Niech w końcu coś się zdarzy - Trixi von Bulow - ebook

Niech w końcu coś się zdarzy ebook

Trixi von Bulow

0,0

Opis

[PK]

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Fundacja Krajowy Depozyt Biblioteczny

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 336

Rok wydania: 2012

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



TRIXI VON BULOW

jest dyrektor programową w niewielkim monachijskim wydawnictwie, a także autorką kilku bestsellerowych poradników, m.in.: Mężczyźni. Podręczna instrukcja obsługi, Co zrobić, żeby mężczyzna oszalał na twoim punkcie, Co zrobić, żeby twoje życie stało się piękniejsze (wszystkie ukazały się nakładem Świata Książki).

Niech w końcu coś się zdarzy to jej debiut powieściowy. Autorka mieszka w Monachium z mężem i dwoma synami.

W serii:

Ellen Berg Słodka zemsta

Leslie Daniels W łóżku z Nabokovem

Aleksandra Domańska Ulica Pogodna

Eileen Goudge Zastępcza żona

Linda Green I wtedy to się stało

Vanessa Greene Klub Porcelanowej Filiżanki

Katharina Hagena Smak pestek jabłek

Anka Kowalska Pestka

Alina Krzywiec Długa zima w N.

Caroline Leavitt Szczęście w twoich oczach

Mia March Klub Filmowy Meryl Streep

Mia March Poszukiwany Colin Firth

Karolina Monkiewicz-Święcicka Taniec z przeszłością

Jojo Moyes Zanim się pojawiłeś

Małgorzata Szyszko-Kondej Sześć córek

W przygotowaniu:

Caroline Leavitt Gdzie jesteś, Jimmy?

TRIXI VON BULO W

Z niemieckiego przełożyła Aldona Zaniewska

Świat Książki

Tytuł oryginału

ICH WUNSCHE MIR, DASS ENDLICH MAL WAS SCHOENES PASSIERT

Wydawca Grażyna Smosna

Redaktor prowadzący Katarzyna Krawczyk

Redakcja Mo)iika Paulińska

Korekta Elżbieta jaroszuk Jadwiga Piller

© 2012 by Trixi von Btilow © 2012 by Thiele Verlag in der Thiele&Brandstatter Verlag GmbH,

Miinchen und Wien Copyright © for the Polish translation by Aldona Zaniewska 2014

Świat Książki Warszawa 2014

Świat Książki Sp. z o.o.

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: Fabryka.pl

Łamanie KOLONEL

Druk i oprawa Abedik

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: hurt@olesiejiik pl tel. 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-7943-872-3

Nr 90089038

Dla Ulrike, której niezmiernie i wciąż mi brak

Prolog

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

Prolog

Przede wszystkim uderza mnie to, że nie myślę.

Od trzystu sześćdziesięciu pięciu dni nieustannie zastanawiam się nad swoim życiem. Jakie jest, jakie było, jakie będzie. Te myśli towarzyszą mi też we śnie, brzęczą nocą przy moim uchu, kłębią się przy łóżku, jeszcze zanim otworzę oczy.

I oto siedzę na jakiejś wydmie nad Morzem Północnym z dłońmi opartymi na piasku, wiatr muska mi włosy, powietrze ma słony smak, moja klatka piersiowa się rozszerza, robię wydech.

Przede mną morze, srebrzysta rozległa połać, która nie wie, co to wczoraj ani jutro - zna tylko tę jedną chwilę, która jest silniejsza niż potok myśli w mojej głowie i której połyskujący obraz pozostawia na siatkówce oka dobroczynną pustkę.

Nie odwracając wzroku, mówię:

- Tak tu pięknie. Dziękuję!

Johanna szybko ściska mi dłoń. Siedzi w milczeniu obok mnie i się uśmiecha. To był jej pomysł, żeby tu przyjechać. Zostawić wszystko za sobą. Kilka dni w tej małej miejscowości nad morzem, tylko kilka dni. A jutro mam urodziny. Pierwsze według nowej rachuby czasu.

Johanna jest moją przyjaciółką. Wie, co mi dobrze robi, kiedy ja sama już nie wiem. Z nią chaos jest bardziej przejrzysty. Ciężar lżejszy.

- Morze zawsze pomaga - mówi teraz. - Sama zobaczysz.

Jej duże brązowe oczy patrzą z ufnością, a potem z zadumą.

- Wiesz, przyjeżdżałabym tu zawsze, kiedy źle mi się wiedzie - mówi.

A potem wyobrażamy sobie, że gdy jedna z nas będzie naprawdę ciężko chora, przyjedziemy nad morze, jeśli trzeba ze środkami przeciwbólowymi w bagażu, i wypijemy naszą ostatnią kawę z mlekiem tutaj, nad tym połyskującym kawałkiem wieczności, gdzie spokojnie i pogodnie poczekamy, aż morze łagodnie zatrze też nasze ślady i zabierze ze sobą.

Ale tego dnia to na szczęście odległa przyszłość. I nie choroba jest powodem, dla którego tu jesteśmy. Johanna wbiła sobie w głowę, że moje życie musi się zmienić.

W oddali kilka mew wzbija się w błękitne niebo i zatacza kręgi. Pod nami po mokrym piasku idą boso brzegiem morza dwie starsze panie, z wysoko podwiniętymi nogawkami spodni. Idą powoli, jak gdyby miały do dyspozycji cały czas świata, można im tylko zazdrościć. Rozmawiają, gestykulują, czasem któraś z nich się pochyla i coś podnosi, chyba muszelkę.

Tak wiele czasu! Kiedy myślę o swoim biegnącym szybko, przepełnionym życiu, które w każdej chwili grozi tym, że mnie przerośnie, nie, już mnie przerosło, chętnie bym się z nimi zamieniła. Melancholijnie podążam wzrokiem za tymi dwiema staruszkami.

Johanna też je zauważyła.

- Patrz - mówi i pokazuje kobiety ze zgarbionymi plecami i rozwichrzonymi siwymi włosami. - To my za czterdzieści lat. Friederike i Johanna. Idziemy na spacer po plaży, jak u siebie, a nasi mężowie siedzą w knajpie obok i piją po heinekenie.

- Nasi mężowie? - pytam. - O czym ty mówisz?

- Poczekaj - odpowiada.

1

Gdy miałam dwanaście lat, chciałam zostać zakonnicą. Pierwszy raz w życiu obejrzałam film z Audrey Hepburn i ta krucha kobieta o sarnich oczach i cudownym wielkim uśmiechu zrobiła na mnie takie wrażenie, że nie umiałam sobie wyobrazić niczego piękniejszego niż zostanie siostrzyczką w Kongu. Niestety, moje podobieństwo do Audrey Hepburn było dość mizerne. Nie byłam szatynką ani nie miałam sarnich oczu. Byłam jasnowłosą przebojową dziewczynką o niebieskich oczach, gotową na podbój świata. Nie zważając na to, stałam godzinami przed lustrem w swoim pokoju w zaimprowizowanym welonie zakonnym, aż kiedyś dotarło do mnie, że Audrey Hepburn nigdy ze mnie nie będzie.

Zapewne był to też powód, dla którego później zawsze sama targałam swoje przeładowane kufry i walizki. Na czole mam napisane „dam radę", podczas gdy inne kobiety cechuje to emanujące bezradnością Coś, co każe mężczyznom zrywać się i biec do drzwi, by je z troską otworzyć.

Gdy miałam piętnaście lat, w telewizji puszczali powtórkę Złodzieja w hotelu i postanowiłam zmienić role model. Grace Kelly była jasnowłosa i niebieskooka, elegancka i doskonale pływała, jak ja; jeździła błękitnym sportowym dwuosobowym autem, a poza tym dostała w końcu atrakcyjnego, opalonego Cary'ego Granta alias Johna Robiego, który z taką łatwością wspinał się po dachu hotelu, umiał całować kobiety i mieszkał w górach nad zatoką w domu z tarasem.

Chociaż później wiele podróżowałam, nigdy nie trafiłam do Nicei i do dziś to słowo nie straciło dla mnie swojego magicznego czaru. Nicea pozostała miejscem mojej dziecięcej tęsknoty - tak jak dla innych ludzi Paryż albo Zanzibar czy Bora Bora.

Kiedy miałam siedemnaście lat, matka zapytała z troską, dlaczego jeszcze nie mam chłopaka, bo podobno przyjaciółki wciąż ją o to pytały. Pocałowałam Toma, miłego chłopaka z sąsiedztwa, a potem umyłam zęby.

Gdy miałam dwadzieścia trzy lata, umarła moja babcia i myślałam, że już nigdy nie będę umiała się cieszyć.

W dwudziestym czwartym roku życia wyszłam za mąż. Całkiem romantycznie. Studencka miłość. Dwoje pełnych idealistycznych wyobrażeń młodych ludzi na drodze do rzeczywistości. Mieliśmy najlepsze intencje. Moja suknia ślubna była biała, świeciło słońce, czułam się szczęśliwa, a mój mąż miał krawat z fałszywym węzłem.

Miało być na zawsze.

W wieku trzydziestu dwóch lat byłam od ośmiu lat zamężna i prowadziłam - w Kolonii, nie w Kongu - życie zakonnicy. Zazdrościłam wszystkim kobietom, których mężowie nie mieli bólów głowy i nie byli zbyt zmęczeni ważnymi służbowymi spotkaniami. W ciągu dnia pracowałam w wydawnictwie nad książkami, których bym nie kupiła. Po nocach nie mogłam zasnąć i marzyłam o namiętności i erotycznym wyrafinowaniu, których brakowało w moim życiu.

- Co ona takiego ma, czego ja nie mam? - ryczałam, gdy miałam trzydzieści trzy lata.

- Wszystko - powiedział mój mąż.

W wieku trzydziestu pięciu lat urodziłam córkę. To miało być dziecko pojednania, gdy okazało się, że ta druga najwyraźniej jednak nie miała wszystkiego. Nie wiedziałam tylko, że jeszcze nikomu nie udało się dzieckiem uratować złego małżeństwa.

Odkąd Lilii była na świecie, stawało się coraz bardziej tragicznie oczywiste, że życiowe plany jej rodziców już do siebie nie pasują. Powietrze było zatrute kłótniami, zarzutami i przypisywaniem sobie winy; po coraz krótszej, zaciętej wymianie zdań następowała lodowata cisza. Tu i tam leżały karteczki. Drzwi były zamknięte od wewnątrz. Spirala w dół kręciła się niepowstrzymanie, a my nie potrafiliśmy się temu przeciwstawić.

Dwa tygodnie po narodzinach Lilly mój mąż wyprowadził się ze wspólnego małżeńskiego łoża i nocował na sofie. Koniecznie potrzebował snu. Jak twierdził, nie mógł sobie przed ważnymi spotkaniami pozwolić na niewyspanie.

Jednak oboje wiedzieliśmy, że to była tylko połowa prawdy. Co wieczór wsłuchiwałam się w szuranie przy rozkładaniu sofy w salonie, zakończone trzaskiem. Z początku z żalem, potem z wściekłością, a w końcu z pewną fatalistyczną satysfakcją.

Po trzech czwartych roku zaczęłam przedpołudniami chodzić do pracy, co przynajmniej na kilka godzin dziennie dawało mi mentalną i emocjonalną przerwę na oddech. A gdy rankiem, jeszcze zanim zdążyłam zanieść podejrzaną pościel do sypialni, niania stawała w drzwiach, mamrotałam coś

0 „niespokojnej nocy" i czułam na plecach jej współczujące, świadome wszystkiego spojrzenie.

- Mówicie o wiele za dużo - powiedziała moja matka, gdy przyjechałam do niej z Lilii po kolejnej kłótni z mężem. -Wszystkie te dyskusje nic przecież nie wnoszą. Włóż raz coś ładnego, otwórzcie wieczorem butelkę wina i pogódźcie się!

- Życie jest takie krótkie - rzekł mój ojciec, któremu kilka lat wcześniej ledwie udało się przeżyć zawał serca i od tego czasu myślał innymi kategoriami. - Nie trać cennego czasu z niewłaściwym mężczyzną. - Patrzył na mnie przenikliwie

1 z troską; wtedy jeszcze nie wiedziałam, że te słowa staną się dla mnie czymś na kształt testamentu, bo jego życie nie miało już długo trwać. - Naprawdę, Fritzi, jeśli widzisz, że dłużej się tak nie da, lepiej to zakończ.

- Wybierzcie się razem na jakiś urlop, tylko we dwoje proponowała Johanna, która oczekiwała właśnie drugiego dziecka, a mąż nosił ją na rękach.

- Ależ ty jesteś słodziutka - powiedziała starsza pani w parku i pochyliła się z zachwytem nad dziecięcym wózkiem, w którym leżała Lilii i się uśmiechała. - Tata na pewno jest dumny z ciebie i twojej pięknej mamy. - Uśmiechnęła się do mnie życzliwie i to przeszyło moje serce jak strzała.

- To się zmieni - pocieszała mnie Jaśmin, z którą dzieliłam pokój w pracy. - Może macie po prostu gorszy okres.

Uważałam, że ten gorszy okres trwał już dość długo. Za długo. I kiedy wczesnym wieczorem uciekałam z kryminałem i dzbankiem herbaty do sypialni i obserwowałam, jak moje dziecko spokojnie i z ufnością spało obok mnie w swoim łóżeczku, coraz częściej zadawałam sobie pytanie, czy mam takie życie prowadzić jeszcze przez dwadzieścia lat.

Jeśli to prawda, że z biegiem czasu zasadnicze cechy charakteru się nie zmieniają, to bardzo dziwne, że na początku związku widzi się tylko te, które łączą - tysiące wspaniałych rzeczy, które dają oszałamiającą szczęściem pewność, że jesteśmy dla siebie stworzeni - a na koniec pozostaje jedynie to, co dzieli.

O dziwo, często akurat cechy, które początkowo w tym drugim uważało się za fascynujące, później okazują się nie do zniesienia. Tak bardzo nie do zniesienia, że człowiek reaguje niemal fizycznie na to, jak ten drugi się śmieje, chodzi, je, nie-pytany wygłasza swoje zdanie, gestykuluje, zawsze musi mieć ostatnie słowo, wyleguje się na sofie albo niechlujnie zawiązuje buty.

Mniejsze i większe wojny, które prowadzi się z tym drugim, powodują, że blakną wspomnienia cudownych czasów, kiedy wszystko wydawało się możliwe.

Najgorsze jednak jest milczenie. Gdy zaczyna się milczenie, sprawa jest przegrana.

Dwa lata później w sylwestra stałam samotnie na ulicy. Noc wypełniona była śmiechem, wesołością i hukami odpalanych fajerwerków. Punkt dwunasta pary padały sobie w ramiona i życzyły szczęśliwego Nowego Roku. Ja kurczowo obejmowałam obydwiema dłońmi kieliszek szampana i miałam nadzieję, że wszyscy tak są zajęci składaniem życzeń i całowaniem, że nikt nie zauważy, jak bardzo jestem samotna.

W oddali mój jeszcze-mąż udzielał się jako najlepszy pirotechnik wszech czasów, a ja przypatrywałam się, jak odpalał jeden fajerwerk za drugim, jakby nie było nic ważniejszego na świecie. Spojrzałam w rozświetlone niebo, pomyślałam o ojcu, który przed kilkoma miesiącami przy ostatnim ataku serca opuścił ten świat, i moje wargi bezgłośnie złożyły się w słowo „ratunku".

Kiedy znów spojrzałam w dół, zauważyłam, że stoję na pokrywie studzienki kanalizacyjnej. Zaczął się nowy rok, a ja stałam sama na środku ścieku! Prawie się roześmiałam.

W tym momencie wiedziałam, że to już koniec.

Rok później, po piętnastu latach małżeństwa, znów byłam wolną kobietą. Można by też rzec, że byłam rozwiedziona.

Na skali od jednego do stu „rozwiedziony" jest chyba najsmutniejszym słowem, jakie znam. W odróżnieniu od słowa „martwy" czy „owdowiały" dokumentuje ono osobistą porażkę dwojga ludzi, którzy kiedyś byli razem szczęśliwi. Często nie da się nawet powiedzieć, kiedy dokładnie to szczęście wyleciało przez okno.

Gdy pierwszy raz szłam przez opróżnione do czysta mieszkanie i z kieliszkiem wina na próbę siadałam w każdym pokoju, uczucie ulgi było przemożne. Czułam ulgę, że to już za mną, ulgę, że znów miałam powietrze do oddychania, ulgę, że już nie było nikogo, kto mógłby mój dom zamienić w strefę arktycznego klimatu. Otworzyłam szeroko wszystkie okna, przysiadłam na parapecie w kuchni i wyjrzałam na dwór.

Na zewnątrz na podwórzu świergotał ptaszek. Upiłam łyk wina, zapaliłam papierosa i spojrzałam w blade styczniowe słońce. Za życie po falstarcie, pomyślałam.

Ale tak łatwo z tym startem w nowe życie nie jest.

2

Chociaż to ja po tamtej pamiętnej nocy sylwestrowej naciskałam na szybki rozwód i niezachwianie jak Joanna d'Arc zwycięsko go przeprowadziłam, mimo początkowego oporu męża, w następnych tygodniach zdarzało się, że wybuchałam płaczem, gdy nagle potknęłam się o przeszłość. Stare zdjęcie odkryte w szufladzie, chustka w różowo-białe paski na dnie szafy, którą tak lubiłam nosić na studiach, ślad po obrączce na serdecznym palcu mojej prawej dłoni - wszystko to napełniało mnie melancholią. Byłam rozbitkiem, ani śladu radosnego nowego początku. Lilii, której próbowałam w sposób dostępny dla dziecka i z bezradnością dorosłej osoby wyjaśnić, dlaczego tak było lepiej dla wszystkich, i że tata i mama, oboje, mimo to do obłędu ją kochają/ z początku kiwała głową, a potem niespodziewanie z gwałtownością pięciolatki rzucała się na podłogę, wierzgała nogami i krzyczała:

- Chcę, żeby tata z powrotem się do nas wprowadził!

- To niemożliwe, kochanie - odpowiadałam cicho, a moje serce wywracało się z bólu, wstydu i wyrzutów sumienia.

Wiele dałabym za to, żeby oszczędzić swojej córce tej chwili, w której jej mały świat pierwszy raz wypadł z utartych torów. Również fakt, że dziś rozpada się co trzecie małżeństwo, był słabą pociechą w obliczu tak dzikiej rozpaczy.

- Wszystko będzie dobrze, zobaczysz - mówiłam i sama miałam taką nadzieję, nawet jeśli jeszcze nie wiedziałam, jak będzie. Wciąż głaskałam szlochającą Lilii po jasnych włosach.

Szloch kiedyś się skończył. Lilii zasnęła w moich ramionach. Od tego czasu każdej nocy, potykając się, dwadzieścia pięć razy przychodziła do mojego łóżka ze swoim pluszakiem Robbiem, białą foką. Za każdym razem odprowadzałam ją łagodnie z powrotem do dziecięcego pokoju, dokładnie przykrywałam i wykradałam się z nadzieją, że w końcu zaśnie. Ale zaraz potem znów stała przed moim łóżkiem jak mały biały upiór.

- Nie mogę spać, mamo - mówiła i przytulała się do mnie swoim małym ciepłym ciałkiem. Patrzyłam na jej delikatną twarz, w otwarte, pełne ufności oczy wlepione we mnie i przez chwilę widziałam w nich siebie jak na dnie przejrzystej studni. Dawałam jej całusa i przysięgałam sobie, że nigdy nie zostawię tej małej istoty w potrzebie.

- No dobrze, to zostań teraz ze mną. Ale kiedyś musisz znów zacząć spać w swoim łóżeczku, prawda? - wzdychałam.

Lilii zadowolona kiwała głową i już wkrótce słyszałam jej ciche pochrapywanie przy moim uchu.

Ja też nie mogłam spać. Lęk siedział na mojej piersi jak paskudna ropucha.

Za dnia wszystko wydawało się takie proste. Wstawałam na czas, żeby spokojnie zjeść z Lilii śniadanie przed odwiezieniem jej do przedszkola. Praca w wydawnictwie nadawała mojemu życiu strukturę, której tak usilnie potrzebowałam. Byłam wdzięczna za to odwrócenie uwagi i za przyjacielski stosunek kolegów. Jaśmin, z którą dzieliłam pokój, każdego dnia czekała na mój raport z nastroju, a czasami na przerwie obiadowej szłyśmy do Alfreda, Włocha, który miał całkiem przystępne ceny i zawsze witał mnie swoim ciao bella, rzucanym przez całe pomieszczenie. Jego zachwyt - udawany czy nie - dobrze mi robił; w każdym razie była to w owym czasie jedyna męska stała w moim życiu.

Również Elfriede Stricker, doświadczona życiowo i korpulentna sekretarka dobiegająca sześćdziesiątki, nie dała sobie odebrać przyjemności przyniesienia mi od czasu do czasu kawy na biurko - przywileju, który właściwie przysługiwał tylko właścicielce wydawnictwa, doktor Trundl. My, reszta, szara masa, zazwyczaj sami przynosiliśmy sobie kawę z sy-czących i bulgoczących ekspresów.

- Pomyślałam, że może jej pani potrzebować - mówiła, gdy stawiała przed moim nosem parujący kubek na pocieszenie, a mnie łzy prawie stawały w oczach. W takich chwilach uświadomiłam sobie, jak potężnym wymaganiom musiałam sprostać.

W tym czasie wróciłam do pracy na pełny etat, zwolniłam panią do sprzątania, żeby zaoszczędzić, i sama szorowałam mieszkanie późnym wieczorem, kiedy już pobawiłam się z Lilii, zjadłam z Lilii i przeczytałam Lilii bajkę na dobranoc. W weekendy chodziłam z córką na łyżwy albo do dziecięcego teatrzyku, wycinałyśmy godzinami motyle z papieru, które malowałyśmy akwarelami i wieszałyśmy w jej pokoju. Chodziłyśmy z wizytą do mojej matki albo jeździłyśmy do przyjaciół na kawę. Tak naprawdę nigdy nie skupiałam się na niczym.

Starałam się wprowadzić małe rodzinne rytuały, których można by się trzymać, i właściwie cały czas próbowałam być dla swojej córki i ojcem, i matką, i najlepszą koleżanką do zabawy - napędzana poczuciem winy i chęcią robienia wszystkiego tak jak trzeba.

- Ależ dasz radę - mówiła moja matka. - Jesteś przecież silną kobietą.

Najwyraźniej wszyscy uważali, że byłam silną kobietą. To chyba miał być komplement, a ja w momencie, gdy to słyszałam, czułam, że się sprawdzam. Ale gdy po południu wciągałam na górę torby z zakupami, trzymając za rękę Lilii, która niepewnym krokiem szła za mną schodek po schodku, albo gdy następnego ranka kompletnie przemęczona jako ostatnia wkradałam się na zebranie, bo moja córka całą noc kaszlała, a rankiem w przedszkolu nie mogła znaleźć drugiego kapcia lub chciała żegnać się ze mną pięć razy, czasem już nie wiedziałam, co w tym tak naprawdę miało być dobrego.

Ta wieczna konieczność bycia silną działała mi na nerwy. Wcale nie byłam taka silna, jak się wszystkim wydawało, czasem po prostu do obłędu brałam się w garść, to wszystko.

Na szczęście istniała Mona, miła opiekunka do dziecka, która od czasu do czasu zajmowała się Lilii, gdy potrzebowałam chwili oddechu. We czwartki zawsze odbierała małą z przedszkola i zostawała u mnie w domu, dopóki nie wróciłam. Dzięki temu miałam luz przynajmniej jednego dnia; mogłam po pracy załatwić sprawy albo umówić się w mieście.

Gdy w te wolne wieczory spacerowałam ulicami Kolonii i przechodziłam obok tętniących życiem kafejek i sklepów na Ehrenstrasse, ogarniało mnie przyjemne uczucie, że znów wszystko było możliwe, że wszystko się mogło zdarzyć. Czasem Jaśmin szła ze mną i siadałyśmy w Cafe Fromme, zamawiałyśmy duży kawałek ciasta i rozmawiałyśmy o ważnych i nieważnych życiowych sprawach. Było prawie normalnie, a mnie znów napełniała nadzieja.

W wieku niemal czterdziestu lat wprawdzie nie byłam już młoda, ale też nie stara. Teoretycznie mogłabym jeszcze poznać najwspanialszego mężczyznę swojego życia. Mogłabym się jeszcze raz zakochać i znów być szczęśliwa. Łączone rodziny były obecnie na porządku dziennym.

Jednak te skrzydlate chwile nigdy nie trwały długo - kiedy zostawałam sama i byłam zdana tylko na siebie, moje na nowo odnalezione poczucie własnej wartości kurczyło się z furkotem jak balon, z którego uchodzi powietrze. A gdy nadchodziły noc i wyczerpanie, troska, jak sobie ze wszystkim dać radę, zaczynała mnie obezwładniać. Leżałam w ciemności z bijącym sercem i straszliwą pewnością, że nic mi się już nie przydarzy, absolutnie nic, i że dla mnie szczęście to przeszłość.

Strasznie łatwo jest być ponad to wszystko w ciągu dnia, ale nocą, mój Boże, to już zupełnie co innego, pisał Ernest Hemingway w Słońce też wschodzi. I chociaż naszych żyć tak naprawdę nie da się porównać, ogarniało mnie dokładnie to uczucie.

Niektórzy ludzie rozstają się i zostają „najlepszymi przyjaciółmi", od czasu do czasu spotykają się, żeby wypić kieliszek wina, i mogą sobie o wszystkim porozmawiać. Bardzo to podziwiam, ale niestety, nie potrafię powiedzieć o sobie, że po rozwodzie mniej darłam koty ze swoim eks, kiedy się widywaliśmy - w końcu nie rozwiedliśmy się dlatego, że tak znakomicie się rozumieliśmy. Te spotkania były konieczne z powodu Lilii, która co drugi weekend wsiadała do samochodu tatusia ze swoim starannie zapakowanym kuferkiem z zającem Felixem.

Pan X (tak ochrzciłam swojego eks podczas pewnej rozmowy telefonicznej z Johanną, gdy Lilii nagle weszła do pokoju, a potem zostałam już przy tej nazwie) i ja trenowaliśmy budzące zgrozę, kurczowe unikanie jakichkolwiek imion i poruszaliśmy się przy tym po cienkim lodzie. Właściwie wszystko mogło skruszyć tę cienką warstwę - pieniądze, nie-punktualność, podły charakter tego drugiego, niedotrzymane umowy, stare butelki wina w piwnicy, których własność nie została jednoznacznie wyjaśniona, albo zła fryzura Lilii. Brak syropu na kaszel w bagażu Lilii był dowodem braku macierzyńskiej troski, a po jej powrocie brak spodni od piżamy, T-shirta, ulubionego swetra czy rajstop były oznaką ojcowskiej skłonności do bałaganu. Czułam się nadmiernie obciążona i kontrolowana przez człowieka niezdolnego do życia, on czuł się wykluczony i wyrzucony z domu przez egoistkę, która robiła, co chciała.

Właściwie za każdym atakiem kryły się tylko wściekłość i rozczarowanie z tego powodu, że jedno (ja) naprawdę sobie poszło i rozwaliło niebezpiecznie kruszącą się fasadę do końca, tak że wszyscy to zobaczyli, a drugie (on) już wcześniej ją „rozpieprzyło".

Rozpieprzyliśmy oczywiście oboje, ale to, które porzuca, siłą rzeczy staje się sprawcą, a to, które zostaje porzucone -ofiarą. Jednak nawet jeśli teraz chodziliśmy osobnymi ścieżkami, byliśmy o całe lata świetlne od spokoju ducha, który zaleca „pożegnanie się" z tym drugim i „posyłanie mu pięknych myśli".

Mimo że brzmi to osobliwie, wolałabym być wdową. Jak Audrey Hepburn w Szaradzie. Albo jak pani Noller, od której w prawdziwym życiu wynajmuję mieszkanie, a która nosiła żałobę po swoim mężu dziesięć lat po jego śmierci.

Każdego ranka, gdy biegłam do pracy, Gertrude Noller stała w swojej podomce w niebieskie kwiatki przy skrzynce na listy. Nie wiem dokładnie, co tam właściwie robiła tak wcześnie, ale myślę, że po prostu czekała na mnie i nasz poranny rytuał powitalny, który przypominał mi bajkę o gęsiareczce i jej żałosny zaśpiew: „Och, Falado, że też musisz tak wisieć".

- Dzień dobry, pani Noller! Jak idzie? - pytałam.

A ona odpowiadała z niezawodnym westchnieniem:

- Ach! Jak ma iść, pani Berger, jak ma iść?! Teraz przecież żyję sama.

A potem opowiadała o swoim mężu, Hubercie, który był taki miły. Zawsze mówiła „taki miły". Zupełnie inny niż jego syn, który był pasierbem pani Noller i okazał się chciwym łobuzem, bo po śmierci ojca próbował zagarnąć dla siebie cały spadek. Wyciągał chciwe paluchy nawet po kamienicę pani Noller. A ona przecież żyła z dochodów z najmu.

- Rozumie pani, pani Berger, ja z tego żyję!

Oburzenie pani Noller nie miało granic, a jej duże zielonkawe tęczówki robiły się jeszcze większe.

Znałam każdy szczegół tej niewiarygodnej i niesłychanej historii, która zawsze kończyła się tym, co ochrzciłam „jabłkowym równaniem pani Noller". Właścicielka kamienicy przedstawiała je za każdym razem z jednakową emfazą i robiła to najpiękniejszą gwarą kolońską.

- Mniemam - pani Noller już zaczęła pełnym skargi głosem i dramatycznie przewróciła oczami. - Mniemam, że jeśli jeden ma całą jabłoń, a drugi tylko jedno jabłko, to czy musi razem z tą jabłonią mieć też jeszcze to jedno jabłko? - Jej głos drżał z oburzenia i patrzyła na mnie pełnym wyrzutu spojrzeniem. Ja oczywiście kręciłam głową.

Mimo złego pasierba zazdrościłam starej pani Noller jednej rzeczy: przynajmniej kochała swojego Huberta do końca.

Nie chodzi o to, że naprawdę życzyłam śmierci byłemu mężowi, ale wdowieństwo byłoby uczciwsze - czyste cięcie, pożegnanie na zawsze. Mogłabym z szacunkiem myśleć o zmarłym mężu, sadziłabym z Lilii kwiaty na jego grobie, nie byłabym „winna rozbicia rodziny", nie musiałabym małostkowo kłócić się o pieniądze na utrzymanie i w ogóle nie musiałabym mieć na głowie wszystkich tych problemów ze wspólnym prawem do opieki nad dzieckiem, które to prawo nawet przy największej odpowiedzialności jednej strony dopuszcza najgorsze manewry utrudniające drugiej strony.

Ale, głupia sprawa, nie byłam bogatą wdową, tylko biedną rozwiedzioną kobietą samotnie wychowującą dziecko, z dramatycznym debetem na koncie bankowym. Nie było w tej sytuacji nic ze splendoru i wyglądała na tak beznadziejną, jaką w istocie była. W tym czasie próbowałam jakoś przeżyć. Nie rozglądałam się na prawo i lewo i cieszyłam się, jeśli bez większych wpadek udało mi się pokonać dzień (i noc).

Byłam chomikiem na karuzeli, kręciłam kółko za kółkiem, a mądre stwierdzenie, że droga jest celem, brzmiało w moich uszach jak szyderstwo.

3

Podczas następnych dwóch miesięcy zdarzyły się trzy rzeczy, które strąciły mnie z mojej dwudziestoczterogodzinnej karuzeli. Po pierwsze, bankomat wciągnął moją kartę kredytową. Po drugie, na walentynki dostałam w prezencie od swojej ulubionej koleżanki elektryczną poduszkę rozgrzewającą. Po trzecie, otrzymałam zaproszenie na wiosenny brunch u doktor Trundl.

Gdy pierwszego lutego po raz trzeci z rosnącą niecierpliwością wystukiwałam PIN na klawiaturze bankomatu, ponieważ wypłata podobno nie była możliwa, moja niebieska plastikowa karta zniknęła w głębinach maszyny na amen. Każdy człowiek pierwszego dnia miesiąca ma pieniądze na koncie, a zatem ja też. Na próbę nacisnęłam przycisk „Przerwij", a dopiero potem zauważyłam niewielki żółty napis na monitorze: „Karta zatrzymana".

Słyszałam za sobą zniecierpliwione szuranie. Kiedy z poczuciem winy się obejrzałam, stało za mną już pięć osób, które prawdopodobnie w tym czasie życzyły mi, żebym poszła do diabła.

- Wygląda na zepsuty - wymamrotałam i wetknęłam portfel z powrotem do torebki. Chociaż byłam absolutnie pewna, że na moim koncie musi być dostatecznie dużo pieniędzy - w każdym razie pod koniec miesiąca powinien wpłynąć przelew nie tylko z pensją, ale też tak zwana trzynastka, którą w Best & Seller raz w roku przyznawano wszystkim pracownikom, jeśli interesy szły dobrze - natychmiast pojawiło się to niemiłe uczucie, ogarniające mnie zawsze ogarnia, gdy w jakimś środku komunikacji publicznej nagle wstaje jeden z najbardziej niepozornych współpasażerów i woła ze srogą miną: „Bilety do kontroli proszę!". Od czasów szkolnych jeżdżę z aktualną, naładowaną kartą miejską, a jednak nie potrafię zapobiec temu, że natychmiast serce wali mi jak oszalałe.

Może to po prostu jakieś zadrapanie na karcie, próbowałam się uspokoić, kiedy wchodziłam do gmachu banku i stawałam przy okienku. A może powodem była krótka przerwa w dostawie prądu. Coś takiego czasem się zdarzało.

Pan Schnurr spojrzał na mnie okrągłymi jak guziki oczami misia i od razu poczułam się lepiej.

Pan Schnurr jest moim osobistym doradcą w filii banku Raiffeisen w południowej części Starego Miasta w Kolonii. To u niego kilka lat temu podpisałam umowę w sprawie systematycznego oszczędzania na zakup nieruchomości - gdy jeszcze myślałam, że kiedyś będę siedzieć we własnym domku z ogródkiem i jeść na tarasie własnoręcznie upieczone ciasto ze śliwkami - dobra, może nie w Rodenkirchen czy Marienburgu jak Johanna (ta szczęściara miała nadzianego dermatologa za męża), ale po drugiej stronie Renu, gdzie mieszkanie wśród zieleni było jeszcze w moim zasięgu.

Pan Schnurr przekonał mnie poza tym do bankowości internetowej, za co byłam mu nadzwyczajnie wdzięczna, bo oszczędzałam czas, a czas był - oprócz euro - walutą, której miałam najmniej. Gdyby przelewanie pieniędzy samo w sobie nie było smutną okolicznością, mogłabym nawet stwierdzić, że bankowość internetowa sprawiała mi ogromną przyjemność, kiedy już się do niej przekonałam.

- Dzień dobry, pani Berger - powiedział pan Schnurr. - Co mogę dla pani zrobić?

- Panie Schnurr - rzekłam zdenerwowana. - Co się dzieje z bankomatem? Właśnie wciągnął moją kartę.

Pan Schnurr uśmiechnął się do mnie, a potem zniknął za swoim komputerem.

- Chwileczkę, zaraz się dowiemy.

Gdy znów się pojawił, patrzył na mnie z troską.

Przykro mi, pani Berger, z bankomatem jest wszystko w porządku. Ale nie z pani kontem...

- Jak to nie z moim kontem, co jest z moim kontem? - powiedziałam zmieszana.

- No cóż... Hmm... - Pan Schnurr pochylił się ku mnie w okienku i ściszył głos. - Pani konto zostało zajęte.

- CO? - Zauważyłam, że zaczynam szybko i gwałtownie dyszeć. - Przez kogo?

- Przez miasto. - Rzucił kontrolne spojrzenie na monitor. -Najwyraźniej nie przelała pani dopłaty za przedszkole. To pięć tysięcy euro za ostatnie trzy lata.

- Ale ja co miesiąc płacę za przedszkole, dlaczego teraz chcą jakiejś dopłaty?

Pan Schnurr wzruszył ramionami.

- Być może w którymś momencie zaszeregowano panią do wyżej płatnej grupy. To możliwe?

- I w takiej sytuacji zajmują mi od razu konto? To mafijne metody! Myślałam, że żyjemy w państwie prawa - odparłam rozdrażniona.

Pan Schnurr zachował spokój.

- Cóż... zazwyczaj najpierw dostaje się dwa upomnienia z zarządu miasta, ale potem zajmują konto. To idzie całkiem szybko.

Przełknęłam ślinę i pomyślałam o wiklinowym koszu z nie-otwartymi kopertami, który stał pod moim biurkiem. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że od dłuższego czasu czytałam tylko miłe prywatne listy i kartki, wszystko inne od razu szło w odstawkę.

- Na miłość boską, Fritzi! - zawołała przerażona Johanna, gdy ostatnio była u mnie i odkryła pełny kosz. - Ale ty masz nerwy! Musisz otwierać te listy, zwłaszcza te w szarych kopertach, te są ważne! W przeciwnym razie jeszcze kiedyś trafisz do więzienia!

- Wszystko w swoim czasie - na luzie machnęłam ręką i się roześmiałam. Teraz jęknęłam.

- O mój Boże! - Patrzyłam na swojego osobistego doradcę szeroko otwartymi oczami. - Ile w ogóle jest na tym koncie?

Pan Schnurr z namysłem pokiwał głową.

- Po odliczeniu pięciu tysięcy euro mamy - powiedział „mamy", jak lekarz do pacjenta, i za to bardzo go ceniłam - mamy jeszcze trzydzieści trzy euro i pięćdziesiąt centów. Myślę, że w tej sytuacji limit wypłat został wyczerpany.

- O mój Boże! - znów wymamrotałam, a moje bojowe nastawienie było z pewnością o wiele mniejsze od prezentowanego zazwyczaj za pięć centów na niemieckich scenach.

- I co teraz zrobimy? - nie sposób było nie słyszeć drżenia w moim głosie. Co się robi, gdy już pierwszego dnia miesiąca limit wypłat jest wyczerpany?

- Teraz zadzwoni pani do zarządu miasta i wyjaśni tę sprawę. A potem pieniądze muszą zostać niezwłocznie przelane. W przeciwnym razie również wszystkie pani stałe zlecenia nie będą realizowane. - Próbował emanować niezachwianym optymizmem. - Znajdziemy jakieś rozwiązanie, pani Berger.

Z opuszczonymi ramionami przemykałam się do wyjścia. Jakaś emerytka z ufarbowanymi na fioletowo włosami patrzyła na mnie ze współczuciem, gdy otwierały się przede mną szklane drzwi banku.

- Wkrótce znów będą, dziecko. To tylko pieniądze - powiedziała i pocieszająco pokiwała głową.

Jak ogłuszona wsiadłam do swojego starego granatowego volva i modliłam się, żeby chociaż ono mnie teraz nie zawiodło. Ale mój wierny towarzysz podróży ze szwedzkiej stali po trzech próbach zapalił. Machinalnie skierowałam się do domu, gdzie Mona z Lilii grała w mau mau i nie podejrzewała, że w tej chwili nie jestem w stanie zapłacić jej za opiekę nad dzieckiem. Ale Mona w końcu studiowała pedagogikę społeczną i kilka razy miała już okazję zapoznać się z finansowymi i czysto ludzkimi otchłaniami rodzin w nędzy.

„Zajęte" - to słowo tłukło się w moich uszach. Brzmiało jak bankructwo, prywatna niewypłacalność i kryminalne matactwo, brzmiało jak „niezdolny do życia w społeczeństwie". I jak, uprzejmie proszę mi zdradzić, z trzydziestoma trzema euro i pięćdziesięcioma centami miałam przeżyć miesiąc?

Moje lęki dotyczące zubożenia rosły wraz z każdym przejechanym metrem. Jasne było, że nie dało się już powstrzymać społecznej degradacji. Musiałabym się wynieść ze swojego pięknego trzyipółpokojowego mieszkania w starej kamienicy pani Noller i przeprowadzić do wieżowca. Dwa pokoje bez balkonu w społecznie podejrzanym otoczeniu, gdzie po nocach słychać krzyki bitych kobiet i wrzaski pijanych mężczyzn. Moja mała Lilii musiałaby codziennie narażać życie w szkole podstawowej, gdzie dziewięćdziesiąt pięć procent uczniów to obcokrajowcy. Zrezygnowani nauczyciele, którzy pozwalają uczniom na lekcjach rapować typowe dla getta piosenki, składające się głównie z takich wyrażeń, jak „pedał", „świnia" i „jacięzałatwięstary". Noże sprężynowe i jointy we wszystkich kieszeniach spodni. Musiałabym skombinować Lilii gaz pieprzowy.

Byłam tak wyczerpana osobistym wideohorrorem, że zatrzymałam się na zielonym świetle, bo myślałam, że jest czerwone.

Za mną coś zatrąbiło, ale nie reagowałam. Potem ktoś energicznie zapukał w szybę i pojawiła się twarz policjanta.

Ze strachu zapadłam się głębiej w fotel. Prawdopodobnie miejski egzekutor należności działał ręka w rękę z miejscową policją. Z ociąganiem wcisnęłam przycisk automatycznego otwierania okien i opuściłam szybę.

- Przeleję pieniądze jeszcze dzisiaj - wyrzuciłam z siebie, a rumieniec pokrył mi twarz.

Policjant spojrzał na mnie zdziwiony.

- Płaci się tylko za jazdę na czerwonym świetle, nie za hamowanie na zielonym - powiedział powoli. - Mimo to powinna pani przynajmniej włączyć światła awaryjne, jeśli bez uprzedzenia staje pani na zielonym świetle, to może być niebezpieczne.

Niemo skinęłam głową i włączyłam światła awaryjne.

- Z panią wszystko w porządku?

Skinęłam głową jeszcze energiczniej i starałam się powstrzymać łzy.

Policjant zakłopotany przyłożył palce do czapki, a potem oboje usłyszeliśmy, jak dzwoni w torebce moja komórka. Kręciłam się nerwowo na siedzeniu. Może to Mona? Nagle sobie przypomniałam, że Lilii z rana coś mówiła o bolącym brzuchu. To Mona, byłam pewna!

Policjant widział moje rozdygotane spojrzenie i okazał miłosierdzie.

- No niech już pani odbierze, ale proszę się streszczać. Rozmowy telefoniczne są dozwolone tylko na poboczu.

Wyszarpałam komórkę z torebki, ale niebo okazało się łaskawe. Przynajmniej tego dnia miało nie być dla mnie żadnych nowych hiobowych wieści. Przy telefonie była nie opiekunka do dziecka Mona, lecz moja najlepsza przyjaciółka Johanna.

- Pójdziesz dziś wieczorem do kina? - zapytała.

- Teraz nie mogę rozmawiać, tuż obok mnie stoi policja -wyszeptałam konspiracyjnie.

- Policja? Coś się stało?

- Można tak powiedzieć - odparłam i dokonałam kompletnie bezsensownego w tej sytuacji odkrycia, że słowa „stać się" w naszych czasach właściwie używa się jeszcze tylko w negatywnym kontekście. Uznałam, że to wielka szkoda. W końcu teoretycznie stać się przecież mogły również rzeczy piękne.

- Nigdy więcej nie będę mogła pójść do kina - wyjaśniłam ponuro, gdy Johanna wieczorem siedziała u mnie w kuchni i z namysłem mieszała herbatę. W wiklinowym koszu znalazłam pierwsze upomnienie, a także drugie, pieniądze zostały przelane, limit debetu krótkoterminowo podniesiony, decyzja o zajęciu konta uchylona. Mona zaproponowała, że będzie się na razie zajmować Lilii bez zapłaty, a teraz rozważałam razem z Johanną, co mogłabym zrobić, by na stałe poprawić stan mojego zdebetowanego konta.

- Nie masz zupełnie nic na czarną godzinę?

Smętnie pokręciłam głową. Pieniądze zawsze jakoś mi się rozchodziły, a to, co jeszcze zostało, pochłonęło wysokie honorarium adwokata.

A może poprosiłabyś o podwyżkę albo wypłatę z góry za urlop?

- Ha, ha - powiedziałam. - W Best & Seller nie ma żadnych podwyżek, a w każdym razie nie tak po prostu. Doktor Trundl mnie wyśmieje.

- A co z twoją matką?

- Na miłość boską, tylko nie moja matka! Od śmierci taty i mojego rozwodu i tak wciąż się zamartwia. Gdybym jej powiedziała o zajęciu konta, dostałaby zawału. Poza tym w tej chwili jest w Ameryce u mojej siostry.

Rozpuściłam po kolei pięć łyżeczek miodu w herbacie i intensywnie się zastanawiałam.

- Wiesz co, od dziś będę kupować tylko czarny chleb z Aldiego. I ser. I płatki owsiane. To zdrowe i pożywne. Będę teraz oszczędzać jak szalona.

- Fritzi, ty w ogóle nie umiesz oszczędzać. Po prostu taka jesteś. - Johanna skubała nitkę miękkiej szarej sukienki z dzianiny, która otulała jej wyjątkowo szczupłą sylwetkę. - Poza tym od oszczędzania jeszcze nikt się nie wzbogacił. Pomyśl lepiej o tym, jak możesz zdobyć pieniądze.

- Sprzątać? Zagrać w lotto? Seks przez telefon? Zatrudnić się jako kelnerka? - wyliczyłam na palcach jednej ręki. Ta ostatnia opcja wydała mi się realna. - Mogłabym przecież w weekendy, kiedy Lilii jest u pana X, pracować jako kelnerka, robiłam to na studiach. Barmani również nieźle zarabiają.

Johanna przewróciła oczami.

- A kiedy masz zamiar spać? Nie mogłabyś robić czegoś bardziej sensownego? Co z korepetycjami z angielskiego? Studiowałaś przecież anglistykę i codziennie czytasz te swoje angielskie książki i maszynopisy. A rodzice zapłacą dziś każde pieniądze, tak są zrozpaczeni tym kretyńskim maturalnym egzaminem G8.

- Hmm - wymruczałam niechętnie. Johanna udzielała lekcji gry na pianinie w szkole muzycznej i była wspaniałym pedagogiem. Ja natomiast jeszcze dobrze pamiętałam to straszliwe ślęczenie nad angielskim z moją młodszą siostrą, które z cudowną regularnością kończyło się głośnym krzykiem, ponieważ byłam po prostu zbyt niecierpliwa i w końcu pytałam ją wyprowadzona z równowagi, czy jak zawsze nic nie zrozumiała, a ona wrzeszczała: „Jesteś totalnie podła!" i w ramach protestu rzucała zeszytami o podłogę.

W tym czasie moja mała siostrzyczka wyrosła na kobietę o dwie głowy wyższą ode mnie i mówiła po angielsku jak natwe speaker, z którego to powodu mogłam pozbyć się wyrzutów sumienia. Katharine, teraz nazywała siebie Cathy, przed czterema laty wyszła za mąż za profesora biologii z Chicago i całkiem zadowolona mieszkała z mężem i dwoma małymi, zachwyconymi bejsbolem synkami w tym windy city, do którego nasza matka jeździła w odwiedziny na kilka tygodni dwa razy w roku. Uczty Cathy z okazji Święta Dziękczynienia były spektakularne, raz nawet uszczęśliwiła nas w good old Germany upieczonym na złoto indykiem, a Lilii została kompletnie wyposażona w czapki, swetry z kapturem i T-shirty z napisami Chicago White Sox.

- Jako nauczycielka jestem zupełnie bezużyteczna, słowo - westchnęłam i pomyślałam, że chyba nieprędko wybiorę się do Chicago. Potem przyszedł mi do głowy pewien pomysł i prawie zakrztusiłam się gorącą herbatą. - Ale mogę przecież wynająć jeden pokój jakiemuś pilotowi. Albo gościom, którzy przyjeżdżają na targi. Oni zawsze szukają prywatnych kwater. Będę w tym czasie spała w salonie. Albo w pokoju dziecinnym. Lilii i tak przychodzi prawie co noc do mojego łóżka.

- Ależ proszę cię, Friederike! Nie mówisz tego poważnie, co? Twoje mieszkanie w ogóle nie nadaje się do przyjmowania gości na nocleg. Chociaż... taki atrakcyjny pilot... Przynajmniej od czasu do czasu miałabyś w domu jakiegoś faceta. Żyjąc tak, jak w tej chwili, nigdy już nikogo nie znajdziesz.

Johanna zeszła na swój ulubiony temat. Nie był to jednak mój ulubiony temat.

- Moje życie jest już i tak dostatecznie męczące - odparłam niechętnie. - A znalezienie kogokolwiek jest do obłędu wyczerpujące. Poza tym, co miałabym robić z kimkolwiek? Mogłabyś mi zdradzić?

Johanna przesunęła się z krzesłem wokół kuchennego stołu, objęła mnie ramieniem i popatrzyła na mnie błyszczącymi oczami.

- To już nie byłby wtedy ktokolwiek, tylko ten jedyny - powiedziała z optymizmem i uśmiechnęła się szeroko jak Audrey Hepburn.

Ten uśmiech był pierwszą rzeczą, która wpadła mi w oko podczas pewnego nudnego otwarcia wystawy w galerii przed dwunastoma laty. Trudno było, ba, było to prawie niemożliwe, nie poddać się czarowi tego uśmiechu. Był rozbrajający, uroczy i radosny. Tak też się nazywała: Johanna Fróhlich1.

- Ach, daj spokój, Gracie, założę się, że za rok albo dwa będziesz siedzieć z jakimś Carym Grantem gdzieś na Lazurowym Wybrzeżu, a twoje konto bankowe będzie pękać w szwach. W każdym razie facet twoich marzeń gra złodzieja precjozów, nieprawdaż?

Mimo woli roześmiałam się. Zazwyczaj Johanna naigrywała się z moich fantazji o Złodzieju w hotelu. „Nicea - co za stereotyp!", mówiła, albo: „Ratunku, moja przyjaciółka uważa się za Grace Kelly!".

A ja byłam zachwycona, gdy odkryłam, że jeszcze nigdy nie oglądała mojego ulubionego filmu, i mogłam sama zasypać tę dziurę w jej kinomańskiej edukacji.

- Mama będzie zachwycona - zacytowałam słynne końcowe zdanie z tego filmu w pozbawionej zapału próbie zdobycia się na dowcip.

- Tak, wszyscy będziemy ci zazdrościć! - rozmarzyła się Johanna. - A do tego czasu pozwól swojej starej przyjaciółce troszkę sobie pomóc. Mam jeszcze coś na czarną godzinę, o czym nie wie nawet Paul. - Rzuciła mi konspiracyjne spojrzenie.

- Ach, ty - odrzekłam wzruszona. - Nie, więc, to jest... to jest... naprawdę, w ogóle nie wiem, co powiedzieć.

Naprawdę nie chciałam, żeby Johanna dawała mi swoje pieniądze na czarną godzinę, ale w tym momencie nie zamieniłabym mojej przyjaciółki na żadnego mężczyznę świata. Nawet na Cary'ego Granta.

Następnego ranka rozwiązałam umowę oszczędnościową na zakup nieruchomości - przed czasem i ze znaczną stratą. Zdarzały się gorsze rzeczy, a na moim koncie znów pojawiła się spora suma.

Poczułam taką ulgę, że podczas przerwy obiadowej kupiłam sobie najdroższą torebkę w życiu. Elfriede Stricker prawie spadła z krzesła i zapytała mnie, czy odziedziczyłam spadek.

- Nie całkiem - powiedziałam. - Właśnie posłałam do piachu wpłaty na własny dom.

Potem wręczyłam podanie o urlop i pojechałam z Lilii na tydzień na narty do Montafon.

I kiedy moja córka z radosnymi okrzykami i wielkim zachwytem kończyła pierwszy kurs jazdy na nartach w swoim życiu, a moi przyjaciele i koledzy rzucili się w wir koloń-skiego karnawału, siedziałam z gorącą czekoladą na dworze, na słońcu, patrzyłam na pokryte śniegiem góry i niczego nie żałowałam.

1

Fróhlich (niem.) - radosny, wesoły (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

4

Jeśli w prezencie walentynkowym dostaje się od ulubionej koleżanki elektryczną poduszkę, człowiek powinien zacząć poważnie zastanawiać się nad swoim życiem.