Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Fundacja Krajowy Depozyt Biblioteczny
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 361
Rok wydania: 2013
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Polecamy także inne powieści w SERII KORONKOWEJ
W?
NOC i NA BAGNACH
luizjany
MUZYKA GWIAZD
GRUPA WYDAWNICZA
PUBLICAT S.A.
Elipsa Wydawnictwo Dolnośląskie Książnica
albumy tematyczne: literatura młodzieżowa. literatura kobieca
kulinaria, zdrowie. uroda ' Se"SaCia' ' "h*"3"™3'beletfyStyka
dom i ogród hobby aibu prz,roda' historia, biogralie. historyczna, literatura
l,teraturaKoznawcyza. N«era,ura podrózmcza mlodziezowa, tbrUler
edukacja ' horror, fantaslyka,
beletrystyka w wydaniu
ipsa
ES NajlepszyPrezent.pl
twoja księgarnia internetowa
popularnonaukowe
0,
W
Papilon
książki dla dzieci: baśnie i bajki, klasyka polskiej poezji, wiersze i opowiadania, powieści, książki edukacyjne, nauka języków obcych
kieszonkowym
LINDA GILLARD
MUZYKA GWIAZD
LINDA GILLARD
MUZYKA GWIAZD
Przełożyła z angielskiego Maria Grabska-Ryńska
BP Żoliborz
pożyczalniaJJb
51 g n nafi4ormo
Książnica
Tytuł oryginału Star Gazing
Projekt okładki Mariusz Banachowicz
Fotografia na okładce
© 2012 Laura Straus / Artists Rights Society (ARS), New York
Copyright © 2008 Linda Gillard
Wszelkie prawa zastrzeżone. Bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy
żaden fragment niniejszego utworu nie może być reprodukowany ani przesyłany
za pośrednictwem urządzeń mechanicznych bądź elektronicznych.
Niniejsze zastrzeżenie obejmuje również fotokopiowanie
oraz przechowywanie w systemach gromadzenia i odtwarzania informacji.
Niniejsza powieść stanowi wytwór wyobraźni, a wszelkie podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych, wydarzeń i miejsc jest całkowicie przypadkowe.
Polish edition © Publicat S.A. MMXIV
ISBN 978-83-245-7902-0
Wydawnictwo „Książnica"
Publical S.A.
ul. Chlebowa 24
61-003 Poznań
tel. 61 652 92 52
faks 61 652 92 00
www.ksiaznica.com
e-mail: [email protected]
Wydanie pierwsze
Człowiek widzi to, czym jest William Blake
Dla mojego ojca Charlesa Fredericka Gillarda (1925-2005)
PODZI ĘKOWAN I A
Pragnę gorąco podziękować ludziom, którzy okazali mi pomoc i wsparcie podczas pisania tej książki.
Są to: Tina Betts, Liz Broomfield, doktor Lyn Cress-well, Adrienne Dines, Margaret Gillard, Amy Glover, Philip Glovcr, Ralph Glov'er, Nicky Grantham, Gillian Green, Linda Henderson i Erica Munro.
ZIMA 2006
ROZDZIAŁ 1
Marianna:
Wbrew pozorom to nie jest opowieść o duchach. Lecz było Boże Narodzenie, a ja czułam się, jakbym zobaczyła — lub raczej usłyszała — ducha. Oczywiście duchów się nie słyszy, prawda? Co najwyżej podzwanianie łańcuchów i okropne jęki, lecz generalnie ludzie widzą duchy. Tak mi się przynajmniej zdaje, gdyż to doświadczenie zostało mi oszczędzone.
Ale wydawało mi się, że słyszę głos z zaświatów.
Kobieta ubrana w długi wełniany płaszcz i zawadiacki aksamitny kapelusz niespiesznie wysiada z taksówki. Sięga do jej wnętrza, wyjmuje teczkę i podróżną torbę. Ustawia je pieczołowicie na krawężniku i grzebie w przepastnej torebce w poszukiwaniu portmonetki.
Kiedy taksówka odjeżdża, kobieta odwraca się, stając naprzeciw rzędu szarych elewacji w stylu króla Jerzego, eleganckich i anonimowych, jakich wiele w Edynburgu. Wyciąga ciepło obutą stopę i stawia ją — rozmyślnie — na pokrywie studzienki kanalizacyjnej. Schyla się, podnosi bagaże, prostuje, nieruchomiejąc na chwilę, a potem nie rozglądając się na boki, rusza przez chodnik w kierunku stopni wiodących do drzwi wejściowych. Ktoś o wyczulonym słuchu mógłby usłyszeć, że liczy coś pod nosem.
Przy czwartym kroku słychać pisk hamujących kot i dS roweru wpadającego w poślizg na chodmku. Towarzyszy mu gniewny mlodz.enczy krzyk
_ Jezu! Nie widzi mnie pani? Jest pani ślepa czy
C°?Wytracona z równowagi kobieta odwraca się do rowerzysty. Kiedy poprawia przekrzywiony kapelusz, jej
ręce drżą, ale glos pozostaje spokojny.
— W samej rzeczy. Jestem.
Marianna:
No właśnie. Jestem niewidoma.
Dam wam chwilkę lub dwie na uporanie się z uprzedzeniami.
Ale już słyszę, jak pytacie, czy nie powinien mnie przypadkiem prowadzić złoty labrador? Albo czy nie powinnam wymachiwać białą laską lub przynajmniej nosić ogromnych czarnych okularów w stylu Roya Orbisona
czy Raya Charlesa?
Wiem, wiem... To moja wina, że sobie spaceruję, wyglądając zupełnie normalnie. (Powiedziano mi, że tak wyglądam. No bo skąd niby miałabym to wiedzieć?)
— Jestem ślepa, a ty nie masz prawa jeździć po chodniku! I czemu nie używasz dzwonka?!
Ale rowerzysty już nie było. Schyliła się, by podnieść upuszczoną torbę, poczuła, jak przemieszcza się w niej stłuczone szkło, i usłyszała spokojne kapanie płynu na chodnik. Wspięła się na schody ze smutkiem w sercu i znów zaczęła szperać w torebce, tym razem w poszukiwaniu klucza. Strata burgundzkiego wina to katastrofa
— jak zdoła przyrządzić bez niego boeuf bourguignon? A bezy pewnie są w strzępach, zupełnie jak jej nerwy. Natknąwszy się na chłodny metal telefonu, zastanawiała się przez chwilę, czy nie zadzwonić do siostry i nie podać jej listy zakupów last-minute.
Klucz wypadł z jej zziębniętych palców. Sapnęła, wytężając słuch, by zlokalizować delikatny dźwięk, kiedy klucz spadnie na ziemię. Cisza. Schyliła się i zaczęła obmacywać kamień gołymi dłońmi, przeklinając rowerzystę, Boże Narodzenie, a szczególnie swoją ślepotę. Coś mokrego i leciutkiego wylądowało na grzbiecie jej dłoni.
Śnieg...
Uczuła wzbierające łzy. Zamrugała gwałtownie i obmacała stopień ponownie, po czym zanurzyła ręce w wiecznie zielonych listkach doniczkowej rośliny i potrząsnęła nimi nasłuchując brzęku upadającego klucza.
Cisza.
Rozważała właśnie, czy nie usiąść na schodkach i nie wybuchnąć płaczem, kiedy usłyszała odgłos zbliżających się kroków. Kroki zatrzymały się. Uczuła znajomy dreszcz niepokoju. Kroki były męskie.
— Czy mogę jakoś pomóc?
Męski głos, nieznajomy i nietutejszy. Zaraz, czy na pewno nieznajomy...?
— Upuściłam klucz i nie mogę go znaleźć. Jestem niewidoma.
Usłyszała pobrzękiwanie drobnych w jego kieszeniach, kiedy wbiegał na schodki. Po chwili doleciały ją słowa:
— Spadł na schody do piwnicy. Proszę. — Ujął jej zmarznięte dłonie, umieścił w nich klucz i zanucił: — Che gelida manina...
— Tak, rękawiczki też zgubiłam. Musiały mi gdzieś wypaść.
— Nie. Wystają pani z kieszeni.
— Naprawdę? — Sięgnęła po nie. — Dziękuję. I dzięki za znalezienie klucza.
— Nie ma za co. Przykro mi to mówić, ale pani zakupy krwawią.
_ To wino. Upuściłam torbę. Fatalny dzień.
_Otwarła torebkę i wepchnęła do niej rękawiczki.
Lubi pan operę czy po prostu czasem wyrywa się panu
coś po włosku?
— Jestem fanem Pucciniego.
— Owszem, muzycznie bardzo atrakcyjny, ale ideologicznie odstręczający. Kobiety jako bezwolne ofiary wspaniałych mężczyzn. W dwudziestym pierwszym wieku to skandal.
— Nigdy nie myślałem o tym w ten sposób.
— Nie mógł pan. Jest pan mężczyzną.
— Wpadka chromosomalna. Przepraszam.
Roześmiała się.
— Nie, to ja przepraszam. Zachowałam się nieuprzejmie. Proszę mi wybaczyć, zdenerwowałam się utratą klucza. Byłam wściekła na siebie i odegrałam się na panu. To nie w porządku... Zwykle noszę klucz na łańcuszku przy nadgarstku, właśnie żeby go nie upuścić, ale się śpieszyłam i... Czy pan jest ze Skye?
Milczał chwilę, nim odpowiedział:
— Zgadza się. Tam się wychowałem. Pochodzę z Harris. Ale rodzice tęsknili do świateł wielkiego miasta, więc przeprowadzili się do Portree.
Znowu się roześmiała.
— Jak rozumiem, zna pani Portree?
Tylko ze słyszenia. Znałam kogoś ze Skye... Sgiathanach.
Sgiathanach są wierni Skye. Zawsze wracają.
— A pan?
~ Też wrócę, kiedy tylko będę mógł. To przyjazne miejsce. Oczywiście jeśli nie pragnie się rozrywek.
A więc pańscy rodzice się rozczarowali?
S^' ^mar'' szczęśliwi we własnych łóż-ac . Wyczuła uśmiech. — Z powodu szoku kulturowego.
— Coz, jest wiele gorszych rodzajów śmierci.
— I to znacznie.
— Dziękuję panu za pomoc.
— Nie ma sprawy. Poradzi sobie pani z tym szkłem?
— Siostra się nim zajmie. A najpierw zrobi mi piekielną awanturę o to, że jestem tak cholernie samodzielna. Po prostu zostawię torbę na progu. Jedzenie i tak już przepadło.
— No cóż, skoro jest pani pewna, że nie mogę już w niczym pomóc...
— Poradzę sobie, dziękuję.
Znów usłyszała jego kroki na schodach. Zdążył się nieco oddalić, nim zawołał:
— Może spotkamy się w operze? Jak przypuszczam, „Turandot" odpowiada pani surowym feministycznym kryteriom?
— O, tak. To jest dziewczyna, z którą mogłabym się utożsamiać. Przeżuwa mężczyzn, a potem ich wypluwa. Jeśli nie odgadną zagadki, żegnaj, głowo!
— A jednak książę ją zaszachował, pytając o swoje imię.
— Mizoginizm Pucciniego zwyciężył.
— Marznie pani. Proszę zmykać do środka. I proszę wytrzeć nogi, stoi pani w kałuży wina.
— Mało brakowało, a stałabym w kałuży łez.
— A zatem do widzenia.
— Cóż, pan może mnie zobaczy, ale ja pana z pewnością nie. Mogę co najwyżej powiedzieć „żegnam".
Marianna:
Czy zwróciliście kiedyś uwagę, jak język faworyzuje widzących? (Oczywiście, że nie, bo sami też widzicie). Mam problem nie tylko ze wzrokiem, również z semantyką. Staram się znaleźć słowa i zwroty odpowiednie do moich doznań. Przysłuchajcie się ludziom. Mówią: nie widzę w tym sensu... popatrz na to z innej strony...
czytając między wierszami... to zależy od punktu widzenia...
Macie już pełen obraz?
Ja oczywiście nie.
Ludzie często pytają, po co chodzę do opery, skoro nie mogę zobaczyć śpiewaków na scenie. Nie widzę również dekoracji, kostiumów ani efektów świetlnych. Czemu po prostu nie zostanę w domu i nie posłucham muzyki z płyty CD. Przecież to z pewnością to samo. Pytam ich wtedy, czy uważają, że reprodukcja „Gwiaździstej nocy" van Gogha dorównuje oryginałowi. (Oczywiście nie znam tej różnicy. Znam za to ludzi, którzy stanęli przed płótnem i popłakali się ze wzruszenia).
Mówię sceptykom i niedowiarkom, że chodzę do opery, ponieważ opera za pośrednictwem uszu daje mi pełniejszy obraz świata. Czyni to w sposób, do jakiego nie jest zdolna żadna inna dostępna mi forma sztuki. Rzeźby i tkaniny — przy tych nielicznych okazjach, kiedy mogę ich dotknąć — ekscytują mnie. Literatura porusza, zapewnia rozrywkę i uczy, lecz nie wstrząsa mną do głębi i nie sprawia, że widzę. Mogę przeczytać (brajlem) lub wysłuchać z audiobooka opis odwrotu Francuzów spod Moskwy wyczarowany przez Tołstoja, jednakże nigdy nie widziałam miasta. Ani śniegu. Nie widziałam mężczyzny, a co dopiero armii. Tołstoj używa języka wizualnego, którym operuję z najwyższym trudem. To nie jest mój język ojczysty.
Muzykę natomiast „czytam" z łatwością. W gruncie rzeczy nie muszę jej czytać wcale. Kiedy ją słyszę, trafia prosto do mojego serca. Rozdziera mi duszę i porusza nienazwanymi emocjami, kreuje niezliczone idee i dźwiękowe obrazy. Nigdzie nie jestem tego bardziej świadoma niż w operze. Czasem jestem tak wstrząśnięta tym, co słyszę, że zastanawiam się, czy mój układ psychiczny zniósłby jeszcze dodatek składnika wzrokowego.
Okłamałam faceta na schodkach, jeśli chodzi o niechęć do krzywdzonych heroin Pucciniego. A raczej powiedziałam mu połowę prawdy. Tym, czego nie mogę znieść, jest ich ból. A kiedy cierpią niezasłużenie, niepotrzebnie — jak Tosca, Mimi czy madame Butterfly — w głębi duszy odczuwam gniew. Nie chcę go odczuwać, a już na pewno nie w operze.
Mam wiele innych powodów, by się złościć.
A więc gniew to miejsce, do którego nie chodzę. Kolor, którego nie noszę.
W mojej wielkiej sypialni mam dwie szafy. W jednej wiszą ubrania czarne, a w drugiej kremowe i ecru. (Te przymiotniki pochodzą z naklejek, które umieściła tam na mój użytek moja starsza siostra Louisa. Równie dobrze mogłaby mnie ubierać w słonecznobłękitny róż, jak to określała mama. Nie trudniej mi go sobie wyobrazić niż czerń albo ecru).
Ubieranie się w kolorową odzież byłoby dla mnie zbyt skomplikowane. Jeśli chcę być samodzielna i wyglądać schludnie w pracy i poza nią (prowadzę życie towarzyskie, acz niezbyt bujne), muszę nosić rzeczy jednakowej barwy lub takie, które do siebie pasują. Przemyślałyśmy to z Louisą gruntownie. Od razu odrzuciła granatowy, ponieważ jest podobno mnóstwo jego odcieni (stwierdziła ponadto, że nie mogłaby na mnie patrzeć, nie wspominając ze zgrozą dawnych szkolnych mundurków). Uznała, że czarny i kremowy będą do siebie pasować, nawet jeśli coś pomylę i wezmę nie z tej szafy co trzeba.
Jasne ubrania są oczywiście niepraktyczne. Widać na nich plamy i brud. Kiedy jest się niewidomym, jedzenie to naprawdę ryzykowna czynność, wydaję więc fortunę na pralnię. Zdałam na Lou obowiązek informowania mnie, kiedy przydałoby się pranie, a przynajmniej omijają mnie katusze przed lustrem: co ja mam na siebie włożyć? Jest po prostu dzień czarny albo dzień kremowy. Czasami
Lou mnie nakłania, żebym dla odmiany założyła jaskrawy szal lub apaszkę. Mówi, że moje oczy mają piękny kolor błękitnego opalu, a zdecydowane kolory go podkreślają.
Mam nadzieję, że sam kolor jest ładniejszy niż jego nazwa. „Opal" to brzydko brzmiące słowo, jak wszystkie, do których nie ma łatwego rymu — na przykład „kufel czy „pomarańcza". Być może jako dźwięki są nie tyle brzydkie, co osobliwe i jakby wystające z tła. Kiedy nie można zobaczyć, co opisuje słowo, ma się skłonność do skupiania się na słowie jako takim. Słowa to rodzaj muzyki i mam wrażenie, że słyszę je inaczej niż ci, którzy widzą. Louisa opisuje moje oczy w górnolotnych tonach, jakby prawiła mi komplement przez porównanie ich do szlachetnego kamienia, który jak mówi, jest bardzo efektowny. Ja słyszę tylko brzydkie słowo, które wcale mnie nie bawi.
Nie noszę kolorów.
Nie pozwalam sobie na gniew.
I, niestety, raz na zawsze skończyłam z miłością.
Monochromatyczna egzystencja, jak mógłby powiedzieć ktoś widzący. Ale nawet to implikuje obecność jakiegoś — jednego — koloru. Możesz użyć słowa „bezbarwny", ale jaki kolor wtedy widzisz? Ludzie opisują nieciekawe rzeczy jako bezbarwne, podczas gdy w rzeczywistości są one najczęściej szare lub brązowe.
Kiedy byłyśmy dziećmi, zapytałam Louisę, czy cokolwiek jest naprawdę i dosłownie bezbarwne. Pomyślała chwilkę i odpowiedziała: „szkło". A potem: „deszcz". Spytałam jeszcze, czy woda zawsze jest bezbarwna. Okazało się, że nie, zwłaszcza widziana z pewnej odległości. Jezioro czy morze mają barwę, ponieważ odbija się w nich niebo, ale pojedyncze krople są jej pozbawione. Deszcz, gdy pada, nie ma żadnego koloru.
Cóż za paradoks. Rzeczy dla was bezbarwne dla mnie są jak paleta malarza. Deszcz to jedyna rzecz nie będąca w sferze wrażeń dotykowych, która daje mi pojęcie trójwymiarowości. Woda spadająca z nieba określa kształt, wielkość i jakość dzięki dźwiękom, które wydaje.
Woda bezbarwna? Na pewno nie dla mnie.
Harvey nie żyje. Od dawna. Rzadko o nim myślę. Może dlatego, że nie mam żadnych wzrokowych wspomnień. Żadnych fotografii, filmu z wesela, który się ogląda, aby wesprzeć pamięć. A nawet dzieci, które by mi go przypominały. Dla mnie był tylko ciałem i głosem. Teraz już ledwie słyszalnym, ale wciąż pamiętam, że zawsze mówił spokojnie i dość cicho. Niektórzy ludzie najwyraźniej sądzą, że ślepota atakuje uszy tak samo jak oczy, i podnoszą głos, kiedy do mnie mówią. Harvey nigdy tego nie robił. Wiedział, jak czuły mam słuch. Widzę uszami.
Ale Harvey umarł.
Tego też nie przewidziałar^i.
Znowu na niego wpadłam. Na faceta ze Skye. W teatrze, a właściwie w operze. Podczas przerwy w przedstawieniu „Walkirii" Louisa kupiła nam po drinku, usadziła mnie przy stoliku i poszła stanąć w kolejce do toalety. Zostawiła mnie grzęznącą w dźwiękowej zupie, słuchowym przeciążeniu, które mnie irytowało. Trajkotanie starszych pań, brzęk łyżeczek i stukot topornych kubków, pomruk męskich głosów toczących pośpieszne rozmowy przez telefon komórkowy. Angielki rżące jak konie, Szkoci raniący uszy niczym drapak do naczyń. Otrzymałam już swoją porcję łomotu od Wagnera i właśnie zastanawiałam się, czy nie porzucić dżinu z tonikiem i nie dołączyć do Louisy w toalecie, kiedy męski głos zapytał, czy krzesło jest wolne. Rozpoznałam go od razu. Już miałam odpowiedzieć, kiedy on rozpoznał mnie i usiadł pytając, jak mi się podoba przedstawienie.
Miał bardzo podobny głos. Jak toffi. Łagodny, aksamitny, w niskiej tonacji, tylko pozbawiony tej szczypty wanilii, subtelnej rozwlekłości, którą Harvey odziedziczył po swojej kanadyjskiej matce. Ten głos przypominał raczej dobrą ciemną czekoladę, tę soczystą, jakby owocową, lecz ze siadem goryczki. Szkockie spółgłoski wydawały w jego ustach przyjemny grzechot podobny do tego, który słychać, kiedy łamie się czekoladę na kostki. (Niewidomi mają fioła na punkcie głosów, tak jak widzący na punkcie wyglądu. Pozwólcie więc, że opiszę głos tego mężczyzny jak czekoladę. Prawdziwą porządną czekoladę. Green&black, a nie jakieś' tam cadbury).
Wtedy na schodach wiedziałam od razu, że to nie jest głos Harveya. Harvey nie żył. (Mogę być ślepa, ale nie głupia). Słysząc go po raz wtóry, poznałam, do kogo należy, lecz znów mi przypomniał Harveya. Myślałam o nim, kiedy nieznajomy się przedstawił.
— Harvey.
— Słucham?
Nazywam się Harvey. Keir Harvey.
— Powiedział pan: „Hardy"?
H a r v e y. Keir Hardie był założycielem partii laburzystów.
— Mam tego świadomość. Wiem także, że już nie żyje.
Zgadza się. Ale jego duch jest wiecznie żvwv.
— W panu?
— Nic o tym me wiem. Chyba że zagnieździł sie bez mojej wiedzy.
— Jest pan socjalistą?
— Wręcz przeciwnie.
Cóż, to może świadczyć o opętaniu. Czy sprawiam wrażenie opętanego?
Nie. Prędzej opanowanego.
nowTć?PrZyimUiąC pani ret°rykę> kto mia,by mnie °pa-
zmirnifn":"" ** N'K P0winie" ■»"
Brzmi „Harvey , nie „Hardie". Jak ten królik.
— Jaki królik?
— Ten z filmu. Z Jamesem Stewartem.
— Jakiego filmu?
— „Harvey".
— Nic widziałam.
— A widziała pani jakikolwiek film?
— Nie. Jestem ślepa od urodzenia.
Cóż, szkoda, bo film jest niezły. Harvey to dwumetrowy królik, którego widzi tylko James Stewart. Co może wynikać stąd, że zwykle jest nietrzeźwy. Ale choć niewidzialny, Harvey jest świetnym kumplem.
— Nic przeprosił pan.
— A za co?
— Kiedy powiedziałam, że jestem niewidoma od urodzenia, nie wykrzyknął pan teatralnie: „Przepraszam, tak mi przykro!". Ludzie zwykle tak robią.
— Cóż, nie ja jestem temu winny, więc nie widzę powodu, dla którego miałbym przepraszać. Czy to obowiązkowe?
— Ludzie wyrażają w ten sposób współczucie.
— Raczej zażenowanie.
— Bardzo prawdopodobne. A pan nie jest zakłopotany?
— Nie z powodu pani niezdolności widzenia. Natomiast mocno mnie deprymuje fakt, że pomyliła mnie pani z nieżyjącym socjalistą.
— Mogło być gorzej. Mogłam pana wziąć za dwumetrowego królika.
— A skąd pani wie, że nim nie jestem?
Kobieta w średnim wieku, która śpieszy przez zatłoczony bar, jest niewielka, lecz zdeterminowana. Poprawia wyszywany szal narzucony na pulchne ramiona i torując drogę łokciami, przeciska się przez gąszcz strojów wieczorowych do niskiego stolika. Przy stoliku siedzi inna kobieta, trzyma w obu dłoniach dżin z toni-kiem i gapi się w przestrzeń. Uderza ich rodzinne podobieństwo. Obie są jasnowłose, niebieskookie, o regularnych rysach. Świetlisty blond włosów stojącej kobiety dobrze świadczy o umiejętnościach jej fryzjera. Jasne włosy siedzącej — Marianny, jej siostry — są szpakowate, miejscami siwe, zebrane w prosty kok na karku. Marianna przywodzi na myśl bladą, wyprężoną w tanecznej pozie baletnicę. Mimo siwizny widać, że jest młodsza od siostry, której w końcu udaje się przedrzeć przez tłum. Okrągła twarz błyszczy mimo niedawnych zabiegów z pudrem.
— Przepraszam, że to trwało tak długo, skarbie! — Louisa nachyliła się, uniosła szklankę i pociągnęła solidny łyk. — Lód zdążył się stopić. — Odstawiła szklankę z powrotem na stolik. — W toalecie była nieprawdopodobna kolejka, a potem dopadła mnie fanka. Chciała wiedzieć, kiedy się ukaże „Noc i Chaos". Dałam jej reklamową zakładkę, akurat miałam kilka w torebce. Była wniebowzięta.
Marianna tylko westchnęła:
— Doprawdy, Lou, głupota twoich tytułów przechodzi ludzkie pojęcie.
To z Miltona. Powinnaś wiedzieć.
— Wiem że to Milton, ale ty nie jesteś Miltonem.
teraz zamilcz na chwilę i pozwól przedstawić sobie
stmnip arVeTa' ~ Marianna wskazała krzesło po prawej kieT 1 l-f6 UC2ynny CZlowiek odzyskat mój klucz, nie L8J8U I,am W B°Ze Narodzenie- Pamiętasz? Panie Harvey to moja siostra, Louisa Potter, która nrzv
LoS zaW r°rką bardZO niem;Sdrych powieści.
Louisa zaśmiała się nerwowo.
— CzyCX"ie^nnik080 ma' Krzes,° jest Puste, żadnych emocji. Pochyl,^ krzesła, jakby nasłuchiwała. — No cóż, był tu jeszcze przed chwilą. Rozmawialiśmy, zanim nadeszłaś. Bardzo dziwne.
Louisa opadła na puste krzesło obok siostry i zaczęła się zastanawiać, czy może ukradkiem zrzucić szpilki. Miała na to wielką ochotę, lecz bolesna świadomość, żc po przerwie będzie je musiała włożyć, dodała jej sił, by jeszcze trochę pocierpieć.
— Miło się gawędziło z twoim tajemniczym panem?
— O, tak, dziękuję.
— Ciekawe, czemu zniknął tak bez słowa. Bardzo złe maniery. — Louisa zakręciła w szklance resztką lodu. — Może wypatrzył kogoś znajomego. Albo został wezwany. Do nagłego wypadku. Jeśli jest chirurgiem...
— Na litość boską, Lou! Czy ty ze wszystkiego musisz robić melodramat?
— Przecież to ty stwierdziłaś, że jego zniknięcie jest dziwne. Ja tylko staram się je wyjaśnić.
— Nie jest chirurgiem.
— A czym się zajmuje?
— Nie mam pojęcia, ale nie chirurgią. Podał mi rękę. Dłoń ma szorstką i zdecydowanie spracowaną. Powiedziałabym, że na świeżym powietrzu.
— No i kto teraz fabularyzuje?
— Ja tylko dedukuję z dowodów, których dostarczają mi zmysły.
— O, psiakość, już dzwonią na drugi akt. — Louisa pociągnęła kolejny łyk rozwodnionego dżinu i z trudem stanęła na obolałych stopach. — Nasłuchuj jego głosu. Może siedzi niedaleko nas.
— Nie będzie rozmawiał. Przyszedł sam.
— Teraz to ja jestem zaintrygowana. Mężczyzna, który pracuje własnymi rękoma pod gołym niebem i chodzi do opery sam... Domyślam się, że nie jest stary?
— Uścisk dłoni nie byt.
— A więc młody?
_ Nie, nie młody. To znaczy nie b r z m i a ł młodo.
Nie zawsze potrafię poznać po głosie.
— Podrywał cię?
— Nie, oczywiście, że nie. Lou, jesteś naprawdę niemożliwa.
— Nie jestem niemożliwa. Jestem tylko nieuleczalną romantyczką i niezłomną optymistką.
— Przyznasz, że to połączenie przyprawia o mdłości?
— Dziękuję, kochanie, ja też cię kocham.
Kiedy Marianna wstała i sięgnęła po laskę, Louisa przerzuciła kilka kartek w swoim programie.
— Ile aktów tej muzycznej tortury musimy jeszcze znieść?
— Jeszcze dwa. A ty możesz dodać filisterstwo do długiej listy swoich grzechów.
— Wiem, że Wagner to geniusz orkiestracji, wystarczająco często mi to mówisz. Mnie tylko żal tych biednych śpiewaków miotających się tam i z powrotem w poszukiwaniu melodii. Pucciniego mogę słuchać codziennie.
— To tak jak pan Harvey. — Marianna wyciągnęła rękę w kierunku głosu Louisy.
Ta przyjrzała się nieodgadnionej twarzy siostry, a potem czule wzięła ją pod ramię. Dołączyły do roz-świergotanego tłumu wolno zmierzającego na widownię.
— Naprawdę chciałabym go poznać. Samotny mężczyzna, miłośnik opery z dłońmi robotnika, kocha Pucciniego... Fascynujące! Gdyby to umieścić w książce, nikt by nie uwierzył.
Nie wiedziałam, że wiarygodność jest jednym z kryteriów fikcji w dzisiejszych czasach. A szczególnie twojej fikcji.
— Ja pisuję fantastykę, kochanie — uprzejmie odpowiedziała Louisa, poklepując siostrę po ręce. — Tam wszystko ujdzie. Nikt nie każe ci wierzyć. Po prostu konsumujesz. Jak czekoladę.
ROZDZIAŁ 2
Louisa:
Czuję, że muszę wam coś wytłumaczyć. Dotyczy to mojej siostry, Marianny
Musicie zrozumieć, że Marianna oprócz tego, że jest niewidoma, a może właśnie dlatego, zawsze miała niezwykle bujną wyobraźnię. Należy to wziąć pod uwagę i zawsze brano to pod uwagę; wiedzieli o tym nasi rodzice, lekarze, nauczyciele i tak dalej. Zrozumiałe było, że Marianna żyje wewnątrz swojej głowy — jak inaczej mogła żyć, biedactwo? Była niewidoma, a granica między fantazją a rzeczywistością zawsze trochę jej się rozmywała.
Na uniwersytecie dorobiła się filozoficznych skłonności. Zwykła mawiać, że jako siostry mamy więcej wspólnego niż tylko geny. Obie żyjemy w wyimaginowanych światach stworzonych przez nas same. Różni je tylko to, że mój jest dochodowy. (Nie miałam jej za złe tych docinków. Marianna wiele przeszła w życiu. Jak mówiłam, trzeba wziąć na to poprawkę i ja ją biorę).
Zdałam sobie sprawę, że nie wiecie, kim jestem, prawda? Przepraszam; pozwólcie, że się przedstawię. Nazywam się Louisa Potter, ale znacie mnie jako Waverley Ross. To mój pseudonim literacki. Czymże jest nazwa...? Jak widać, dość istotnym szczegółem.
Mój wydawca twierdzi, że Louisa Potter nie brzmi ani szkocko, ani sexy. Musiałam się z nim zgodzić. Jako nastoletnia Angielka w szkockiej szkole byłam znana jako Potty Lou i marzyłam wtedy o zamążpójściu, które pozwoli mi zmienić prozaiczne nazwisko na coś romantycznego typu Traquair czy Urquhart. Ponieważ nie udało mi się nikogo takiego zaciągnąć do ołtarza, pozostałam przy pseudonimie.
To wszystko marketing. Nieważne, jak dobrym pisarzem jesteś. Bez dobrej strategii marketingowej umarł w butach. A zatem fachowcy doradzili mi Waverley Ross. Brzmi szkocko, nieprawdaż? I mocno. (Podobno także sexy). Mnie co prawda Waverley kojarzy się wyłącznie z dworcem kolejowym w Edynburgu, ale podejrzewam, że hordy moich amerykańskich fanów (niech ich Bóg zachowa) oczyma duszy widzą kłębiące się szkockie mgły i sir Waltera Scotta.
Jestem autorką — całkiem poczytną autorką — romansów wampirycznych. Ambitnych romansów wampirycznych z klasą, muszę dodać. Ten nurt literatury jest bardzo szeroki i trzeba mieć świadomość niuansów. Mnóstwo tu tandety, zboczonej również. Takich nie piszę. Ja tworzę szkockie gotyckie romanse wampiryczne (stąd mój pseudonim). Ukończyłam studia historyczne w Edynburgu, zakochałam się w tym mieście i dziewiętnastowiecznej szkockiej literaturze, a moja kariera pisarska wyrosła wprost z tej miłości.
Akcja wszystkich moich książek umiejscowiona jest w Edynburgu. Przyznaję, są dość powtarzalne. Ale tego właśnie chcą czytelnicy. Zawsze wiadomo, gdzie wylądujesz dzięki Waverley Ross — w Edynburgu, walcząc z siłami ciemności oraz nieprawościami świata teqo i odpierając lubieżne wampiry obu płci o wszelakich preferencjach seksualnych.
Sporo uwagi poświęcam seksowi, lecz unikam rzeczy niesmacznych (w książkach oczywiście) Zen gwałtu czy sado-maso. Moje książki są bardzo tradycyjne — zwykłe love stories — lecz mężczyzna musi być nadnaturalny, gdyż szczerze mówiąc, trudno w dzisiejszych czasach o materiał na dobrego bohatera. Trudno znaleźć usprawiedliwienie dla wysokiego, ciemnowłosego i przystojnego bohatera, który ubiera się stylowo i ekstrawagancko, a zachowuje w nieprzewidywalny, lecz władczy sposób. Wierzcie mi — tego właśnie pragną kobiety; w każdym razie szukają tego w literaturze. (Podejrzewam, że to samo dotyczy moich fanów, którzy reprezentują opcję homo. W głębi duszy są szalenie sentymentalni).
Zaczęłam pisanie od romansów w stylu Jane Au-sten (proszę nie kręcić nosem — Joanna Trollope też od tego zaczynała). Niestety, nikt nie chciał ich kupować i stanęłam przed ścianą. Nagle mnie olśniło. Zdałam sobie sprawę, że ludzie mają już po dziurki w nosie politycznej poprawności. Ostatnie, o czym chcą czytać kobiety, to mężczyzna zachowujący się jak w powieści Jane Austen. Rynek piszczał z tęsknoty za czarnym charakterem. Ale nie zwykłym zbirem. Ideałem był wampir. Namiętny, seksowny wampir, wysoki, ciemnowłosy i szeroki w barach... jeśli oczywiście jest mężczyzną. (Od czasu do czasu dorzucam blondyna — tak dla odmiany. Nie wiem specjalnie, co można widzieć w rudzielcu, ale mój asystent twierdzi, że powinnam mieć szersze horyzonty).
Będąc bytami nadnaturalnymi, moje wampiry posiadają niezwykłe moce i przymioty psychiczne, a do tego tajemniczą łatwość zrzucania ubrań w kluczowych momentach dramatycznych. Bądźmy szczerzy — to ostatnie trudno byłoby uwiarygodnić, gdyż (co każdy Szkot potwierdzi) w starym Śmierdziburgu zwykle jest potwornie zimno i wilgotno. Twierdzę wszelako, że wampiry to istoty gorącokrwiste (a wiem, czym jest gorąca krew, odkąd zaczęłam przekwitać). Są odporne na chłód, głód, pragnienie i ból. Jedyne co im dolega, to seksualne frustracje.
Wdałam się w dygresję. Pisarstwo (zobacz moje książki nawww.waverleyross.com) umożliwiło mnie i mojej siostrze życie w całkiem luksusowych warunkach w atrakcyjnej dzielnicy Edynburga. Marianna może drwić z mojej pracy i wmawiać mi, że mam do swoich postaci przesadnie osobisty stosunek, ale sama też na tym korzysta. Nie jestem skąpa. Mam tylko ją, a Marianna jest świetną towarzyszką (jeśli ma się grubą skórę) i mieszkanie nie zostaje puste, kiedy wyjeżdżam w trasy promocyjne. Pracuje na pół etatu w fundacji dla niewidomych, odpowiada na telefony. Nie robi tego z musu, tylko po to, aby zaspokoić potrzebę niezależności. Ja ją rozumiem. Na jej miejscu z pewnością czułabym to samo.
Tak więc radzimy sobie nieźle, dwie stare panny (w tym jedna z odzysku), z upływem lat coraz bardziej ekscentryczne. Kiedyś powiedziałam do Marianny:
— Jestem już po pięćdziesiątce, muszę zwolnić.
A ona na to:
— A ja zbliżam się do pięćdziesiątki. Muszę przyśpieszyć.
Przesadziła oczywiście. Marianna ma czterdzieści pięć lat i jest sześć lat młodsza ode mnie. H/ dzieciństwie różnica wydawała się ogromna. Miało to sporo wspólnego z jej ślepotą. Kiedy się urodziła, ja właśnie zaczęłam chodzić do szkoły, była więc zawsze dzieckiem samotnym, odizolowanym przez wiek i kalectwo. Przypuszczalnie dlatego rozwinęła się u niej tak bujna wyobraźnia. Też miała zmyślonych przyjaciół Nie zapewnili jej co prawda wysokich dochodów, ale komfort psychiczny musiał być równie cenny.
. B°9 Radkiem, że były chwile, kiedy biedna Marianna bardzo go potrzebowała.
Marianna:
Jednym z moich ulubionych miejsc przechadzek, niezależnie od pory roku, jest Królewski Ogród Botaniczny w Edynburgu. Mogę się tam dostać samodzielnie. Zapamiętałam trasę jako sekwencję liczb — kroków, które stawiam, zanim skręcę za róg czy przejdę przez jezdnię. Są na niej także drogowskazy, dzięki którym się odnajduję: studzienki kanalizacyjne, skrzynki pocztowe czy przejścia dla pieszych. Zwykle zabieram ze sobą laskę, bo ludzie zostawiają na chodnikach rzeczy, których się nie spodziewam — kosze na śmieci, rowery i tym podobne. Ale pomijając niespodziewane przeszkody, potrafię swobodnie dojść do ogrodu, ciesząc się po drodze zapachami i dźwiękami w oczekiwaniu błogiej chwili, kiedy przekroczę bramę i zostawię za sobą ruch uliczny.
Uwielbiam ogród o każdej porze roku. Szczególnie kiedy pada. Lubię schować się pod mocno ulistnionym drzewem i słuchać deszczu, który tworzy dla mnie rodzaj dźwiękowej rzeźby, określa rozmiar i kształt drzewa, daje mi słuchowe wrażenie skali i odległości. Nie przyswoiłam pojęcia krajobrazu i tylko mgliście rozumiem, jak może wyglądać odległość. Doświadczam jej głównie jako różnicy pomiędzy „głośno" a „cicho", ale jakość dźwięku nie zawsze jest związana z odległością. Głos mężczyzny może być cichy, choć leży tuż przy tobie. Głośność nie jest tu dobrą miarą.
Muzyka daje mi przeczucie, czym może być krajobraz. Sama skala muzyki orkiestralnej, natężenie dźwięku i detale zapewniają mi kontakt z czymś znacznie większym niż ja sama, wyprowadzają poza granice świata, którego doświadczam czubkami palców i laską. Muzyka mówi mi, że istnieje większy świat, i podpowiada, jaki jest.
Wiem, że istnieje. Słucham wiadomości, w szkole miałam geografię, czytam książki o dalekich krajach jak wielu „podróżników palcem po mapie". Zwiedziłam nawet kilka z nich z Louisą. Ale dla mnie Ziemia jest wyobrażeniem. Czymś, o czym wiem, ale nie mogę zobaczyć — tak jak dla was Pluton czy Neptun. Astronomowie wydedukowali istnienie Neptuna na długo przed tym, zanim otrzymali do dyspozycji wystarczająco silne teleskopy. Stwierdzili, że musi tam być, gdyż cos' wpływa na orbity innych planet. Było takie miejsce w Galaktyce, gdzie powinna być planeta, i ufali, że tam jest. To był akt wiary. Wiary w matematykę i fizykę.
Jest takie puste miejsce w moim życiu, gdzie powinna być Ziemia. Muszę przyjmować ją na wiarę. Moje zmysły informują mnie jedynie o przejawach jej istnienia. Was też, ale wzrok pozwala wam na ocenę tego, co widzą inni dzięki kamerom, teleskopom, ze statków kosmicznych. Możecie wykorzystać obraz z drugiej ręki, dzięki czemu wasz świat jest znacznie większy, niż mój kiedykolwiek będzie.
Słuchając orkiestry grającej muzykę symfoniczną, mam coś na kształt przeczucia, jakie wrażenie wywiera górskie pasmo, rwąca rzeka czy panorama miasta. Muzyka pozwala mi widzieć. Deszcz również. Dzięki niemu widzę rzeczy, których nie mogę ogarnąć palcami, jak drzewo czy szklarnia. Dlatego gdy pada, znajdziecie mnie właśnie tam. W ogrodzie botanicznym. W szklarni lub pod którymś z moich ulubionych drzew.
Zimy nie lubię. Nie z powodu brzydkiej pogody i krótkich dni, jak inni. Dlaczego? Nie lubię zimy, ponieważ na drzewach nie ma liści. Nie ma liści grających muzykę podczas deszczu. Moje drzewa milkną. Kiedy mój świat okrywa kołderka śniegu, staje się on przytłumiony niewyraźny. (Powiedzielibyście: „rozmazany"; przypuszczam ze tak widzi świat krótkowidz). Nie ma także suchych liści szeleszczących pod stopami, śpiewają tylko nieliczne ptaki, a ja jestem pozbawiona wielu drogowska-zow, ja c oć y studzienek kanalizacyjnych, czasem nawet krawężników. Spacer do ogrodu botanicznego staje się ryzykownym przedsięwzięciem.
Nienawidzę milczącego świata zimy, bo sprawia, że czuję się ślepa. Mogę doświadczyć zimna i wilgoci śniegu, lecz nigdy nie poznam treści zimowego krajobrazu, chyba że jako niemal niemego świata, pozbawionego zwykłych dźwięków, będących jego wyróżnikami. W otchłaniach zimy cierpię na melancholię wywołaną swego rodzaju dźwiękową pustką. Ci z was, których nęka tak zwana depresja sezonowa, wiedzą, o czym mówię. Wam brakuje światła, a mnie dźwięku. Mój malutki świat i jego niepokaźne horyzonty przejściowo zmieniają się w coś, czego nie rozpoznaję. Każdej zimy spada to na mnie jak szok.
Louisa mówi, że mniej więcej tak samo jest z widzącymi. Znany świat zmienia się w ciągu nocy, zaciera śniegiem. Nowość rodzi lęk: wstajecie z łóżka, spoglądacie w okno na obcy biały świat.'Ja nie muszę spoglądać. Słyszę, co się stało. Cisza śniegu sprawia na mnie klau-strofobiczne wrażenie. Jestem pozbawiona znajomych dźwięków, które kojarzę z poczuciem bezpieczeństwa i pewności. Bez tych dźwięków jestem zdezorientowana. Muszę od nowa zorientować i poukładać swoje życie.
Nie znam pojęcia koloru, więc nie wiem, czym jest biel. Gdyby jednak cisza miała być kolorem, myślę, że byłaby biała.
Wiedziałam, że jestem obserwowana. Z początku tylko czułam i starałam się wyprzeć to poczucie, potem nabrałam pewności. To paskudna sensacja gdzieś z tyłu głowy, która sprawia, że włosy się jeżą, a ramiona garbią, jakbym się spinała do walki lub lotu. Może być pozostałością po zwierzęcym instynkcie, uśpioną w obszarach mózgu, których przeznaczenia naukowcy jak dotąd nie znają. Nie wiem tylko, czy ten zmysł jest bardziej rozwinięty u niewidomych, czy mamy po prostu większe skłonności do histerii (to ostatnie wydaje się bardziej prawdopodobne _ szczególnie jeśli jest się kobietą).
Jednym z powodów, dla których nie używam laski tak często, jak powinnam, jest to, że nie lubię ogłaszać wszem wobec mojej ślepoty. Jestem wystarczająco podatna na niebezpieczeństwa ulicy jako kobieta, żeby dawać jeszcze sygnał wszelkiej maści kryminalistom i zboczeńcom: „Nadchodzi łatwa ofiara". Staram się wyglądać i zachowywać jak osoba widząca. Jak właściwie wyglądam? Prawdopodobnie jak pijana. Potykam się i chwieję, dotykam poręczy i ścian, jakbym nie mogła ustać na nogach. Chyba jednak mniej przyciąga to uwagę niż biała laska.
Ale pomimo tych zabezpieczeń, mimo prób stania się niewidzialną, czarnej odzieży, która miała się wtopić pomiędzy bezlistne szkielety drzew, ktoś mnie zauważył.
I patrzył.
Siedząca na drewnianej ławce Marianna wolno odwróciła głowę w kierunku zbliżających się kroków. Przemknęło jej przez myśl, by zerwać się na równe nogi i żwawym krokiem oddalić w przeciwnym kierunku. Możliwe jednak, iż element pościgu był właśnie tym, czego życzył sobie natręt —jeśli to rzeczywiście był natręt. Tak czy siak, trudno jej było chodzić szybko, nawet z laską. Zamiast tego sięgnęła do torebki po swój osobisty alarm, przelotnie zdając sobie sprawę z tego, że jeśli go użyje, wypłoszy z ogrodu wszystkie ptaki, zwierzęta i zaskoczonych, Bogu ducha winnych praworządnych ludzi.
Zimny podmuch wiatru zarzucił jej kosmyk włosów na twarz. Hamamelis. Oczar wirginijski... I coś jeszcze, inna woń. Zaraz, coś tu nie pasuje, nie ta pora roku. Przemknęło jej wspomnienie i chwilę później już wiedziała.
— Czy to pan, panie Harvey?
Cisza i bezruch. A potem:
— Sądziłem, że jest pani niewidoma. Czy wyłudza pani w ten sposób zasiłek?
— Jestem niewidoma.
I jasnowidząca. A może posługuje się pani telepatią?
— A kim pan jest, jeśli wolno spytać? Podglądaczem? Obserwował mnie pan, prawda?
— Tylko dlatego, że chciałem się upewnić, czy to rzeczywiście pani. A potem się wahałem, czy pani przeszkadzać. Wydawała się pani bardzo zamyślona.
— Słuchałam.
— Ptaków?
— Drzew.
Przysiadł koło niej.
— Skąd pani wiedziała, że to ja?
— Zapach. Wiatr wiał w moim kierunku.
— Zapach? Brałem prysznic dziś rano, bardzo gruntowny.
— Nie miałam na myśli brzydkiego zapachu. To prawdopodobnie woda kolońska.
— Nie używam.
— A więc szampon. Albo pański naturalny zapach. Mam bardzo czuły węch. Rozpoznaję ludzi po zapachu i głosie. Zwykle bezbłędnie. Niestety, nie pomaga to w ocenie charakteru. Dla niewidomych nowe znajomości to cięższe wyzwanie. Trzeba być... ostrożnym. Nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi.
— To zawsze randka w ciemno?
— Właśnie. Ale nie jest pan dwumetrowym królikiem?
— Nie. Jestem odrobinkę niższy.
— I włochaty?
— Tylko tam gdzie to normalne.
— Wiem, że jest pan wysoki.
Posłyszała dźwięk będący czymś pomiędzy śmiechem a okrzykiem zdumienia:
— Skąd?
— Słyszę, skąd dobiega pana głos. Musi pan być znużony patrzeniem ludziom na czubki głów.
— Nie tak jak oni spoglądaniem mi w nozdrza.
— Jeszcze i to zostało mi oszczędzone. A więc jak bardzo jest pan włochaty?
— Nie bardzo. Uszy też średnie, jak na królika... Bardzo mnie ciekawi, jaki zapach pani wyczula.
— Wydaje mi się, że kwiat głogu.
— Żartuje pani?
— Nie. To dobry, męski zapach. Wyraźny i w pewien powściągliwy sposób egzotyczny. — Uniosła głowę i mógł zobaczyć jej profil, delikatne skrzydełka nosa rozchylające się jak u zwierzęcia węszącego niebezpieczeństwo. — Myślę, że to pan tak pachnie, a nie szampon. Wyczuwam chemiczny mydlany zapach, który częściowo tłumi głóg. Co pan fotografował? Nie mnie, mam nadzieję.
— Jakim cudem...? A, usłyszała pani migawkę? Fotografowałem drzewa.
— Po co?
— Porównuję to, co widzę w tym roku, z tym, co widziałem w zeszłym. Robię notatki, gromadzę dane. Siedzę zmiany klimatyczne.
— Czy to pańska praca?
— Nie, hobby.
— Mieszka pan w Edynburgu?
— Nie, ale czasem tu pracuję. I w Aberdeen. A czasem za granicą.
— A gdzie pański dom?
Tam, dokąd los mnie rzuci.
— Mam wrażenie, że nie lubi pan osobistych py-
— A pani?
— Nieszczególnie.
— Kolejna cecha, którą mamy wspólną.
— Ma pan oprócz niej na myśli miłość do opery?
— Tak, i do drzew.
— Skąd pan wie, że lubię drzewa?
— Ktoś, kto siedzi tutaj w chłodny zimowy dzień, musi lubić drzewa. Nie ma tu wiele więcej do oglądania... — Urwał. — Och!
— Wpadł pan. Proszę się nie przejmować. I tak wytrzymał pan dłużej niż ktokolwiek, zanim popełnił pan faux pas.
— Czy się mylę co do pani i drzew?
— Nie. Kocham drzewa.
— Mimo że nie może ich pani zobaczyć?
— Mogę je usłyszeć. Słychać gałęzie stukające jedna o drugą na wietrze. Proszę posłuchać... Brzmią zupełnie jak ja, kiedy ostukuję laską drogę wzdłuż chodnika. Słucham drzew. I czuję je.
— Tak?
— Tak. Kładę na nich dłonie. Czuję fakturę kory, liści, staram się sprawdzić ich obwód.
— Dotyka pani drzew.
— Tak, dotykam. Pierwotne, nieprawdaż? Ale daje zadowolenie. Czy jest pan przesądny, panie Harvey?
— Keir. Tak, chyba tak. Pochodzę z wysp. Mam wrodzony zdrowy szacunek dla nadprzyrodzonego.
— Wierzy pan w życie pozagrobowe?
— Nie.
— Ja też nie. Czasem żałuję, ale nie potrafię uwierzyć. Myślę, że mamy tylko tyle czasu, ile tu, na ziemi, i musimy go jak najlepiej wykorzystać, bo innej szansy nie będzie.
— Straciła pani kogoś — rzekł po chwili.
To nie było pytanie i Marianna na moment straciła kontenans.
— Dlaczego tak pan sądzi?
_ Tak mówią ludzie po przejściach. Śmierć skupia
myśli.
— Z pewnością. I to mniej więcej wszystko, co można na jej temat powiedzieć.
Rozmowa zamarła. Marianna zadrżała lekko. Popatrzył na jej dłonie wyjęte z rękawiczek.
— Nie jest pani mężatką?
— Byłam, dawno temu.
— Rozwódka?
— Wdowa.
— Przykro mi. Musiała pani być bardzo młoda.
— Miałam dwadzieścia siedem lat, a mój mąż zaledwie trzydzieści trzy.
— Co się stało?
— Nie chcę o tym rozmawiać.
Milczeli przez dłuższy czas. Potem spokój ogrodu zburzył sygnał karetki, który najpierw się zbliżył, a potem oddalił. Keir Harvey zmienił pozycję na ławce i chrząknął.
— Chciałaby pani zostać sama? Jednak okazałem się natrętem. Zdaje się, że skutecznie załatwiłem konwersację.
— Och, jest pan tu jeszcze. Myślałam, że pan zniknął jak wtedy w operze. Radośnie przedstawiłam pana siostrze i zrobiłam z siebie idiotkę.
— Przepraszam, zobaczyłem kogoś. Kogoś, kogo nie powinno tam być i kogo nie chciałem oglądać... Ale to nie jest wytłumaczenie. Zachowałem się obrzydliwie. Ogłada nie jest moją najmocniejszą stroną, jak pewnie pani zauważyła. Mam zniknąć teraz?
Nie. To znaczy jeśli pan chce już iść...
— Nie chcę.
Więc proszę zostać. Cieszy mnie pana towarzystwo, acz może pan pomyśleć, że okazuję to w nietuzinkowy sposób. Siedzę tu sama godzinami, podczas
gdy moja siostra pisze. Jeśli można to nazwać pisaniem. Myślę, że szympans wyposażony w maszynę do pisania osiągnąłby zbliżony efekt. Ślepy szympans. Ale dziwnym trafem dość dobrze jej za to płacą, więc nie mogę się naśmiewać. A czym pan się zajmuje?
— Jestem geofizykiem, pracuję przy wydobyciu ropy i gazu.
Wstała gwałtownie.
— Wie pan, jest naprawdę za zimno, żeby tu siedzieć. Zamarzniemy. Muszę się napić kawy albo lepiej gorącej czekolady. — Podniosła dłoń do oczu, lecz zdążył dostrzec łzy.
— Co się stało? Uraziłem panią?
— To nic pana wina. Po prostu się nie spodziewałam... — Odwróciła się i pochyliła głowę.
Widział, jak kuli ramiona. Uciekłaby biegiem, gdyby tylko mogła. Delikatnie ujął jej zziębnięte ręce. Marianna poczuła, jak ciepło bijące z szorstkich męskich dłoni przywraca jej krążenie w palcach.
— Napijmy się kawy — powiedział. — Czy mogę pani służyć ramieniem?
Uniosła głowę, lecz nie w jego stronę.
— Mój mąż też był nafciarzem. Zginął w osiemdziesiątym ósmym roku. Szóstego lipca.
Keir ze świstem wciągnął powietrze.
— Piper Alfa?
— Tak.
— Nie wiem, co mam powiedzieć.
— Dlatego nie rozmawiam o tym, jak zostałam wdową. O czym tu, na litość boską, mówić? Może kiedyś, jak się już z tym uporam. Dajcie mi jeszcze pięćdziesiąt lat i być może przyjmę bardziej filozoficzny punkt widzenia. Ale na razie jestem wściekła. Mój gniew wciąż płonie.
Marianna:
To była — nadal jest — najtragiczniejsza katastrofa na wodach przybrzeżnych w historii. Płomienie widać było z odległości sześćdziesięciu mil.
Stu sześćdziesięciu pięciu pracowników zginęło w ognistym piekle, kiedy eksplodowała platforma wiertnicza Piper Alfa. Sześćdziesięciu jeden uratowało się dzięki temu, że skakali do morza z wysokości kilkudziesięciu metrów pomimo poważnych obrażeń i topiącej się od żaru gumy kombinezonów ratunkowych. Dwóch marynarzy zginęło bohaterską śmiercią próbując podjąć ich z wody. Ciał trzydziestu osób — w tym mojego męża — nigdy nie odnaleziono.
Ten wypadek musiał się zdarzyć prędzej czy później. Śledztwo Cullena dowiodło rażących uchybień w zarządzaniu. Platforma była w kiepskim stanie technicznym. Obcięto fundusze na konserwację. Prace remontowe prowadzono bez zatrzymania procesu wydobycia. Dzienna zmiana nie przekazała kluczowych informacji nocnej zmianie i kiedy ta uruchomiła częściowo rozmontowane urządzenia, rozpętało się piekło. Dosłownie.
Doszło do zbiorowej masakry, lecz nikogo nie postawiono w stan oskarżenia.
W Aberdeen, w parku Hazlehead, jest pomnik otoczony różanym ogrodem. Nazwiska stu sześćdziesięciu siedmiu ofiar wykuto na granitowym cokole. Potrafię odczytać nazwisko Harveya palcami, lecz nie mogę go oczywiście zobaczyć. Tak jak i reszty pomnika, której zresztą nie mogę nawet dotknąć. Trzy wykonane z brązu postacie nafciarzy w ubraniach roboczych i kombinezonach ratunkowych umieszczono powyżej poziomu mojej głowy. To daje zwiedzającym dobry widok, jak przypuszczam.
Mówiono mi, że pomnik — zaprojektowany przez ko-ietę jest bardzo poruszający w swej wymowie. Trzy postacie patrzą ku północy, wschodowi i zachodowi. Ich
symboliczne gesty i szczegóły wyglądu to rodzaj zakodowanego przesłania na temat przemysłu naftowego, życia, śmierci, wszechs'wiata i w ogóle.
Przepraszam, jeśli to brzmi gorzko. Albo nawet cynicznie.
Jestem cyniczna i zgorzkniała.
Każdego lipca spędzam trochę czasu w Ogrodzie Różanym Morza Północnego, który został tak nazwany w hołdzie ofiarom katastrofy. Siedzę przed pomnikiem, którego nie mogę zobaczyć (za to róże ładnie pachną). Potem wsiadam w taksówkę i jadę nad brzeg morza. Siedzę na ławce zwrócona twarzą w kierunku boi znajdującej się sto dwadzieścia mil na północny wschód od Aber-deen, która znaczy grób mojego męża.
Mówiono mi, że boja świeci, widać ją więc także w nocy, szczególnie z Piper Bravo, nowej platformy, zbudowanej zaledwie sześćset metrów od miejsca, gdzie stała Piper Alfa.
Nie widzę boi, nie widzę morza. Lecz każdego lata zwracam się ku nim, wierząc, że tam są, wierząc, że moja obecność ma znaczenie, że Harvey jakimś cudem wie, że tam jestem.
Boże, jak ja nienawidzę lipca.
— Poza Szkocją ludzie pewnie o tym zapomnieli. Cóż, nie jest to rzecz, o której chciałoby się pamiętać, prawda? — Marianna popijała gorącą czekoladę, grzejąc dłonie o kubek. Keir nic nie mówił od jakiegoś czasu, ale słyszała jego oddech, czuła, jak zgarbił się w fotelu przygnieciony opowieścią. — Straciłam nie tylko męża... Byłam w ciąży.
— Czy na pewno chcesz...?
— Ależ tak. Mówię o tym tylko ludziom, których nie znam i których prawdopodobnie więcej nie zobaczę. Wyświadczysz mi swoistą przysługę, jeśli zechcesz... jeśli zdołasz mnie wysłuchać.
— Oczywiście. — Przelotnie dotknął jej dłoni, jakby chciał ją upewnić o swojej fizycznej obecności. — Jeśli dasz radę opowiadać, ja dam radę słuchać.
— Byłam w trzecim miesiącu, kiedy zginął Har-vey.
— Harvey? O Chryste! Przepraszam.
— Nie przejmuj się. Lubię króliki. A przynajmniej to, co o nich wiem. Ciebie chyba też lubię... Na początku wszyscy mówili, że ciąża jest dla mnie błogosławieństwem: pozostanie mi cząstka Harveya, która będzie mi o nim przypominać. Kiedy straciłam dziecko, ludzie również mówili, że to błogosławieństwo. Będę mogła bez przeszkód wyjść ponownie za mąż. Często się zastanawiam, czy taka nawała bezdennej nieczułości spotyka mnie tylko dlatego, że jestem ślepa. Niektórzy dowiadując się, że jestem niewidoma, mówią wolniej i używają prostszych słów. To jeden z powodów, dla których czynię takie wysiłki, by zamaskować kalectwo. Aby uniknąć poniżania mnie przez protekcjonalne traktowanie. — Westchnęła i upiła łyk czekolady. — Zmieńmy temat. Chętnie porozmawiałabym o twoich kudłatych uszach. Masz jeszcze jakieś nieprawidłowości anatomiczne?
Cisza.
Keir, jesteś tu jeszcze? Nawet nie chcę myśleć, że zwierzam się pustemu krzesłu.
Jestem. Chcesz, żebym opisał ci, jak wyglądam?
— A powiesz prawdę?
— Postaram się. Ale nie mogę powiedzieć, żebym wiele myśli poświęcał swojemu wyglądowi.
— Jak miło. Kolejna cecha, którą mamy wspólną Poprawił się w fotelu.
r~L^arn czterdzieści dwa lata. Jestem wysoki Ka-wal chłopa, jak mawiają. Grube kości i sporo mięśnia Mam ciemne włosy, bardzo krótkie.
— A oczy?
— Dwoje.
— Przypuszczam, że działają.
— Owszem. Jedno jest niebieskie, a drugie zielone.
— Naprawdę?
Tak. Mają różne kolory. Większość ludzi tego nie zauważa. Albo zauważa tylko, że z moimi oczami jest coś dziwnego, ale nie wnika co.
— Niezwykle. Opowiadaj dalej.
— Co jeszcze mogę powiedzieć?
— Nie powiedziałeś, czy jesteś atrakcyjny.
— Psy na ogół mnie lubią. I starsze panie.
— Unikasz odpowiedzi.
— Skąd mogę wiedzieć?
— Przestań, mężczyźni zawsze wiedzą, czy podobają się kobietom.
— Ja nie wiem. A tobie?
— Co mnie?
— Tobie się podobam?
— Nie widzę cię.
— Nikogo nie widzisz. To stwarza równe szanse. Głos i zapach, mówiłaś?
— I dotyk. Ale to później.
— Niekoniecznie. Możesz mnie zbadać dłońmi i sama odpowiedzieć sobie na pytania.
Milczała przez chwilę, kołysząc w dłoni pusty już kubek. Potem nachyliła się ku niemu, wyciągnęła rękę w kierunku jego twarzy, a znalazłszy ją, rozwarła palce, wodząc nimi wzdłuż linii i płaszczyzn czoła, policzków, nosa i — po pewnym wahaniu — ust. Ujęła jego głowę w obie dłonie i uśmiechnęła się, czując krótkie, kłujące włosy, gładkie jak sierść zwierzęcia. Odchyliła się, przeniosła dłoń na pierś, Poczuła miękki wełniany sweter, a pod nim twarde guziki koszuli. Powiodła dłonią w poprzek, czując rzeźbę mięśni, aż natrafiła na ramię. Podążyła za nim w dół do dużej dłoni, spoczywającej bez ruchu na udzie. Zbadała ją czubkami palców, by następnie przenieść je na udo. Pozostały tam na chwilę, wywierając jak najmniejszy nacisk. Po chwili cofnęła rękę i zagłębiła się w fotelu.
— Dziękuję.
— To było... poruszające.
— I pouczające. Zataiłeś parę rzeczy, jeśli chodzi o warunki fizyczne. Podałeś się za królika, a wyglądasz raczej na niedźwiedzia.
— Odpowiedziałaś sobie na pytania?
— A gdyby kolor twoich włosów miał być zapachem... to jaki by był?
— Twoja taktyka dywersyjna robi wrażenie. Zapach koloru? Trudna sprawa. Są ciemnobrązowe, lekko rudzieją latem.
— To na nic. Muszę mieć zapach.
— Orzechy włoskie. Orzechy, kiedy rozłupujesz je w Boże Narodzenie.
— A oczy?
— Które? Niebieskie czy zielone?
— Niebieskie.
Milczał przez chwilę, potem odpowiedział:
— Jałowiec.
— A zielone?
— Hm... zapach jesiennych liści. Już trochę zbutwiałych. Ten dymny listopadowy zapach.
— Cudownie! Jesteś fenomenalny. Teraz naprawdę cię widzę. Wcale nie jesteś królikiem. Ani nawet niedźwiedziem. — Położyła dłoń na jego piersi. — Jesteś drzewem.
rozdział 3
Louisa:
Muszę się przyznać: naprawdę nie dostrzegłam u Marianny żadnych zmian. Byłam bardzo zajęta wykańczaniem jednej książki i skurczami porodowymi następnej. Mój lekarz twierdzi, że powinnam mniej czasu poświęcać na kreację, a więcej na rekreację. Wydawca odwrotnie — jest bardzo szczęśliwy, że zapracowuję się na śmierć. Śmierć jest nawet pożądana w biznesie, jako że napędza sprzedaż.
Zauważyłam tylko, że Marianna wydaje się bardziej radosna. Chyba przykładała też więcej wagi do swojego wyglądu, prosiła mnie nawet o radę w sprawie dodatków. Powinnam była się połapać, ale o nikim nie wspominała i z nikim jej nie widziałam. Faktem jest, że nigdy nie przedstawiła mi żadnego mężczyzny (choć trzeba jej przyznać, że kiedyś nawet próbowała).
Marianna żyje samotnie od tak dawna, że mówiąc szczerze, nigdy nie myślałam o niej w relacjach z mężczyznami. Nie jest odstręczająca, raczej niezaintereso-wana. Jej oczy mogą oczywiście niepokoić, ale za to są duże i mają niezwykły niebieski odcień. Włosy już siwieją, lecz figurę nadal ma znakomitą — pewnie dlatego, że niewiele je i dużo spaceruje. Ja tkwię przed komputerem i wciąż podjadam, toteż im mniej mówi się
0 mojej figurze, tym lepiej. Zastanawiałam się nad wynajęciem jakiegoś seksownego trenera, ale w gruncie rzeczy nie mam czasu na ćwiczenia i kiedy wstaję od biurka, jestem wykończona. Jedyne o czym marzę, to żeby położyć się z nogami do góry i wielkim dżinem.
1 ewentualnie z osobistym trenerem.
Marianna odżywia się rozsądnie, spaceruje całymi milami i nigdy nie przepuszcza okazji, żeby mi oznajmić, iż umrę na atak serca. Nie zwracam na to uwagi. Wiem, że to tylko taki wypaczony sposób komunikowania mi, że się o mnie martwi.
Być może to ja powinnam była bardziej martwić się o nią. Gdyby nie nawał własnych spraw, mogłam była zdać sobie sprawę, że znalazła sobie nowe zainteresowanie, i zgadnąć, co to jest. Ale jak na ironię (mówię o ironii, bo Marianna jest przecież niewidoma) okazało się, że chodzi na randki z Niewidzialnym Człowiekiem.
Marianna:
Wyraził przypuszczenie, że się jeszcze spotkamy. Odpowiedziałam, że mam taką nadzieję. To była jedna z tych niezręcznych rozmów, gdy nikt nie chce pierwszy wyjść z zachętą. Tylko jaki rodzaj zachęty byłby tu potrzebny? Ja opowiedziałam mu historię swojego życia, on — nic o swoim; pozwolił się za to zbadać dłońmi! jakby niczego nie chciał przede mną ukryć. Czułam jego usta, rzęsy, nawet mięśnie uda, ale nie wiedziałam, gdzie mieszka, a on wyraźnie nie kwapił się z informacją.
