Nie potrafię cię nienawidzić - Laura Bator - ebook
NOWOŚĆ

Nie potrafię cię nienawidzić ebook

Laura Bator

4,6

488 osób interesuje się tą książką

Opis

Książka nieodpowiednia dla osób poniżej 16. roku życia

Peyton

Ona chce zapewnić bezpieczeństwo młodszemu bratu. Chroni go przed destrukcyjnym wpływem ich matki, jednocześnie dbając o to, żeby nie znaleźli się na celowniku opieki społecznej. Wierzy, że kiedy skończy osiemnaście lat, wreszcie znajdzie dla niej i Morgana spokojny dom. Musi tylko wytrzymać do tej chwili i wszystko zacznie się układać.

Carter

On popełnił błąd. Wszedł do świata, z którego nie ma wyjścia, i teraz płaci za to najwyższą cenę. To sprawia, że jest zgorzkniały, wściekły na wszystko i wszystkich. Wydaje się jednak, że do nikogo innego nie pała tak wielką nienawiścią, jak do Peyton. Przysięga zrobić, co w jego mocy, żeby pozbyć się jej ze swojego życia.

To była nienawiść od pierwszego wejrzenia

Za kilka miesięcy ich rodzice się pobiorą, więc są zmuszeni do zamieszkania pod jednym dachem. On jej nienawidzi, ona się go boi, a do eskalacji tych emocji potrzebowali tylko przelotnego spotkania.

Czy może być gorzej?

Szybko się okazuje, że owszem. Wystarcza to, że Peyton poznaje w szkole pewnego uroczego, uśmiechniętego chłopaka, który zaczyna czuć do niej coś więcej…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 421

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (29 ocen)
23
1
4
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Kamila15P

Nie oderwiesz się od lektury

Jak zaczęłam czytać to nie potrafiłam się oderwać! Wspaniała historia, która wciąga od pierwszej strony, a zakończenie pozostawia czytelnika w takim zawieszeniu, że najlepiej na wczoraj potrzebny 2tom! Polecam przeczytać 💙💙💙💙
30
xxxaniaxxx456

Nie oderwiesz się od lektury

cudowna <3 a matka głównej bohaterki... ugh!
30
ipll10

Nie oderwiesz się od lektury

Genialna
30
Palaska34

Nie oderwiesz się od lektury

W takin monencie skonczyc ahh
10
monika7780

Nie oderwiesz się od lektury

fajna, polecam
10



Są lu­dzie, któ­rzy wcho­dząc do po­ko­ju, za­pa­la­ją świa­tło.

Ewie – za to, że ni­g­dy tego nie ro­bi­ła, ale nie mia­ła pro­ble­mu z tym, żeby po­sie­dzieć ze mną po ciem­ku i po­da­ro­wać mi za­pa­łki.

Prolog

Po­stu­ka­ła tip­sem w okien­ko te­stu. Raz, dru­gi. Po­ta­rła je, jak­by to mo­gło co­kol­wiek zmie­nić.

Nie zmie­ni­ło. Dru­ga kre­ska była zbyt wy­ra­źna, żeby po­zo­sta­wić miej­sce na ja­kie­kol­wiek wąt­pli­wo­ści. Po pro­stu tam wid­nia­ła, nie ro­bi­ąc so­bie nic z tego, że dla La­cey zna­czy­ła mniej wi­ęcej to samo, co na­de­jście bi­blij­nej apo­ka­lip­sy.

Od­blo­ko­wa­ła iPho­ne’a i za­częła wy­szu­ki­wać naj­bli­ższą ap­te­kę. Mu­sia­ła wzi­ąć ta­blet­kę. Jak naj­szyb­ciej. Nie mo­gła so­bie po­zwo­lić na trze­cie dziec­ko. Prze­cież wy­cho­wy­wa­ła już dwo­je bez­u­ży­tecz­nych dar­mo­zja­dów po­że­ra­jących wszyst­kie oszczęd­no­ści, a je­śli mia­ła­by być szcze­ra – nie chcia­ła żad­ne­go z nich.

Za­jście w ci­ążę w na­sto­let­nim wie­ku uwa­ża­ła za swo­ją naj­wi­ęk­szą ży­cio­wą po­ra­żkę. Ow­szem, jej były mąż nie po­sia­dał się z ra­do­ści i ko­chał có­recz­kę, ale La­cey mia­ła wra­że­nie, że ich zwi­ązek stra­cił przez to cały blask. Bran­don po­świ­ęcał ma­łej Pey­ton wi­ęk­szo­ść wol­ne­go cza­su, a prze­cież mó­głby spędzać go o wie­le przy­jem­niej z żoną.

Nie mó­wi­ąc już o tym, że gdy­by nie płacz­li­we: „Ta­tu­siu, wróć szyb­ko do domu”, to jej fa­cet na­dal by żył. A tak zo­sta­ła wdo­wą jesz­cze przed trzy­dziest­ką. O ile wcze­śniej cór­ka ją iry­to­wa­ła, to po tym nie mo­gła na nią pa­trzeć.

Cza­sa­mi mówi się, że ktoś ko­cha swo­je dziec­ko, ale go nie lubi. Ona nie czu­ła żad­nej z tych rze­czy – Pey­ton zwy­czaj­nie ją de­ner­wo­wa­ła. Za ka­żdym ra­zem, kie­dy jej mąż lub jego brat roz­pły­wa­li się nad małą, La­cey gry­zła za­zdro­ść.

Pó­źniej Bran­don uma­rł, a ona wpa­dła na któ­re­jś z im­prez i na świat przy­sze­dł jej syn. Chcia­ła zo­sta­wić go w szpi­ta­lu, ale sko­ńczy­ła w cia­snym miesz­ka­niu z dwój­ką ba­cho­rów i to wy­da­wa­ło się gor­sze od wszyst­kie­go, cze­go do tej pory do­świad­czy­ła.

Tyle do­bre­go, że Pey­ton była już na tyle ogar­ni­ęta, że da­wa­ła radę za­jąć się młod­szym bra­tem. La­cey nie ob­cho­dzi­ły szcze­gó­ły tego ukła­du. Do­pó­ki bez­pro­ble­mo­wo kon­ty­nu­owa­ła ży­cie, do któ­re­go przy­wy­kła, cór­ka mo­gła ba­wić się w tę całą ro­dzi­nę z ma­łym za­smar­ka­ńcem, pro­szę bar­dzo. Byle tyl­ko jej w to nie mie­sza­li.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku, ko­cha­nie?

Na dźwi­ęk gło­su Hud­so­na, fa­ce­ta, któ­ry zmaj­stro­wał jej naj­now­szy pro­blem, o mało nie upu­ści­ła te­stu do to­a­le­ty. Zu­pe­łnie za­po­mnia­ła, że mężczy­zna cze­ka na nią za drzwia­mi.

– Za­raz wyj­dę, skar­be­ńku, nie przej­muj się!

Mia­ła szczęście, że na nie­go tra­fi­ła. Nie chcia­ła za­prze­pa­ścić tych wszyst­kich ty­go­dni ura­bia­nia go. Po­przed­nie wpad­ki usu­wa­ła i gdy­by nie to, że tym ra­zem nie po­my­śla­ła za­wcza­su o kup­nie no­wych ta­ble­tek, nie mia­ła­by pro­ble­mu.

Wes­tchnęła cier­pi­ęt­ni­czo. Dla­cze­go ta­kie rze­czy mu­sia­ły się przy­da­rzać wła­śnie jej?!

I wte­dy La­cey olśni­ło. Zda­wa­ła so­bie spra­wę z tego, że Hud­son jest w niej za­ko­cha­ny. Tak, wie­dzia­ła o tym aż za do­brze, ale z dru­giej stro­ny wie­dzia­ła rów­nież, że to w ka­żdej chwi­li może się sko­ńczyć. Te­le­fon, któ­ry trzy­ma­ła w dło­ni, za­pach dro­gich per­fum, zło­ty pie­rścio­nek z bry­lan­tem na jej pal­cu. Ko­la­cje w naj­lep­szych re­stau­ra­cjach i mężczy­zna trak­tu­jący ją tak, jak­by świat poza nią nie ist­niał. To było wszyst­ko, cze­go od lat pra­gnęła.

I to mo­gło się sko­ńczyć, gdy tyl­ko znu­dzi się Hud­so­no­wi. Ale… Ten mężczy­zna ubó­stwiał swo­ją cór­kę. Był do bólu sku­pio­ny na ro­dzi­nie, cie­pło wy­ra­żał się na­wet o synu, któ­ry zda­wał się go żywo nie­na­wi­dzić.

Po­now­nie spoj­rza­ła na dwie kre­ski w okien­ku te­sto­wym. Prze­chy­li­ła gło­wę. W su­mie…

Po­pra­wi­ła w lu­ster­ku ma­ki­jaż, przy­wo­ła­ła na twarz uśmiech i ści­snęła w dło­ni test. Jesz­cze nie wie­dzia­ła, jak chce to uczy­nić, ale wszyst­ko po­wo­li kla­ro­wa­ło się w jej gło­wie. Mu­sia­ła po­świ­ęcić parę „przy­wi­le­jów”, ale je­śli dzi­ęki temu mia­ła sce­men­to­wać zwi­ązek… Była go­to­wa to zro­bić.

A dzie­cia­ki za­wsze mo­gła wy­słać do ja­ki­chś szkół. Naj­le­piej z in­ter­na­tem. Hud­son dys­po­no­wał na to środ­ka­mi.

Jed­nak mu­sia­ła po­go­dzić się z ich to­wa­rzy­stwem przy­naj­mniej w naj­bli­ższej per­spek­ty­wie. Ni­g­dy nie sądzi­ła, żeby by­cie po­strze­ga­ną jako ide­al­na part­ner­ka dla bo­ga­te­go praw­ni­ka wy­ma­ga po­ka­za­nia się w roli per­fek­cyj­nej mat­ki, ale da radę to ogar­nąć.

Hud­son cze­kał tuż za drzwia­mi. Krążył nie­spo­koj­nie po sy­pial­ni, kręcąc młyn­ka kciu­ka­mi. Nie było w tym nic dziw­ne­go, w ko­ńcu po­wie­dzia­ła mu, że go­rzej się po­czu­ła. Fa­cet wy­da­wał się aż prze­sad­nie opie­ku­ńczy względem niej, a ona… Cóż, ona ocze­ki­wa­ła do­kład­nie ta­kie­go trak­to­wa­nia.

I może jesz­cze po­zio­mu ży­cia, któ­ry mógł jej bez pro­ble­mu za­pew­nić.

– Jak się czu­jesz? – za­py­tał, do­pa­da­jąc do niej, gdy tyl­ko za­mknęła za sobą drzwi. – Wszyst­ko w po­rząd­ku? Po­trze­bu­jesz cze­goś? Może przy­nie­ść ci wody albo…

Uci­szy­ła go po­ca­łun­kiem. To wy­da­wa­ło się wła­ści­we, ale nie po­tra­fi­ła przy­wyk­nąć do tego, jak czu­je się w jego ra­mio­nach. Był mi­ęk­ki i ostro­żny. Nie mo­gła za­prze­czyć – to jej od­po­wia­da­ło. Lu­bi­ła być trak­to­wa­na jak ksi­ężnicz­ka, lu­bi­ła być cen­trum czy­je­goś świa­ta, ale cza­sem mia­ła wra­że­nie, że cze­goś w tym bra­ku­je. Wie­dzia­ła jed­nak, że dru­giej ta­kiej oka­zji może nie do­stać, a je­śli już mia­ła się sta­rzeć, to ra­czej w oto­cze­niu nudy i nie­sko­ńczo­ne­go źró­de­łka pie­ni­ędzy niż eks­cy­ta­cji i rów­no­cze­sne­go kle­pa­nia bie­dy.

– Mam coś dla cie­bie – szep­nęła mu do ucha.

– Masz coś dla mnie? – Spoj­rzał na nią z góry. – Nie ro­zu­miem, prze­cież wła­śnie…

Po­now­nie za­mknęła jego usta w po­ca­łun­ku. Je­śli przed chwi­lą mia­ła ja­kie­kol­wiek wąt­pli­wo­ści, to wła­śnie znik­nęły. Mo­gła zre­zy­gno­wać z odro­bi­ny wol­no­ści, kie­dy na sza­li le­ża­ło sy­pia­nie w je­dwab­nej po­ście­li i za­ku­py w tych uro­czych, dia­bel­nie dro­gich bu­ti­kach.

Po­ci­ągnęła Hud­so­na na łó­żko i usia­dła obok nie­go. Od razu ob­jął ją ra­mie­niem, jak­by sta­no­wi­ła coś cen­ne­go, na co na­le­ży szcze­gól­nie uwa­żać. Na jej usta wy­pły­nął mi­mo­wol­ny uśmiech.

– Wiem, że tego nie pla­no­wa­li­śmy – za­częła, sta­ran­nie do­bie­ra­jąc sło­wa. – Nie zna­my się prze­sad­nie dłu­go, ale ko­cham cię. Ty też mnie ko­chasz, praw­da?

Zmarsz­czył brwi, ale nie wa­hał się na­wet przez se­kun­dę.

– Oczy­wi­ście, że cię ko­cham. Dla­cze­go o to py­tasz?

– Bo by­ło­by do­syć nie­zręcz­nie, gdy­byś w tej chwi­li za­prze­czył.

I wte­dy po­ka­za­ła mu test. Czy się stre­so­wa­ła? Nie. Zdąży­ła po­znać Hud­so­na i wie­dzia­ła, że ro­dzi­na jest dla nie­go prio­ry­te­tem. Spo­sób, w jaki mó­wił o Mag­gie i Car­te­rze, to, jak słu­chał, gdy opo­wia­da­ła mu o swo­ich dzie­ciach. Poj­mo­wa­ła, że nie ist­nie­je lep­szy spo­sób, żeby za­pew­nić so­bie jego uczu­cia.

Po­chy­lił się nad te­stem, nie od­ry­wa­jąc oczu od dwóch kre­sek. Przez chwi­lę trwał za­mro­żo­ny, po czym roz­ja­śnił się w uśmie­chu. Po­wo­li pod­nió­sł na nią spoj­rze­nie.

– Je­steś w ci­ąży?

Przy­tak­nęła, na­umy­śl­nie mil­cząc. Ła­twiej było mar­ko­wać eks­cy­ta­cję, gdy głos nie drżał z obrzy­dze­nia na myśl o tym, co sta­nie się w ci­ągu ko­lej­nych mie­si­ęcy z jej cia­łem. Aż za do­brze pa­mi­ęta­ła to, jak dłu­go do­cho­dzi­ła do sie­bie po na­ro­dzi­nach syna.

Hud­son wci­ągnął ją w ob­jęcia i gwa­łtow­nie po­ca­ło­wał. Z za­do­wo­le­niem za­uwa­ży­ła, że jesz­cze ni­g­dy nie zro­bił tego w ten spo­sób.

– Będzie­my mie­li wspól­ne dziec­ko? – za­py­tał, gdy w ko­ńcu się od niej ode­rwał. – Chy­ba je­stem w szo­ku, mu­szę się upew­nić. Nie żar­tu­jesz, praw­da? Będę oj­cem?

– Prze­cież już nim je­steś. – Za­śmia­ła się. – Mag­gie to świet­na dziew­czy­na, do­brze ją wy­cho­wa­łeś.

Coś mi­ęk­kie­go po­ja­wi­ło się w spoj­rze­niu Hud­so­na. Wie­dzia­ła, jak bar­dzo za­le­ży mu na tym, żeby mia­ła do­bry kon­takt z jego cór­ką. Kosz­to­wa­ło ją to spo­ro wy­si­łku, bo Mag­gie to jed­na z tych grzecz­nych, uło­żo­nych na­sto­la­tek, któ­re boją się prze­by­wa­nia w złym to­wa­rzy­stwie. La­cey jed­nak dała z sie­bie sto pro­cent, żeby zdo­być jej względy.

Du­żym uła­twie­niem było to, że dziew­czy­na na co dzień miesz­ka­ła ze swo­ją mat­ką i łączy­ła przy­szło­ść z gra­ni­ca­mi Wa­lii. Co praw­da gdzieś z boku kręcił się rów­nież do­ro­sły już Car­ter, zbun­to­wa­ny sy­na­lek, ale po­dob­no za chwi­lę miał się wy­pro­wa­dzić, a wte­dy ona i Hud­son zo­sta­li­by sami w tej ba­jecz­nie dro­giej wil­li z ba­se­nem. Przez kil­ka mie­si­ęcy mu­sia­ła­by prze­męczyć się z dwój­ką swo­ich mało­let­nich pi­ja­wek, jed­nak… La­cey wie­dzia­ła, że coś wy­my­śli. W ko­ńcu po­tra­fi­ła usta­wić się w ży­ciu, praw­da?

A sko­ro już o usta­wia­niu się w ży­ciu mowa… Od­su­nęła się od Hud­so­na i spoj­rza­ła na nie­go py­ta­jąco.

– Je­steś szczęśli­wy, praw­da?

– Je­stem wi­ęcej niż szczęśli­wy – od­pa­rł z po­wa­gą, po czym uśmiech­nął się i po­now­nie ją po­ca­ło­wał. – Ni­g­dy nie sądzi­łem, że po tylu la­tach będę miał ko­lej­ne dziec­ko, ale je­stem praw­do­po­dob­nie naj­szczęśliw­szym czło­wie­kiem cho­dzącym po zie­mi. Będzie­my ro­dzi­ca­mi, wy­obra­żasz to so­bie? Będę miał dziec­ko z ko­bie­tą, któ­rą ko­cham i któ­ra ko­cha mnie.

– Ja też je­stem szczęśli­wa – od­po­wie­dzia­ła, jed­nak na­gle po­pa­trzy­ła na nie­go prze­pra­sza­jąco. Zu­pe­łnie tak, jak to so­bie wy­kal­ku­lo­wa­ła. – Je­stem bar­dzo szczęśli­wa, ale mu­szę wra­cać do domu. Wiesz, że Pey­ton i Mor­gan zo­sta­li z moją ku­zyn­ką, ale ona za parę dni wra­ca do pra­cy i nie chcę, żeby dzie­cia­ki tyle prze­sia­dy­wa­ły w pu­stym miesz­ka­niu. Już i tak zbyt dłu­go mnie nie było, na pew­no tęsk­nią, zwłasz­cza mło­dy. Ży­cie na dwa domy jest trud­ne, ale ja­koś so­bie po­ra­dzi­my, praw­da? Mu­si­my, nie zo­sta­wię ich sa­mych.

Hud­son po­trząsnął gło­wą, jak­by sam po­my­sł „ży­cia na dwa domy” wy­dał mu się po­zba­wio­ny sen­su. Za­mknął jej dło­nie we wła­snych.

– Nie mu­sisz zo­sta­wiać ich sa­mych. Prze­cież już o tym roz­ma­wia­li­śmy, ko­cha­nie. Po pro­stu przy­spie­szy­my na­sze pla­ny.

– Je­steś pe­wien? – za­py­ta­ła, choć je­dy­ną my­ślą krążącą po jej gło­wie było: Punkt dla mnie.

– Oczy­wi­ście że je­stem. Ni­g­dy nie by­łem ni­cze­go bar­dziej pew­ny. Wiem, że to odro­bi­nę za szyb­ko, ale nie chcę, że­byś w ci­ąży mu­sia­ła po­ko­ny­wać te wszyst­kie ki­lo­me­try. Już od daw­na pra­gnąłem po­znać Pey­ton i Mor­ga­na i to chy­ba naj­lep­sza oka­zja ku temu.

Wci­ąż ści­ska­jąc jej dło­nie, po­ci­ągnął La­cey na ko­ry­tarz. Pchnął naj­bli­ższe drzwi, za któ­ry­mi znaj­do­wał się jego pry­wat­ny sa­lo­nik. A przy­naj­mniej po­wi­nien się znaj­do­wać, bo te­raz w po­miesz­cze­niu nie było żad­nych me­bli.

Spoj­rza­ła py­ta­jąco na Hud­so­na, a on uśmiech­nął się lek­ko.

– To będzie po­kój Mor­ga­na. Po­my­śla­łem, że chcia­ła­byś mieć syna bli­sko sie­bie, w ko­ńcu jest jesz­cze mały. Mia­łem za­mó­wić eki­pę od re­mon­tów, żeby tro­chę tu odświe­ży­li, ale…

– Je­steś ko­cha­ny, skar­bie – prze­rwa­ła mu, za­sko­czo­na tym, jak bar­dzo trosz­czył się o jej pa­so­ży… dzie­ci.

O dzie­ci.

W tam­tym mo­men­cie do La­cey z całą mocą do­ta­rło, że ta ci­ąża jed­nak może być bło­go­sła­wie­ństwem. Je­śli uro­dzi Hud­so­no­wi uro­cze, ró­żo­we nie­mow­lę, fa­cet zro­bi dla niej wszyst­ko. Do­słow­nie wszyst­ko.

– Masz ra­cję – szep­nęła mu do ucha. – Nie ma na co cze­kać. Dzie­cia­ki będą za­chwy­co­ne. Wci­ąż o to­bie mó­wią i nie mogą się do­cze­kać, aż cię po­zna­ją.

Rozdział 1

Gdy­by ktoś kie­dyś po­wie­dział tej ma­łej dziew­czyn­ce w pi­łkar­skiej ko­szul­ce, że za kil­ka lat będzie ostro­żnie wy­su­wać się z ob­jęć młod­sze­go bra­ta, żeby zro­bić mu śnia­da­nie, wy­śmia­ła­by go.

By­łam eks­tra­wer­tycz­na do bólu, dzie­ci­ęco ego­istycz­na i roz­piesz­czo­na przez ta­tu­sia. A jed­nak w tym mo­men­cie krząta­łam się na pal­cach po kuch­ni, go­to­wa­łam mło­de­mu owsian­kę i ta­rłam ostat­nie ja­błko, żeby przy­pad­kiem się nim nie za­dła­wił.

Mia­łam sie­dem­na­ście lat, ar­cha­icz­ny te­le­fon z kla­wia­tu­rą i – przez ci­ągłe prze­pro­wadz­ki – ca­łko­wi­ty brak zna­jo­mych.

Mia­łam też bra­ta, nie­od­po­wie­dzial­ną mat­kę, a bio­rąc pod uwa­gę to ostat­nie ja­błko, rów­nież za­ku­py do zro­bie­nia.

Ży­cie bywa prze­wrot­ne i do­syć iro­nicz­ne, jak by na to nie pa­trzeć. Cóż, przy­naj­mniej mama nie kręci­ła się po domu od do­brych trzech ty­go­dni i ży­wi­łam ci­chą na­dzie­ję, że jesz­cze tro­chę będzie nas uni­kać.

Dzień za­po­wia­dał się na desz­czo­wy i ra­czej chłod­ny, więc chwy­ci­łam wi­szącą na krze­śle blu­zę i wsu­nęłam dło­nie w ręka­wy. Wy­szo­ro­wa­łam zęby nad ku­chen­nym zle­wem i wła­śnie ko­ńczy­łam zwi­ązy­wać wło­sy w nie­chluj­ny ku­cyk, gdy usły­sza­łam skrzy­pie­nie wer­sal­ki. Spo­mi­ędzy ko­ców wy­ło­ni­ła się gło­wa mo­je­go bra­ta. Jego pło­wa czu­pry­na ster­cza­ła pod nie­na­tu­ral­nym kątem, a na pra­wym po­licz­ku miał od­bi­ty ślad wła­snej dło­ni. Kie­dyś by mnie to nie roz­czu­li­ło, ale cza­sy się zmie­ni­ły.

Ja się zmie­ni­łam.

– Hej, kra­ker­sie – przy­wi­ta­łam się. – Głod­ny?

Za­wsze bu­dził się głod­ny, a je­śli mu­siał cze­kać na śnia­da­nie, ro­bił się ma­rud­ny i płacz­li­wy. Od po­cząt­ku tak było, już jako kil­ku­mie­si­ęcz­ny ma­luch do­no­śnym ry­kiem do­ma­gał się bu­tel­ki z mle­kiem, na­wet po pi­ęcio­mi­nu­to­wej drzem­ce. Szyb­ko na­uczył mnie, że jesz­cze za­nim na do­bre się obu­dzi, je­dze­nie po­win­no stać na sto­le.

Mor­gan po­ta­rł oczy i przy­czła­pał do kuch­ni, ści­ska­jąc pod pa­chą swo­je­go plu­szo­we­go mi­sia. Bez sło­wa wtu­lił się w mój brzuch, po­ci­ąga­jąc no­sem.

– Mama już wró­ci­ła? – za­py­tał, na­dal przy­tłu­mio­ny snem.

– Jesz­cze nie.

Od­su­nął się, wy­ra­źnie bar­dziej uszczęśli­wio­ny niż przed chwi­lą. Tak przy­pusz­cza­łam, że ta wia­do­mo­ść po­pra­wi mu hu­mor. Bez mamy w domu mo­gło być gło­śno, ni­ko­mu nie prze­szka­dza­ło bie­ga­nie czy ska­ka­nie po wer­sal­ce.

Mor­gan po­słał mi ten swój słod­ko­pier­dzący uśmiech czte­ro­lat­ka. Wdra­pał się na krze­sło i przy­ci­ągnął do sie­bie pla­sti­ko­wą mi­secz­kę, w któ­rej po­wo­li sty­gła jego owsian­ka, a ja wresz­cie mo­głam na spo­koj­nie ogar­nąć za­war­to­ść lo­dów­ki. Przy­da­ły­by się ja­kieś owo­ce i mle­ko dla Mor­ga­na, więc z bó­lem ser­ca zaj­rza­łam do port­fe­la.

Je­śli mama nie wró­ci w ci­ągu ty­go­dnia, będę mu­sia­ła wci­snąć mło­de­go ma­łże­ństwu z na­prze­ciw­ka i pó­jść pod­re­pe­ro­wać bu­dżet wy­pro­wa­dza­niem psów albo ja­ki­miś in­ny­mi sąsiedz­ki­mi przy­słu­ga­mi.

Za­nim na do­bre za­częłam się tym przej­mo­wać, mój te­le­fon za­wi­bro­wał, o mało nie spa­da­jąc przy tym z bla­tu. Zła­pa­łam go w ostat­niej chwi­li i moim oczom uka­za­ła się wia­do­mo­ść:

Obcy nu­mer: Już wró­ci­ła? P.

Pod­pi­sał się, bo do­sko­na­le wie­dział, że nie mam jego nu­me­ru na li­ście kon­tak­tów. Co, swo­ją dro­gą, było bez­sen­sow­ne, nikt inny nie mó­głby do mnie na­pi­sać, prócz nie­go mia­łam tyl­ko Mor­ga­na. Żad­nych zna­jo­mych, ale chy­ba już o tym wspo­mi­na­łam.

Mama pew­nie do­sta­ła­by sza­łu, gdy­by się do­wie­dzia­ła, że utrzy­mu­ję z nim kon­takt.

Ja: Wci­ąż sami.

Nie mu­sia­łam się pod­pi­sy­wać. Po­dej­rze­wa­łam, że ma mnie na szyb­kim wy­bie­ra­niu. I pew­nie tak było, bo te­le­fon roz­dzwo­nił się, jesz­cze za­nim do­sta­łam po­twier­dze­nie do­star­cze­nia wia­do­mo­ści. Z mi­mo­wol­nym uśmie­chem wci­snęłam zie­lo­ną słu­chaw­kę i zła­pa­łam pod­eks­cy­to­wa­ne spoj­rze­nie Mor­ga­na znad mi­ski.

– Hej, dzie­cia­ki! – Głos Peya prze­bił się przez char­cze­nie prze­sta­rza­łe­go gło­śni­ka.

– Cze­ść, wu­jek! – za­wo­łał mło­dy, roz­pry­sku­jąc wo­kół owsian­kę. – Tony wczo­raj za­bra­ła mnie na spa­cer i wiesz, co zna­le­źli­śmy?

Po­ło­ży­łam te­le­fon obok Mor­ga­na, zgar­nęłam z ko­mo­dy na­ręcze czy­stych ubrań i za­mknęłam się w ła­zien­ce. Mia­łam pod opie­ką czte­ro­lat­ka, więc rzad­ko uda­wa­ło mi się zna­le­źć chwi­lę na sa­mot­ny prysz­nic. Ja­sne, mo­gła­bym to ro­bić, kie­dy mały spał, ale sku­ba­niec ja­ki­mś cu­dem bu­dził się za ka­żdym ra­zem, gdy tyl­ko od­kręca­łam wodę.

Choć naj­chęt­niej sta­ła­bym pod go­rącym prysz­ni­cem mi­ni­mum pół go­dzi­ny, ogar­nęłam się w za­le­d­wie parę mi­nut. Woda jest dro­ga, a mama krzy­wo pa­trzy na zbyt wy­so­kie ra­chun­ki. Poza tym… Mia­łam nie­przy­jem­ne uczu­cie w żo­łąd­ku na myśl o tym, że je­śli nie wró­ci do ko­ńca mie­si­ąca, to będę mu­sia­ła się gło­wić, skąd wzi­ąć pie­ni­ądze. Gdy­by Pey się o tym do­wie­dział, praw­do­po­dob­nie nie da­łby mi żyć. Urządzi­łby ma­mie pie­kło, a ona naj­pew­niej uzna­ła­by wła­sną cór­kę za zdraj­czy­nię i znik­nęła, za­bie­ra­jąc ze sobą Mor­ga­na. Zmro­zi­ło mnie na samą myśl. Pa­mi­ęta­łam, jak wy­gląda­ło moje dzie­ci­ństwo po śmier­ci taty i nie chcia­łam, żeby mój brat miał ta­kie wspo­mnie­nia.

Kie­dy wci­ąga­łam na sto­py skar­pet­ki, drzwi ła­zien­ki uchy­li­ły się i w szpa­rze po­ja­wi­ła się ro­ze­śmia­na twarz Mor­ga­na.

– Wu­jek chce z tobą roz­ma­wiać.

No i o wil­ku mowa, choć Pey na­wet nie jest praw­dzi­wym wuj­kiem mo­je­go bra­ta. Tata uma­rł, kie­dy mia­łam osiem lat, a Mor­gan uro­dził się, kie­dy mia­łam ich trzy­na­ście. Mama ni­g­dy nie po­wie­dzia­ła mi, kto jest jego oj­cem. My­ślę, że sama tego nie wie­dzia­ła.

Prze­jęłam te­le­fon i z obrzy­dze­niem wy­ta­rłam reszt­ki owsian­ki z ekra­nu. Na szczęście ten mo­del oka­zał się pan­cer­ny, bo prze­żył już upa­dek z czwar­te­go pi­ętra, uto­pie­nie w to­a­le­cie i noc w lo­dów­ce.

Mały wci­ąż stał w drzwiach, przy­gląda­jąc mi się z za­cie­ka­wie­niem, więc po­sła­łam mu zna­czące spoj­rze­nie.

– Sko­ńczy­łeś już jeść?

– Nie mia­łem cza­su.

– Te­raz masz, więc idź i zjedz.

Na­dal nie ru­szał się z miej­sca, nie­chęt­ny do prze­by­wa­nia sa­mot­nie w in­nym po­miesz­cze­niu, na­wet je­śli to tyl­ko dwa jar­dy od­le­gło­ści i cien­ka ścia­na mi­ędzy nami.

Prze­wró­ci­łam ocza­mi i wy­pchnęłam go za drzwi.

– Dra­żet­ko, śnia­da­nie, już.

Kie­dy usły­sza­łam szu­ra­nie krze­sła po li­no­leum, ci­cho przy­mknęłam drzwi ła­zien­ki, zo­sta­wia­jąc je­dy­nie mi­kro­sko­pij­ną szpa­rę. Przy­ci­snęłam ra­mie­niem te­le­fon do ucha i wzi­ęłam się za roz­cze­sy­wa­nie mo­krych wło­sów.

– Już je­stem – mruk­nęłam do słu­chaw­ki.

– Hej, Tony, jak tam u was?

Uśmiech­nęłam się na dźwi­ęk gło­su wuj­ka. Okrop­nie mi go bra­ko­wa­ło. Często wy­cho­dzi­łam z Mor­ga­nem do bi­blio­te­ki i tam roz­ma­wia­li­śmy z Pey­em przez ka­mer­kę in­ter­ne­to­wą, ale praw­da była taka, że od śmier­ci taty oso­bi­ście wi­dy­wa­łam się z nim za­le­d­wie dwa razy do roku. W ta­jem­ni­cy przed mamą. Ni­g­dy nie bra­łam na te spo­tka­nia młod­sze­go bra­ta, bo ba­łam się, że mó­głby się jej nie­chcący wy­ga­dać.

– Nie jest źle – od­pa­rłam krót­ko, mo­dląc się, żeby nie drążył. – W domu spo­kój, ni­cze­go nam nie bra­ku­je. A jak u cie­bie?

– Zmie­niasz te­mat? – Do­bie­gł mnie jego szcze­kli­wy śmiech. – Nie będę do­py­ty­wał, je­śli tego nie chcesz. Wiesz, jak u mnie jest, wszyst­ko po sta­re­mu. Sta­ram się nie wy­chy­lać, ale lu­dzie co ja­kiś czas so­bie o mnie przy­po­mi­na­ją. Nie­daw­no zno­wu na ze­wnątrz za­ro­iło się od tych hien z apa­ra­ta­mi.

– Wi­dzia­łam rocz­ni­co­we fil­mi­ki na Tik­To­ku.

Co roku by­łam świad­kiem tego sa­me­go cyr­ku – wy­grze­by­wa­nie fil­mów i zdjęć sprzed pra­wie de­ka­dy i li­cze­nie na to, że sta­ną się vi­ra­lem. To na­gra­nie z ostat­niej wal­ki wuj­ka, zbli­że­nie na mo­ment, w któ­rym West ude­rzył go w tył gło­wy.

Za­go­to­wa­łam się na samą myśl o De­re­ku We­ście. To nie tak, że nie pró­bo­wa­łam mu wy­ba­czyć. Pró­bo­wa­łam, ale rana w moim ser­cu nie po­tra­fi­ła się za­go­ić. Jątrzy­ła się, choć Pey wci­ąż mi po­wta­rzał, że to nie była ni­czy­ja wina.

Do­bry na­strój mo­men­tal­nie się ulot­nił. Obo­je za­mil­kli­śmy na dłu­ższą chwi­lę. To na­sza wspól­na rocz­ni­ca, choć do­sko­na­le wie­dzia­łam, że on stra­cił wte­dy wi­ęcej ode mnie. Gdy­by tyl­ko te sępy mo­gły to po­jąć…

Pey nie miał już do nich cier­pli­wo­ści. Ro­bił się na to za sta­ry. Lu­dzie na­dal wi­dzie­li go jako mło­dzie­niasz­ka – ta­kie­go go za­pa­mi­ęta­li. W rze­czy­wi­sto­ści nie był już mło­dy, a przy­naj­mniej nie tak, jak ja­wił się w ich oczach. Był sła­by i po­ra­nio­ny w zbyt oczy­wi­sty spo­sób.

– Nie po­wi­nie­nem był ru­szać tego te­ma­tu – prze­pro­sił. – Twój tata…

– Daj spo­kój – prze­rwa­łam mu, pró­bu­jąc roz­lu­źnić at­mos­fe­rę. Ze­bra­łam roz­cze­sa­ne wło­sy na czub­ku gło­wy i spi­ęłam je klam­rą. – Te fil­mi­ki były bez­na­dziej­ne, tak swo­ją dro­gą. Cho­ciaż po­do­ba­ła mi się kom­pi­la­cja zdjęć, na któ­rych cho­wa­łeś się przed pa­pa­raz­zi w ka­wiar­ni, z taką tle­nio­ną blon­dyn­ką.

– Mu­sisz mi to zno­wu wy­po­mi­nać? – wy­mam­ro­tał zre­zy­gno­wa­nym gło­sem. – To była jed­no­ra­zo­wa po­my­łka, któ­ra ni­g­dy wi­ęcej nie mia­ła miej­sca. Zresz­tą, skąd mia­łem wie­dzieć, że będzie pró­bo­wa­ła mnie ca­ło­wać przed tymi wszyst­ki­mi apa­ra­ta­mi, żeby tyl­ko zy­skać pięć mi­nut sła­wy?

– Two­ja mina…

– A nie by­ła­byś prze­ra­żo­na na moim miej­scu? Zna­łem dziew­czy­nę od ja­ki­chś dwu­dzie­stu mi­nut i na­wet nie zdąży­łem jej za­py­tać, ile ma lat. A wy­gląda­ła na cho­ler­nie mło­dą i ba­łem się, że do wie­czo­ra zo­sta­nę okrzyk­ni­ęty pe­do­fi­lem!

W ko­ńcu nie uda­ło mi się utrzy­mać po­wa­żne­go tonu i za­częłam du­sić się ze śmie­chu.

– Ja nie wiem, po kim masz tę wro­dzo­ną zło­śli­wo­ść – fuk­nął Pey, ale w jego gło­sie usły­sza­łam nutę roz­ba­wie­nia.

– Jak to po kim? Moim wuj­kiem jest Pey­ton Ru­sty, mówi ci to coś?

– Za­raz się roz­łączę – za­gro­ził, choć obo­je wie­dzie­li­śmy, że ni­g­dy nie za­ko­ńczy­łby roz­mo­wy w ten spo­sób. – Je­steś okrop­na.

– Wci­ąż two­je geny – od­ci­ęłam się.

Drzwi ła­zien­ki po­now­nie się otwo­rzy­ły i sta­nął w nich Mor­gan. Skrzy­wi­łam się na wi­dok resz­tek owsian­ki na jego twa­rzy i przo­dzie pi­ża­my. Uśmiech­nął się roz­bra­ja­jąco i wy­ci­ągnął w moją stro­nę ubra­nia, któ­re wy­brał so­bie na ten dzień. Bez sło­wa po­ci­ągnęłam go na pla­sti­ko­wy sto­pień przed umy­wal­ką.

– Mu­szę ko­ńczyć, Mor­gan w ko­ńcu zja­dł śnia­da­nie i po­win­nam go po­rząd­nie wy­szo­ro­wać – oznaj­mi­łam Pey­owi. – Se­rio, ma owsian­kę na­wet w no­sie.

Mło­dy wy­glądał na wy­jąt­ko­wo dum­ne­go z sie­bie, kie­dy za­częłam ci­ągnąć za ręka­wy, żeby mógł wy­jąć z nich ręce bez roz­prze­strze­nie­nia ba­ła­ga­nu na całą ła­zien­kę. Cóż, przy­naj­mniej wspó­łpra­co­wał i po chwi­li jego pi­ża­ma wy­lądo­wa­ła w wan­nie.

– Ja­sne, dzie­cia­ki, nie będę wam prze­szka­dzał. Trzy­maj­cie się cie­pło. I gdy­by­ście cze­goś po­trze­bo­wa­li, Tony, daj mi znać.

– Nie ma pro­ble­mu – mruk­nęłam, choć pro­sze­nie Peya o po­moc było czy­mś, na co nie mo­głam so­bie po­zwo­lić. Pod­su­nęłam te­le­fon do ucha Mor­ga­na. – Drop­sie, po­że­gnaj się.

– Pa, pa, wuj­ku, ko­cham cię! – za­wo­łał z ca­łym swo­im dzie­ci­ęcym en­tu­zja­zmem.

– Trzy­maj­cie się!

Za­ko­ńczy­łam po­łącze­nie i odło­ży­łam te­le­fon na kra­wędź wan­ny.

– Go­to­wy na na­ukę nur­ko­wa­nia? – za­py­ta­łam Mor­ga­na.

– Aha!

Chwy­ci­łam go za kark i na­chy­li­łam jego gło­wę nad umy­wal­ką. Szo­ro­wa­łam mu twarz tak dłu­go, aż była ide­al­nie czy­sta i za­ró­żo­wio­na. Pó­źniej przy­tknęłam bra­tu chu­s­tecz­kę do nosa i ka­za­łam dmu­chać. To było obrzy­dli­we, ale zdąży­łam przy­wyk­nąć do ró­żnych okrop­no­ści zwi­ąza­nych z dzie­ćmi. Nic nie mo­gło po­bić zmia­ny pie­luch, kie­dy mło­dy miał gry­pę żo­łąd­ko­wą. Ze­mdli­ło mnie na samą myśl.

Po­mo­głam bra­tu wy­szo­ro­wać zęby, wło­żyć bie­li­znę i skar­pet­ki, a na­stęp­nie wy­pchnęłam go z ła­zien­ki. Skon­tro­lo­wa­łam ubra­nia, któ­re dla sie­bie wy­brał i ru­szy­łam za nim. Odło­ży­łam T-shirt na wer­sal­kę i si­ęgnęłam po nie­co już spra­ną blu­zę z kap­tu­rem.

– Chcia­łem ko­szul­kę z wo­zem stra­żac­kim, to moja ulu­bio­na – za­pro­te­sto­wał Mor­gan.

– Jest za zim­no na krót­ki rękaw.

Skrzy­żo­wał ręce na klat­ce pier­sio­wej i już wie­dzia­łam, że w grę wcho­dzi je­dy­nie wóz stra­żac­ki. Ktoś tu był w wy­jąt­ko­wo bo­jo­wym na­stro­ju tego dnia.

– Wca­le nie jest zim­no! Jest cie­pło!

– Jak za­cho­ru­jesz, to tra­fisz do szpi­ta­la. – Si­ęgnęłam po grub­szy ka­li­ber. – Dzie­ci leżą w szpi­ta­lu albo same, albo pod opie­ką oso­by do­ro­słej.

Mor­gan mo­men­tal­nie stra­cił za­pał do wal­ki, pa­trząc na mnie z nie­do­wie­rza­niem. Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi i rzu­ci­łam w nie­go blu­zą. Obo­je wie­dzie­li­śmy, że mama ni­g­dy w ży­ciu nie usie­dzia­ła­by w szpi­ta­lu. Jęk­nął prze­sad­nie gło­śno i za­czął szu­kać otwo­ru na gło­wę.

– To nie­spra­wie­dli­we – burk­nął gło­sem przy­tłu­mio­nym przez ma­te­riał.

– Ży­cie nie jest spra­wie­dli­we, kró­licz­ku – mruk­nęłam, ale mo­men­tal­nie ude­rzy­ły we mnie wy­rzu­ty su­mie­nia. Mor­gan był za mały, żeby wy­słu­chi­wać ta­kich mądro­ści. – Do­bra, mniej­sza z tym. Sko­ńcz się wresz­cie ubie­rać, to pój­dzie­my na za­ku­py.

– A ku­pisz mi coś słod­kie­go?

To py­ta­nie za­bo­la­ło moją kie­szeń. Mor­gan jak na ra­zie ły­kał wy­mów­kę, że śnia­da­nia ja­da­łam, za­nim on się bu­dził. Zwy­czaj­nie było mi szko­da wy­da­wać pie­ni­ądze na sie­bie, kie­dy mu­sia­łam za­dbać o to, żeby on co rano miał coś bar­dziej war­to­ścio­we­go na ta­le­rzu. Li­czy­łam, że się nie zo­rien­tu­je.

W ze­szłym mie­si­ącu wy­pa­trzył w skle­pie ana­na­sa. Trud­no było mi go prze­ko­nać, że po­win­ni­śmy wło­żyć do ko­szy­ka coś bar­dziej przy­ziem­ne­go. Do tej pory tego nie prze­bo­lał, choć – prócz tęsk­nych spoj­rzeń – już nie po­ru­szał te­ma­tu.

Wes­tchnęłam ci­ężko.

– Je­śli nie będziesz się tak guz­drał, to może ku­pi­my cze­ko­la­dę – obie­ca­łam, re­zy­gnu­jąc w my­ślach z no­wych bu­tów, na któ­re bez­sku­tecz­nie pró­bo­wa­łam odło­żyć od dłu­ższe­go cza­su.

Twarz mło­de­go po­ja­śnia­ła. Od razu uda­ło mu się wsu­nąć ręce w ręka­wy blu­zy. Po­de­rwał się, żeby zna­le­źć buty. Wte­dy jed­nak do mo­ich uszu do­bie­gł dźwi­ęk klu­cza wsu­wa­ne­go do zam­ka. Znie­ru­cho­mie­li­śmy. Uśmiech spły­nął z ust Mor­ga­na.

Po chwi­li drzwi się otwo­rzy­ły i mama we­szła do miesz­ka­nia. Wraz z nią wpa­dł do środ­ka za­pach po­dej­rza­nie dro­gich per­fum.

Mło­dy bez sło­wa za­czął sprzątać za­baw­ki z dy­wa­nu. Nie miał ich zbyt wie­le, ale do­sko­na­le wie­dział, że mama nie lubi, gdy leżą po­roz­rzu­ca­ne na podło­dze.

Spoj­rza­łam na nią zmie­sza­na, nie­pew­na tego, co tak wła­ści­wie się dzie­je. Mat­ka po­win­na wy­glądać na cho­ciaż fa­łszy­wie skru­szo­ną po trzech ty­go­dniach nie­obec­no­ści, któ­re, jak za ka­żdym ra­zem, mia­ły trwać je­dy­nie parę go­dzin. Tym ra­zem jed­nak sta­ła przede mną uśmiech­ni­ęta i w mar­ko­wych ubra­niach, na któ­re ni­g­dy nie by­ło­by nas stać.

– Hej, mamo – ode­zwa­łam się ostro­żnie. – Wszyst­ko w po­rząd­ku?

Zi­gno­ro­wa­ła moje py­ta­nie. Uśmiech­nęła się jesz­cze sze­rzej. Na­wet nie zdej­mu­jąc ubło­co­nych bu­tów, si­ęgnęła do sza­fy po na­sze sfa­ty­go­wa­ne wa­liz­ki.

– Mam dla was nie­spo­dzian­kę – oznaj­mi­ła pod­eks­cy­to­wa­nym gło­sem. – Prze­pro­wa­dza­my się, tym ra­zem już na sta­łe.

Rozdział 2

Za­ma­rłam. Mia­łam sie­dem­na­ście lat, czy­li zo­stał nie­ca­ły rok do mo­ich uro­dzin i do­pe­łnie­nia umo­wy, któ­rą za­wa­rłam z mamą. Li­czy­łam, że do tego cza­su uda mi się po­wstrzy­mać ją od ja­kich­kol­wiek prze­pro­wa­dzek.

To miesz­ka­nie wca­le nie było ta­kie złe. Ow­szem, wy­ma­ga­ło re­mon­tu i bra­ko­wa­ło w nim miej­sca na trzy oso­by, ale znaj­do­wa­ło się w spo­koj­nej, bez­piecz­nej oko­li­cy. No i sąsie­dzi z na­prze­ciw­ka nie mie­li pro­ble­mów z tym, żeby nie­od­płat­nie za­opie­ko­wać się Mor­ga­nem raz na ja­kiś czas, kie­dy po­trze­bo­wa­łam do­ro­bić.

Poza tym po­jęcie „na sta­łe” ozna­cza­ło w słow­ni­ku mo­jej mat­ki zu­pe­łnie co in­ne­go niż w moim. Tu­taj też mie­li­śmy zo­stać „na sta­łe”, a nie mi­nęło na­wet pół roku, od­kąd się wpro­wa­dzi­li­śmy. Bo­la­ło mnie to. Tym bar­dziej, że Mor­gan do­pie­ro nie­daw­no zdążył się za­akli­ma­ty­zo­wać.

Pa­trzy­łam, jak mama opró­żnia ko­lej­ne szu­fla­dy z ubrań, i tym ra­zem, o dzi­wo, na­wet za­da­wa­ła so­bie trud, żeby sta­ran­nie ukła­dać je w wa­liz­ce – przy po­przed­nich prze­pro­wadz­kach po pro­stu wrzu­ca­ła wszyst­ko do środ­ka jak leci.

– Dla­cze­go mu­si­my się prze­pro­wa­dzić? – za­py­ta­łam, na­dal oszo­ło­mio­na. Po­czu­łam, jak Mor­gan przy­kle­ja się do mo­jej nogi. In­stynk­tow­nie po­ło­ży­łam rękę na jego gło­wie. – Pil­no­wa­łam ra­chun­ków, miesz­ka­nie jest opła­co­ne. Nie ro­zu­miem, mamy ja­kieś kło­po­ty?

– Dla­cze­go mie­li­by­śmy mieć kło­po­ty? – To mu­sia­ło być py­ta­nie re­to­rycz­ne, mama często mie­wa­ła kło­po­ty z ró­żny­mi lu­dźmi. – Pey­ton, nie stercz w miej­scu, tyl­ko pa­kuj swo­je rze­czy. Na dole cze­ka na nas kie­row­ca. Nie mamy cza­su na bzdu­ry, we­źcie się wresz­cie za te tor­by.

Kie­row­ca? Wyj­rza­łam przez okno. Kil­ka pi­ęter ni­żej, na za­ka­zie par­ko­wa­nia, sta­ło czar­ne Vo­lvo z chro­mo­wa­ny­mi zdo­bie­nia­mi. Sa­mo­chód wy­glądał na ab­sur­dal­nie dro­gi. Zresz­tą, je­śli ktoś nie przej­mu­je się tym, że może do­stać man­dat, musi mieć na to pie­ni­ądze.

W tam­tym mo­men­cie mnie oświe­ci­ło. Dłu­ga nie­obec­no­ść mamy, a te­raz po­wrót w świet­nym hu­mo­rze i in­for­ma­cja, że się prze­pro­wa­dza­my. Już parę razy tak było, choć ni­g­dy tak na­gle. I ni­g­dy wcze­śniej nie uda­ło jej się zna­le­źć prze­sad­nie bo­ga­te­go fa­ce­ta, a już na pew­no nie ta­kie­go, któ­ry pi­sa­łby się na miesz­ka­nie z dwój­ką ob­cych dzie­cia­ków.

Wzi­ęłam Mor­ga­na na ręce, choć już ugi­na­łam się pod jego ci­ęża­rem. Wy­czy­ta­łam z twa­rzy bra­ta, że on też wie, co się dzie­je. Już ze dwa razy mama oznaj­mia­ła mu, że od tej pory ma no­we­go ta­tu­sia, choć ni­g­dy nie trwa­ło to dłu­żej niż parę mie­si­ęcy. By­łam na nią okrop­nie zła o to, że robi dzie­cia­ko­wi wodę z mó­zgu. Cóż, pierw­szy z nich nas ole­wał, a dru­gi wręcz prze­ciw­nie. Upi­jał się i za­nim mat­ka od nie­go ucie­kła, je­dy­ne, co mo­głam ro­bić, to chro­nić młod­sze­go bra­ta na­wet za cenę wła­sne­go bez­pie­cze­ństwa.

– Mamo, chy­ba mu­si­my po­roz­ma­wiać – za­częłam, sta­ra­jąc się nie wy­buch­nąć. – Mo­żesz mi do­kład­nie po­wie­dzieć, co się dzie­je?

– Mó­wisz, jak­byś tego nie wie­dzia­ła. – Do­pi­ęła wa­liz­kę ze swo­imi ubra­nia­mi i po­sta­wi­ła ją pod drzwia­mi.

– Wiem, co się dzie­je, ale nie ro­zu­miem dla­cze­go. Prze­cież pró­bo­wa­łaś już tyle razy i…

– Te­raz jest ina­czej – ob­ru­szy­ła się. – Hud­son jest inny, po­wa­żny i od­po­wie­dzial­ny. Wie o was i nie może się do­cze­kać, aż się po­zna­cie.

– Nie wiem, czy ja i Mor­gan chce­my go po­znać – stwier­dzi­łam ostro­żnie, sta­ran­nie do­bie­ra­jąc sło­wa. – Nie zna­my go, ty praw­do­po­dob­nie też nie­zbyt. Nie da się po­znać dru­gie­go czło­wie­ka w trzy ty­go­dnie.

Cza­sa­mi czu­łam się okrop­nie zmęczo­na fak­tem, że w na­szej ro­dzi­nie to ja by­łam tym od­po­wie­dzial­nym czło­wie­kiem, któ­ry ogar­niał ży­cie. Mu­sia­łam nim być, bo mama chy­ba utknęła z roz­wo­jem emo­cjo­nal­nym na po­zio­mie li­ce­alist­ki. Jak wy­tłu­ma­czyć trzy­dzie­sto­sze­ścio­let­niej na­sto­lat­ce, że prze­pro­wa­dza­nie się z dwój­ką dzie­ci do fa­ce­ta, któ­re­go zna tak krót­ko, to ra­czej kiep­ski po­my­sł?

– Hud­son to do­bry czło­wiek – za­zna­czy­ła, pew­na swe­go. – Ma dwo­je dzie­ci, tak jak ja. Mag­gie jest pra­wie w two­im wie­ku, to bar­dzo miła i mądra dziew­czy­na. Będzie­cie mia­ły oka­zję się po­znać, bo wła­śnie prze­by­wa w Sta­nach. Na co dzień miesz­ka z mat­ką w Wa­lii, ale wszyst­kie dłu­ższe prze­rwy od szko­ły spędza u Hud­so­na. To świet­ny oj­ciec, Mag­gie za nim prze­pa­da.

– A to dru­gie dziec­ko?

– Jest star­szy, rzad­ko bywa w domu. Poza tym nie­dłu­go się wy­pro­wa­dza, a Mag­gie wkrót­ce za­cznie stu­dia na pry­wat­nej uczel­ni w Wa­lii, więc będzie­cie mieć cały dom dla sie­bie.

Mama po­de­szła do mnie i wy­jęła Mor­ga­na z mo­ich ra­mion. Mło­dy pod­dał się temu, choć wy­glądał na bar­dzo nie­szczęśli­we­go. Po­sta­wi­ła go na zie­mi i wci­snęła mu do rąk spor­to­wą tor­bę.

– Za­cznij się pa­ko­wać, już – za­żąda­ła.

Po­słu­chał, choć jego ru­chy były ner­wo­we i po pro­stu wsy­py­wał swo­je rze­czy bez­ład­nie do środ­ka. Spoj­rzał na mnie bła­gal­nie, a ja po­czu­łam, że za­czy­nam się po­cić. Zła­pa­łam mat­kę za ra­mię, pró­bu­jąc na chwi­lę prze­rwać ten szał pa­ko­wa­nia i prze­mó­wić jej do roz­sąd­ku.

– Nie znasz tego ca­łe­go Hud­so­na! – stwier­dzi­łam do­bit­nie. – Może i jest do­brym oj­cem, ale skąd mo­żesz wie­dzieć, co robi za za­mkni­ęty­mi drzwia­mi? To były tyl­ko trzy ty­go­dnie! My­ślisz, że po­zna­ny w ba­rze fa­cet to do­bry ma­te­riał na chło­pa­ka?!

– Nie rób ze mnie idiot­ki! – wrza­snęła. Mor­gan sku­lił się i za­czął jesz­cze szyb­ciej wrzu­cać ubra­nia do tor­by. – Je­śli ci mó­wię, że tym ra­zem to coś in­ne­go, to tak jest! Wca­le nie znam go od trzech ty­go­dni. Cho­dzi­my ze sobą już trze­ci mie­si­ąc i my­ślę, że to aż nad­to. Poza tym wca­le nie po­zna­łam go w ba­rze, tyl­ko w ko­lej­ce u le­ka­rza. Od­wió­zł mnie do ho­te­lu po tym, jak ostat­nio skręci­łam kost­kę. Trosz­czył się o mnie, co­dzien­nie dzwo­nił i upew­niał się, czy nie po­trze­bu­ję po­mo­cy. Mar­twił się, ro­zu­miesz?!

Wes­tchnęłam z re­zy­gna­cją. Mama ko­cha­ła być trak­to­wa­na jak ksi­ężnicz­ka i od śmier­ci taty cały czas szu­ka­ła no­we­go ksi­ęcia z baj­ki, któ­re­mu wy­star­czy do szczęścia sam fakt jej ist­nie­nia. Cza­sa­mi my­śla­łam o tym, że oj­ciec po­zwa­lał na to wszyst­ko tyl­ko dla­te­go, że by­łam wpad­ką z ich mło­dzie­ńczych lat i czuł się w obo­wi­ąz­ku o nas dbać.

Po­ta­rłam oczy i uklękłam obok Mor­ga­na. Wy­jęłam z roz­trzęsio­nych dło­ni mło­de­go ko­szul­kę, sta­ran­nie ją zło­ży­łam i wci­snęłam na dno tor­by. Po­mo­głam mu spa­ko­wać się do ko­ńca i gdy za­czął zbie­rać nie­licz­ne za­baw­ki, ja wzi­ęłam się za swo­je rze­czy. Nie było tego dużo: tro­chę ubrań, te­le­fon z ła­do­war­ką, al­bum ze zdjęcia­mi i plu­szo­wy sło­nik, któ­re­go do­sta­łam kie­dyś od taty.

– Nie bądź ego­istycz­na, Pey­ton – wy­mam­ro­ta­ła mama, któ­ra wła­śnie wy­szła ze swo­jej sy­pial­ni z ko­lej­ną tor­bą. – Ja też mam pra­wo być szczęśli­wa.

– Oczy­wi­ście, że masz do tego pra­wo – burk­nęłam. – Nie mo­głaś po­cze­kać z tym do mo­ich uro­dzin? Wte­dy by­ło­by ci ła­twiej ko­goś zna­le­źć.

Mama sta­nęła nade mną z za­ło­żo­ny­mi ręka­mi.

– Nie ro­zu­miesz. Hud­son chce mieć mnie przy so­bie. Je­stem z nim w ci­ąży. To do­pie­ro dru­gi mie­si­ąc, ale…

Da­lej już nie słu­cha­łam. Skła­da­na wła­śnie blu­za wy­su­nęła mi się z rąk. Czy­ste prze­ra­że­nie zmro­zi­ło mnie na dłu­ższą chwi­lę. Ci­ąża? Te­raz, kie­dy do mo­ich osiem­na­stych uro­dzin po­zo­sta­ło tak nie­wie­le cza­su i wresz­cie mo­głam się uwol­nić od ży­cia pod jed­nym da­chem z mamą? Od ci­ągłej od­po­wie­dzial­no­ści za nią?

Ko­cha­łam Mor­ga­na. Ko­cha­łam go bar­dziej niż ona kie­dy­kol­wiek, ale nowe dziec­ko w na­szej ro­dzi­nie mo­gło wszyst­ko znisz­czyć. W tam­tym mo­men­cie po­zo­sta­ło mi tyl­ko mo­dlić się o to, żeby ten cały Hud­son fak­tycz­nie oka­zał się tak cu­dow­nym oj­cem i wzi­ął od­po­wie­dzial­no­ść za ba­cho­ra, któ­re­go zmaj­stro­wał mo­jej mat­ce.

Kie­dy ze­szli­śmy na dół ze wszyst­ki­mi tor­ba­mi, z cze­go wi­ęk­szo­ść na­le­ża­ła do mamy, kie­row­ca cze­kał na nas z otwar­tym ba­ga­żni­kiem. Był to ele­ganc­ko ostrzy­żo­ny mężczy­zna w mod­nych oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych i ide­al­nie skro­jo­nym gar­ni­tu­rze. Na pierw­szy rzut oka wi­dać, że pra­cu­je dla ko­goś bar­dzo ma­jęt­ne­go. Zresz­tą, sa­mo­chód z bli­ska rów­nież nie po­zo­sta­wiał ku temu żad­nych wąt­pli­wo­ści – prak­tycz­nie ba­łam się usi­ąść na nie­ska­zi­tel­nie bia­łej ta­pi­cer­ce, któ­rą obi­to fo­te­le.

– No już, wsia­daj­cie – rzu­ci­ła mama w na­szą stro­nę.

W środ­ku cze­kał fo­te­lik, je­den z tych wy­pa­sio­nych, dro­gich mo­de­li, któ­re wi­dy­wa­łam cza­sa­mi na re­la­cjach u ce­le­bry­tów. Mu­siał być pro­sto ze skle­pu, bo nie miał na­wet rysy. Po­sa­dzi­łam w nim Mor­ga­na i przez chwi­lę gło­wi­łam się, jak po­win­nam za­pi­ąć klam­rę przy pa­sach. Gdy wresz­cie do tego do­szłam, bez sło­wa wgra­mo­li­łam się na miej­sce obok bra­ta.

Mor­gan wy­glądał na prze­stra­szo­ne­go i rów­nie zre­zy­gno­wa­ne­go co ja. Nie ode­zwał się jed­nak na­wet sło­wem. W to­wa­rzy­stwie ob­cych lu­dzi był nie­śmia­ły i wy­jąt­ko­wo ci­chy. Chwy­ci­łam jego rękę w swo­je dło­nie.

– Będzie do­brze, pra­lin­ko. – Spró­bo­wa­łam go po­cie­szyć. – To tyl­ko kil­ka mie­si­ęcy, do­pó­ki nie sko­ńczę osiem­na­stu lat, praw­da?

Po­ki­wał nie­znacz­nie gło­wą, ale nie wy­glądał na prze­ko­na­ne­go.

– Nie chcę się prze­pro­wa­dzać do tego Hud­so­na – szep­nął. – Nie znam go.

– Ja też nie chcę, ale to tyl­ko na ja­kiś czas. Damy radę, praw­da?

– Tak, chy­ba tak…

Mia­łam na­dzie­ję, że te mie­si­ące upły­ną nam we względ­nym spo­ko­ju. Obo­je wie­dzie­li­śmy, że przy ma­mie to wca­le nie było ta­kie pew­ne. Do­da­jąc do tego rów­na­nia jej no­we­go chło­pa­ka, wszyst­ko mo­gło się tyl­ko nie­po­trzeb­nie skom­pli­ko­wać.

Wie­dzia­łam jed­no – co­kol­wiek by się dzia­ło, przede wszyst­kim mu­szę za­dbać o Mor­ga­na.

Rozdział 3

Mama od chwi­li we­jścia do sa­mo­cho­du nie­udol­nie pró­bo­wa­ła po­ka­zać się na­sze­mu kie­row­cy z jak naj­lep­szej stro­ny. Opo­wia­da­ła o tym, że dzie­ci są bło­go­sła­wie­ństwem, i ćwier­ka­ła do Mor­ga­na, na­zy­wa­jąc go „swo­im sło­necz­kiem”. Naj­chęt­niej wci­snęła­bym w uszy słu­chaw­ki i prze­spa­ła pod­róż, ale nie chcia­łam zo­sta­wiać jej mło­de­go na srebr­nej tacy.

Kie­dy po kil­ku­dzie­si­ęciu mi­nu­tach mat­ka wresz­cie prze­ko­na­ła się, że sie­dzący obok niej mężczy­zna nie jest zbyt roz­mow­ny, za­szy­ła się w te­le­fo­nie. Mia­ła set­ki przy­ja­ció­łek od ser­ca, młod­szych od niej, ale rów­nie za­ko­cha­nych w ko­rzy­sta­niu z ży­cia pe­łną pier­sią.

Mor­gan wci­ąż się nie od­zy­wał, wpa­tru­jąc się z po­nu­rą miną w kra­jo­braz za oknem. Z ner­wów sku­bał skór­ki wo­kół pa­znok­ci. Od cza­su do cza­su spo­glądał na mnie z na­dzie­ją, jak­by li­czył na to, że będę w sta­nie ochro­nić go przed no­wym po­my­słem na­szej mamy. Za­ci­snęłam pal­ce na jego dło­ni, pró­bu­jąc do­dać mu otu­chy. W tam­tym mo­men­cie nie po­tra­fi­łam za­ofe­ro­wać ni­cze­go in­ne­go, co było cho­ler­nie przy­gnębia­jące.

W po­rze lun­chu kie­row­ca za­ha­czył o McDri­ve’a i po­zwo­lił nam wy­brać coś do je­dze­nia. Tego dnia rów­nież omi­nęłam śnia­da­nie, więc mój brzuch skręcał się z gło­du na myśl o cie­plut­kim che­ese­bur­ge­rze i fryt­kach. Mło­dy nie od­wa­żył się po­pro­sić o co­kol­wiek, więc za­mó­wi­łam dla nie­go ze­staw dzie­ci­ęcy z ja­kąś bez­na­dziej­ną kar­to­no­wą za­baw­ką. Za­zwy­czaj na taką roz­pu­stę po­zwa­la­li­śmy so­bie je­dy­nie w dniu jego uro­dzin, więc mia­łam na­dzie­ję, że to choć odro­bi­nę po­pra­wi mu hu­mor.

Kie­dy sło­ńce za­częło chy­lić się ku za­cho­do­wi, wresz­cie wje­cha­li­śmy do Cam­bry, jak oznaj­mił mężczy­zna za kie­row­ni­cą. Mia­sto było jed­nym z tych wi­ęk­szych i tak wła­ści­wie nie wy­ró­żnia­ło się ni­czym szcze­gól­nym. Po ja­ki­mś cza­sie mi­nęli­śmy cen­trum pe­łne wie­żow­ców i dro­go wy­gląda­jących skle­pów, aż w ko­ńcu zna­le­źli­śmy się w dziel­ni­cy mo­der­ni­stycz­nych wil­li. Cho­ler­nych wil­li z pry­wat­ny­mi ba­se­na­mi, kor­ta­mi te­ni­so­wy­mi i spor­to­wy­mi sa­mo­cho­da­mi na pod­jaz­dach. Pa­trzy­łam na to wszyst­ko onie­mia­ła. Vo­lvo za­częło zwal­niać, a ja po­wo­li prze­nio­słam spoj­rze­nie na swo­ją mamę. Ja­kim cu­dem ko­muś jej po­kro­ju uda­ło się wy­rwać miesz­ka­jące­go tu bo­ga­cza?

Zna­le­źli­śmy się przed jed­ną z tych re­zy­den­cji, bia­łą, pe­łną mar­mu­rów i prze­szkleń. Bra­ma się otwo­rzy­ła i kie­row­ca za­par­ko­wał na ka­mien­nym pod­je­ździe. Wszyst­ko było ja­sne, dro­gie i za­pew­ne zgod­ne ze spój­ną wi­zją ja­kie­goś ar­chi­tek­ta. Jesz­cze ni­g­dy nie wi­dzia­łam tak za­dba­nej tra­wy – ide­al­nie zie­lo­nej, gęstej. Przy drzwiach we­jścio­wych za­mon­to­wa­no na­wet no­wo­cze­sną wa­ria­cję na te­mat fon­tan­ny – woda ła­god­nie spły­wa­ła po szkla­nej ta­fli.

Mama nie wy­gląda­ła na szcze­gól­nie za­sko­czo­ną, pew­nie wi­dzia­ła to wszyst­ko już wie­le razy. Ni­g­dy nie by­ły­śmy zbyt bli­sko, nie spędza­ły­śmy cza­su na dziew­czy­ńskich roz­mo­wach jak z fil­mów Di­sneya, ale czu­łam się głębo­ko ura­żo­na, że ni­cze­go mi wcze­śniej nie po­wie­dzia­ła. Spo­ty­ka­ła się z ja­ki­mś bo­ga­tym fa­ce­tem – z pry­wat­nym kie­row­cą i wła­sną wil­lą – od trzech mie­si­ęcy wi­ąza­ła z nim przy­szło­ść. Czy to nie jest coś, o czym po­win­na wspo­mnieć wła­snym dzie­ciom?

Drzwi re­zy­den­cji otwo­rzy­ły się i na ze­wnątrz wy­sze­dł wy­so­ki mężczy­zna w do­pa­so­wa­nym gar­ni­tu­rze i oku­la­rach w ro­go­wych opraw­kach. Wy­glądał, jak­by prze­kro­czył już pi­ęćdzie­si­ąt­kę, jego ciem­ne wło­sy prze­ty­ka­ła si­wi­zna, ale miał cie­płe, przy­ja­zne spoj­rze­nie. Ode­tchnęłam w my­ślach, bo zde­cy­do­wa­nie nie przy­po­mi­nał psy­cho­pa­ty.

Może nie będzie tak źle.

Uchy­lił przed mamą drzwi sa­mo­cho­du, a ona wy­szła wprost w jego ob­jęcia. Wy­szep­ta­ła mu coś na ucho. Uśmiech­nął się lek­ko i oswo­bo­dziw­szy się z jej ra­mion, spoj­rzał na mnie i Mor­ga­na. Mały zdążył za­snąć ja­kąś go­dzi­nę temu. Zbie­ra­jąc w so­bie całą od­wa­gę, chwy­ci­łam za klam­kę. Nie ro­bi­łam tego pierw­szy raz, mat­ka już kil­ku­krot­nie sta­wia­ła mnie przed swo­imi ko­lej­ny­mi part­ne­ra­mi, ale za­wsze stre­so­wa­łam się tak samo.

Za­nim zdąży­łam otwo­rzyć drzwi, mężczy­zna zro­bił to za mnie z szar­manc­kim uśmie­chem. Za­pro­po­no­wał mi dłoń, ale nie si­ęgnęłam po nią. Nie po­trze­bo­wa­łam po­mo­cy.

– Pey­ton, praw­da? – za­py­tał, gdy sta­nęłam przed nim. – La­cey wie­le mi o to­bie opo­wia­da­ła.

Szcze­rze w to wąt­pi­łam. Pew­nie po­wie­dzia­ła mu o tym, że już ma dzie­ci, do­pie­ro wte­dy, kie­dy z nim wpa­dła.

– Tony – przed­sta­wi­łam się zdrob­nie­niem, któ­rym na­zy­wał mnie tata.

– Tony, po­sta­ram się za­pa­mi­ętać. Ja na­zy­wam się Hud­son, pew­nie two­ja mama też ci wie­le o mnie opo­wia­da­ła. Wy­szło odro­bi­nę nie­zręcz­nie, że wcze­śniej nie mia­łaś cza­su mnie po­znać, ale my­ślę, że będzie ci się do­brze miesz­ka­ło w moim domu.

Mama wie­le mi o nim opo­wia­da­ła? A ja nie mia­łam cza­su go po­znać? Rzu­ci­łam mat­ce ukrad­ko­we spoj­rze­nie, a ona po­pa­trzy­ła na mnie zna­cząco i już wie­dzia­łam, że w co­kol­wiek gra­ła, mia­łam wszyst­ko po­twier­dzać. Po­wtó­rzy­łam so­bie w my­ślach, że to tyl­ko na te kil­ka mie­si­ęcy przed mo­imi uro­dzi­na­mi, i po­sta­ra­łam się nie wy­glądać tak, jak­bym za­raz mia­ła wy­buch­nąć. Jesz­cze tyl­ko tro­chę i będę mieć to za sobą.

– Miło mi w ko­ńcu pana po­znać, pa­nie…

– Ross – wtrąci­ła mama. – Za­po­mnia­łaś, Pey­ton?

– Ja…

– Może być Hud­son, nie mam z tym pro­ble­mu. – Mężczy­zna po­słał mi uspo­ka­ja­jący uśmiech i zer­k­nął na tył sa­mo­cho­du. – A to jest mały Mor­gan, praw­da? Może za­nio­sę go do środ­ka i po­ło­ży­my go do łó­żka?

– Nie trze­ba, po­ra­dzę so­bie – rzu­ci­łam, in­stynk­tow­nie sta­jąc mi­ędzy nim a śpi­ącym w fo­te­li­ku dziec­kiem. – Mor­gan jest do­syć nie­śmia­ły i le­piej, żeby obu­dził się przy kimś, kogo zna.

Hud­son uśmiech­nął się do mnie lek­ko, jak do spło­szo­ne­go zwie­rzęcia, po czym zro­bił krok w tył. Mama po­sła­ła mi ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie, jak­bym w ka­żdej chwi­li mo­gła znisz­czyć cały jej mi­ster­ny plan.

– Są ze sobą bar­dzo zwi­ąza­ni… – za­częła tłu­ma­czyć.

Nie słu­cha­łam da­lej. Wy­pi­ęłam mło­de­go z pa­sów i ostro­żnie wzi­ęłam na ręce. Uło­żył się wy­god­nie w mo­ich ra­mio­nach. Jego gło­wa opa­dła na mój bark. Był już dla mnie nie­co za ci­ężki, ale na­dal da­wa­łam so­bie z tym radę. Rósł mi prak­tycz­nie na rękach, więc mia­łam czas, żeby przy­zwy­cza­ić się do jego wagi.

Hud­son prze­pu­ścił nas w drzwiach, a po­tem ru­szył na pi­ętro po błysz­czących scho­dach, z szy­bą w miej­scu po­ręczy. Ge­stem wska­zał, bym kie­ro­wa­ła się za nim. Mama znik­nęła w głębi domu, a ja po­szłam za mężczy­zną, sta­ra­jąc się nie roz­glądać wo­kół. Wszyst­ko tu było dro­gie, mar­mu­ro­we podło­gi i bla­ty, me­ble z praw­dzi­we­go drew­na. Rzu­ci­ło mi się w oczy ogrom­ne, szkla­ne sie­dzi­sko w kszta­łcie jaja, zwi­sa­jące z su­fi­tu. Pey miał kie­dyś do­mek nad mo­rzem w po­dob­nym sty­lu, ale od lat ta­kie wnętrza wi­dy­wa­łam je­dy­nie na ekra­nie te­le­wi­zo­ra.

Pey! Prze­klęłam się w my­ślach za to, że nie na­pi­sa­łam do nie­go jesz­cze z sa­mo­cho­du. Nie chcia­łam go nie­po­ko­ić, ale był dla mnie jed­ną z naj­bli­ższych osób i wie­dzia­łam, że nie dam rady ukryć przed nim prze­pro­wadz­ki. Pew­nie będzie się mar­twił, ale chcia­łam, żeby wie­dział.

Na­gle usły­sza­łam do­cho­dzący z po­dwór­ka ostry dźwi­ęk pra­cy sil­ni­ka ja­kie­goś po­tężne­go mo­to­cy­kla. Po chwi­li uci­chł i drzwi fron­to­we za­mknęły się z gło­śnym trza­skiem. Mor­gan po­ru­szył się nie­spo­koj­nie, ale na szczęście wci­ąż spał. Hud­son za­ma­rł u szczy­tu scho­dów. Jego twarz przy­bra­ła wy­raz re­zy­gna­cji i już otwie­rał usta, ale nie zdążył nic po­wie­dzieć. Po­spiesz­ne kro­ki prze­ci­ęły ko­ry­tarz i skie­ro­wa­ły się w na­szą stro­nę.

Chło­pak, a ra­czej mężczy­zna, za­trzy­mał się przed pierw­szym stop­niem i spoj­rzał pro­sto na mnie. Prze­łk­nęłam ner­wo­wo śli­nę, czu­jąc go­rąco wpły­wa­jące na po­licz­ki. Od kie­dy uro­dził się Mor­gan, nie mia­łam zbyt wie­le kon­tak­tu z lu­dźmi, a tym bar­dziej z mężczy­zna­mi.

Był wy­so­ki i po­tężnie zbu­do­wa­ny, a głębo­ko osa­dzo­ne oczy i wy­ra­źne brwi spra­wi­ły, że prak­tycz­nie zmi­ękły mi ko­la­na. Jego ciem­ne wło­sy wy­gląda­ły, jak­by żyły wła­snym ży­ciem, a kil­ku­dnio­wy za­rost ca­łkiem nie­źle pod­kre­ślał kszta­łt pro­sto­kąt­nej szczęki. Na twa­rzy miał parę podłu­żnych, wy­bla­kłych blizn. Jed­na ci­ągnęła się przez na­sa­dę nosa, ale to wca­le nie spra­wia­ło, że wy­glądał na mniej przy­stoj­ne­go.

Pa­trzył na mnie przez uła­mek se­kun­dy, wy­ra­źnie zszo­ko­wa­ny moją obec­no­ścią, ale po chwi­li na jego twarz wpły­nęła czy­sta wście­kło­ść. Zmie­rzył Hud­so­na ro­ze­źlo­nym spoj­rze­niem.

– Ro­zu­miem na­sto­let­nią dziw­kę, któ­ra za­ci­ąży­ła jesz­cze w pod­sta­wów­ce, ale na chuj ci jej dzie­ciak? – wy­sy­czał, a ja in­stynk­tow­nie zro­bi­łam krok w tył, pró­bu­jąc usu­nąć się z pola ra­że­nia. – Aż tak bar­dzo lu­bisz nisz­czyć ży­cie ma­łym chłop­com?

Zmro­zi­ło mnie. Czy on fak­tycz­nie za­su­ge­ro­wał na te­mat Hud­so­na to, o czym po­my­śla­łam? Spoj­rza­łam ostro­żnie na part­ne­ra mo­jej mamy.

– Car­ter! – wark­nął Hud­son ostrze­gaw­czym to­nem. – Gdy­byś by­wał w domu częściej niż raz na ty­dzień i nie uni­kał mnie jak ognia, wie­dzia­łbyś, że Pey­ton jest sio­strą Mor­ga­na i wła­śnie wpro­wa­dza­ją się ze swo­ją mamą.

– Szcze­rze? Mam to w du­pie – burk­nął chło­pak. – Nie ob­cho­dzi mnie, z kim się ru­chasz, ale ja też tu miesz­kam i mam pra­wo de­cy­do­wać o tym, kogo będę miał za ścia­ną.

– Trak­tu­jesz ten dom jak ho­tel, a to z au­to­ma­tu po­zba­wia cię pra­wa do ja­kich­kol­wiek de­cy­zji o tym, kto tu za­miesz­ka.

– Cu­dow­nie. Po pro­stu, kur­wa, cu­dow­nie.

Car­ter wbie­gł po scho­dach. Ro­bi­łam wszyst­ko, żeby tyl­ko na nie­go nie pa­trzeć, ale, na moje nie­szczęście, trącił mnie łok­ciem, prze­cho­dząc obok. Za­trzy­mał się i rzu­cił mi po­gar­dli­we spoj­rze­nie. Cho­le­ra, był wy­ższy o gło­wę i gó­ro­wał nade mną ni­czym Go­liat nad Da­wi­dem.

W ułam­ku se­kun­dy na­chy­lił się i zbli­żył usta do mo­je­go ucha.

– Znik­nie­cie stąd szyb­ciej, niż ci się wy­da­je – wy­szep­tał, a ja po­czu­łam jego od­dech na skó­rze. – Wy­pier­da­laj z tego domu z tym swo­im bra­cisz­kiem, bo gwa­ran­tu­ję ci, że nie będzie wam się do­brze żyło ze mną pod jed­nym da­chem.

Za­to­czy­łam się do tyłu, a Mor­gan za­czął się wier­cić w mo­ich omdla­łych z wy­si­łku ra­mio­nach. O mało go nie upu­ści­łam, bo przez chwi­lę za­po­mnia­łam, że mam go na rękach. Szok szyb­ko prze­ro­dził się we wrzący gniew, przed ocza­mi po­czer­wie­nia­ło mi ze zło­ści. Jak on śmiał mi gro­zić?! Jak śmiał gro­zić, że cho­ćby krzy­wo spoj­rzy na mo­je­go bra­ta?!

Za­nim zdąży­łam co­kol­wiek od­po­wie­dzieć, Hud­son chwy­cił Car­te­ra za ra­mię i spoj­rzał na nie­go ostrze­gaw­czo. Pew­nie spró­bo­wa­łby go od­ci­ągnąć, w ko­ńcu był nie­wie­le ni­ższy od syna, ale chło­pak po­stu­rą przy­po­mi­nał wi­kin­ga. Jego mi­ęśnie wy­ra­źnie ry­so­wa­ły się pod ma­te­ria­łem ko­szul­ki.

Car­ter bez sło­wa wy­rwał ra­mię i, rzu­ca­jąc mi ostat­nie wy­zy­wa­jące spoj­rze­nie, znik­nął w wąskim ko­ry­ta­rzu na pra­wo od scho­dów. Gło­śny trzask drzwi spra­wił, że pra­wie pod­sko­czy­łam.

Hud­son spoj­rzał na mnie zre­zy­gno­wa­ny, ale z wy­ra­źnym po­czu­ciem winy w oczach.

– Przy­kro mi, że mu­sia­łaś brać w tym udział. – Po­ta­rł twarz, na­gle star­szy o ja­kieś dzie­si­ęć lat. – Car­ter jest moim sy­nem, ale nie utrzy­mu­je­my zbyt bli­skich sto­sun­ków. Ma dwa­dzie­ścia je­den lat i śpi tu może raz na kil­ka dni, w dzień prak­tycz­nie go nie wi­du­ję, więc nie sądzę, że­byś zbyt często na nie­go wpa­da­ła. To, co ci mó­wił…

– Nic się nie sta­ło, na­praw­dę – wy­mam­ro­ta­łam, na­dal odro­bi­nę oszo­ło­mio­na. Z pew­no­ścią nie chcia­łam z nim te­raz o tym roz­ma­wiać. – Mo­że­my prze­ło­żyć tę roz­mo­wę na kie­dy in­dziej? Chcia­ła­bym po­ło­żyć Mor­ga­na, za­nim na do­bre się roz­bu­dzi.

– Ja­sne, już ci po­ka­zu­ję, gdzie będzie jego po­kój.

Hud­son po­pro­wa­dził mnie na lewo. Na­dal wy­glądał na do­syć spi­ęte­go, ale przy­naj­mniej zro­zu­miał alu­zję i nie pró­bo­wał ci­ągnąć te­ma­tu.

Mi­nęli­śmy kil­ko­ro drzwi i w mil­cze­niu pa­trzy­łam, jak wska­zy­wał po­miesz­cze­nia: ga­bi­net, po­kój Mag­gie, głów­na sy­pial­nia i po­kój prze­zna­czo­ny dla Mor­ga­na. Mężczy­zna po­wie­dział, że kie­dyś uży­wał go jako swo­je­go pry­wat­ne­go sa­lo­ni­ku, ale chciał, żeby mały miał bli­sko do mat­ki. Skrzy­wi­łam się, bo do tej pory mło­dy sy­piał ze mną i to do mnie przy­cho­dził, kie­dy bu­dzi­ły go kosz­ma­ry. Po­sta­no­wi­łam jed­nak ni­cze­go nie ko­men­to­wać, bo nie zna­łam jesz­cze czło­wie­ka, z któ­rym na­gle przy­szło mi miesz­kać.

Mężczy­zna otwo­rzył dla mnie drzwi i we­szłam do środ­ka. Po­kój, jak przy­sta­ło na pry­wat­ny sa­lo­nik, nie był prze­sad­nie duży, ale zde­cy­do­wa­nie wi­ęk­szy niż któ­re­kol­wiek po­miesz­cze­nie w na­szym po­przed­nim domu. Naj­wy­ra­źniej Hud­son zdążył już opró­żnić go z po­przed­nich me­bli, bo prócz ma­te­ra­ca na podło­dze wy­da­wał się przy­gnębia­jąco pu­sty.

Spoj­rza­łam na Hud­so­na, któ­ry stał w pro­gu, po­cie­ra­jąc w za­my­śle­niu na­sa­dę nosa.

– Czy mogę…?

– Tak, oczy­wi­ście, prze­pra­szam – mruk­nął, otrząsa­jąc się. – Po­cze­kam na ze­wnątrz.

Wy­sze­dł, ci­cho przy­my­ka­jąc za sobą drzwi. De­li­kat­nie uło­ży­łam Mor­ga­na na ma­te­ra­cu, a on au­to­ma­tycz­nie wtu­lił się w po­dusz­kę i znie­ru­cho­miał. Zsu­nęłam mu buty oraz spodnie i okry­łam go ko­cem. Śpi­ący w ni­kłym świe­tle lamp­ki noc­nej, wy­glądał na jesz­cze młod­sze­go i bar­dziej kru­che­go. Ostro­żnie po­gła­dzi­łam jego zwi­chrzo­ną czu­pry­nę.

Spo­gląda­jąc ba­daw­czo na drzwi, wy­su­nęłam z kie­sze­ni te­le­fon i we­szłam w ostat­nią kon­wer­sa­cję. Wzi­ęłam głębo­ki od­dech i na­pi­sa­łam krót­ką wia­do­mo­ść do Peya.

Ja: Mama zna­la­zła so­bie no­we­go fa­ce­ta. Wła­śnie u nie­go je­ste­śmy i ja­ki­mś cu­dem wy­da­je się ca­łkiem w po­rząd­ku. Jest OK, a gdy­by coś się dzia­ło, dam ci znać. Nie do­bi­jaj się, za­dzwo­nię pó­źniej.

Po­sta­no­wi­łam, że na ra­zie nie wspom­nę mu o tej na­głej prze­pro­wadz­ce. Pew­nie do­sta­łby sza­łu na wie­ść, że mama spro­wa­dzi­ła nas z dnia na dzień do domu ob­ce­go mężczy­zny, a tego wo­la­łam unik­nąć. Mu­sia­łam na spo­koj­nie z nim o tym po­roz­ma­wiać i za­pew­nić go, że nie jest źle.

Ow­szem, nie było źle, je­śli nie brać pod uwa­gę cho­ler­ne­go Car­te­ra, któ­ry chy­ba za punkt ho­no­ru ob­rał so­bie wy­rzu­ce­nie nas na bruk. Po­kręci­łam ner­wo­wo gło­wą, nie chcąc my­śleć o chło­pa­ku, któ­ry po­sądził mnie o sprze­da­wa­nie cia­ła i na­sto­let­nią ci­ążę.

To była nie­na­wi­ść od pierw­sze­go wej­rze­nia.

Scho­wa­łam ko­mór­kę z po­wro­tem do kie­sze­ni, ostat­ni raz spoj­rza­łam na spo­koj­nie śpi­ące­go Mor­ga­na i z ci­ężkim ser­cem wy­szłam. Nie czu­łam się pew­nie, zo­sta­wia­jąc go tu­taj sa­me­go, ale mu­sia­łam le­piej zo­rien­to­wać się w sy­tu­acji.

– Nie martw się o nie­go, zdąży­łem ku­pić i za­in­sta­lo­wać w jego po­ko­ju elek­tro­nicz­ną nia­nię – szep­nął do mnie Hud­son, gdy do­łączy­łam do nie­go na ko­ry­ta­rzu. – Je­śli co­kol­wiek się sta­nie, two­ja mama od razu się o tym do­wie.

Jak­by w ogó­le ją ob­cho­dzi­ło, czy coś się dzie­je z Mor­ga­nem.

Ski­nęłam gło­wą, żeby za­mknąć ten te­mat.

– Je­steś głod­na? – do­py­tał mężczy­zna.

– Nie­szcze­gól­nie. Chy­ba wo­la­ła­bym się po­ło­żyć, je­śli to nie pro­blem.

– Ża­den. – Hud­son po­słał mi ostro­żny uśmiech i ge­stem na­ka­zał, że­bym po­szła za nim. – Mamy tyl­ko jed­ną wol­ną sy­pial­nię, któ­ra słu­ży­ła za po­kój go­ścin­ny, a te­raz będzie two­ja. Ma wła­sną ła­zien­kę i gar­de­ro­bę, jak ka­żdy po­kój w domu, ale że nie mie­wam go­ści, jest do­syć sła­bo ume­blo­wa­na. Przy­naj­mniej będziesz mo­gła ją so­bie urządzić tak, jak będziesz chcia­ła.

Wy­szli­śmy z ko­ry­ta­rza po le­wej stro­nie scho­dów i we­szli­śmy w ten po pra­wej. Do­kład­nie ten, w któ­rym znik­nął Car­ter. Bry­ła lodu wpa­dła mi do żo­łąd­ka. Mia­łam tyl­ko na­dzie­ję, że na­sze po­ko­je będą jak naj­da­lej od sie­bie.

Nie­ste­ty, były tyl­ko dwie pary drzwi na­prze­ciw­ko sie­bie. Pi­ęk­nie. Po pro­stu cu­dow­nie.

Hud­son ko­lej­ny raz po­słał mi prze­pra­sza­jące spoj­rze­nie.

– To – wska­zał na drzwi po le­wej – po­kój Car­te­ra. Bar­dzo mi przy­kro, nie sądzi­łem, że będzie aż tak ne­ga­tyw­nie do cie­bie na­sta­wio­ny. Co praw­da bywa tu rzad­ko, ale je­śli chcesz, to mogę ci od­stąpić mój ga­bi­net.

Chęt­nie bym się na to zgo­dzi­ła, ale ugo­dzi­ła mnie myśl, że moje za­kwa­te­ro­wa­nie w tym domu jest tyl­ko tym­cza­so­we. Po osiem­na­st­ce za­mie­rza­łam stąd znik­nąć, ale Hud­son wy­glądał na tak szcze­rze za­nie­po­ko­jo­ne­go moim sa­mo­po­czu­ciem i znie­chęco­ne­go za­cho­wa­niem wła­sne­go syna, że po­sta­no­wi­łam nie zmu­szać go do prze­no­sze­nia ga­bi­ne­tu na dru­gi ko­niec domu.

Cho­dzi­ło o nie­ca­ły rok, mo­głam zno­sić raz na ja­kiś czas przy­stoj­ne­go pa­lan­ta za ścia­ną.

– Nie trze­ba, Car­ter chy­ba nie będzie mi prze­szka­dzał.

– Gdy­byś jed­nak kie­dy­kol­wiek po­czu­ła się nie­swo­jo…

– Dam panu znać, spo­koj­nie – skła­ma­łam. – Prze­pra­szam, ale te­raz na­praw­dę po­win­nam się po­ło­żyć albo za­raz za­snę na sto­jąco.

– Ja­sne, już cię nie za­trzy­mu­ję. – Wska­zał mi ręką drzwi po pra­wej. – Roz­go­ść się, two­je ba­ga­że już cze­ka­ją w po­ko­ju.

Kie­dy się od­da­lił, z wa­ha­niem we­szłam w głąb ko­ry­ta­rza. Przy­sta­nęłam na chwi­lę mi­ędzy prze­ciw­le­gły­mi drzwia­mi, na­słu­chu­jąc, ale do­bie­ga­ły mnie je­dy­nie przy­tłu­mio­ne gło­sy z par­te­ru. W ja­ski­ni Car­te­ra było ide­al­nie ci­cho, więc si­ęgnęłam do klam­ki mo­je­go przy­szłe­go po­ko­ju.

Ostro­żnie za­mknęłam za sobą drzwi. Hud­son nie prze­sa­dzał – w sy­pial­ni za­uwa­ży­łam je­dy­nie po­dwój­ne łó­żko ze sta­ran­nie wy­pra­so­wa­ną, bez­oso­bo­wą po­ście­lą i sto­jącą na pa­ra­pe­cie lamp­kę. Bra­ko­wa­ło ja­kiej­kol­wiek ko­mo­dy czy cho­ćby sto­li­ka noc­ne­go. Je­dy­nie bia­łe ścia­ny i to łó­żko, któ­re za­sko­czy­ło mnie swo­im roz­mia­rem.

Jesz­cze ni­g­dy nie mia­łam aż tyle miej­sca do spa­nia.

Po­ło­ży­łam się na nim – ma­te­rac był wy­god­niej­szy niż co­kol­wiek, na czym do tej pory spa­łam. Po­win­nam po­szu­kać ja­kie­goś za­cisz­ne­go miej­sca i za­dzwo­nić do Peya, na­praw­dę po­win­nam, ale lata no­co­wa­nia na za­pad­ni­ętych wer­sal­kach tak bar­dzo dały mi się we zna­ki, że żal było wsta­wać. Nie ru­sza­jąc się z miej­sca, sko­pa­łam buty na podło­gę. Te­le­fon za­wi­bro­wał w mo­jej kie­sze­ni, więc si­ęgnęłam po nie­go i, mru­żąc oczy od zbyt ja­sne­go ekra­nu, od­czy­ta­łam wia­do­mo­ść.

Obcy nu­mer: Ona jest nie­po­wa­żna! Dla­cze­go nie po­wie­dzia­ła ci wcze­śniej?! P.

Po se­kun­dzie przy­sze­dł ko­lej­ny SMS.

Obcy nu­mer: Mam was stam­tąd za­brać? Wiesz, że stać mnie na do­bre­go praw­ni­ka. P.

Mia­łam po dru­giej stro­nie drzwi – i bio­rąc pod uwa­gę kszta­łt po­ko­ju, naj­pew­niej też ścia­ny – Car­te­ra, więc nie chcia­łam dzwo­nić do Peya. Po­śpiesz­nie wy­stu­ka­łam wia­do­mo­ść zwrot­ną i wy­sła­łam ją.

Ja: Pro­szę, ni­cze­go nie rób. Ten fa­cet na­praw­dę jest w po­rząd­ku. Poza tym to tyl­ko do mo­jej osiem­nast­ki. Za­ufaj mi, ja i Mor­gan je­ste­śmy bez­piecz­ni.

Cze­ka­łam na jego od­po­wie­dź z te­le­fo­nem w ręce, ale za­nim zdążył się ode­zwać, moje po­wie­ki zro­bi­ły się okrop­nie ci­ężkie i na­wet nie za­uwa­ży­łam, kie­dy za­snęłam. W nocy śnił mi się roz­wście­czo­ny Car­ter, przy­pa­tru­jący mi się tak, jak­by chciał mnie za­mor­do­wać, lecz zmęcze­nie wzi­ęło górę i mimo kosz­ma­rów nie ock­nęłam się aż do rana.

Co­py­ri­ght © for the text by Lau­ra Ba­tor

Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Re­bel­de

Lesz­no 2026

All ri­ghts re­se­rved

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Re­dak­cja języ­ko­wa:

Ju­sty­na Szym­kie­wicz

Ko­rek­ta:

Alek­san­dra Ku­czy­ńska

Ko­rek­ta po skła­dzie:

Jo­lan­ta Sza­lak, Ka­mi­la Po­la­ńska

Pro­jekt okład­ki i opra­wa gra­ficz­na:

Ju­sty­na Kna­pik @her­me­tycz­nie­_za­mknie­te

Skład, ła­ma­nie i przy­go­to­wa­nie ebo­oka:

Mi­chał Bog­da­ński

Wy­da­nie I

ISBN: 978-83-68916-39-3