Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
10 osób interesuje się tą książką
Ciepła, pogodna opowieść o dziewczynie, która odnajduje siebie na nowo... wśród czekoladowych pralinek.
Kiedy pierwsze promienie słońca muskają Pont Neuf, a brukowane uliczki Paryża powoli budzą się do życia, Anna Trent od dawna jest już na nogach i w klimatycznej pracowni przygląda się powstawaniu czekolady, którą uwielbiają najbardziej wymagający Paryżanie.
To zupełnie inny świat niż fabryka czekolady na północy Anglii, w której pracowała przed tamtym feralnym dniem, kiedy uległa wypadkowi. Właśnie po nim, w szpitalu, niespodziewanie spotkała swoją dawną nauczycielkę francuskiego, Claire, która zaproponowała jej posadę u Thierry’ego, mistrza czekoladnictwa oraz... swojej dawnej miłości.
Gdy wydarzenia toczą się swoim rytmem, a czas powoli leczy stare rany, Anna dowiaduje się o sobie – i o czekoladzie – więcej, niż potrafiłaby sobie wyobrazić, a przy okazji odkrywa, że życie może jeszcze mieć słodki smak.
W książce znajdziesz także przepisy na przepyszne czekoladowe wypieki!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 449
Data ważności licencji: 10/10/2030
Tytuł oryginału: The Loveliest Chocolate Shop in Paris
Przekład: Magda Bitner Redaktorka inicjująca: Maria Zalasa Redakcja: Agata Milewska Korekta: Anna Kurek Projekt okładki: Joanna Wasilewska/Katakanasta Zdjęcia na okładce: Magnific
Copyright © 2013 by Jenny Colgan Copyright for the Polish translation © Magda Bitner, 2026 Copyright for the Polish edition © Wydawnictwo JK, 2026
Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniana i wykorzystywana wyłącznie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.
ISBN 978-83-68846-25-6 Wydanie I, Łódź 2026
JK Wydawnictwo ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydawnictwofeeria.pl
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
W tytule jest podpowiedź! Jeśli kochasz czekoladę i Paryż (lub myślisz, że kiedyś pokochasz – nie martw się, kiedyś na pewno tam pojedziesz, a miasto aż tak się nie zmienia), to znaczy, że napisałam tę książkę właśnie dla Ciebie.
JC xx
Słowo wstępu od Jenny
W Paryżu jest wiele cudownych sklepów z rzemieślniczą czekoladą. Moim ulubionym jest Patrick Roger przy rue du Faubourg Saint-Honoré. Szczerze polecam to miejsce i ich gorącą czekoladę, niezależnie od pory roku. Prowadzi go Patrick, mężczyzna o kręconych włosach i szelmowskim błysku w oku.
Ta książka nie opowiada jednak o żadnej z odwiedzonych przeze mnie czekoladziarni, ale o tym, że kiedy ludzie poświęcają swoje życie jednej rzeczy, którą naprawdę kochają i o której wiele się nauczyli, może się wydarzyć coś niesamowitego.
Ktoś kiedyś powiedział, że tak bardzo kochamy czekoladę, ponieważ ma temperaturę topnienia równą temperaturze ludzkiego ciała, przez co rozpływa nam się w ustach. Naukowcy snują teorie o uwalnianiu endorfin i innych substancji, co również może wyjaśniać to zjawisko, ale niezależnie od przyczyn jest to coś wspaniałego.
Nie tylko kobiety kochają czekoladę. Nie jestem w stanie przemycić do domu paczki czekoladowych ciasteczek, żeby mój mąż ich nie wywęszył i nie zjadł. Dlatego umieściłam w książce kilka naprawdę wspaniałych przepisów. Lubię myśleć, że wraz z wiekiem nauczyłam się gotować przy użyciu czekolady, zamiast po prostu, no wiesz, zjadać ją w tym samym momencie, w którym pojawia się w domu lub czasem w samochodzie.
Kiedy jakiś czas temu przeprowadziliśmy się do Francji (z powodu pracy męża), byłam zaskoczona, że traktuje się tam czekoladę tak samo poważnie, jak każdy inny rodzaj jedzenia. La Maison du Chocolat to naprawdę ekskluzywna sieć sklepów, która ma swoje placówki w większości miast. Można tam porozmawiać z czekoladnikiem o tym, co się lubi i na co ma się ochotę, tak jak rozmawia się z sommelierem o winie. Chociaż mnie tam wystarcza duży kawałek czekolady Dairy Milk, Toblerone albo mojej ulubionej Fry’s Chocolate Cream. Nie wszystko musi być luksusowe, żeby sprawiało przyjemność. Niestety moje dzieci osiągnęły już wiek, w którym zaczynają się domyślać, kto im kradnie batoniki Kinder. No cóż, dzieci, słuchajcie, nie chciałam wam tego mówić, ale to na pewno wasz tata.
Zanim zaczniemy, chciałabym powiedzieć kilka słów o języku. Z mojego doświadczenia wynika, że nauka języka obcego jest naprawdę cholernie trudna, chyba że akurat jesteś jedną z tych osób, które wszystko łapią w mig. Jeśli tak jest – właśnie pokazuję ci język, ponieważ bardzo Ci zazdroszczę.
Zazwyczaj kiedy bohaterowie książek mówią w obcym języku, zaznacza się to kursywą. Postanowiłam tego tutaj nie robić. Zasadniczo wszyscy, z którymi Anna rozmawia w Paryżu, odpowiadają jej po francusku. Jeśli jest inaczej, to wyraźnie o tym wspominam. Łatwo przez to pomyśleć: „Rany, to niesamowite, nauczyła się tak szybko”. Oczywiście miała wiele lekcji z Claire, ale jeśli kiedykolwiek uczyłaś się innego języka, to wiesz, że w klasie można czuć się bardzo pewnie, ale kiedy potem przyjeżdżasz do danego kraju, wszystko brzmi jak „łabbałabbałabbałabbaŁAH?” wypowiadane z prędkością miliona kilometrów na godzinę, a ty wpadasz w panikę, ponieważ nie rozumiesz z tego ani słowa. Tak właśnie było w moim przypadku.
W każdym razie musisz mi wierzyć, że Anna ma dokładnie tak samo, ale żeby nie powtarzać w kółko tego samego „Co?” lub „Możesz powtórzyć?” i nie spowalniać narracji, pominęłam te wszystkie razy, kiedy bohaterka czegoś nie zrozumiała albo musiała sprawdzić w słowniku. Mam nadzieję, że książka Ci się spodoba. Daj znać, jak Ci idzie z przepisami. I bon appétit!
Jenny xx
Rozdział 1
Najdziwniejsze było to, że chociaż od razu wiedziałam, że coś jest nie tak – bardzo, bardzo nie tak – że stało się coś naprawdę poważnego, i że zapewne coś sobie uszkodziłam – nie mogłam przestać się śmiać. Śmiałam się histerycznie.
Leżałam tam pokryta, wręcz przesiąknięta roztopioną czekoladą i nie mogłam przestać chichotać. Wtedy zobaczyłam pochylające się nade mną, patrzące z góry twarze. Niektóre z nich rozpoznawałam. Twarze się nie śmiały. Wszystkie wyglądały bardzo poważnie, przez co cała sytuacja wydała mi się jeszcze zabawniejsza.
Z boku usłyszałam, jak ktoś mówi:
– Pozbieraj to!
Ktoś inny odpowiedział:
– Nie ma mowy! Sam to pozbieraj! To obrzydliwe!
Potem usłyszałam trzeci głos. To był chyba Flynn, nowy magazynier. Mówił:
– Zadzwonię pod dziewięćset jedenaście.
Odpowiedział mu czwarty głos:
– Flynn, nie bądź głupi, numer alarmowy to sto dwanaście, nie jesteś Amerykaninem.
Do rozmowy wtrącił się jeszcze inny głos:
– Myślę, że teraz można już dzwonić pod dziewięćset jedenaście, bo tylu było idiotów, którzy ciągle się mylili.
Ktoś inny wyciągnął telefon i powiedział coś o konieczności wezwania karetki, co również uznałam za bardzo zabawne, a inna osoba, którą zdecydowanie był Del, nasz zrzędliwy stary woźny, stwierdziła:
– Cóż, prawdopodobnie będzie trzeba wyrzucić tę partię.
Pomysł, że mogliby nie wyrzucić tej ogromnej kadzi czekolady, która właśnie na mnie wylądowała, tylko spróbować ją sprzedać, był naprawdę zabawny.
Tego, co się działo potem, dzięki Bogu, już nie pamiętam. Wiem, że w szpitalu podszedł do mnie ratownik medyczny i powiedział, że w karetce zachowywałam się jak kompletna wariatka. Często słyszał o tym, że szok wpływa na ludzi w różny sposób, ale tak ekstremalnej reakcji jak moja jeszcze nie widział. Potem spojrzał mi prosto w twarz i powiedział:
– Głowa do góry, kochana, jeszcze będziesz się z tego śmiała.
W tamtym momencie nie byłam tego jednak taka pewna.
– Daj spokój, Debs, kochanie, to tylko stopa. Mogło być znacznie gorzej. A gdyby to był nos? – mówił mój tata do mamy. On zawsze widział we wszystkim pozytywy.
– Cóż, zrobiliby jej nowy nos, swojego i tak nigdy nie lubiła.
To zdecydowanie była moja mama. Dostrzeganie jasnej strony życia nigdy nie szło jej tak dobrze jak tacie. Słyszałam jej płacz, ale z jakiegoś powodu moje ciało broniło się przed światłem i nie mogłam otworzyć oczu. Miałam zresztą wrażenie, że to nie było zwykłe światło; czułam, jakby paliło mnie samo słońce. Może byłam na wakacjach? Nie mogłam przecież być w domu, ponieważ w Kidinsborough, moim rodzinnym mieście, nigdy nie świeci słońce. Nie bez powodu trzy razy z rzędu uznano je za najgorsze miasto w Anglii, zanim lokalni politycy doprowadzili wreszcie do zdjęcia z anteny programu telewizyjnego, który organizował ten plebiscyt.
Moi rodzice zniknęli z zasięgu słuchu, po prostu odpłynęli, jakby ktoś zmienił stację w radiu. Nie miałam pojęcia, czy w tamtej chwili, albo w ogóle kiedykolwiek, tam byli. Wiedziałam, że się nie ruszam, ale czułam się, jakbym się wierciła i wyrywała, uwięziona w zakopanym pod ziemią ciele. Mogłam krzyczeć, ale nikt mnie nie słyszał. Próbowałam się ruszyć, ale nie byłam w stanie. Oślepiające światło zmieniało się w czerń, a potem znów w światło. Nic z tego nie miało dla mnie najmniejszego sensu. Czy po prostu śniły mi się koszmary o stopach i rodzicach, którzy nagle zniknęli? Czy ja zwariowałam? A może całe moje życie było snem? Może wymyśliłam sobie, że jestem Anną Trent, trzydziestolatką, degustatorką w fabryce czekolady?
Skoro już o tym mowa, miejmy to za sobą. Od razu odpowiem na dziesięć najczęściej zadawanych pytań dotyczących pracy degustatora w fabryce czekolady, które słyszę w Faces, naszym lokalnym klubie nocnym. Nie jest to zbyt przyjemny klub, ale inne są znacznie gorsze.
Tak, dam ci kilka darmowych próbek.
Nie, nie jestem tak gruba, jak można by się spodziewać.
Tak, jest właśnie tak jak w
Charliem i fabryce czekolady
.
Nie, nikt nigdy nie zrobił kupy do kadzi z czekoladą
1
.
Nie, moja praca nie sprawia, że jestem bardziej popularna niż inni, ponieważ mam
trzydzieści
lat, a nie siedem.
Nie, nie robi mi się niedobrze na widok czekolady – uwielbiam ją, ale jeśli dzięki temu poczujesz się lepiej we własnej pracy, to proszę bardzo, możesz tak myśleć.
Och, to bardzo interesujące, że masz w majtkach coś jeszcze smaczniejszego niż czekolada (ziewnięcie). (Adnotacja: chciałabym być na tyle odważna, żeby powiedzieć to głośno, ale zazwyczaj tylko się krzywię i uciekam wzrokiem od mojego rozmówcy. Moja najlepsza przyjaciółka Cath i tak szybko spławia takich facetów. Albo czasami sama ich podrywa).
Tak, przekażę, że masz świetny pomysł na czekoladę o smaku orzeszków ziemnych/piwa/wódki/dżemu, ale wątpię, żeby się dało na nim dorobić.
Tak, potrafię zrobić prawdziwą czekoladę, chociaż w Brader’s Family Chocolates cały proces odbywa się automatycznie w ogromnej kadzi, a ja jestem raczej kimś w rodzaju nadzorcy. Chciałabym robić więcej, ale zdaniem moich szefów lepiej, żeby nikt nie majstrował przy czekoladkach, które mają smakować za każdym razem dokładnie tak samo i móc długo poleżeć na półce.
Nie, nie jest to najlepsza praca na świecie, ale jest moja i ją lubię. A przynajmniej lubiłam, dopóki nie trafiłam tutaj.
Potem zazwyczaj mówię: „Rum z Colą, dzięki, że pytasz”.
– Anno.
W nogach mojego łóżka siedział mężczyzna. Nie mogłam się skupić. Znał mnie, ale ja jego nie. Wydawało mi się to niesprawiedliwe. Próbowałam coś powiedzieć, ale czułam, jakby ktoś nasypał mi piasku do ust. Tylko po co?
– Anno.
Znów usłyszałam jego głos. A więc był prawdziwy i wydobywał się z sylwetki na końcu mojego łóżka.
– Słyszysz mnie?
„Oczywiście, że cię słyszę, siedzisz na moim łóżku i się wydzierasz” – chciałam powiedzieć, ale z moich ust wydobył się tylko dziwny, chrapliwy dźwięk.
– To świetnie, świetnie, bardzo dobrze. Chcesz się napić wody?
Skinęłam głową, bo to wydawało się najłatwiejsze.
– Dobrze, dobrze. Nie kiwaj zbyt mocno głową, bo poprzesuwasz sobie rurki. SIOSTRO!
Nie wiem, czy pielęgniarka przyszła, czy nie; nagle znów straciłam przytomność. Zanim odpłynęłam, zdążyłam jeszcze pomyśleć, że mam nadzieję, że kimkolwiek jest, nie ma nic przeciwko, kiedy się na nią krzyczy. Nie mogłam sobie przypomnieć, czy moi rodzice mówili, że coś jest nie tak z moim nosem…
– Oto i ona.
To był ten sam głos, ale nie potrafiłam określić, ile czasu minęło od tamtej pory. Światło wydawało się jakieś inne. Nagle przeszył mnie taki ból, że aż wstrzymałam oddech.
– O proszę! Będzie dobrze, zobaczysz.
Tata.
– Nie podoba mi się to.
Mama.
– Czy mogę dostać wody? – próbowałam zapytać, ale wyszło z tego coś na kształt: „Cy… mo… wo…?”.
Na szczęście ktoś tam rozumiał język ludzi spragnionych, bo natychmiast podano mi mały plastikowy kubek z letnią wodą w kredowym kolorze. Pewnie z kranu. I była to najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek miałam na języku w całym swoim życiu, wliczając tamten dzień, kiedy po raz pierwszy spróbowałam czekoladki Crème Egg. Wypiłam całość i poprosiłam o więcej, ale ktoś odmówił i na tym się skończyło. Być może byłam w więzieniu?
– Możesz otworzyć oczy? – powiedział głos rozkazującym tonem.
– Oczywiście, że może.
– No nie wiem, Pete. Może lepiej nie.
Co dziwne, to właśnie brak wiary mojej matki sprawił, że spróbowałam jednak otworzyć oczy. Zamrugałam i nagle zamajaczyła przede mną postać siedząca na końcu łóżka, którą już wcześniej widziałam – chciałam, żeby przestała – oraz dwa kształty, które były mi tak dobrze znane jak moje własne ręce.
Rozpoznałam rude włosy mojej matki, które farbowała w domu, mimo że Cath wiele razy proponowała jej, że zrobi to w salonie za symboliczną opłatą, którą moja matka i tak uznawała za wygórowaną (poza tym uważała, że Cath brak zahamowań, co jest prawdą, ale nie wpływa na to, że dobrze sobie radzi z farbowaniem włosów). Dlatego mniej więcej przez tydzień każdego miesiąca mama chodziła z dziwną rudą smugą od henny na czole, której nie potrafiła zmyć. Mój tata z kolei miał na sobie swoją najlepszą koszulę, co naprawdę mnie zmartwiło. Nie ubierał się tak na żadne inne okazje poza ślubami i pogrzebami, a ja byłam prawie na sto procent pewna, że nie wychodzę za mąż. Darr musiałby się w tym celu zmienić w zupełnie inną osobę, tak pod względem wyglądu, jak i charakteru, a to było raczej mało prawdopodobne.
– Halo? – powiedziałam, czując, że piaski pustyni zaczynają się wycofywać z moich ust, że znika podział między tym, co rzeczywiste, a tym, co było tylko kłębkiem pomieszania zmysłów i bólu, że Anna wróciła, a skóra, którą na sobie noszę, jednak jest moja.
– Kochanie!
Mama wybuchnęła płaczem. Tata, który nie był aż tak wylewny, delikatnie ścisnął moją dłoń – tę, w której, jak zauważyłam, nie było grubej rurki wbitej tuż pod skórą. W drugiej była. To najobrzydliwsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałam.
– Fuuu… – powiedziałam. – Co to jest? To obrzydliwe!
Postać stojąca w nogach mojego łóżka uśmiechnęła się dość protekcjonalnie.
– Myślę, że gdyby tego nie było, uznałabyś swój pobyt tutaj za znacznie bardziej obrzydliwy – wyjaśniła. – W ten sposób podajemy środki przeciwbólowe i leki.
– A mogę ich dostać więcej? – zapytałam.
Fala bólu znów przeszyła moje ciało od palców lewej stopy w górę.
Wtedy zauważyłam też inne rurki, w tym wychodzące z miejsc, o których nie chciałam rozmawiać przy moim tacie. Zamilkłam. Czułam się naprawdę bardzo dziwnie.
– Kręci ci się w głowie? – zapytał lekarz. – To zupełnie normalne.
Moja mama nadal pociągała nosem.
– Wszystko w porządku, mamo.
To, co powiedziała potem, zmroziło mnie do szpiku kości.
– Nie jest w porządku, kochanie. Wcale nie jest w porządku.
Przez kilka następnych dni zasypiałam w zupełnie przypadkowych momentach. Doktor Ed – tak, naprawdę tak się przedstawił, jakby był lekarzem z telewizji – przychodził i siadał w nogach łóżka, czego nie robili inni lekarze, i – co gorsza – patrzył mi w oczy, jak gdyby bardzo się starał wspierać mnie jako człowieka. Chyba wolałam już tego zarozumiałego konsultanta, który przychodził raz w tygodniu i ledwo chciało mu się rzucić na mnie okiem, ale za to zadawał towarzyszącym mu studentom medycyny wprawiające ich w zakłopotanie pytania.
Muszę jednak przyznać, że dzięki przyjacielskim pogawędkom z doktorem Edem zaczynałam sobie przypominać, co się właściwie wydarzyło. Poślizgnęłam się w fabryce – wszyscy byli tym bardzo podekscytowani, zastanawiali się, czy nie złamano jakichś zasad BHP i czy nie dostanę milionowego odszkodowania, ale okazało się, że była to w stu procentach moja wina. Był ładny, bardzo ciepły, wiosenny dzień, więc postanowiłam przyjść do pracy w nowiutkich butach, chociaż te kompletnie nie nadawały się do pracy w fabryce. No i się poślizgnęłam. Ot, nieszczęśliwy wypadek. Upadając, zahaczyłam o drabinkę przy kadzi i wylałam na siebie jej zawartość. Potem trafiłam do szpitala i zachorowałam.
– Robak próbował mnie zjeść? – zapytałam doktora Eda.
– Cóż, można tak powiedzieć – odpowiedział z uśmiechem odsłaniającym zęby zbyt białe, żeby mogły być naturalne. Być może po prostu ćwiczył przed występem w telewizji. – To nie był duży robak, Anno, tylko taki pokroju pająka.
– Pająki nie są robakami – odparłam ze złością.
– Ha, ha! Rzeczywiście. – Potrząsnął głową. – Cóż, te stworzenia są bardzo, bardzo małe, tak małe, że nie zobaczyłabyś ich, nawet gdyby na moim palcu siedziało ich tysiąc!
W tym momencie pomyślałam, że do mojej dokumentacji medycznej musiał wkraść się błąd i jest tam napisane, że mam osiem lat, a nie trzydzieści jeden.
– Nie obchodzi mnie, jakich są rozmiarów – powiedziałam. – Czuję się przez nie paskudnie.
– I właśnie dlatego walczymy z nimi wszystkimi dostępnymi środkami! – powiedział doktor Ed, jakby był Supermanem albo kimś w tym rodzaju. Nie wspomniałam o tym, że gdyby wszyscy na hali przestrzegali zasad higieny, pewnie nie złapałabym tego świństwa.
A poza tym, o Boże, jak się paskudnie czułam. Nie miałam ochoty nic jeść ani pić z wyjątkiem wody (tata przyniósł mi pianki marshmallow, za co mama zmyła mu głowę, ponieważ była pewna, że utkną mi w gardle i uduszę się na ich oczach). Dużo spałam, ale nawet kiedy tak nie było, nie miałam siły, żeby oglądać telewizję, czytać, rozmawiać z ludźmi czy przeglądać telefon. Widziałam, że mam dużo nowych wiadomości na Facebooku, bo ktoś – prawdopodobnie Cath – położył mi telefon obok łóżka, ale nie miałam ochoty ich czytać.
Czułam się dziwnie, jakbym obudziła się w obcym kraju, gdzie nikt nie mówi w moim języku: ani mama, ani tata, ani moi przyjaciele. W te dni widziałam wszystko jak przez mgłę. Nic nie miało sensu poza ciągłym bólem, przez który nie byłam w stanie nawet myśleć o poruszeniu się czy przesunięciu ręki na łóżku. Ten dziwny kraj zamieszkały przez chorych ludzi był zupełnie innym miejscem niż normalny świat. Tutaj karmili cię i nosili inni, zwracając się do ciebie jak do dziecka, a tobie zawsze, ale to zawsze było gorąco.
W moich gorączkowych snach często widziałam szkołę. Nienawidziłam jej. Mama zawsze powtarzała, że nie jest typem naukowca, więc ja pewnie też nie będę, co w zasadzie przesądziło sprawę, chociaż z perspektywy czasu wydaje mi się to totalnie głupie. Pewnie właśnie dlatego w halucynacjach przez długi czas widziałam przed sobą twarze moich dawnych nauczycieli, nie traktowałam tego jednak zbyt poważnie. Pewnego dnia obudziłam się bardzo wcześnie, kiedy w szpitalu było jeszcze chłodno i nie aż tak głośno jak zwykle. Ostrożnie odwróciłam głowę w bok, a tam spokojnie siedziała, patrząc na mnie, moja dawna nauczycielka francuskiego, pani Shawcourt.
To chyba nie był sen ani halucynacja, ale na wszelki wypadek zamrugałam, żeby się przekonać, czy nie zniknie. Nie zniknęła.
Leżałam w czteroosobowej sali, co wydawało mi się nieco dziwne. To w końcu miałam tę chorobę zakaźną czy nie? Pozostałe dwa łóżka były obecnie puste, ale przez cały czas mojego pobytu tutaj co chwila zmieniały się w nich staruszki, które które, jak się wydawało, nie zajmowały się niczym poza płaczem.
– Dzień dobry – powiedziała. – Znamy się, prawda?
Nagle poczułam wstyd, jakbym znowu nie odrobiła pracy domowej.
Nigdy tego nie robiłam. Razem z Cath często wagarowałyśmy, a francuski wydawał nam się kompletnie bezużyteczny. Na co to komu? Siedziałyśmy zwykle na boisku z tyłu szkoły, bo tam nauczyciele nie mogli nas zobaczyć, i rozmawiałyśmy z fałszywym akcentem z Manchesteru o tym, jak beznadziejny jest Kidinsborough i że zamierzamy stąd uciec przy pierwszej okazji.
– Anna Trent.
Skinęłam głową.
– Uczyłam cię przez dwa lata.
Przyjrzałam się jej dokładniej. Zawsze wyróżniała się na szkolnym korytarzu. Była zdecydowanie najlepiej ubrana; większość nauczycieli to banda flejtuchów. Ona nosiła ładne, dopasowane sukienki, które sprawiały, że wyglądała nieco inaczej. Dało się zauważyć, że nie kupiła ich w Matalan. Miała wtedy blond włosy…
Nagle dotarło do mnie, że teraz nie miała żadnych włosów. Była też bardzo szczupła. Zawsze była szczupła, ale teraz…
Powiedziałam najgłupszą rzecz, jaka przyszła mi do głowy – na swoją obronę mam tylko to, że naprawdę nie czułam się wtedy dobrze.
– Jest pani chora?
– Nie – odpowiedziała pani Shawcourt. – Jestem na wakacjach.
Nastąpiła chwila ciszy, po której szeroko się uśmiechnęłam. Przypomniałam sobie, że była naprawdę dobrą nauczycielką.
– Przykro mi z powodu twoich palców – powiedziała bez zbędnego wstępu.
Spojrzałam na bandaż, w który zawinięty była moja lewa stopa.
– Ach, to… Wszystko będzie dobrze, tylko się przewróciłam – odpowiedziałam. Wtedy zobaczyłam jej minę. Zdałam sobie sprawę, że chociaż wszyscy rozmawiali o mojej gorączce, chorobie i wypadku, nikt nie wpadł na to, żeby powiedzieć mi całą prawdę.
Musiała się mylić. Przecież je czułam…
Wpatrywałam się w nią, a ona wytrzymała moje spojrzenie bez mrugnięcia.
– Czuję je – powiedziałam w końcu.
– Nie mogę uwierzyć, że nikt ci nie powiedział. Cholerne szpitale.
Znowu spojrzałam na bandaż. Zrobiło mi się niedobrze. Potem rzeczywiście zwymiotowałam do dużej tekturowej kaczki, która stała przy moim łóżku.
Później przyszedł doktor Ed i znowu przy mnie usiadł. Spojrzałam na niego gniewnie.
– Tak… – Zajrzał do swoich notatek. – Anno, przykro mi, że nie zdawałaś sobie sprawy z powagi sytuacji.
– To dlatego, że ciągle mówił pan o „wypadku” i „godnym pożałowania incydencie” – odparłam ostro. – Nie zdawałam sobie sprawy, że straciłam palce, zwłaszcza że je czuję. Bardzo bolą.
Przytaknął.
– To niestety dość częste.
– Dlaczego nikt mi nie powiedział? Wszyscy ciągle gadali o gorączce, zakażeniu i innych rzeczach.
– Cóż, właśnie tego się najbardziej obawialiśmy. To prędzej mogło cię zabić niż utrata paru palców u stóp.
– Dobrze wiedzieć. I to nie jest „parę palców u stóp”. To MOJE palce.
Kiedy rozmawialiśmy, pielęgniarka delikatnie odwijała bandaże z mojej stopy. Przełknęłam ślinę. Bałam się, że znowu zwymiotuję.
Czy kiedykolwiek graliście w szkole w taką grę, podczas której leżycie na brzuchu z zamkniętymi oczami, a ktoś wyciąga wasze ręce nad głową, a następnie bardzo powoli je opuszcza, tak że czujecie, jakby zapadały się do czarnej dziury?
Tak to właśnie wyglądało. Mój mózg nie potrafił przetworzyć tego, co widział, co czuł i czego się właśnie dowiedział. Moje palce były na swoim miejscu. Były tam. Przed oczami pojawiło mi się jednak dziwne ukośne nacięcie – dwa kikuty odcięte wzdłuż prostej linii, jakby zrobiono to celowo brzytwą.
– Cóż – powiedział doktor Ed – miałaś szczęście. Gdybyś straciła duży lub mały palec, miałabyś poważne problemy z utrzymaniem równowagi…
Spojrzałam na niego, jakby z głowy wyrastały mu rogi.
– Zdecydowanie i z całą pewnością nie czuję się, jakbym miała szczęście – powiedziałam.
– Postaw się na moim miejscu – powiedział głos zza zasłony oddzielającej mnie od sąsiedniego łóżka.
To była pani Shawcourt czekająca na kolejną turę chemioterapii.
Nagle, bez ostrzeżenia, obie zaczęłyśmy się śmiać.
Leżałam w szpitalu przez kolejne trzy tygodnie. Wielu znajomych przyszło mnie odwiedzić. Mówili, że pisali o mnie w gazecie, pytali, czy mogą zobaczyć moje palce (nie zgadzałam się; nawet kiedy zmieniano mi opatrunek, nie mogłam na nie patrzeć) i informowali mnie na bieżąco o wydarzeniach towarzyskich, które nagle przestały mnie interesować. Jedyną osobą, z którą naprawdę miałam ochotę rozmawiać, była pani Shawcourt, która poprosiła, żebym nazywała ją Claire. Musiałam się przyzwyczaić, bo czułam się przez to trochę zbyt dorosła. Miała dwóch synów, którzy ją odwiedzali i zawsze wyglądali, jakby się spieszyli, za to jej synowe były bardzo miłe i dawały mi do przejrzenia kolorowe magazyny z plotkami o gwiazdach, bo Claire nie chciała, żeby jej nimi zawracać głowę. Pewnego razu przyszły z nimi dwie małe dziewczynki, które przestraszyły się wszystkich tych rurek, zapachów i dźwięków. To była jedyna chwila, kiedy widziałam Claire naprawdę smutną.
Przez resztę czasu rozmawiałyśmy, a właściwie to ja mówiłam. Głównie o tym, jak bardzo się nudzę i że nigdy się nie nauczę znowu normalnie chodzić. Nigdy wcześniej nie myślałam o tym – z wyjątkiem sytuacji, gdy robiłam pedicure, ale nawet wtedy nie poświęcałam temu zbyt wiele uwagi – jak irytująco przydatne są palce u stóp podczas przemieszczania się. Jeszcze bardziej krępujące było to, że musiałam korzystać z tej samej sali do rehabilitacji co osoby z naprawdę poważnymi urazami, w tym poruszające się na wózkach inwalidzkich, przez co czułam się jak oszustka, kiedy maszerowałam wsparta o poręcze równoległe z urazem, który większość z nich uważała za całkiem zabawny. Nie powinnam więc narzekać, a jednak narzekałam.
Claire to rozumiała. Była bardzo miłą towarzyszką, a czasami, kiedy czuła się naprawdę źle, czytałam jej książki. Większość z nich była jednak po francusku.
– Nie umiem tego przeczytać – powiedziałam.
– Powinnaś umieć – odparła. – Sama cię uczyłam.
– No niby tak – mruknęłam.
– Byłaś dobrą uczennicą – powiedziała Claire. – Pamiętam, że miałaś talent.
Przypomniałam sobie moje świadectwo z pierwszej klasy. Nagle dotarło do mnie, że pośród uwag w stylu „nie przykłada się” i „mogłaby się poprawić” znalazła się tam też dobra ocena z francuskiego. Dlaczego się nie przykładałam?
– Uważałam, że szkoła jest głupia – wyjaśniłam.
Claire pokręciła głową.
– A pochodzisz z tak miłej rodziny. Spotkałam twoich rodziców, są uroczy.
– Ty nie musisz z nimi mieszkać – odparowałam i zaraz poczułam się winna, że tak źle się o nich wyraziłam. Odwiedzali mnie codziennie, mimo że tata cały czas narzekał na wysokie opłaty parkingowe.
– Nadal mieszkasz z rodzicami? – zapytała zaskoczona, a ja poczułam, że muszę się jakoś z tego wybronić.
– Mieszkałam przez jakiś czas z moim chłopakiem, ale okazał się palantem, więc wróciłam do domu. To wszystko.
– Rozumiem – powiedziała Claire.
Spojrzała na zegarek. Była dopiero dziewiąta trzydzieści rano, a my nie spałyśmy już od trzech godzin. Lunch serwowano w południe.
– Jeśli chcesz… – zaczęła. – Ja też się nudzę. Mogłabym pouczyć cię trochę francuskiego, a ty mogłabyś mi poczytać. Poczułabym się mniej jak wielka, chora, łysa śliwka, która nie robi nic poza rozpamiętywaniem przeszłości i czuje się stara, głupia i bezużyteczna. Chciałabyś?
Spojrzałam na magazyn, który trzymałam w ręku. Z okładki spoglądało na mnie ogromne zdjęcie tyłka Kim Kardashian. Ona przynajmniej miała dziesięć palców u stóp.
– Tak, pewnie – powiedziałam.
1972
– To nic takiego – powiedział podniesionym głosem mężczyzna, próbując przekrzyczeć silny morski wiatr, syreny promów i stukot pociągów. – To przecież niedaleko… Spójrz, to kanał La Manche, można go przepłynąć.
Nie powstrzymało to jednak łez spływających po policzkach dziewczyny.
– Tak – odpowiedziała. – Popłynę dla ciebie.
– Wrócisz do szkoły, skończysz ją, dokonasz wspaniałych rzeczy i będziesz szczęśliwa.
– Nie chcę – jęknęła. – Chcę zostać tutaj z tobą.
Mężczyzna wykrzywił twarz w dziwnym grymasie i próbował powstrzymać pocałunkami jej łzy, które kapały mu na nowy, lśniący mundur.
– Zmuszą mnie do maszerowania w tę i z powrotem jak małpa, rozumiesz? Będę idiotą, który nie ma do roboty nic innego niż myślenie o tobie. Cicho, kochanie. Cicho. Jeszcze będziemy razem, zobaczysz.
– Kocham cię – powiedziała dziewczyna. – Jeszcze nigdy w życiu nikogo tak bardzo nie kochałam…
– Ja też cię kocham – powiedział mężczyzna. – Naprawdę mi na tobie zależy. Spotkamy się znowu, kochanie. Będę pisał do ciebie listy, a ty skończysz szkołę. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz.
Dziewczyna zaczęła się uspokajać.
– Nie mogę… nie mogę tego znieść – powiedziała.
– Ach, kochanie – odparł mężczyzna. – Tak to właśnie jest w życiu; trzeba znosić różne rzeczy.
Schował twarz w jej włosach.
– Alors, moja ukochana. Wróć szybko.
– Wrócę – powiedziała dziewczyna. – Oczywiście, że wrócę.
Rozdział 2
Moi dwaj bracia przestali mnie odwiedzać, gdy tylko stało się jasne, że nie umrę. Kocham ich i zdaję sobie sprawę, że kiedy ma się dwadzieścia dwa i dwadzieścia lat, jest wiele innych rzeczy do roboty niż siedzenie w szpitalu i gadanie z dziwną starszą siostrą o jej wypadku. Cath, chwała jej za to, była jak zawsze wspaniała i nie mogłam się bez niej obejść. Niestety pracowała do późna w salonie fryzjerskim, a dojazd autobusem do szpitala zajmował jej czterdzieści pięć minut, więc nie mogła przychodzić zbyt często, dlatego tym bardziej doceniałam jej wizyty. Lubiła mi opowiadać, kto w tym tygodniu wygrał konkurs na najbrzydszą fryzurę i jak starała się przekonać klientki, żeby spróbowały czegoś innego niż przedłużanie, ale te za nic nie chciały ustąpić i prosiły o fryzurę w stylu Cheryl Cole albo którejś z bohaterek reality show TOWIE2, chociaż ich krótkie, przetłuszczone brązowe kosmyki kompletnie się do tego nie nadawały; i jak wracały po tygodniu, krzycząc i grożąc pozwem, bo pod ciężarem doczepów wypadło im to, co jeszcze zostało z ich własnych włosów.
– Tłumaczę im – mówiła Cath – ale nie słuchają. Nikt mnie nie słucha.
Zmusiła mnie, żebym spojrzała w lustro w łazience i powiedziała sobie, że wszystko będzie dobrze. Wyglądałam okropnie. Od antybiotyków miałam przekrwione i żółtawe oczy, a moje kręcone włosy ze skłonnością do puszenia – zwykle blond, dzięki pomocy Cath, obecnie z odrostami – teraz wymknęły się spod kontroli. Miałam fryzurę jak szalony naukowiec. Na domiar złego moja blada skóra przybrała odcień i strukturę szpitalnej owsianki. Cath próbowała mnie pocieszać, głównie dlatego, że taka po prostu jest, a także dlatego, że przyzwyczaiła się do mówienia miłych rzeczy w salonie sześćdziesięcioletnim kobietom, które mają po dziewięćdziesiąt kilogramów nadwagi, ale życzą sobie po wizycie wyglądać jak Coleen Rooney (obie wiedziałyśmy jednak, że to daremny wysiłek).
Większość czasu spędzałam tylko z Claire. Było to dość osobliwe, ponieważ zbliżyłyśmy się do siebie znacznie szybciej, niż miałoby to miejsce w innych okolicznościach. Podczas pobytu w szpitalu z pewnym zaskoczeniem zdałam sobie sprawę, że cieszę się z rozstania z Darrem. Był miłym facetem i w ogóle, ale nie był zbyt rozmowny. Gdyby musiał przychodzić do mnie codziennie, to byłaby katastrofa; trzeciego dnia rozmawialibyśmy już tylko o frytkach i klubie Manchester City. Nie wiem, jak miałby wyglądać nasz związek bez możliwości całowania się (nadal miałam rurkę w ręce i cewnik, a nawet gdyby tak nie było, to z ośmioma palcami u stóp nie czułam się zbyt seksowna). Dzięki chorobie spojrzałam na wszystko z innej perspektywy. Byłam załamana, kiedy zerwaliśmy (on ciągle próbował mnie zdradzić, a w mieście wielkości Kidinsborough nic nie pozostaje długo tajemnicą. Fakt, że bronił się „brakiem sukcesów”, też mu nie pomógł), ale teraz tęskniłam tylko za małym mieszkaniem, które razem wynajmowaliśmy.
Darr przesłał mi pudełko czekoladek przez mojego brata, które Joe (jak każdy dwudziestolatek) od razu sam zjadł, i wysłał mi wiadomość, żeby zapytać, czy wszystko w porządku. Myślę, że pewnie mogłabym do niego wrócić, z palcami czy bez. Podobno podrywanie dziewczyn szło mu jako singlowi równie kiepsko jak wtedy, kiedy był ze mną, ale może Cath tak tylko mówiła, żeby poprawić mi humor.
Bez Claire chyba oszalałabym z nudów. Sześć miesięcy wcześniej kupiłam tani smartfon i teraz się za to przeklinałam, bo nie było na nim innych gier niż Wąż. Czytam ogólnie dużo książek, ale jest różnica między czytaniem książki, kiedy jest się zmęczonym po całym dniu pracy, więc ma się chęć wziąć kąpiel i cieszyć lekturą przy filiżance herbaty, nawet jeśli wasz dwudziestoletni brat wali w drzwi i krzyczy coś o żelu do włosów, a czytaniem książki, ponieważ nie ma się nic innego do roboty.
Poza tym brałam dużo leków i trudno mi było się skupić na lekturze. W odległym kącie sali stał telewizor, który cały czas grał, ale był ustawiony na ten sam kanał przez cały dzień i bardzo męczyło mnie oglądanie wydzierających się na siebie grubasów, więc zaczęłam nosić słuchawki. Cieszyłam się, kiedy ktoś przyszedł mnie odwiedzić, ale nie miałam moim gościom nic do powiedzenia poza tym, ile płynu sączyło z mojej rany i innymi obrzydliwymi sprawami, więc rozmowy też nie sprawiały mi przyjemności.
Pielęgniarki były bardzo wesołe, ale zawsze się spieszyły, z kolei lekarze wyglądali na wiecznie zmęczonych i z reguły nie zwracali na mnie uwagi – wszyscy interesowali się moją stopą, ale ta równie dobrze mogła należeć do kota, bo nic powyżej kostki już ich nie obchodziło. A inne kobiety leżące na oddziale były stare. Naprawdę bardzo stare. Mam na myśli ten etap życia, kiedy pyta się już tylko: „Gdzie ja jestem? Czy to wojna?”. Było mi ich żal, podobnie jak ich troskliwych, ale wyczerpanych rodzin, które codziennie przychodziły do szpitala tylko po to, aby usłyszeć od lekarza „bez zmian”, ale nie potrafiłabym znaleźć z nimi wspólnego języka. Nie zdawałam sobie sprawy, że młodzi ludzie tak rzadko poważnie chorują. A jeśli już, to trafiają od razu na salę operacyjną, gdzie amputuje się im jakąś część ciała, albo na oddział ratunkowy, gdzie dochodzą do siebie po szalonej nocy, która wymknęła się spod kontroli. Ale nie tutaj. Na moim oddziale leżały tylko starzejące się pacjentki z milionem dolegliwości, które nie miały już dokąd pójść.
Siedzenie z Claire i powtarzanie odmiany czasowników avoir i être, zapamiętywanie różnic między czasem przeszłym bliskim a niedokonanym oraz uczenie się prawidłowej wymowy „r” było naprawdę miłą odmianą.
– Musisz – powtarzała cały czas – popracować nad swoim akcentem. Bądź Francuzką. Miej najbardziej francuski akcent ze wszystkich. Mów jak inspektor Clouseau i machaj rękami.
– Czuję się jak idiotka – odpowiedziałam.
– Będziesz się tak czuć – zgodziła się Claire – dopóki nie nauczysz się lepiej francuskiego i Francuzi nie zaczną cię rozumieć.
Mozolnie przerabiałyśmy książeczki dla dzieci, fiszki i fragmenty testów. Miło mi było, że Claire też to sprawia przyjemność, i to znacznie większą niż jej krótkie, nieco niezręczne rozmowy z synami – dowiedziałam się, że od dawna była rozwiedziona.
W końcu, podobnie jak muzyk niepewnie podnoszący instrument, zaczęłam podejmować próby rozmawiania z nią po francusku. Łatwiej było mi słuchać niż mówić, ale Claire była niezwykle cierpliwa i poprawiała mnie z tak wielkim taktem, że nie mogłam uwierzyć, jak straszną idiotką byłam, nie poświęcając więcej uwagi tej wspaniałej nauczycielce, kiedy miałam ku temu możliwość.
– Mieszkałaś we Francji? – Est-ce que tu habitait en France? – zapytałam, wymawiając powoli słowa, pewnego wilgotnego wiosennego poranka.
Wydawało się, że zielone pąki na drzewach za oknem cieszą się deszczem, ale nikt inny nie podzielał ich entuzjazmu. W szpitalu i tak zawsze panowała ta sama temperatura, budynek był jak hermetycznie zamknięty statek w butelce odcięty od świata zewnętrznego.
– Dawno temu – odpowiedziała, nie patrząc mi w oczy. – I przez krótki czas.
1971–1972
Claire wiedziała, że to najgłupsza forma buntu. Właściwie to wcale nie był bunt. Mimo to siedziała przy stole, wpatrując się w miskę płatków Ready Brek. Miała siedemnaście lat i czuła, że jest już za duża, żeby je jeść na śniadanie. Wolałaby po prostu wypić kawę, ale nie była gotowa, żeby o to zawalczyć. Jednak w tej drugiej sprawie…
– Nie pójdziesz w czymś takim do kościoła.
„Coś takiego” to para nowych dzwonów, na które Claire oszczędzała. Podczas świąt Bożego Narodzenia pracowała w Chelsea Girl. Jej ojcu bardzo trudno było pogodzić się z faktem, że chociaż była gotowa podjąć się ciężkiej pracy (w którą głęboko wierzył), to wyraźnie wykonywała ją w siedlisku nieprawości, gdzie sprzedawano ubrania dla nierządnic. Matka, jak zwykle, musiała o tym wspomnieć na osobności, ale nigdy nie odważyłaby się sprzeciwić publicznie wielebnemu Marcusowi Forestowi. Nigdy też tego nie zrobiła. Niewielu było wystarczająco odważnych.
Claire spojrzała na dżinsy na swoich nogach. Przez całe życie chodziła niemodnie ubrana. Jej ojciec uważał, że moda to droga do wiecznego potępienia, więc matka szyła jej fartuszki, długie spódnice do szkoły i sukienki na niedzielę.
Praca jednak otworzyła jej oczy. Dzięki niej Claire poczuła się bardziej dorosła. Inne dziewczyny w sklepie miały po dwadzieścia lat, a nawet więcej, i były bardziej obyte w świecie. Rozmawiały o klubach nocnych, chłopcach i makijażu (surowo zabronionym w domu wielebnego), a co gorsza, uważały życie Claire (wszyscy znali wielebnego) za komiczne. Starsze koleżanki wzięły ją pod swoje skrzydła, ubierały ją w najmodniejsze ciuchy, zachwycały się jej szczupłą sylwetką i niefarbowanymi jasnymi włosami, których ona sama nigdy nie lubiła (chociaż w domu nie było zbyt wielu luster, w których mogłaby się przejrzeć). Żaden chłopak ze szkoły nigdy nie zaprosił jej na randkę. Wmawiała sobie, że to z powodu ojca, ale w głębi duszy obawiała się, że przyczyna leży gdzie indziej – że jest zbyt cicha i nieciekawa. Przez swoje bardzo jasne włosy i brwi czasami czuła się, jakby w ogóle nie istniała.
W pracy z dnia na dzień nabierała śmiałości. Wszystko skończyło się jednak nagle w pewien weekend, kiedy ojciec akurat pracował nad bożonarodzeniowym kazaniem, a ona wróciła ze sklepu z mocnym makijażem: jej oczy były podkreślone błyszczącym kajalem w kolorze szmaragdowej zieleni i brązowym cieniem, a brwi – co najbardziej szokujące – pomalowane na ciemnobrązowo kredką jednej z dziewczyn. Claire stała przed lustrem i wpatrywała się w to dziwne i tajemnicze stworzenie, w które się zmieniła; nie była już blada i bezbarwna. Nie była już chudą i mizerną dziewczynką, wyglądała zgrabnie i robiła wrażenie. Cassie zaczesała jej włosy do tyłu i upięła dziecięcą grzywkę, odsłaniając czoło, co dodało Claire lat. Wszystkie dziewczyny się śmiały i nalegały, żeby wyszła z nimi w sobotę.
Claire nie wydawało się to możliwe.
Ojciec aż wstał, wyraźnie wyprowadzony z równowagi.
– Zmyj to – powiedział z rezygnacją. – Nie pod moim dachem.
Nie złościł się jednak ani nie krzyczał. Nigdy tego nie robił, nie leżało to w jego naturze. Po prostu oznajmił jej, jak będzie. W świecie Claire głos ojca i głos Boga, w którego szczerze wierzyła, zlewały się w jedno, nie pozostawiając miejsca na wątpliwości.
Matka poszła za nią do łazienki, całej w kolorze awokado, i przytuliła ją na pociechę.
– Wyglądasz naprawdę uroczo – powiedziała, gdy Claire ze złością wycierała twarz brązowym flanelowym ręcznikiem. – Wiesz – dodała – za rok lub dwa pójdziesz do szkoły dla sekretarek lub na kurs nauczycielski, a potem będziesz mogła robić, co tylko zechcesz. Musisz jeszcze tylko chwilę poczekać, kochanie.
Claire wydawało się jednak, że dzieli ją od tego jeszcze z milion lat. Wszystkie inne dziewczyny mogły się stroić, wychodzić i mieć chłopaków, którzy przyjeżdżali po nie małymi, starymi samochodami albo na motocyklach.
– Ta praca… Myślałam, że to dobry pomysł, ale… – Matka pokręciła głową. – Wiesz, jaki on jest. To doprowadza go do szału. Miałam nadzieję, że będziesz dzięki niej bardziej niezależna…
Później w nocy Claire usłyszała dochodzącą z dołu cichą rozmowę. Rodzice szeptali. Po tonie ich głosów domyśliła się, że mówią o niej. Bycie jedynaczką często nie jest łatwe. Zawsze wydawało jej się, że ojciec postrzega ją jako kogoś, kto spuszczony z oczu od razu wpakuje się w poważne kłopoty, co szalenie ją irytowało. Matka robiła, co mogła, ale kiedy pastor wpadał w ponury nastrój – a trwało to czasem kilka dni – atmosfera w domu stawała się bardzo nieprzyjemna. Był przyzwyczajony, że dwie kobiety, z którymi dzielił życie, bez pytania wykonują jego polecenia. Claire pragnęła jednak odrobiny wolności.
W sklepie miała zajęcie do połowy stycznia. Potem zaproponowano jej pracę w soboty, a ona bardzo chciała się zgodzić, ale nie było to warte problemów w domu. Dlatego zajęła się nauką, chociaż i tak wiedziała, że nie pójdzie na uniwersytet. Wielebny nie był zwolennikiem studiów dla kobiet, a poza tym wolał, żeby córka została blisko domu, zamiast wyjeżdżać do Yorku lub Liverpoolu. Czasami, późno w nocy, po tym, jak jej rodzice poszli spać, Claire siedziała do późna, oglądając film na BBC2, i czuła, jak serce jej się ściska na myśl, że będzie musiała zostać w Kidinsborough na zawsze i patrzeć, jak jej rodzice się starzeją.
Dwa miesiące później, na początku marca, matka zeszła na śniadanie z szelmowskim wyrazem twarzy i jasnoniebieską kopertą lotniczą w ręku, która na brzegach miała czerwone i niebieskie paski, a na froncie egzotycznie wyglądające pismo.
– Wszystko już postanowione – powiedziała, gdy pastor podniósł wzrok znad połowy grejpfruta.
– Co takiego? – warknął.
– Claire wyjedzie na lato jako au pair. Dostała zaproszenie.
Claire nigdy nawet nie słyszała tego słowa.
– Będziesz nianią – wyjaśniła matka. – U mojej korespondencyjnej przyjaciółki.
– Tej Francuzki? – zapytał Marcus, składając egzemplarz „Daily Telegraph”. – Myślałem, że nigdy się nie spotkałyście na żywo.
– Bo nie spotkałyśmy – odparła dumnie Ellen.
Claire patrzyła raz na jednego z rodziców, raz na drugiego. Nie miała o niczym pojęcia.
– Kim ona jest?
– Nazywa się Marie-Noelle i korespondujemy ze sobą od czasów szkolnych – odpowiedziała Ellen, a Claire nagle przypomniała sobie kartki świąteczne z napisem „Meilleurs Voeux”, które przychodziły co roku. – Nadal do siebie piszemy… oczywiście sporadycznie, nie tak często, jak kiedyś, ale wiem, że ma dwoje dzieci i napisałam do niej z pytaniem, czy nie chciałaby przyjąć cię na lato. A ona się zgodziła! Będziesz opiekować się jej dziećmi. Nie martw się, tutaj pisze, że ma sprzątaczkę… mój Boże…
Twarz matki zdradzała napięcie.
– Mam nadzieję, że nie są zbyt eleganccy – kontynuowała, rozglądając się po schludnej, ale skromnie urządzonej plebanii. Pensja duchownego nie była wysoka, a Claire od zawsze wiedziała, że nie ma co liczyć na nowe rzeczy.
– Nie obchodzi mnie, czy są eleganccy. Czy to porządni ludzie? – zapytał Marcus.
– Ależ tak – odparła radośnie Ellen. – Mają syna i córkę, Arnauda i Claudette. Czyż to nie przepiękne imiona?
Serce Claire zaczęło bić szybciej.
– Gdzie… gdzie we Francji?
– Och, przepraszam, gdzie ja mam głowę? – powiedziała Ellen. – W Paryżu oczywiście.
Rozdział 3
Niewielkie odszkodowanie od fabryki czekolady, które było tylko gestem dobrej woli, wcale nie zmieniło mojego życia. Po spłaceniu karty kredytowej prawie nic mi nie zostało. Zastanawiałam się, czy nie powinniśmy byli postarać się o więcej, biorąc pod uwagę, że teraz utykam i prawie umarłam, ale fabryka stwierdziła, że to wina szpitala, a ten się bronił, że przecież czuję się już lepiej, a technicznie rzecz ujmując, jedynym obowiązkiem szpitala było poprawienie mojego stanu zdrowia. Wspomniałam doktorowi Edowi, że gdyby szpital nie dopuścił do tak poważnego pogorszenia, pewnie dałoby się doszyć mi palce, ale on się tylko uśmiechnął, poklepał mnie po ręce w sposób charakterystyczny dla lekarzy z telewizji i powiedział, że jeśli mam jakieś pytania, to mogę je śmiało zadawać, co zupełnie zbiło mnie z tropu, ponieważ byłam przekonana, że właśnie to zrobiłam, a potem z niezmąconym uśmiechem na twarzy mrugnął do mnie i usiadł obok Claire.
Nadszedł czas, żeby wrócić do domu. Chociaż tak długo marzyłam, by wyrwać się ze szpitala, to teraz zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę wcale tego nie chcę, że dziwnie mi będzie zrezygnować z tych toczących się według ustalonego rytmu dni z wyznaczonymi porami podawania leków, posiłków i zajęć z fizjoterapii, podczas których musiałam się skupiać wyłącznie na powrocie do zdrowia.
Wcale mi nie było na rękę, że muszę znów zmierzyć się ze światem i znaleźć nową pracę (jednym z warunków ugody, którą podpisałam z firmą Braders, było to, że nigdy tam nie wrócę, prawdopodobnie w razie gdyby miały mi się przydarzyć kolejne dziwaczne urazy, chociaż statystycznie rzecz biorąc, powinnam być teraz mniej nimi zagrożona niż reszta).
No i wiedziałam, że będę tęskniła za Claire. Coraz częściej rozmawialiśmy po francusku, co irytowało prawie wszystkich dookoła, ale w tamtym momencie była to jedyna dobra rzecz w moim życiu, dowód, że potrafię się czegoś nauczyć, zdobywać nowe umiejętności. Wszystko inne było koszmarem. W okolicy nie było żadnych ofert pracy. Cath powiedziała, że mogę zamiatać w salonie fryzjerskim, ale niewiele bym na tym zarobiła, a poza tym miałam problem ze schylaniem się – utrzymywanie równowagi nie szło mi jeszcze za dobrze. Schudłam jednak sześć kilogramów. To jakiś plus, chociaż nie poleciłabym nikomu tej metody odchudzania.
Zwierzyłam się Claire ze swoich obaw. Zamyśliła się.
– Zastanawiałam się nad jedną rzeczą – powiedziała w końcu.
– Nad czym?
– Cóż – odparła. – Znam… znałam kogoś w Paryżu, kto pracował przy produkcji czekolady. To było dawno temu. Nie wiem, czym się teraz zajmuje.
– Ooo – podłapałam. – Dawna miłość?
Jej szczupła twarz nabrała nieco koloru.
– To już chyba nie twoja sprawa.
– Byłaś szaleńczo zakochana?
Na tym etapie znałyśmy się już na tyle dobrze, że mogłam się z nią drażnić, ale ona nadal patrzyła na mnie z tym swoim nauczycielskim błyskiem w oku. Tak było i tym razem.
– Nie jestem zbyt dobra w pisaniu listów – powiedziała zamyślona, wpatrując się w krajobraz za oknem – ale spróbuję. Poproszę Ricky’ego, żeby pomógł mi użyć e-maila, kiedy przyjedzie. W dzisiejszych czasach w sieci można znaleźć każdego, prawda?
– Prawda – przytaknęłam. – Ale jeśli masz tam takiego dobrego przyjaciela, to dlaczego od tak dawna nie byłaś w Paryżu?
Claire zacisnęła usta.
– Wiesz, byłam zajęta rodziną, wychowywaniem dzieci. Miałam pracę. Nie mogłam po prostu wskoczyć do samolotu, kiedy tylko miałam na to ochotę.
– Hm – zainteresowałam się. Nagle zrobiła się bardzo drażliwa. To było podejrzane
– Za to ty możesz – powiedziała Claire. – Możesz robić, co zechcesz.
Roześmiałam się.
– Nie sądzę. Hopalong Cassidy to ja!
Dopiero w domu dotarło do mnie, jak ogromnie wpłynął na mnie ten wypadek, zwłaszcza emocjonalnie. W szpitalu traktowano mnie jak kogoś, cóż… wyjątkowego. Dostawałam kwiaty i prezenty, byłam w centrum uwagi, personel przynosił mi leki i pytał, jak się czuję; i chociaż czułam się okropnie, to jednak otaczano mnie opieką.
A dom był po prostu domem. Chłopcy hałasowali do późna w nocy i narzekali, że znowu muszą dzielić pokój; mama cały czas marudziła, że pewnie nie znajdę pracy, a do tego obetną mi zasiłek dla niepełnosprawnych, na co odpowiadałam, że przecież nie jestem niepełnosprawna, po czym obie patrzyłyśmy na moje kule, a ona znów wzdychała. I jeszcze ten widok lustrze: moje jasnoniebieskie oczy wyglądały na bardzo zmęczone, a jasne włosy, bez interwencji Cath, były po prostu bezbarwne. Schudłam, ale ponieważ w ogóle się nie ruszałam, wszystko miałam zwiotczałe i obwisłe. Kiedyś uwielbiałam robić makijaż i szykować się na wieczorne wyjścia, ale minęło tak dużo czasu, że prawie zapomniałam, jak to się robi, a jakby tego wszystkiego było mało, przez leki miałam bardzo suchą skórę.
Wtedy naprawdę zaczęłam odczuwać smutek. Płakałam w moim małym dziecięcym łóżeczku, coraz później wstawałam, coraz mniej interesowały mnie ćwiczenia, które powinnam wykonywać, a opowieści moich koleżanek o nowych chłopakach, kłótniach i tym podobnych sprawach wydawały mi się zupełnie bez znaczenia. Zdawałam sobie sprawę, że rodzice się o mnie martwią, ale po prostu nie wiedziałam, co z tym zrobić. Stopa powoli mi się goiła, ale ja cały czas czułam palce, których przecież już nie było. Swędziały mnie, drgały, bolały, a ja, nie mogąc przez to spać w nocy, wpatrywałam się w sufit, słuchałam dźwięków, które wydawał z siebie nasz piec (towarzyszyły mi od dzieciństwa), i zastanawiałam się: co teraz? Co mam dalej robić?
1972
Matka bardzo chciała jej towarzyszyć w podróży do Londynu i spędzić tam wspólnie babski dzień, ale wielebny kręcił nosem na ten pomysł. Najwyraźniej grzeszna stolica Wielkiej Brytanii wydawała mu się bardziej podejrzana i niegodziwa niż wszystkie rozkosze Paryża. Claire pomyślała, że ojciec nie do końca odnajduje się w realiach 1972 roku. Wymagał wielokrotnych zapewnień, zarówno od matki, jak i od pani Lagarde przez telefon, że dom jest bardzo tradycyjny i surowy, a Claire będzie się tam zajmować wyłącznie opieką nad dziećmi i nauką języka obcego, co wpisywało się w jego wizję edukacji młodych dam. Po niekończącej się wymianie listów i wydaniu córce mnóstwa zaleceń dotyczących tego, jak powinna się zachowywać – Claire była już wtedy przerażona panią Lagarde, którą wyobrażała sobie jako elegancką, bogatą i wymagającą osobę, a poza tym nie wiedziała, czy poradzi sobie z małymi dziećmi, z którymi ledwo była w stanie się porozumieć – ojciec sam zawiózł ją na stację kolejową. Niebo pociemniało i wyraźnie zbierało się na ulewę.
Przed końcem lekcji dorwała ją Rainie Collender, szkolna dręczycielka.
– Jedziesz, żeby po powrocie jeszcze bardziej zadzierać nosa? – zapytała z pogardą.
Claire zrobiła to, co zawsze. Pochyliła pokornie głowę, gdy kumpele Rainie wybuchnęły śmiechem, i odeszła jak najszybciej, uciekając wzrokiem od ich spojrzeń. Rzadko jej się to udawało. Nie mogła się doczekać wakacji. Chociaż przerażała ją opieka nad francuskimi bachorami, to wszystko było lepsze niż utknąć tutaj, w Kidinsborough.
Kiedy pociąg wyjechał z Crewe, otworzyła śniadaniówkę Tupperware, do której matka zapakowała jej kanapki. Była zdenerwowana i roztrzęsiona. Przeczuwała, że wyrusza w podróż, która będzie dla niej niezwykle ważna.
W pudełku znalazła kartkę z notatką od matki.
„Baw się dobrze” – przeczytała. Nie „zachowuj się dobrze” czy „pamiętaj, żeby po sobie sprzątać” albo „nie wychodź sama”. Po prostu „baw się dobrze”.
Claire miała tylko siedemnaście lat. Nigdy nie rozpatrywała życia swojej matki w jakichkolwiek kategoriach poza tym, że po prostu była – przygotowywała posiłki, prała ubrania i przytakiwała pastorowi, ilekroć ten miał coś nowego do powiedzenia na temat długowłosych młodych hipisów, którzy dotarli nawet do Kidinsborough. Nie przyszło jej do głowy, że matka mogłaby jej tego wyjazdu zazdrościć.
Claire bała się wejścia na prom, przerażało ją, że nie będzie wiedziała, co robić. Statek był ogromny, a ona do tej pory pływała tylko na rowerze wodnym w Scarborough. Jednocześnie wszystko wydawało jej się takie romantyczne: biały kadłub statku, zapach oleju napędowego, dźwięk syreny, gdy powoli oddalali się od ogromnego terminalu w Dover, pasażerowie, którzy wyruszali na poszukiwanie przygody swoimi samochodami kombi wyładowanymi namiotami i śpiworami, a nawet bardziej egzotycznie – Citroënami 2CV, którymi przyjechali prawdziwi Francuzi otwierający teraz swoje kosze piknikowe (o znacznie bardziej wyszukanej zawartości niż kanapki Claire z pasztetem) z butelkami prawdziwego wina, kieliszkami i długimi bagietkami. Rozejrzała się, chłonąc to wszystko, a następnie przeszła na sam dziób statku. Dzień był wietrzny, po niebie płynęły białe chmury. Spojrzała tęsknie w stronę Anglii, którą opuszczała po raz pierwszy, a następnie w kierunku Francji. Pomyślała, że rzadko dotychczas tak bardzo czuła, że żyje.
Claire zostawiła mi wiadomość na poczcie głosowej: „Wpadnij na kawę”. Została tymczasowo wypisana ze szpitala, ale jej głos brzmiał niepewnie i chrapliwie. Oddzwoniłam do niej – to była jedyna rzecz, jaką byłam w stanie zrobić – i umówiłyśmy się na spotkanie w przytulnej kawiarnio-księgarni, bo uznałam, że będzie to dla niej najwygodniejsze miejsce.
Podwiozła ją jej miła synowa Patsy, która kazała jej obiecać, że nie kupi zbyt wielu książek. Kiedy odjechała, Claire przewróciła oczami i powiedziała, że kocha Patsy, ale denerwuje ją, że odkąd zachorowała, wszyscy traktują ją jak czteroletnie dziecko, po czym przypomniała sobie, że akurat mnie nie musi tego mówić. Poprawiło nam to humor na tyle, że zaczęłyśmy udawać doktora Eda siedzącego na łóżku i okazującego empatię.
Potem nastąpiła chwila ciszy. Gdyby to była normalna rozmowa, któraś z nas pewnie powiedziałaby: „Hej, dobrze wyglądasz” albo „Obcięłaś włosy”, albo „Polepszyło ci się” (co, jak wszyscy wiedzą, należy rozumieć jako „O rany, przytyłaś”), ale w naszej sytuacji to nie wchodziło w grę. W szpitalu, na tle śnieżnobiałego prześcieradła i w nieskazitelnej kremowej piżamie, Claire może nie wyglądała dobrze, ale pasowała do otoczenia. Tutaj, w miejscu publicznym, jej wygląd mnie przeraził. Była tak chuda, że sprawiała wrażenie, jakby miała się za chwilę połamać, a na głowie miała artystycznie zawiązaną chustę, która niemal krzyczała: „Choruję na raka od tak dawna, że osiągnęłam mistrzostwo w wiązaniu chust”. Była ubrana w elegancką sukienkę, która wyglądałaby całkiem ładnie, gdyby tak na niej nie wisiała. Claire wyglądała… po prostu na chorą.
Wstałam, żeby przynieść nam kawę i czekoladowe brownie, chociaż powiedziała, że nic nie chce. Próbowałam ją przekonać, że zechce, jak tylko spróbuje tutejszych domowych wypieków. Uśmiechnęła się łagodnie i odparła, że to oczywiście świetny pomysł, ale w taki sposób, że nawet dziecko by się na to nie nabrało. Czułam, że mnie obserwuje, kiedy kuśtykałam po podłodze. Ciągle nie czułam się pewnie, chodząc o lasce, i wolałam jej nie używać. Cath próbowała mnie namówić, żebym wyszła z domu, że wszyscy nie mogą się doczekać, aż to zrobię, ale mnie ta myśl przerażała. Choć trzeba przyznać, że naprawdę potrzebowałam iść do fryzjera. I kupić nowe ubrania. Miałam na sobie moje najbardziej znoszone dżinsy i pasiastą bluzkę i widać było, że nie włożyłam absolutnie żadnego wysiłku w to, aby jakoś wyglądać.
– No więc… – powiedziała Claire, kiedy wróciłam. Na szczęście baristka pomogła mi przynieść tacę. Spojrzałyśmy na siebie.
– Kącik dla inwalidów – powiedziałam, a Claire się uśmiechnęła.
Baristka – nie. Myślę, że się bała, że zaraz jej tu zaczniemy wymiotować albo stracimy przytomność w tej uroczej kawiarni. Czekoladowe brownie było jednak wyjątkowo smaczne i warte wszystkich nieprzyjemnych spojrzeń, którymi nas obrzucano.
– No więc… – zaczęła ponownie Claire, po czym nagle się zaczerwieniła. Wyglądała na przejętą. – Dostałam list.
– Prawdziwy list? – zapytałam z podziwem. Nigdy nie dostawałam listów, co najwyżej krótkie wiadomości od Cath o facetach, którzy akurat jej się podobali.
Skinęła głową.
– Cóż, raczej pocztówkę… W każdym razie napisał, że potrzebuje nowego pracownika do zakładu. I że jest mieszkanie, w którym możesz się zatrzymać.
Spojrzałam na nią zbita z tropu.
– No co? – zapytała.
– Cóż, nie sądziłam… Nie sądziłam, że naprawdę to zrobisz – powiedziałam, oszołomiona i wzruszona. – To znaczy, że zadasz sobie tyle trudu.
– To tylko dwa listy – powiedziała Claire. – Mam nadzieję, że nie tak rozumiesz ciężką pracę. Bardzo cię wychwalałam.
– Yyy… nie – odpowiedziałam.
Uśmiechnęła się.
– Miło było dostać odpowiedź po tak długim czasie.
– To na pewno była miłość – powiedziałam.
– To na pewno było dawno temu – odparowała swoim nauczycielskim tonem.
– Ty nie chcesz jechać? – zapytałam.
– Nie – odpowiedziała bez zastanowienia. – Ten etap mojego życia już dawno się skończył, jest zamknięty. Mam wystarczająco dużo na głowie. Za to ty jesteś jeszcze młoda…
– Mam trzydzieści lat – powiedziałam z nutą skargi w głosie.
– To niedużo – odparła zdecydowanie. – To naprawdę niedużo.
– Jak wygląda ten zakład? – zapytałam, zmieniając temat. Jej synowie nie byli dużo starsi ode mnie, ale obaj mieli już żony i dobre prace. Wolałabym, żeby mnie z nimi nie porównywała.
– Och, pewnie trochę się zmienił. – Na chwilę się zamyśliła, ale zaraz wróciła do rzeczywistości. – W każdym razie to nie jest fabryka, bardziej atelier, pracownia. Nazywa się Le Chapeau Chocolat.
– Czekoladowy Kapelusz? – zapytałam. – To brzmi… To znaczy, czy oni naprawdę robią kapelusze z czekolady?
Claire zignorowała moje pytanie.
– Zatrudnią cię jako pomocnika, w normalnych godzinach pracy. Zorganizowałam ci pokój, w którym możesz się zatrzymać. Ta część Paryża jest bardzo droga, więc ci się przyda. Będą zajęci do października, do tego czasu możesz zostać. Kiedy wrócisz, sklepy w Wielkiej Brytanii będą się przygotowywać do Bożego Narodzenia. Jestem pewna, że wtedy znajdziesz pracę.
– Czy we Francji nie obchodzi się Bożego Narodzenia?
Claire się do mnie uśmiechnęła.
– Obchodzi, ale bez takich szaleństw jak tutaj. Kilka ostryg i czas spędzony z rodziną, to wszystko.
– Brzmi beznadziejnie – powiedziałam. Nagle poczułam irytację, jakby ktoś mnie do czegoś zmuszał, a nie otaczał troską i opieką.
– Ale jest cudownie – powiedziała Claire, a jej szczupła twarz znów przybrała rozmarzony wyraz. – Deszcz stukający o chodnik, słabe światła nad zamglonymi mostami, a ty siedzisz skulona przed kominkiem…
– I jesz ostrygi – wtrąciłam. – Ble…
Claire zdjęła okulary i przetarła piekące oczy.
– No cóż – powiedziała z nadzieją w głosie – myślę, że to bardzo hojna oferta, biorąc pod uwagę, że nawet cię nie zna.
– A co z francuskim? – zapytałam. Było słychać, że zaczynam panikować. – Przecież ja nic nie zrozumiem.
– Nie rozśmieszaj mnie, świetnie sobie radzisz.
– Tak, ale kiedy rozmawiam z tobą. Wiesz, jak mówią prawdziwi Francuzi… bla-bla-HRR-bla-bla… z prędkością stu mil na godzinę. Stu kilometrów na godzinę – poprawiłam się.
Claire się roześmiała.
– Po pierwsze, nie panikuj. Zaufaj swojemu umysłowi, że zrozumie, co mówią inni. Po drugie, ludzie mówią tyle samo bzdur po francusku, co po angielsku. Cały czas się powtarzają, zupełnie jak tutaj. Nie zamartwiaj się tym.
Zmrużyłam oczy.
– Czy on zna angielski?
Claire uśmiechnęła się niepewnie.
– O ile pamiętam, ani słowa.
1972
Jego wąsy były pierwszą rzeczą, na jaką zwróciła uwagę. Nie żeby było to coś niezwykłego – wielu mężczyzn nosiło je w tamtych czasach, podobnie jak długie, niesforne bokobrody, którymi on również mógł się pochwalić – ale na obu ich końcach miał czekoladę. Nie mogła się im nie przyglądać.
– O co chodzi? – zapytał bez ogródek, unosząc brwi. – Co? Przyznaj, nie możesz uwierzyć, że przez te drzwi właśnie wszedł tak niesamowicie przystojny mężczyzna?
Uśmiechnęła się mimowolnie. Z gęstą czupryną ciemnobrązowych kręconych włosów, figlarnymi brązowymi oczami i krępą sylwetką był niewątpliwie całkiem atrakcyjny, ale żeby zaraz przystojny? Nie. A już na pewno nie przypominał stereotypowego Francuza: schludnego, zadbanego, szczupłego i o wyrafinowanych manierach. W tym mężczyźnie nie było nic eleganckiego. Wyglądał trochę jak niedźwiedź, który zabłądził i przypadkiem trafił do miasta.
– Śmiejesz się? Bawi cię, że nie jestem przystojny? Hmm? Jak możesz śmiać się z czegoś takiego? – powiedział, udając głęboko zranionego.
Claire podpierała ścianę przy bogato zdobionych drzwiach przez prawie godzinę, czekając na panią Lagarde. Jej gospodarze byli niezwykle uprzejmi i na szczęście nie okazali się tyranami, czego tak obawiała się Claire i na co tak liczył jej ojciec, ale jednocześnie uważali, że pozwalając dziewczynie uczestniczyć w ich życiu towarzyskim, robią jej wielką przysługę.
Claire jednak nie rozumiała ich wyszukanych zwyczajów i zjadała ją trema. Nie miała pojęcia, co powiedzieć. Na tych spotkaniach zbierali się młodzi mężczyźni w beretach, którzy zaciekle dyskutowali o komunizmie, oszałamiające, szczupłe kobiety, które paliły papierosy i od czasu do czasu wymownie unosiły brwi, patrząc na mężczyzn, albo opowiadały, jak znudziła je taka a taka wystawa. Claire nie była duszą towarzystwa nawet wśród ludzi, których znała. Sam Paryż codziennie powalał ją na kolana swoim nadzwyczajnym pięknem, ale jego mieszkańcy absolutnie ją przerażali.
Traktowała takie wyjścia jak przedłużenie swoich zajęć językowych i starała się jak najwięcej słuchać. Ludzi, których tam spotykała, uznawała bez cienia wątpliwości za dorosłych, nie postrzegała tak jednak siebie. W wieku siedemnastu lat nie czuła się ani dzieckiem, ani dorosłą osobą, a cały ten blichtr sprawiał, że coraz częściej uznawała się po prostu za niewykształconą wieśniaczkę. Trudno jej było nadążyć za tym, o czym rozmawiali wszyscy wokół, ponieważ mówili bardzo szybko. Zresztą była onieśmielona tym, jak pięknie wszyscy się ubierali – bardzo się to różniło od niewyszukanego stylu jej matki – i ciągle rozmawiali o wystawach, które widzieli, i pisarzach, których spotkali, a jeśli nie dyskutowali o tym, to mówili o jedzeniu. To było wyczerpujące. Na domiar złego wszyscy interesowali się angielską dziewczyną od Lagarde’ów – była w końcu ładna i urocza – przez co Claire jeszcze bardziej zamykała się w sobie i robiła wrażenie szarej myszki. Widziała, że pani Lagarde – niezwykle piękna i zadbana kobieta – jest nieco zawiedziona, ale po Kidinsborough i plebanii Paryż po prostu ją przytłoczył.
Ten facet był jednak inny. Miał w oczach szelmowską iskrę, której nie potrafił ukryć.
– Nie chciałam – powiedziała, zakrywając usta dłonią, żeby nie widział jej uśmiechu.
– Aha! Angielka! – wykrzyknął i od razu się cofnął, jakby go to zdziwiło. – Enchanté, mademoiselle! Dziękuję, że zaszczyciłaś nasze małe, zapomniane miasteczko swoją wizytą.
– Droczysz się ze mną – powiedziała Claire, próbując przybrać równie beztroski ton.
– To niemożliwe, mademoiselle! Jestem Francuzem, to oczywiste, że nie mam poczucia humoru.
– A co masz na wąsach? – zapytała.
Zrobił komiczną minę, próbując dojrzeć, o czym mowa.
– Nie wiem. Czy to poczucie humoru?
– To jest brązowe.
– Ach, no tak, oczywiście… to moja praca.
Claire nie rozumiała, ale w tym momencie gospodarz imprezy się odwrócił i zauważył nowo przybyłego gościa. Podszedł do niego wyraźnie zachwycony i zabrał go ze sobą, żeby wszystkim przedstawić, a goście wydawali się znacznie bardziej pochłonięci jego obecnością niż nową au pair państwa Lagarde’ów.
– Kto to jest? – szepnęła Claire do pani Lagarde.
– To Thierry Girard. Całe miasto o nim mówi – odpowiedziała pani Lagarde, spoglądając na mężczyznę z podziwem. – Podobno jest najbardziej utalentowanym czekoladnikiem od czasów Persiona.
Claire była zdziwiona, że ktoś taki może wywołać aż tyle zamieszania, ale przynajmniej okazało się, że ta dziwna, brązowa maź na jego wąsach to tylko czekolada.
– Myśli pani, że odniesie wielki sukces? – zapytała.
Pani Lagarde obserwowała, jak Thierry Girard rozmawia z ważnym krytykiem kulinarnym i bez wysiłku owija sobie go wokół palca, nalegając, by zdradził mu swój najnowszy przepis.
– Och, myślę, że tak – odpowiedziała. – Uczył się fachu w Szwajcarii i Brugii. Myślę, że jest naprawdę wyśmietnity.
Claire rozejrzała się po sali i przyjęła od kelnera drugi kieliszek pysznego szampana, po czym znowu przełączyła się w tryb cichego obserwatora. Thierry natomiast był w centrum uwagi. Ludzie po prostu się wokół niego gromadzili i co chwilę wybuchali śmiechem. Jako że sama czuła się jak niewidzialna szara mysz, była tym zafascynowana. Jego kudłatą twarz trudno było nazwać przystojną, ale emanował taką energią i radością, że każdy pragnął, aby obdzielił nimi właśnie jego. Zauważyła kilka pięknych kobiet, wcześniej nadąsanych i wyniosłych, które teraz się uśmiechały i kręciły obok.
Claire zagryzła wargę. Chciałaby jeszcze jeden kieliszek tego wspaniałego, lodowatego szampana – nigdy wcześniej takiego nie piła – ale słusznie podejrzewała, że pani Lagarde nie wyraziłaby na to zgody. Wyglądało zresztą na to, że szykują się do wyjścia. Rozejrzała się za swoim płaszczem, po czym przypomniała sobie, że oddała go pokojówce przy drzwiach.
– Nie wychodzisz chyba? – zapytał ją nagle chrapliwy głos. Odwróciła się i aż jej serce podskoczyło. Stał za nią Thierry z przygnębioną miną.
– Dokąd idziesz?
– Muszę jutro pracować – wybąkała. – A pani Lagarde… zabiera mnie do domu. Muszę z nią jechać.
Zmarszczył brwi.
– Ach, mam’zelle, nie zdawałem sobie sprawy, że jest pani dzieckiem.
– Nie jestem dzieckiem – powiedziała stanowczo i natychmiast zdała sobie sprawę, jak dziecinnie to zabrzmiało.
– Alors, więc ja cię zawiozę do domu.
– Wykluczone – przerwała im pani Lagarde, która nagle pojawiła się znikąd i spoglądała na niego lodowato.
– Enchanté – powiedział Thierry, nie przejmując się tym ani trochę. Pochylił się i ucałował jej dłoń. – To twoja siostra?
Madame przewróciła oczami.
– To moja au pair, a podczas pobytu tutaj również moja podopieczna – odpowiedziała szorstko. – Claire, idziemy.
– Claire – powtórzył Thierry w taki sposób, jakby delektował się jej imieniem. – Odwiedzisz mój nowy sklep?
Claire od razu zdała sobie sprawę, że dla Madame to trudna sytuacja. Oczywiście, że cały Paryż wybierał się do jego nowego sklepu. Jak tu się przyznać na następnym przyjęciu, że się w nim nie było? Pani Lagarde spojrzała na nią z ukosa. Claire wyobraziła sobie, że właśnie obmyśla sposób, jak trzymać ją z daleka od tego fascynującego mężczyzny.
Nie mogła się bardziej pomylić.
Marie-Noelle Lagarde była kobietą światową. Uważała, że to jakaś dziwna burżuazyjna moda trzymać młodą dziewczynę w domu pod kloszem. Jeśli Claire nie przejrzy na oczy, skończy pochowana za życia gdzieś na angielskiej prowincji, tak jak jej matka, i nigdy nie zazna żadnej radości. Marie-Noelle miała tylko nadzieję, że to jeden z uroczych, dobrze wykształconych synów jej przyjaciół weźmie dziewczynę pod swoje skrzydła, nauczy ją trochę życia i odeśle do domu z cudownymi wspomnieniami z Paryża i horyzontami szerszymi niż kościelne kółko florystyczne. Wyczuwała w młodej dziewczynie uśpionego ducha i czuła się odpowiedzialna za danie mu skrzydeł – tak dla niej samej, jak i dla jej wspaniałej, pełnej życia matki, która poślubiła charyzmatycznego młodego duchownego i do końca życia tego żałowała. To jednak musi być ktoś odpowiedni, odpowiedzialny. Nie wyśle jej przecież z powrotem do Anglii w ciąży z grubym kucharzem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Chociaż nie wykluczałabym tego w przypadku Flynna. [wróć]
The Only Way Is Essex – popularny brytyjski reality show emitowany od 2010 roku (przyp. tłum.). [wróć]
