Niesforny Anioł - Barczyk Elżbieta - ebook

Niesforny Anioł ebook

Barczyk Elżbieta

2,0

Opis

Wierzysz w miłość od pierwszego… złapania?

Kiedy życie Nataniela rozpada się na kawałki, a kolejne próby jego poskładania kończą się fiaskiem, mężczyzna postanawia wreszcie przejąć kontrolę. Ma plan, podszyty desperacją, ale ostateczny. Tym razem nic nie powinno pójść źle. A jednak los napisał dla niego zupełnie inny scenariusz.

Miles od lat funkcjonuje według prostych zasad: żadnych niespodzianek, żadnych słabości, żadnych emocji. Jedna noc, prosta akcja, jak za dawnych lat. Wszystko przebiega zgodnie z planem… aż do momentu, gdy dosłownie spada mu w ramiona ktoś, kto nigdy nie powinien się tam znaleźć. 

To przypadek. Absurd. Problem. A może początek czegoś, nad czym nie sposób już zapanować?

Zderzenie dwóch światów – kruchej wrażliwości i bezwzględnej siły – uruchamia lawinę zdarzeń nie do zatrzymania. Czy jedno nieprawdopodobne spotkanie może zmienić wszystko? Nawet jeśli ktoś już postanowił zniknąć…?

Poruszająca, intensywna historia o przypadku, który staje się wyborem, i o uczuciu, pojawiającym się tam, gdzie nikt się go nie spodziewa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 355

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
2,0 (1 ocena)
0
0
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Siljen

Z braku laku…

Mega dziwne i naciągane. Nie podołałam.
00



Elż­bie­ta Bar­czyk

Nie­sfor­ny

anioł

Co­py­ri­ght © Elż­bie­ta Bar­czyk

Co­py­ri­ght © Ostre Pió­ro

Wy­da­nie I

Szcze­cin 2026

ISBN (druk): 978-83-68498-49-3

ISBN (e-bo­ok): 978-83-68498-50-9

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne.

Wy­daw­ca ze­zwa­la na udo­stęp­nia­nie okład­ki książ­ki w in­ter­ne­cie.

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tułowych

Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | www.ka­es-se­re­din.pl

Zdję­cie na okład­ce, ele­men­ty gra­ficz­ne

Fre­epik

Re­dak­cja

Mo­ni­ka Cał­ka | www.krop­ka­ispol­ka.pl

Ko­rek­ta

Dag­ma­ra Jasz­czak-Bar­to­sik

Mag­da­le­na Dzie­kan | www.mag­da­dzie­kan.com

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny, skład i łama­nie

Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | www.ka­es-se­re­din.pl

Wy­daw­nic­two Ostre Pió­ro

www.ostre-pio­ro.pl

La­to

Ko­cha się za nic. Nie ist­nie­je ża­den po­wód do mi­ło­ści

Pau­lo Co­el­ho

1

Przy­zwy­cza­ił się, że je­go ży­ciem rzą­dzi pech. Od­kąd się­gał pa­mię­cią, za­wsze wszyst­ko co złe, przy­da­rza­ło się wła­śnie je­mu. Je­go ży­cie zdo­mi­no­wa­ły pra­wa Mur­phy’ego. Je­śli jest źle, to bę­dzie jesz­cze go­rzej. Je­śli na uli­cy jest ogrom­na ka­łu­ża, to mi­mo prób omi­nię­cia jej i tak w nią wej­dzie.

Nie po­tra­fił utrzy­mać żad­nej pra­cy, co wią­za­ło się z tym, że czę­sto zmie­niał miej­sce za­miesz­ka­nia. Chciał żyć spo­koj­nie i bez­tro­sko, lecz nic z te­go nie wy­cho­dzi­ło.

Tkwił w doł­ku. Ostat­nio ska­la je­go pe­cha osią­gnę­ła apo­geum. Spadł na dno i ni­żej już upaść się nie da­ło, ale dla Na­ta­nie­la nie ist­nia­ły rze­czy nie­moż­li­we. Je­śli je­go ży­cie bę­dzie da­lej po­dą­żać w tym kie­run­ku, to on za­cznie się przez to dno prze­wier­cać.

Nie miał krew­nych ani bli­skich przy­ja­ciół, więc ni­ko­mu nie bę­dzie go bra­ko­wać. Uznał, że jest tyl­ko je­den spo­sób, aby unik­nąć pe­cho­we­go lo­su. Pla­no­wał umrzeć. Ogar­nę­ła go ta­ka roz­pacz, że ode­bra­nie so­bie ży­cia uwa­żał za naj­lep­sze roz­wią­za­nie.

Dłu­go się za­sta­na­wiał, jak po­wi­nien to zro­bić. Nie po­tra­fił za­po­mnieć o prze­śla­du­ją­cym go pe­chu. Od­rzu­cił po­mysł sko­ku z da­chu wy­so­kie­go bu­dyn­ku, bo co zro­bi, je­śli roz­my­śli się pod­czas spa­da­nia? Nie za­wró­ci w po­wie­trzu. Roz­wa­żał strzał w gło­wę, lecz nie miał bro­ni i nie po­sia­dał od­po­wied­nich fun­du­szy na jej za­kup. No i mógł­by nie tra­fić. W koń­cu ni­g­dy nic mu nie wy­cho­dzi­ło. Od ra­zu od­rzu­cił pod­cię­cie so­bie żył. Z pew­no­ścią rę­ka by mu drgnę­ła, bo zwy­kle nie do­pro­wa­dzał spraw do koń­ca. Nie bał się bó­lu, jed­nak­że ist­nia­ło ry­zy­ko, że nóż bę­dzie zbyt tę­py lub zro­bi zbyt płyt­kie na­cię­cie.

Na­ta­niel zna­lazł wresz­cie ide­al­ny spo­sób. Po­wie­si się. To, na­wet przy je­go pe­chu, po­win­no się udać. Dro­bia­zgo­wo wszyst­ko przy­go­to­wał.

Spe­cjal­nie wy­brał tę po­ło­żo­ną na od­lu­dziu, sta­rą, znisz­czo­ną, od lat nie­uży­wa­ną pral­nię. Nie chciał, że­by kto­kol­wiek mu prze­szka­dzał.

Bu­dy­nek był w kom­plet­nej ru­inie, lecz wca­le nie zra­ża­ły go sy­pią­cy się ze ścian tynk i za­pa­da­ją­ca się pod­ło­ga. Po­za tym pod­da­sze, któ­re wy­brał ja­ko ide­al­ne miej­sce do za­koń­cze­nia swo­je­go ży­cia, mi­mo dziu­ra­wej pod­ło­gi wy­glą­da­ło do­brze.

Z ża­lem po­my­ślał, że daw­niej, w cza­sach swo­jej świet­no­ści, miej­sce to ema­no­wa­ło przy­tul­no­ścią i ży­wot­no­ścią. A te­raz przy­po­mi­na­ło je­go: zruj­no­wa­ne i opusz­czo­ne przez wszyst­kich.

Za trze­cim ra­zem uda­ło mu się prze­rzu­cić gru­by sznur przez bel­kę pod su­fi­tem. Wią­zał na nim zgrab­ną pę­tlę, kie­dy na do­le usły­szał gło­sy. Spoj­rzał przez jed­ną z dziur i zo­ba­czył kil­ku męż­czyzn w gar­ni­tu­rach, z groź­ny­mi mi­na­mi i dziw­ny­mi wy­brzu­sze­nia­mi przy pa­skach.

Wy­star­czył je­den rzut oka, aby Na­ta­niel do­my­ślił się, że ma do czy­nie­nia z człon­ka­mi zor­ga­ni­zo­wa­nej gru­py prze­stęp­czej, czy jak kto wo­li, gang­ste­ra­mi. Był zły. Tak skru­pu­lat­nie wszyst­ko przy­go­to­wał, ale za­po­mniał, że te­go ty­pu opusz­czo­ne miej­sca czę­sto są wy­ko­rzy­sty­wa­ne przez ta­kich lu­dzi w ich szem­ra­nej dzia­łal­no­ści.

Ostroż­nie od­su­nął się od otwo­ru w pod­ło­dze i wstał. Mi­mo nie­spo­dzie­wa­nych go­ści nie miał za­mia­ru re­zy­gno­wać ze swo­je­go pla­nu. Gang­ste­rzy nie wie­dzie­li, że oprócz nich jest tu­taj ktoś jesz­cze, więc nic nie po­win­no stać mu na dro­dze.

Po­pra­wił sznur. Wszedł na ku­la­we krze­sło i za­ło­żył pę­tlę na szy­ję. Krze­sło nie­bez­piecz­nie się chy­bo­ta­ło, jed­nak uda­ło mu się utrzy­mać rów­no­wa­gę. Wziął głę­bo­ki od­dech i kop­nął me­bel.

Po­czuł, jak sznur moc­no wrzy­na mu się w szy­ję, usły­szał trzask pę­ka­ją­cej bel­ki i spadł w prze­paść…

Za­sko­czo­ny otwo­rzył oczy. Przy upad­ku po­wi­nien przy­naj­mniej do­tkli­wie się po­tłuc. A on za­miast od­nieść ja­kie­kol­wiek ob­ra­że­nia, tkwił w ra­mio­nach groź­nie wy­glą­da­ją­ce­go fa­ce­ta.

***

Mi­les twar­do stą­pał po zie­mi i nie przej­mo­wał się czymś tak ba­nal­nym jak szczę­ście czy pech. Ro­bił swo­je, nie ba­cząc na in­nych.

Czuł du­mę na myśl o tym, co osią­gnął, gdyż wła­sny­mi si­ła­mi, nie­rzad­ko uży­wa­jąc prze­mo­cy, wdra­pał się na sam szczyt. Wy­ka­zy­wał się bra­kiem skru­pu­łów i bru­tal­no­ścią, ale kon­ku­ren­cja nie da­wa­ła o so­bie za­po­mnieć, cią­gle ni­we­cząc je­go pla­ny wie­lo­ma nie­uczci­wy­mi za­gra­nia­mi. Dla­te­go mu­siał za­cho­wać czuj­ność.

On, w prze­ci­wień­stwie do in­nych, przy­naj­mniej do­brze się za­bez­pie­czył. Miał na ty­le spry­tu, że za­wcza­su za­dbał o wia­ry­god­ne pa­pie­ry.

Wro­go­wie i ci, któ­rym za­lazł za skó­rę, na­zy­wa­li go „gang­ste­rem”. On sam wo­lał okre­śle­nie „biz­nes­men”. W koń­cu pro­wa­dził le­gal­ny i do­brze pro­spe­ru­ją­cy biz­nes, słu­żą­cy mu cza­sa­mi ja­ko przy­kryw­ka pod nie­le­gal­ne in­te­re­sy.

Zna­ny i po­wa­ża­ny dy­rek­tor do­brze za­zna­jo­mił się z lo­kal­ny­mi wła­dza­mi, nie­raz przy­my­ka­ją­cy­mi oko na je­go dzia­łal­ność. A na­wet je­śli z rąk do rąk prze­szły ja­kieś nie­wiel­kie su­my, to prze­cież tyl­ko drob­ny upo­mi­nek i nie ma po­wo­du, by kto­kol­wiek o tym wie­dział.

Nie mu­siał za­ła­twiać tej spra­wy oso­bi­ście, miał od te­go kom­pe­tent­nych lu­dzi, zy­skał jed­nak do­bry pre­tekst, aby ru­szyć się zza biur­ka. Tro­chę de­ner­wo­wa­ło go uda­wa­nie przy­kład­ne­go oby­wa­te­la. Nie mó­wił o tym gło­śno, ale tę­sk­nił za cza­sa­mi, kie­dy do­pie­ro za­czy­nał. Gdy mu­siał wal­czyć o swo­je. Tam­te nie­pew­ne la­ta w po­rów­na­niu z te­raź­niej­szo­ścią wy­da­wa­ły mu się bar­dziej eks­cy­tu­ją­ce.

Za­le­ża­ło mu na od­lud­nym i ci­chym miej­scu, więc wy­brał bu­dy­nek sta­rej pral­ni. Chciał mieć pew­ność, że nikt nie­po­wo­ła­ny się tu­taj nie zja­wi.

Spra­wa na­le­ża­ła do ka­te­go­rii tych de­li­kat­nych i wo­lał, by plot­ki nie roz­nio­sły się po mie­ście, dys­kre­cja by­ła za­tem wska­za­na. Dżen­tel­me­ni, z któ­ry­mi miał się spo­tkać, po­za tym, że mó­wi­li z moc­nym ro­syj­skim ak­cen­tem, spra­wia­li bar­dzo nie­ko­rzyst­ne wra­że­nie. Ktoś ta­ki jak on, oso­ba o nie­po­szla­ko­wa­nej opi­nii, nie mógł po­ka­zy­wać się w to­wa­rzy­stwie po­dej­rza­nych osób. Bar­dzo ła­two jest znisz­czyć bu­do­wa­ną la­ta­mi re­pu­ta­cję, więc mu­siał być bar­dzo ostroż­ny. Zwłasz­cza że wro­go­wie tyl­ko cze­ka­li na je­go po­tknię­cie. Za­wsze go­to­wi, że­by wy­tknąć mu na­wet naj­mniej­szy błąd i ob­ró­cić go prze­ciw­ko nie­mu.

Ro­zej­rzał się po wnę­trzu. Bu­dy­nek znaj­do­wał się w opła­ka­nym sta­nie. Roz­sy­py­wał się i na pew­no nie sta­no­wił do­bre­go miej­sca do prze­pro­wa­dze­nia po­waż­nej roz­mo­wy, ale to je­dy­ne, co uda­ło im się na szyb­ko zna­leźć. Tro­chę nie­po­ko­iły go śla­dy świad­czą­ce o tym, że nie­daw­no ktoś tu­taj prze­by­wał, choć to pew­nie ja­kiś bez­dom­ny, szu­ka­ją­cy schro­nie­nia przed desz­czem. Ktoś ta­ki w ni­czym mu nie za­gra­żał, bo bar­dzo ła­two spra­wić, że znik­nie bez śla­du.

Je­go lu­dzie za­pew­nia­li go, że do­kład­nie spraw­dzi­li pral­nię oraz oko­li­cę, i że po­za ni­mi ni­ko­go in­ne­go tu nie ma, a Mi­les nie miał pod­staw, aby im nie wie­rzyć. Pra­co­wa­li dla nie­go wie­le lat i ufał im na ty­le, na ile po­wi­nien. Ni­g­dy go nie za­wie­dli i za­wsze mógł na nich po­le­gać.

Pierw­sze, co przy­szło mu do gło­wy, to że słuch go za­wo­dzi, ale kie­dy ten nie­wy­raź­ny dźwięk się po­wtó­rzył, wie­dział, że się nie my­li. Mo­że to tyl­ko zwie­rzę, a mo­że…

Nie zdą­żył do­koń­czyć my­śli, gdy na­gle przez dziu­rę w su­fi­cie do środ­ka wpadł fa­cet z pę­tlą na szyi. Mi­les od­ru­cho­wo wy­cią­gnął rę­ce w je­go stro­nę i męż­czy­zna bez­piecz­nie wy­lą­do­wał w je­go ra­mio­nach. Biz­nes­men nie zdo­łał ustać na no­gach i obo­je zwa­li­li się na brud­ną pod­ło­gę.

***

Na­ta­niel szyb­ko otrzą­snął się z szo­ku, wy­su­nął się z ob­jęć nie­zna­jo­me­go i ze­rwał pę­tlę z szyi, pod­no­sząc się do pio­nu.

– Po­wa­li­ło cię do resz­ty? Co ty wy­pra­wiasz? – wy­krzyk­nął prze­ję­ty.

– To ja po­wi­nie­nem o to za­py­tać – od­po­wie­dział spo­koj­nie Mi­les, wsta­jąc i krzy­wiąc się z bó­lu. – Wi­dzia­łem, jak spa­dasz i… – Po­tarł lek­ko ra­mio­na. – Cięż­ki je­steś – za­uwa­żył z uśmie­chem.

– Mo­głeś się od­su­nąć! – wark­nął nie­do­szły sa­mo­bój­ca. – Nie pro­si­łem o ra­tu­nek.

– Co pró­bo­wa­łeś zro­bić? – Gang­ster z ja­kie­goś po­wo­du nie mógł prze­stać się uśmie­chać.

– A na co ci to wy­glą­da­ło? Chcia­łem się za­bić, ale przez cie­bie mi nie wy­szło – od­parł Na­ta­niel z go­ry­czą.

Był ża­ło­sny. Na­wet nie po­tra­fił ode­brać so­bie ży­cia. Przez cho­ler­ne­go pe­cha na­wet coś tak pro­ste­go jak skoń­cze­nie ze so­bą oka­za­ło się dla nie­go zbyt skom­pli­ko­wa­ne.

Mi­les z za­in­te­re­so­wa­niem pa­trzył na ten cie­ka­wy „okaz”, któ­ry stał na­prze­ciw­ko i na nie­go krzy­czał. To dość nie­spo­ty­ka­ne. Od bar­dzo daw­na, chy­ba na­wet od cza­sów dzie­ciń­stwa, nikt nie pod­no­sił na nie­go gło­su. Nie dla­te­go, że na to nie za­słu­żył. Po pro­stu za bar­dzo się go ba­li. To fa­scy­nu­ją­ce za­cho­wa­nie, bo męż­czy­zna nie oka­zy­wał stra­chu, choć na pew­no zo­rien­to­wał się, z kim ma do czy­nie­nia.

Przyj­rzał mu się uważ­nie. Fa­cet miał oko­ło trzy­dziest­ki, a więc kil­ka lat od nie­go młod­szy. Krót­kie wło­sy w nie­okre­ślo­nym ko­lo­rze i pięk­ne, ja­sno­brą­zo­we oczy, te­raz ci­ska­ją­ce gro­my. Niż­szy i szczu­plej­szy od nie­go. W su­mie nic nad­zwy­czaj­ne­go. Ot, zwy­czaj­ny gość. Mnó­stwo ta­kich cho­dzi po uli­cach.

A jed­nak kry­ło się w nim coś, cze­go Mi­les nie mógł zi­gno­ro­wać. Chło­pak wy­ka­zy­wał się od­wa­gą. Bez stra­chu pa­trzył mu pro­sto w oczy. Z ja­kie­goś po­wo­du gang­ster na­brał pew­no­ści, że przed ni­kim nie zgi­na kar­ku. Nie pła­cze, nie bła­ga, nie pro­si. Ży­cie mu­sia­ło dać mu w kość.

Sam nie wie­dział, dla­cze­go to ro­bi. Kie­dy męż­czy­zna po raz ko­lej­ny mie­szał go z bło­tem, za­miast dzię­ko­wać za ura­to­wa­nie ży­cia, zła­pał go za rę­kę i po­cią­gnął za so­bą.

– Co jest, do cho­le­ry? Gdzie mnie za­bie­rasz? – Na­ta­niel pró­bo­wał się wy­rwać, ale uścisk gang­ste­ra był bar­dzo sil­ny.

– Gdzieś, gdzie bę­dzie­my mo­gli po­roz­ma­wiać bez świad­ków – od­po­wie­dział biz­nes­men.

Mi­les wy­pro­wa­dził opie­ra­ją­ce­go się męż­czy­znę z bu­dyn­ku i we­pchnął na tyl­ne sie­dze­nie ele­ganc­kiej, czar­nej li­mu­zy­ny.

– Faj­na bry­ka – stwier­dził z uzna­niem Na­ta­niel, roz­glą­da­jąc się po wnę­trzu. – Cho­ciaż za­wsze ży­łem w prze­ko­na­niu, że lu­dzie two­je­go po­kro­ju jeż­dżą czymś in­nym – do­dał.

– Lu­dzie mo­je­go po­kro­ju? – za­py­tał roz­ba­wio­ny gang­ster, sia­da­jąc obok nie­go.

– Obaj do­brze wie­my, czym się zaj­mu­jesz.

– Znasz mnie? – Mi­les prze­stał się uśmie­chać.

– Nie, po pro­stu mam oczy – stwier­dził pew­nym gło­sem Na­ta­niel. – To o co cho­dzi? Cze­go ode mnie chcesz?

– Cze­go chcę? – po­wtó­rzył głu­cho biz­nes­men.

– Wła­śnie o to py­tam – zde­ner­wo­wał się młod­szy z męż­czyzn.

To bar­dzo do­bre py­ta­nie. Sam nie wie­dział, cze­go wła­ści­wie od nie­go chce i cze­mu go tu­taj za­brał.

Był chci­wym czło­wie­kiem i gdy coś wpa­dło mu w rę­ce, zwy­kle to so­bie przy­własz­czał. A ten ko­leś do­słow­nie wpadł mu w ra­mio­na. Dla­te­go w myśl tej za­sa­dy po­wi­nien na­le­żeć do nie­go, praw­da?

Ni­g­dy nie in­te­re­so­wa­li go męż­czyź­ni i nie wie­rzył w mi­łość od pierw­sze­go wej­rze­nia, jed­nak ten nie­po­zor­ny fa­cet z ogrom­nym har­tem du­cha kom­plet­nie go ocza­ro­wał.

Lu­dzie to nie przed­mio­ty. Ma­ją wła­sną wo­lę i nie tak ła­two nad ni­mi za­pa­no­wać. Zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cym pra­wem nie moż­na mieć na wła­sność dru­gie­go czło­wie­ka, ale kie­dy Mi­les pa­trzył na sie­dzą­ce­go obok nie­go męż­czy­znę, pio­ru­nu­ją­ce­go go wzro­kiem bez sło­wa, miał na to ogrom­ną ocho­tę.

– Je­stem Mi­les. – Przy­wo­łał na twarz szcze­ry uśmiech.

– Na­ta­niel – wark­nął. – Po­wiesz mi w koń­cu, cze­go ode mnie chcesz? – Nie da­wał za wy­gra­ną.

– My­ślę, że ja­ko oso­bie, któ­ra ura­to­wa­ła ci ży­cie, na­le­żą mi się wy­ja­śnie­nia.

– Kur­wa. Upar­ty je­steś, co?

– To bar­dzo przy­da­je się w mo­im fa­chu – po­twier­dził.

– Do­bra – ska­pi­tu­lo­wał nie­do­szły wi­sie­lec. – Co chcesz wie­dzieć?

– Dla­cze­go chcia­łeś się za­bić?

– To dłu­ga i skom­pli­ko­wa­na hi­sto­ria, a za­czę­ła się od te­go, że stra­ci­łem pra­cę.

– Dla­cze­go? – drą­żył da­lej.

– A dla­cze­go lu­dzie tra­cą pra­cę? – za­py­tał iro­nicz­nie Na­ta­niel. – Są róż­ne po­wo­dy, a zła­ma­nie no­sa sze­fo­wi też się do nich za­li­cza.

– Zła­ma­łeś mu nos? – Gang­ster nie mógł po­wstrzy­mać śmie­chu. – Cze­mu?

– Bo to gnój mo­le­stu­ją­cy swo­je pra­cow­ni­ce. Kie­dy go na tym przy­ła­pa­łem, nie wy­trzy­ma­łem i roz­kwa­si­łem mu tę par­szy­wą mor­dę.

– Za coś ta­kie­go też bym cię zwol­nił – przy­znał. – Ale to nie jest jesz­cze ko­niec świa­ta – ro­ze­śmiał się.

– Pod wa­run­kiem, że twój daw­ny szef nie jest mści­wym skur­wie­lem, czer­pią­cym cho­rą sa­tys­fak­cję ze znisz­cze­nia ci ży­cia.

– Ro­zu­miem. – Mi­les spo­waż­niał.

Znał ta­kich lu­dzi. W koń­cu sam po­stę­po­wał tak sa­mo. Gdy ktoś na­dep­nął mu na od­cisk, sprze­ci­wił się lub zwy­czaj­nie wku­rzył, nie oka­zy­wał li­to­ści. Ni­ko­mu. Na­wet swo­im bli­skim współ­pra­cow­ni­kom.

– A po­za tym – do­koń­czył męż­czy­zna z bez­tro­skim uśmie­chem – je­stem pe­chow­cem. Ni­g­dy nic mi nie wy­cho­dzi. To co, mo­gę iść, czy jed­nak za­mie­rzasz się mnie po­zbyć? – za­py­tał, na­dal sze­ro­ko się uśmie­cha­jąc.

– Idź, tyl­ko pod wa­run­kiem, że nie bę­dziesz pró­bo­wał zno­wu ode­brać so­bie ży­cia. – Gang­ster był za­sko­czo­ny, że ta­kie sło­wa w ogó­le prze­szły mu przez gar­dło.

– Nie bę­dę pró­bo­wał – od­parł Na­ta­niel. – W koń­cu mam strasz­ne­go pe­cha i zno­wu ktoś mo­że mnie ura­to­wać.

Otwo­rzył drzwi i wy­siadł z sa­mo­cho­du.

– A, wła­śnie – na­chy­lił się – po­wiem ci coś cie­ka­we­go. W ra­mach po­dzię­ko­wa­nia.

– Co ta­kie­go? – za­py­tał za­in­try­go­wa­ny biz­nes­men.

– Cho­ciaż sam je­stem pe­chow­cem, przy­no­szę szczę­ście lu­dziom z mo­je­go oto­cze­nia. Nie wiem, po co tu dzi­siaj przy­je­cha­łeś, ale uda ci się. Na­wet je­śli to coś trud­ne­go czy wręcz nie­moż­li­we­go. Za­ufaj mi – mru­gnął do nie­go. – Je­stem anio­łem szczę­ścia – do­dał i za­nim Mi­les zdą­żył otwo­rzyć usta, męż­czy­zna znik­nął.

2

Mi­les przez ostat­nie dni miał mnó­stwo za­jęć. Do­pie­ro te­raz zna­lazł czas, by spo­koj­nie za­sta­no­wić się nad ostat­ni­mi wy­da­rze­nia­mi. Znaj­do­wał się na tyl­nym sie­dze­niu wy­pa­sio­nej li­mu­zy­ny, zu­peł­nie nie pa­su­ją­cej do je­go pro­fe­sji, i cze­kał na swo­ich współ­pra­cow­ni­ków, któ­rzy mie­li za­jąć się pew­ną drob­ną spra­wą w po­bli­skim par­ku.

Gang­ster z wła­ści­wym so­bie opa­no­wa­niem po­wró­cił my­śla­mi do spo­tka­nia z tym dzi­wacz­nym, spa­da­ją­cym z su­fi­tu ko­le­siem. Ni­g­dy nie spo­tkał ko­goś ta­kie­go, ko­goś, kto, mi­mo iż wie­dział, z kim ma do czy­nie­nia, bez stra­chu sta­wiał mu czo­ła. Ich roz­mo­wa szcze­rze go roz­ba­wi­ła. W koń­cu nie co­dzien­nie spo­ty­ka się oso­bę tra­cą­cą pra­cę z po­wo­du przy­wa­le­nia sze­fo­wi. Z Na­ta­nie­la mu­si być nie­zły na­rwa­niec.

Uśmiech­nął się lek­ko, bo uświa­do­mił so­bie, że on też kie­dyś ta­ki był. Daw­no te­mu. Te­raz stał się po­wa­ża­nym biz­nes­me­nem i mu­siał za­cho­wy­wać się po­praw­nie, nie za­po­mniał jed­nak dresz­czy­ku eks­cy­ta­cji, gdy żył we­dług wła­snych re­guł.

Ten dzi­wacz­ny fa­cet sam na­zwał się „anio­łem szczę­ścia”. Mi­les nie wie­rzył w ta­kie cu­da. Co to w ogó­le mia­ło zna­czyć? Ko­leś przy­no­sił szczę­ście? To w ogó­le nie ma naj­mniej­sze­go sen­su.

To zna­czy… Mi­les nie wie­rzył w ta­kie rze­czy, do­pó­ki nie spo­tkał te­go fa­ce­ta… Tak. Na­ta­niel za­pew­nił go, że wszyst­ko się uda, ale gang­ster nie przy­wią­zy­wał do je­go słów zbyt­niej wa­gi. Zja­wił się w tej opusz­czo­nej pral­ni z kon­kret­nym za­mia­rem i przy­go­to­wał się do twar­dych ne­go­cja­cji, aby tyl­ko ra­cja zo­sta­ła po je­go stro­nie. Je­śli ar­gu­men­ty słow­ne nie wy­star­czą lub za­wio­dą, pla­no­wał użyć nie­zwy­kle prze­ko­nu­ją­cych ar­gu­men­tów si­ło­wych. Bo czło­wiek z bro­nią przy­sta­wio­ną do skro­ni zgo­dzi się na wszyst­ko.

Nie za­szła ta­ka po­trze­ba. Męż­czyź­ni, z któ­ry­mi miał się spo­tkać, choć wcze­śniej, pod­czas kil­ku roz­mów te­le­fo­nicz­nych, twar­do ob­sta­wa­li przy swo­im sta­no­wi­sku, pod­czas spo­tka­nia na ży­wo na­gle zmie­ni­li zda­nie. Bez szem­ra­nia przy­sta­li na je­go pro­po­zy­cję, cho­ciaż by­ła ona du­żo gor­sza i osta­tecz­nie na niej stra­ci­li.

Nie bra­ko­wa­ło mu cha­ry­zmy i da­ru prze­ko­ny­wa­nia. Bu­dził prze­ra­że­nie, ale tych lu­dzi ule­pio­no z tej sa­mej gli­ny i nie pod­da­li­by się tak ła­two. To nie o to cho­dzi­ło. Ni­g­dy wcze­śniej ne­go­cja­cje nie po­szły mu tak do­brze, mi­mo że sie­dział w tym fa­chu po­nad pięt­na­ście lat i prze­pro­wa­dził wie­le waż­nych roz­mów. Wciąż za­da­wał so­bie py­ta­nie, co ta­kie­go się sta­ło, lecz nie po­tra­fił zna­leźć na nie od­po­wie­dzi.

Dla­te­go bar­dzo chciał jesz­cze raz spo­tkać Na­ta­nie­la. Tłu­ma­czył to so­bie tym, że chło­pak czuł się wo­bec nie­go zo­bo­wią­za­ny za ura­to­wa­nie mu ży­cie. Wcze­śniej użył ta­kiej wy­mów­ki, że­by uzy­skać od­po­wie­dzi na nur­tu­ją­ce go py­ta­nia. Chęt­nie go spo­tka, ale… Ła­twiej po­wie­dzieć, niż zro­bić. Prze­cież nie wie­dział, gdzie go szu­kać. Nie znał na­wet je­go na­zwi­ska. Ist­nia­ła moż­li­wość, że fa­cet wy­je­chał z mia­sta.

Nie przy­pusz­czał, że je­go po­boż­ne ży­cze­nie speł­ni się tak szyb­ko.

***

Im dłu­żej cze­kał, tym bar­dziej się iry­to­wał. Tak pro­sta spra­wa nie po­win­na za­jąć pra­cow­ni­kom ty­le cza­su. Prze­cież na­wet gdy­by na­tra­fi­li na nie­spo­dzie­wa­ny pro­blem, ła­two po­win­ni so­bie z nim po­ra­dzić.

Wy­siadł z sa­mo­cho­du, moc­no trza­snął drzwia­mi i skie­ro­wał się w stro­nę par­ku, w miej­sce, gdzie, jak przy­pusz­czał, po­win­ni znaj­do­wać się je­go lu­dzie.

Już z da­le­ka za­uwa­żył zbie­go­wi­sko i za­mie­sza­nie. Dwóch pod­wład­nych ży­wo dys­ku­to­wa­ło z ja­kimś męż­czy­zną. Trze­ci po­wo­li się­gał rę­ką za pas, gdzie miał ukry­tą broń. Mi­les wie­dział, że strzał mo­że zwró­cić nie­chcia­ną uwa­gę, więc przy­śpie­szył, aby go po­wstrzy­mać. Był kil­ka kro­ków od nich, kie­dy roz­po­znał męż­czy­znę spie­ra­ją­ce­go się z je­go współ­pra­cow­ni­ka­mi.

– Cześć, Mi­les! – Na­ta­niel roz­pro­mie­nił się na wi­dok zna­jo­mej twa­rzy.

– Dla­cze­go wca­le mnie to nie dzi­wi – wy­mam­ro­tał gang­ster.

Nie zszo­ko­wa­ło go to. Ba, on nie czuł ani odro­bi­ny za­sko­cze­nia. Sam nie wie­dział, z ja­kie­go po­wo­du zno­wu się spo­tka­li. Choć nie wie­rzył w żad­ne bzdur­ne prze­zna­cze­nie, nie uwa­żał te­go za przy­pa­dek. Zwłasz­cza że jesz­cze chwi­lę te­mu o nim my­ślał.

Od­kąd ten za­gad­ko­wy fa­cet spadł z su­fi­tu wprost w je­go ra­mio­na, ży­cie zmie­ni­ło się dia­me­tral­nie. Na­bra­ło wy­ra­zi­sto­ści. Nie chciał się przy­znać, ale na­gle świa­do­mość po­sia­da­nia na wy­łącz­ność „anio­ła szczę­ścia” wy­da­ła mu się bar­dzo ku­szą­ca.

– Co się, do cho­le­ry, dzie­je? – za­py­tał.

– Twoi lu­dzie ka­za­li mi się stąd wy­no­sić – od­po­wie­dział mu Na­ta­niel. – O ile wiem, ten park na­le­ży do mia­sta i każ­dy mo­że w nim prze­by­wać.

– Cho­dzi nam, abyś usu­nął się stąd. Nie mó­wi­my o ca­łym par­ku – od­parł je­den z gang­ste­rów.

– A co? Wy­ku­pi­li­ście to miej­sce na wła­sność? – za­drwił męż­czy­zna. – Mam dość. Cią­gle tyl­ko ja­kieś za­ka­zy i na­ka­zy. Osza­leć moż­na – do­dał ci­cho, wbi­ja­jąc wzrok w zie­mię.

– Tu mo­że zro­bić się nie­bez­piecz­nie. Dla wła­sne­go do­bra po­wi­nie­neś stąd odejść – ode­zwał się Mi­les nie­ty­po­wym dla sie­bie, ła­god­nym to­nem.

– Nie­bez­piecz­nie? – Je­go roz­mów­ca po­de­rwał gło­wę. – Cho­dzi ci o te­go di­le­ra? Wy­glą­da nie­groź­nie. – Mach­nął rę­ką.

– Znasz go? Co o nim wiesz? – za­sy­pał go py­ta­nia­mi.

– Nie znam ni­ko­go z pół­świat­ka… po­za to­bą – stwier­dził. – Ale mam do­bry wzrok i umiem łą­czyć fak­ty – do­dał to­nem prze­chwał­ki. – W do­dat­ku tu nie­da­le­ko jest szko­ła.

– Skąd o nim wiesz? – do­py­ty­wał da­lej.

– Strasz­nie je­steś cie­kaw­ski – za­uwa­żył Na­ta­niel. – Co zro­bisz z tą in­for­ma­cją?

– Po pro­stu od­po­wiedz – po­pro­sił, igno­ru­jąc py­ta­nie.

– Od kil­ku dni ten park to mo­ja miej­sców­ka, więc to nor­mal­ne, że in­te­re­su­je mnie, co się tu­taj dzie­je – wy­ja­śnił.

Chwi­lę trwa­ło, za­nim do Mi­le­sa do­tarł sens tych słów. Spoj­rzał na młod­sze­go męż­czy­znę z uwa­gą.

– Miesz­kasz tu­taj? – za­py­tał zszo­ko­wa­ny.

– Mhm – po­twier­dził ki­wa­jąc gło­wą. – Ma­my śro­dek la­ta, no­ce są cie­płe i…

– Dla­cze­go tu­taj miesz­kasz?! – wy­krzyk­nął biz­nes­men.

– Bo stra­ci­łem pra­cę, a mój daw­ny szef to skur­wiel, któ­ry uwiel­bia utrud­niać mi ży­cie. A w do­dat­ku je­stem bez gro­sza – wy­ja­śnił bez­tro­sko.

– Ty… – O dzi­wo gang­ste­ro­wi za­bra­kło słów.

Na­le­żał do osób bar­dzo elo­kwent­nych, a w tym mo­men­cie tak po pro­stu, po ludz­ku go za­tka­ło. Nie wie­dział, co ma po­wie­dzieć i jak za­re­ago­wać. Prze­peł­niał go gniew. Na­praw­dę od­czu­wał prze­ogrom­ną ocho­tę, by usta­wić do pio­nu by­łe­go sze­fa Na­ta­nie­la. Ko­leś po­wi­nien znać swo­je miej­sce.

Dla­cze­go on w ogó­le przej­mu­je się tym fa­ce­tem i je­go lo­sem? Prze­cież na­wet się nie zna­ją, nic o nim nie wie. W koń­cu mo­że pró­bo­wać go oszu­kać, aby coś ugrać. Nie. Od­rzu­cił od sie­bie tę myśl. Z ja­kie­goś nie­zro­zu­mia­łe­go po­wo­du wie­dział, że to nie­praw­da, ale za­nim zdą­żył się nad tym po­rząd­nie za­sta­no­wić, usły­szał głos młod­sze­go męż­czy­zny:

– Dla­cze­go in­te­re­su­je cię ten gość?

– Dzia­ła na mo­im te­re­nie, a to nie­zbyt mi się po­do­ba – skła­mał.

Na­ta­niel za­śmiał się gło­śno.

– Do­bra. Po­śmia­li­śmy się, a te­raz po­waż­nie. Cze­mu tak na­praw­dę go szu­kasz?

– Dzia­ła na na­szym te­re­nie i po­wi­nien nam od­pa­lać część zy­sku – wtrą­cił je­den ze współ­pra­cow­ni­ków Mi­le­sa, za­nim on sam zdą­żył od­po­wie­dzieć.

– To ma sens – przy­znał Na­ta­niel. – Cał­kiem nie­źle po­my­śla­ne – do­dał z uzna­niem. – To co? Mo­że chce­cie, abym go wam opi­sał? A wy za to po­zwo­li­cie mi tu zo­stać – za­pro­po­no­wał.

– Mo­żesz to zro­bić? – Ucie­szył się biz­nes­men. – To by nam wie­le uła­twi­ło.

– Ły­sy, oko­ło dwu­dzie­stu pię­ciu lat, wy­so­ki, przy­pa­ko­wa­ny, nie­bie­skie oczy, zła­ma­ny nos i… – urwał. – Tam jest. – Wy­cią­gnął rę­kę.

Mi­les szyb­ko spoj­rzał w kie­run­ku wska­za­nym przez młod­sze­go męż­czy­znę, a na­stęp­nie lek­kim ru­chem gło­wy ski­nął na swo­ich lu­dzi, któ­rzy bez sło­wa ru­szy­li, zo­sta­wia­jąc ich sa­mych.

Na­ta­niel, igno­ru­jąc wpa­tru­ją­ce­go się w nie­go in­ten­syw­nie gang­ste­ra, pod­szedł do naj­bliż­szej ław­ki i opadł na nią cięż­ko. Chwi­lę póź­niej biz­nes­men do­łą­czył do nie­go.

– Po­wi­nie­nem ci po­dzię­ko­wać – ode­zwał się Mi­les po chwi­li ci­szy.

– Za co? – za­py­tał za­sko­czo­ny.

– Przy­nio­słeś mi szczę­ście… – przy­znał.

– Nie schle­biaj so­bie za bar­dzo. Wszyst­kim przy­no­szę.

– …i dla­te­go chciał­bym ci się ja­koś od­wdzię­czyć – mó­wił da­lej.

– W ja­ki spo­sób? – Chciał wie­dzieć.

– Mó­wi­łeś, że szu­kasz pra­cy – za­uwa­żył gang­ster.

– Mó­wi­łem, że nie mam pra­cy – po­pra­wił go.

– Skon­tak­tuj się ze mną. – Zi­gno­ro­wał je­go sło­wa i wy­jął wi­zy­tów­kę. – Coś dla cie­bie zor­ga­ni­zu­ję.

– Nie po­trze­bu­ję jał­muż­ny – stwier­dził Na­ta­niel.

– To w ra­mach po­dzię­ko­wa­nia – od­bił pi­łecz­kę.

– Strasz­nie wkur­wia­ją­cy z cie­bie typ – rzu­cił młod­szy z męż­czyzn, wy­ry­wa­jąc Mi­le­so­wi z rę­ki ele­ganc­ką wi­zy­tów­kę. – Dla­cze­go to ro­bisz? – za­py­tał na­gle.

– Po pro­stu nie lu­bię mieć dłu­gów – przy­znał.

– A kto lu­bi – zgo­dził się z nim Nat. – Wiesz co, my­śla­łem, że gang­ste­rzy to bru­tal­ni i od­ra­ża­ją­cy lu­dzie, ale ty je­steś cał­kiem mi­ły. – Ze­bra­ło mu się na szcze­rość.

Wstał z ław­ki i otrze­pał spodnie.

– Pój­dę już – po­wie­dział ci­cho – bo twoi chłop­cy psu­ją wi­dok. – Za­pa­trzył się na współ­pra­cow­ni­ków Mi­le­sa, któ­rzy chy­ba nie do­szli do po­ro­zu­mie­nia z di­le­rem, bo ży­wo wy­ła­do­wy­wa­li na nim swo­je nie­za­do­wo­le­nie. – Prze­my­ślę to i się ode­zwę. – Mach­nął rę­ką z wi­zy­tów­ką i znik­nął w głę­bi par­ku.

Biz­nes­men spoj­rzał w ślad za od­cho­dzą­cym męż­czy­zną, po czym prze­niósł wzrok na swo­ich lu­dzi i di­le­ra. Wstał z ław­ki i nie­chęt­nie ru­szył w ich stro­nę. Ci ko­le­sie by­li w go­rą­cej wo­dzie ką­pa­ni i cią­gle szu­ka­li zwa­dy. Do te­go przez ich za­cho­wa­nie stra­cił oka­zję na dłuż­szą roz­mo­wę z tym in­try­gu­ją­cym chło­pa­kiem. Był gwał­tow­nym czło­wie­kiem i wca­le się z tym nie krył. Nie na­le­żał do mi­łych osób, jak uwa­żał Na­ta­niel. Szu­kał za­tem ła­twe­go spo­so­bu na roz­ła­do­wa­nie sku­mu­lo­wa­ne­go gnie­wu. Jesz­cze raz spoj­rzał na bi­ją­cych się męż­czyzn i drwią­co się uśmiech­nął. Sko­ro oka­zja tra­fi­ła się sa­ma, na pew­no jej nie zmar­nu­je. Przez krót­ką chwi­lę w je­go umy­śle po­ja­wi­ła się nie­zwy­kła jak na nie­go myśl: czy gdy­by Na­ta­niel wie­dział, że za­raz uwol­ni świat od uza­leż­nia­ją­ce­go dzie­cia­ki gno­ja, po­chwa­lił­by go za to?

3

Stał przed du­żym i ro­bią­cym im­po­nu­ją­ce wra­że­nie bu­dyn­kiem w cen­trum mia­sta. Bez za­zdro­ści po­my­ślał, że nie­któ­rzy po­tra­fią się usta­wić. Je­mu to się nie uda. Nie z je­go pe­chem. Zresz­tą ni­g­dy nie szu­kał sła­wy i bo­gac­twa. Uwa­żał, że nie da­ją one szczę­ścia, cho­ciaż w je­go obec­nej sy­tu­acji nie po­wi­nien tak my­śleć. Mi­mo że nie na­rze­kał na swo­je po­ło­że­nie, gdyż po­tra­fił szyb­ko się przy­sto­so­wać, to pa­ro­ma bank­no­ta­mi by nie po­gar­dził.

Na­ta­niel stał przed bu­dyn­kiem, w któ­rym znaj­do­wa­ła się fir­ma Mi­le­sa, kil­ka mi­nut. Choć przy­szedł tu pe­łen zde­cy­do­wa­nia, te­raz po­now­nie ogar­nę­ły go wąt­pli­wo­ści. Po­wie­dział coś in­ne­go, ale tak na­praw­dę szu­kał pra­cy. I nie by­ło to ła­twe. Je­go daw­ny szef tak mu ob­ro­bił du­pę, że w tym mie­ście nie miał już żad­nych per­spek­tyw.

Je­dy­ne, co mógł zro­bić, to wy­je­chać. Na to jed­nak po­trze­bo­wał pie­nię­dzy, a tych mu bra­ko­wa­ło. Cho­ler­ne błęd­ne ko­ło.

Wie­dział, że nie po­wi­nien od­rzu­cać te­go, co sa­mo pcha mu się w rę­ce, ale po­sia­dał swo­ją du­mę. Du­mę, na­ka­zu­ją­cą mu za­sta­no­wić się nad mo­ty­wa­mi gang­ste­ra. Nie mógł za­po­mnieć, z kim miał do czy­nie­nia. Je­mu po­ka­zy­wał in­ną, mi­łą twarz, lecz Mi­les to bar­dzo nie­bez­piecz­ny czło­wiek. Nat nie znał ni­ko­go ta­kie­go, więc w kon­tak­tach z nim mu­siał za­cho­wać szcze­gól­ną ostroż­ność.

To wszyst­ko spra­wia­ło, że się wa­hał. Nie po­tra­fił się zde­cy­do­wać, czy od­rzu­cić, czy przy­jąć pro­po­zy­cję Mi­le­sa. Po­sta­no­wił z nim po­roz­ma­wiać, aby wy­ba­dać je­go in­ten­cje. I do­pie­ro wte­dy po­dej­mie de­cy­zję.

To spo­wo­do­wa­ło, że zja­wił się tu­taj oso­bi­ście, a nie dzwo­nił na nu­mer po­da­ny na ele­ganc­kiej wi­zy­tów­ce, spo­czy­wa­ją­cej w kie­sze­ni. Zresz­tą na­wet nie mógł za­dzwo­nić. Ak­tu­al­nie nie po­sia­dał te­le­fo­nu. Zo­stał znisz­czo­ny po­przed­niej no­cy, pod­czas prze­py­cha­nek z grup­ką na­wa­lo­nych ma­ło­la­tów, któ­rzy wzię­li go, zresz­tą cał­kiem słusz­nie, za bez­dom­ne­go. Sko­czy­li na nie­go z pię­ścia­mi, a Na­ta­niel nie po­zo­stał dłuż­ny. Mie­li prze­wa­gę, więc po chwi­li męż­czy­zna wy­ko­nał tak­tycz­ny od­wrót i znik­nął w mro­ku no­cy. Nie­ste­ty część je­go do­byt­ku zo­sta­ła znisz­czo­na.

Mle­ko się roz­la­ło i nie ma co po nim pła­kać. Je­mu ta­kie rze­czy zda­rza­ją się sta­le. I choć nie jest to ani przy­jem­ne, ani mi­łe, to z ko­niecz­no­ści przy­wykł. W koń­cu nie miał in­ne­go wyj­ścia.

Od­go­nił od sie­bie nie­po­trzeb­ne my­śli, po­pra­wił ubra­nie, przy­wo­łał na twa­rzy swój naj­lep­szy uśmiech i wszedł do środ­ka.

Wje­chał win­dą na czwar­te pię­tro, gdzie znaj­do­wał się ga­bi­net dy­rek­to­ra i skie­ro­wał się w stro­nę znaj­du­ją­cej się tam mod­nie ubra­nej, mło­dej ko­bie­ty, jak po­dej­rze­wał, se­kre­tar­ki biz­nes­me­na.

– Dzień do­bry – po­wie­dział z wy­mu­szo­nym uśmie­chem. – Chciał­bym roz­ma­wiać z… – urwał na chwi­lę, się­gnął do kie­sze­ni i wy­jął wy­mię­tą wi­zy­tów­kę – Mi­le­sem Ko­ste­lem – do­koń­czył.

– Czy jest pan umó­wio­ny? – za­py­ta­ła ko­bie­ta.

– Nie­ste­ty nie, ale dy­rek­tor mnie zna i…

– Przy­kro mi, je­śli nie jest pan umó­wio­ny, nie mo­gę pa­na wpu­ścić – prze­rwa­ła mu.

– Ro­zu­miem, że Mi­les jest bar­dzo za­ję­ty – od­parł, wy­wo­łu­jąc za­sko­cze­nie na twa­rzy se­kre­tar­ki. Zdzi­wi­ło ją to, że na­zwał jej sze­fa po imie­niu. – To w ta­kim ra­zie, czy mo­że mu pa­ni prze­ka­zać, że Na­ta­niel chciał­by z nim po­roz­ma­wiać?

– O czym? – ośmie­li­ła się za­py­tać.

Dy­rek­tor był oso­bą bar­dzo za­sad­ni­czą i dość prze­ra­ża­ją­cą. Sły­sza­ła plot­ki, że ma kon­tak­ty ze świa­tem prze­stęp­czym. Oczy­wi­ście ni­g­dy nie od­wa­ży­ła się gło­śno o tym mó­wić. Po­za tym, po raz pierw­szy usły­sza­ła, jak ktoś na­zy­wa jej sze­fa tak po­ufa­le. Dla­te­go bar­dzo ją to za­in­te­re­so­wa­ło.

– Zło­żył mi pew­ną pro­po­zy­cję i przy­sze­dłem udzie­lić mu od­po­wie­dzi – wy­ja­śnił.

– A o co… – Resz­tę py­ta­nia za­głu­szył od­głos szyb­kich, zde­cy­do­wa­nych kro­ków.

Z win­dy wy­szedł Mi­les w to­wa­rzy­stwie dwóch swo­ich lu­dzi, peł­nią­cych ro­lę ochro­nia­rzy i nie od­stę­pu­ją­cych go na krok.

– Na­ti! – Gang­ster ucie­szył się na je­go wi­dok.

Na­ti? Co za dzi­wacz­ne zdrob­nie­nie je­go imie­nia. Prze­łknął fakt, że zo­stał na­zwa­ny idio­tycz­nie. Wszy­scy mó­wi­li mu Na­ta­niel al­bo Nat. To „Na­ti” brzmia­ło jak imię dla dziec­ka. Prze­wró­cił ocza­mi, po­wstrzy­mu­jąc się od ko­men­ta­rza.

– Cześć – po­wie­dział gło­śno. – Po­dob­no je­steś bar­dzo za­ję­ty, ale mo­że znaj­dziesz dla mnie pięć mi­nut – za­su­ge­ro­wał.

Mi­les ob­rzu­cił szyb­kim i ostrym spoj­rze­niem sie­dzą­cą za biur­kiem ko­bie­tę, któ­ra od­ru­cho­wo sku­li­ła ra­mio­na.

– Na­wet dzie­sięć – od­parł gor­li­wie.

– My­ślę, że pięć w zu­peł­no­ści wy­star­czy – od­rzekł Na­ta­niel i po­dą­żył za star­szym męż­czy­zną do je­go ele­ganc­ko urzą­dzo­ne­go ga­bi­ne­tu.

– Mo­głeś za­dzwo­nić, prze­cież masz mój nu­mer – ode­zwał się biz­nes­men po chwi­li ci­szy. – Nie mów, że się stę­sk­ni­łeś – do­dał cie­płym to­nem.

Nie spo­dzie­wał się ta­kie­go ob­ro­tu spraw. Bar­dzo zdzi­wił się na je­go wi­dok i jed­no­cze­śnie ogrom­nie ucie­szył. Od kie­dy zo­ba­czył Na­ta­nie­la roz­ma­wia­ją­ce­go z je­go se­kre­tar­ką, nie mógł prze­stać się uśmie­chać. Po­wo­li za­czy­nał ro­zu­mieć swo­je uczu­cia, ale nie chciał się do nich przy­znać. Nie był na­sto­lat­kiem. Po­tra­fił na­zwać to, co czu­je, tyl­ko jesz­cze nie chciał te­go ro­bić. Po­sta­no­wił po­cze­kać. Li­czył, że spra­wa sa­ma ru­szy na­przód.

– Nie – ostro ostu­dził je­go za­pał. – Po pro­stu uzna­łem, że le­piej bę­dzie po­roz­ma­wiać twa­rzą w twarz.

– Więc… o co cho­dzi? My­śla­łeś o tym, co po­wie­dzia­łem w par­ku?

– Tak – od­po­wie­dział Na­ta­niel. – Bar­dzo dłu­go. I dla­te­go mam py­ta­nie. Po co to ro­bisz?

– Co… Dla­cze­go o to py­tasz? – Gang­ster spoj­rzał prze­ni­kli­wie na swo­je­go roz­mów­cę.

Przez chwi­lę dłu­gą jak wiecz­ność bez sło­wa mie­rzy­li się wzro­kiem. Z ich po­staw bi­ła de­ter­mi­na­cja, ża­den nie chciał od­pu­ścić. Pa­trzy­li so­bie har­do w oczy, tak jak­by ten, któ­ry pierw­szy od­wró­ci wzrok, miał prze­grać tą nie­mą kon­fron­ta­cję.

– Od­po­wiedz – po­pro­sił ci­cho Nat. – Od two­jej od­po­wie­dzi bę­dzie uza­leż­nio­na mo­ja de­cy­zja – do­dał, na­dal pa­trząc bez stra­chu w prze­wier­ca­ją­ce go oczy gang­ste­ra.

– Już po­wie­dzia­łem, że du­żo ci za­wdzię­czam i nie chcę mieć wo­bec cie­bie dłu­gu wdzięcz­no­ści – wy­ja­śnił wy­mi­ja­ją­co Mi­les.

– Na­praw­dę cho­dzi tyl­ko o dług wdzięcz­no­ści? – upew­nił się pe­cho­wiec. – Nic mi nie je­steś wi­nien. Uznaj­my po pro­stu, że je­ste­śmy kwi­ta – za­pro­po­no­wał.

– Nie mo­gę się na to zgo­dzić. – Gang­ster wie­dział, że je­śli na to przy­sta­nie, to mo­że już go ni­g­dy nie zo­ba­czyć.

– Strasz­nie upar­ty z cie­bie czło­wiek – przy­po­mniał mu. – Do­brze – mach­nął rę­ką – przyj­mij­my, że się zgo­dzę. Ja­ką pra­cę mi za­pro­po­nu­jesz?

– Mo­żesz pra­co­wać ze mną – od­parł z en­tu­zja­zmem Mi­les.

– Nie wiem, czy wiesz, ale nie dość, że je­stem pe­chow­cem, to jesz­cze fajt­ła­pą i da­wa­nie mi bro­ni do rę­ki to kiep­ski po­mysł. Mógł­bym przy­pad­ko­wo po­strze­lić sie­bie al­bo ko­goś – do­koń­czył z uśmie­chem.

– Nie po­zwo­lę ci no­sić bro­ni. – Gang­ster obu­rzył się, że ta­ka myśl w ogó­le po­ja­wi­ła się w gło­wie je­go roz­mów­cy. – Mo­żesz zaj­mo­wać się czymś in­nym – ku­sił.

Na­ta­niel pod­szedł do du­że­go, pa­no­ra­micz­ne­go okna.

– Nie­zły masz stąd wi­dok – za­uwa­żył, zmie­nia­jąc te­mat. – Jak na oso­bę two­jej pro­fe­sji, wy­ka­zu­jesz się du­żą wiel­ko­dusz­no­ścią i ho­no­rem – stwier­dził, wle­pia­jąc wzrok w je­den punkt za szy­bą. – Wszy­scy gang­ste­rzy są ta­cy? – za­py­tał w koń­cu, na­zy­wa­jąc rze­czy po imie­niu.

– Wo­lę okre­śle­nie „biz­nes­men” – od­parł Ko­stel. – Mó­wisz śmiesz­ne rze­czy. Ty na­praw­dę uwa­żasz, że ta­ki je­stem? Na­ta­niel? – Kie­dy męż­czy­zna nie od­po­wie­dział, zro­bił nie­pew­ny krok w je­go stro­nę.

Nat sku­pił się na tym, cze­go tak upo­rczy­wie wy­pa­try­wał. Od­kąd pod­szedł do okna, coś przy­ku­wa­ło je­go uwa­gę i wresz­cie wie­dział, co to jest. A wła­ści­wie kto.

Od­wró­cił się do biz­nes­me­na sto­ją­ce­go kil­ka kro­ków od nie­go.

– Mi­les – ode­zwał się po­waż­nym to­nem. – Pad­nij!

– Co? – Nie zro­zu­miał.

– Po­wie­dzia­łem, pad­nij! – Rzu­cił się w je­go stro­nę, a se­kun­dę póź­niej roz­legł się trzask pę­ka­ją­cej szy­by.

Ko­stel trzy­mał w ra­mio­nach drżą­ce cia­ło Na­ta­nie­la, któ­ry po­pchnął go na zie­mię i sam przy oka­zji upadł na nie­go. Je­go umysł pra­co­wał na mak­sy­mal­nych ob­ro­tach, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, co się sta­ło i kto za to od­po­wia­da. Otrzą­snął się do­pie­ro, wi­dząc, jak młod­szy męż­czy­zna z tru­dem pod­no­si się na no­gi.

– Je­steś skoń­czo­nym idio­tą! – na­sko­czył na nie­go Nat. – Gdy ktoś krzy­czy „Pad­nij”, to po­wi­nie­neś to zro­bić bez szem­ra­nia i… – Za­bra­kło mu tchu.

Mi­les do­pie­ro te­raz za­uwa­żył, że obaj są ubru­dze­ni krwią. On nie jest ran­ny. Nie mów­cie, że…

– Bo­li – wy­szep­tał młod­szy z męż­czyzn i zła­pał się za le­wy bok.

Pod­niósł prze­siąk­nię­tą krwią ko­szu­lę.

– A więc tak wy­glą­da ra­na po ku­li – od­parł po­god­nym to­nem. – Kur­wa. Pierw­szy raz ktoś mnie po­strze­lił. – Wy­ce­lo­wał pal­cem w zszo­ko­wa­ne­go gang­ste­ra. – Te­raz na­praw­dę je­ste­śmy kwi­ta – do­dał.

Chciał jesz­cze coś po­wie­dzieć, ale no­gi od­mó­wi­ły mu po­słu­szeń­stwa i osu­nął się na pod­ło­gę. Ostat­nie, co za­pa­mię­tał, za­nim stra­cił przy­tom­ność, to wy­krzy­wio­ną prze­ra­że­niem twarz Mi­le­sa i je­go drżą­cy głos raz za ra­zem wy­krzy­ku­ją­cy je­go imię.

4

Jesz­cze ni­g­dy nie czuł ta­kiej wście­kło­ści. Nisz­czył wszyst­ko, co sta­nę­ło mu na dro­dze. Ochro­nia­rzy, któ­rych za­da­niem by­ło strzec je­go bez­pie­czeń­stwa, po­bił do nie­przy­tom­no­ści, lecz to nie uko­iło je­go gnie­wu. Nie po­tra­fił zro­zu­mieć, jak to się sta­ło, że oso­ba po­stron­na, nie­prze­szko­lo­na, do­strze­gła go­ścia czy­ha­ją­ce­go na je­go ży­cie szyb­ciej niż so­wi­cie wy­na­gra­dza­ni pro­fe­sjo­na­li­ści. Mi­les nie spo­dzie­wał się po chło­pa­ku ta­kie­go opa­no­wa­nia i zim­nej krwi. Na­ta­niel za­re­ago­wał bły­ska­wicz­nie. Za­ry­zy­ko­wał wła­sne ży­cie, aby go ura­to­wać.

Tro­chę trwa­ło, za­nim Ko­stel otrzą­snął się z szo­ku wy­wo­ła­ne­go tą okrop­ną sy­tu­acją. In­ten­syw­nie my­ślał, pla­no­wał, ana­li­zo­wał. Wcze­śniej zle­cił swo­im lu­dziom od­na­le­zie­nie za­ma­chow­ca, ale na ra­zie bez­sku­tecz­nie. Je­go chłop­cy nie by­li w sta­nie go na­mie­rzyć. Mi­les nie za­mie­rzał się jed­nak pod­dać. Obie­cał so­bie, że znaj­dzie te­go ko­le­sia i spra­wi, że tam­ten bę­dzie czuł, że umie­ra.

Od dwóch go­dzin ner­wo­wo krą­żył po szpi­tal­nym ko­ry­ta­rzu. Od kie­dy Na­ta­niel zo­stał za­bra­ny na sa­lę ope­ra­cyj­ną, nie ru­szył się stąd na­wet na krok. Cho­le­ra. Jak to mo­gło się stać? Jak mógł do cze­goś ta­kie­go do­pu­ścić? Dla­cze­go z je­go wi­ny cier­pi nie­win­na oso­ba? Do tej po­ry nie przej­mo­wał się in­ny­mi. Nie dzie­lił lu­dzi na do­brych czy złych, tyl­ko na uży­tecz­nych i bez­war­to­ścio­wych. Na­wet ta­ki po­dział nie spra­wił, że sta­li się dla nie­go waż­ni. In­ni lu­dzie się dla nie­go nie li­czy­li, do mo­men­tu, aż po­ja­wił się Nat. W bar­dzo krót­kim cza­sie stał się dla nie­go naj­waż­niej­szy i świa­do­mość, że mógł­by go stra­cić, spra­wia­ła mu ból.

Drzwi sa­li ope­ra­cyj­nej otwo­rzy­ły się i po­ja­wił się w nich ubra­ny na bia­ło le­karz.

Mi­les pod­biegł do nie­go.

– Co z nim, dok­to­rze? – za­py­tał, wstrzy­mu­jąc od­dech.

– Stra­cił bar­dzo du­żo krwi – wy­ja­śnił le­karz. – Na szczę­ście ku­la nie uszko­dzi­ła żad­ne­go waż­ne­go na­rzą­du. Jest mło­dy i sil­ny – do­dał. – Pew­nie tro­chę to po­trwa, ale wy­li­że się.

– Bar­dzo dzię­ku­ję, dok­to­rze. – Mi­le­so­wi ogrom­ny ka­mień spadł z ser­ca. – Pro­szę mu za­pew­nić jak naj­lep­szą opie­kę. Oczy­wi­ście – do­dał szyb­ko – po­kry­ję wszyst­kie kosz­ty. Kie­dy bę­dę mógł się z nim zo­ba­czyć? – za­py­tał.

– Na ra­zie to nie­moż­li­we – od­po­wie­dział me­dyk.

– Ro­zu­miem – od­rzekł biz­nes­men, się­gnął do port­fe­la i wy­jął wi­zy­tów­kę. – Pro­szę in­for­mo­wać mnie na bie­żą­co.

– Oczy­wi­ście, pro­szę pa­na.

– Te­raz mu­szę wyjść. Mam coś waż­ne­go do za­ła­twie­nia na po­ste­run­ku. Za dwie go­dzi­ny bę­dę z po­wro­tem – skła­mał.

Nie wy­bie­rał się na po­li­cję. Po­wie­dział tak tyl­ko, aby pod­trzy­mać wi­ze­ru­nek pra­wo­rząd­ne­go i cięż­ko pra­cu­ją­ce­go oby­wa­te­la. Sta­rał trzy­mać się z da­le­ka od stró­żów pra­wa, ale to praw­da, że miał coś pil­ne­go do zro­bie­nia. Wła­śnie otrzy­mał wia­do­mość, któ­ra bar­dzo go wzbu­rzy­ła i na no­wo roz­bu­dzi­ła je­go gniew.

Od­na­le­zio­no gno­ja od­po­wie­dzial­ne­go za krzyw­dę wy­rzą­dzo­ną oso­bie nie­ty­kal­nej. Mi­les uśmiech­nął się z mści­wą sa­tys­fak­cją. Po­ra się tro­chę za­ba­wić. Fa­cet za­pła­ci za to, co zro­bił.

***

Ko­stel szyb­ko wszedł do opusz­czo­ne­go ma­ga­zy­nu na obrze­żach mia­sta, czę­sto słu­żą­ce­go je­mu i je­go lu­dziom ja­ko miej­sce spo­tkań. W środ­ku za­stał już kil­ku swo­ich za­afe­ro­wa­nych współ­pra­cow­ni­ków. Uci­chli na je­go wi­dok. Je­den z nich wska­zał Mi­le­so­wi sie­dzą­ce­go z bo­ku męż­czy­znę.

Gang­ster pod­szedł do krze­sła, na któ­rym tkwił zwią­za­ny czło­wiek i spoj­rzał na nie­go z od­ra­zą. Ogar­nę­ła go ta­ka wście­kłość, że za­ci­snął dło­nie w pię­ści, aby nie wy­buch­nąć. Naj­chęt­niej zro­bił­by z te­go ko­le­sia mia­zgę, ale naj­pierw chciał uzy­skać od­po­wie­dzi na nur­tu­ją­ce go py­ta­nia.

– Kto cię przy­słał? – za­py­tał.

Męż­czy­zna spoj­rzał na nie­go, lecz nie ode­zwał się ani sło­wem. Przy­gryzł war­gę i upar­cie mil­czał.

– Kto cię, kur­wa, przy­słał!? – po­wtó­rzył py­ta­nie, a kie­dy znów nie do­cze­kał się od­po­wie­dzi, ude­rzył męż­czy­znę tak moc­no, że ten prze­wró­cił się wraz z krze­słem na brud­ną pod­ło­gę.

– Pod­nie­ście go! – wark­nął na swo­ich lu­dzi, a gdy ci wy­peł­ni­li po­le­ce­nie, przy­ło­żył mu jesz­cze raz.

– Ga­daj! – wy­ce­dził gang­ster.

–Nie wiem. – Usły­szał nie­wy­raź­ny szept. – Nie wiem, kto jest zle­ce­nio­daw­cą.

– Zo­sta­łeś wy­na­ję­ty? – upew­nił się Mi­les.

– Nie wiem, kto to był. – Męż­czy­zna w koń­cu po­sta­no­wił mó­wić. – Wszyst­ko od­by­wa­ło się przez po­śred­ni­ka…

– Na­zwi­sko! – za­żą­dał.

– Nie znam – od­parł zroz­pa­czo­nym to­nem. – Kon­tak­to­wa­li­śmy się przez za­szy­fro­wa­ny ko­mu­ni­ka­tor.

– Ja­kie do­kład­nie by­ło two­je za­da­nie? – Nie od­pusz­czał.

– Zli­kwi­do­wa­nie Mi­le­sa Ko­ste­la – od­po­wie­dział ci­cho. – Czy­li cie­bie – do­dał nie­po­trzeb­nie.

– Cho­dzi­ło o mnie. Tyl­ko o mnie?

– Tak – wy­ję­czał nie­do­szły mor­der­ca.

– Ro­zu­miem. A… – Prze­rwał mu dzwo­nek te­le­fo­nu.

Mi­les nie­cier­pli­wym ru­chem wy­jął z kie­sze­ni apa­rat i ode­brał, nie zwra­ca­jąc uwa­gi na to, kto pró­bu­je się z nim skon­tak­to­wać.

– Czy roz­ma­wiam z dy­rek­to­rem Ko­ste­lem? – Po dru­giej stro­nie usły­szał nie­zna­ny, ko­bie­cy głos.

– Tak – po­twier­dził.

– Dzwo­nię ze szpi­ta­la – oznaj­mi­ła roz­mów­czy­ni. – Pro­sił pan, aby in­for­mo­wać pa­na o sta­nie zdro­wia Na­ta­nie­la Fe­li­sa.

– Tak. Co z nim? – za­py­tał.

– Pan Fe­lis obu­dził się kil­ka mi­nut te­mu i py­ta o pa­na, więc…

– Za­raz tam bę­dę – rzu­cił i roz­łą­czył się, nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź.

Ski­nął rę­ką na jed­ne­go ze swo­ich współ­pra­cow­ni­ków.

– Już skoń­czy­łem – po­wie­dział ci­cho. – Po­sprzą­taj­cie tu – wska­zał na zwią­za­ne­go męż­czy­znę. – Bę­dę w szpi­ta­lu – do­dał i po­śpiesz­nie opu­ścił ma­ga­zyn.

***

Mi­les wszedł do sa­li, w któ­rej le­żał Na­ta­niel i pod­szedł do łóż­ka zaj­mo­wa­ne­go przez je­go wy­baw­cę.

– Co ty so­bie wy­obra­żasz?! – wark­nął, za­nim zdą­żył po­my­śleć. – Co ci do łba strze­li­ło?! Masz po­ję­cie, jak bar­dzo to by­ło nie­bez­piecz­ne?! Czy ty w ogó­le po­my­śla­łeś o tym, co mo­gło ci się stać?! Czy… – urwał, bo za­bra­kło mu tchu.

Nat pa­rzył na nie­go przez chwi­lę bez sło­wa, po czym wy­buch­nął ser­decz­nym, lecz sła­bym i bo­le­snym śmie­chem.

– Co cię tak ba­wi? Ude­rzy­łeś się w gło­wę? Ja tu na cie­bie krzy­czę, jak­byś nie za­uwa­żył – zi­ry­to­wał się gang­ster.

– Prze­pra­szam, po pro­stu… – Ran­ny prze­rwał, wziął głę­bo­ki od­dech i kon­ty­nu­ował znacz­nie spo­koj­niej. – Je­ste­śmy do sie­bie po­dob­ni.

– W ja­kim sen­sie?

– Kil­ka dni te­mu to ja dar­łem się na cie­bie za ura­to­wa­nie mi ży­cia, a te­raz ty to ro­bisz – stwier­dził roz­ba­wio­ny.

– To nie to sa­mo – za­prze­czył.

– Sko­ro tak… Dla­cze­go na mnie krzy­cza­łeś? To ja po­wi­nie­nem się wku­rzyć na ko­goś, kto nie ro­zu­mie pro­stych po­le­ceń. Jak ktoś ta­ki zo­stał wiel­kim dy­rek­to­rem? – za­drwił.

– Na­ti… – Za­krył oczy dło­nią.

By­ło mu wstyd. Za­cho­wał się jak dzie­ciak. Po­zwo­lił, aby emo­cje wzię­ły nad nim gó­rę i od­sło­nił się tro­chę za bar­dzo. Przez co do­stał prztycz­ka w nos. W su­mie na­le­ża­ło mu się. Mógł ina­czej to ro­ze­grać, ale… Cóż, sta­ło się.

Ko­stel wie­dział, że sło­wa męż­czy­zny wy­ni­ka­ły z fak­tu, iż Na­ta­niel pró­bo­wał do­brze zro­zu­mieć sy­tu­ację. Nie chciał mię­dzy ni­mi nie­do­mó­wień i skrę­po­wa­nia. On sam też wo­lał sta­wiać spra­wy ja­sno i wa­lić praw­dę pro­sto w oczy.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku? – Usły­szał ci­chy szept męż­czy­zny.

– Co? – za­py­tał za­sko­czo­ny.

– Masz krew na dło­ni – wy­ja­śnił. – Nic ci nie jest?

– To nie mo­ja krew – od­po­wie­dział.

– A… – Na­ta­niel za­wa­hał się przez mo­ment. – Al­bo wiesz co, nie chcę wie­dzieć. Po pro­stu cie­szę się, że nic ci nie jest.

– Dzię­ki to­bie – przy­znał biz­nes­men.

– Czy­li co, je­ste­śmy kwi­ta? – upew­nił się Nat.

– Jesz­cze cze­go – zde­ner­wo­wał się Mi­les. – Bę­dzie­my kwi­ta do­pie­ro wte­dy, kie­dy ja tak po­wiem!

– Mi­ły z cie­bie gość – rzu­cił nie­ocze­ki­wa­nie ran­ny męż­czy­zna – ale strasz­ny de­spo­ta. Pew­nie przy­zwy­cza­iłeś się, że za­wsze mu­si być tak, jak ty chcesz, co? Czy wszy­scy gan… biz­nes­me­ni są ta­cy? – urwał, bo do po­ko­ju we­szła pie­lę­gniar­ka.

Gang­ster zno­wu za­chwy­cił się zna­ko­mi­tym re­flek­sem chło­pa­ka, któ­ry szyb­ko my­ślał i tak sa­mo szyb­ko re­ago­wał. Za­wsze wie­dział, co i jak po­wie­dzieć. Roz­mo­wy z nim ni­g­dy nie na­le­ża­ły do nud­nych czy prze­wi­dy­wal­nych. Wręcz prze­ciw­nie. Mi­les nie wie­dział, z czym bez­dom­ny fa­cet na­gle wy­sko­czy. Tak jak te­raz. Nat mar­twił się o nie­go. Od daw­na nikt te­go nie ro­bił. Je­go tro­ska bar­dzo go roz­czu­li­ła. Był pe­wien, że chciał za­py­tać o krew na dło­ni, lecz z ja­kie­goś po­wo­du zre­zy­gno­wał. Ko­stel za­sta­na­wiał się, czy Na­ta­niel się do­my­ślił, czy go to nie za­in­te­re­so­wa­ło. A mo­że uznał, że le­piej się nie mie­szać. Co wy­da­wa­ło się naj­lep­szym wyj­ściem. Po­wi­nien trzy­mać się jak naj­da­lej od je­go ciem­nych in­te­re­sów. Nie chciał, aby zno­wu sta­ła mu się krzyw­da.

– Nie­ste­ty mu­si pan już wyjść – ode­zwa­ła się pie­lę­gniar­ka ostrym to­nem. – Pa­cjent po­wi­nien du­żo od­po­czy­wać.

– Tak, ra­cja – zgo­dził się z nią. – Wpad­nę ju­tro – do­dał z uśmie­chem, po czym po­że­gnał się i opu­ścił po­kój.

5

Po­mi­mo na­tło­ku obo­wiąz­ków Mi­les by­wał w szpi­ta­lu co­dzien­nie i spę­dzał przy łóż­ku Na­ta­nie­la dłu­gie go­dzi­ny. W tym cza­sie zdą­żył po­znać tro­chę chło­pa­ka. Z ich roz­mów wy­ło­nił się ob­raz nie­tu­zin­ko­wej i spe­cy­ficz­nej oso­by.

Ko­stel był pew­ny, że Nat swój bez­tro­ski cha­rak­ter odzie­dzi­czył po mat­ce, któ­ra, jak wy­ni­ka­ło z opo­wie­ści męż­czy­zny, na­le­ża­ła do gro­na ko­lo­ro­wych pta­ków. Ni­g­dzie nie po­tra­fi­ła za­grzać miej­sca, za­tem czę­sto się prze­pro­wa­dza­li. Ko­cha­ła sy­na i oka­zy­wa­ła mu to naj­le­piej, jak umia­ła, po­zo­sta­wa­ła jed­nak nie­od­po­wie­dzial­ną oso­bą, cią­gle pa­ku­ją­cą się w kło­po­ty. A po­tem, gdy Na­ta­niel miał sie­dem­na­ście lat, po pro­stu znik­nę­ła, zo­sta­wia­jąc sy­no­wi tro­chę pie­nię­dzy i kart­kę, że wy­jeż­dża, aby od­na­leźć sie­bie. I ty­le ją wi­dzie­li. Chło­pak mu­siał ra­dzić so­bie sam. I ja­koś mu to wy­cho­dzi­ło. Cza­sem le­piej, cza­sem go­rzej, ale nie pod­da­wał się. No, mo­że po­za tym jed­nym ra­zem, kie­dy nie­umie­jęt­nie chciał się za­bić.

Fe­lis za­ska­ki­wał. Gang­ster jesz­cze ni­g­dy nie spo­tkał ko­goś ta­kie­go. Z jed­nej stro­ny wy­da­wał się nie­za­in­te­re­so­wa­ny tym, co się do­oko­ła nie­go dzie­je i obo­jęt­ny na oto­cze­nie, z dru­giej zaś stro­ny po­tra­fił za­uwa­żyć rze­czy, któ­rych nor­mal­ny czło­wiek ra­czej by nie do­strzegł, i od­po­wied­nio je zin­ter­pre­to­wać oraz w po­rę za­re­ago­wać.

Na­ta­niel na pierw­szy rzut oka spra­wiał wra­że­nie obo­jęt­ne­go na wszyst­ko lek­ko­du­cha, lecz Mi­les wie­dział, że to nie­praw­da. W koń­cu chło­pak ura­to­wał mu ży­cie. Nie każ­dy zro­bił­by coś ta­kie­go dla ob­cej oso­by.

Ta dzi­wacz­na kom­bi­na­cja je­go wad i za­let spra­wi­ła, że biz­nes­men nie był w sta­nie, a mo­że zwy­czaj­nie nie chciał, ury­wać z nim kon­tak­tu. Na py­ta­nia Na­ta­nie­la od­po­wia­dał, że ro­bi to po­nie­waż za­wdzię­cza mu ży­cie, ale to nie praw­da. Nie chciał dłu­żej kła­mać, lecz nie czuł się jesz­cze go­to­wy, aby po­wie­dzieć praw­dę. Bez­względ­ny i sie­ją­cy po­strach gang­ster po raz pierw­szy cze­goś tak bar­dzo się bał. Bał się, że je­śli to po­wie, coś się mię­dzy ni­mi zmie­ni lub po­psu­je.

Klu­czył i uni­kał kon­fron­ta­cji. Przy­go­to­wał so­bie wy­god­ne od­po­wie­dzi, a chło­pak na­gle prze­stał py­tać. Mi­les nie miał pew­no­ści, czy od­pu­ścił, bo znu­dzi­ło mu się wy­słu­chi­wa­nie kłamstw, czy mo­że też cze­goś się do­my­ślił. Nie wie­dział i nie chciał wie­dzieć, bo oba­wiał się, że od­po­wiedź mo­gła­by mu się nie spodo­bać.

***

Na­ta­niel po­wo­li pod­niósł się z łóż­ka. Czuł się już le­piej, po­sta­no­wił za­tem od­być ma­ły spa­cer po szpi­ta­lu. Obrzy­dło mu le­że­nie i ga­pie­nie się w ścia­ny. W do­dat­ku per­so­nel był aż na­zbyt przy­ja­zny i opie­kuń­czy. Męż­czy­zna po­dej­rze­wał, że jest to za­słu­gą Mi­le­sa i je­go pie­nię­dzy.

Wy­szedł na ko­ry­tarz i ru­szył po­wo­li przed sie­bie. Chciał w spo­ko­ju prze­my­śleć pa­rę rze­czy, któ­re od ja­kie­goś cza­su za­przą­ta­ły mu gło­wę.

Przede wszyst­kim cho­dzi­ło o za­cho­wa­nie Mi­le­sa. Nat, czło­wiek bar­dzo spo­strze­gaw­czy, za­uwa­żył, że gang­ster trak­tu­je go ina­czej niż in­nych. Zresz­tą Ko­stel wca­le się z tym nie krył. Nie ukry­wał swo­je­go za­cho­wa­nia, przez co w gło­wie Fe­li­sa pa­no­wał mę­tlik. Nie wie­dział, o co star­sze­mu fa­ce­to­wi tak na­praw­dę cho­dzi. Na ile jest po­waż­ny, a na ile żar­tu­je.

To nie tak, że Na­ta­niel mu nie ufał, po pro­stu nie mógł za­po­mnieć, z kim ma do czy­nie­nia. Z bez­względ­nym i po­zba­wio­nym su­mie­nia czło­wie­kiem. Dla nie­go był bar­dzo mi­ły i wy­ro­zu­mia­ły, po­dej­rze­wał jed­nak, że jest wy­jąt­kiem.

Przez te ostat­nie kil­ka dni Fe­lis zdą­żył tro­chę po­znać biz­nes­me­na. Spo­ro roz­ma­wia­li, du­żo się śmia­li i żar­to­wa­li. Do­brze się ba­wi­li, ale Na­to­wi gdzieś z ty­łu gło­wy ca­ły czas tli­ła się upo­rczy­wa myśl, że Mi­les tyl­ko się z nim dro­czy. Że nie trak­tu­je go po­waż­nie.

I miał ku te­mu po­wo­dy. Do­strzegł, że gang­ster ma ten­den­cję do uni­ka­nia przy­krych i nie­wy­god­nych roz­mów. Sku­tecz­nie też zmie­niał te­mat za każ­dym ra­zem, kie­dy chło­pak za­da­wał mu py­ta­nia, mo­gą­ce po­móc okre­ślić ich wza­jem­ne re­la­cje. Miał dość te­go, że męż­czy­zna okła­mu­je go, pa­trząc mu pro­sto w oczy, więc prze­stał py­tać. Sko­ro i tak nie uzy­ska praw­dzi­wej od­po­wie­dzi, to po co mar­no­wać czas.

Uznał, że na ra­zie zo­sta­wi wszyst­ko, tak jak jest. Te­raz naj­waż­niej­sze by­ło, aby szyb­ko na­brać sił i ro­zej­rzeć się za ja­kimś za­ję­ciem. Nie chciał mieć ko­lej­ne­go dłu­gu u Mi­le­sa, bo choć Ko­stel spra­wiał wra­że­nie, że wca­le mu to nie prze­szka­dza, to Na­ta­niel źle się z tym czuł.

Ży­cie na­uczy­ło go, że lu­dziom nie na­le­ży zbyt moc­no ufać, bo w chwi­li, gdy naj­mniej się spo­dzie­wasz, mo­gą ci wbić nóż w ple­cy. Dla­te­go ostroż­nie pod­cho­dził do zna­jo­mo­ści z Mi­le­sem. Do­pó­ki nie od­kry­je je­go praw­dzi­wych in­ten­cji, bę­dzie sta­rał się nie an­ga­żo­wać zbyt po­waż­nie.

Za­my­ślo­ny na­wet nie za­uwa­żył, że zna­lazł się przy wyj­ściu pro­wa­dzą­cym na dach. Otwo­rzył je i wy­szedł na ze­wnątrz, bo odro­bi­na świe­że­go po­wie­trza na pew­no do­brze mu zro­bi.

Przy­szedł tu­taj, szu­ka­jąc ci­szy i spo­ko­ju, ale… Na da­chu już ktoś tkwił. Mło­dy chło­pak, Na­ta­nie­lo­wi wy­da­wa­ło się, że na­sto­la­tek, sie­dział na skra­ju i pa­trzył przed sie­bie.

Męż­czy­zna pod­szedł do nie­go, ro­biąc jak naj­wię­cej ha­ła­su.

– Ska­czesz czy nie? – za­py­tał ci­cho, kie­dy zna­lazł się obok nie­go.

– Co? – Zdez­o­rien­to­wa­ny chło­pak spoj­rzał na nie­go.

– Chcesz się za­bić, czy od­dy­chasz świe­żym po­wie­trzem?

– A na co ci to wy­glą­da? – zde­ner­wo­wał się. – Ja­sne, że pla­nu­ję sko­czyć.

– Gdy­byś na­praw­dę chciał to zro­bić, to po pro­stu byś to zro­bił, a nie sie­dział i cze­kał jak na zba­wie­nie – stwier­dził bez­li­to­śnie Nat.

– Co ci do te­go? Nie masz po­ję­cia, o czym mó­wisz. – Chło­pak pró­bo­wał go zbyć.

– Mam – od­parł i usiadł obok nie­go. – Nie­daw­no by­łem w tej sa­mej sy­tu­acji. Spójrz – wska­zał na swo­ją szy­ję. – Na­wet wi­dać jesz­cze nie­wiel­ki ślad po sznu­rze – do­dał z du­mą.

– I co? – To wy­zna­nie przy­ku­ło uwa­gę mło­dzień­ca. – Stchó­rzy­łeś?

– Nie – za­prze­czył. – Zro­bi­łem to. Po­wie­si­łem się, ale ura­to­wał mnie pe­wien wku­rza­ją­cy gość.

– Te­raz to ty mnie wku­rzasz – stwier­dził przy­szły sa­mo­bój­ca.

– Dla­cze­go? – zdzi­wił się. – Nie chcę cię ra­to­wać. Wca­le mnie nie in­te­re­su­jesz. Mam mnó­stwo wła­snych pro­ble­mów. Tyl­ko po­my­śla­łem…

– Co ta­kie­go?

– Cza­sem do­brze jest z kimś po­ga­dać – po­wie­dział Na­ta­niel. – Ile masz lat?

– Sie­dem­na­ście – od­rzekł dzie­ciak.

– Mia­łem ty­le lat, kie­dy zo­sta­łem cał­kiem sam, mi­mo to nie pod­da­łem się i wal­czy­łem. Nie masz ro­dzi­ny?

– Mam – od­po­wie­dział chło­pak.

– Nie ukła­da ci się z ni­mi? – drą­żył da­lej.

– Ma­my cał­kiem do­bre sto­sun­ki – wy­znał na­sto­la­tek.

– To z czym masz pro­blem? – zdzi­wił się Na­ta­niel. – Masz ko­cha­ją­cą ro­dzi­nę, któ­ra na pew­no cię wy­słu­cha i po­mo­że. Nie chcesz z ni­mi o tym roz­ma­wiać – do­my­ślił się.

– Nie – przy­znał.

– Po­ga­daj ze mną. To bez­piecz­ny układ. Ja nie znam cie­bie, ty nie znasz mnie, więc ni­ko­mu o tym nie opo­wiem. Co my­ślisz? – nie ustę­po­wał.

– Zgo­da – od­parł zre­zy­gno­wa­nym to­nem. – Cho­dzi o to, że…

Na­ta­niel przy­su­nął się bli­żej, tak, że sty­ka­li się ra­mio­na­mi i sku­pił się na sło­wach chło­pa­ka.

***

Po­kój był pu­sty. Ten ni­by nie­wie­le zna­czą­cy fakt wzbu­rzył Mi­le­sa. Gdzie, do ja­snej cho­le­ry, ła­zi Na­ta­niel? Czy on nie zda­je so­bie spra­wy, że zo­stał po­waż­nie ran­ny? Po­wi­nien le­żeć i re­ge­ne­ro­wać si­ły, a nie włó­czyć się nie wia­do­mo gdzie.

Po­sta­wie­ni w stan go­to­wo­ści lu­dzie gang­ste­ra roz­bie­gli się w po­śpie­chu po szpi­ta­lu, po­na­gla­ni gniew­ny­mi po­mru­ka­mi sze­fa. Zda­wa­li so­bie spra­wę, że Fe­lis jest bar­dzo waż­ny dla ich pra­co­daw­cy. Nie by­li śle­pi i do­strze­gli, iż Ko­stel trak­tu­je go ina­czej niż in­nych. Tyl­ko przy Na­ta­nie­lu gang­ster po­ka­zy­wał tę, tak bar­dzo in­ną, ludz­ką twarz.

Sam Mi­les z tru­dem po­wstrzy­my­wał gniew. Wie­dział, że jest w szpi­ta­lu, że prze­by­wa­ją tu po­waż­nie cho­rzy lu­dzie, ale miał ocho­tę roz­nieść to miej­sce.

– Jest na da­chu. – Usły­szał zdy­sza­ny głos swo­je­go pra­cow­ni­ka.

Na da­chu? Co mu zno­wu strze­li­ło do te­go sza­lo­ne­go łba? Pe­łen jak naj­gor­szych prze­czuć po­gnał tam co tchu.

Nat zbie­rał się wła­śnie, by wró­cić do sa­li. Wy­słu­chał tro­chę cha­otycz­nej opo­wie­ści dzie­cia­ka, dał mu pa­rę rad, dzię­ki cze­mu na­sto­la­tek zmie­nił swo­je na­sta­wie­nie. Nie chciał już ska­kać. Wspól­nie za­mie­rza­li pod­nieść się z gzym­su, na któ­rym ca­ły czas sie­dzie­li, gdy męż­czy­zna usły­szał, jak ktoś gwał­tow­nie otwie­ra drzwi na dach, a po­tem roz­le­gły się po­śpiesz­ne kro­ki.

– Na­ti! Pro­szę cię. Nie rób te­go!

– Mi­les? – zdzi­wił się na je­go wi­dok. – Po­gię­ło cię? Dla­cze­go zno­wu na mnie krzy­czysz? – za­py­tał ci­cho, po­wo­li od­wra­ca­jąc się w je­go stro­nę.

– Kto to? – za­py­tał dzie­ciak.

– Ten wku­rza­ją­cy fa­cet, opo­wia­da­łem ci o nim – od­parł Nat. – O co cho­dzi? Coś się sta­ło?

– Prze­ra­zi­łeś mnie. My­śla­łem, że zno­wu pró­bu­jesz się za­bić – od­parł drżą­cym gło­sem biz­nes­men.

– Chcia­łem po­my­śleć w sa­mot­no­ści – po­wie­dział wy­kręt­nie Fe­lis. – Pew­nie po­sta­wi­łeś ca­ły szpi­tal na no­gi – do­my­ślił się.

– To nie tak. Po pro­stu… mar­twi­łem się – wy­mam­ro­tał gang­ster.

– Dla­cze­go? – chciał wie­dzieć Nat, a kie­dy Mi­les mil­czał, do­dał: – Na­dal nie chcesz mi ni­cze­go zdra­dzić. Trud­no. Po­ra się zbie­rać – zwró­cił się do chło­pa­ka. – Sko­ro mo­ja niań­ka tu jest, mu­szę wra­cać do środ­ka – po­wie­dział bez­tro­sko.

Na­ta­niel pró­bo­wał pod­nieść się de­li­kat­nie. Jed­nak w chwi­li po­sta­wie­nia moc­no obu nóg na pod­ło­żu, za­chwiał się i nie uda­ło mu się utrzy­mać rów­no­wa­gi. Upadł do ty­łu. Obec­ne na da­chu oso­by bły­ska­wicz­nie rzu­ci­ły mu się na ra­tu­nek. Męż­czy­zna zwi­sał z kra­wę­dzi, trzy­ma­jąc się jej obie­ma rę­ko­ma.

– Mó­wi­łem, że je­stem fajt­ła­pą – rzu­cił spo­koj­nym to­nem, uśmie­cha­jąc się sze­ro­ko, gdy dwie za­nie­po­ko­jo­ne po­sta­cie po­ja­wi­ły się nad nim.

– Cho­le­ra, Nat – wy­ce­dził Mi­les przez za­ci­śnię­te zę­by. – Nie strasz mnie tak. Czy ty ni­g­dy nie my­ślisz?

– Prze­stań zrzę­dzić i przy­daj się na coś, mój oso­bi­sty ry­ce­rzu bez bia­łe­go ko­nia – od­parł Na­ta­niel, nie prze­sta­jąc się uśmie­chać. – Wcią­gnij mnie, co?

– A gdzie ma­gicz­ne sło­wo? – dro­czył się z nim gang­ster.

– Pieprz się. O to ci cho­dzi­ło?

– Z to­bą za­wsze – wy­szep­tał biz­nes­men i wcią­gnął męż­czy­znę na dach.

Ko­stel po­krę­cił gło­wą zre­zy­gno­wa­ny. To ca­ły Na­ta­niel. Na­wet w ta­kiej sy­tu­acji mu­siał mieć ostat­nie sło­wo. Chy­ba mu­si przy­wyk­nąć.

Spis tre­ści

La­to

1

2

3

4

5

Zaj­rzyj do na­sze­go skle­pu: www.ostre-pio­ro.pl

Spis tre­ści

Co­ver

Ty­tu­lo­wa

Re­dak­cyj­na

La­to

1

2

3

4

5

Punk­ty orien­ta­cyj­ne

Co­ver

Ta­ble of Con­tents