Mrok pod jego skórą — Tom I - Magdalena Dołhun - ebook

Mrok pod jego skórą — Tom I ebook

Magdalena Dołhun

3,7

Opis

Avery Collins ma dwadzieścia dwa lata, studiuje architekturę i walczy o staż w nowojorskiej pracowni. Chce sama decydować o swojej przyszłości. Wieczór w klubie Vesper miał być tylko przerwą od codziennych obowiązków. Zamiast tego przyciąga uwagę mężczyzny, który nie przywykł do odmowy.

 

Jeremi Moretti jest dziedzicem mafijnej rodziny. Dorastał w świecie, w którym nazwisko daje władzę, a przywiązanie może kosztować życie. Nauczył się panować nad emocjami. Przy Avery coraz trudniej utrzymać mu tę kontrolę.

 

Kolejne spotkania przynoszą pożądanie, zazdrość i bliskość, przed którą oboje próbowali się bronić. Jednak Jeremi chce chronić Avery na własnych zasadach. Zaczyna podejmować decyzje, które powinny należeć do niej.

 

Jak wiele można oddać ukochanemu człowiekowi, zanim straci się prawo do własnego życia?

 

„Mrok pod jego skórą” to romans mafijny o zaborczości, pragnieniu niezależności i cenie przekraczania granic.

 

Tom I. Historia ma otwarte zakończenie i zaplanowaną kontynuację.

 

Dla dorosłych czytelników. Treści obejmują seks, brutalną przemoc, zabójstwa, groźby, próbę uprowadzenia, śledzenie i zachowania kontrolujące w związku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 428

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,7 (3 oceny)
1
1
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
da1191993

Dobrze spędzony czas

„Mrok pod jego skórą” to mroczny romans, w którym najbardziej zaciekawiła mnie relacja Avery i Jeremiego. Przyciąganie miesza się tu z potrzebą kontroli, a podczas czytania nieraz zastanawiałam się, jakie decyzje podejmą bohaterowie i jakie poniosą konsekwencje.Chętnie zobaczyłabym więcej rozmów, które pozwoliłyby mi lepiej zrozumieć ich uczucia. W niektórych momentach potrzebowałam też spokojniejszego tempa, żeby mocniej przeżyć to, co się między nimi działo. Mimo tych uwag historia utrzymała moje zainteresowanie. Mam ciekawość, jak autorka poprowadzi dalsze losy bohaterów, i sięgnęłabym po drugi tom.
00
XYZ2024

Z braku laku…

Książka napisana po prostu źle, a bohaterowie są zupełnie pozbawieni wyrazu. Główna bohaterka jest irytująca – zachowuje się, jakby była najmądrzejsza, wszystko wiedziała najlepiej i chciała podporządkować sobie wszystko i wszystkich. Autorka najwyraźniej chciała stworzyć obraz silnej, niezależnej kobiety, ale zupełnie jej to nie wyszło. Zamiast silnej bohaterki otrzymujemy postać przemądrzałą i przekonaną o własnej nieomylności. Do tego dochodzi absurdalny wątek jej umiejętności wypalania „ogona”, które w największym mieście są zauważa dwie przecznice dalej. Główny bohater również rozczarowuje. Jest bezbarwny, nijaki i pozbawiony charakteru. Zgadza się na wszystko, nie ma własnego zdania i sprawia wrażenie kompletnej ciapy. Brakuje mu osobowości, przez co trudno go polubić czy choćby zainteresować się jego postacią. Ostatecznie oboje bohaterowie wypadają słabo, a sama historia nie potrafi tego nadrobić.
00
Magdalenka128

Nie oderwiesz się od lektury

„Mrok pod jego skórą” Magdaleny Dołhun to mroczny romans mafijny o przyciąganiu, które coraz mocniej zderza się z potrzebą niezależności. Avery Collins chce skończyć architekturę i samodzielnie budować swoją przyszłość. Spotkanie z Jeremim Morettim wprowadza do jej życia fascynację, zagrożenie i zasady, na które trudno jej się zgodzić. Mocną stroną tej historii jest konflikt między troską a kontrolą. Jeremi przywykł rozwiązywać problemy pieniędzmi, wpływami i rozkazami. W relacji z Avery te metody mają bolesne konsekwencje. Narracja z perspektywy obojga pozwala zobaczyć zarówno jego usprawiedliwienia, jak i cenę, którą płaci za nie bohaterka.
00



Magdalena Dołhun

Mrok pod jego skórą

Tom I

Informacje o wydaniu

© 2026 Magdalena Dołhun

Mrok pod jego skórą · Tom I

Wydanie elektroniczne w języku polskim

Informacja dla czytelników

Powieść dla dorosłych czytelników. Zawiera jawne sceny seksualne, brutalną przemoc, zabójstwa, groźby, próbę uprowadzenia oraz śledzenie i naruszanie granic w związku.

Pierwszy tom historii z otwartym zakończeniem. Zaplanowano kontynuację.

Sentencja

„Nie bałam się jego mroku. Bałam się tego, ile własnego światła mogę w nim stracić.”

Playlista

Muzyka do historii Avery i Jeremiego — do nocnego Nowego Jorku, niebezpiecznej bliskości i uczuć, których nie sposób uciszyć.

Wicked Games

The Weeknd

Swim

Chase Atlantic

Sweater Weather

The Neighbourhood

Waiting Game

BANKS

I Wanna Be Yours

Arctic Monkeys

Born to Die

Lana Del Rey

War of Hearts

Ruelle

Love on the Brain

Rihanna

when the party’s over

Billie Eilish

The Night We Met

Lord Huron

Spis treści

Sentencja

Playlista

Prolog — Lekcja dziedzica

Rozdział 1 — Pierwsze spojrzenie

Rozdział 2 — Jej imię

Rozdział 3 — Bez pozwolenia

Rozdział 4 — Za blisko

Rozdział 5 — O krok

Rozdział 6 — Bez odwrotu

Rozdział 7 — Jego nazwisko

Rozdział 8 — Cena nazwiska

Rozdział 9 — Granica

Rozdział 10 — Poza jej wiedzą

Rozdział 11 — Nieproszony

Rozdział 12 — Nie jestem twoja

Rozdział 13 — Bez rozkazów

Rozdział 14 — Własny wybór

Rozdział 15 — Kiedy mówię tak

Rozdział 16 — Nie na pół

Rozdział 17 — Po mojej stronie

Rozdział 18 — Dla jej dobra

Rozdział 19 — Nie każ mi wybierać

Rozdział 20 — Za daleko, żeby zdążyć

Rozdział 21 — Za moimi plecami

Rozdział 22 — Nawet jeśli mnie znienawidzisz

Rozdział 23 — Cisza, której chciałam

Rozdział 24 — Słabość ma jej imię

Rozdział 25 — Nie puszczaj mnie

Rozdział 26 — Cena jej strachu

Rozdział 27 — Miejsce obok ciebie

Rozdział 28 — Najbezpieczniejsze miejsce

Rozdział 29 — Bez mojego wyboru

Rozdział 30 — Zniknąć

Avery

Jeremi

Epilog — Nie przestanę czekać

Jeremi

Avery

Nawigacja

Okładka

Spis treści

Początek książki

Prolog

Lekcja dziedzica

JEREMI

Dziesięć lat wcześniej

Miałem siedemnaście lat, kiedy ojciec po raz pierwszy powiedział mi, że miłość jest rodzajem noża. Miał na sobie ciemny płaszcz, nienagannie zawiązany krawat i zegarek wart więcej niż kilka lat mojej nauki.

— Wsiadaj — powiedział.

Stał przy czarnym samochodzie, a deszcz zbierał się na jego ramionach. Lorenzo Moretti nie odbierał syna ze szkoły bez powodu.

— Mam trening — odpowiedziałem.

— Już nie.

Wsiadłem. Marco Vitale siedział za kierownicą. Zwykle przynajmniej udawał, że cieszy się na mój widok. Tym razem nawet się nie odwrócił.

— Dokąd jedziemy? — zapytałem.

Ojciec zamknął drzwi.

— Do miejsca, którego dotąd nie musiałeś widzieć.

Samochód ruszył. Manhattan przesuwał się za przyciemnioną szybą w smugach świateł i mokrych witryn. Wiedziałem, kim jest mój ojciec. W gazetach Lorenzo Moretti występował jako inwestor i fundator szpitalnego oddziału.

W domu rzadko rozmawialiśmy o tym, dlaczego jego goście zostawiali broń przed wejściem do jadalni. Albo czemu ludzie, którzy wchodzili do gabinetu z podniesioną głową, wychodzili z niego, unikając mojego wzroku.

Nie potrzebowałem wyjaśnień. Chciałem jedynie wiedzieć, która część tego życia kiedyś przypadnie mnie.

— Mama wie, że mnie zabrałeś? — zapytałem.

— Powiedziałem jej, że jesteś gotowy.

Na prawej dłoni nosił ciężki sygnet z herbem rodziny. Kiedyś miał należeć do mnie. Nie sądziłem, że dorosłość zacznie się w samochodzie pachnącym skórą i deszczem.

— Na co jestem gotowy?

Ojciec spojrzał na mnie pierwszy raz od chwili, kiedy wsiadłem.

— Żeby przestać mylić nazwisko z przywilejem.

* * *

Magazyn znajdował się niedaleko brooklyńskiego nabrzeża. Dwóch mężczyzn pilnujących bramy wyrzuciło papierosy do kałuży, kiedy Marco zatrzymał samochód.

— Cokolwiek zobaczysz, nie odwracaj wzroku.

Wysiadłem. Powietrze miało smak wilgoci, starej rdzy i rzeki. Jeden z mężczyzn przy bramie kiwnął głową.

— Panie Moretti.

Nie wiedziałem, do którego z nas mówi. W magazynie paliły się dwie lampy. Na środku betonowej podłogi stało krzesło. Przywiązano do niego mężczyznę.

Miał rozciętą brew, opuchniętą wargę i koszulę poplamioną krwią. Jedno oko było prawie całkowicie zamknięte. Przez pierwszą sekundę widziałem wyłącznie obcego człowieka. Przez drugą rozpoznałem Matteo Rinaldiego. Przez trzecią przestałem czuć własne dłonie.

Matteo pracował dla naszego domu od jedenastu lat. Nauczył mnie rozpoznawać śledzące samochody, a na piętnaste urodziny podarował mi nóż.

— Jeremi? — odezwał się Matteo.

W jego głosie pozostał tylko strach. Ojciec położył dłoń na moim ramieniu, zatrzymując mnie w miejscu.

— Wiesz, dlaczego tu jesteś? — zapytał Matteo.

— Powiedz mu — odpowiedział Lorenzo.

Matteo zamknął zdrowe oko.

— Popełniłem błąd.

— Przekazałem nasz harmonogram dostaw ludziom Bellavisty.

Nazwisko rywalizującej rodziny znałem z podsłuchanych rozmów.

— I co się stało? — zapytał ojciec.

Marco położył na stole dwie fotografie. Przestrzelony samochód. Vincent, ochroniarz rozmawiający ze mną o baseballu, martwy na ulicy.

— Zginęło dwóch naszych ludzi — powiedział ojciec. — Vincent zostawił żonę i syna.

— Nie wiedziałem, że ich zabiją.

— Wiedziałeś, komu sprzedajesz informacje.

— Nie miałem wyboru.

— Jeszcze nie powiedziałeś mu wszystkiego.

Matteo zacisnął palce związane za plecami.

— Mają moją córkę.

Zrobiło mi się zimno.

— Lucię? — zapytałem.

Lucia miała osiem lat. Pamiętałem, jak schowała się za nogą ojca na przyjęciu mojej matki. Matteo patrzył na mnie z nadzieją. To było gorsze od krwi na jego twarzy.

— Gdzie jest dziewczynka? — zapytałem.

— Bezpieczna — odpowiedział ojciec.

— Marco odebrał ją godzinę temu. Twoi znajomi z Bellavisty uznali, że łatwiej oddać dziecko niż tłumaczyć mi, dlaczego je zabrali.

— Dziękuję.

Ojciec nie odpowiedział. Odebranie Lucii nie oznaczało przebaczenia.

* * *

— Kiedy pierwszy raz się z tobą skontaktowali? — zapytał Lorenzo.

— Trzy tygodnie temu.

— A kiedy zabrałeś kopię harmonogramu?

— Dwa miesiące temu.

— Zabrał informacje, zanim zagrozili jego córce — powiedziałem.

— Potrzebowałem pieniędzy.

— Zarabiałeś więcej niż większość ludzi w tym mieście.

— Jej matka zachorowała.

— Twoja żona zmarła trzy lata temu.

— Nie Lucia. Sofia.

— Kim jest Sofia? — zapytał.

Marco położył na stole fotografię kobiety wychodzącej z restauracji pod rękę z Matteo.

— Spotykaliście się od roku — powiedział ojciec. — Bellavista znalazł ją szybciej, niż ty zrozumiałeś, że ktoś cię obserwuje.

— Powinienem wiedzieć wszystko o ludziach, którzy trzymają broń przy moim synu.

— Poprosili cię o dokumenty — mówił dalej. — Powiedzieli, że jeśli odmówisz, Sofia zniknie. Później wykorzystali Lucię, żebyś nie zmienił zdania.

— Kochałem ją.

— Co miałem zrobić?

— Przyjść do mnie — powiedział w końcu Lorenzo. — Zanim oddałeś im naszych ludzi.

— Bałem się, że każesz mi wybierać.

Ojciec spojrzał na fotografie leżące na stole.

— Wybrałeś sam.

— Jeremi, powiedz mu, że nie jestem zdrajcą.

Pamiętałem jego urodzinowy prezent. Pamiętałem też zdjęcie Vincenta.

— Oddałeś im harmonogram — powiedziałem.

— Nie chciałem, żeby ktokolwiek zginął.

— Ale zginął.

— Co powinienem z nim zrobić?

— Pytasz mnie?

— Kiedyś to ty będziesz zadawał te pytania.

— A jeśli powiem, żebyś pozwolił mu odejść?

— Wtedy pozostali dowiedzą się, że wystarczy mieć odpowiednią wymówkę, żeby sprzedać rodzinę.

— Jeśli go zabijesz, Lucia zostanie sama.

— Vincent również zostawił dziecko.

Mój ojciec rozrywał mój świat na pół. Po jednej stronie była lojalność. Po drugiej wszystko, co człowiek potrafił pokochać bardziej niż własną przysięgę.

— Nie mogę odpowiedzieć — powiedziałem.

— Nie chcę.

— To nie to samo.

Matteo zaczął płakać. Nienawidziłem ojca za to, że zmusił mnie do patrzenia. Jeszcze bardziej nienawidziłem tego, że rozumiałem jego argumenty.

— Co stanie się z Lucią? — zapytałem.

— Dostanie dom, szkołę i ludzi, którzy zadbają o jej bezpieczeństwo.

— Obiecujesz?

— Tak. Obiecuję.

Matteo przestał płakać. Już wiedział.

— Jeżeli zdradził rodzinę — powiedziałem, czując, że każde słowo pozostawia w gardle smak metalu — musi za to zapłacić.

Matteo spojrzał na mnie ze smutkiem człowieka, który rozumie, że chłopak pamiętający jego urodzinowy prezent właśnie przestał istnieć.

— Proszę, nie pozwól, żeby powiedzieli Lucii, że przegrałem przez nią.

Nie zdążyłem odpowiedzieć. Marco wyciągnął broń.

* * *

Kiedy odwróciłem głowę, dłoń ojca natychmiast zacisnęła się na moim karku.

— Nie.

Zmusił mnie, żebym znowu spojrzał przed siebie.

— Jeżeli podejmujesz decyzję, bierzesz za nią odpowiedzialność.

Matteo oddychał płytko.

— Jeremi — wyszeptał.

Chciałem powiedzieć, że jeszcze rano rozwiązywałem zadanie z matematyki i nie mogę decydować o cudzej śmierci. Ale ojciec przywiózł mnie tutaj, żebym nauczył się prawdy o własnym nazwisku. Strzał rozdarł ciszę. Nie krzyknąłem. Nie zamknąłem oczu.

Patrzyłem, jak głowa Matteo opada do przodu, a krew zaczyna spływać po nodze krzesła na betonową podłogę. Przez sekundę miałem wrażenie, że serce przestało mi bić. Ojciec zabrał dłoń z mojego karku.

— Zapamiętaj go — powiedział.

Nie potrafiłem oderwać wzroku.

— Zapamiętam.

Ojciec zabrał zdjęcie Vincenta. Fotografia Matteo z Sofią została na stole. Kobieta nadal się uśmiechała.

— Co stanie się z Sofią? — zapytałem.

— Już opuściła miasto.

— Nie jest winna temu, że ktoś ją pokochał.

— Matteo też jej za to nie winił.

— Właśnie dlatego umarł.

Wyszedłem na deszcz. Po drugiej stronie ulicy przeszła kobieta z psem. Miasto nie zauważyło, że Matteo Rinaldi przestał istnieć. Ja zauważyłem.

* * *

W drodze powrotnej patrzyłem na własne odbicie rozmyte w światłach miasta.

— Nienawidzisz mnie? — zapytał.

— Powinienem?

— Mógłbyś pozwolić Matteo żyć — powiedziałem.

— Mógłbym.

— Dlaczego naprawdę mnie tam zabrałeś?

Ojciec obrócił sygnet pomiędzy palcami.

— Bo pewnego dnia będziesz miał więcej pieniędzy, więcej wpływów i więcej wrogów niż większość ludzi, których spotkasz.

— A za wszystko płacimy decyzjami, których inni nie chcą podejmować.

— Matteo zdradził nas, bo uwierzył, że może ochronić kobietę, którą kochał, jeśli odda kawałek czegoś, co nie należało do niego. Potem oddał następny. I następny. Zanim zrozumiał, co zrobił, dwóch ludzi nie żyło, a jego córka została wykorzystana jak karta przetargowa.

Na przejściu młoda para przebiegła przez ulicę, osłaniając się jedną kurtką. Wyglądali jak ludzie, którzy nie rozumieli, ile może kosztować czyjaś obecność.

— Najłatwiej pokonać mężczyznę wtedy, kiedy pokaże, na czym mu zależy — powiedział ojciec.

— Matteo miał córkę.

— I kobietę.

— Ty masz mamę.

Tym razem odwrócił głowę. W jego oczach dostrzegłem coś, czego nie widziałem w magazynie. Ostrożność.

— Właśnie dlatego twoja matka nigdy nie wychodzi sama.

— To jest cena życia przy człowieku takim jak ja.

— Ona ją zaakceptowała?

Ojciec spojrzał przez szybę.

— Nauczyła się.

Po raz pierwszy pomyślałem o kobiecie, której każdy krok zależy od cudzej obawy.

— Czyli kobiety są słabością? — zapytałem.

— Kobiety. Przyjaciele. Rodzina. Każdy, komu pozwolisz podejść wystarczająco blisko.

Nadal słyszałem strzał i pamiętałem kobietę uśmiechającą się na fotografii.

— Dziedzic nie może pozwolić sobie na słabości — powiedział ojciec. — Ludzie nie muszą cię kochać. Wystarczy, że będą wiedzieli, czego nie wolno im zrobić.

— Kiedyś spotkasz kobietę, która sprawi, że zapomnisz wszystko, co powiedziałem.

Zaśmiałem się krótko.

— Nie spotkam.

— Jesteś tego pewien?

— Nigdy nie pozwolę żadnej kobiecie mieć nade mną takiej władzy.

Ojciec przyglądał mi się przez dłuższą chwilę. Potem się uśmiechnął. Nie z kpiną. Nie z niedowierzaniem. Jak człowiek, który kiedyś powiedział dokładnie to samo i zna zakończenie, zanim historia zdąży się rozpocząć.

— Obyś miał rację, synu.

Odwróciłem wzrok w stronę miasta. Światła Manhattanu rozmywały się w deszczu. Gdzieś pomiędzy nimi istniało życie, którego jeszcze nie znałem, i przyszłość, której nie potrafiłem sobie wyobrazić. Miałem siedemnaście lat.

Wierzyłem, że można kontrolować wszystko, jeśli człowiek jest wystarczająco ostrożny. Że nikt nigdy nie stanie się ważniejszy niż nazwisko, które noszę. Że miłość to błąd popełniany przez słabszych mężczyzn.

Nie znałem jeszcze Avery Collins.

Rozdział 1

Pierwsze spojrzenie

AVERY

Na ekranie korytarz wyglądał na jasny. Na wydruku był tunelem. Przez cały tydzień poprawiałam planszę do portfolio. W nocy zasnęłam nad kolejną wersją, nie podłączywszy telefonu do ładowarki.

— Avery, jeśli nie wstaniesz, zabieram twoją kawę.

Otworzyłam oczy. Riley Bennett stała w drzwiach z dwoma papierowymi kubkami. Za nią, na stoliku, piętrzyły się moje wydruki.

— Jest dziewiąta siedemnaście.

Spojrzałam na telefon. Ekran pozostał czarny.

— Miałam zajęcia o dziewiątej.

— Wiem. Twój telefon umarł bohaterską śmiercią.

Nasze mieszkanie w East Village miało krzywą podłogę i widok na ścianę. Kochałam je. Płaciłam za swoją połowę czynszu i mogłam zostawiać makietę na stole, dopóki nie skończyłam nad nią pracować.

— Hartwell & Pierce odpisali w sprawie stażu? — zapytała Riley.

— Jeszcze nie.

Riley była moją najlepszą przyjaciółką od pierwszego tygodnia studiów. Nie musiała widzieć skrzynki, żeby wiedzieć, ile razy dziennie sprawdzam odpowiedź z pracowni.

Chciałam skończyć architekturę, zdobyć staż i projektować mieszkania dla ludzi, których nie stać na widok na Central Park. Własną pracownię dopisywałam na końcu tej listy, na razie bez daty.

— O dziewiątej wieczorem wychodzimy.

— Dokąd?

— Do klubu, w którym drink kosztuje więcej niż nasz internet.

— Brzmi jak miejsce, którego wolałabym uniknąć.

— Avery, masz dwadzieścia dwa lata. Nie możesz zachowywać się, jakby zabawa była odliczana od emerytury.

— Mam prezentację w poniedziałek.

— Jeden wieczór. Jeśli po godzinie będziesz chciała wrócić, wychodzimy.

— Godzina. I nie pożyczam twoich butów.

— Umowa.

Sięgnęłam po portfolio. Znowu zatrzymałam się na wejściu do mieszkań.

Po nocnych poprawkach między ścianą a drzwiami zmieściłby się człowiek na wózku. Wcześniej cieszyłam się z oszczędzonego metra kwadratowego, dopóki pani Ellis nie zapytała, gdzie mieszkaniec postawi zakupy, żeby wyjąć klucz.

— Znowu sprawdzasz drzwi? — Riley zajrzała przez moje ramię.

— Wiem już, dlaczego ludzie nie lubią architektów.

— Bo każecie płacić za korytarze?

— Bo zapominamy, że ktoś musi nimi przejść.

Rachunek za druk plansz wsunęłam do zeszytu z wydatkami. Jeden dodatkowy wieczór w Paper Moon powinien wystarczyć na kolejny komplet.

Zamknęłam laptop. Myślenie o przyszłości było łatwe, dopóki nie trzeba było wpisać jej do budżetu.

Riley podała mi torbę z kanapką wsuniętą do bocznej kieszeni.

— Nie dyskutuj — uprzedziła. — To twoja część śniadania.

Na schodach dopiłam kawę i pobiegłam na uczelnię. Jeśli Whitman już sprawdził obecność, czekał mnie komentarz przy całej grupie.

* * *

Spóźniłam się czterdzieści sześć minut. Profesor Whitman patrzył na mnie znad okularów, kiedy przemknęłam do ostatniego rzędu z torbą uderzającą o kolejne krzesła.

— Panno Collins. Miło, że znalazła pani chwilę między ważniejszymi zajęciami.

— Przepraszam. Telefon się rozładował.

— Skoro już pani jest, może zechce nam pani wyjaśnić, dlaczego w projekcie zagospodarowania przestrzeni publicznej uwzględniła pani o trzydzieści procent więcej terenów zielonych, niż przewiduje budżet.

Usiadłam obok Noaha Cartera i wyciągnęłam notatki.

— Ponieważ budżet zakłada usunięcie istniejących drzew oraz nasadzenie nowych po zakończeniu prac. Zachowanie obecnych obniża koszt utrzymania i poprawia retencję wody.

— A jeśli inwestor chce budynku, nie parku?

— Wtedy powinien postawić budynek tam, gdzie nie trzeba udawać, że mieszkańcy nie istnieją.

Whitman zmrużył oczy.

— Projektowanie wymaga kompromisów.

— Projektowanie wymaga także umiejętności rozpoznania, kiedy kompromis staje się po prostu wygodnym określeniem złej decyzji.

Przez chwilę sala milczała. Whitman odwrócił się do tablicy.

— Proszę następnym razem przyjść punktualnie, panno Collins.

Odczekałam, aż wróci do omawiania projektu, po czym wypuściłam powietrze. Noah przesunął w moją stronę kubek kawy.

— Ta jest jeszcze ciepła. Możesz później wyznać mi wdzięczność.

Noah miał jasne włosy i rozbrajający uśmiech. Od pierwszego roku pracowaliśmy razem; od dwóch miesięcy próbował ustalić, czy możemy robić razem coś więcej.

Po zajęciach Whitman poprosił mnie, żebym została. Noah zaczekał przy drzwiach.

— Hartwell & Pierce otrzymali pani portfolio — powiedział profesor.

Poczułam, jak żołądek zaciska mi się w ciasny węzeł.

— Czyli mam szansę?

— Rozmowy kwalifikacyjne rozpoczną się za trzy tygodnie.

— To nie odpowiedź.

— Ma pani talent, panno Collins. Ale talent nie pomoże, jeśli będzie pani chciała wygrać każdą rozmowę.

— Nie chcę wygrywać każdej. Tylko te, które mają znaczenie.

Spojrzałam w stronę drzwi. Noah nadal czekał, studiując most Brookliński z przesadnym zaangażowaniem.

* * *

Na zewnątrz pachniało deszczem i pieczonymi kasztanami. Noah zrównał ze mną krok.

— Co powiedział Whitman?

— Że mam szansę na staż.

— Avery, to świetnie. Masz powód do świętowania.

Objął mnie ramieniem. Znałam ten gest i zapach kawy na jego ubraniu. Przy przejściu dla pieszych spojrzał na mnie uważniej.

— Co robisz dzisiaj wieczorem?

— Riley wyciąga mnie do klubu. Pod przymusem emocjonalnym.

Światło zmieniło się na zielone.

— Może innym razem pójdziemy gdzieś we dwoje? — zapytał.

— Lubię cię.

— To zdanie zwykle prowadzi prosto do katastrofy.

Uśmiechnęłam się, mimo że nie chciałam ranić jego uczuć.

— Nie chcę ci niczego obiecywać.

— Wiem. Nie naciskam. Ale jeśli pewnego dnia zdejmiesz świat ze swoich barków, znam miejsce z dobrą kawą.

Roześmiał się i ścisnął moją dłoń.

Lubiłam jego towarzystwo. Kiedy jednak ściskał moją dłoń, myślałam o tym, jak ją wysunąć, żeby nie sprawić mu przykrości.

* * *

Paper Moon mieściło się w SoHo, pomiędzy pralnią a sklepem z lampami droższymi od naszego czynszu.

Pani Ellis, właścicielka, miała sześćdziesiąt kilka lat, srebrne włosy i talent do rozpoznawania kłamstw, zanim zdążyły zostać wypowiedziane.

Przez następne dwie godziny robiłam kawę, układałam książki i tłumaczyłam klientom, że jeden kubek espresso nie daje im prawa do stolika aż do zamknięcia.

Lubiłam tę pracę. Po opłaceniu czynszu i rachunków odkładałam po trochę na rzeczy, z których nie chciałam rezygnować.

Moi rodzice mieszkali pod Albany. Mama pracowała w szpitalu, tata prowadził warsztat. Kiedy pytali, czy czegoś mi trzeba, chciałam móc powiedzieć, że sobie radzę. O szesnastej telefon, podłączony do firmowej ładowarki, zawibrował.

RILEY: Vesper. Włóż coś ładnego. Twoją czarną marynarkę schowałam.

Pani Ellis przeczytała wiadomość ponad moim ramieniem.

— Vesper? Odważnie. Słyszałam, że właściciele lubią wiedzieć, kto przechodzi przez ich drzwi.

— W każdym klubie sprawdzają listę gości.

— Nie mówię o liście.

— Więc o czym?

— Nie zostawiaj napoju bez opieki i napisz mi, kiedy wrócisz do domu.

Chciałam zapytać, co słyszała, ale przy ladzie stanął klient. Pani Ellis przyjęła zamówienie. Do rozmowy o klubie już nie wróciłyśmy.

Przed końcem zmiany podała mi album o adaptacji dawnych budynków, który odłożyła dla mnie do wypłaty.

Otworzyłam go na zdjęciu starej fabryki zmienionej w mieszkania. Na balkonie wisiało pranie, a przy schodach ktoś zostawił rower.

— Tu nie powinien stać — powiedziałam odruchowo.

Pani Ellis uśmiechnęła się.

— Jeszcze go nie kupiłaś, a już masz uwagi.

— To znaczy, że warto.

Zapłaciłam odliczoną kwotą. Pani Ellis wsunęła album do papierowej torby.

W domu podpisałam książkę na pierwszej stronie, zanim Riley zdążyła wyciągnąć mnie do przygotowań.

AVERY COLLINS.

Lubiłam patrzeć na własne imię przy rzeczach, które zdobyłam sama.

* * *

Riley położyła czarną sukienkę na moim łóżku.

— Wygląda, jakbym zamierzała podejmować złe decyzje.

— Świetnie. Dotąd twoim jedynym uzależnieniem był arkusz kalkulacyjny.

— Arkusze kalkulacyjne nigdy nie komplikują życia.

— Jeden wieczór bez projektów, Avery. Dasz radę.

Sukienka była czarna, dopasowana i sięgała tuż nad kolano. Odsłaniała obojczyki. Przymierzyłam ją, zanim zdążyłam wymyślić kolejną wymówkę.

Rozpuściłam włosy i sięgnęłam po czerwoną pomadkę, której użyłam wcześniej dokładnie dwa razy.

Riley wybrała srebrną sukienkę i obcasy, na których ja nie dotarłabym do windy. Weszłyśmy do samochodu zamówionego przez aplikację.

— Noah byłby zachwycony, gdyby cię zobaczył — stwierdziła Riley.

— Noah jest dobry — powiedziałam.

Oparłam głowę o szybę. Miasto przesuwało się obok nas w świetle reklam, witryn i czerwonych sygnałów na skrzyżowaniach.

— Chyba nie chcę wybierać kogoś tylko dlatego, że powinnam.

Riley przyjrzała mi się przez chwilę.

— To akurat rozumiem.

* * *

Vesper mieściło się w Meatpacking District, za fasadą dawnej hurtowni. Przed wejściem dziewczyny w cienkich sukienkach udawały, że październikowe powietrze nie istnieje.

— Wchodzimy bez kolejki — oznajmiła Riley. — Eva zawdzięcza mi przysługę za uratowanie jej kampanii reklamowej.

Ochroniarz spojrzał na tablet, potem na nas.

— Riley Bennett. Plus jedna.

— Avery Collins — odpowiedziałam automatycznie.

— Nie potrzebuję nazwiska.

— A ja nie potrzebuję być określana jako „plus jedna”.

— Miłego wieczoru, panno Collins.

Muzyka uderzyła we mnie falą niskich dźwięków. W bursztynowym świetle błyszczały lustra i długi bar. Pod czarnymi ścianami stały aksamitne kanapy.

Nad salą biegła antresola odgrodzona przyciemnianym szkłem. Schodów pilnowali ochroniarze. Przepchnęłyśmy się do baru.

— Najtańsze, co nie spowoduje utraty wzroku — powiedziałam.

Zapłaciłam za swojego drinka. Przez pierwsze dwadzieścia minut rzeczywiście dobrze się bawiłam. Później Riley wyciągnęła mnie na parkiet.

Muzyka była wystarczająco głośna, żeby uciszyć listę spraw krążącą mi zwykle po głowie. Tańczyłam bez zastanawiania się, jak wyglądam. Przez chwilę nie myślałam o stażu, rachunkach ani projekcie Whitmana.

Wtedy poczułam, że ktoś na mnie patrzy.

Odwróciłam głowę w stronę antresoli.

Zobaczyłam mężczyznę siedzącego w jej najciemniejszej części.

Opierał rękę o kolano. Ciemna koszula miała rozpięty guzik przy szyi. Z tej odległości dostrzegałam mocno zarysowaną szczękę i kosmyk włosów opadający nad czołem.

Przy jego stoliku siedziało jeszcze kilku mężczyzn. Jeden mówił coś z ożywieniem, drugi obracał szklankę. Co kilka zdań spoglądali na niego, czekając na reakcję. On patrzył prosto na mnie.

Odwróciłam wzrok pierwsza.

Wmówiłam sobie, że zrobiłam to z obojętności. Riley zaciągnęła mnie do wolnego stolika. Serce biło mi szybciej, niż wymagało kilka minut tańca.

— Kogo zobaczyłaś? — zapytała.

— Na górze siedzi jakiś facet. Ten w czarnej koszuli.

Riley obróciła się z subtelnością alarmu przeciwpożarowego.

— O. Teraz rozumiem, dlaczego przestałaś oddychać. Ma twarz mężczyzny, który nigdy nie usłyszał słowa „nie”.

— To nie brzmi atrakcyjnie.

— A jednak znowu zaraz na niego spojrzysz.

— Nie spojrzę.

Po kilku minutach spojrzałam ponownie. Nadal mnie obserwował. Wytrzymałam jego spojrzenie, choć palce zacisnęły mi się na szklance.

Lekko uniósł swoją. Opuściłam wzrok, zła na siebie, że pozwoliłam mu zauważyć moją reakcję.

— Idę po wodę.

Przy barze czekałam dłużej, niż było trzeba.

— Sama? — zapytał ktoś obok.

Mężczyzna w granatowej marynarce stał tak blisko, że poczułam jego perfumy.

— Nie jestem sama.

— Mogę kupić ci drinka.

— Nie chcę następnego.

Sięgnęłam po wodę, ale nieznajomy położył dłoń na moim przedramieniu. Poczułam gniew. Dotknął mnie, chociaż właśnie odmówiłam.

— Zabierz rękę.

— Powiedziała, żebyś zabrał rękę.

Obok stanął ochroniarz. Mężczyzna w marynarce odsunął się błyskawicznie.

— Dziękuję — powiedziałam.

Ochroniarz skinął głową.

— Proszę uważać, panno Collins.

Zamarłam.

— Skąd pan zna moje nazwisko?

— Kolega przy wejściu je zapamiętał. To przydatne w naszej pracy.

Odpowiedział natychmiast i odwrócił się, zanim zdążyłam zapytać o cokolwiek więcej. Spojrzałam na antresolę.

Mężczyzna w czarnej koszuli obserwował faceta prowadzonego ku wyjściu. Potem spojrzał na mnie. Uniosłam szklankę do ust, ale nie wypiłam wody.

Czy to on kazał ochroniarzowi podejść?

* * *

— Musimy wyjść — powiedziałam Riley.

— Co się stało?

Opowiedziałam jej o mężczyźnie przy barze i ochroniarzu.

— Tylko skąd znał moje nazwisko? Podałam je jednemu ochroniarzowi, nie całej załodze.

Riley spojrzała w stronę schodów prowadzących na antresolę.

— Myślisz, że to przez niego?

— Myślę, że nie chcę tego sprawdzać.

— Dobrze. Wychodzimy.

Riley wzięła torebkę. Podniosłam płaszcz z oparcia krzesła i jeszcze raz spojrzałam na antresolę.

Mężczyzna stał już przy szklanej balustradzie. Był wyższy, niż sądziłam. Ktoś za nim coś mówił, ale on nawet nie odwrócił głowy. Śledził wzrokiem każdy mój ruch.

Przez chwilę trzymałam płaszcz w dłoniach. Chciałam wiedzieć, czy podejdzie. Kiedy zdałam sobie z tego sprawę, pospiesznie wsunęłam rękę w rękaw.

— Avery — ponagliła mnie Riley.

Przy drzwiach ochroniarz z tabletem odsunął się, przepuszczając nas bez słowa. Na zewnątrz wciągnęłam zimne powietrze głęboko w płuca.

— Patrzył na ciebie tak, jakby zapomniał o istnieniu innych ludzi — powiedziała Riley, kiedy odeszłyśmy kilka kroków.

— To nie jest komplement.

— Jak myślisz, kim on był? — zapytała Riley.

— Nie wiem. Widziałaś, jak tamci na niego patrzyli?

Riley zamówiła samochód. Czekając, zerknęłam w stronę wejścia. Z klubu wyszła roześmiana para, potem trzech chłopaków. Jego wśród nich nie było.

* * *

W mieszkaniu Riley zrzuciła buty i ogłosiła, że zasługuje na pizzę. Poszłam zmyć makijaż. W lustrze zobaczyłam zaróżowione policzki. Przez chwilę przyglądałam się sobie, z wacikiem przyciśniętym do ust.

Sukienkę odwiesiłam na krzesło. Na biurku czekały notatki i portfolio. Wyciągnęłam z torby album, który kupiłam po pracy, i położyłam go obok laptopa. Podniosłam ekran.

Riley zajrzała do pokoju, opierając się o framugę. Nadal miała na sobie srebrną sukienkę.

— Nadal myślisz o nim?

— Myślę o tym, skąd ochroniarz znał moje nazwisko.

— To nie było moje pytanie.

Spojrzałam na nią ponad ekranem komputera.

— Nie rozmawiałam z nim. Nawet nie wiem, kim jest.

— Czasami to nie przeszkadza — odpowiedziała.

Zniknęła w kuchni. Otworzyłam wyszukiwarkę i wpisałam: „Vesper Meatpacking District”.

Zdjęcia klubu, recenzje, lista celebrytów. Powiększałam kolejne fotografie, szukając twarzy mężczyzny z antresoli. Nie znalazłam jej.

Zamknęłam komputer i podłączyłam telefon do ładowarki. Ustawiłam trzy budziki, ale jeszcze długo leżałam z otwartymi oczami.

Kiedy je zamykałam, wracało spojrzenie mężczyzny przy balustradzie. A zaraz potem głos ochroniarza, który bez wahania wymówił moje nazwisko.

Rozdział 2

Jej imię

JEREMI

O osiemnastej Colin Reeves zapewniał mnie, że popełnił błąd.

Ludzie najczęściej nazywali błędami decyzje, których konsekwencje zdążyły już po nich przyjść.

— Nie wiedziałem, że kierowca będzie stawiał opór — powiedział.

Siedział po drugiej stronie stołu w pomieszczeniu pozbawionym okien. Jeszcze dwie godziny wcześniej miał na sobie garnitur wart kilka tysięcy dolarów. Teraz koszula była rozpięta przy szyi, a mankiet prawego rękawa pokrywała krew.

Nie jego.

Marco Vitale stał pod ścianą z rękami splecionymi na piersi. W ciągu ostatnich dziesięciu lat zestarzał się mniej niż większość mężczyzn, których znałem. Siwe pasma przy skroniach jedynie przypominały, jak długo służył mojej rodzinie.

Mój ojciec obserwował wszystko w milczeniu.

Czekał.

Nie na wyjaśnienia Colina.

Na moją decyzję.

— Przekazałeś trasę transportu ludziom Bellavisty — powiedziałem.

— To miały być tylko informacje.

— Informacje są czasem więcej warte niż broń.

Colin otarł pot z czoła.

— Oddam pieniądze.

— Trzysta tysięcy?

Spojrzał na mnie zaskoczony.

— Myślałeś, że nie sprawdzimy?

Wyjąłem telefon i położyłem go przed nim. Na ekranie widniały trzy przelewy. Każdy z innego konta. Każdy wystarczająco dobrze ukryty, żeby przeciętny człowiek uznał sprawę za niemożliwą do wykrycia.

Colin nie pracował jednak dla przeciętnych ludzi.

— Mam rodzinę — powiedział.

To zdanie słyszałem częściej, niż powinienem.

Kiedy człowiek dochodził do momentu, w którym przypominał sobie o żonie albo dzieciach, zwykle było za późno, żeby ta informacja cokolwiek zmieniła.

— Anthony też ma rodzinę.

— On żyje.

— Dzięki temu, że kula minęła serce o dwa centymetry.

Colin spojrzał na mojego ojca.

— Lorenzo, pracuję dla ciebie od dziewięciu lat.

Ojciec poprawił mankiet.

— Dlatego nie zrozumiałem, jak mogłeś uznać, że dziewięć lat daje ci prawo sprzedać dziesiąty.

— Nie sprzedałem rodziny.

— Sprzedałeś trasę, którą zabezpieczało pięciu naszych ludzi — odpowiedziałem. — Jeśli nie rozumiesz, co to oznacza, nie powinieneś był pracować dla nas nawet miesiąca.

Colin przesunął wzrok z ojca na mnie.

Próbował ocenić, którego z nas łatwiej przekonać.

Kiedyś ludzie zakładali, że mnie.

Już dawno przestali.

— To się więcej nie powtórzy — powiedział.

— Wiem.

Podniosłem się.

Colin również próbował wstać, ale Marco położył mu dłoń na ramieniu.

Nie musiał używać siły.

Wystarczyło, że tam był.

Podszedłem do szklanej szafki przy ścianie i nalałem sobie whisky. Alkohol kosztował więcej niż większość miesięcznych czynszów w Nowym Jorku. Mój ojciec lubił otaczać się rzeczami, których wartość była oczywista.

Ja wolałem te, których wartości inni nie rozumieli, dopóki ich nie tracili.

— Ile czasu Anthony będzie dochodził do siebie? — zapytałem.

— Co najmniej trzy miesiące — odpowiedział Marco.

— A jego córka?

— Zaczyna studia jesienią.

Colin przełknął ślinę.

— Zapłacę za leczenie. Za studia też.

Odwróciłem się do niego.

— Już za nie zapłacisz.

Wypiłem łyk whisky.

— Wszystkie twoje konta zostaną przejęte. Nieruchomość w Queens również.

— Moja żona tam mieszka.

— Twoja żona nie straci domu. Przepiszemy go na nią. Dostanie też wystarczająco pieniędzy, żeby nie musiała odpowiadać za twoje decyzje.

Przez sekundę w jego oczach pojawiła się ulga.

Nie wiem dlaczego.

Może dlatego, że ludzie rozpaczliwie trzymają się każdego zdania brzmiącego jak ratunek, nawet kiedy pozostałe układają się w wyrok.

— Dziękuję — wyszeptał.

— Nie dziękuj mi.

Odstawiłem szklankę.

— Zabrałeś nam coś, co nie należało do ciebie. Pieniądze możemy odzyskać. Ładunek również. Ale jeśli pozwolę ci odejść, każdy następny człowiek uzna, że wystarczy zwrócić towar i przeprosić.

— Jeremi…

Wyciągnąłem broń.

Colin zamarł.

— Proszę.

Nie odpowiedziałem.

Dziesięć lat wcześniej ojciec nauczył mnie, że odwrócenie wzroku nie zmienia tego, co trzeba zrobić.

Teraz nikt nie musiał trzymać mnie za kark.

Strzał był krótki.

Marco nawet nie drgnął.

Ojciec spojrzał na ciało, potem na mnie.

— Sprzątnijcie — powiedziałem.

Odłożyłem broń na stół.

Większość krwi ominęła moją koszulę. Jedynie drobna ciemna plamka na mankiecie przypominała, że jeszcze przed chwilą ktoś próbował przekonać mnie do okazania litości.

Nie żałowałem.

Nigdy nie udawałem przed sobą, że jestem człowiekiem, którym mógłbym być w innym życiu.

Innego życia nie dostałem.

* * *

Gabinet ojca znajdował się na najwyższym piętrze budynku należącego oficjalnie do Moretti Investments.

Z jego okien było widać Manhattan.

Szklane wieżowce. Uporządkowane światła. Tysiące ludzi wracających do domów z przekonaniem, że najważniejsze decyzje w tym mieście zapadają w urzędach, bankach i salach konferencyjnych.

Czasami tam zapadały.

Nie zawsze.

— Bellavista sprawdza, na ile może sobie pozwolić — powiedział ojciec.

Stał przy oknie z rękami założonymi na plecach.

— Bellavista zawsze sprawdza.

— Tym razem zapłacił człowiekowi pracującemu bezpośrednio dla nas.

— I stracił pieniądze.

— Stracił też informatora.

— To również.

Ojciec odwrócił się.

Miał sześćdziesiąt lat i nadal potrafił sprawić, że mężczyźni dwa razy więksi od niego prostowali plecy, kiedy wchodził do pomieszczenia.

Nie podnosił głosu.

Nie musiał.

— Za kilka miesięcy będziesz uczestniczył we wszystkich spotkaniach samodzielnie — powiedział.

— Już uczestniczę.

— W moim imieniu.

— A później w swoim.

Przyglądał mi się przez chwilę.

— Rozumiesz różnicę?

— Każdy człowiek, który dziś patrzy na mnie jak na twojego syna, będzie musiał nauczyć się patrzeć jak na kogoś, przed kim odpowiada za własne błędy.

— I?

— Niektórzy będą potrzebowali przypomnienia.

Marco odchrząknął cicho.

Ojciec przesunął spojrzenie w jego stronę.

— Co myślisz?

— Myślę, że pański syn nie potrzebuje mojego potwierdzenia.

— To nie była odpowiedź.

Marco uśmiechnął się ledwie zauważalnie.

— Myślę, że ludzie będą bardziej się go bali.

Ojciec przeniósł wzrok z powrotem na mnie.

— Strach wystarcza, żeby utrzymać porządek. Nie wystarcza, żeby utrzymać władzę.

— Wiem.

— Naprawdę?

Podszedłem do barku i nalałem sobie wody.

— Władza utrzymuje się wtedy, kiedy ludzie rozumieją dwie rzeczy. Że jesteś w stanie ich zniszczyć. I że opłaca im się nie dawać ci powodu.

— Dobrze.

To jedno słowo w ustach Lorenza Morettiego oznaczało więcej niż pochwały wypowiadane przez innych ojców przez całe życie.

Nie czekałem na nie.

Dawno przestałem.

— Vesper — powiedział. — O dwudziestej drugiej spotkasz się z De Santisem. Chce omówić nowy lokal na Brooklynie.

— Chce omówić czy prosić o pozwolenie?

— Jeszcze nie wie.

— Dowie się.

Ojciec skinął głową.

Kiedy ruszyłem do drzwi, odezwał się ponownie.

— Jeremi.

Zatrzymałem się.

— Reeves miał rodzinę.

— Wiem.

— Mimo to sprzedał naszych ludzi.

— Wiem.

— Zapamiętaj, co go do tego doprowadziło.

Spojrzałem na niego przez ramię.

— Pieniądze.

Ojciec przez chwilę milczał.

— Przekonanie, że może zatrzymać wszystko, czego chce, i nie zapłacić żadnej ceny.

Nie odpowiedziałem.

W naszym świecie każdy płacił.

Różnica polegała jedynie na tym, kto wcześniej rozumiał, jaka będzie cena.

* * *

Dante Russo czekał na mnie przy samochodzie.

Był dwa lata starszy ode mnie, od pięciu lat odpowiadał za bezpieczeństwo moich lokali i jako jeden z niewielu ludzi potrafił powiedzieć mi coś niewygodnego, nie zastanawiając się wcześniej, czy skończy za to w rzece.

Nie oznaczało to, że był moim przyjacielem.

W moim świecie to słowo miało zbyt wiele ostrych krawędzi.

— Słyszałem o Reevesie — powiedział, kiedy ruszyliśmy.

— Wszyscy usłyszą.

— O to chodziło?

— Między innymi.

Dante spojrzał na mój mankiet.

— Potrzebujesz innej koszuli.

— Mam zapasową w samochodzie.

— Oczywiście, że masz.

Przebrałem się na tylnym siedzeniu, kiedy przejeżdżaliśmy przez Midtown. Ciemna koszula. Rozpięty guzik przy szyi. Marynarka została obok mnie.

Nie musiałem wyglądać jak człowiek, który właśnie podjął decyzję o czyjejś śmierci.

Większość ludzi i tak nie potrafiłaby tego rozpoznać.

— Jak wygląda sytuacja w Vesper? — zapytałem.

— Pełna sala. Dwie rezerwacje od polityków, trzy od ludzi, którzy twierdzą, że nie mają nic wspólnego z polityką, i jeden aktor próbujący ukryć się przed własną żoną.

— Brzmi jak piątek.

— Jest czwartek.

Spojrzałem na niego.

— Niektórym weekend zaczyna się wcześniej.

Dante uśmiechnął się pod nosem.

Samochód zatrzymał się przy bocznym wejściu do Vesper.

Klub nie miał wielkiego szyldu. Nie potrzebował go. Ludzie, którzy chcieli się tam dostać, i tak wiedzieli, gdzie szukać.

Pozostali nie byli naszym problemem.

W środku pachniało drogimi perfumami, alkoholem i pieniędzmi wydawanymi zbyt szybko, żeby ktokolwiek zadawał pytania o ich pochodzenie.

Wszedłem po schodach prowadzących na antresolę.

Ochroniarze odsunęli się bez słowa.

Na dole tłum poruszał się w rytm muzyki.

Na antresoli ludzie udawali, że nie przyszli tutaj głównie po to, żeby inni zobaczyli, dokąd zostali wpuszczeni.

Nie miałem cierpliwości do żadnej z tych grup.

Vesper było interesem.

Niczym więcej.

Przynajmniej tamtego wieczoru nadal w to wierzyłem.

* * *

Rafael De Santis spóźnił się siedem minut.

To był jego pierwszy błąd.

Drugim było przyprowadzenie dwóch mężczyzn, których nazwisk nie podał wcześniej ochronie.

— Jeremi — powiedział, siadając naprzeciwko mnie. — Dobrze cię widzieć.

— Gdyby tak było, przyszedłbyś punktualnie.

Uśmiechnął się, jakby uznał to za żart.

Dante nie.

De Santis rozpiął marynarkę.

— Most był zakorkowany.

— Mosty w Nowym Jorku bywają zakorkowane od kilkudziesięciu lat. Następnym razem uwzględnij to w planach.

Uśmiech zniknął z jego twarzy.

Lepiej.

— Chodzi o lokal przy nabrzeżu — zaczął. — Mam inwestora. Miejsce jest gotowe, potrzebujemy tylko…

— Zgody.

— Powiedziałbym raczej wsparcia.

— Możesz powiedzieć, co chcesz. Nie zmieni to rzeczywistości.

Jeden z jego ludzi przesunął się niespokojnie na kanapie.

Rafael położył na stole teczkę.

— Piętnaście procent zysków.

Nie otworzyłem dokumentów.

— Trzydzieści.

— To za dużo.

— W takim razie dwadzieścia pięć.

Jego twarz rozjaśniła się odrobinę.

— To brzmi rozsądniej.

— I całkowita kontrola nad ochroną lokalu.

Uśmiech zniknął ponownie.

— Nie mogę oddać wam ochrony.

— Dlaczego?

— Mam swoich ludzi.

— Właśnie dlatego nie możesz oddać nam ochrony?

Rafael spojrzał na mężczyzn po swojej prawej.

— Są lojalni.

— Reeves też przez dziewięć lat sprawiał takie wrażenie.

Cisza przy stole trwała zaledwie kilka sekund.

Wystarczyła.

Informacje rozchodziły się szybko.

Zwłaszcza te, które powinny.

— Dwadzieścia pięć procent i wasza ochrona — powiedział w końcu De Santis.

— Trzydzieści.

Zmarszczył brwi.

— Przed chwilą powiedziałeś dwadzieścia pięć.

— Przed chwilą straciłeś możliwość negocjacji.

Przez moment wyglądał, jakby zamierzał protestować.

Potem zamknął teczkę.

— Trzydzieści.

— Dante przygotuje dokumenty.

De Santis podniósł się pierwszy.

Jego ludzie poszli za nim bez pożegnania.

— Czasami mam wrażenie, że prowadzisz rozmowy wyłącznie po to, żeby zobaczyć, jak daleko można kogoś przesunąć — zauważył Dante.

— Czasami?

— Nie chciałem brzmieć jak człowiek, który zbyt dobrze cię zna.

Sięgnąłem po szklankę.

— Rozsądnie.

Na dole muzyka zmieniła rytm.

Oparłem przedramię na kolanie i spojrzałem na parkiet, nie szukając niczego konkretnego.

To wtedy ją zobaczyłem.

* * *

Miała na sobie czarną sukienkę.

W Vesper było co najmniej trzydzieści kobiet ubranych na czarno.

Zatrzymałem wzrok na kobiecie z czerwoną pomadką. Z góry widziałem jej odkryte obojczyki i włosy opadające na ramiona.

Poruszała się inaczej niż goście, którzy przyszli tu po to, żeby znaleźć się na właściwym zdjęciu.

Nie rozglądała się, sprawdzając, kto ją obserwuje.

Nie poprawiała włosów co kilka sekund.

Patrzyłem, aż tłum zasłonił mi widok.

Tańczyła obok blondynki w srebrnej sukience. Przyjaciółka mówiła coś do niej, przekrzykując muzykę. Dziewczyna w czerni roześmiała się, odgarniając włosy z twarzy.

Ten śmiech nie miał prawa dotrzeć do mnie przez tłum i dźwięki.

A jednak przez moment miałem wrażenie, że go słyszę.

— Jeremi?

Nie odpowiedziałem.

Dante podążył za moim spojrzeniem.

— Znasz ją?

— Nie.

— Chcesz, żebym sprawdził, kim jest?

— Nie.

Dante spojrzał na mnie.

— Dobrze.

Wrócił do telefonu.

Ja nadal obserwowałem kobietę na parkiecie.

Po chwili odwróciła głowę.

Nasze spojrzenia spotkały się.

Nie znałem koloru jej oczu.

Byliśmy zbyt daleko.

Wiedziałem jednak dokładnie, w którym momencie mnie zauważyła.

Zastygła.

Nieznacznie.

Na tyle, żeby ktoś inny mógł uznać to za przypadek.

Dla mnie przypadki miały zwyczaj przychodzić zbyt wcześnie, żeby nazwać je niewinnymi.

Odwróciła wzrok pierwsza.

Powinienem był zrobić to samo.

Nie zrobiłem.

— To nie wygląda jak „nie” — powiedział Dante.

— Co?

— Twoja odpowiedź na moje pytanie.

— Nie przypominam sobie, żebym prosił cię o interpretację.

— Nie prosiłeś.

Odłożył telefon.

— Dlatego jest bezpłatna.

Spojrzałem na niego.

— Korzystaj z tego, dopóki możesz.

Uśmiechnął się i wstał.

— Sprawdzę, czy De Santis nie próbuje przekonać kogoś na dole, że właśnie wygrał negocjacje.

Zostałem przy stoliku.

Dziewczyna z czarnymi włosami — nie, nie czarnymi. Brązowymi. Ciemnymi w klubowym świetle — usiadła razem z przyjaciółką kilka metrów od baru.

Próbowała wyglądać na obojętną.

Nie wychodziło jej.

Spojrzała w stronę antresoli drugi raz.

Tym razem nie odwróciła głowy od razu.

Uniosłem szklankę.

Nie był to toast.

Raczej potwierdzenie, że wiem.

Że widzę jej ciekawość.

Że moja wygląda dokładnie tak samo, chociaż nie powinienem na nią pozwalać.

Kiedy kelner zaproponował jej drugi drink, pokręciła głową i wskazała wodę. Nie spojrzała przy tym na przyjaciółkę, nie próbowała dopasować decyzji do stolika obok. Chwilę później obie wybuchnęły śmiechem. Blondynka oparła czoło o jej ramię. Dziewczyna odsunęła szklankę od krawędzi, zanim mogły ją strącić.

Nie było w tym nic niezwykłego. Właśnie to mnie zatrzymało.

W moim otoczeniu ludzie wykonywali gesty po to, żeby zostały zauważone. Poprawiali mankiety, gdy na nich patrzyłem. Śmiali się odrobinę głośniej z żartów ojca. Ona nie wiedziała, że obserwuję jej ręce, i nie otrzymałaby niczego za ich ostrożność.

Dante wrócił do stolika z telefonem w dłoni.

— Słuchasz? — zapytał Dante.

Powtórzył nazwisko człowieka odpowiedzialnego za ochronę nowego lokalu. Podałem je bezbłędnie. Zadowolony wrócił do telefonu, a ja znów spojrzałem na dół.

Dziewczyna właśnie poprawiała przyjaciółce pasek sukienki. Potem pokazała jej coś na ekranie, skrzywiła się i schowała telefon. Zwyczajny wieczór, którego nie zamierzała nikomu sprzedawać.

Chciałem usłyszeć, co ją rozbawiło. To pragnienie było tak niepraktyczne, że zirytowało mnie bardziej niż spóźnienie De Santisa.

Odwróciła się gwałtownie i powiedziała coś do przyjaciółki.

Po chwili wstała.

Poszła do baru.

Śledziłem ją wzrokiem.

Kiedy minęła dwóch mężczyzn przy wysokim stoliku, jeden odwrócił się za nią.

Nie podobało mi się to.

Reakcja była natychmiastowa.

Nierozsądna.

Całkowicie pozbawiona znaczenia.

Nie znałem jej.

Nic o niej nie wiedziałem.

A jednak kiedy mężczyzna w granatowej marynarce zatrzymał się obok niej, moje palce zacisnęły się mocniej na szklance.

* * *

Widziałem podobne sytuacje setki razy.

Bogaty idiota.

Dziewczyna, która nie była zainteresowana.

Kilka słów za dużo.

Za mała odległość.

Normalny wieczór w klubie, jeśli ktoś przez „normalny” rozumiał mężczyzn przekonanych, że cena ich zegarka zastępuje zgodę.

Dziewczyna powiedziała coś krótko.

Mężczyzna pochylił się bliżej.

Ona odsunęła się o krok.

Powinien był zrozumieć.

Nie zrozumiał.

Położył dłoń na jej przedramieniu.

Wstałem.

Nie pamiętałem momentu, w którym podjąłem tę decyzję.

Jedynie to, że szklanka została na stoliku, a krzesło przesunęło się po podłodze.

Dante pojawił się obok mnie.

— Problem?

— Mężczyzna przy barze.

Spojrzał w dół.

— Ten w granatowej marynarce?

— Zabierz go od niej.

— Już.

Sięgnął do słuchawki.

— Nie dotykajcie dziewczyny — dodałem.

Dante przesunął wzrok z baru na mnie.

— Oczywiście.

— I nie róbcie sceny.

— Rozumiem.

Nie rozumiał.

Ja sam nie rozumiałem.

Na dole jeden z ochroniarzy podszedł do baru.

Mężczyzna w marynarce odsunął rękę.

Dziewczyna odwróciła się w stronę ochroniarza.

Mówiła coś.

Po ruchu jej ust widziałem, że nie wyglądała na wdzięczną w sposób, którego można było oczekiwać.

Bardziej na zirytowaną.

Dobrze.

Nie potrzebowała ratunku.

Potrzebowała jedynie, żeby ktoś usunął człowieka, który nie zrozumiał słowa „nie”.

— Kto to jest? — zapytałem.

— Dziewczyna?

— Mężczyzna.

Dante przyłożył palec do słuchawki.

— Grant Hollis. Pracuje w funduszu inwestycyjnym. Bywa tutaj od kilku miesięcy.

Patrzyłem, jak ochroniarz prowadzi go ku wyjściu.

— Już nie bywa.

— Wyrzucić go z listy?

— Ze wszystkich naszych lokali.

— Zrozumiałem.

Hollis próbował protestować.

Nie słyszałem słów.

Nie musiałem.

Dante przekazał polecenie, a mężczyzna zniknął za drzwiami.

Dziewczyna przy barze spojrzała na antresolę.

Prosto na mnie.

Nie udawałem, że nic się nie wydarzyło.

Ona również nie.

W jej twarzy pojawiło się coś, czego wcześniej tam nie było.

Podejrzliwość.

Może niepokój.

Przez jedną sekundę pomyślałem, że powinienem odejść od balustrady.

Pozwolić jej uwierzyć, że ochrona zrobiła po prostu to, za co jej płacono.

Nie ruszyłem się.

Nie lubiłem kłamstw.

Nawet tych wygodnych.

— Rozmawiała z ochroniarzem — powiedział Dante.

— Widzę.

— Zapytała, skąd zna jej nazwisko.

Spojrzałem na niego.

— Skąd zna?

— Przekazali je sobie przez słuchawki. Podała je ochroniarzowi przy wejściu.

— Po co?

Dante uniósł brew.

— Podobno nie spodobało jej się, że określił ją jako „plus jedna”.

Przeniosłem wzrok z powrotem na nią.

Stała przy stoliku, rozmawiając z blondynką. Jej gesty były spokojne, ale widziałem napięcie w ramionach.

Nie potrzebowała być określana przez kogoś innego.

Zapamiętałem to, zanim zdążyłem zapytać siebie, dlaczego.

— Jakie nazwisko? — zapytałem.

— Collins.

Collins.

Powtórzyłem je w myślach.

Nie pasowało do ludzi, których znałem.

Nie należało do rodzin pojawiających się na naszych kolacjach.

Nie występowało w nazwiskach polityków, inwestorów ani kobiet, których rodzice bez powodzenia próbowali przekonać mojego ojca, że odpowiednie małżeństwo mogłoby wzmocnić pozycję Morettich.

Collins.

Zwyczajne.

To powinno było wystarczyć, żeby zostawić ją w spokoju.

* * *

— Wychodzą — powiedział Dante.

Widziałem.

Dziewczyna wzięła płaszcz. Blondynka dopiła drinka i ruszyła za nią.

Podszedłem do balustrady.

— Chcesz, żebym je zatrzymał? — zapytał Dante.

— Nie.

Odpowiedziałem szybciej, niż się spodziewał.

Spojrzał na mnie uważniej.

— Dobrze.

Na dole Collins odwróciła głowę.

Nasze spojrzenia spotkały się ponownie.

Była zbyt daleko, żebym mógł usłyszeć jej głos.

Zbyt blisko, żebym mógł udawać, że nic się nie dzieje.

Nie uśmiechnąłem się.

Nie skinąłem głową.

Nie zrobiłem kroku w jej stronę.

A jednak przez moment miałem wrażenie, że gdybym wyciągnął rękę, poczułbym ciepło jej skóry.

Jej przyjaciółka powiedziała coś, czego nie usłyszałem.

Collins oderwała ode mnie wzrok.

Ruszyła do wyjścia.

Patrzyłem, dopóki nie zniknęła za drzwiami.

Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jak napięte miałem ramiona.

— Nie wyglądasz na zadowolonego — stwierdził Dante.

— Bo nie jestem.

— Z Hollisa?

— Z tego, że muszę tłumaczyć ci rzeczy oczywiste.

— Jasne.

Przez chwilę milczał.

Potem odezwała się słuchawka w jego uchu.

— Samochód już podjechał — powiedział.

Odwróciłem się do niego.

— Jaki samochód?

— Zamówiony przez aplikację. Dziewczyny wracają do East Village.

— Nie pytałem.

— Jeszcze nie.

Spojrzałem na niego wystarczająco długo, żeby przeciętny człowiek cofnął się o krok.

Dante tylko schował ręce do kieszeni.

— Nasz człowiek przy drzwiach chciał mieć pewność, że Hollis nie kręci się w pobliżu.

— I?

— Nie kręci się.

Skinąłem głową.

To powinno było zakończyć sprawę.

Kobieta przyszła do mojego klubu.

Ktoś zachował się niewłaściwie.

Ochrona zareagowała.

Kobieta wyszła.

Wszystko wróciło do porządku.

Tyle że porządek nagle wydawał mi się dziwnie niekompletny.

— Jak ma na imię? — zapytałem.

Dante nie odpowiedział od razu.

— Collins?

— Czy jest tutaj inna kobieta, o której rozmawiamy?

— Ochroniarz zapamiętał nazwisko. Była dopisana do rezerwacji przyjaciółki.

— Więc znajdź jej imię.

— Tylko imię?

Spojrzałem na niego.

— Na razie.

Dante skinął głową.

Nie pytał dlaczego.

Był wystarczająco mądry, żeby wiedzieć, kiedy odpowiedź jeszcze nie istnieje.

* * *

Do domu wróciłem po północy.

Mój apartament zajmował dwa ostatnie piętra budynku na Tribeca. Ciemne drewno, kamień, szkło i przestrzeń, której większość ludzi nie umiałaby wykorzystać.

Mnie odpowiadała.

Nikt nie wchodził bez pozwolenia.

Nikt nie zostawiał swoich rzeczy na stole.

Nikt nie pytał, o której wrócę.

Przez lata uważałem to za luksus.

Tamtej nocy mieszkanie wydawało się większe niż zwykle.

Rzuciłem klucze na blat i rozpiąłem mankiety.

Miasto świeciło za panoramicznymi oknami.

W którymś miejscu po drugiej stronie rzeki moi ludzie zajmowali się tym, co pozostało po Colinie Reevesie.

W innym Anthony dochodził do siebie w prywatnym szpitalu, a jego żona nie wiedziała jeszcze, że rachunki zostały opłacone.

Na Brooklynie Rafael De Santis prawdopodobnie przekonywał swoich wspólników, że trzydzieści procent to świetna cena za spokój.

Wszystko działało.

Tak jak powinno.

Nalałem whisky.

Nie pomogła.

Telefon zawibrował.

Ojciec.

— De Santis? — zapytał bez przywitania.

— Trzydzieści procent i nasza ochrona.

— Prosiłem o dwadzieścia.

— Wziąłem więcej.

— Wiem.

Oparłem się biodrem o blat.

— W takim razie dlaczego pytasz?

— Chciałem sprawdzić, czy powiesz, że był zadowolony.

— Nie był.

— To dobrze.

W tle słyszałem cichą muzykę. Pewnie siedział z moją matką w salonie.

Była jedyną osobą, przy której mój ojciec przez moment wyglądał jak mężczyzna zdolny do zwyczajnego życia.

Nigdy nie mówiłem mu, że zauważyłem.

— Marco wspominał o Hollisie — powiedział.

— Ktoś zachował się niewłaściwie w Vesper.

— Ktoś zachowuje się niewłaściwie w Vesper co wieczór.

— Ten miał pecha.

Ojciec milczał.

Znałem to milczenie.

Oznaczało, że układa sobie w głowie pytania, których jeszcze nie zada.

— Dobrze — powiedział w końcu. — Jutro o dziewiątej spotkanie z prawnikami.

— Będę.

Rozłączył się.

Odstawiłem telefon.

Powinienem był przejrzeć dokumenty dotyczące nabrzeża.

Powinienem był zadzwonić do człowieka odpowiadającego za transport.

Powinienem był zrobić cokolwiek z listy rzeczy, które rzeczywiście miały znaczenie.

Zamiast tego pomyślałem o kobiecie stojącej przy barze.

O tym, jak powiedziała tamtemu mężczyźnie, żeby zabrał rękę.

O tym, że nie czekała, aż ktoś ją obroni.

O tym, że kiedy zauważyła coś podejrzanego, po prostu wyszła.

Nie próbowała się do mnie zbliżyć.

Nie wysłała przyjaciółki, żeby sprawdziła, kim jestem.

Nie usiadła przy schodach na antresolę, licząc, że zostanie zaproszona.

Wyszła.

A ja nadal o niej myślałem.

To było irytujące.

* * *

O drugiej piętnaście przyszedł Dante.

Wszedł do apartamentu po potwierdzeniu tożsamości przy windzie. Nie przyniósł teczki ani dokumentów.

Tylko telefon.

— Znalazłeś? — zapytałem.

— Zależy, czego dokładnie szukałem.

— Nie mam ochoty na twoje poczucie humoru.

— Zauważyłem.

Podszedł do okna.

— Blondynka to Riley Bennett. Rezerwacja była na jej nazwisko.

— Nie pytałem o blondynkę.

— Wiem. Ale bez niej trudniej było ustalić resztę.

Upiłem łyk whisky.

— I?

— Twoja dziewczyna…

— Nie jest moją dziewczyną.

— Oczywiście.

Dante nawet nie próbował ukryć rozbawienia.

— Kobieta z klubu — poprawił się. — Nie należy do żadnej rodziny, którą znamy. Nie figuruje na listach gości naszych innych lokali. Nigdy wcześniej nie pojawiła się w Vesper.

— Skąd ta pewność?

— Bo gdyby się pojawiła, ktoś by ją zapamiętał.

Nie spodobał mi się sposób, w jaki to powiedział.

Zauważył.

Naturalnie.

— Nie patrz tak na mnie — rzucił. — To obserwacja.

— Trzymaj je dla siebie.

— Widzę, że wieczór zrobił się ciekawszy.

Odstawiłem szklankę.

— Powiedz mi jej imię.

Dante spojrzał na ekran.

Przez moment miałem ochotę wyrwać mu telefon.

Absurdalna reakcja.

Nie znałem tej kobiety.

Nie była częścią mojego świata.

Nie powinna była zajmować nawet minuty mojego czasu.

A jednak czekałem.

— Avery — powiedział.

Poczułem, jak coś we mnie nieruchomieje.

Nie z powodu samego imienia.

Z powodu tego, jak łatwo dopasowało się do twarzy, której nie potrafiłem wyrzucić z pamięci.

— Avery Collins — dodał Dante.

Powtórzyłem je w myślach.

Avery.

Brzmiało zbyt łagodnie jak na imię kobiety, która tak szybko zaczęła zajmować moje myśli.

— To wszystko? — zapytał Dante.

Powinienem był odpowiedzieć, że tak.

Powinienem był pozwolić mu wyjść, nalać sobie kolejnego drinka i zapomnieć o kobiecie, która przez kilka minut patrzyła na mnie z drugiego końca klubu.

Powinienem był przypomnieć sobie wszystkie zasady wpajane mi od siedemnastego roku życia.

Nie wpuszczaj nikogo zbyt blisko.

Nie pokazuj, na czym ci zależy.

Nigdy nie pozwól kobiecie mieć nad tobą władzy.

— Jeremi?

Podniosłem wzrok.

— Na dzisiaj wystarczy.

Dante przyjrzał mi się uważnie.

— Dobrze.

Ruszył do wyjścia.

— Dante.

Odwrócił się.

— Tak?

— Jeśli Hollis spróbuje się do niej zbliżyć, chcę o tym wiedzieć.

Przez sekundę nic nie powiedział.

— Myślałem, że to wszystko.

— Zmieniłem zdanie.

— Rozumiem.

Nie rozumiał.

Ja również nie.

Kiedy drzwi się zamknęły, podszedłem do okna.

Nowy Jork rozciągał się przede mną w czerni, szkle i światłach.

Gdzieś pomiędzy nimi mieszkała Avery Collins. Nie miałem jeszcze jej adresu ani nazwiska człowieka, do którego zadzwoniłaby w razie kłopotów.

Nie wiedziała też, że zapamiętałem jej nazwisko.

Powinienem był pozwolić jej pozostać anonimową.

Zamiast tego wypowiedziałem jej imię.

Sprawdzałem jego brzmienie, choć nie potrzebowałem tego, żeby je zapamiętać.

— Avery Collins.

Rozdział 3

Bez pozwolenia

AVERY

Piątkowy poranek smakował jak zimna kawa, za mało snu i konsekwencje decyzji, których wcale nie uważałam za swoje.

Otworzyłam oczy kilka sekund przed budzikiem. Telefon leżał pod poduszką, chociaż byłam pewna, że zostawiłam go na szafce. Ekran pokazywał siódmą dwadzieścia trzy i cztery wiadomości.

Żadna nie pochodziła od mężczyzny z antresoli.

Nie powinnam była odczuwać ulgi.

Nie powinnam też czuć tego dziwnego ukłucia rozczarowania, które pojawiło się zaraz po niej.

RILEY: Żyjesz? Jestem w kuchni. Nie każ mi sprawdzać pulsu.

NOAH: Whitman przesunął konsultacje na jedenastą. Uratowałem ci miejsce.

Odrzuciłam kołdrę i usiadłam. Obraz mężczyzny stojącego przy szklanej balustradzie wrócił z irytującą wyrazistością. Ciemna koszula. Spokojna twarz. Spojrzenie, które nie pytało o pozwolenie, a mimo to nie zbliżył się do mnie ani o krok.

Może właśnie dlatego nie potrafiłam przestać o nim myśleć. On tylko patrzył, a potem ochroniarz znał moje nazwisko.

W kuchni Riley siedziała przy stole w mojej bluzie i jadła płatki prosto z garnka.

— Mamy miski — zauważyłam.

— Mamy też przyjaciółkę, która wróciła z klubu, nie spała pół nocy, a po przebudzeniu od razu sprawdziła telefon.

Sięgnęłam po kawę.

— Ludzie zwykle sprawdzają telefony rano.

— Nie tak, jakby liczyli na wiadomość od tajemniczego faceta z antresoli.

— Analizuję tylko sytuację. Ktoś kazał ochronie wyrzucić mężczyznę, który mnie zaczepiał.

— Czyli zrobił coś właściwego.

Oparłam biodro o szafkę.

— Właściwe rzeczy też można robić z niewłaściwych powodów.

Riley przyjrzała mi się ponad garnkiem.

— To najbardziej romantyczne zdanie, jakie od ciebie usłyszałam.

Rzuciłam w nią papierowym ręcznikiem i napiłam się kawy. Była zbyt gorzka. Dokładnie taka, jakiej potrzebowałam.

* * *

W pracowni pachniało klejem, tekturą i desperacją studentów, którzy uwierzyli, że trzy godziny snu są rozsądną ceną za idealną makietę.

Noah siedział przy naszym stole, pochylony nad planem. Kiedy mnie zobaczył, przesunął w moją stronę papierowy kubek.

— Podwójne espresso. Wyglądasz, jakbyś walczyła z nocą i noc wygrała.

— Było blisko remisu.

Zdjęłam kurtkę i usiadłam obok niego. Noah poprawił fragment makiety, który odkleił się przy krawędzi.

— Jak Vesper?

— Głośno. Drogo. Zdecydowanie nie dla mnie.

— Riley twierdzi inaczej.

Spojrzałam na niego.

— Pisałeś z Riley?

— Zapytałem, czy bezpiecznie wróciłyście. Odpisała, że tak, a potem wysłała trzy emotikony oczu i napisała, że ominęło mnie coś interesującego.

— Riley uważa za interesujące wszystko, co może później opowiadać przy winie.

— Tym razem chodziło o mężczyznę?

Zbyt długo ustawiałam linijkę przy krawędzi projektu.

— Nie poznałam żadnego mężczyzny.

To była prawda.

Nie znałam nawet jego imienia.

Noah obserwował mnie przez chwilę, ale nie naciskał. Właśnie to w nim lubiłam. Potrafił zauważyć granicę i nie traktował jej jak wyzwania.

— W takim razie — powiedział — nadal mogę liczyć na kawę po konsultacjach?

— Dzisiaj pracuję.

— Jutro?

— Zobaczymy.

Uśmiechnął się.

— Przyjmuję to jako połowę sukcesu.

Powinnam była skupić się na nim. Na człowieku, który siedział obok, przyniósł mi kawę i znał mnie wystarczająco długo, by wiedzieć, kiedy zmienić temat.

Zamiast tego pomyślałam o kimś, kto poprzedniego wieczoru patrzył na mnie tak, jakby żadna granica nie była ostateczna.

* * *

O siedemnastej trzydzieści deszcz rozmazywał SoHo za szybami Paper Moon.

Pani Ellis układała rachunki na zapleczu, a ja wycierałam stoliki i próbowałam przekonać ekspres do kawy, że jeszcze nie nadszedł jego czas, żeby umrzeć. W kawiarni zostały dwie osoby. Dziewczyna z laptopem i starszy mężczyzna czytający gazetę, jakby internet był chwilową modą.

Dzwonek nad drzwiami zabrzmiał kilka minut później.

— Zamykamy za pół godziny — powiedziałam, nie podnosząc głowy.

— Wystarczy.

Głos był niski i spokojny. Podniosłam głowę.

Znieruchomiałam z dłonią zaciśniętą na ścierce.

Stał przy drzwiach w ciemnym płaszczu, pod którym widziałam grafitowy garnitur i czarną koszulę. Bez krawata. W świetle kawiarni wyglądał inaczej niż w Vesper. Wyraźniej. Bardziej realnie.

I znacznie groźniej.

Nie przez broń, blizny ani cokolwiek, co mogłabym wskazać palcem. Przez spokój człowieka, który wchodził do obcego miejsca tak, jakby nigdy nie musiał pytać, czy wolno mu zostać.

Jego wzrok zatrzymał się na mojej twarzy.

— Avery Collins.

— Zaczynam odnosić wrażenie, że w twoim otoczeniu wszyscy znają moje nazwisko.

Kącik jego ust drgnął.

— W moim otoczeniu ludzie starają się pamiętać rzeczy, które zwracają moją uwagę.

— To miało zabrzmieć jak komplement?

— Nie potrzebuję, żeby tak zabrzmiało.

Położyłam ścierkę na blacie.

— Zgubiłeś coś wczoraj w klubie?

— Ciebie.

Serce uderzyło mocniej, zanim zdążyłam przypomnieć mu, że nie ma prawa reagować na jedno zdanie wypowiedziane przez nieznajomego.

— Nie można zgubić kogoś, kogo się nie miało.

Tym razem uśmiechnął się naprawdę. Ledwie zauważalnie, ale wystarczająco, żeby jego twarz straciła odrobinę chłodu.

— To zależy od tego, jak definiujesz posiadanie.

— W sposób, który z pewnością ci się nie spodoba.

Podszedł do lady. Nie spieszył się. Przy każdym kroku miałam czas, żeby odsunąć się, zawołać panią Ellis albo po prostu zakończyć rozmowę.

Nie zrobiłam żadnej z tych rzeczy.

Zatrzymał się po drugiej stronie blatu.

— Jeremi Moretti.

Jego imię pasowało do niego zbyt dobrze. Twarde na początku, spokojniejsze na końcu. Nazwisko również brzmiało znajomo, choć nie potrafiłam powiedzieć dlaczego.

— Teraz oficjalnie przestaliśmy być nieznajomymi? — zapytałam.

— Nie. Ale jesteśmy bliżej.

— Czego się napijesz?

— Czarnej kawy.

— Bez cukru?

— Bez cukru. I bez mleka.

— Żadnych ustępstw? To wyjaśnia klub.

Uniósł brew.

Odwróciłam się do ekspresu, bardziej po to, żeby przerwać kontakt wzrokowy, niż przygotować zamówienie. Czułam jego spojrzenie pomiędzy łopatkami.

— Vesper należy do ciebie? — zapytałam.

— Do mojej rodziny.

— Czyli to ty kazałeś wyrzucić tamtego mężczyznę.

Nie udawał, że nie rozumie.

— Tak.

— Ochrona mogła zareagować bez twojego polecenia.

— Mogła.

— A jednak je wydałeś.

— Dotknął cię, kiedy powiedziałaś mu, żeby tego nie robił.

Postawiłam filiżankę na spodku odrobinę zbyt mocno.

— Potrafię o siebie zadbać.

— Wiem.

Ta odpowiedź zaskoczyła mnie bardziej niż sprzeciw.

Jeremi sięgnął po filiżankę, ale nie wypił.

— Nie potrzebowałaś, żeby ktoś cię ratował — dodał. — Potrzebowałaś, żeby człowiek, który nie rozumie słowa „nie”, zniknął z twojej drogi. Zniknął.

— Zawsze rozwiązujesz problemy za ludzi bez pytania?

— Tylko te, które pojawiają się w moich lokalach.

— Wygodna odpowiedź.

— Prawdziwa.

Przyglądałam mu się, próbując zdecydować, czy jego bezpośredniość mnie uspokaja, czy powinna niepokoić jeszcze bardziej.

— Skąd wiedziałeś, że tutaj pracuję?

Jeremi uniósł filiżankę do ust.

— Nowy Jork bywa mniejszy, niż się wydaje.

— To nie jest odpowiedź.

— To jedyna, którą dzisiaj dostaniesz.

Pierwsza czerwona lampka zapaliła się gdzieś z tyłu mojej głowy.

Nie była jeszcze alarmem.

Raczej krótkim błyskiem, który łatwo zignorować, kiedy ktoś patrzy na ciebie tak jak on.

— W takim razie kawa kosztuje cztery dolary — powiedziałam.

Wyjął portfel.

— Tylko cztery?

— Nie wszyscy próbują wyceniać ciszę, światło i poczucie ważności.

Podał mi banknot dwudziestodolarowy.