelny - Catherynne M. Valente - ebook
NOWOŚĆ

Nieśmiertelny ebook

Catherynne M. Valente

0,0

87 osób interesuje się tą książką

Opis

Miłość silniejsza niż śmierć. Historia, której nie da się zapomnieć.

Kościej Nieśmiertelny zajmuje w rosyjskim folklorze miejsce podobne do diabłów i czarownic w kulturze zachodniej – jest ucieleśnieniem zła, grozy i mrocznych legend przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Catherynne M. Valente nadaje mu jednak zupełnie nowe oblicze, przenosząc dawny mit w realia XX-wiecznej Rosji i osadzając go na tle rewolucji oraz przełomowych wydarzeń historycznych.

„Nieśmiertelny” nie jest klasyczną powieścią historyczną, lecz intensywną, pełną emocji narracją w której magia splata się z rzeczywistością. W centrum historii znajduje się Maria Moriewna – bystra dziewczyna wychowana przez rewolucję, która z czasem staje się oblubienicą Kościeja, by ostatecznie odegrać kluczową rolę w jego upadku.

Na kartach powieści pojawiają się magiczne wyprawy, stalinowskie duchy domowe, tajemnice oraz bezlitosne gry pożądania i władzy. To zderzenie mitu z historią, miłości ze śmiercią i niewinności z ambicją, które tchnie nowe życie w rosyjski folklor, tworząc mroczną, fascynującą opowieść o przemianie i wyborach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 420

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



TYTUŁ ORYGINAŁU:Deathless

Redaktorka prowadząca: Ewelina Czajkowska Wydawczyni: Agnieszka Fiedorowicz Redakcja: Bożena Sęk Konsultacja merytoryczna: Natalia Lemann Korekta: Małgorzata Denys Projekt okładki: Agata Łuksza

Deathless Copyright © 2011 by Catherynne M. Valente All rights reserved.

Copyright © 2026 for the Polish edition by Bliss an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Copyright © for the Polish translation by Robert J. Szmidt, 2026

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie I Białystok 2026 ISBN 978-83-8417-740-2

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Plik przygotował Woblink

woblink.com

Dla Dmitrija, któremu zawdzięczam wyrwanie się z mroku

Jak z wieży, z czterdziestego roku Wszystko ogarniam spojrzeniem Jakbym żegnała z wysoka Wszystko, com już pożegnała, I jakbym się przeżegnała Pod mroczne stąpając sklepienie. – ANNA ACHMATOWA przeł. Gina Gieysztor

PROLOG

Nie oglądaj się za siebie

Nad złocistym rżyskiem po zżętej pszenicy, jeżącym się niczym ostatnie rzadkie włosy na głowie staruszki, ścielił się nisko dym drzewny. Gałęzie jabłonek dawno już ścięto na opał; korzenie czereśni dawno wykopano, by ugotować z nich posiłek. Zza ciężkich sinych chmur przebłyskiwało niemrawo słońce, którego promienie padały od niechcenia na szare puste chaty z dachami porośniętymi koniczyną. Ptaki odfrunęły niczym strzały posłane przed siebie w niewidzialnych potyczkach, jak zawsze na południe, jak zawsze byle dalej. Tylko trzy chude pierzące się istoty trzymały się z całych sił uschłej gałęzi gruszy, spoglądając w dół swoimi oczkami wielkości paciorków różańca: nakrapiany drozd, krótkodzioby derkacz i czarnolicy gawron. Wiatr przybrał na sile; przyniósł zapach koniczyny, rdzy i resztek szpiku.

Pociągający nosem chłopak stał tam i patrzył, pozwalając, by gile i łzy skapywały mu z brody na ziemię. Tylko od czasu do czasu ocierał je grzbietem jednej podrapanej dłoni, drugą – niemniej pokancerowaną – drapiąc się po brzuchu. Włosy miał płowe, był w nieokreślonym wieku, aczkolwiek na jego twarzy nie pokazały się jeszcze choćby zaczątki zarostu ani mocniejszy zarys żuchwy, a klatkę piersiową miałby wątłą, nawet gdyby na jego żebrach trzymało się trochę mięśni. Musiał spuścić wzrok przed rażącym jesiennym światłem, kiedy promień słoneczny przeorał mu źrenice, wywołując mroczki.

– Towarzyszu Tkaczuk! – Młody kobiecy głos niczym nożyce ciął porywisty wiatr, na którym unosiły się drobinki popiołu. – Zostaliście oskarżeni o dezercję i tchórzostwo w obliczu wroga. Może zaprzeczycie?

Chłopak podniósł spojrzenie na dwie żołnierki zasiadające za wypolerowaną na wysoki połysk ławą sądu polowego, przyciągniętą z ciężarówki na tę ziemię jałową tylko po to, aby wymierzyć mu sprawiedliwość, zupełnie jakby armia była surową mateczką, a on dzieckiem, które nie posłuchało wezwania na obiad. Kolejny glut oderwał się od jego nozdrza, pociągając za sobą następne.

– Czy w dniu osiemnastego czerwca – kontynuowała sierżant sztabowa, niczym kura pazurem drapiąc piórem w kajecie – zgłosiliście się, jak należało, gdy generał lejtnant Tiereszczenko ogłosił pobór we wiosce Michajłowka, dając każdemu mieszkańcowi szansę na zaznanie chwały za życia poprzez złożenie w imieniu Ludu ofiary ze swojego ciała?

– N-ni… – wycharczał chłopak, zwyczajem niepiśmiennych parobków ścieśniając samogłoski w charakterystyczny sposób.

Sierżant sztabowa zmarszczyła nos z niesmakiem.

– Dlaczego? – szczeknęła, przy czym guziki jej oliwkowego munduru błysnęły niczym oczy zmrużone przed słońcem.

– Ja… Ja mom… jedynaście roków, psepani.

Sierżant sztabowa ściągnęła brwi, lecz nie otwarła przed nim ramion, nie złapała go w objęcia, nie pogładziła po głowie ani nie nakarmiła chlebem.

– I chromam – dodał pośpiesznie. – Jakem miał seść lat, spad-zem z cereśni. Psyjechali do nas pan z registrem, to zem ucik i sie skrył w chlewiku. Nie chcem wstempować do armii. Nie nadajem się na sołdata.

Słuchając niezdarnych wyjaśnień chłopaka, sierżant sztabowa przybrała jeszcze surowszy wyraz twarzy.

– Nie wy decydujecie, czy się nadajecie do służby, czy nie. Postanawia o tym za was Lud. Okazując swoją słabość, odjęliście Ludowi jednego obrońcę. Ale na wasze szczęście Lud jest wspaniałomyślny. Jakeście wybrali towarzystwo wieprzy w miejsce walecznych lwów, tak teraz możecie wybrać, jaka kara was spotka: rozstrzelanie przez pluton egzekucyjny, na co zasługujecie w pełni, albo służba w karnym batalionie.

Chłopak tylko się gapił pustym wzrokiem, jakby nabrał wody w usta.

– Karny batalion oznacza pierwszą linię frontu, synu – wtrąciła starsza stopniem żołnierka, maskując chropawy głos miodową słodyczą nieskończonego miłosierdzia.

Drozd nastroszył pióra, gawron trzasnął dziobem. Derkacz tylko zaterkotał swoim zwyczajem. W tym samym momencie źdźbła zakołysały się na wietrze, nagłym i przelotnym, ani ciepłym, ani przyjemnym. Starsza stopniem żołnierka miała gęste ciemne włosy zaplecione w warkocz owinięty wokół głowy, tak że przypominał koronę; jej spojrzenie było twarde, lecz pełne znużenia.

– Pewno nie przeżyjesz. Ale kto wie. Jesteś mały, wszyscy kiedyś byliśmy tacy. Może cię nie zauważą. Nie takie rzeczy widział świat.

Sierżant sztabowa wyglądała na znudzoną. Zapisała coś w kajecie.

– Towarzyszu Tkaczuk, co wybieracie?

Przez moment chłopak nic nie mówił, wodził tylko wzrokiem od jednej żołnierki do drugiej niczym ryjący w glinie za truflami dzik, który liczy na szczęście. Nie znalazłszy w spojrzeniu żadnej z kobiet ani krztyny litości, zwyczajnie się rozpłakał: łkał bezgłośnie, targany suchym szlochem, i tylko od czasu do czasu ronił niewielką łzę, która żłobiła koryto w brudzie na jego wychudzonej twarzy. Drobna klatka piersiowa unosiła się i opadała gwałtownie, ramiona trzęsły się tak, jakby panował już zimowy mróz. Chłopak co rusz wycierał nos w odsłonięte przedramię. W pewnej chwili w śluzie pojawiła się różowawa krew.

– Chcem do domu! – zawył.

Drozd pisnął, jakby ktoś go nadział na długi cierń. Derkacz ukrył dziób w piórach. Gawron nie potrafił dalej się temu przyglądać – rozłożył skrzydła i odleciał.

Generał major Maria Moriewna siedziała obojętnie i przyglądała się płaczącemu dziecku. Sierżant sztabowa niecierpliwie postukała piórem.

– Idź – szepnęła Moriewna. – Uciekaj. Nie oglądaj się za siebie.

Chłopak popatrzył na nią tępo.

– Uciekaj, synu – powtórzyła szeptem Moriewna.

Chłopak rzucił się do biegu, wzbijając w powietrze drobinki martwej ziemi. Wiatr je złapał i poniósł w stronę morza.

CZĘŚĆ I

Długi wąski dom

A ty się zjawisz pod czarną opończą

Ze świecą blaskiem zielonym płonącą,

Nie zdejmiesz maski, wokół mrok i cisza…

Lecz szybko się odsłoni tajemnica,

Czyją dłoń kryje biała rękawica

I kto nocnego przysłał mi przybysza.

– ANNA ACHMATOWA

przeł. Gina Gieysztor

1

Trzej mężowie przybywają na ulicę Gorochową

W nadmorskim mieście, które niegdyś zwało się Sankt Petersburg, później Piotrogród, jeszcze później Leningrad, a w końcu – po dłuższym czasie – po prostu Petersburg, przy długiej wąskiej ulicy stał długi wąski dom. Siedząca przy jego długim wąskim oknie dziewczynka w jasnoniebieskiej sukience i jasnozielonych pantoflach czekała na ptaszka, który by się z nią ożenił.

Dla większości rodziców byłby to powód, aby odesłać córkę do pokoju dziecięcego, dając delikatnie do zrozumienia, że będzie mogła z niego wyjść dopiero wtedy, gdy przestanie myśleć o takich dziwnych rzeczach, lecz tak się składało, że Maria Moriewna widziała przez okno wszystkich trzech mężów swoich sióstr, zanim zapukali oni do wspaniałych drzwi z drewna czereśniowego – dzięki temu była równie pewna swojego losu jak koloru księżyca.

Pierwszy mąż się pojawił, kiedy Maria miała zaledwie sześć lat, a jej siostra Olga była już wysoką urodziwą panną ze złocistymi włosami upiętymi z tyłu jak bela siana po żniwach. Dzień był srebrzyście wilgotny, a długie wąskie chmury, przypominające zgrabnie skręcone papierosy, przetaczały się nad ich dachem. Z okna pokoju na piętrze Maria obserwowała ptaki, które zebrane w koronie dębu wystawiały dzioby na pierwsze najmniejsze krople deszczu, gdyż te – jak wiedzą wszystkie skrzydlate stworzenia – są najsłodsze, a przypominają winogronka tryskające sokiem na języku. Maria wybuchnęła śmiechem, widząc, że gawrony dokazują w padającym deszczu, a kiedy to zrobiła, wszystkie jak jeden mąż się odwróciły, aby przyszpilić ją spojrzeniami ostrymi jak igły. Jeden z nich, szczególnie tłuściutki, wychylił się niebezpiecznie z zielonej gałęzi i – nie odrywając oczu od Marii – spadł twardo (łupu-cupu!) na ulicę. Nie zabił się jednak, a tylko odbił od ziemi i gdy stanął ponownie na nogach, był już przystojnym młodzianem w eleganckim czarnym mundurze z guzikami błyszczącymi jak krople deszczu. Najbardziej jednak ze wszystkiego uwagę zwracał jego nochal, wielki i garbaty.

Młodzian zapukał do wspaniałych drzwi z czereśniowego drewna. Moment później matka Marii Moriewny rumieniła się pod jego spojrzeniem.

– Przychodzę po dziewczynkę z okna – powiedział zwięźle miłym głosem. – Nazywam się porucznik Woronin i należę do Czarnej Gwardii. Mam wiele pięknych domów pełnych nasion, wiele pięknych pól pełnych ziarna i więcej sukien, niż będzie miała okazję nosić w swoim życiu, nawet gdyby przebierała się rano, wieczorem i o północy każdego dnia.

– Z pewnością chodzi wam o Olgę – powiedziała matka Marii, zakrywając dłonią dekolt. – To najstarsza i najśliczniejsza z moich córek.

Po chwili w drzwiach stanęła Olga, która faktycznie chowała się za oknem na parterze, tyle że od strony ogrodu pełnego spadłych jabłek, nie zaś od ulicy. Widok przystojnego młodziana w eleganckim czarnym mundurze przepełnił ją niczym wino bukłak, zatem ucałowała gościa niewinnie w oba policzki. Ruszyli razem w dół ulicy Gorochowej, przy której on kupił jej złoty kapelusz z długimi czarnymi piórami za otokiem.

Kiedy wrócili pod wieczór ze spaceru, porucznik Woronin spojrzał w fiołkowe niebo i westchnął.

– To nie jest dziewczyna z okna. Ale będę ją kochał, jakby nią była, ponieważ teraz rozumiem, że tamta nie jest mi pisana.

I tak Olga z wdzięcznością udała się do siedziby porucznika Woronina, skąd pisała do sióstr ładnie skomponowane listy, w których czasowniki pięły się niczym zamki, a rzeczowniki w celowniku wystrzeliwały niczym dobrze zadbane róże.

Drugi mąż się pojawił, kiedy Maria miała dziewięć lat, a jej siostra Tatiana – podstępna i płomienna niczym lisica – wiecznie tylko strzelała bystrymi szarymi oczami za wszystkim, co ją zaciekawiło. Maria Moriewna siedziała przy oknie i obrębiała sukienkę do chrztu drugiego syna Olgi. Była wiosna, a poranny deszcz sprawił, że ich długa wąska ulica wydawała się śliska i błyszcząca, do tego uklejnocona mokrymi różowymi płatkami kwiatów. Raz jeszcze z okna na piętrze Maria obserwowała ptaki wyfruwające z korony wielkiego dębu i walczące o przemoczone i oklapłe kwiaty czereśni, które – jak wie każde skrzydlate stworzenie – są najpyszniejsze ze wszystkich kwiatów i rozpuszczają się na języku zupełnie jak imbirowe babeczki. Maria wybuchnęła śmiechem, widząc, jak drozdy dokazują wśród kwiecia, a kiedy to zrobiła, wszystkie jak jeden mąż się odwróciły, aby przyszpilić ją spojrzeniami ostrymi jak noże. Jeden z nich, najbardziej brązowy, wychylił się niebezpiecznie z zielonej gałęzi i – nie odrywając oczu od Marii – spadł twardo (łupu-cupu!) na ulicę. Nic sobie nie zrobił, tylko odbił się od ziemi i gdy stanął ponownie na nogach, był już przystojnym młodzieńcem w eleganckim brązowym mundurze z guzikami rażącymi jak słońce i z szerokim białym pasem. Najbardziej jednak ze wszystkiego uwagę zwracały jego usta, pełne i łagodne.

Młodzieniec zapukał do wspaniałych drzwi z czereśniowego drewna. Moment później matka Marii Moriewny uśmiechała się pod jego spojrzeniem.

– Nazywam się porucznik Zujok i należę do Białej Gwardii – powiedział, gdyż świat zdążył się odmienić. – Przychodzę po dziewczynkę z okna. Mam wiele pięknych domów pełnych owoców, wiele pięknych pól pełnych pędraków i więcej klejnotów, niż będzie miała okazję nosić w swoim życiu, nawet gdyby zmieniała pierścienie rano, wieczorem i o północy każdego dnia.

– Z pewnością chodzi wam o Tatianę – powiedziała matka Marii, przykładając dłoń do piersi. – To moja druga córka, tylko odrobinę mniej śliczna od pierworodnej Olgi.

Po chwili w drzwiach stanęła Tatiana, która faktycznie chowała się za oknem na parterze, tyle że od strony ogrodu pełnego kwitnących jabłoni, nie zaś od ulicy. Widok przystojnego młodzieńca w eleganckim brązowym mundurze przepełnił ją niczym powietrze balon, zatem ucałowała gościa nie tak znów niewinnie prosto w usta. Ruszyli razem w dół ulicy Gorochowej, przy której on kupił jej biały kapelusz z długimi kasztanowymi piórami za otokiem.

Kiedy wrócili pod wieczór ze spaceru, porucznik Zujok spojrzał w turkusowe niebo i westchnął.

– To nie jest dziewczyna z okna. Ale będę ją kochał, jakby nią była, ponieważ teraz rozumiem, że tamta nie jest mi pisana.

I tak Tatiana z radością udała się do siedziby porucznika Zujok, skąd pisała do sióstr wyszukane listy, w których czasowniki zdawały się roztańczone, a rzeczowniki w celowniku wabiły niczym stoły gotowe do uczty.

Trzeci mąż się pojawił, kiedy Maria miała dwanaście lat, a jej siostra Anna – smukła i łagodna niczym sarnię – rumieniła się przy każdej okazji, i to szybciej, niż słońce rzucało cień. Maria Moriewna siedziała przy oknie i obrębiała kołnierzyk u sukni pierwszej córki Tatiany. Była zima, a śnieg na ulicy Gorochowej piętrzył się wysoko zaspami, które przypominały długie zamarznięte kurhany. Raz jeszcze z okna na piętrze Maria obserwowała ptaki szalejące w koronie wielkiego dębu i walczące o ostatnie orzechy, skradzione wiewiórkom i ukryte w załomkach kory, które – jak wie każde skrzydlate stworzenie – są najbardziej gorzkie ze wszystkich orzechów i na języku mają smak zastarzałych smutków. Maria wybuchnęła śmiechem, widząc, jak derkacze dokazują wśród żołędzi, a kiedy to zrobiła, wszystkie jak jeden mąż się odwróciły, aby przyszpilić ją spojrzeniami ostrymi jak bagnety. Jeden z nich, stateczny i najbardziej popielaty, wychylił się niebezpiecznie z zielonej gałęzi i – nie odrywając oczu od Marii – spadł twardo (łupu-cupu!) na ulicę. Nic mu się jednak nie stało, odbił się tylko od ziemi i gdy stanął ponownie na nogach, był już przystojnym młodym mężczyzną w eleganckim szarym mundurze z guzikami lśniącymi jak latarnie i z szerokim czerwonym pasem. Najbardziej jednak ze wszystkiego uwagę zwracały jego oczy, zwężone podłym sprytem.

Młody mężczyzna zapukał do wspaniałych drzwi z czereśniowego drewna. Moment później matka Marii Moriewny marszczyła czoło pod jego spojrzeniem.

– Nazywam się porucznik Żułan i należę do Armii Czerwonej – powiedział, gdyż świat zaczął się chwiać w posadach, niepewien, w którą stronę się skłonić. – Przychodzę po dziewczynkę z okna. Mam wiele pięknych domów, którymi dzielę się z towarzyszami, wiele pięknych rzek, którymi dzielę się z rybakami, i więcej książek, niż będzie miała okazję przeczytać w swoim życiu, nawet gdyby sięgała po inną rano, wieczorem i o północy każdego dnia.

– Z pewnością chodzi wam o Annę – powiedziała matka Marii, kładąc dłoń na biodrze. – To moja trzecia córka, tylko odrobinę mniej śliczna od pierworodnej Olgi i od Tatiany, która przyszła na świat niedługo po niej.

Po chwili w drzwiach stanęła Anna, która faktycznie chowała się za oknem na parterze, tyle że od strony ogrodu pełnego gołych gałęzi, nie zaś od ulicy. Widok przystojnego młodego mężczyzny w eleganckim szarym mundurze przepełnił ją niczym woda wiadro, zatem z wielką nieśmiałością pozwoliła jedynie, aby ucałował jej dłoń. Ruszyli razem w dół ulicy, przemianowanej nie tak dawno na ulicę Kommisarowską, przy której on kupił jej skromną szarą czapkę z czerwoną gwiazdą na przodzie.

Kiedy wrócili pod wieczór ze spaceru, porucznik Żułan spojrzał w ciemne niebo i westchnął.

– To nie jest dziewczyna z okna. Ale będę ją kochał, jakby nią była, ponieważ teraz rozumiem, że tamta nie jest mi pisana.

I tak Anna posłusznie udała się do siedziby porucznika Żułana, skąd pisała do sióstr układne listy, w których czasowniki zajmowały nie więcej miejsca niż rzeczowniki, a rzeczowniki w celowniku pytały tylko o tyle, o ile wypadało.

2

Czerwona chusta

W tym nadmorskim mieście, które obecnie zwało się Piotrogród i nawet pod groźbą kary nie pamiętało, że kiedykolwiek mówiono na nie Sankt Petersburg, w długim wąskim domu przy długiej wąskiej ulicy Maria Moriewna siedziała przy oknie i robiła na drutach kubraczek dla pierwszego syna Anny. Przeżyła dotąd piętnaście lat, piętnaście dni i piętnaście godzin i była czwartą z kolei córką zarówno pod względem wieku, jak i urody. Spokojnie czekała, aż do owocujących drzew zlecą się ptaki i zaczną się bić o dojrzałe czereśnie, aż jeden z nich wychyli się niebezpiecznie z gałęzi tak bardzo, że… Ale żaden ptak się nie pojawił i Maria jęła się martwić o siebie.

W domu przy ulicy Gorochowej nosiła długie czarne włosy rozpuszczone. Chodziła po deskach podłogi boso, aby oszczędzać jedyne buty na długi marsz do szkoły. A do tego, będąc dzieckiem owdowiałej matki, która wyszła ponownie za mąż, wiecznie zapominała nową nazwę ulicy, od dzieciństwa znanej jej jako ulica Gorochowa. Pod ich dachem mieszkały obecnie również inne rodziny, gdyż – co zrozumiałe – tak wspaniały dom jak ich nie mógł służyć tylko jednemu nazwisku.

– Byłoby to nieprzyzwoitością – zgodził się ojciec Marii.

– Tak jest z pewnością lepiej – przyznała matki Marii, kiwając głową.

Tuzin matek i tuzin ojców tkwił upchnięty w długim wąskim domu – każdy tuzin rodziców z czworgiem dzieci – przez co koniecznością było opuszczanie starych kobaltowo-srebrnych zasłon pośrodku pokojów, dzięki czemu powstał labirynt tuzina jadalni, tuzina salonów i tuzina sypialni. Można było powiedzieć – i w istocie mówiło się – że Maria Moriewna ma tuzin matek i tuzin ojców, tak samo jak reszta dzieci mieszkających w długim wąskim domu. Tyle że wszystkie matki Marii śmiały się z jej kręcenia się po domu bez celu, wszyscy jej ojcowie utyskiwali na jej rozpuszczone zwichrzone włosy. Wszystkie dzieci podkradały jej ciasteczka ze wspólnego stołu. Żadne jej nie lubiło, a i ona nie darzyła żadnego sympatią. W końcu mieszkały w jej domu, pośród jej rzeczy, i choć niewątpliwie szlachetnie jest się dzielić z bliźnimi, żołądek Marii nie brał udziału w ani jednej demonstracji i nie rozumiał, co to patriotyczny obowiązek. Niech sobie myślą, że nie ma celu, niech sobie myślą, że jest nieco szalona. Dzięki temu przynajmniej zostawiali ją w spokoju, czego potrzebowała, gdyż bynajmniej nie kręciła się po domu bez celu. Ona rozmyślała.

Rozmyślanie o czymś równie osobliwym jak tamte ptaki wymaga czasu. Nie sposób przecież złożyć ich zachowania na karb zawodnej pamięci i sztuczek umysłu. Dlatego kiedy stało się jasne, że żaden derkacz nie przyleci, by zabrać ją z tego tłoku i uwolnić od Błodnieków i ciągłego hałasu czynionego przez nich w kuchni, od nieustannie naprawiających schody Diaczenków, od jej rzedniejących i coraz bardziej łamliwych włosów cierpiących tym bardziej, im więcej było gąb do wyżywienia przy wspólnym stole, wreszcie od lepkich spojrzeń towarzysza Baniaka, wtedy Maria sama wyznaczyła sobie zadanie rozwiązania zagadki. Cokolwiek robiła na pokaz, czy zamiatała liście, czy uczyła się historii, czy pomagała jednej z matek szyć koszulę, w głębi ducha uganiała się za ptasim problemem, próbując go zapędzić w kozi róg, gdzie wszystko znów będzie miało sens.

Maria przyszpiliła swoje dzieciństwo niczym motyla. Przyjrzała mu się jak matematyk równaniu. Wiadomo: świat jest tak ułożony, że można się spodziewać przybycia ptaka, który zamieni się w męża w okamgnieniu, tyle że nie wolno o tym mówić na głos. Wnioski? „Że wszyscy to wiedzą i tylko dla mnie jest to nowością. Bądź że tylko ja byłam tego świadkiem i nikt inny nie ma pojęcia, że tak jest ułożony świat”. Ponieważ ani jej matka, ani Swietłana Tichonowna, ani Jelena Grigorjewna nigdy nie napomknęły nawet, że ich mężowie pojawili się jako ptaki, Maria odrzuciła wniosek numer jeden. Niestety wniosek numer dwa zdawał się sugerować teorię jeszcze delikatniejszą i bardziej niepokojącą.

Rozwiązanie pierwsze. Być może lepiej nie widzieć męża na oczy, zanim nie przybierze bardziej akceptowalnej postaci. Niewykluczone, że kraina mężów to dziwne i straszne miejsce pełne nie tylko ptaków, ale też nietoperzy i jaszczurek, i niedźwiedzi, i pędraków oraz innych stworzeń, które tylko czekają, by spaść z drzewa i dać się zaobrączkować. Czy więc Maria nie złamała przepisów i nie przekroczyła granicy bez paszportu? Ale czy wszyscy mężowie biorą się stamtąd? Maria aż się wzdrygnęła. Czy jej własny ojciec był stamtąd? Tak samo jak towarzysz Pijakowskij, który wodził za nią wilczym wzrokiem? I co w takim razie z żonami? Czy gdy ona wyjdzie za mąż, zamieni się w coś innego wzorem ptaka przeistaczającego się w przystojnego młodzieńca?

Rozwiązanie drugie. Przepisy czy nie przepisy, zdecydowanie lepiej widzieć pewne rzeczy, niż ich nie widzieć. Maria uznała, że ma swój sekret, doskonały sekret, i że jeśli o niego się zatroszczy, on zatroszczy się o nią. W końcu przyłapała świat na gorącym uczynku – obnażony. Jej siostry, jak to zwykle piękne dziewczęta ratowane z opresji, zostały ocalone przed resztą życia w mieście, ale zapłaciły za to cenę: nie wiedziały, kim naprawdę są ich mężowie. Ominęła je najważniejsza informacja. Maria od razu zrozumiała, że to czyni małżeństwo ułomnym – takie na pewno jej się nie uśmiechało. „Nigdy nie będę niedoinformowana – postanowiła sobie. – Wyjdę na tym lepiej niż moje siostry. Gdy ptak czy inne stworzenie przybędzie z tajemniczej krainy, w której dorastają mężowie, ujrzę go najpierw w prawdziwej skórze, zanim zgodzę się go pokochać”. Albowiem tak właśnie Maria Moriewna rozumiała miłość: jako umowę, zawierany pomiędzy dwoma narodami traktat, który każda ze stron może podpisać lub nie.

Dlatego zamierzała być gotowa, gdy ponownie zobaczy coś niezwykłego. Zamierzała postąpić roztropnie. Nie pozwoli się wodzić za nos ani sobą rządzić. Sama będzie zwodziła, jeśli okaże się to konieczne.

Przez długi czas nie widziała nic poza nadciągającą zimą i ludźmi kłócącymi się o chleb oraz własnymi rękami, coraz chudszymi. Starała się nie myśleć o trzecim rozwiązaniu, które jednak wisiało jej nad głową, aż w końcu nie mogła ignorować go dłużej. Żaden ptak po nią nie przyszedł, ponieważ była gorsza od swoich sióstr. Czwarta pod względem urody, zbyt zagubiona we własnych myślach, aby wyrwać skradziony chleb tym potwornym bliźniętom, które śmiały się w podobny okrutny sposób. Żaden ptak nie przyszedł po nią, ponieważ widziała je bez kostiumów. Być może małżeństwo miało być ułomne, a ona wszystko dla siebie zepsuła, gdyż szpiegowała wtedy, kiedy nie powinna. Mimo to nie miała wyrzutów sumienia. „Skoro ludzie dzielą się na tych, którzy widzą i którzy nie widzą, ja wolę zaliczać się do tych pierwszych”, pomyślała.

Ale myśli to nie strawa. Samotna i bezptasia Maria Moriewna płakała za siostrami, które odeszły, płakała za pełnym żołądkiem, płakała za pustym domem, który nocami stękał niczym kobieta wydająca na świat równocześnie dwanaścioro dzieci.

Tylko raz Maria Moriewna spróbowała podzielić się swoim sekretem. Skoro złem było zatrzymać dla siebie dom, złem musiało być także zatrzymanie dla siebie wiedzy. Była wtedy młodsza, miała zaledwie trzynaście lat i za sobą widok drozdów i derkaczy przedzierzgających się w młodych mężczyzn. Właśnie jako trzynastolatka się nauczyła, że sekretu trzeba dochować, ponieważ to zazdrośnik, który nie dopuszcza żadnego bratania.

W tamtym czasie Maria Moriewna chodziła do szkoły z czerwoną chustą pod szyją – jak wszystkie inne dzieci. Uwielbiała tę chustę; w ponurym domu, który szarzał z każdym dniem od gotowania ziemniaków, wydzielania kwaśnych wyziewów i nieustannego prania, jej chusta zachwycała kolorem i jawiła się cudem, a także oznaczała, że Maria przynależy do czegoś większego. Bo przecież wchodziła w skład grupy składającej się z młodych robotnic, zwanej komitetem. Tak jak pozostałe była lojalna, była wierna. W szkole zaliczała się do grzecznych dzieci, dzieci Rewolucji, które rozdawały broszury czy kwiaty na rogach ulic, w zamian otrzymując od dorosłych uśmiechy słane pod adresem ich chust i grzeczności.

Oprócz chusty młoda Maria całą sobą uwielbiała książki. Konsekwencją tego była jej miłość do szkoły, gdyż podczas lekcji omawiano książki i to, co kryją między okładkami. Jedyną dobrą rzeczą, jaką dało się powiedzieć o tuzinie rodzin panoszących się pod jej dachem, było to, że każda z nich przywiozła co najmniej jedną walizę pełną książek, które – jak wszystko inne od tej pory – miały być wspólną własnością. Po tym, jak raz przyłapała świat na gorącym uczynku, obnażony, Maria Moriewna pokonywała długie wąskie ulice Piotrogrodu napędzana ogromnym głodem wiedzy. Marzyło jej się wiedzieć wszystko.

Szczególnie upodobała sobie przystojnego Aleksandra Siergiejewicza Puszkina, który pisał o poznanym przez nią obnażonym świecie, gdzie wszystko może się zdarzyć i gdzie młoda dziewczyna musi być gotowa, gotowa na to, co zleci na ulicę raz jeszcze. Czytając wielkiego poetę, mówiła do siebie cicho: „Tak, to prawda, ponieważ widziałam to na własne oczy” bądź: „Nie, to wcale nie jest tak, kiedy pojawia się magia”. Mierzyła Puszkina swoją miarą, miarą ptaków, i wierzyła, że biedny nieżyjący od dawna mężczyzna trzyma jej stronę, że oboje ramię w ramię tworzą wspólny front.

Tamtego ranka, gdy Maria miała trzynaście lat, czytała Puszkina, maszerując do szkoły niekończącymi się brukowanymi uliczkami, zwinnie unikając mężczyzn w długich czarnych paltotach, kobiet w ciężkich butach i małych gazeciarzy o wychudłych policzkach. Do tej pory zdążyła nabrać wprawy, jeśli chodzi o maszerowanie z nosem w książce i unikanie przechodniów. Nigdy też nie gubiła kroku ani nie zbaczała z trasy. Poza tym książka osłaniała ją przed wiatrem. Miedziane słowa Puszkina rozlegały się echem w jej sercu, ciepłe i jasne, niemal tak słodkie jak chleb.

Królewna w niewoli bezmiernie

Cierpi, a wilk jej służy wiernie.

I moździerz z Babą Jagą tam

Idzie i tłucze siebie sam.

Nad złotem Kościej schnie tam z głodu*.

„Tak – pomyślała Maria, której czarne włosy przylizywał zapach dymu drzewnego i wilgoć dawno spadłego śniegu. – Z magią tak właśnie jest. Ona dosłownie schnie z głodu. Gdy już złapie cię za ucho, prawdziwy świat cichnie coraz bardziej, aż w końcu w ogóle go nie słyszysz”.

Ośmielona przez swego towarzysza Puszkina, który z pewnością ją rozumiał, Maria zakłóciła zwykłą wysiloną ciszę sali lekcyjnej. Jej nauczycielka – młoda ładna kobieta o dużych rozbieganych niebieskich oczach – moderowała właśnie dyskusję uczniów na temat zalet żony towarzysza Lenina, towarzyszki Krupskiej, która nie była ani młoda, ani ładna. Maria się odezwała, zanim zdążyła pomyśleć, co robi.

– Ciekawe, jakim ptakiem był towarzysz Lenin, zanim stanął na własnych nogach i przedstawił się jako Lenin. Ciekawe, czy towarzyszka Krupska widziała go, jak spadł z drzewa. Czy powiedziała: „Co za piękny jastrząb, pozwolę mu zatopić szpony w moim sercu”? Wydaje mi się, że musiał być czymś w rodzaju jastrzębia, co poluje i wyrywa kawały mięsa z ofiary.

Dzieci gapiły się na Marię. Zaczerwieniła się, gdy zdała sobie sprawę, że przemówiła na głos. Dotknęła nerwowym gestem czerwonej chusty, jakby to mogło zniechęcić koleżanki i kolegów z klasy do wpatrywania się w nią.

– No wiecie… – wymamrotała. Nie powiedziała jednak, co niby mają wiedzieć.

Nie zdobyła się na to, aby wyznać prawdę. „Pewnego razu zobaczyłam, jak ptak przedzierzga się w mężczyznę i poślubia moją siostrę, i ten widok tak boleśnie dotknął mojego serca, że nie potrafię myśleć o niczym innym. A o czym wy byście myśleli, gdybyście zobaczyli coś takiego? Chyba nie o praniu ani o tym, czy będzie padać, ani jak sobie radzą wasi rodzice, ani nawet o Leninie czy Krupskiej”.

Po szkole tamci już na nią czekali. Tłumek uczennic i uczniów, z których każde zwęziło oczy w szparki i przybrało gniewny wyraz twarzy. Wysoka blondynka, którą Maria uważała za wyjątkowo piękną, wystąpiła naprzód, podeszła do niej i wymierzyła jej siarczysty policzek.

– Jesteś wariatką – syknęła. – Jak możesz mówić w ten sposób o towarzyszu Leninie? Jakby był zwykłym zwierzęciem?!

Pozostali wzięli przykład z blondynki i po kolei policzkowali Marię, szarpali ją za sukienkę i włosy. Nie odzywali się przy tym ani słowem; wymierzali karę uroczyście i surowo, jakby właśnie odbył się sąd polowy. Gdy zapłakana Maria opadła na klęczki, krwawiąc z zadrapań na policzku, piękna blondynka zadarła głowę i zerwała z szyi Marii czerwoną chustę.

– Nie! – krzyknęła Maria i wyciągnęła rękę, lecz tamci przytrzymali ją siłą, aby nie mogła dosięgnąć ulubionej części garderoby.

– Jesteś wyrzutkiem – zadrwiła blondynka. – Na co Rewolucji jakaś wariatka? Wracaj do swojego pałacu i swoich burżujskich rodziców.

– Proszę, nie – łkała Maria Moriewna. – To moja chusta, moja… to jedyna rzecz, którą nie muszę się z nikim dzielić. Proszę, proooszę, będę już cicho, w ogóle nie będę się odzywać. Zamilknę na wieki, tylko mi ją oddajcie. Bo jest moja.

Blondynka prychnęła.

– Ta chusta jest Ludu. Czyli nasza, nie twoja.

I zostawili ją tam, bez chusty, z cieknącym nosem, rozszlochaną i drżącą, zalewaną falami wstydu niczym wrzątkiem. Wszyscy kolejno splunęli na nią, zanim rozeszli się do domów na kolację. Jedni wyzywali ją od burżujek i zdrajczyń, inni jeszcze gorzej – od kułaczek i dziwek, mimo że przecież nie mogła być wszystkim naraz. Zresztą nie miało to znaczenia. Nawet jeśli wciąż była osobą, nie należała do Ludu. Przynajmniej zdaniem niedawnych kolegów i koleżanek z klasy. Ostatni uczeń, okularnik noszący wyjątkowo jaskrawą i dużą chustę, wyszarpnął jej z rąk książkę z wierszami Puszkina, po czym wrzucił ją w najwyższą zaspę.

Od tamtej pory Maria Moriewna wiedziała, że należy do swojego sekretu, a on do niej. Zawarli krwawe przymierze. „Zachowaj mnie i bądź mi posłuszna – powiedział do niej sekret – gdyż jestem twoim mężem i mogę cię zniszczyć”.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

* Przeł. Andrzej Lewandowski (przyp. tłum.).

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

PROLOG. Nie oglądaj się za siebie

CZĘŚĆ I. Długi wąski dom

1. Trzej mężowie przybywają na ulicę Gorochową

2. Czerwona chusta

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie