Opis

Zbiór najlepszych sportowych tekstów, które ukazały się na łamach „Przeglądu Sportowego” w latach 2017-2018 w ramach cyklu "PS Reportaż". Ich autorami są czołowi dziennikarze gazety. Dotykają ważnych problemów, takich jak sport niepełnosprawnych, czy opowiadają na nowo z pozoru dobrze już znane historie. Docierają do miejsc i zdarzeń, konstruując głęboki i prawdziwy obraz. W centrum tych opowieści zawsze jest człowiek – jego sukcesy, porażki, dramaty. W narracji „Najlepszych sportowych historii” można znaleźć każdy odcień sportu i wielu bohaterów nieoczywistych, ale i reportaże rzucające nowe światło na ważne zjawisko – np. upadek polskiej szkoły boksu. Bez względu na to, czy mamy do czynienia z maratończykiem, kierowcą rajdowym, czy byłym piłkarzem-alkoholikiem, sport jest dla nich zawsze tym samym: paliwem napędowym do życia. Naszym głównym celem było uchwycenie emocji z tym związanych. Efektem jest kilkadziesiąt fascynujących podróży po świecie sportu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 550

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jaro­slav Vejvoda

Dzien­niki Napo­le­ona

Jaro­slav Vejvoda stwo­rzył wielką Legię, z Kazi­mie­rza Deyny zro­bił czo­ło­wego pił­ka­rza świata i dał paliwo, na któ­rym jechała repre­zen­ta­cja Kazi­mie­rza Gór­skiego. Teo­re­tycz­nie to nie miało prawa się udać.

Mówili na niego „Napo­leon”, bo też dowo­dził i był mikrego wzro­stu. Był „Dyk­ta­to­rem” – to dla­tego, że nie uzna­wał żad­nego sprze­ciwu. Naj­czę­ściej był „Pepi­kiem” lub „Jardą”, jak Czesi zdrab­niają imię Jaro­slav. To ostat­nie okre­śle­nie zare­zer­wo­wane było dla wąskiego grona przy­ja­ciół: kilku osób z Pragi, tak samo w War­sza­wie. Córka Vejvody Eva – dziś Přibilova – oczy­wi­ście zwra­cała się do niego „tato”.

Eva Přibilova: Tata w roli ojca i tre­nera chyba wiele się nie róż­nił. Mówię „chyba”, ponie­waż w domu pra­wie w ogóle nie roz­ma­wiał o fut­bolu, pił­ka­rzach, meczach. Po humo­rze można było domy­śleć się, czy jego zespół poko­nał inny, czy sam został poko­nany. Zaci­śnięte zęby to był znak – Legia prze­grała. Piłka to był jego świat. Pra­co­wał na okrą­gło. Czy to w Pra­dze, czy to w War­sza­wie w miesz­ka­niu musiał mieć wydzie­lony swój kąt na biuro. Tam spę­dzał wie­czory. Nad papie­rami sie­dział do dru­giej w nocy. Cią­gle ana­li­zo­wał mecze, kre­ślił tak­tyki i uzu­peł­niał swoje dzien­niki.

Dzien­niki Vejvoda pisał już jako tre­ner Dukli Praga, dalej robił to w War­sza­wie. Z okresu pracy w Pol­sce powstało sześć zeszy­tów: kom­pletny zapis histo­rii Legii lat 1966-1969 i 1973-1975 – cza­sów, kiedy przy Łazien­kow­skiej rzą­dził „Pepik”. Kolejka po kolejce, mecz po meczu. Każdy z datą roze­gra­nia, godziną, tem­pe­ra­turą, jaka temu towa­rzy­szyła. Na lewej stro­nie skład i jed­noz­da­niowe oceny pił­ka­rza. Na pra­wej krótki opis spo­tka­nia. Do tego przy­kle­jona tabela eks­tra­klasy wycięta z „Prze­glądu Spor­to­wego”. Skarb dla każ­dego sta­ty­styka. Naj­cie­kaw­sze rze­czy kryją się jed­nak w zapi­skach na ostat­nich stro­nach, poje­dyn­czych zda­niach nanie­sio­nych gdzieś na mar­gi­ne­sach, kar­tecz­kach wło­żo­nych za okładkę pierw­szego zeszytu. To już nie liczby i zesta­wia­nia, ale obraz tego, jaką pracę musiał wyko­nać Vejvoda, by w pierw­szym sezo­nie w War­sza­wie stwo­rzyć mocną dru­żynę z zawod­ni­ków tyle uta­len­to­wa­nych, co będą­cych lek­ko­du­chami. Przy­kład?

„Lipiec, 1966

Pro­blemy w cza­sie przy­go­to­wań. Wszy­scy pił­ka­rze, z kie­row­nic­twem włącz­nie, są przy­zwy­cza­jeni, żeby w trak­cie wyjazdu sprze­da­wać i han­dlo­wać, czym się da. Ich zain­te­re­so­wa­nie, co sprze­dać, a co kupić prze­wyż­sza wszystko inne. Dla­tego nie pole­cam przy­go­to­wań za gra­nicą.”

Ivo Vik­tor, wie­lo­letni bram­karz Vejvody w Dukli Praga, cze­cho­sło­wacki mistrz Europy z 1976 roku: Tre­ner rzadko żar­to­wał, zwy­kle bywał poważny. No chyba że po latach wra­cał w roz­mo­wie do pracy w Legii. Nie mógł się nadzi­wić, skąd u legio­ni­stów była ta chęć, żeby han­dlo­wać. Opo­wia­dał o wyjaz­dach gdzieś na mecz czy obóz, do któ­re­goś z demo­lu­dów. Patrzy, a na zbiórce wszy­scy zawod­nicy w gar­ni­tu­rach. „Dla­czego nie w dre­sach?”, zapy­tał. „W dre­sach to będziemy wra­cać, kiedy sprze­damy gar­ni­tury”, padła odpo­wiedź.

Od razu o han­dlo­wa­niu zaczął opo­wia­dać Jozef Maso­pust, kiedy w 2014 roku zapy­ta­łem, czy Vejvoda mówił mu coś o pracy w Pol­sce. – Nasze kluby, Legia i Dukla, były woj­skowe, więc czę­sto ści­śle współ­pra­co­wały. Wystar­czył tele­fon gene­rała i już lecie­li­śmy na wspólny mecz. Pod­czas pobytu w Niem­czech poszli­śmy do mia­sta. Polacy od razu udali się do skle­pów i kupo­wali wszystko, jak popad­nie, żeby zabrać do kraju i sprze­dać. Cóż, na tym można było zaro­bić wię­cej niż na piłce – wspo­mi­nał lider Dukli pro­wa­dzo­nej przez Vejvodę, zwy­cięzca ple­bi­scytu Zło­tej Piłki „France Foot­ball” w 1962 roku.

Eva Přibilova: Takie były czasy. Mnie też podej­rze­wano, że han­dluję, i to pew­nie na więk­szą skalę, a do tego jakimś tref­niej­szym towa­rem niż gar­ni­tury. Wra­ca­łam samo­lo­tem z Pragi. W War­sza­wie wzięto mnie na bok, wypy­ty­wano, czemu tam tak czę­sto latam, co prze­wożę. Wywa­lono do góry nogami moje bagaże. „Dla­czego tak długo to trwało?”, tata z mamą cze­kali na mnie i wyglą­dali na naprawdę zde­ner­wo­wa­nych, że tak mnie potrak­to­wano. Zresztą w War­sza­wie kilka razy mia­łam wra­że­nie, że jestem śle­dzona. Bar­dzo nie­przy­jemne uczu­cie, kiedy dwóch nie­cie­ka­wych ludzi cho­dzi za tobą.

Han­del upra­wiany przez pił­ka­rzy nie był naj­więk­szym pro­ble­mem Vejvody.

Vejvoda uwa­żał Deynę za nie­zdy­scy­pli­no­wa­nego lenia, ale zmie­nił mu pozy­cję na boisku i zro­bił z niego pił­ka­rza świa­to­wej klasy.

„Lipiec, 1966

Pro­gram dnia jest w pełni wypeł­niony, dla­tego były kło­poty z zatrzy­ma­niem gra­czy po tre­nin­gach, żeby odpo­częli.

Wie­lo­krot­nie po kola­cji i kon­troli pił­ka­rze i tak opusz­czają hotel. Obrem (Obręb­ski – przyp. red.), Nie­dziółka, Korze­niow­ski, Mah­seli i inni nie­wy­mie­nieni.

Także dieta nie jest naj­lep­sza. Korze­niow­ski, Frąc­kie­wicz, Mah­seli, Grzyb (Grzy­bow­ski – przyp. red.), Obręb­ski, Stach. (praw­do­po­dob­nie cho­dzi o Sta­chur­skiego – przyp. red.) i Gro­tyń­ski. Pił­ka­rzom Mah­seli, Fronc­kiew, Korze­niow (pisow­nia ory­gi­nalna, doty­czy Frąc­kie­wicza i Korze­niow­skiego – przyp. red.) i Nie­dziółka wymie­rzam karę 500”.

Zgru­po­wa­nie to jedno, powrót z niego do War­szawy to dru­gie. Podróż Czech okre­ślił jako „żenu­jącą sytu­ację”. Wspo­mniał o pro­ble­mach na gra­nicy z pła­ce­niem cła, że Korze­niow­skiego zatrzy­mano i nie wró­cił do Pol­ski z zespo­łem.

Mimo pro­ble­mów Vejvoda nie rzu­cił tego wszyst­kiego. Pod­jął wyzwa­nie, pew­nie dla­tego, że dostrzegł zespół. „W dru­ży­nie wszystko w porządku, zawod­nicy sobie poma­gają (…). Podej­ście do tre­nin­gów nie jest naj­gor­sze. Sła­biej wygląda dieta” – napi­sał.

W kolej­nych mie­sią­cach na­dal musiał usta­wiać do pionu pił­ka­rzy, któ­rzy – według Vejvody – „w ośrodku mają dużo wol­nego i nie potra­fią z tego korzy­stać. Wycho­dzą i wra­cają, o któ­rej chcą. Także w nocy. Wszy­scy, lub pra­wie wszy­scy, palą”. Pale­nie było tylko jed­nym z pro­ble­mów.

Pił­karz A: „Przy­szedł 3x spóź­niony na tre­ning (…). Na spa­ring dotarł, kiedy już gra­li­śmy (…). Po meczu z Honve­dem przy­szedł z opuch­nię­tymi oczami i przy­znał się, że całą noc pił (…). Nie dba o dietę, tylko cią­gle pali”.

Pił­karz B: „Nie był na tre­ningu. Spał w ośrodku od 8 do 14. Przy­ła­pany na pale­niu”.

Pił­karz C: „Popro­sił o pięć dni wol­nego, żeby mógł pole­cieć do Lon­dynu na pogrzeb wujka. Wró­cił po 18 dniach”.

Vejvoda zaczął jed­nak budo­wać auto­ry­tet. Z tym nie miał kło­po­tów, nie tylko w klu­bie.

Eva Přibilova: Tata był bar­dzo wyma­ga­jący. Wszystko, także w domu, musiało być wyko­nane per­fek­cyjne. Przyj­mo­wał to jako coś oczy­wi­stego i praw­do­po­dob­nie dla­tego nikogo, w tym mnie, nie chwa­lił. Czę­sto po pro­stu wyda­wał pole­ce­nia. Już w Pra­dze robi­li­śmy prze­me­blo­wa­nie. Ciężki tap­czan z mamą wcią­ga­ły­śmy na pię­tro. Tata stał na dole, tylko patrzył i mówił: „w prawo”, „tro­chę moc­niej”. W końcu nie wytrzy­ma­łam: „Zobacz, wszy­scy coś robią. Tylko ty masz puste ręce”. Odpo­wie­dział, jak to on, spo­koj­nie i powoli: „Rzą­dzić może tylko jedna osoba”.

Vejvoda miał nos do talen­tów. O tym, jak zmie­nił Dey­nie pozy­cję na boisku – co praw­do­po­dob­nie było jedną z naj­waż­niej­szych decy­zji w histo­rii pol­skiej piłki – zwra­ca­jąc się do niego „Ty nie jesteś napast­nik, ty jesteś uro­dzony pomoc­nik”, napi­sano wie­lo­krot­nie. O tym, że Deyna był na bakier z dys­cy­pliną, rów­nież. Dopiero dzien­niki poka­zują, jaką cier­pli­wo­ścią musiał wyka­zać się Vejvoda w sto­sunku do Deyny – co też wyja­śnia, że widział w nim przy­szłego wiel­kiego pił­ka­rza, bo w innym wypadku wygo­niłby go z klubu.

Tre­ningi Vejvody: Czech lubił dawać zawod­ni­kom bon­bony, czyli po cze­sku cukierki. Tak Vejvoda mówił na ele­menty tre­ningu. Były to m.in.: Bieg na 400 m. Każdy pił­karz musiał poko­nać dystans w 60 sekund. Jeśli ktoś się nie wyro­bił, dosta­wał sekundę bonusu. Pró­bo­wać musiał do skutku. Pięć minut gry na peł­nych obro­tach, jeden na jed­nego na całym boisku. Wie­lo­mi­nu­towe prze­ska­ki­wa­nie przez pło­tek lek­ko­atle­tyczny.

„Deyna: XI. Po trzech tygo­dniach służby woj­sko­wej i pierw­szym meczu w czwar­tek wyje­chał do domu bez prze­pustki i wró­cił dopiero w sobotę. Nie zabra­łem go na ostatni mecz. Dostał sie­dem dni służby, wytrzy­mał tylko cztery.

I 67. Bez powodu nie przy­szedł na tre­ning i kła­mał, że miał służbę.

W trak­cie zgru­po­wa­nia są z nim drobne pro­blemy, jest leniem dość nie­zdy­scy­pli­no­wa­nym”.

Pierw­szym meczem Deyny, o któ­rym wspo­mniał Vejvoda, było spo­tka­nie z Ruchem Cho­rzów. Legia zre­mi­so­wała 0:0, a Czech przy nazwi­sku debiu­tanta napi­sał: „Parę poje­dyn­ków prze­grał. Mógł prze­są­dzić o losach meczu”. Ocena śred­nia, dużo lep­sza niż na przy­kład Hen­ryka Apo­stela, któ­rego występ Vejvoda spu­en­to­wał krótko: „Cał­kiem słabo”.

„Pepik” był wtedy bli­ski utraty pracy. Legia z jed­nym zwy­cię­stwem zale­gała pra­wie na dnie tabeli. Pił­ka­rze, kato­wani na tre­nin­gach, ganiani za pale­nie i lek­ce­wa­że­nie obo­wiąz­ków, mogli dosłow­nie zwol­nić Vejvodę. – Do nas, zawod­ni­ków, przy­szedł puł­kow­nik Mal­czew­ski, szef sportu w MON. Zapy­tał, jak pra­cuje się nam z „Pepi­kiem”, czy to już nie czas, aby zmie­nić tre­nera. Twardo jed­nak powie­dzie­li­śmy, że Vejvoda musi zostać. Że praca, którą wyko­na­li­śmy, przy­nie­sie efekty, a bra­kuje jedy­nie świe­żo­ści – opo­wia­dał Jacek Gmoch, kiedy zbie­ra­łem mate­riały do tek­stu o Vejvo­dzie do 2. numeru maga­zynu „Kopal­nia. Sztuka Fut­bolu”.

Kilka dni póź­niej Legia, po golu Ber­narda Blauta (ale bez Deyny, który „wró­cił do domu bez prze­pustki”), poko­nała Wisłę Kra­ków. Vejvoda prze­trwał, mógł pra­co­wać dalej, ale zda­wał sobie sprawę, że jesienne wyniki to jego wina, nie pił­ka­rzy. Gmoch: – To było chyba w Czę­sto­cho­wie. Wra­ca­jąc do War­szawy, na obiad zaje­cha­li­śmy do jakie­goś baru mlecz­nego. Usia­dłem obok Vejvody. Był zała­many. Z opusz­czona głową posy­py­wał solą chleb. „Tre­ne­rze, tylko to będzie pan jadł?”, zapy­ta­łem. „Na nic innego nie zasłu­guję”, odparł.

Eva Přibilova: Ale nie było tak, że tata całe życie był ponu­ra­kiem dys­cy­pli­nu­ją­cym innych. Miał swoje pasje. Sys­te­ma­tycz­nie cho­dził grać w karty. Uwiel­biał sza­chy. W Pra­dze, kiedy szedł do gospody, czę­sto brał wielką sza­chow­nicę pod pachę. Raz na kilka lat, ale to już z oka­zji naprawdę wiel­kiego święta, potra­fił… wsko­czyć na stół i śpie­wać. Tak robił po suk­ce­sie Dukli, na koniec sezonu. Ku zdu­mie­niu wszyst­kich, hop na stół, into­no­wał pio­senkę, po czym dla każ­dego wymy­ślał wier­szyk. Lubił piwo. W gospo­dzie zama­wiał w dużym kuflu, w domu miał mniej­sze szklanki, 0,3 litra pojem­no­ści. Słu­chał jazzu, jego ulu­bio­nym wyko­nawcą, jesz­cze przed­wo­jen­nym, był Jaro­slav Ježek. Był języ­ko­wym anty­ta­len­tem. Pró­bo­wał się uczyć angiel­skiego z takich dużych taśm nacią­gnię­tych na szpule. Bez­sku­tecz­nie, a bez tego nie miał szans na wyjazd do klubu zachod­niego.

Po run­dzie jesien­nej i meczu z Wisłą Vejvoda zmie­nił tro­chę podej­ście do tre­nin­gów i pił­ka­rzy. Na­dal był wyma­ga­jący, ale już wsłu­chi­wał się w potrzeby zawod­ni­ków. Ci mu zaufali i w 1969 roku Legia zdo­była mistrzo­stwo. Vejvoda wró­cił do Dukli, zosta­wia­jąc zespół Edmun­dowi Zien­ta­rze. W Legii poja­wił się jesz­cze raz w 1973 roku. Choć legio­ni­ści błysz­czeli w repre­zen­ta­cji Gór­skiego, w klu­bie szło im gorzej. To już nie był ten sam zespół.

Wpis z dzien­nika, z początku sezonu 1974/75, po któ­rym już na zawsze wyje­chał z War­szawy.

„Po MŚ bez­sen­sowna liczba meczów repre­zen­ta­cji. Repre­zen­tanci muszą odpo­cząć. Do tego sezon ma trwać 14.7 do 15.12”.

Vejvoda karierę tre­ner­ską zakoń­czył w 1980 roku, zaraz po tym, jak dotarł z Duklą do 1/4 finału Pucharu Europy. – Odcho­dzę z zawodu na moich warun­kach – powie­dział rodzi­nie. Pod koniec lat 80. bar­dzo chciał jesz­cze raz przy­je­chać do War­szawy, ale już miał pro­blemy ze zdro­wiem. Zmarł w 1996 roku.

Eva Přibilova: Dzien­niki cały czas leżały u nas w domu, u mamy w sza­fie. Nikt się o nie nie pytał, aż trzy lata temu pro­du­cenci filmu doku­men­tal­nego o Dukli zapy­tali mnie, czy jesz­cze mam jakieś pamiątki. W ten spo­sób dzien­niki tra­fiły do nich, potem na Duklę.

Póź­niej pra­ski klub zapro­po­no­wał prze­ka­za­nie dzien­ni­ków Legii. Ta się tro­chę ocią­gała i dopiero pod koniec ubie­głego roku zapro­siła pre­zesa Dukli Bohu­mila Pauk­nera i córkę Vejvody do War­szawy. Dzien­niki tra­fiły do muzeum Legii nie­długo po tym, jak „Pepika” wybrano na naj­lep­szego tre­nera war­szaw­skiej dru­żyny w jej 100-let­niej histo­rii.

Grze­gorz Rudy­nek

czer­wiec 2017