Świąteczna księgarnia - Jenny Colgan - ebook + książka

Świąteczna księgarnia ebook

Jenny Colgan

4,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Ta książka to literacka gorąca czekolada!

Ostatnie, o czym marzy Carmen, to spędzanie świąt Bożego Narodzenia w idealnym domu swojej idealnej starszej siostry Sofii, z jej idealnym mężem i idealnymi dziećmi. W dodatku Sofia próbuje na siłę uporządkować życie Carmen, co jej samej się wcale nie podoba. Nie ma jednak wielkiego wyboru: zwolniono ją z pracy w rodzinnym miasteczku i teraz nie ma ani pieniędzy, ani planu B. Na kilka tygodni przed Gwiazdką przenosi się więc za namową mamy i siostry do malowniczego Edynburga i zatrudnia w upadającej księgarence, by pomóc jej starszemu, ekscentrycznemu właścicielowi tchnąć życie w zapomniany sklepik. Ta misja wydaje jej się jednak niemożliwa do spełnienia…

Czy Carmen odnajdzie wspólny język z nowym szefem? Co się stanie, gdy księgarnią – i jej nową pracownicą – zainteresuje się sławny i charyzmatyczny pisarz? Czy świąteczny nastrój wystarczy, aby naprawić trudne siostrzane relacje? Czy w natłoku zajęć znajdzie się jeszcze miejsce na odrobinę miłości?...

Urocza, optymistyczna książka na okołoświąteczny czas!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 419

Data ważności licencji: 11/22/2028

Oceny
4,0 (42 oceny)
20
10
6
6
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Alutek_17

Dobrze spędzony czas

Typowo świąteczna pozycja. Wątki przewidywalne. Ale historia miła do przeczytania
10
Patrycja_Szlachta1

Nie oderwiesz się od lektury

Przeurocza historia
10
izunda

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo przyjemna, klimatyczna, ciekawe opisy Edynburga. Polecam
00
Jolijanka

Nie oderwiesz się od lektury

rozumiem strach, ale głupotę i karierę wykorzystania biednych, wystraszonych ludzi, już nie. aa nie podoba się recenzja?? Dlatego blookikesz
00
MarcinDurka

Dobrze spędzony czas

Przyjemna, otulająca, pełna ciepła świąteczna opowieść. Momentami może nieco naiwna i przewidywalna, ale nie traci na tym swojego uroku.
00

Popularność




Prolog

Ale prze­cież jest sier­pień! – powie­działa do tele­fonu Car­men, odkła­da­jąc książkę. – Sier­pień! Świeci słońce, no pra­wie! Na nogach mam san­dały! Po oko­licy kręcą się fur­go­netki, z któ­rych sprze­dają lody! W zeszłym tygo­dniu posma­ro­wa­łam się kre­mem do opa­la­nia i oka­zało się, że nie­mal tego potrze­bo­wa­łam! A ty wyska­ku­jesz z czymś takim. Niby skąd mam znać odpo­wiedź na takie pyta­nie?

W tele­fo­nie znowu dał się sły­szeć spo­kojny głos matki:

– Nie dener­wuj się. – Car­men wes­tchnęła. Co roku wał­ko­wały ten sam temat. Matka mówiła dalej: – Po pro­stu wola­ła­bym wie­dzieć wcze­śniej, to wszystko. Oczy­wi­ście Sofia też…

Car­men zro­biła skwa­szoną minę.

– Tak, znowu spo­dziewa się dziecka, tak jakby i bez tego świat nie mie­rzył się z pro­ble­mem prze­lud­nie­nia. Bla, bla, bla… Wiem, wiem.

– Car­men June Hogan. Zacho­wuj się – zgro­miła ją matka.

– Lito­ści, mamo. Ma już troje i jesz­cze jej mało? To zwy­kły ego­izm, nic wię­cej. Wra­ca­jąc do two­jego pyta­nia, nie mam poję­cia, co będę robić w Boże Naro­dze­nie. Może gdzieś pojadę.

– Z kim? – spy­tała powąt­pie­wa­ją­cym tonem matka.

– Mogę prze­cież kogoś poznać do świąt. I kto wie, może ten ktoś zabie­rze mnie na Bar­ba­dos! Albo do Los Ange­les!

Oczami wyobraźni widziała, jak matka się uśmie­cha.

– A zatem nie zamie­rzasz spę­dzać Gwiazdki z rodziną, bo będziesz w LA.

– Nie­wy­klu­czone.

Car­men nie mogła w to uwie­rzyć: mimo że nie­długo miała jej stuk­nąć trzy­dziestka, gdy docho­dziło do sporu z matką, zmie­niała się w ner­wową nasto­latkę.

Ale prze­cież naprawdę był dopiero sier­pień. I wcale nie chciała na razie myśleć ani o tym, że lato kie­dyś się skoń­czy, ani o kolej­nych świę­tach Bożego Naro­dze­nia. Ozna­czały one dla niej powrót do dzie­cię­cego pokoju, który obec­nie zasta­wiony był nie­na­le­żą­cymi do niej rupie­ciami, głów­nie maszy­nami do szy­cia. Znowu byłaby ska­zana na lek­turę wszyst­kich sta­rych ksią­żek ze swo­jej półki: cyklu powie­ścio­wego Fol­ly­foot, dzieł C.S. Lewisa czy powie­ści Ciem­ność rusza do boju autor­stwa Susan Cooper.

No a potem wszy­scy znowu zachwy­ca­liby się hała­śli­wymi, roz­wy­drzo­nymi bacho­rami jej sio­stry i zasy­py­wali je pre­zen­tami (koniecz­nie z drewna i koniecz­nie dro­gimi). Tych pre­zen­tów byłoby tak dużo, że dzie­ciaki zry­wa­łyby papier z jed­nego i momen­tal­nie tra­ciły zain­te­re­so­wa­nie tym, co jest w środku, żeby sku­pić się na roz­pa­ko­wy­wa­niu kolej­nego poda­runku.

Z każ­dym rokiem pre­zenty Sofii dla naj­bliż­szych sta­wały się coraz bar­dziej efek­towne i kosz­towne. Tym samym dawała wszyst­kim do zro­zu­mie­nia, któ­rej z sióstr powo­dzi się w życiu – a któ­rej na­dal zda­rza się sypiać pod koł­drą z nadru­kiem ze zdję­ciem Spice Girls i wrę­czać na święta prze­ce­nione dro­bia­zgi ze sklepu, w któ­rym pra­cuje.

Ale matka brnęła dalej:

– Sofia chcia­łaby poka­zać nam swój nowy dom. Raczej nie będzie jej się chciało przy­jeż­dżać do nas na Boże Naro­dze­nie… Pomy­śla­łam, że wszy­scy mogli­by­śmy się do niej wybrać. Goto­wa­niem zaję­ła­bym się ja…

Sofia była praw­niczką i pra­co­wała w Edyn­burgu, sto mil od chy­lą­cego się ku upad­kowi prze­my­sło­wego mia­sta na zachod­nim wybrzeżu Szko­cji, skąd pocho­dziła cała rodzina. Powo­dziło jej się zna­ko­mi­cie: miała przy­stoj­nego męża, rów­nież praw­nika, spe­cja­li­zu­ją­cego się w pra­wie mię­dzy­na­ro­do­wym, dzie­ciaki, land rovera… Bla, bla, bla. Za to Car­men na­dal ska­zana była na etat w domu towa­ro­wym, w któ­rym zaczęła pra­co­wać w soboty, gdy jesz­cze cho­dziła do szkoły. Dom był w opła­ka­nym sta­nie i sta­czał się coraz bar­dziej. W rodzi­nie jej miej­sce zatrud­nie­nia było tema­tem tabu, co by­naj­mniej nie uła­twiało sytu­acji.

Matka, jak gdyby czy­ta­jąc jej w myślach, ści­szyła głos.

– A jak tam sytu­acja w Doun­ston’s?

Car­men doce­niała tro­skę, acz­kol­wiek wola­łaby, żeby matka daro­wała sobie ten kon­spi­ra­cyjny ton.

– No cóż… do świąt na pewno sta­nie na nogi – oświad­czyła. Obie roz­pacz­li­wie chciały w to wie­rzyć.

Pod koniec roz­mowy Car­men miała poczu­cie, że kwe­stię tego, jak spę­dzi święta Bożego Naro­dze­nia, roz­strzy­gnęła w spo­sób satys­fak­cjo­nu­jący – to zna­czy nie zde­kla­ro­wała się w żaden spo­sób, co tak naprawdę będzie pora­biać. Inna sprawa, że to wcale nie prze­szko­dzi matce liczyć na jej obec­ność. Co do tego nie miała wąt­pli­wo­ści. Oczy­wi­ście, wbrew jej zapew­nie­niom, do Gwiazdki nie wyda­rzy się nic nie­prze­wi­dzia­nego i znowu spę­dzi ją z rodziną; albo w nowym domu Sofii – nie­za­leż­nie od tego, co to za chata; zresztą i tak była prze­ko­nana, że dosta­nie naj­mniej wygodne łóżko – albo dwu­dzie­stego czwar­tego grud­nia wylą­duje na sta­rych śmie­ciach, a wie­czo­rem przy­kryje się swoją starą koł­drą ze Spice Girls, co zawsze ją doło­wało. Rozej­rzała się po pokoju socjal­nym.

Idra, jej naj­lep­sza kum­pela w skle­pie, która przed chwilą weszła do pomiesz­cze­niu, przy­glą­dała się wła­śnie kub­kowi w kwie­ci­ste wzory. Kubek nale­żał do ich kie­row­niczki, pani Marsh, i picie z niego było surowo zabro­nione.

– Nawet o tym nie myśl – zwró­ciła się do niej Car­men.

– Nasi­kam do niego – odrze­kła roz­sier­dzona dziew­czyna. – Ten babsz­tyl prze­nosi mnie z powro­tem na kape­lu­sze.

Car­men wydała z sie­bie pełen współ­czu­cia pomruk. Dział z kape­lu­szami usy­tu­owany był zaraz przy drzwiach wej­ścio­wych. Za taką, a nie inną loka­li­za­cją krył się zapewne sprytny zamysł: pierw­szą rze­czą, o jakiej pomy­śli zmar­z­nięty czło­wiek wcho­dzący do sklepu z lodo­wa­tej głów­nej ulicy, będzie nie­wąt­pli­wie porządne nakry­cie głowy.

Nie­stety osoba obsłu­gu­jąca tam kasę nara­żona była z jed­nej strony na wpa­da­jące przez drzwi wście­kłe podmu­chy mroź­nego powie­trza, z dru­giej zaś – żar wyle­wa­jący się z grzej­nika, który spra­wiał, że sprze­daw­czyni, nie­za­leż­nie od stroju, wiecz­nie była zlana potem. Inna sprawa, że ostat­nio coraz rza­dziej kto­kol­wiek w ogóle uży­wał tych drzwi.

Car­men dni spę­dzane w pracy odmie­rzała książ­kami. Pod ladą zawsze trzy­mała w pogo­to­wiu jakąś powieść w mięk­kiej opra­wie, do któ­rej mogła zaj­rzeć, gdy nie było ruchu, a ona poprze­sta­wiała już pro­dukty w witry­nach skle­po­wych, a także odku­rzyła, wypo­le­ro­wała i wygła­dziła wszystko oraz spraw­dziła próbki. Kiedy roz­po­czy­nała pracę w Doun­ston’s, przez cały dzień miała co robić, a na czy­ta­nie mogła sobie pozwo­lić tylko w auto­bu­sie i w porze dru­giego śnia­da­nia. Teraz na przeczy­ta­nie powie­ści od deski do deski potrze­bo­wała tylko trzech dni, a czas ten wyraź­nie się skra­cał. Mar­twiło ją to, i to bar­dzo.

– To mnie naj­bar­dziej nie cierpi – pocie­szała przy­ja­ciółkę Car­men, mając na myśli panią Marsh. Stu­dio­wała teraz gra­fik na następny tydzień. Kie­row­niczka zadbała, by to wła­śnie jej dostała się naj­bar­dziej nie­ludzka i uciąż­liwa kom­bi­na­cja zmian. Naj­pierw zmiana poranna, następ­nie popo­łu­dniowa, potem znowu poranna i popo­łu­dniowa tego samego dnia. Mimo to jakimś cudem i tak pra­co­wała za mało godzin w mie­siącu, żeby otrzy­mać pełną wypłatę. To ozna­czało, że będzie musiała wszyst­kiego sobie odma­wiać, żebrać o pożyczkę u zna­jo­mych, nie stać jej będzie na żadne przy­jem­no­ści, a w nie­dzielę wie­czo­rem będzie zabie­rać do domu resztki po ugo­to­wa­nym przez matkę rodzin­nym obie­dzie.

– Powie­działa, że wyglą­dam jak menelka – poskar­żyła się Idra.

– A co mia­łaś na sobie?

– Po pro­stu zdję­łam roz­pi­nany swe­ter. Ile to mogło trwać? Może dzie­sięć sekund.

Car­men par­sk­nęła śmie­chem. Ale zaraz umil­kła, gdy osoba, o któ­rej roz­ma­wiały, bez­sze­lest­nie wśli­zgnęła się do pokoju. Dekady prze­pra­co­wane w han­dlu deta­licz­nym nauczyły panią Marsh, kobietę słusz­nej wagi, bez­gło­śnego poru­sza­nia się po skle­pie. Kie­row­niczka była na ni­gdy nie­koń­czą­cych się łowach wszel­kiej maści nic­poni, zło­dzie­jasz­ków, obi­bo­ków, symu­lan­tów i – gene­ral­nie rzecz bio­rąc – każ­dego, kto dobrze się bawił, robiąc zakupy w domu towa­ro­wym.

Dro­biła cichu­teńko tymi swo­imi mikro­stóp­kami, zawsze w ele­ganc­kich czar­nych czó­łen­kach, mimo że pew­nie mocno ją cisnęły i powo­do­wały żylaki, które rok po roku niczym nie­po­wstrzy­many bluszcz opla­tały jej nogi coraz gęst­szą sie­cią, widoczną pod raj­sto­pami. Była dość tęga w talii, a po sta­nik zdolny pomie­ścić jej pokaź­nych roz­mia­rów biust nie­wąt­pli­wie wypra­wiała się do Działu dla Puszy­stych. Efekt był oso­bliwy – można było odnieść wra­że­nie, że kie­row­niczka dys­po­nuje nie dwiema, lecz jedną nie­zwy­kle sze­roką pier­sią, która w razie potrzeby śmiało mogłaby posłu­żyć za zapa­sową półkę skle­pową.

Car­men i Idra szybko odkryły, jak wygląda ide­alny sklep według pani Marsh: to cał­ko­wi­cie pusta i ste­ryl­nie czy­sta prze­strzeń. Wstępu do takiego miej­sca nie mie­liby, rzecz jasna, żadni klienci – któ­rzy tylko bała­ga­nią, któ­rych dzie­ciaki tłuką wyroby szklane, któ­rych zabło­cone buci­ska bru­dzą wypo­le­ro­wane na błysk posadzki, a co gor­sza, któ­rzy za nic mają zasady korzy­sta­nia z windy (pani Marsh pamię­tała czasy, gdy każda winda miała swo­jego win­dzia­rza, i czę­sto o tym wspo­mi­nała). Sło­wem, zda­niem kie­row­niczki im mniej osób pałę­tało się po skle­pie, tym lepiej.

Naj­gor­sze, że w ciągu ostat­nich kilku lat życze­nie pani Marsh w coraz więk­szym stop­niu się speł­niało.

Inne sklepy – BHS, Next, Marks and Spen­cer, WH Smith – jeden po dru­gim wyno­siły się poza obręb mało waż­nego mia­steczka-sypialni, a potem wszyst­kie z hukiem upa­dały.

Dom towa­rowy Doun­ston’s, gdzie kolejne poko­le­nia panien mło­dych spo­rzą­dzały listy pre­zen­tów i gdzie wybie­rały mate­riał na suk­nię ślubną, gdzie przy­szłe mamy zaopa­try­wały się w wózki-gon­dole, a całe rodziny – w por­ce­la­nową zastawę, sofy, fir­mowe tka­niny i pościel; Doun­ston’s, w któ­rego ofer­cie w sierp­niu tra­dy­cyj­nie poja­wiały się mun­durki szkolne, a w okre­sie przed­świą­tecz­nym wystrza­łowe per­fumy dla pań i zabawki dla dzieci, usta­wia­ją­cych się w kolejce do zdję­cia w gro­cie i małego poda­runku od Świę­tego Miko­łaja – mówiło się, że ten wła­śnie Doun­ston’s jest następny w kolejce do odstrzału.

Car­men nie mie­ściło się w gło­wie, że dom towa­rowy – tak, zda­wa­łoby się, trwały, inte­gralny ele­ment mia­sta i część życia jego miesz­kań­ców, z witra­żami w oknach przed­sta­wia­ją­cymi robot­ni­ków przy budo­wie drogi do Clyde, z kawia­renką ofe­ru­jącą cia­sto fran­cu­skie i słod­kie bułeczki, w któ­rej z pogardą odno­szono się do nowo­cze­snych wymy­słów w rodzaju latte – miałby z dnia na dzień prze­stać ist­nieć. To tutaj biło serce mia­sta.

Tylko że całe mia­sto spra­wiało wra­że­nie, jak gdyby jego histo­ria dobie­gła końca. Było mar­twe. Na repre­zen­ta­cyj­nej ulicy kró­lo­wały teraz sklepy cha­ry­ta­tywne, wypo­ży­czal­nie sku­te­rów inwa­lidz­kich i banki. Cza­sami tra­fiał się też jakiś z góry ska­zany na porażkę butik, w któ­rym z ini­cja­tywy władz mia­sta pró­bo­wano han­dlo­wać twór­czo­ścią lokal­nych mala­rzy i ręko­dziel­ni­ków.

Miej­scowi chcieli co prawda, żeby w śród­mie­ściu kwitł han­del, nie na tyle jed­nak, żeby zapła­cić 17,99 funta za por­ce­la­nowy kubek z paste­reczką, skoro na Ama­zo­nie można sobie zamó­wić nie­wiele gor­szy i zapła­cić mniej niż pięć fun­tów. Ani nie na tyle, żeby wlec się do cen­trum mia­sta z zamia­rem kupie­nia trzech metrów różo­wej wstążki po to tylko, żeby na miej­scu usły­szeć, że różowa aku­rat się skoń­czyła i zamiast tego mogą dostać ciem­no­czer­woną (a im prze­cież tak bar­dzo zale­żało na różo­wej), skoro mogą, nie rusza­jąc się z kanapy, wejść do sklepu inter­ne­to­wego i wybrać taki odcień różu, jaki im się naj­bar­dziej podoba, co zaj­muje łącz­nie dwie minuty, a następ­nego dnia kurier dostar­czy wstążkę do domu.

Car­men wcale im się nie dzi­wiła. Jeśli cho­dzi o tra­dy­cyjne zakupy w skle­pach sta­cjo­nar­nych, robiła to samo co inni, mimo że prze­cież codzien­nie była w cen­trum. Poza tym, bądźmy poważni, kto używa dziś obrę­czy na ser­wetki? Albo ile małych ozdob­nych podu­szek może w swoim życiu nabyć prze­ciętny zdrowy na umy­śle czło­wiek? Minęły czasy, gdy druhny samo­dziel­nie szyły dla sie­bie suk­nie z dużych kawał­ków fio­le­to­wej i różo­wej jedwab­nej satyny (albo baweł­nia­nej w przy­padku tych bar­dziej liczą­cych się z kosz­tami). Obec­nie po pro­stu zama­wiały kre­acje z dru­giego końca świata, a gdy wresz­cie otrzy­my­wały zamó­wie­nie, oka­zy­wało się, że kiecka fatal­nie leży. Przycho­dziły wtedy, zawsty­dzone, do sklepu, pro­sząc o rady doty­czące prze­ró­bek, zaob­rę­bia­nia, aż w końcu na ostat­nią chwilę kupo­wały zamek bły­ska­wiczny, bo ten w przy­sła­nej kre­acji od razu się zaci­nał.

No ale trzy dni po dys­ku­sji z mamą na temat Gwiazdki – stało się. Eks­pe­dientki zostały wezwane na roz­mowę. Idra gło­śno pro­te­sto­wała, twier­dząc, że powinna była dolać tru­ci­zny do tam­tego cho­ler­nego kubka. Pani Marsh, kobieta w wieku mocno eme­ry­tal­nym – zda­niem Idry musiała mieć dzie­więć­dzie­siątkę na karku – z wyraźną lubo­ścią poin­for­mo­wała pra­cow­niczki sklepu, że wszyst­kie zostają zwol­nione, czy też raczej, jak to ujęła w swoim sno­bi­stycz­nym stylu, „ich pomoc nie będzie już dłu­żej potrzebna”.

Popa­trzyła na nie znad oku­la­rów o sze­ro­kich szkłach w paste­lo­wej oprawce i przy­kle­pała krót­kie, spry­skane lakie­rem włosy.

– Jestem pewna, że przy­naj­mniej nie­które z was mogą liczyć na świetne refe­ren­cje i bez naj­mniej­szego trudu znajdą zatrud­nie­nie gdzie indziej – mówiła, zna­cząco spo­glą­da­jąc na swoją ulu­bie­nicę: prze­klętą lizu­skę Lavi­nię McGraw.

Car­men i Idra wymie­niły się spoj­rze­niami. Car­men miała gra­ni­czące z pew­no­ścią paskudne podej­rze­nie, że lada chwila wybuch­nie śmie­chem w sytu­acji, w któ­rej było to abso­lut­nie nie­wska­zane.

Bo to, co się wła­śnie działo, było paskudne. Straszne. Tra­giczne. A ona, podob­nie jak wszy­scy, od dawna się domy­ślała, że ją to czeka. Mimo to nie kiw­nęła pal­cem, żeby się jakoś przy­go­to­wać. Obwi­nia­nie teraz pani Marsh o sytu­ację, w jakiej się zna­la­zła, mijało się z celem.

Rozdział 1

Sofia d’Angelo, z domu Hogan, stała przed lśnią­cymi czar­nymi drzwiami wej­ścio­wymi i przy­glą­dała się wiszą­cemu na nich wień­cowi. W końcu zmru­żyła oczy, popra­wiła lekko jego uło­że­nie, po czym cof­nęła się, żeby podzi­wiać ide­alną syme­trię.

To było sil­niej­sze od niej. Kiedy tylko po raz pierw­szy ujrzała ten dom, po pro­stu wie­działa. Tak, to była miłość od pierw­szego wej­rze­nia. Ow­szem, piw­nica była tro­chę zawil­go­cona, a sam budy­nek miał już swoje lata. No ale na miłość nie ma moc­nych. I choć nikt nie jest dosko­nały, to w tym momen­cie dom ozna­czony nume­rem dzie­sięć przy Wal­grave Street był bli­ski per­fek­cji.

Stał w sze­regu budyn­ków o róż­nej wyso­ko­ści i był wśród nich jed­nym z naj­mniej­szych: liczył sobie zale­d­wie cztery kon­dy­gna­cje, łącz­nie z piw­nicą. Zbu­do­wany z sza­rego pia­skowca w epoce geo­r­giań­skiej, mie­ścił się na końcu „nowej” czę­ści Edyn­burga (która tak naprawdę nie miała w sobie nic nowego). Przy­glą­dał się światu pię­cioma oknami, podzie­lo­nymi na dwa­na­ście szyb, przez co przy­po­mi­nał domek z dzie­cię­cego rysunku. Z pokoju na pię­trze wycho­dziło się na maleńki bal­kon. Do fron­to­wych drzwi pro­wa­dziły ele­ganc­kie kamienne schodki, z barier­kami z kutego żelaza, wokół któ­rych wił się ostro­krzew. Balu­strada była ude­ko­ro­wana czer­wo­nymi kokar­dami w szkocką kratę i ską­pana w cie­płym żół­tym bla­sku świą­tecz­nych lam­pek. Wszystko to przy­po­mi­nało obra­zek z bożo­na­ro­dze­nio­wej pocz­tówki – przy­jemne świa­tło sączyło się z okien na skuty mro­zem chod­nik, a zza szyb na pię­trze mru­gały świą­teczne drzewka cho­in­kowe, przy­brane tymi samymi lamp­kami i kokar­dami.

Dwie cho­inki! Sofia zało­żyła ręce na piersi i z zachwy­tem chło­nęła ten widok. I pomy­śleć, że nie tak dawno gnieź­dzili się w cia­snym miesz­ka­niu komu­nal­nym na dru­gim końcu Szko­cji. Ależ zro­bili skok, nie ma co!

Jesz­cze we wrze­śniu prze­zor­nie zare­zer­wo­wała pierw­szeń­stwo w świą­tecz­nych zaku­pach na plat­for­mie Ocado, dzięki czemu prze­my­ślane drew­niane pre­zenty dla jej dzieci były już przy­go­to­wane. Każdy owi­nięty w inny papier, bo prze­cież Święty Miko­łaj zwraca uwagę na takie szcze­góły. Jej sukienka też była już gotowa, choć Sofia z zasady nie­wiele czasu spę­dzała na impre­zach, zwłasz­cza teraz, gdy była w tak zaawan­so­wa­nej ciąży. W kalen­da­rzu zazna­czyli wspól­nie te dni, gdy mieli zamiar oglą­dać szopki i kon­certy kolęd, a także te, kiedy pla­no­wali wybrać się na kosz­mar­nie drogi świą­teczny jar­mark i bożo­na­ro­dze­niowy spek­takl w teatrze The Lyceum. A prze­cież dopiero zaczął się listo­pad. Nie­dawno zdjęli z fron­to­wych drzwi gustowny hal­lo­we­enowy wie­niec, uprząt­nęli dynie oraz poma­rań­czowo-czarne deko­ra­cje i scho­wali duży kosz pełen bez­cu­kro­wych łakoci.

W świe­cie Sofii wszystko było ide­alne.

I tylko jeden szcze­gół szwan­ko­wał – Car­men.

Wła­śnie dzwo­niła matka. Mijały już trzy mie­siące, odkąd sio­stra wpro­wa­dziła się z powro­tem do rodzi­ców. I do tej pory nie zna­la­zła dla sie­bie żad­nej pracy. Matka raz w tygo­dniu dzwo­niła do Sofii, bła­ga­jąc ją, żeby zała­twiła sio­strze jaką­kol­wiek posadę. Ton jej nale­gań sta­wał się coraz bar­dziej despe­racki. Tam, gdzie miesz­kali, nie było pracy, zwłasz­cza w skle­pach. A Car­men sama naj­wi­docz­niej nie wyka­zy­wała ini­cja­tywy, by coś zna­leźć.

Kiedy Sofia była mała, miała w zwy­czaju usta­wiać swoje lalki w rzę­dzie i instru­ować je, jak należy się zacho­wy­wać pod­czas pod­wie­czorku. W jej świe­cie zawsze pano­wały ład i porzą­dek. Aż wresz­cie – Sofia miała wtedy cztery lata – matka zaszła w ciążę. Zapa­mię­tała z tam­tego okresu, że wiele osób prze­ko­ny­wało ją, jaką będzie cudowną star­szą sio­strą. Małą Sofię bar­dzo to cie­szyło, zwłasz­cza że była obsy­py­wana wspa­nia­łymi pre­zen­tami, pod­czas gdy nie­mowlę mogło liczyć co naj­wy­żej na nudne stare ciu­chy. To był wspa­niały czas. Sofia od razu roz­po­częła przy­go­to­wa­nia do uczy­nie­nia z Car­men swo­jej przy­ja­ciółki, sojusz­niczki i part­nerki we wszyst­kich zaba­wach.

Nie­stety mały potwo­rek o czer­wo­nej wykrzy­wio­nej twa­rzyczce, wyda­jący z sie­bie potworne wrza­ski, w niczym nie przy­po­mi­nał młod­szych sióstr, które Sofia znała ze swo­ich ksią­że­czek. Dziew­czynka rosła, ale szybko stało się jasne, że nie inte­re­suje się lal­kami, nie lubi bawić się w pro­szone her­batki i prze­bie­rać w piękne sukienki. W ogóle nie cier­piała jakich­kol­wiek kie­cek. Tak samo zresztą jak szkoły, którą Sofia uwiel­biała. Od samego początku Car­men była wcie­le­niem narze­kac­twa – maru­dziła, gdy miała wyjść z domu, ale też gdy miała do niego wró­cić. Bia­do­liła, kiedy trzeba było pójść na pię­tro, wyką­pać się, umyć włosy, wyjść na basen, udać się do kogoś w odwie­dziny, wsiąść do spa­ce­rówki albo z niej wysiąść.

Sofia, mimo usil­nych sta­rań, ni­gdy nie była w sta­nie wytłu­ma­czyć sio­strze, dla­czego dobrze jest być miłym dla innych – nie­za­leż­nie od tego, czy mamy na to ochotę – bo wtedy uśmiechną się, pogła­skają cię po gło­wie i dadzą cia­steczko. Sofii takie zacho­wa­nie zawsze wyda­wało się oczy­wi­ste. Car­men nato­miast… była niczym szpilka prze­kłu­wa­jąca balo­nik samo­za­do­wo­le­nia star­szej sio­stry.

Teraz Sofia przy­słu­chi­wała się matce, marsz­cząc brwi. Naj­wi­docz­niej… znowu nie wyglą­dało to różowo. To by tłu­ma­czyło, dla­czego Car­men opu­ściła imprezę uro­dzi­nową swo­jej sio­strze­nicy, nie raczyła nawet przy­słać kartki, zadzwo­nić czy jak­kol­wiek dać znać, co u niej sły­chać.

Cóż, wku­rza­nie się teraz mija­łoby się z celem. Sofia wygła­dziła czoło; na nową kura­cję botok­sem będzie mogła sobie pozwo­lić dopiero po poro­dzie. Sytu­acją sio­stry zaś zacznie się mar­twić, gdy będzie to abso­lut­nie konieczne.

Jesz­cze raz rzu­ciła okiem na swój dom jak z pocz­tówki, po czym, stu­ka­jąc obca­sami i omi­ja­jąc zamar­z­nięte kałuże, poszła do pracy.

Rozdział 2

Sofia mnie nie chce.

– Głup­stwa ple­ciesz – skła­mała matka. – Po pro­stu obie jeste­ście na róż­nych eta­pach w swoim życiu. No i zra­ni­łaś jej uczu­cia, gdy zigno­ro­wa­łaś przy­ję­cie uro­dzi­nowe Pippy.

– Zra­ni­łam jej uczu­cia? – wybuch­nęła Car­men. – Tkwię w mar­twym punk­cie, całe moje życie to jedna wielka pomyłka. Stra­ci­łam pracę i wylą­do­wa­łam z powro­tem w moim dzie­cię­cym pokoju. Ale z jakie­goś powodu liczy się tylko to, co czuje Sofia.

– Kocha­nie, pro­szę cię. Nie wysła­łaś swo­jej sio­strze­nicy nawet kartki na uro­dziny.

– Sofia nie chce mieć ze mną nic wspól­nego. Dla niej jestem tylko dzi­waczną młod­szą sio­strą, któ­rej wszy­scy muszą współ­czuć, bo wciąż pra­cuje w skle­pie, cho­ciaż to aku­rat jest już nie­ak­tu­alne. Na­dal jestem nie­za­mężna i w prze­ci­wień­stwie do wszyst­kich jej wiel­ko­miej­skich kole­ża­ne­czek nie jestem zado­wo­lona z sie­bie i nie jestem w ciąży. – Car­men tro­chę się zaga­lo­po­wała. Trudno.

– Zazdrość to uczu­cie jak każde inne – oznaj­miła matka. A kiedy zdała sobie sprawę, że była to ostat­nia rzecz, jaką powinna była powie­dzieć, przy­brała znę­kany wyraz twa­rzy.

– Ale ja jej nie zazdrosz­czę! Kto by tam chciał pako­wać się w dzie­ciaki? Prze­cież to uwią­za­nie na całe życie – tłu­ma­czyła Car­men. – Po pro­stu nie sądzi­łam, że zrobi z tego takie wiel­kie halo. Zało­ży­łam, że ma waż­niej­sze rze­czy na gło­wie niż zamar­twia­nie się, czy przy­szłam na jakąś kre­tyń­ską imprezę uro­dzi­nową.

– Czy na imprezę uro­dzi­nową przy­szła jej jedyna sio­stra i czy zro­biła to dla swo­jej rodziny.

– Ale to nie jest moja rodzina! – zapro­te­sto­wała Car­men. – Poza tym u niej wiecz­nie są jakieś oka­zje. Jak nie ślub, to chrzciny. Jak nie chrzciny, to impreza uro­dzi­nowa. Jak nie impreza uro­dzi­nowa, to baby sho­wer. Car­men, bar­dzo cię pro­szę, poświęć mi cały swój wolny czas, przyjdź i powiedz, jak cudowne jest moje życie, jak cudowne są moje dzieci. Aha, i nie zapo­mnij przy­nieść jakichś wyjąt­kowo kosz­tow­nych pre­zen­tów, na które cię nie stać. Wszystko odbę­dzie się w dro­gich restau­ra­cjach, a ponie­waż na to też cię nie stać, ure­gu­luję rachu­nek za cie­bie, moja biedna sio­strzyczko, a do tego zro­bię z tego wiel­kie halo. Och, i spójrz, jaki mam ogromny dom!

Car­men skrzy­żo­wała ramiona na piersi. Tak bar­dzo tęsk­niła za swoim cia­snym wynaj­mo­wa­nym miesz­kan­kiem. No ale była total­nie spłu­kana. Wcze­śniej pra­co­wała doryw­czo w kawiar­niach i barach, ale teraz sytu­acja w mie­ście się zmie­niła i dosłow­nie wszy­scy szu­kali zatrud­nie­nia. Rodzice zacho­wy­wali się w sto­sunku do niej nie­na­gan­nie, co zresztą wcale nie poma­gało. Domy­ślała się, co mieli na końcu języka – że jest taka zdolna i mogła z łatwo­ścią dostać się na stu­dia, zdo­być dyplom i zna­leźć porządną pracę. Ale ona była uparta i ich nie posłu­chała.

Dla­tego swoją fru­stra­cję skie­ro­wała gdzie indziej.

– Poza tym wy co pięć minut rzu­ca­cie wszystko, żeby bić pokłony przed świę­tymi wnu­kami. Cza­sami mam wra­że­nie, że cała nasza rodzina to jeden wielki fan­klub Sofii. A kiedy w końcu dałam do zro­zu­mie­nia, że nie chcę do niego nale­żeć, od razu wszy­scy się na mnie rzu­cili: „Uuu, nie­do­bra Car­men”.

Matka nie odpo­wia­dała. Młod­szej córce nie można było odmó­wić racji: troje dzieci to fak­tycz­nie sporo imprez, pre­zen­tów i zamie­sza­nia. Nie była wcale pewna, czy Car­men w ogóle wie, ile mają lat. Ale prze­cież wiele kobiet z łatwo­ścią wcho­dzi w rolę kocha­ją­cych cio­tek. Tak bar­dzo pra­gnęła, żeby jej córki były ze sobą bli­sko. Zresztą, jeśli o nią cho­dzi, to chcia­łaby, żeby wszy­scy byli ze sobą bli­sko. Na tym prze­cież polega bycie rodziną.

– Ona cię potrze­buje – powie­działa, mimo że wcale tak nie myślała.

– Bzdura – odparła Car­men. – Ma swoją „wspa­niałą nia­nię”. – Na temat opie­kunki do dzieci Sofia wypo­wia­dała się w samych super­la­ty­wach. Car­men była pewna, że sio­stra ni­gdy nie mówi w taki spo­sób o niej. – I Fede­rica.

– On cią­gle jest poza domem, bo pra­cuje – przy­po­mniała mama. – A Sofia spo­dziewa się dziecka. I też pra­cuje. Troje dzieci to sporo, nawet kiedy do pomocy masz nia­nię. Tam mia­ła­byś gdzie się zatrzy­mać. No i sio­stra obie­cała, że ci pomoże.

– Chyba żar­tu­jesz, mamo! – Oto jak naprawdę zare­ago­wała Sofia, gdy matka jesz­cze raz pró­bo­wała namó­wić ją na swój plan. – Chcesz, żebym wzięła sobie na głowę jesz­cze zagu­bioną sio­strzyczkę? Mam troje dzieci, do tego Fede­rico i kolejne dziecko w dro­dze. Pra­cuję teraz przy bar­dzo waż­nej spra­wie, któ­rej pod żad­nym pozo­rem nie mogę zosta­wić, a ty pro­sisz mnie, żebym zajęła się pro­ble­mami życio­wymi Car­men?

– A do kogo innego mam się z tym zwró­cić? Ty przy­naj­mniej radzisz sobie w życiu. Sofio, tutaj nic już nie zostało, nic. To mia­sto umarło.

– No wiem – odparła Sofia. – To prawda, Edyn­burg przy­naj­mniej tętni życiem.

– A twoja sio­stra… Kraje mi się serce, kiedy widzę, jaka jest przy­gnę­biona.

W Sofii zbu­dziło się poczu­cie winy.

– Ale ona i tak nie chcia­łaby tu zamiesz­kać. Uważa, że Edyn­burg to mia­sto pełne zaro­zu­mia­łych sta­rych nudzia­rzy w czer­wo­nych por­t­kach.

– Ona…

Dokład­nie taką wizję mia­sta miała Car­men, o czym gło­śno mówiła przy wielu oka­zjach.

– Po pro­stu pomy­śla­łam… – zaczęła mama. – Twoja sio­stra udaje, że wszystko jest w porządku. Ale to tylko poza. A ja to widzę i mnie to dobija. Z nikim się nie spo­tyka. Nie ma pracy… Tak bar­dzo się mar­twię.

– A dla­czego Car­men ma być moim pro­ble­mem?

– Nie tylko twoim – zapew­niła matka. – Jest wspól­nym pro­ble­mem nas wszyst­kich. Nie, źle to uję­łam. Ale pomy­śla­łam… pomy­śla­łam, że pozna­łaby lepiej twoje dzieci.

Sofia par­sk­nęła.

– Ona nawet nie pamięta ich imion!

– Ależ pamięta!

– Nie pofa­ty­go­wała się nawet na pierw­szą komu­nię Pippy. Na przy­ję­ciu komu­nij­nym przy stole jedno jedyne miej­sce świe­ciło pust­kami.

– Wiem – wes­tchnęła matka. W tej sytu­acji Car­men naprawdę nie zacho­wała się dobrze.

– Napi­sała do mnie dwa­dzie­ścia cztery godziny póź­niej. To była krótka wia­do­mość: „Sorki”. Sorki.

– Ona nie wie, jak to jest, kiedy masz dzieci. Kiedy musisz stale o nich myśleć. Kiedy wokół nich kręci się całe twoje życie. Ona kom­plet­nie tego nie rozu­mie.

– Wiem.

– Kiedy zamar­twiasz się o nie i widzisz, że jedno z nich jest nie­szczę­śliwe, gotowa jesteś zro­bić wszystko, żeby mu pomóc…

– Mamo, nie dra­ma­ty­zuj!

Słowa matki zro­biły jed­nak swoje: mózg Sofii pra­co­wał już na wyso­kich obro­tach.

– A ona w ogóle robiła coś w tej swo­jej pracy? Ale tak naprawdę? Czy miała to wszystko w wiel­kim powa­ża­niu, jak w szkole?

– Przy­kła­dała się do pracy – zapew­niła mama. – To u niej zaopa­try­wały się przy­szłe panny młode. Przy­naj­mniej dopóki robiły zakupy sta­cjo­nar­nie, a nie w inter­ne­cie.

– Na­dal przy­pro­wa­dza do domu tych okrop­nych face­tów?

Matka skrzy­wiła się na to wspo­mnie­nie.

– Dziew­czyna nie ma szczę­ścia w miło­ści.

– Pamię­tasz poetę?

– A jakże – odparła matka. – Jak mogła­bym zapo­mnieć ten nie­dzielny lunch, gdy w obec­no­ści waszego ojca wyre­cy­to­wał sonet o sek­sie.

Obie wybuch­nęły śmie­chem. Ale zaraz spo­waż­niały, bo prze­cież nie powinny śmiać się z Car­men. Tylko co zro­bić, kiedy ta dziew­czyna cza­sami sama się o to prosi?

– Uch – jęk­nęła Sofia.

– Oj – powie­działa matka. – Wiesz, o co cho­dzi…

Sofia myślała teraz inten­syw­nie. W końcu powie­działa:

– Ale jeżeli jesz­cze raz nawali…

– Pora­dzi sobie! – zapew­niła matka, rów­no­cze­śnie krzy­żu­jąc palce.

Rozdział 3

Na razie to tylko taki pomysł, powta­rzała sobie naza­jutrz Sofia. Do niczego się nie zobo­wią­zuje. Niczego nie obie­cuje.

Z dru­giej strony pan McCre­die był ich klien­tem od bar­dzo dawna, jesz­cze zanim Sofia dołą­czyła do kan­ce­la­rii. Jeśli Car­men się spraw­dzi w roli eks­pe­dientki, być może w ten spo­sób uda mu się odsu­nąć w cza­sie naj­gor­sze, przy­naj­mniej dopóki nie znaj­dzie kupca. Przy oka­zji mama się ucie­szy. A może nawet Car­men doceni jej gest i prze­sta­nie być taką marudą.

To byłaby jedna z nie­wielu dobrych wia­do­mo­ści, jakie miała do prze­ka­za­nia tego dnia.

Więk­szość osób odwie­dza­ją­cych gabi­net Sofii roz­pro­mie­niała się na widok jej brzu­cha, a przy­naj­mniej win­szo­wała nowego potomka albo z grzecz­no­ści dopy­ty­wała, jak znosi ciążę. Do grupy tej nie zali­czał się klient, któ­rego przyj­mo­wała tego ranka, pan McCre­die. Sofia odnio­sła wra­że­nie, że fakt, iż jest w ciąży, wpra­wia go w wiel­kie zakło­po­ta­nie. Męż­czy­zna kon­se­kwent­nie uni­kał spo­glą­da­nia na jej brzuch.

W reak­cji na jego zacho­wa­nie Sofia uśmie­chała się czę­ściej niż zwy­kle i sta­rała się robić dobrą minę do złej gry. Pan McCre­die był eks­cen­try­kiem, a w kon­tek­ście nowiny, jaką miała mu do prze­ka­za­nia, przyj­mo­wa­nie wylew­nych gra­tu­la­cji pew­nie i tak nie było naj­lep­szym pomy­słem.

– No więc? – Męż­czy­zna wyda­wał się pode­ner­wo­wany, co chwilę zer­kał na swój bar­dzo stary, bar­dzo duży zega­rek. Nie cier­piał tych spo­tkań. Sofia zresztą też za nimi nie prze­pa­dała.

– Panie McCre­die, zro­bi­łam, o co pan pro­sił. Ale powoli zbli­żamy się do ściany. Uwa­żam, że powi­nien pan poroz­ma­wiać ze swoim księ­go­wym. Nie zostało już prak­tycz­nie nic do sprze­da­nia.

Okropne. Rodowa for­tuna, wyro­bione nazwi­sko, wielka posia­dłość w szkoc­kim regio­nie High­lands, która na prze­strzeni lat przy­no­siła pokaźny dochód.

Szko­puł w tym, że pan McCre­die nie był zain­te­re­so­wany jej doglą­da­niem; pozwo­lił, by z wolna popa­dała w ruinę, aż w końcu wielka rezy­den­cja zaczęła się sypać. Nie miał rodziny ani rodzeń­stwa, nikogo, kto mógłby się nią zająć. Oprócz niej posia­dał miesz­ka­nie w Edyn­burgu oraz księ­ga­renkę, która nie przy­no­siła prak­tycz­nie żad­nego zysku. Męż­czy­zna zmu­szony był powoli wyprze­da­wać po kawałku odzie­dzi­czoną zie­mię w High­lands, trwo­niąc swój kapi­tał, żeby w ogóle mieć z czego żyć.

W końcu dom także został sprze­dany, tyle że pie­nią­dze w nie­ma­łym stop­niu zostały pożarte przez poda­tek od zysków kapi­ta­ło­wych i poda­tek grun­towy. Sofii przy­pa­dła w udziale nie­wdzięczna rola poin­for­mo­wa­nia klienta, że prze­pu­ścił całą odzie­dzi­czoną for­tunę – nie na sku­tek zami­ło­wa­nia do hazardu, ożenku czy wystaw­nego stylu życia, lecz po pro­stu przez nie­do­pa­trze­nie.

Ale McCre­die powie­dział wtedy coś zaska­ku­ją­cego:

– To nic. Zależy mi tylko na księ­garni.

– Aha – odparła Sofia. – No tak. Księ­gar­nia. Oba­wiam się, że na tym fron­cie też nie mam dobrych wie­ści.

Męż­czy­zna wyda­wał się poru­szony. Wie­dza Sofii na temat jego inte­re­sów ogra­ni­czała się do tego, że pro­wa­dził starą księ­gar­nię w zabyt­ko­wej czę­ści mia­sta. Aha, no i jesz­cze wie­działa, że inte­res przy­no­sił zero docho­dów.

– Nie­długo wzro­śnie czynsz – oświad­czyła. – Czy sły­szał pan już o tym?

Pan McCre­die wzru­szył ramio­nami. Sofia zda­wała sobie sprawę, że śle­dze­nie bie­żą­cej kore­spon­den­cji nie było naj­moc­niej­szą stroną leci­wego klienta.

– Pań­ski sklep nie… nie zara­bia na sie­bie.

Po raz pierw­szy na jego twa­rzy dostrze­gła praw­dziwą tro­skę.

– Nie pro­wa­dzę go dla zysku. W ofer­cie mam stare, rzad­kie wyda­nia. Bar­dzo wyjąt­kowe tomy. U mnie raczej nie znaj­dzie pani nowej książki Iana Fle­minga.

Sofia pomy­ślała, że od wyda­nia ostat­niej książki Fle­minga upły­nęło już sporo czasu. Ale zacho­wała tę reflek­sję dla sie­bie.

– Zdaję sobie z tego sprawę.

– Two­rzę kolek­cję. Jestem w posia­da­niu naj­bar­dziej wni­kli­wych roz­praw archi­tek­to­nicz­nych doty­czą­cych naszego mia­sta, jakie tylko ist­nieją.

– Wiem. Cho­dzi mi o to, że jeżeli sklep nie jest w sta­nie na sie­bie zaro­bić, nie wiem, jak można będzie go utrzy­mać.

– Ale prze­cież to… Pro­wa­dzę go od tak dawna. Nie­które księ­gar­nie przy Vic­to­ria Street liczą sobie dwie­ście lat.

Sofia ski­nęła głową.

– Popy­ta­łam tu i ówdzie. Może pan sprze­dać sklep jako dzia­ła­jące przed­się­bior­stwo.

Męż­czy­zna zamru­gał.

– Ojej. Ale ja naprawdę nie chcę.

Sofia się skrzy­wiła.

– Cho­dzi mi o to, że może pan sprze­dać sklep jedy­nie jako dzia­ła­jące przed­się­bior­stwo. Jeśli inte­res nie zacznie przy­no­sić dochodu, i tak pan go straci, nie wycią­ga­jąc z niego żad­nych pie­nię­dzy.

Star­szy męż­czy­zna zamru­gał powoli.

– A od stycz­nia wzra­sta czynsz – dodała.

– Nie rozu­miem, co pani suge­ruje.

Nie rozu­miał, ponie­waż nie raczył na bie­żąco zapo­zna­wać się z tre­ścią listów, jakie słała mu kan­ce­la­ria Sofii, ale oczy­wi­ście nie mogła mu zwró­cić na to uwagi. To nie jej wina, że pan McCre­die dowia­dy­wał się o tym na ostat­nią chwilę. A trzeba zazna­czyć, że zosta­wia­nie cze­goś na ostat­nią chwilę było według Sofii nie­do­pusz­czalne.

– Musi pan wyka­zać realne zyski – powie­działa. – Naj­le­piej, żeby stało się to w ciągu naj­bliż­szych dwóch mie­sięcy. Wli­czam w to okres przed­świą­teczny. I przed pod­wyżką czyn­szu. Jeżeli się to panu uda, zapewne znaj­dzie się kupiec na pań­ską księ­gar­nię. Jeśli zaś inte­res na­dal będzie gene­ro­wał straty… cóż, straci pan wszystko.

Tym razem, gdy uniósł na nią spoj­rze­nie, jego oczy lśniły od łez.

Sofia wes­tchnęła. Słowo honoru, wszech­świat był w zmo­wie z jej cho­lerną matką.

– Do… do świąt Bożego Naro­dze­nia? Mam wyka­zać zyski do Gwiazdki?

– Wydaje mi się, że znam kogoś, kto mógłby panu pomóc.

Rozdział 4

W Edyn­burgu, dokąd­kol­wiek byś szedł, zawsze jest pod górkę. Wydaje się, że to fizycz­nie nie­moż­liwe, ale naprawdę tak jest.

I być może w żad­nym zakątku mia­sta zasada ta nie spraw­dza się lepiej niż w oko­licy dworca Waver­ley. Jest on zbu­do­wany na dnie osu­szo­nego jeziora, w miej­scu dość oso­bli­wym, bo w samym sercu mia­sta – a więc tam, gdzie mądrzej zarzą­dzane mia­sta mają rzeki i mosty.

Było pochmurne chłodne popo­łu­dnie. Dwo­rzec, spo­wity ponurą sza­ro­ścią, wypeł­niały dźwięki gwizd­ków. W pocze­kalni uno­siła się woń kawy. I to wła­śnie tam poja­wiła się nie­duża postać z ple­ca­kiem. Była wyraź­nie poiry­to­wana, szła z wojow­ni­czo zadar­tym nosem.

„Nie ma sensu zama­wiać tak­sówki. Miesz­kamy rzut bere­tem od dworca”, napi­sała Sofia. Ale jak się oka­zało, odle­głość do poko­na­nia znacz­nie się wydłuża, kiedy trzeba stale wspi­nać się pod górę, w dodatku z wie­jącą w twarz wichurą.

Na scho­dach wio­dą­cych z dworca do mia­sta sza­lał wiatr. Kiedy Car­men sta­nęła w końcu u ich szczytu, Edyn­burg wyrósł wokół niej na podo­bień­stwo gór, ale prak­tycz­nie tego nie widziała, ponie­waż przed sobą miała tysiące tury­stów cią­gną­cych za sobą olbrzy­mie walizy. Wcze­śniej, rzecz jasna, bywała tutaj na wyciecz­kach szkol­nych i słyn­nym festi­walu teatral­nym, ale nie znała za dobrze mia­sta. Teraz brnęła przed sie­bie z pochy­loną głową, żeby choć tro­chę chro­nić się przed wia­trem, i pierw­szą rze­czą, jaką ujrzała po opusz­cze­niu hali dworca, był wielki bar pod chmurką. Usy­tu­owany na wprost sta­cji, kusił przy­gry­wa­jącą na żywo kapelą i migo­czą­cymi lamp­kami.

Dalej, jak okiem się­gnąć, w sza­rówce zmierz­chu roz­ło­żyło się zimowe wesołe mia­steczko. Znaj­do­wały się tam sto­iska z kieł­ba­skami, grza­nym winem, gorącą cze­ko­ladą i sznap­sem. Ewi­dent­nie tutejsi han­dlowcy lubili wcze­śnie zaczy­nać.

Wszę­dzie roiło się od ludzi: małych dzieci w świe­cą­cych buci­kach, które roz­glą­dały się wkoło, wytrzesz­cza­jąc oczy; roze­śmia­nych i popy­cha­ją­cych się nasto­lat­ków; dziew­cząt w koszul­kach na ramiącz­kach i krót­kich spód­nicz­kach, naj­wi­docz­niej nic sobie nie­ro­bią­cych z pogody. Ale Car­men na nikogo nie zwra­cała uwagi, zapa­trzona w mapę na tele­fo­nie. W pew­nym momen­cie usły­szała wście­kłe dzwo­nie­nie. Unio­sła wzrok i ze zdu­mie­niem ujrzała nad­jeż­dża­jący tram­waj.

To oni mają tu tram­waje? Coś takiego – pomy­ślała, odska­ku­jąc do tyłu.

Nagle we wspo­mnie­niach powró­cił do niej roz­cza­ro­wany wyraz twa­rzy rodzi­ców, gdy matka, niby mimo­cho­dem i siląc się na miły ton, napo­mknęła, że kan­ce­la­ria sio­stry zaj­muje się biz­ne­so­wymi spra­wami pew­nego wła­ści­ciela sklepu, który szuka na jakiś czas kogoś do pomocy.

– Kaza­li­ście Sofii poszu­kać mi pracy? – upew­niła się zroz­pa­czona Car­men.

Sama by sobie pora­dziła. Jasne, ostat­nio sporo czasu pochła­niały jej inter­net, Net­flix i lek­tura kolej­nych tomów Ani z Zie­lo­nego Wzgó­rza. No ale robiła to wszystko z tro­ski o sie­bie, bo prze­cież opła­ki­wała utratę pracy i wcze­śniej­szego życia. Niby co w tym złego?

– A więc to znowu Sofia wie naj­le­piej, tak?

Rodzice spoj­rzeli po sobie.

– Po pro­stu chce ci pomóc – ode­zwała się spo­koj­nie matka.

– Popi­suje się, ot co. A co, jeśli ta robota mi się nie spodoba?

Car­men zda­wała sobie sprawę, że zacho­wuje się nie­zno­śnie. Prze­sia­dy­wała całymi dniami w domu, pozwa­la­jąc, by matka prała jej ciu­chy i przy­rzą­dzała posiłki. Teraz nawet ojciec – jej łagodny jak bara­nek ojciec, który prak­tycz­nie ni­gdy nie kar­cił swo­ich córek – ode­rwał wzrok od krzy­żówki i uniósł brwi.

Głos zaczął jej się łamać.

– Cho­dzi mi o to… Wie­cie, że to dla mnie bar­dzo trudny okres.

Apli­ko­wała już w tyle miejsc. Ale ponie­waż nie ukoń­czyła stu­diów ani kur­sów, nikt nie był nią zain­te­re­so­wany. Jedyne, na co mogła liczyć, to posada tan­cerki w klu­bie dla panów albo kuriera. Zasta­na­wiała się, na któ­rej z nich oka­za­łaby się bar­dziej bez­na­dziejna. Na razie nie wie­działa.

Teraz cze­kała, aż rodzice zaczną się nad nią lito­wać, jak to mieli w zwy­czaju: powie­dzą, że to fak­tycz­nie taki trudny czas, że zamknię­cie sklepu nie nastą­piło z jej winy, że tro­chę czasu na otrzą­śnię­cie się z szoku dobrze jej zrobi.

Ale oni mil­czeli. Ojciec wbił wzrok w pod­łogę. Matka miała znę­kaną minę, ale też nie otwo­rzyła ust.

– Uwa­ża­cie, że jestem roz­pusz­czo­nym bacho­rem – powie­działa Car­men, zała­mana.

– Nie, kocha­nie – odparła matka. – Po pro­stu… chcemy, żebyś sta­nęła na nogi i…

– Waszym zda­niem mar­nuję sobie życie.

– Życia nie da się zmar­no­wać – ode­zwał się ojciec. Ale w maleń­kiej czy­stej kuchni zabrzmiało to jak pusty fra­zes.

Będę miła. Będę wdzięczna – powta­rzała w myślach Car­men, gdy w końcu dowle­kła się do wła­ści­wej ulicy.

Rodzice co prawda prze­sy­łali jej zdję­cia domu sio­stry, ale Car­men ni­gdy im się nie przy­glą­dała. Dla­tego teraz zało­żyła, że będzie duży, ele­gancki i kre­tyń­ski. Pod wska­zany adres szła z takim wła­śnie nasta­wie­niem, ale ani przez chwilę nie podej­rze­wała, że dom okaże się rów­nież zachwy­ca­jący. I to tak bar­dzo, że aż coś zakłuło ją w sercu.

Rozdział 5

Kiedy Sofia otwie­rała drzwi, czuła nie­po­kój i tremę.

Prze­cież to absurd, powta­rzała sobie.

To tylko jej rodzona sio­stra. Kto wie, może wresz­cie znajdą wspólny język i zbliżą się do sie­bie. Cza­sami sio­stry dobrze się ze sobą doga­dują, takie rze­czy się zda­rzają! Żało­wała, że Fede­rico jest w Hong­kongu, a nie tutaj, z nią. Jej mąż miał spo­sób na Car­men – dro­czył się z nią, a ta poka­zy­wała przy nim swoją rado­śniej­szą twarz. I kon­se­kwent­nie uni­kał poru­sza­nia z nią draż­li­wych tema­tów – tego, jak wypa­dała w porów­na­niu ze swoją sio­strą, i faktu, że jest wiecz­nie spłu­kana. Car­men przy­naj­mniej będzie tym razem szczu­plej­sza od sio­stry, dobre i to. Sofia zawsze pil­no­wała diety i ćwi­czyła, nato­miast Car­men zaja­dała się pizzą i jesz­cze miała czel­ność narze­kać że jej sio­stra jest szczę­ściarą.

Matka, choć skry­cie pod­eks­cy­to­wana, zarze­kała się, że nie będzie się wtrą­cać mię­dzy nie ani przy­jeż­dżać z wizytą. Na szali naprawdę leżało jej wła­sne zdro­wie psy­chiczne: nie wytrzy­my­wała tych tele­fo­nów co pięć minut z narze­ka­niem jed­nej sio­stry na drugą. Ow­szem, będzie jej bra­ko­wać kon­taktu z wnucz­kami – które uwiel­biała roz­piesz­czać – ale tłu­ma­czyła sobie, że może w tej nowej sytu­acji Car­men naresz­cie zain­te­re­suje się wła­sną rodziną.

Bar­dzo na to liczyła.

Jak wiele innych matek, Irene wciąż nie pogo­dziła się z myślą, że jej wła­sne dzieci doro­sły. Na­dal widziała w nich małe dziew­czynki, które tylko poprze­bie­rały się w nie swoje sukienki (albo, jak w przy­padku Car­men, dżinsy z dziu­rami w nogaw­kach). Pamię­tała sytu­ację, gdy Sofia sta­rała się namó­wić sio­strę, żeby się na pięć minut uspo­ko­iła. Wyje­chali wtedy na waka­cje do Ayr i stali w kolejce po lody. Długa kolejka do budki ofe­ru­ją­cej lody wło­skie posu­wała się w śli­ma­czym tem­pie. Car­men widziała, jak kolejni klienci odcho­dzą, pała­szu­jąc zimne sma­ko­łyki, a jej fru­stra­cja nara­stała. W końcu coś w niej pękło, wpa­dła w szał i wytrą­ciła prze­cho­dzą­cemu dziecku rożek z ręki. W jed­nej chwili roz­pę­tało się istne pan­de­mo­nium. Irene kupiła poszko­do­wa­nemu dziecku nowego loda, ale wtedy pozaz­dro­ścił mu jego brat. Irene poin­for­mo­wała Car­men, że w ramach kary za swoje zacho­wa­nie nie dosta­nie deseru. Sofia przez chwilę z namy­słem przy­glą­dała się swo­jemu lodowi, po czym poczę­sto­wała sio­strę, pozwa­la­jąc jej tylko na „jed­nego liza… Mamu­siu, ona zjada mi całego loda. Całego!”. No i tak się skoń­czyło ich wspólne wyj­ście.

No ale to nie zmie­nia faktu, że są sio­strami. A sio­stry koniec koń­ców zawsze wycho­dzą zwy­cię­sko z opa­łów, prawda? Irene widziała, z jaką łatwo­ścią Sofii przy­cho­dzi nauka w szkole, pod­czas gdy dla młod­szej z sióstr czy­ta­nie zawsze było mor­dęgą. I kra­jało jej się serce. Kiedy Car­men poszła do szkoły, było już jasne, że ni­gdy nie dogoni swo­jej zdol­nej sio­stry. Dzie­ląca je róż­nica stale się pogłę­biała, Irene momen­tami wręcz miała wra­że­nie, że Car­men robi to celowo.

– Nie dzwoń – pora­dził Rod, jej mąż, jak zwy­kle traf­nie odga­du­jąc jej myśli. – Daj im czas, w końcu znajdą wspólny język.

Irene unio­sła ręce, żeby zade­mon­stro­wać, że wcale nie trzyma w nich tele­fonu.

– W porządku.

Tak więc gdy teraz Sofia otwie­rała sio­strze drzwi, rzu­ciła:

– Cześć! – Na usta przy­wo­łała naj­więk­szy uśmiech, na jaki umiała się zdo­być. Car­men przez chwilę nie była w sta­nie wydo­być z sie­bie głosu.

– Rety – wydu­kała w końcu. – O mój Boże. Ten dom jest nie­sa­mo­wity.

Uśmiech na ustach Sofii stał się bar­dziej natu­ralny. Lubiła, kiedy innym ludziom dom podo­bał się tak jak jej.

– Wejdź. Jest straszna zim­nica – zachę­ciła.

– Ale ja chcę tylko… On jest zupeł­nie jak z bajki. Boże. Chyba miesz­ka­jąc tutaj, jesteś cały czas szczę­śliwa, co?

Pyta­nie zadane zostało smęt­nym tonem, ale Car­men pytała cał­kiem serio. Jej sio­stra miesz­kała w baśnio­wym domku, który w nie­wy­tłu­ma­czalny spo­sób prze­niósł się do real­nego świata. Nie było jej nawet stać na zazdrość – ten dom był zbyt piękny i nie­do­stępny. Rów­nie dobrze mogłaby być zazdro­sna o Amal Clo­oney.

– No wchodź wresz­cie – pona­gliła z uśmie­chem Sofia.

W ele­ganc­kim holu stała szafa na odzież i buty. Ścią­ga­jąc kurtkę, Car­men roz­glą­dała się nie­śmiało. Po wyło­żo­nej lśnią­cym par­kie­tem pod­ło­dze prze­cho­dziło się do otwar­tej kuchni. Prze­szklona tylna ściana była prze­suwna i pro­wa­dziła pro­sto do małego ogródka na pla­nie kwa­dratu, z bramką do gry w piłkę nożną. Na lewo znaj­do­wał się uro­czy nie­duży salon; domi­no­wały w nim modne odcie­nie czerni i sza­ro­ści. Całe wnę­trze dosłow­nie zapie­rało dech w piersi. Car­men nagle stała się świa­doma swo­ich ciu­chów: mar­nej jako­ści kurtki i pobru­dzo­nych bło­tem dżin­sów. Miała wra­że­nie, że kala to miej­sce samą swoją obec­no­ścią.

– Zro­bi­ła­byś mi her­baty? – spy­tała, licząc po cichu, że star­sza sio­stra powie coś w rodzaju: „Raz się żyje, napijmy się wina”. Tylko że Sofia była prze­cież w ciąży. Ale nuda.

Boso ruszyła za gospo­dy­nią w kie­runku olbrzy­miej kuchni. W pew­nym momen­cie Sofia przy­sta­nęła i odwró­ciła się do niej, uno­sząc brwi.

Car­men, nie wie­dząc, o co cho­dzi, rozej­rzała się. I wtedy jej uwagę przy­kuły piękne schody, o meta­lo­wych, zwień­czo­nych drew­nem porę­czach. U ich szczytu stało dziecko w zie­lo­nej aksa­mit­nej sukience. Miało twarz swo­jej matki, wyra­ża­jącą taką samą deter­mi­na­cję. Dziew­czynka była ład­niutka i schludna, lśniące włosy spły­wały jej na ramiona. Spo­sób, w jaki stała, zdra­dzał, że cha­dza już na lek­cje baletu. Spo­glą­dała odważ­nie na gościa.

– O, cześć… – wydu­siła z sie­bie Car­men. – Pho­ebe?

– Pippa. Pho­ebe jest na górze, w pokoju. Mamu­siu, chyba powinna tu przyjść, prawda? Zacho­wuje się nie­grzecz­nie.

Sofia przy­tak­nęła mil­cząco. W tym samym momen­cie tuż obok Pippy smyr­gnął mały papie­rowy samo­lot.

– CZEŚĆ!

– Jack – tu przy­naj­mniej Car­men nie miała pro­blemu, bo Jack był jedy­nym chłop­cem z rodzeń­stwa.

Miał około ośmiu lat, krót­kie ster­czące na wszyst­kie strony włosy, okrą­głą rado­sną buźkę i piegi.

– Cze­śćjak­się­masz? – wyrzu­cił z sie­bie chło­piec w tem­pie kara­binu maszy­no­wego. Z piłką pod pachą popę­dził do ogrodu na tyłach, żeby pograć, zanim zrobi się ciemno.

– PHO­EBE! – wrza­snęła star­sza z dziew­czy­nek wyso­kim piskli­wym gło­sem.

Car­men na­dal nie była pewna, jak wła­ści­wie powinna się zacho­wać, kiedy Pippa scho­dziła na dół, mie­rząc ją wzro­kiem od stóp do głów.

– Nie było cię na mojej pierw­szej komu­nii – oznaj­miła oskar­ży­ciel­skim tonem sio­strze­nica. – W listo­pa­dzie. Sio­stra tatu­sia przy­słała mi tę sukienkę.

– Ach tak.

– Pippa, kocha­nie, nie…

– Po pro­stu mówię. A tak w ogóle to cho­dzę do szó­stej klasy. Lubię taniec i konie. Ale nie cier­pię k-popu, więc nie dawaj mi w pre­zen­cie żad­nych gadże­tów zwią­za­nych z k-popem.

– No dobra – wybą­kała Car­men.

– PHO­EBE!

– Nie wydzie­raj się, pro­szę – upo­mniała córkę Sofia. Zwra­ca­jąc się do sio­stry, spy­tała: – Chcia­łaś her­baty, tak?

– Ja zapa­rzę – zaofe­ro­wała się Car­men. Sofia była w zaawan­so­wa­nej ciąży, poza tym matka stale jej przy­po­mi­nała, że skoro nie będzie dorzu­cać się do czyn­szu pod­czas pobytu u sio­stry, ma jej poma­gać. Na razie obie czuły się tro­chę skrę­po­wane w swoim towa­rzy­stwie.

– Nie, nie, ja to zro­bię. Ty w tym cza­sie możesz poga­wę­dzić z dzie­cia­kami – zapro­po­no­wała Sofia, nale­wa­jąc wody do czaj­nika.

Car­men pomy­ślała, że ten czaj­nik wygląda na bar­dzo kosz­towny. A tak w ogóle to gdzie kupuje się takie bar­dzo kosz­towne czaj­niki?

Pippa usia­dła.

– Mój ulu­biony pro­gram tele­wi­zyjny to Just Add Magic. Ale rzadko oglą­damy tele­wi­zję, bo Sky­lar mówi, że to źle robi oczom i duszy.

– Sky­lar?

– Opie­kunka – wyja­śniła Pippa, jed­no­cze­śnie ze swoją matką. – Pomaga nam.

– A gdzie ona teraz jest? – zain­te­re­so­wała się Car­men.

– Jest stu­dentką, teraz ma zaję­cia. Poznasz ją… PHO­EBE!

Od strony scho­dów dobiegł tupot. Wszy­scy spoj­rzeli w tam­tym kie­runku.

Pho­ebe była kolejną wer­sją Sofii, ale w wyda­niu znacz­nie mniej gla­mour. Na gło­wie miała straszny bała­gan. Była pulchna, skóra na jej twa­rzy świe­ciła, a wysu­nięta do przodu dolna warga nada­wała jej wygląd wiecz­nie nabur­mu­szo­nej.

– Spa­łaś, kocha­nie? – spy­tała Sofia.

– Nie – odburk­nęła dziew­czynka.

– To twoja cio­cia, Car­men.

Pho­ebe przyj­rzała się bez żad­nej sym­pa­tii ciotce.

– Wiem, że nie przy­syła nam pre­zen­tów na uro­dziny – wtrą­ciła się Pippa. – Ale i tak musisz być dla niej miła. Bycie miłym popłaca!

Car­men się skrzy­wiła. Pho­ebe na­dal przy­pa­try­wała się jej kry­tycz­nie, a reak­cję dziew­czynki na widok ciotki raczej trudno było nazwać entu­zja­styczną.

– Masz coś dla nas? – spy­tała w końcu.

Car­men nie pomy­ślała o tym, żeby przy­nieść ze sobą pre­zenty dla malu­chów. Doko­nała teraz bły­ska­wicz­nego prze­glądu zawar­to­ści swo­jego ple­caka i przy­po­mniała sobie o paczce chip­sów. Zamie­rzała schru­pać je z Sofią przy winie, ale to było, zanim zorien­to­wała się, że sio­stra nie może pić alko­holu. O Boże.

– PHO­EBE! – zawo­łała znów Pippa. – Zacho­wu­jesz się nie­grzecz­nie. To było nie­grzeczne, prawda, mamu­siu?

Sofia mach­nęła ręką. Car­men pomy­ślała, że mogłaby się poczuć dotknięta reak­cją sio­stry.

– To było nie­grzeczne – upie­rała się Pippa.

– Zamknij się! – naka­zała Pho­ebe.

Wtedy Car­men poczuła coś dziw­nego: współ­czuła temu dziecku, a rów­no­cze­śnie budziło w niej ono pewną nie­chęć.

– Zobaczmy, co my tu mamy – powie­działa, otwie­ra­jąc ple­cak.

Kiedy obu­dziła się dziś spóź­niona, po pro­stu powrzu­cała do ple­caka ciu­chy, żeby zdą­żyć na pociąg. Teraz jego zawar­tość dosłow­nie wystrze­liła ze środka, zasy­pu­jąc nie­mal całą kuch­nię, two­rząc naj­więk­szą wyspę nie­po­rządku w całym domu.

– O rany – ode­zwała się Pippa.

W końcu, nie bez spo­rego wysiłku, Car­men zna­la­zła paczkę chip­sów.

– Pro­szę bar­dzo – powie­działa, rzu­ca­jąc ją w stronę dzie­cia­ków. – Podzie­li­cie się?

W tym samym momen­cie, niczym na dźwięk gwizd­nię­cia, które tylko on był w sta­nie usły­szeć, do kuchni wpa­ro­wał Jack.

– CHIPSY!

– Idź stąd – rzu­ciła do niego Pho­ebe, roz­ry­wa­jąc opa­ko­wa­nie. – To dla mnie!

– Nie­prawda, mamy się nimi PODZIE­LIĆ – przy­po­mniała Pippa. Sta­rała się co prawda nie patrzyć na chipsy, ale ręce same jej się wycią­gały do paczki w nadziei, że upo­luje naj­więk­sze dla sie­bie.

– Ale JA SPY­TA­ŁAM PIERW­SZA!

– One są BEZ DODAT­KÓW, fuj! – zawo­łał wielce roz­cza­ro­wany Jack, roz­sie­wa­jąc na wszyst­kie strony okru­chy.

Nagle Sofia wypro­sto­wała się na krze­śle.

– Zaraz będzie kola­cja! – upo­mniała dzieci. – Nie może­cie teraz jeść chip­sów!

Dzie­ciaki z peł­nymi ustami popa­trzyły na nią znad paczki.

– Ale prze­cież CIO­CIA przy­szła.

– A w ogóle jaka kola­cja? Cho­dzi ci o naszą her­batę? – zain­te­re­so­wała się Car­men.

Sofia zdą­żyła tylko zmarsz­czyć brwi, bo w tym samym momen­cie drzwi wej­ściowe otwo­rzyły się i w holu zja­wiła się jedna z naj­świe­tlist­szych postaci, jakie Car­men widziała w życiu.

Sky­lar, bo to zapewne była ona, miała dłu­gie blond włosy, gładką skórę, ciało joginki i błę­kitne oczy. Weszła do kuchni i przez chwilę wodziła wzro­kiem po roz­wle­czo­nej po pod­ło­dze zawar­to­ści ple­caka i dzie­cia­kach wal­czą­cych o chipsy. Sądząc po jej minie, nie była pewna, czy przy­pad­kiem nie pomy­liła adre­sów.

Sofia zro­biła się nieco spięta.

– Cześć, Sky­lar! – rzu­ciła lek­kim tonem. – Poznaj moją sio­strę, Car­men.

Wtedy dziew­czyna zro­biła coś, co wpra­wiło Car­men w osłu­pie­nie: gestem unie­sio­nego palca naka­zała Sofii – wzię­tej praw­niczce – żeby przez chwilę była cicho.

– Dzień dobry, dzieci? – Miała spe­cy­ficzny spo­sób mówie­nia: pod koniec zda­nia uży­wała wyż­szej into­na­cji, przez co brzmiało ono jak pyta­nie.

Dzie­ciaki momen­tal­nie prze­stały się sprze­czać o chipsy, a Pippa odsu­nęła się na bok.

– Nama­ste, Sky­lar – powie­działa szybko.

– Nama­ste – wymam­ro­tała pozo­stała dwójka. Ani Pho­ebe, ani Jack nie wypusz­czali na razie paczki z rąk.

Na ustach Sky­lar zja­wił się pro­mienny uśmiech.

– Witaj! – powie­działa, zwra­ca­jąc się do Car­men.

– No hej.

Uroda tej kobiety oddzia­ły­wała z wręcz magne­tyczną mocą.

– Skoro mamy razem pra­co­wać, ustalmy parę rze­czy? – Znów ta pyta­jąca maniera. – Sofia nie pozwala dzie­cia­kom na prze­ką­ski? Ani śmie­ciowe jedze­nie? Tym bar­dziej przed samym posił­kiem? To im szko­dzi, i to bar­dzo?

– Nic o tym nie wiem, żeby­śmy miały razem pra­co­wać? – zdzi­wiła się Car­men. Kiedy wypo­wie­działa to zda­nie, zorien­to­wała się, że sama nie­świa­do­mie prze­jęła spo­sób wysła­wia­nia się Sky­lar: teraz i ona na końcu zda­nia użyła wzno­szą­cej into­na­cji.

Sofia burk­nęła coś w odpo­wie­dzi i udała, że całą jej uwagę pochła­nia czaj­ni­czek do her­baty.

Car­men nie dawała za wygraną.

– Mamy? – spy­tała, odwra­ca­jąc się do sio­stry.

– Tak sobie myśla­łam… Parę wie­czo­rów w tygo­dniu Sky­lar ma zaję­cia na uni­wer­sy­te­cie… No i zasta­na­wia­łam się, czy mogła­byś… Oczy­wi­ście nie musisz, ale może zaję­ła­byś się… goto­wa­niem i kła­dze­niem dzieci spać?

Dzie­ciaki popa­trzyły z powąt­pie­wa­niem na ciotkę Car­men. Sądząc po ich minach, też nie były prze­ko­nane do tego pomy­słu.

– Ale prze­cież będę pra­co­wać!

– Mogła­byś z łaski swo­jej zabrać z pod­łogi ple­cak? – spy­tała Sky­lar. – Chcę wynieść nada­jące się do recy­klingu śmieci? Trzeba rato­wać pla­netę? Wiesz, że paczki po chip­sach nie pod­dają się recy­klin­gowi?

Car­men popeł­niła błąd, nie zamy­ka­jąc ple­caka. Kiedy teraz przy­klę­kła, żeby go pod­nieść, ze środka wypa­dła kosme­tyczka i majtki.

– MAJTKI! – zawo­łał rado­śnie Jack, wybu­cha­jąc śmie­chem.

Pho­ebe też się śmiała, za to Pippa uło­żyła usta w dzió­bek i przy­glą­dała się tej sce­nie z naganą. Mina Sofii suge­ro­wała, że jest abso­lut­nie prze­ra­żona tym, co się obec­nie dzieje w jej wystrza­ło­wej kuchni rodem z reklamy Mar­tina Moore’a. Czer­wona ze wstydu Car­men jesz­cze raz uklę­kła i pró­bo­wała wci­snąć wszystko z powro­tem do ple­caka, który – oczy­wi­ście – nie chciał się teraz zapiąć. Udało się dopiero, gdy wyjęła kosme­tyczkę – która była brudna i Car­men mogłaby przy­siąc, że kątem oka zauwa­żyła, jak Sky­lar na jej widok bez­gło­śnie poru­sza ustami – i parę swe­trów, po czym przy­trzy­mała je pod pachą i usia­dła na ple­caku. Wszyst­kim tym wyczy­nom z sze­roko roz­dzia­wio­nymi buziami przy­pa­try­wało się troje dzieci, całych w okrusz­kach po chip­sach.

– Pokażę ci twój pokój – ode­zwała się Sofia, wsta­jąc z pew­nym wysił­kiem z krze­sła. – Albo lepiej opro­wa­dzę cię po całym domu.

– To ja przy­rzą­dzę kuskus? – zaofe­ro­wała się Sky­lar. Zwra­ca­jąc się do dzieci, dodała: – Mam nadzieję, że nie stra­ci­li­ście ape­tytu?

Na pię­trze znaj­do­wał się olbrzymi salon, sypial­nia z gar­de­robą i łazienką, a także prze­piękny pokój dla gości. Jesz­cze wyżej, na pod­da­szu, były śliczne pokoje Pippy, Phe­obe i Jacka, pełne mary­nar­skich obraz­ków, bożo­na­ro­dze­nio­wych lam­pek i ozdób. Pod­czas opro­wa­dza­nia Car­men uśmie­chała się dość sztywno. Jak się oka­zało, w domu były też dru­gie schody, tyle że w prze­ci­wień­stwie do tych, po któ­rych zeszły dzieci, pro­wa­dziły na dół. Kiedy obej­rzały już pod­da­sze, Sofia, lekko skrę­po­wana, zapro­wa­dziła sio­strę do piw­nicy.

– Pomy­śla­łam… – zaczęła rado­snym tonem, który Car­men znała z dzie­ciń­stwa. Sofia uży­wała go, gdy miała do prze­ka­za­nia jakąś fatalną nowinę, jak choćby to, że zamiast szóstki dostała w szkole szóstkę z minu­sem albo że Car­men nie może zatrzy­mać kota, któ­rego przy­gar­nęła z ulicy, ponie­waż należy do kogoś innego. – …że mogła­byś sypiać tutaj. Mia­ła­byś tu osobną łazienkę, więc nie musia­ła­byś dzie­lić tej z dzie­cia­kami. Poza tym jest osobne wej­ście, mogła­byś przy­cho­dzić i wycho­dzić, kiedy przyj­dzie ci na to ochota.

Ewi­dent­nie bar­dzo się sta­rała, żeby zabrzmiało to zachę­ca­jąco. W efek­cie jed­nak Car­men zaczęła podej­rze­wać, że z poko­jami na dole coś musi być nie tak. Kiedy minęły raj­ską, świe­tli­stą kuch­nię na par­te­rze i zeszły scho­dami w dół, oka­zało się, że te obawy są słuszne.

Car­men ujrzała przed sobą trzy maleń­kie klitki, naj­wi­docz­niej nie­gdyś wyko­rzy­sty­wane przez służbę. W łazience nato­miast nie było wanny, a jedy­nie kabina prysz­ni­cowa.

Z tyłu znaj­do­wało się pomiesz­cze­nie gospo­dar­cze, wypeł­nione rupie­ciami, które zwy­czajni zja­da­cze chleba muszą trzy­mać w swo­ich domach – były tu deski do pra­so­wa­nia, pralki, kalo­sze, zimowe płasz­cze.

Nic dziw­nego, że na górze dom wygląda tak schlud­nie, skoro tyle rze­czy tra­fiło na dół, pomy­ślała z nie­chę­cią Car­men.

– Będziesz miesz­kać obok Sky­lar. Dzięki temu łatwiej znaj­dzie­cie wspólny język!

– Jako pomoc domowa – dopo­wie­działa Car­men.

Sofia wes­tchnęła z rezy­gna­cją. Robiła, co mogła, ale sio­strze zawsze było mało.

– Posłu­chaj – zaczęła. – To tylko kilka wie­czo­rów. Cho­dzi o to, żebyś tro­chę mi pomo­gła. Cza­sami muszę dłu­żej zostać w pracy. No i ogar­nę­ła­byś dzieci w nie­które dni rano.

– A co, jeśli ja też będę zosta­wać dłu­żej w pracy? – zaopo­no­wała Car­men. – A tak w ogóle to co to za robota? Mama wspo­mniała, że w han­dlu.

Nie była to prawda, zresztą Car­men i tak nie słu­chała. Sofia celowo nie wta­jem­ni­czyła matki w opła­kany stan finan­sowy księ­garni. Wolała nie ryzy­ko­wać, że spło­szy sio­strę, a ta stwier­dzi, że nie przy­je­dzie.

– W księ­garni – odparła Sofia. – Pro­wa­dzi ją jeden z moich klien­tów. Nazywa się McCre­die. Przyda mu się tro­chę pomocy w okre­sie przed­świą­tecz­nym.

– W porządku. Mogę się tym zająć.

– Lubisz czy­tać, prawda?

Sofia ni­gdy nie była takim molem książ­ko­wym jak jej młod­sza sio­stra. Ow­szem, przy­kła­dała się do nauki i wtedy zaglą­dała do ksią­żek. Obec­nie jed­nak inte­re­so­wały ją głów­nie cza­so­pi­sma wnę­trzar­skie. Za to Car­men zawsze szła za gło­sem serca i się­gała po lek­tury poru­sza­jące tematy, które ją w danym momen­cie inte­re­so­wały. Nie stro­niła od ksią­żek popu­lar­no­nau­ko­wych o kosmo­sie, roz­praw histo­rycz­nych czy roman­sów, prze­ska­ku­jąc z jed­nej na drugą niczym przy­sia­da­jący na kwia­tach kapry­śny motyl.

Car­men wzru­szyła ramio­nami.

– No widzisz – powie­działa Sofia.

– Dobra – ode­zwała się Car­men. – Co stu­diuje Sky­lar?

– Chyba jakiś kie­ru­nek arty­styczny. Nie jestem pewna.

– Wydaje się bar­dzo… zor­ga­ni­zo­wana.

Sofia nie była teraz w nastroju, by oma­wiać burz­liwe przy­gody, jakie mieli z poprzed­nicz­kami Sky­lar. Kobiety, które przyj­mo­wali do pracy w ramach wymiany kul­tu­ro­wej, potra­fiły przy­kła­dowo całymi dniami zale­wać się łzami z powodu tęsk­noty za domem, opróż­niać im lodówkę, palić papie­rosy w swo­ich poko­jach, flir­to­wać z Fede­rico, a nawet kraść.

– Jest super – oświad­czyła. – Tylko się z nią nie pokłóć. Bar­dzo jej potrze­buję.

W pierw­szej chwili Car­men chciała w nie­wy­bredny spo­sób przy­po­mnieć sio­strze, że nie ze wszyst­kimi wkra­cza na wojenną ścieżkę. Uświa­do­miła sobie jed­nak, że to nie do końca prawda, i w porę ugry­zła się w język.

– W porządku – powie­działa. – Będę grzeczna.

– Nie musisz być grzeczna – odparła z uśmie­chem sio­stra. Zabrzmiało to tak jak wtedy, gdy były małe i Car­men znowu coś prze­skro­bała. – Wystar­czy, że będziesz uda­wać przed doro­słymi.

Taki układ dobrze wró­żył. Matka, kiedy Sofia do niej zadzwo­niła, była usa­tys­fak­cjo­no­wana. Wszystko było dobrze… dopóki nie posy­pało się w nie­spełna dwa­dzie­ścia cztery godziny.

Rozdział 6

Cóż, pomy­ślała Car­men, gdy obu­dziła się następ­nego dnia rano i rozej­rzała wkoło. Pokój, w któ­rym leżała, robił raczej oso­bliwe wra­że­nie. Był cichy i obdra­pany.

Kola­cja poprzed­niego wie­czoru upły­nęła w dość cięż­kiej atmos­fe­rze; Pho­ebe oświad­czyła wprost, że nie ma ochoty na kuskus, za co wszy­scy po cichu winą obar­czyli Car­men, która wszak spro­wo­ko­wała incy­dent z chip­sami. W pew­nym momen­cie Sofia popro­siła Pippę, żeby zagrała na fago­cie. Dziew­czynka speł­niła prośbę matki. Grała gło­śno i bez żad­nego polotu. Kiedy Sofia zapro­po­no­wała, żeby Pho­ebe zaśpie­wała, ta odnio­sła się do jej pomy­słu z rów­nie nie­wiel­kim entu­zja­zmem co do jedze­nia kuskusu. Jack w tym cza­sie bez prze­rwy kopał nogę kosz­tow­nego stołu kuchen­nego firmy Sha­ker. Car­men posta­no­wiła poło­żyć się wcze­śniej, zanim narobi jesz­cze więk­szych pro­ble­mów.

A teraz cze­kał ją pierw­szy dzień w nowej pracy. O rany.

Kto wie, może nawet jej się spodoba? Oczami wyobraźni już widziała tę uro­kliwą księ­ga­renkę. Klienci wpa­dają do niej, żeby prze­glą­dać książki. Jest w niej cicho, a do tego Car­men będzie mogła całymi dniami sie­dzieć zaszyta w kącie pomiesz­cze­nia i popi­ja­jąc her­batę, tonąć w lek­tu­rze. I tylko cza­sami będzie się od niej odry­wać, kiedy ktoś będzie potrze­bo­wał jej pomocy.

Będzie cał­kiem faj­nie, prawda? Miło. Od czasu do czasu pew­nie będzie musiała też coś odku­rzyć. Ale to nic w porów­na­niu z pracą w dziale pasman­te­ryj­nym domu han­dlo­wego, gdzie czło­wiek nara­żony jest na kon­takt ze zner­wi­co­wa­nymi pan­nami mło­dymi i nie­koń­czące się dys­ku­sje, jakie koronki będą paso­wać do sukni ślub­nej. Książki to łatwi­zna. Poza tym pan McCre­die junior, jak nazwała go Sofia, podobno był męż­czy­zną „sym­pa­tycz­nym, acz­kol­wiek tro­chę skry­tym”. Brzmiało to cał­kiem zachę­ca­jąco. W każ­dym razie nie mógł być gor­szy od pani Marsh. Car­men chciała pod­py­tać sio­strę, w jakim dokład­nie wieku jest wła­ści­ciel księ­garni. Wolała jed­nak nie ryzy­ko­wać, że Sofia znowu przy­bie­rze ten kokie­te­ryjny wyraz twa­rzy, który poja­wiał się u niej, gdy zaczy­nała się eks­cy­to­wać życiem miło­snym młod­szej sio­stry i gdy chwa­liła chło­pa­ków, z któ­rymi spo­ty­kała się Car­men, mimo że było jasne, iż face­tów ustę­pu­ją­cych Fede­rico pod wzglę­dem fry­zury, manier, posady czy ubioru trak­to­wała jak zwy­kłych wywło­ków. Nie poma­gało, że Car­men fak­tycz­nie od czasu do czasu zda­rzało się z takimi kana­liami rand­ko­wać. Ale w końcu co w tym dziw­nego – wszak na świe­cie ich nie bra­ko­wało. O tym, że prę­dzej czy póź­niej kimś takim się zain­te­re­suje, prze­są­dzał pro­sty rachu­nek praw­do­po­do­bień­stwa.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki