Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
70 osób interesuje się tą książką
W Akademii Krwawych Skrzydeł krew to potęga, a miłość to niebezpieczna gra
Na nic takiego się nie pisałam.
Pół-fae w szkole dla wysoko urodzonych wampirów? To gotowy przepis na katastrofę.
Nazywam się Medra Pendragon, ostatnia z jeźdźców smoków, a przynajmniej tak mi mówią. Zabawne jest to, że nie ma już żadnych smoków. Ani jednego. Nie powstrzymało to wampirów przed uznaniem, że warto mnie schwytać. Teraz utknęłam w Akademii Krwawych Skrzydeł, w której rządzą wysoko urodzone wampiry, a tacy jak ja, skażeni, jesteśmy dla nich tylko źródłem krwi i pionkami w ich grze.
Ale nawet to nie jest najgorsze. Bo oto pojawia się Blake Drakharrow. Zimny, arogancki i wręcz nieprzyzwoicie przystojny. Dręczy mnie od momentu, gdy się poznaliśmy, a w dodatku zaręczono nas zgodnie z jakimś starożytnym rytuałem.
Krwawe Skrzydła to nie tylko szkoła – to pole bitwy. Wysoko urodzeni walczą o władzę, a jeśli jesteś słaby? Giniesz.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 715
„Tylko w mych żyłach krew ci odpowiada”.
— Kupiec wenecki (Akt 3, scena 2) (tłum. Leon Ulrich)
„Tego, kto spotyka śmierć pozbawiony miłości, czeka koniec.
Lecz ten, kto oddaje swą duszę, zyskuje wieczność”.
— Ostatnie słowa królowej
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Chyba byłem pijany. Pijany władzą, pijany jej krwią.
Wierzyłem, że mi wybaczy. Wybaczy, bo musi. Byliśmy ze sobą związani, ona i ja.
Co zostało powiedziane, przetrwa wiecznie. Czyż nie tak brzmiały słowa starca? Co zostało związane, nie będzie rozłączone.
Nie zrobiłem nic złego, powtarzałem sobie. Po prostu doprowadziłem sprawy do logicznego końca.
Nie zamierzałem czerpać z tego przyjemności. Byłem głodny. Potrzebowałem jej.
No dobrze, może czułbym odrobinę przyjemności. Ale byłaby to przyjemność obopólna. Nie tylko dla mnie.
Podszedłem do niej, spojrzałem jej w oczy i się zawahałem.
Dręczyła mnie pustka. Żądza krwi jak zawsze czaiła się tuż pod powierzchnią. Jakoś udawało mi się to okiełznać, kiedy o nią chodziło.
Nie patrzyła na mnie jak niewolnica na kogoś, kogo należy się bać… albo czcić. Nigdy tak nie patrzyła.
Nie, to, co teraz widziałem w jej oczach, było czymś zupełnie innym.
Czystą nienawiścią.
Ufała mi. Nawet jeśli nie chciała tego przyznać.
A teraz to zniszczyłem.
Patrzyła na mnie tak samo jak pierwszego dnia. Jakbym nie był człowiekiem, lecz potworem.
Jednak przyciąganie okazało się zbyt silne. Nie mogłem pozwolić jej tak po prostu odejść. Odejść ode mnie.
Pierwszy łyk jej krwi podziałał na mnie jak narkotyk. Słodki, bogaty i mocny smak.
Tylko jej pragnąłem. Chciałem więcej. Jej krew smakowała jak żadna inna rzecz, jakiej kiedykolwiek próbowałem. Była idealna. Zamiast się nasycić, poczułem, że głód budzi się we mnie z całą mocą.
Czułem, jak jej ciało się napina, czułem lekkie drżenie, gdy próbowała się wyrwać, ale to zignorowałem.
Z czasem się przyzwyczai. Musi. Takie są nasze zasady.
I nagle, bez ostrzeżenia, jakaś siła wyrwała moje kły z jej żyły.
Ziemia wokół nas wybuchła.
Po chwili, gdy opadł kurz, a ona powoli odwróciła się w moją stronę, ze świeżymi śladami ugryzień na szyi, zrozumiałem prawdę.
Znajdowała się teraz w większym niebezpieczeństwie niż kiedykolwiek wcześniej.
I nigdy nie wybaczy mi tego, co zrobiłem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Medra
Jesień
Dziesięć miesięcy wcześniej
Liście zmieniały kolor, kiedy mnie znalazł. Lato miało się ku końcowi, gdy zaczęła się moja niewola.
Zginęłam, niszcząc złego boga w moim świecie. Poświęciłam się, by ocalić tych, których kochałam. Zrobiłam to dobrowolnie. Odchodziłam bez żalu.
Oczekiwałam końca.
Los był okrutny.
Wzięłam pierwszy chrapliwy oddech i poczułam, jak dusza gwałtownie trzepocze w moim ciele, jakby nie była pewna, czy to dla niej właściwe miejsce, jakby nie chciała zaakceptować rzeczywistości, że razem tu utknęłyśmy.
Tutaj, czyli gdzie? To nie był mój świat. To nie było Aercanum. Czułam to w powietrzu. Unosił się w nim zapach żelaza i popiołu. Krwi i śmierci.
Z jękiem przesunęłam ciężar ciała, a ten ruch sprawił, że po moich plecach przetoczyła się fala bólu.
Coś przygniatało moje nogi.
Poruszyłam się znowu i tym razem spojrzałam w dół. Przeszył mnie dreszcz. Nie coś, tylko ktoś. Przygważdżał mnie ktoś martwy.
Wzięłam głęboki oddech, żeby się uspokoić. To tylko pogorszyło sprawę, bo w nozdrza jeszcze mocniej uderzył mnie odór rozkładu. Zebrało mi się na wymioty.
Raptem do moich uszu dotarł słaby dźwięk.
Potem kolejny.
Wytężyłam słuch i usłyszałam szmer niewyraźnych głosów. I kroki dudniące po twardej ziemi.
Nadchodzili jacyś ludzie.
Usiadłam i pchnęłam leżące na moich nogach ciężkie ciało, próbując się uwolnić.
Czy powinnam zawołać o pomoc? Albo mieć nadzieję, że mnie nie zauważą?
Głosy się zbliżały.
Raptem na skraju mojego pola widzenia ukazała się jakaś postać. Wdrapywała się po stosie ciał jak wielka łasica.
To był mężczyzna. Niski i żylasty. Na ustach miał zadowolony uśmiech, obnażający pożółkłe, szczurze zęby.
Nadal leżałam, modląc się, żeby uznał mnie za trupa.
Ale było już za późno. Musiał dostrzec, że się ruszam, zanim go zobaczyłam. Skoczył na mnie błyskawicznie jak szczur i przyszpilił do ziemi. Poczułam jego smrodliwy oddech, gdy zbliżył twarz do mojej i głęboko wciągnął powietrze, jakby mnie obwąchiwał.
— Barnabas!
Okrzyk przeszył powietrze jak świst bata. Głośny. Ostry. Rozkazujący.
Mężczyzna siedzący na mnie okrakiem wykrzywił twarz w grymasie niezdecydowania.
— Tak, panie? — Jego głos zabrzmiał jak syk jadowitego węża.
— Co znalazłeś?
Kolejny wdech. Twarz mężczyzny znajdowała się bardzo blisko mojego ucha. Znowu nabrał powietrza w płuca, chłonąc mój zapach, jakby wyczuł w nim aromat rzadkiego wina.
A potem, ku memu przerażeniu, wysunął język. Czerwony, cuchnący i drgający kawałek ciała zbliżył się do mojej szyi.
— Barnabas! — Ton był jeszcze ostrzejszy. — Zadałem ci pytanie i oczekuję szybkiej odpowiedzi.
Język wślizgnął się z powrotem do ust człowieka szczura. Zobaczyłam rozczarowanie w jego oczach, gdy niechętnie odkrzyknął:
— Ta tutaj żyje!
Chwila milczenia.
— Niemożliwe. Wszyscy inni nie żyją. To miejsce pożar trawił przez wiele dni.
W oczach mężczyzny o imieniu Barnabas pojawił się błysk, który mi się nie spodobał.
Wstrzymałam oddech, kiedy mierzyliśmy się wzrokiem. Potem Barnabas się uśmiechnął.
— Ale ona żyje, milordzie. I pachnie… — znów powęszył w powietrzu jak wygłodniały kundel, a ja wzdrygnęłam się z obrzydzeniem — wyśmienicie.
Ponownie zbliżył usta do mojej szyi, a ja krzyknęłam i uniosłam ręce, żeby go odepchnąć. Zobaczyłam błysk ostrych zębów.
— Złaź z niej — warknął drugi mężczyzna. Pan. Jego ton był groźny, drapieżny. Próbowałam ocenić, ile ma lat. Jest młodszy od Barnabasa, uznałam. — Żadnego próbowania. Żadnego wąchania. To rozkaz. Przyprowadź ją do mnie. Natychmiast.
Barnabas zaskomlał tak cicho, że tylko ja mogłam go usłyszeć. Jakby pies szarpał się na łańcuchu swojego pana.
— Tylko mały kęsek. Malutki. Jedno ugryzienie? — wyszeptał. — Pachniesz tak dobrze. Lepiej niż wszystko, czego kiedykolwiek posmakowałem. Kiedy on cię spróbuje, już cię nie wypuści. Nigdy nie dostanę kolejnej szansy.
Jego wargi się rozchyliły i ukazały się dwa psie kły. Ostre i wydłużone. Większe niż widziałam u jakiegokolwiek mężczyzny albo kobiety. Obnażył je jak wilk i zaczął opuszczać głowę w kierunku mojej szyi.
Ogarnęła mnie panika. Zamachnęłam się na niego z krzykiem, lecz on zaskoczył mnie szybkością i siłą, w jednej chwili unieruchamiając moje ręce.
Byłam słabsza niż wcześniej. Nie wiedziałam jednak, czy z powodu tego, co wydarzyło się przed moim przybyciem tutaj.
Walczyłam z nim mimo to i czułam jego frustrację, gdy próbował mnie przygwoździć.
Jego twarz znajdowała się tuż nad moją szyją. Zęby były tak blisko. Zamknęłam oczy i napięłam wszystkie mięśnie w oczekiwaniu na nieunikniony atak.
Usłyszałam jednak cichy chrzęst.
Poczułam wilgoć na twarzy i otworzyłam oczy.
Ciało Barnabasa nadal na mnie leżało. Ale jego głowa zniknęła.
Wydałam okrzyk przerażenia, usiadłam i zepchnęłam go z siebie. Gdy spojrzałam w bok, zobaczyłam, że jego odcięta głowa toczy się w dół po stosie trupów. W czaszce tkwił bełt.
Przesunęłam ręką po twarzy, żeby oczyścić ją z krwi tego szczura.
I wtedy zdałam sobie sprawę, że jestem naga.
— Wstań i podejdź.
Zacisnęłam zęby. Wyglądało na to, że za chwilę zamienię jednego porywacza na drugiego. I ten raczej nie sprawiał wrażenia mazgaja.
— Wolę tu zostać — odkrzyknęłam. — Ruszajcie w drogę. Nie potrzebuję pomocy.
Przez chwilę panowała cisza. Potem w dole wybuchła wrzawa. Mężczyzna nie był sam. Moje słowa najwyraźniej wstrząsnęły grupą ludzi, którzy go otaczali.
— Cisza. — Gwar ucichł, a do mnie ponownie dotarł znajomy głos. — To nie była prośba. Ale jeśli odmówisz po raz drugi, chętnie wyślę jednego z moich ludzi, żeby cię stamtąd ściągnął.
Wstałam powoli i usłyszałam dochodzące z dołu głośne zbiorowe westchnienie, nie wiadomo, czy na widok krwi Barnabasa, czy nagiego kobiecego ciała. Grupa składała się głównie z mężczyzn, więc raczej to drugie.
Podniosłam rękę, żeby osłonić oczy przed zamglonym słońcem, które właśnie wyjrzało zza chmur. Gdy skupiłam wzrok, zobaczyłam szereg żołnierzy, pieszych i konnych. Wszyscy nosili charakterystyczne czerwono-czarne zbroje.
Na ich czele, na czarnym rumaku, siedział mężczyzna z kuszą w dłoni. Z zainteresowaniem przyjrzałam się broni. Musiała być potężna, skoro jednym pociskiem zmiotła czyjąś głowę.
Potem spojrzałam na twarz mężczyzny i w jednej chwili zapomniałam o broni.
Był przystojny, o ostrych rysach i jasnej skórze. Zabójczy i pociągający. I dużo młodszy, niż się spodziewałam. W wieku zbliżonym do mojego.
Ten człowiek uratował mi życie. Zabił jednego ze swoich ludzi, żeby mnie chronić.
Ale kiedy ujrzałam arogancką minę na jego przystojnej twarzy i okrutny grymas wykrzywiający wąskie usta, nie poczułam wdzięczności.
Złote włosy okalały mocno zarysowaną szczękę. Mój wybawca miał szczupłą, elegancką i pełną gracji, ale zarazem umięśnioną sylwetkę. Było w nim jednak coś, co nasunęło mi myśl, że kiedyś był kruchym, słabym chłopcem.
Jedna z cech szczególnie się wyróżniała. Nos nie pasował do reszty twarzy. Zbyt ostry, za duży, niedoskonały. Mimo to nadawał mu jeszcze bardziej arystokratyczny i zarazem wilczy wygląd, podkreślał arogancką minę, wydatne kości policzkowe i mocną szczękę.
Niektórzy mogliby nawet nazwać go nieatrakcyjnym. Z pewnością nie był w moim typie. Wolałam bardziej atletyczną budowę ciała. Ciemniejsze włosy. Nie mogłam jednak zaprzeczyć, że coś w sobie miał. Pod fasadą samokontroli czaiła się ledwo hamowana siła i niebezpieczna przebiegłość.
Kiedy, potykając się, zeszłam z góry gnijących zwłok, zeskoczył z konia i podszedł do mnie z kuszą w lewej ręce. Zachowywał się jak ktoś, kto nie jest przyzwyczajony do tego, by kwestionowano jego władzę.
Błyszczącymi szarymi oczami powiódł po mnie od stóp do głów, zatrzymując się na każdym skrawku mojego ciała, ograbiając mnie z całej skromności.
Zrobił krok w moim kierunku i węszył, przez co w nieznośny sposób przypomniał mi Barnabasa. Wyczułam płynący od niego zapach zielonych jabłek, zanim się opamiętałam i cofnęłam. Postanowiłam, że później się nad tym zastanowię. Pachniał świeżością. W przeciwieństwie do Barnabasa czy rozkładających się zwłok.
Mimo to nie mogłam dłużej znieść jego badawczego wzroku.
— Ależ przyjrzyj się dobrze. — Przerzuciłam długie włosy przez ramię i poczułam się zakłopotana, kiedy opadły na moją nagą skórę. — Zapewniam, że więcej nie dostaniesz.
Jeden z żołnierzy parsknął. Ja posłałam im uśmiech, co sprowokowało ich do kolejnego wybuchu wesołości.
Spojrzenie młodego dowódcy natychmiast wszystkich uciszyło.
— Próbowałem zrozumieć dziwną fascynację Barnabasa — rzucił drwiącym tonem. — Pachniesz obrzydliwie. Z drugiej strony, takie skutki ma leżenie na stosie trupów.
Potem zwrócił się do jednego z żołnierzy.
— Znajdź jej jakieś ubranie. — Strzelił palcami. — Nie, lepiej daj jej swój płaszcz. No, szybko. Zdejmuj go.
Żołnierz zrobił wielkie oczy.
— Ale, mój książę — wyszeptał, zerkając na mnie ukradkiem. — Widziałeś, panie, kim ona jest. Jej włosy… Nosi znak…
Książę? Tak, był na to dostatecznie wyniosły.
— Wiem, kim ona jest — rzekł dowódca. — Z pewnością lepiej niż ty. A teraz dawaj ten cholerny płaszcz. Zabieramy ją ze sobą.
Żołnierz pospiesznie rozpiął swoje okrycie i mi je rzucił. Złapałam je z wdzięcznością, starając się nie zważać na wyraz jego oczu. Był w nich strach czy odraza? Nie potrafiłam tego rozróżnić.
— Książę czy nie, mylisz się, jeśli sądzisz, że gdzieś z wami pójdę — oświadczyłam, otulając się płaszczem. — Dziękuję za ubranie, ale sama znajdę drogę do domu.
Przynajmniej część z tego była prawdą. Wątpiłam, czy kiedykolwiek wrócę do domu. Musiałam jednak opuścić tę piekielną dziurę, do której wpadłam.
Chwilę później pożałowałam, że w ogóle się odzywałam.
Dowódca, który tymczasem dosiadł swojego wierzchowca, teraz się odwrócił i spojrzał na mnie z pogardą. Zauważyłam, że jego nos nie tylko jest orli, ale i przekrzywiony, jakby kiedyś został złamany, i to niejeden raz.
Było w tym człowieku coś, co sprawiało, że nie mogłam oderwać od niego oczu. Przez chwilę w milczeniu mierzyliśmy się wzrokiem.
— Gdyby decyzja należała do ciebie, ale tak nie jest. Lecz jeśli zamierzasz wszystko utrudniać… — Skinął na innego żołnierza. — Znajdź jej porządne ubranie. A potem ją zwiąż.
I tak się stało.
*
Jechaliśmy w stronę miasta w dziwnej procesji żołnierzy, koni i mnie, ze skutymi nadgarstkami, zataczającej się na nierównym gruncie przed rumakiem dowódcy.
Czułam na sobie wzrok księcia i jego zimne rozbawienie za każdym razem, gdy się potykałam i przewracałam.
W moim sercu już rosła nienawiść do nowego oprawcy. Udało mi się jednak nie odwrócić głowy i nie spojrzeć w górę. Ani razu.
W końcu to on przemówił pierwszy.
— Skąd jesteś?
Zignorowałam go.
— Zadałem ci pytanie. Widać, że nie pochodzisz stąd. Skąd przybywasz? I co tu robisz?
Wzdrygnęłam się, słysząc trzask bicza.
— Nie zmuszaj mnie, żebym zapytał ponownie.
Przygryzłam wargę, żeby pohamować narastający we mnie histeryczny śmiech. Czy ten człowiek mógłby mnie naprawdę wychłostać? Mnie, która do niedawna była księżniczką Camelotu z królewskiego rodu fae.
Równie dobrze mogę mu powiedzieć, pomyślałam. Ale oczywiście nie prawdę.
— Nie wiem — skłamałam.
Nie zamierzałam mówić, że trafiłam tutaj z innego świata po zabiciu własnego dziadka, który był w nim kimś w rodzaju bóstwa. Poza tym, czegokolwiek użyłam, żeby dokonać tego wyczynu, z pewnością nie udało mi się zabrać tego ze sobą.
Wcześniej nie chciałam dopuścić tego do świadomości, ale prawda była taka, że czułam się słabsza. Dziwnie pusta. Odważę się to powiedzieć? Śmiertelna.
Lecz najwyraźniej było we mnie coś, co przyciągnęło uwagę tych żołnierzy. Stwierdzili, że jestem inna. Co mnie wyróżniało?
— Dlaczego zabieracie mnie ze sobą? Zawsze napadacie na niewinne kobiety, kiedy spotykacie je na drodze?
Książę milczał przez chwilę.
— Pytasz, jakbyś nie wiedziała, kim jestem. Co robisz w tym miejscu?
— Zgubiłam się — odpowiedziałam beztrosko. — I tak. Nie wiem, kim jesteś. A powinnam wiedzieć? Poza tym, że jesteś dupkiem?
Dowódca chrząknął, jakbym go zirytowała, ale nie podniósł bata.
— To niewiarygodne, że naprawdę jesteś taką ignorantką. Z drugiej strony, pewnie wkrótce dowiesz się wszystkiego, co powinnaś. — I po chwili wymamrotał pod nosem: — O kurwa.
Odwróciłam głowę i zobaczyłam, że w naszą stronę biegnie jakiś żołnierz. Był niski, drobnej budowy i miał na twarzy dwa okrągłe szkła w drucianych oprawkach. Okulary. Widziałam je już wcześniej u kilku szlachciców w moim świecie. Przyjrzałam mu się z ciekawością, a on odpowiedział mi takim samym spojrzeniem, wyraźnie przejęty.
— Książę — wysapał. — Poinformowano mnie, że znalazłeś… — Zmierzył mnie wzrokiem. — Kobietę godną uwagi.
— Chyba można tak powiedzieć — rzekł książę, przeciągając słowa. — Ale ona nie jest wcale taka interesująca, Luciusie. Właściwie to jest dość nudna.
Zignorowałam cios.
— Ale jej włosy… — Żołnierz imieniem Lucius nadal nie mógł złapać tchu. — Ich kolor. Niewiarygodny. Niesamowity.
— Niesamowity? — powtórzył dowódca.
Znowu to samo? To były moje włosy. Dotknęłam głowy. Mówiono mi, że moja matka fae miała intensywnie fioletowe loki. Ja nigdy ich nie widziałam. Zmarła, wydając mnie na świat.
W porównaniu z nimi moje włosy były rdzawoczerwone i matowe.
Nieraz myślałam o marchewce, kiedy wieczorami patrzyłam na siebie w lustrze. Teraz były brudne i zmierzwione. Próbowałam rozczesać je palcami, ale bez powodzenia. Potrzebowałam szczotki albo grzebienia. I gorącej kąpieli. Na myśl o czystości i cieple z moich ust wyrwał się cichy jęk.
— Książę Drakharrow, ma pan pojęcie, co to oznacza? — zapytał Lucius donośnym szeptem. Zaczęłam myśleć o nim jako o kimś w rodzaju sekretarza. Z pewnością tak się podlizywał, że mógł nim być. — Musi pan zaprowadzić ją do sądu. Ona może jest nawet…
— Później o tym porozmawiamy — uciął dowódca i z wyraźną niechęcią dodał: — Już wysłałem posłańca.
W jego głosie dało się wyczuć napięcie, które świadczyło o tym, że doskonale rozumiał, co Lucius miał na myśli. Po prostu nie chciał tego przyznać. Jeszcze nie. Dlaczego? O co chodziło ze mną?
— Doskonała wiadomość, mój panie — ucieszył się mały lizus, przewiercając mnie wzrokiem. — Doskonała. Potrafię sobie wyobrazić, jakie poruszenie wywoła. Proszę tylko na nią spojrzeć, książę. Jej włosy naprawdę są… czerwone.
— Tak, widzę, Luciusie — warknął Drakharrow. — Mam oczy. Czerwone włosy. Naprawdę czerwone. Cóż, zabieramy ją ze sobą. Sąd przyjrzy się jej wyglądowi i rozstrzygnie sprawę. To wszystko jest bardzo nużące. Teraz musimy wrócić wcześniej, choć nie zakończyliśmy śledztwa w sprawie wioski. Ale cóż możemy zrobić? Żyję, by służyć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Dedykacja
Księga 1
Preludium
Prolog
Rozdział 1
