Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ludzie którzy walczą o każdy oddech, zapominają o smutku. Smutni ludzie, zapominają o oddychaniu.
Co by było, gdyby można było oglądać Boga naturalnymi oczami? Co by było, gdyby Bóg chodził po mieście w dresach i pił kakao? Co by się działo, gdyby śmiertelnicy mogli zobaczyć demony i anioły w pełnym rynsztunku bojowym albo podczas bitwy?
Tina ma szesnaście lat i chce żyć. Pogrążona w smutku i rozpaczy, nie zauważa demonicznej armii szykującej się do walki w salonie jej rodziców. Chociaż powołaniem Tiny jest widzieć, nie dostrzega ducha śmierci, który czai się w ciszy. Ostatnim tchnieniem Tina woła o pomoc, a Bóg odpowiada.
Demony stadami spadają z nieba po to, by zetrzeć się z aniołami, nie tylko na terenie Głogowa, ale przede wszystkim w jej sercu. Samotność Tiny walczy z miłością przyjaciół, a odrzucenie z akceptacją. Potyczka przemienia się w bitwę, batalia w regularną wojnę.
Niepodjęte decyzje pchają Tinę na most, gdzie zawieszona nad nurtami Odry, pomiedzy starodawnymi fortyfikacjami i blaskiem miasta, po raz kolejny stawia czoło śmierci. Tym razem stawki są wyższe. Wokół niej zebrali się ludzie, jej ludzie, których pragnie chronić.
W kolejnym starciu ze śmiercią Tina wykorzystuje swój dar. Tylko czy to już koniec? Czy można pokonać diabła raz na zawsze i żyć długo i szczęśliwie? Czy przeżyć znaczy żyć w pełni?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 631
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Mroczne zmagania
Justyna Tyczyńska
projekt okładki: Jan Paluch
skład i przygotowanie e-booka: Gabriel Wyględacz | studio akapit
redakcja i korekta: Aleksandra Adamczewska
isbn 978-83-976054-1-1
Wydawnictwo „Początek”
tel. 601552328
e-mail:[email protected]
Wydanie I, 2025
Książka jest dziełem fikcji literackiej. Wszelkie podobieństwo
do rzeczywistych osób i wydarzeń jest całkowicie przypadkowe.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji
nie może być kopiowana, reprodukowana ani rozpowszechniana
w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody autora, z wyjątkiem
cytatów użytych w recenzjach i materiałach promocyjnych.
Dla Marii, od której wszystko się zaczęło.
Dla Oli, dzięki której wszystko się domknęło.
Śmierć czekała na Tinę, a Tina czekała na śmierć. Nikt nie czekał na Boga. Pomimo to – byłem.
Nic nie zakłócało cichego słonecznego popołudnia. Był to jeden z tych ciepłych, leniwych dni późnej wiosny. W tym roku wszystko bardzo powoli budziło się do życia. Nie było eksplozji kolorów ani zapachów. Błoto po ostatnich deszczach mieszało się z zielonymi listkami wypuszczonymi przez osiedlową roślinność. Za oknami blokowiska słychać było jedynie poszczekiwania zniecierpliwionych psów. Płacz niemowlaka zagłuszał skrzekliwie rozmawiających emerytów idących do pobliskiego sklepiku.
Tina siedziała sama. W mieszkaniu przy ulicy Neptuna oprócz nastolatki nie było nikogo. Przynajmniej tak jej się wydawało.
Demony rozsiadły się wygodnie w jej pokoju. Ja też byłem blisko.
Choć nie zdawała sobie z tego sprawy, kolejne oddziały dobrych duchów lądowały na niewielkim chodniku przed blokiem. Sukcesywnie wchodzili do mieszkania. Robiło się tłoczno. Mieszkańcy piekieł wrogo patrzyli na tych jaśniejących. Atmosfera była napięta.
Dziewczyna leniwie przeczesała proste szarobrązowe włosy. Spięła je gumką recepturką. Uwielbiała momenty takie jak ten. Cisza przed burzą dawała jej nadzieję. Stała zapatrzona w okno.
Samotność nie wydaje żadnych dźwięków… – pomyślała. Może tym razem pojawią się na horyzoncie ciemne chmury? Chciałabym usłyszeć grzmoty, może nawet zobaczyć pioruny. Tak, jakieś potężne błyskawice… Cokolwiek? Boszzzzeeeee, cokolwiek?!?!
Przez chwilę zachłysnęła się myślą o zmianie, by następnie zaakceptować fakt, że nic się nie wydarzy. Nic się nie poruszy.
Przeszła do kuchni. Postawiła wodę na kuchence.
– Dzień, jak się zaczął, tak się skończy… milczeniem. Nikt mnie nie uratuje… – powiedziała do siebie.
Nie czekając na wynik pojedynku czajnika z gazem, poszła do łóżka i zawinęła się w kołdrę.
Jeszcze nie tak dawno temu Tina miała nadzieję, że jest w stanie sprowokować nad sobą jakieś gwałtowne zjawiska atmosferyczne. Kłamała, by wymusić reakcję świata. Na początku troszeczkę: odrobinkę niedopowiedzenia zatapiała w naginaniu prawdy. Nic. Później kłamała otwarcie, patrząc prosto w oczy. Nic. Nikt nie zauważył. Może nie chciał. Była niewidzialna. Z czasem coraz bardziej świadomie zaczęła uciekać. Trochę w książki, które kochała bez wzajemności, trochę w ciszę. Najczęściej zaś uciekała w marzenia. Miała wrażenie, że unosi się w czasie na spokojnej tafli wody.
Zasnęła. Obudził ją żałosny dźwięk umierającego czajnika. Dochodziło południe, poczuła głód. Wróciła do kuchni i leniwie ogarnęła czajnik. Ogień ponownie dla niej zatańczył.
Pustka. Odrętwienie zaczęło opanowywać ją od środka. Znała ten stan. Kiedyś umiała mu się opierać. Teraz już nie. Nie chciało jej się.
– Jakie to właściwie ma znaczenie… Jakie to wszystko ma znaczenie? – zapytała. – Ludzie i tak ode mnie odejdą. Zawsze odchodzą. Lepiej, jeśli ja pierwsza…
Jej serce zaczęło mocno krwawić. Ciepła, czerwona ciecz wlewała się gdzieś głęboko do środka. Otaczała wszystkie narządy. Tina nic nie czuła.
Na stole znalazła opakowanie supermarketowych pierogów. Miała je wczoraj schować do lodówki. Zapomniała. Cóż. Wysypała je na patelnię. Znalazła czysty widelec. Zjadła niewiele.
Przez chwilę snuła się po domu beznamiętnym krokiem. Usiadła w najbardziej nasłonecznionym pokoju. Liczyła na to, że światło dnia rozproszy jej mrok.
Pokój, szumnie nazywany salonem, był tak naprawdę tylko „pokojem stołowym”, jak mawiano w latach osiemdziesiątych. Wszystko wokół miało głęboko zamierzchły wystrój. Trwało stabilnie, jak w skansenie, codziennie konserwowane nową warstwą kurzu i fragmentami czterech skrajnie oddzielonych od siebie egzystencji.
Mama Tiny od dawna wolnym, ale stanowczym krokiem zmierzała w kierunku depresji. Ostatnie miesiące stanowiły apogeum rozkwitu choroby. Jeden z braci uciekał w świat przypadkowych ludzi, przygody i alkohol. Drugi po prostu uciekł. Byli daleko.
Dziewczyna usiadła na podłodze. Pomieszczenie skąpane było w słońcu. Łapała je w dłonie. Pozwalała mu całować się po szyi. Otuliła się nim jak kocem. Położyła się na dywanie. Wsłuchiwała się w mruczący do niej kosmos.
Ja… usiadłem obok. Próbowałem ją ukołysać, pomóc.
Wiesz, w byciu Bogiem wiele rzeczy jest trudnych. Ludzie myślą, że jestem niewzruszonym starcem siedzącym na tronie. Można o mnie powiedzieć wiele, ale przesiadywanie w jednym miejscu nie jest tym, co robię najczęściej. Przeważnie uganiam się za dzieciakami takimi jak Tina. Tym razem wody, na których unosiła się ta mała dzikuska, miały zostać wzburzone. Chciałbym, żeby nie musiała przez to przechodzić. Zrobiło mi się smutno. Przysunęła się. Nie patrzyła na mnie. Wiem, że czuła moją obecność. Może nawet… miłość? Zrobiłbym wszystko, żeby nie musiała przez to przechodzić.
Ja, Boży Duch, sprowadziłem wojsko. Bitwa miała się odbyć w mieszkaniu o powierzchni około sześćdziesięciu pięciu metrów kwadratowych. Zasadniczo, dla rzeczywistości duchowej, materia nie stanowi żadnej przeszkody. Wróg nie ma zbyt dużej siły przebicia, dlatego zazwyczaj w momentach kryzysowych posługuje się krzesłami, szafami albo innym drobnym sprzętem. Chodzi o to, żeby narobić bałaganu, przerazić człowieka.
Dowództwo objął archanioł Michał1. Miał przy sobie dwunastu najlepszych żołnierzy, każdy ze swoim małym oddziałem. Przegrupowali się. Ustawili w szyk bojowy. Zrobili skromne przemeblowanie, żeby ograniczyć efekty specjalne. Szeptałem Tinie do ucha wszystkie błogosławieństwa, jakie dla niej miałem, a ona zasnęła.
Rozbłysk jasnego światła, Akshay2, pojawił się w tym lśnieniu.
Zaczęło się – pomyślałem.
Jego imię znaczy „nieśmiertelny”. To powinno wystarczyć za cały opis Ducha Śmierci. Chociaż dla zachodniego świata brzmi tajemniczo i nowocześnie, wiąże się z nim smutna historia. Bo wiesz, wszyscy aniołowie są nieśmiertelni. Akshay jest jednym z miriady. Próbowałem go ukryć przed ludźmi, schować nawet przed złymi duchami. Naprawdę najlepiej byłoby, gdyby nikt nie wiedział o jego istnieniu… Ale stało się. Teraz on stara się zostawić po sobie ślad, jest showmanem.
W książkach opisuje się Śmierć jako starą babę, kościotrupa w kapturze albo przystojniaka w eleganckich ciuchach. W realu jest wszystkim naraz. Istoty duchowe mogą przybierać różne formy, bo materia ich nie blokuje. A tak… już to mówiłem. Wszystkie duchy w chwili buntu straciły własny głos. Same nie mogą wypowiedzieć nawet słowa tak, żeby zostało ono usłyszane. To ciało człowieka określa ich tożsamość, a jego wola – ich moc. Demony nie tworzą, tylko kopiują.
Akshay jest bardzo dobrym aktorem. Ma ogromne doświadczenie. Lubi wpisywać się w modę epoki. Jeśli jest czas, żeby się go bano, lata po osiedlu z kosą. Jeśli jest czas, żeby go podziwiano, przedstawia się jako amant we włoskim garniturze. Tu, w Głogowie, Duch Śmierci zazwyczaj przychodzi w dresach. Ma modną fryzurę, drogie zegarki i łańcuch na szyi.
Tego dnia towarzyszył mu wyjątkowo podły nastrój.
– Cienias wziął ze sobą jedynie eskortę. Dwunastu przybocznych i ich oddziały – meldował Michał niemal automatycznie.
Jestem Bogiem, wiem. Naprawdę nie musiał tego robić. Myślę, że on po prostu lubi być blisko. Poza generałami i oficerami wyższej rangi wszyscy aniołowie trzymają się raczej na dystans. Mówią, że strasznie jest wpaść w ręce Boga Żywego.
Duch Śmierci jest dla ludzi śmiertelnie niebezpieczny. Moim żołnierzom raczej nie zrobi trwałej krzywdy. Jego stwory są doskonale wyszkolone. Każdy może położyć trupem całą armię śmiertelników. Wszyscy wiedzą jednak, że przy oddziałach Michała to cieniasy.
Generał klęknął przy mnie. Rozejrzał się subtelnie, jakby mimochodem, i popatrzył w sufit.
– Tak, zgadzam się – powiedziałem cicho. – Jest ich więcej. Ukrył wojowników. Znowu chce zrobić teatralne wejście. Wie, kim jest dla mnie ta dziewczyna.
Archanioł wstał i przygotował żołnierzy na nowy wariant bitwy. Podwładni Śmierci drgnęli nerwowo. Nikt nie zmienił pozycji. Wiedzieli. My wiedzieliśmy. Nadszedł czas. Akshay zbliżył się do Tiny.
– Mam prawo do niej mówić. – Położył dłoń na jej szyi. – Nie jest twoja.
–Jest moja i zawsze będzie moja. Ja ją stworzyłem. Ja dałem jej życie.
– Też mi przysługa… A ja Tinie je odbiorę, ważniaku. Prawo mówi, że karą za grzech jest Śmierć. Jestem jej przeznaczeniem. Tina jest moja!
– Jest moim dzieckiem…
– Ona cię nie chce. Odrzuciła cię. Ma gdzieś twoją śliczną miłość, ofiarę i całą tą naiwną gadkę. Czego ty nie rozumiesz, chłopie? Nie chce być niewidzialna. Chce wyjść na scenę. Ja jej to dam.
– Bo jesteś taki dobry? – Okej, po tylu tysiącleciach nadal trochę się nad nim użalam.
– Bo mogę. Przynajmniej coś dla niej zrobię. A ty? Co ty dla niej zrobiłeś?
Jezus stanął przy mnie. Pokazał mu swoje dłonie. Duch Śmierci był przerażony. One są dowodem na to, że Bóg zawsze walczy do końca.
Dziewczyna zaczęła się budzić. Akshay położył obie ręce na jej szyi. Nie zaciskał, tylko położył. Dla szesnastolatki ciężar zbliżającego się końca był nie do udźwignięcia. Zaczęła się dusić.
Patrzyłem prosto w jego ogniste oczy. Nie mógł znieść tego spojrzenia. Odwrócił głowę.
Pochylił się nad Tiną. Szeptał słodko do jej ucha. Jego głos diametralnie się zmienił. Był miły, przyjazny i głęboki. Mówił wolno, jak aktor czytający romanse na storytelu.
– Kochanie, już czas. Nie ma sensu tego ciągnąć. To i tak nie ma znaczenia. Nikt cię nie widzi. Nikt cię nie kocha. Nikt nie zauważy, a ty przestaniesz cierpieć. Nie poczujesz nic. I tak już zostanie. Tęsknisz za tatą, wiem, wiem. On nie wróci. Zabrałem go tam, gdzie będziesz ty. Do nicości…
Któryś z młodszych wojowników Michała nie wytrzymał tych bzdur i przydzwonił w hełm wroga rękojeścią miecza. Początkowe zamieszanie przerodziło się w przepychankę gdzieś na lewej flance. Zrobiło się głośno. Dźwięk stali uderzającej o stal mieszał się z okrzykami żołnierzy.
Po chwili przybyły posiłki Akshaya. Kolejne dziesięć oddziałów.
– Możesz wyskoczyć. – Akshay nadal klęczał przy dziewczynie. – W twoim pokoju jest otwarte okno. To nietrudne. – Starał się być opanowany, chociaż zamieszanie, które nie było zgodne z jego autorską wizją, działało mu na nerwy jak diabli.
– Nie… – jęknęła Tina. – W jej głowie pojawiły się obrazy. Lot. Upadek. Krew. Ludzie. Światła karetki. – Nie, nie…
Przeszył ją strach. Frygt3 pojawił się przed kilkunastoma sekundami i od razu wbił jej sztylet pod żebra. Akshay się wściekł. Dla Śmierci każde przejście między światami to przedstawienie. Chciał wprowadzić ją w letarg. Uśpić czujność, a potem delikatnie pchnąć w kierunku piekła. Strach, mały wredny potwór, uczepił się jej ciała. Wyglądał jak skrzyżowanie buldoga, jeża i suma. Tak, tak – suma, takiej ryby. Zamiast rąk miał macki zbliżone kształtem do odnóży ośmiornicy. Frygt nie słuchał żadnego głosu rozsądku. Nawet rozsądnie brzmiącej Śmierci.
– W łazience są tabletki. Tina, nie bój się. Spokojnie – szepnął Akshay. – Jestem przy tobie. Tinuś, pomogę ci.
Dziewczyną wstrząsnęła jej własna wyobraźnia. Położył łapę na jej czole. W głowie młodej pojawił się film, w którym panował spokój. Wstawała z podłogi lekka, niczym baletnica. Z nieziemską gracją szła do łazienki. Chociaż na co dzień to pomieszczenie irytowało ją swoim zaniedbaniem, w tej wizji wydało jej się piękne. Akshay zapanował nad nią. Nad jej wolą. Nad jej głosem. W obrazach w swojej głowie Tina sięgała po apteczkę, wysypywała z fiolki antydepresanty matki.
Obserwowałem to. Chciałem wyłapać jakąś lukę, przestrzeń, w którą mógłbym się wbić i wszystko mu zepsuć. Tina poruszyła się niespokojnie. Bezwiednie złapała mnie za rękę. Dokładnie tak, jak przestraszone dziecko łapie matkę, która je chroni. Nasze dłonie się splotły. Wtedy zrozumiałem błąd Anioła Śmierci. Zapomniał o jej ciele.
Łzy wdzięczności falami obmyły moje policzki. Wołały do mnie wszystkie komórki i tkanki, narządy i ich układy. Jakimś cudem Śmierć zapomniała o chemiczno biologicznej istocie dziewczyny. Zazwyczaj ciało poddaje się demonom jako pierwsze. Tym razem Akshay działał pod presją, w hałasie i dlatego popełnił głupi błąd. Był tak pewny zwycięstwa, skoncentrowany na pokonaniu mnie, że olał podstawową zasadę opętania.
Dotknąłem jej brzucha. Dziewczyna nadal tkwiła zawieszona pomiędzy życiem a śmiercią; między mną a nim. Kiedy nastolatka w swojej wizji połykała lekarstwa, prawdziwą Tinę przeszywały skurcze żołądka. Film w jej głowie nie był prawdziwy. Nudności – owszem.
Usiadła, szybko łapiąc oddech. Zwymiotowała. Odzyskiwała wolę i głos. Wracała. Przez kilka sekund widziała rzeczywistość taką, jaka jest. Zobaczyła Michała ranionego w rękę przez jakieś dwa szczuropodobne obleśne demony. Śaka4 zaatakował mojego generała od tyłu. Krew.
Przetarła oczy. Nic, pusty pokój. Po chwili znów zobaczyła urywek walki. Aniołowie i demony zwarci w śmiertelnym uścisku. Broń ostra, obosieczna. Krew.
Zakręciło jej się w głowie. Położyła się z powrotem na dywanie.
– Co się dzieje? Boże, czy ja wariuję? – jęknęła.
Złe duchy, te silniejsze, odważniejsze albo po prostu durniejsze, próbowały podejść na tyle blisko, żeby zasłonić jej oczy. Chciałem, żeby zobaczyła. Widzenie rzeczywistości duchowej stanie się w przyszłości jej główną mocą. Jeśli wytrwa… W tym momencie tylko prawda – doświadczona, przeżyta czy zobaczona – mogła dać jej siłę do walki. Tylko prawda. Chciałem, żeby zobaczyła wszystkie demony, które jej rodzice i ona sama wpuścili do tego małego mieszkania. Byłem pewny, że jeśli przejrzy na oczy, uwierzy. Gdy zrozumie, jak bardzo to, co czuje i myśli, jest owocem usilnych starań osobowego, wyrachowanego kłamstwa, wyswobodzi się spod jego mocy.
Bo widzisz, Mensogi5 zjawił się, gdy jeszcze była ukryta w łonie swojej mamy. Planował. Knuł. Intrygował przez całe jej dzieciństwo. Wszystko dla tego momentu. Dla tej chwili, by słowa wypowiadane przez Akshaya padły na żyzny grunt.
– Tinuś, nie powiem, że wszystko jest w porządku. To, co widziałaś, to twoje życie. Prawdziwe – powiedziałem. – Otwórz oczy. Nie wstawaj. Widzisz? Jestem.
Patrzyliśmy na siebie. Dla mnie to najsłodszy moment. Jestem wieczny. Jestem Bogiem. Zawsze jestem. Zawsze przy człowieku. Rzadko mogę popatrzeć komuś w oczy. Większość ludzi przeraża aż taka intymność z Jezusem.
Tina poruszyła się niespokojnie.
–Cichutko. To wokół to duchowa bitwa. Cały niefizyczny świat walczy o twoją duszę. To walka w niebie o twoje życie. Ci groźni żołnierze, fakt, są tylko trochę ładniejsi od demonów, ale to dlatego, że szpecą ich rany doznane podczas walki. Również w tej bitwie. Piekło jest jeszcze większym bólem. Tam naprawdę jesteś niewidzialna. Póki masz życie, mogę z tobą być. Widzę cię. Zawsze cię widziałem. Zawsze byłaś moja. Nie odchodź, proszę… Daj im moc. Twoja wola daje aniołom moc.
– Boże… – szepnęła, a całe niebo ucichło. – Boże, nie wiem, czy jesteś… Nie wiem, kim jesteś, ale jeśli jesteś, uratuj mnie…
Stało się. Jest taki moment, kiedy niebo milknie. Zaraz potem robi się straszny hałas, ale przez krótką chwilę wszyscy są cicho. Powiem ci w sekrecie, dlaczego tak się dzieje.
Przypomina to formowanie się burzy: masy wilgotnego i ciepłego powietrza wciągane są w centrum tego zjawiska, unoszą się na duże wysokości, tam się schładzają i skraplają, tworząc wysokie chmury. Na obrzeżach burzy osuszone powietrze opada do niższych warstw atmosfery o wyższym ciśnieniu. To sprawia, że powietrze się ogrzewa. Ciepłe i suche jest bardziej stabilne, dlatego tworzy pokrywę blokującą ruch innych mas powietrza. W ten sposób powstaje zjawisko znane jako „cisza przed burzą”.
Podobnie modlitwy świętych kumulują się, unoszą i wirują, by w końcu stworzyć Obłok Chwały. Ja jestem w tej chmurze. Atmosfera rozgrzewa się do granic możliwości. Tam są moi żołnierze. Czekają. Ten moment, gdy obłok jest gęsty, atmosfera rozgrzana, a armia gotowa… Ta krótka chwila, kiedy moi wieczni wojownicy tworzą blokadę przed innymi, ciemnymi masami, jest przeznaczona dla człowieka. By głos Tiny był usłyszany. By zabrzmiał jak wyrok ponad zastępami piekielnymi.
Ten krótki moment pomiędzy jej wołaniem a moją odpowiedzią to właśnie najgłębszy zachwyt wszechświata. Całe niebo i całe piekło widzą, co się zaraz wydarzy. Znają serce Ojca, który nie zawahał się zrobić wszystkiego, by odpowiedzieć na to wołanie. Ta cisza pojawia się też na ziemi. Armia Lucyfera6 jest przerażona. Mensogi i Akshay tracą głos, tożsamość i moc. Tym jednym zdaniem Tina odebrała im zwycięstwo.
– Boże, nie zostawiaj mnie. Proszę, tak bardzo boję się być sama…
Zasnęła w pozycji embrionalnej w moich ramionach. Babestu7, jeden z moich pomocników, przyniósł koc. Czuwałem nad nią, a wokół nas rozpętała się prawdziwa burza. Dokładnie ta, na którą od tak dawna czekała. Wściekły Akshay wył jak ranny dinozaur. On naprawdę uwielbia robić dramy. Wojska dobrej i złej strony zwarły się ze sobą. Koniec został przesądzony prawem. Wygraliśmy. Demony nigdy się nie poddają, dopóki ktoś porządnie nie skopie im tyłków.
Loto Lorea8 jest drobny, szybki i szalony. Uzbrojony w skórzany pas, w którym ukrył dziesiątki małych sztyletów, rzucił się na generałów Śmierci. Akshay ulotnił się tak szybko, jak się pojawił. Loto położył dwóch, zanim tamci zorientowali się, że to już. Odskoczył na bok. Klęknął na jedno kolano i rozpoczął serię rzutów. Nie patrzył nawet, czy trafia, czy tamci uciekają. Demony są dość ociężałe w myśleniu. Atak przez zaskoczenie zawsze jest najlepszą taktyką.
Po prawej stronie anioła stali Lawin9 i Agila10 – wielkie groźne typy. Zwinni jak tygrysy, silni jak tury. Natychmiast rzuciło się na nich kilka demonów. Ani Thlipsi11, ani Biṣaṇnatā12 nie mogły sobie z nimi poradzić. Lawin zrobił flyingelbow, czyliatak łokciem. Odbił się od cielska ranionego demona, wyskoczył i w trakcie opadania walnął drugiego. Agila chwycił nogę leżącego na plecach przeciwnika, umieścił jego kolano przed jedną ze swoich nóg, następnie ustawił goleń przeciwnika za kolanem drugiej nogi, skoczył i upadając, uderzył nogą przeciwnika o podłogę.
Po lewej stronie Loto stał Siga13. Wysoki, przystojny jak na wojownika. Wymyśliłem go jako mocnego, miotającego wiecznym ogniem stratega. Okazało się, że uczy się niesamowicie szybko. Od razu urósł do rangi generała. Siga wyciągnął swój kołczan i osłaniał naszych z lekkiego wzniesienia.
Kiedy padło sześciu dowódców diabelskich, a ich przywódca zmył się z artystycznym PUFF, w szeregach wroga zapanował totalny chaos. Co jakiś czas jeden z oficerów odzyskiwał kontrolę. Szczególnie ci od generała Mokemoke14 i jego oficera operacyjnego Nakarā15 mieli jakieś przedziwne parcie na cel. Może Akshay obiecał im premię… Thlipsi i Biṣaṇnatā zmienili taktykę. Próbowali uderzyć z powietrza. Nie utrzymali się długo. Oddziały Laty16 rozproszyły się, podobnie jak te od Bijes17. Inne drużyny zostały pobite. Do wieczora było już po sprawie.
Kiedy Tina się obudziła, na dworze szarzało. Totalnie skołowana poszła do swojego pokoju. Rzuciła się na łóżko i ponownie zasnęła.
1Michał (hebr.) – któż jest jak Bóg.
2Akshay (ind.) – nieśmiertelny.
3Frygt (węg.) – strach.
4Śaka (pendż.) – zwątpienie.
5Mensogi (esper.) – kłamstwo.
6Lucyfer (łac.) – niosący światło.
7Babestu (bask.) – zabezpieczenie.
8Loto Lorea (bask.) – kwiat lotosu.
9Lawin (filip.) – jastrząb.
10Agila (filip.) – orzeł.
11Thlipsi (gr.) – smutek.
12Biṣaṇnatā (beng.) – depresja.
13Siga (filip.) – płomień.
14Mokemoke (maor.) – samotność.
15Nakarā (marath.) – odrzucenie.
16Lat (hin.) – uzależnienie.
17Bijes (bośn.) – wściekłość.
Pierwszego ranka po demonicznych zmaganiach w salonie rodzinnego domu, Tina wstała i jak gdyby nigdy nic ubrała się i poszła do szkoły. Siedziała zamknięta w domu od wielu tygodni. Teraz, bez Biṣaṇnaty w sercu, szła szybkim krokiem. Nie myślała za dużo. Frygt nadal był blisko.
Stanęła przed okazałym budynkiem mieszczącym ogromną podstawówkę i liceum. Wielka, żywa i dzika jednostka edukacyjna budziła w dziewczynie uczucia, których nie chciała nazywać. Wzięła głęboki oddech.
Okej, Boże, pokaż mi, jak ma to wyglądać – pomyślała i przekroczyła próg liceum. Podałem jej rękę. Razem weszliśmy na trzecie piętro budynku. Na miejscu znajomi przywitali ją chóralnym:
– Wooow!
– Dobra, dobra, dajcie jej spokój. – Anka błyskawicznie znalazła się przy dziewczynie. – Tinuś, zadam pytanie raz. Jak nie chcesz, to nie odpowiadaj. Ale chciej!
– No?
– Żyjesz? Gdzie byłaś, jak cię nie było? Wróciłaś?
– To już trzy pytania. No właśnie, jak długo mnie nie było?
– Ty mi tu nie mydl oczu! Pytaniem na pytanie to my, a nie nas.
– No dobrze, a więc po kolei… Tak, żyję. Byłam w domu. Tak, wróciłam.
– Cieszę się, jak nie wiem co. Nie było cię pięć tygodni. To twój rekord. – Anka objęła przyjaciółkę i zaprowadziła ją pod klasę.
Usiadły na korytarzu, z dala od innych nastolatków.
– Myślisz, że Jolka mnie wyrzuci? – zapytała Tina, wciskając się głębiej w za dużą bluzę.
– Powinna. W tym roku przegięłaś na maksa. Więcej cię nie było w szkole, niż byłaś, a jest kwiecień. Tina, jest źle, nie będę ściemniać. Ale spróbujemy coś załatwić. Wszyscy staną za tobą murem. Wiesz, co powtarza moja mamusia?
– Nie ma sytuacji bez wyjścia – powiedziały równocześnie.
Lubiły te rzadkie momenty prostej radości. Miały po szesnaście lat, powinny cieszyć się życiem i sobą. Bawić każdym dniem. A one walczyły – o przetrwanie, o każdy kolejny oddech. Chwile takie jak ta, momenty żywej przyjaźni, były niczym skarb.
Kacper, przyciągnięty słodkim widokiem, zaczął się do nich teatralnie skradać, jak niedźwiedź do miodku.
– Idź sobie. – Śmiały się, obserwując jego wygłupy.
– Cześć, kochana. Całe tygodnie umierałem z tęsknoty za tobą – powiedział, gdy wreszcie udało mu się usiąść pomiędzy dziewczynami. – Dobrze, że jesteś. Anka była bez ciebie nieznośna. Nikt nie potrafił jej okiełznać.
– Spadaj! – rzuciła wyniośle dziewczyna.
– Tina, w razie kłopotów jesteśmy z tobą – dodał.
Objął ją przyjaźnie. Chudymi palcami uspokajająco głaskał Tinę po ramieniu. Uśmiechał się.
Tinie zakręciło się w głowie. Kiedy ostatni raz ktoś tak na nią patrzył? Kiedy ostatnio poczuła dotyk człowieka na swojej skórze? Nie, nie, nawet nie chodziło o to, że Kacper to chłopak. Tu nie było mowy o niczym damsko-męskim. Kacpi był klasowym klaunem i podrywaczem. Ze swoimi ciemnymi oczami i czarną, kręconą czupryną pozostającą w wiecznym nieładzie był wprawdzie uroczy, ale zachowywał się jak dziecko. Dziś Tina była mu bardzo, ale to bardzo wdzięczna za to, że jest sobą. Lubiła go.
Zadzwonił dzwonek.
Boże, Ty się tym zajmij. Oni są fantastyczni, ale nic nie mogą. Zajmij się tym, proszę – pomyślała.
Kolejny cios wymierzony w piekło. Kolejne zdanie. Tina chciała ratunku, co oznaczało, że go dostanie. Lubię dawać dobre rzeczy moim dzieciom. A dodatkowo uwielbiam łamigłówki.
Spotkałem się z chłopakami na naradę rodzinną. Ustaliliśmy, że dyrekcją i większością nauczycieli zajmiemy się sami. Żabę zostawimy Ance.
Pani dyrektor słynęła z jasnych reguł i wybuchowego charakteru. Za plecami wszyscy mówili o niej po imieniu, ponieważ zawsze dążyła do tego, co dobre dla uczniów. Generalnie uważali ją za jedną ze swoich, dlatego zdetronizowali ją w nazewnictwie. Niewielu jej podopiecznych wiedziało o tym, że czyta Biblię. Przy każdej większej rozkminie przychodziła do mnie po radę. Stosunkowo łatwo było przekonać ją do ułaskawienia Tiny. Z większością nauczycieli było podobnie.
Jedyny problem miałem z Żabą. Biolożka nigdy za mną specjalnie nie przepadała. Teraz postanowiła stanąć okoniem. Kilka tygodni próbowaliśmy po dobroci. W końcu przeszliśmy do bardziej bezpośredniej taktyki – zaplanowaliśmy ogień. Uznaliśmy, że można by upiec na nim kilka pieczeni. D.S. i ja musieliśmy nieco pokombinować, ale udało się. Plan był banalnie prosty. Po pierwsze: czas i miejsce. Po drugie: drewno. Po trzecie: iskra. Po czwarte… no cóż, czy to zabrzmi źle, jeśli powiem, że pieczenią miały być i Anka, i Kaśka, i trzy czwarte klasy 2a? Tak, chyba źle. W takim razie nie będę tego mówił.
Czas i miejsce.
Połowa maja. Tuż przed wystawieniem ocen końcowych. Piątkowy poranek. Lekcja biologii. Liceum Ogólnokształcące nr 6 w Głogowie.
Drewno.
To, które pali się najlepiej, jest suche. Smutek, depresja, izolacja, odrzucenie, zdrada, zaniedbanie. Wszystkie te emocjonalne rany i demoniczne opresje najlepiej oczyszcza ogień mojej miłości. Chodzi o to, by były dobrze przygotowane. Jest idealnie, kiedy uda nam się je wyciągnąć z ciemnych, mokrych lochów ludzkich serc. Gdy wypłyną zewnątrz lub zaraz pod powierzchnię, D.S. może je podsuszyć. Palą się znakomicie. Wypalają do końca. A potem? Potem zostaje po nich tylko popiół.
Iskra.
Do tego potrzebna była nam Ania. W zasadzie mogłem to zrobić sam, ale ta sprytna dziewucha o wyglądzie greckiej bogini mogła poradzić sobie nie mniej dobrze.
Pieczeń.
Miałem tego tak nie nazywać? No cóż, miałem…
Do rzeczy. Ostateczne rozwiązanie przejścia Tiny do następnej klasy zaczęło się kilka dni po powrocie do szkoły. Dziewczyny szły jedną z głównych ulic miasta i gadały o włosach Magdy, promkach na ciuchy i o tym, czy Sobel da radę w przemyśle muzycznym, kiedy małą oświeciło.
– Aniuuuuś… – Tina zatrzymała się na środku chodnika.
– Tina. Co się dzieje? – zapytała podejrzliwie Anka. Przyjaciółka mówiła do niej w ten sposób, tylko w momentach beznadziejnych.
– Biola.
– Co biola?
– No biola. Kiedy mamy biolę?
– Dałam ci plan. W piątek na pierwszej lekcji. – Grecka bogini zaczęła tracić cierpliwość.
– Z kim?
– Jak to, z kim? Tina. Na miłość Boską! – Anka wydarła się tak, jakby przed chwilą tir rozjechał jej brata na miazgę. Ludzie przystawali na chodniku. Oglądali się za siebie. – Nie wiesz, z kim mamy biolę?
– No… nie… Nigdy nie widziałam tego typa na oczy.
– Chryste! Jakiego TYPA?! Uczy nas Żaba. TA Żaba. Chodzi ubrana cała na zielono. Pacyfistka. Ekolożka. Wojująca feministka. Tyran dla dziewczyn, które się nie uczą! Chcesz mi powiedzieć, że nie widziałaś JEJ na oczy?! – Cała krew odpłynęła dziewczynie z górnych części ciała i zgromadziła się w pięściach gotowa, by wymierzyć Tinie szybki cios między oczy.
– Tak, chyba to chcę powiedzieć… – odpowiedział głos spod kaptura.
Anka, odkąd pamięta, zastanawiała się, czy ta dziewucha cokolwiek widzi. Zawsze miała na sobie ogromne bluzy, w których zmieściłoby się pół reprezentacji Polski. W tym worku na głowie nie było widać ani jej długich jasnobrązowych włosów, ani piwnych oczu, ani… W ogóle nic nie było widać. Gdyby nie fakt, że Anka o mało nie zemdlała, na bank po raz kolejny skomentowałaby żałosny wygląd kumpeli. Zamiast tego wzięła głęboki wdech. Musiała się uspokoić, skoncentrować.
Po mniej więcej trzydziestu sekundach paniki wzięła się w garść. Kolejny wdech.
– Jak mówi mamusia, nie ma sytuacji bez wyjścia…
– Damy radę, Ania?
– Damy. To będzie oznaczało wojnę, ale… jakoś damy radę.
Gdy się pożegnały, Anka ruszyła biegiem przed siebie. Szybko, byle szybciej. Wpadła do domu i od razu zamknęła się w swoim cukierkowym pokoju. Zatopiła się w pudroworóżowym fotelu uszatku stojącym pomiędzy innymi perfekcyjnie dobranymi meblami, i zabrała się do pracy. Siedziała nad tym całą noc. Rano główny zarys działania na następne dwa miesiące był gotowy.
Niestety, nie wszystko poszło po myśli dziewczyny. Żaba, jak już wspomniałem, nie chciała słuchać ani mnie, ani jej. Anka rozpisała schemat, w który zaangażowali się wszyscy. Cała 2a. Każdy miał konkretne zadanie. Korepetycje, zeszyty, pomoc w nauce, ściągi. Codziennie odhaczała w planerze kolejne punkciki.
Mruczała do siebie: „Same sukcesy, pani Anno, same sukcesy”, ale nie była to cała prawda. W tej jednej kwestii niewiele dało się zdziałać. Chodziło nie tylko o to, że Tina nie lubi biologii. Miała braki obejmujące dwa lata. Do maja, na dwa tygodnie przed wystawieniem ocen, sytuacja niewiele się polepszyła. Nieobecność na głównych pracach klasowych, poprawionych jedynie na oceny dopuszczające, blokowała w oczach Żaby możliwość przepuszczenia jej do kolejnej klasy.
W końcu znajomi Tiny przeszli do bardziej ofensywnych działań. Kacpi próbował czarować nauczycielkę. Magda starała się przekonywać ją logicznymi argumentami. Ewka błagać. Wszystko na nic. Dzięki Ance cała klasa podeszła do tego ambicjonalnie. Trochę na zasadzie: my kontra oni. Uczniowie kontra nauczyciele. Dobrzy przeciw złym. Tu nie chodziło już nawet o samą Tinę.
Młodzi chcieli walczyć z systemem edukacji. Przegrywali. W rezultacie wszyscy byli przygnębieni. Podczas tamtej pamiętnej lekcji, w połowie maja, tuż przed zakończeniem roku, siedzieli cicho.
– Co jest? Obraziliście się na mnie? – zapytała podejrzliwie Żaba.
– My na panią? Nigdy… – powiedział Kacpi bez entuzjazmu.
– W takim razie, o co chodzi? – Nauczycielka zamknęła podręcznik. Powoli odłożyła go na brzeg biurka. Patrzyła na dzieciaki.
– O nic – odpowiedziała Anka twardo.
– Właściwie coś by się znalazło – rzucił Ben z ostatniej ławki. Jego ton był zupełnie inny. Brzmiał jak ładująca się aktualizacja ulubionej apki w telefonie. Pachniał nadzieją. – Bo… Tina… Ona jest w trudnej sytuacji. Pani mówi o sile kobiet. Czasami jest tak, że kobieta nie ma siły. I co wtedy? – Chciał jeszcze powiedzieć coś o tym, że to wszystko wina nauczycielki, żeby się ogarnęła, bo to ona jest tu dorosła. W porę się domyślił, że nie powinien stawiać sprawy tak ostro, mógł przecież zaszkodzić. Więc zamilkł.
Żaba walczyła o prawa kobiet wytrwale i zaciekle. Ben, właściwie Barnaba, nie zgadzał się z jej poglądami. Większości po prostu nie rozumiał. Uderzył w czuły punkt Żaby, którego nikt jeszcze nie wykorzystał. Problem w tym, że nie wiedział, co dalej.
Anka niemalże wpadła w ekstazę. Zapłonęła w niej iskra. Od razu zobaczyła to, co i dla mnie było oczywiste. Energicznie wstała z miejsca, poprawiła ciemne włosy i zaczęła przemowę:
– Pani Kasiu. Czy pani o niczym nie wie? Bo myślę, że tu jest właśnie pies pogrzebany, że pani nie wie… Po śmierci ojca Tiny jej biedna, zrozpaczona mama musiała przejąć całą opiekę nad sierotami. – Anka nadała swojej wypowiedzi sentymentalny ton. – Czy pani sobie wyobraża, ile kosztuje utrzymanie dwojga nastolatków? Jej brat naprawdę dużo je! Sytuacja ekonomiczna samotnej kobiety wymaga poświęceń. O inflacji wspominać nie muszę. Ona dużo pracuje, a kto się wtedy zajmuje dziećmi? Władza? Patriarchalne społeczeństwo? Tina stoczyła się prawie na samo dno. Jedynie pani może ją, dziewczynę bez perspektyw, z tego dna wyciągnąć.
Ej, to nie jest wcale śmieszne – pomyślała Tina. Anka, już wystarczy. Usiądź. Zamknij się.
Zapadała się w sobie. Nie była w stanie zareagować. Kurczyła się pod naporem słów przyjaciółki. Niby zdawała sobie sprawę, że tamta robi to dla niej, że chce dobrze, jednak prawda po raz pierwszy uderzyła ją z całą mocą. Może to nie była cała prawda. Może zbyt prosta, za bardzo biało-czarna. Na pewno niemiła, ale jednak prawda. Była na dnie. Tinie zabrakło tchu w piersiach.
– Coś pani powiem – Anka wskoczyła w swój oratorski ton. Nie było tu miejsca na litość. – Z analiz przeprowadzonych przez Liliannę Klimek i Magdalenę Barabas wynika, że zdecydowana większość, bo 66,7% badanych kobiet samotnie wychowujących dzieci, przejawia niski poziom poczucia sensu życia. Ponad 66%! W przedziale wyników przeciętnych mieszczą się rezultaty 23,3% samotnych matek. Wysoki poziom poczucia sensu życia odnotowano zaledwie u 10% badanych. Tylko u 10%, straszne co? – wyrecytowała z pamięci. – Wmawiała nam pani, że jako kobiety możemy osiągnąć, co tylko będziemy chciały. Ale jak? Ja się pytam: jak cokolwiek może osiągnąć dziewczyna taka jak Tina? Jedyne, co widzi, to brak sensu. To my pomagamy jej się uczyć. My organizujemy zeszyty do tej nauki. My o nią walczymy. My, dzieciaki. Bo my, proszę pani, wiemy, w jakim miejscu ona się znajduje. Wierzymy, że może oprzeć się tej beznadziei. Wierzymy, że pomimo ciemnej doliny, w której jest ta biedna sierota, kiedyś… – tu nastąpiła dramatyczna pauza. – Kiedyś ta sierota zobaczy światło dnia i wyjdzie na prostą! – Anka chciała coś jeszcze dodać. Dopiero się rozkręcała.
– Dość! – powiedziała ostro nauczycielka.
Tina skurczyła się do rozmiarów Calineczki. Żaba widziała, jak wielki Thlipsi, a nawet Hatāśā18 o wyglądzie dużego ptaszyska, siadają na ramionach dzieciaków. Tak, widziała to duchowo. Chociaż we mnie nie wierzyła, szukała tego, co duchowe, więc to do niej przychodziło. Bała się tego, ale rozumiała. Pani Kasia była dobra. Zagubiona nie mniej niż Tina, ale dobra.
Żaba widziała w Tinie siebie. Mniej więcej dwadzieścia lat temu siedziała w zupełnie innej klasie. Otaczali ją zupełnie inni ludzie. Sytuacja była identyczna. Kilka miesięcy po śmierci taty była zagrożona z biologii. Wtedy nauczycielkę nic nie obchodziło. Kazała jej wstać. Przy wszystkich kolegach powiedziała coś o marnowaniu życia, o głupotach w głowie i ją uwaliła. Została upokorzona. Owszem, sama sobie na to zasłużyła. Poważnie, wtedy totalnie nie ogarniała biologii. Powtarzała drugą klasę, ale od tamtego momentu zaczęła walczyć. Stała się najlepsza. Od drugiej klasy zawsze była najlepsza.
Z zamyślenia wyrwał Żabę głos uczennicy:
– Gdybym ja była w takiej sytuacji, czy dałaby mi pani szansę? – zapytała Magda.
Żaba nie odpowiedziała. W Magdzie widziała kujonkę. Niezbyt bystrą, ale pilną nastolatkę. Lubiła ją.
– A mnie? – zapytała Ewka.
Okej, Ewka była dziwna. Nigdy do końca nie było wiadomo, czy się nie rozpłacze albo czy nie zacznie czegoś jeść na lekcji. Miała w sobie pewien rodzaj bezradności, jak u małego dziecka. Ją też lubiła.
– A mnie? – zapytał Kacpi.
Tego gościa nie dało się nie lubić. Czy to oznaczało, że nie lubi Tiny?
Zanim to samo pytanie zadali wszyscy uczniowie, oczywiście obowiązkowo wstając i patetycznie szurając krzesłem, Kaśka była już bliska płaczu. Nie lubiła siebie. Tina była w tym momencie nieważna. To znowu się stało. Jej rana, jej własna osobista dziura w sercu została wyciągnięta na wierzch. Tu, przy wszystkich.
Nie chodziło o to, że dziewczyna jest nieprzygotowana. Na pewno by sobie poradziła. Żabę bolało uderzające podobieństwo ich walki. I ta jedna różnica: jej nikt wtedy nie ukochał.
W klasie było cicho. Bardzo cicho. Każdy myślał o tym, co powiedziała Anka. Nie tylko jedność, nie tylko zwyczajna młodzieńcza solidarność między uczniami sprawiła, że wszystkich ogarnął teraz smutek. Po prostu większość z nich znała poczucie braku sensu. Wychowani w rozbitych domach, wszczepieni w patchworkowe rodziny, na co nigdy nie wyrazili pisemnej zgody. Często oddzieleni od rodziców zwykłym hajsem. Przecież chodzili do dobrej prywatnej szkoły, dla wielu zbyt drogiej. Rodzice pracowali, a oni czekali na rodziców. Na super życie, które będzie gdzieś w przyszłości. Na nie wiadomo co.
Thlipsi i Hatāśā trzymały się dzieciaków jak sępy. Złe duchy nie czekały. Zaatakowały natychmiast. Zaczęły je podgryzać.
– Stek bzdur… Jeśli tak słabo oceniacie moje zaangażowanie w sprawy kobiet, to… Zresztą nieważne. Rozumiem, co chciałaś powiedzieć, Aniu. Nie pomyślałam, że sprawy domowe rzeczywiście tak mocno wpływają na sytuację waszej koleżanki. – Żaba mówiła wolno, starała się, jak mogła, wyglądać i brzmieć profesjonalnie. W środku miała ochotę się rozpłakać, pobiec do domu, schować się pod kołdrą i nie wychodzić stamtąd przez tydzień. Skupiła się na tym, by ładnie dobierać słowa. Rozejrzała się po klasie. – Usiądźcie, proszę – nauczycielka wstała. – Spodobało mi się, że bronicie koleżanki. Wszyscy. Panowie też. Dlatego postanowiłam ją ułaskawić. Tino – zdjęła zielone okulary, zmrużyła oczy i popatrzyła na uczennicę uważnie. – Przepuszczę cię. – W gardle Żaby urosła gula. Żal chciał wydostać się na zewnątrz, ale mu nie pozwoliła. Odchrząknęła. – Przepuszczę cię do kolejnej klasy, licząc na to, że pokonasz wewnętrzne trudności i w przyszłym roku wyjdziesz na prostą.
Dzień był piękny. Słońce ogrzewało wnętrze przestronnej sali. Lekko uchylone okna wpuszczały świeżość i śpiew ptaków. Fragmenty martwych zwierząt, plastikowe modele ludzkich narządów, niezliczone ilości tablic i instrukcji. Wszystko uśpione, pozostawało jedynie tłem. Nieruchomą scenerią dla ostatniego aktu.
Tego ranka widziałem w sali biologicznej piętnaścioro nastolatków, jedną nauczycielkę i Ankę, która stała się iskrą. D.S. był gotowy, by pozwolić jej rozpalić wszystko do czerwoności.
Gdy tylko Ben zaczął mówić, Duch Boga stanął przy Ance i czekał. Dotknął jej, gdy zaczęła się podnosić. W ciężarze dłoni Boga była moc. Wypłynęła z Niego, przepłynęła przez jej ciało. Jej słowa były słabe, ale nie przypadkowe. Po kilku chwilach całe niebo usłyszało dźwięk płonącego ognia. Z perspektywy duchowej to było całkiem proste.
Ludzie często pytają mnie, jak ja to robię, że w jednej chwili skamieniałe, złamane serce nagle zaczyna bić moim rytmem. Kiedy im tłumaczę, nie chcą wierzyć. To w gruncie rzeczy nigdy nie trwa chwilę. Ja czekam. Stoję. Pukam. Często miesiącami, a nawet latami.
Ludzie chcą, żebym uzdrowił ich serce, a gdy to robię, mówią: dość. To boli. Grzech trzeba zniszczyć, a demony pokonać. Nie ma drogi na skróty. Jesteście przywiązani do swoich ran. Dumni z blizn po przegranych bitwach. Problem w tym, że mnie nie ma w ranach. Nie ma mnie w bólu. Wtedy byłem. Ale teraz – jestem tu i teraz. Tylko teraz mogę dotknąć, uleczyć i zbawić.
Zobaczyłem, jak upada mur budowany latami. Kasia Matczak walczyła, ale resztkami sił. Schowała ranę bardzo głęboko w podświadomości. Chociaż determinowała ona całe jej życie, ona jej nie widziała. Dzisiaj usłyszała mój głos. Nie zatwardziła swojego serca19. Przeciwnie – pozwoliła mi wejść. Położyłem jej rękę na ramieniu. Wypłynęła ze mnie moc.
Podchodziłem do każdego dzieciaka. Byłem. Przeprowadzałem przez proces. Nakarā, Frygt, Fàjdalom20, Thlipsi i Itsetuho21 z wrzaskiem uciekały. Huk upadających warowni. Szum zawieszających się systemów obronnych. Brzęk metalowych kajdan uderzających o szkolną posadzkę. I w końcu cisza.
Ostatnie słowa Żaby uderzyły w tę ciszę jak w dzwon: „Przepuszczę cię do kolejnej klasy, licząc na to, że pokonasz wewnętrzne trudności i w przyszłym roku wyjdziesz na prostą”.
Zwycięstwo.
Oczywiście masz rację, to nie mógł być koniec. To był dopiero cudowny początek.
18Hatāśā (beng.) – rozpacz.
19List do Hebrajczyków 3,7-8.
20Fàjdalom (węg.) – ból.
21Itsetuho (fiń.) – autodestrukcja.
Głogów to miasto w zachodniej Polsce, w województwie dolnośląskim. Nazwa miasta pochodzi od słowa glogh oznaczającego „cierń” lub „kolec”. Początkowo głogiem nazywano wszystkie krzewy kłujące, aby z czasem zawęzić tę nazwę do jednej rośliny – głogu. Ten bardzo piękny krzew kiedyś gęsto porastał te tereny. Ziemia jest tu raczej kiepska, ale głóg nie ma wielkich wymagań. Urośnie na słabszych glebach, zniesie duże mrozy, a dzięki sięgającym głęboko w ziemię korzeniom jest odporny na suszę. Jedyne, czego potrzebuje, to przestrzeń i światło. W cieniu słabo kwitnie. Nie znosi przesadzania.
Tina jest jak głóg. Ma kolce. Potrzebuje dużo miejsca dla siebie i karmi się światłem. Tak jak latami wycinano głóg po to, by zbudować miasto, tak amputowano części tego, kim miała się stać. Kawałek po kawałku wytyczono ścieżki, ulice i skrzyżowania przemysłowego miasta. „Przycinana roślina staje się silniejsza” – mówią. „To, co niedomaga, jest usunięte. A to, co zostaje, jest wzmocnione” – powiadają. Do czasu.
Tinę przycięto za bardzo. Okaleczono ją tak, że nie widziała już słońca. Beton wrzynał się jej w korę. Liście opadły. Korzenie rozrosły się i łapczywie trzymały gleby gdzieś pod chodnikami. Potężne, za duże dla jednej drobnej dziewczyny. Nie była w stanie przynieść owocu.
Mądrzy ludzie mówią, że spożywanie ekstraktów z owoców lub kwiatów głogu korzystnie wpływa na układ sercowo-naczyniowy. Obniża poziom cholesterolu. To, co rodzi głóg, pomaga w obniżaniu ciśnienia krwi. Uspokaja. Wykazuje właściwości przeciwbakteryjne oraz przeciwgrzybicze. Głóg leczy.
Tina jest jak głóg. Stworzyłem ją, by leczyła. W tym miejscu, w Głogowie, zaczyna się podróż szesnastolatki. Jeszcze przez jakiś czas będę musiał kuć beton wokół niej, żeby stworzyć przestrzeń. Będę musiał wysadzić w powietrze kilka mentalnych wieżowców, żeby dać jej światło. Zburzyć wybudowane w jej głowie konstrukcje, które powinny ułatwić jej zrozumienie rzeczywistości. Zniszczę je, bo nie wykonują swojego zadania.
Razem, ona i ja. Dzikuska i Wszechmocny Bóg zbudujemy tam pałac. Wieki i przestronny. Oparty na moim słowie, z wielkimi oknami wpuszczającymi do środka ogrom światła. Kiedy minie odpowiedni czas, wokół zamku wojowniczej księżniczki zbyt mocno przycięte konary puszczą nowe pędy, pojawią się liście, owoce, kwiaty. Będę mógł zrobić z nich ekstrakty, olejki, napary i herbatę. Będę leczył ludzi tym, co wyrosło na jej wielkim zranieniu.
Tamtej wiosny Tina odkrywała życie na nowo. Codziennie po szkole zamykała się w pokoju. Pakowała się do łóżka w dżinsach i nieodłącznej bluzie. Czekała, aż przestanie się trząść. Początkowo potrzebowała dwóch, trzech godzin. Z czasem już tylko czterdziestu pięciu minut.
Sekunda po sekundzie jej ciało się odprężało. Stres, napięcia chowały się po kątach. Tina miała wielką ochotę znów uciekać, ale walczyła, a wraz ze świadomością, że jest o co, przychodziły kolejne myśli. „Skoro im tak bardzo zależy to może i mnie też powinno” – to jedna z moich ulubionych.
Tina widziała. Od dziecka potrafiła rozpoznać siłę u ludzi w miejscach, gdzie nikt inny nie potrafił niczego dostrzec. Potrafiła się tą mocą zachwycić. Nie mówię tu o czymś tak oczywistym, jak w przypadku Anki: patrząc na nią, nawet daltonista zobaczyłby tęczę. Tina umiała rozpoznać nawet małe ziarenko. Podlewała je gestem, zaufaniem. Pielęgnowała słowem, uśmiechem albo nadzieją. Przy niej ludzie stawali się niezwyciężeni. Bohatersko rozwiązywali problemy. Swoje. Nie jej.
W sobie Tina nie potrafiła znaleźć żadnej siły. Nie widziała dobra, tylko strach przed odrzuceniem. Ból, który po odejściu ojca i braci zamieszkał w każdej komórce jej ciała, warunkował ją – tak jak lampka psy Pawłowa. Ale odkąd poprosiła mnie o pomoc, zaczęła się przyglądać procesom zachodzącym w jej sercu.
Każdego dnia robiła krok w stronę opuszczenia własnej strefy komfortu. Jasne, o normalnym życiu nie było jeszcze mowy. Wychodzenie z depresji wcale nie jest łatwą sprawą. Szczególnie trudne było to tego dnia, kiedy Anka podłożyła ogień w klasie.
Tina chciała wtedy zapaść się pod ziemię. Było jej wstyd. Turp22 – trzymetrowy, bardzo słabo owłosiony goryl z gołym tyłkiem – uśmiechał się sarkastycznie. Potrząsnął głową, jakby chciał wypędzić z niej wszystkie dobre myśli. Uderzył dziewczynę jakimś drągiem. Zabolało ją to niemal fizycznie. Była na świeczniku. Ona i jej słabość.
Długo pastwiła się nad sobą myślami, że jest głupią, samotną sierotą bez szans na normalne życie. Czuła się tak, jakby Anka rozebrała ją do naga i postawiła na środku klasy. Accusa23wytykał ją palcami i krzyczał. Nie słyszała tego, ale jej wrażliwy duch czuł każdą obelgę. Waga tego, co mówił, z minuty na minutę przygniatała ją coraz bardziej do ziemi. Jak gdyby przemawiał do bólu gdzieś głęboko w niej.
– Tego chciałaś, mała, przecież tego właśnie chciałaś! Masz swoją burzę! Masz pioruny i bycie widzialną! Co oni widzą, Tina?! – krzyczał. – Co widzą?!
Próbowała oddychać. Każdy haust powietrza łapała jak nurek, który wypływa z głębin, nie znalazłszy skarbu.
– Mówiłem, że ludzie są do bani. Ranią. Tyle razy ci powtarzałem, że to na nic. – Nakarā podszedł w blasku swej chwały.
Dziewczyna intensywnie go przywoływała. Znała go. W sytuacjach takich jak ta był jej bezpieczną przystanią.
– Zobacz, jest ci smutno. Po co ci to było? W domu jest lepiej. Ona wcale nie chce dla ciebie niczego dobrego. Jak zwykle wypromuje się na twojej krzywdzie. Nikt, absolutnie nikt cię tu nie chce…
– Oni wiedzieli. Zanim Anka to wypowiedziała, oni wiedzieli – przerwałem mu nagle.
Zabolało. Dwa zdania. Duch odrzucenia odszedł. Tina nie czuła się już bezpiecznie, było jej źle. Ale w sercu dziewczyny optyka całego przemówienia kierowniczki diametralnie się zmieniła. Bo oni wiedzieli, znali jej historię. Byli, czyli nie odeszli. Nie zostawili jej. Beznadziejnie trwali w sporze z Żabą, chociaż nie mieli szans.
Przyniosłem wdzięczność. Miłość i radość wypełniły ją gdzieś bardzo, bardzo głęboko.
Wtedy tam, na lekcji biologii, Tina jednym spojrzeniem uchwyciła moment, w którym pani Kasia zobaczyła jej łzy. W oczach nauczycielki było coś, czego dziewczyna zupełnie się nie spodziewała: pani Kasia też ją rozumiała.
– Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy – zaintonowałem jej do ucha.
Uśmiechnęła się.
Tina zaczęła miarowo oddychać. Poczuła ciepłą dłoń Kacpra na plecach. Zawsze kiedy było jej smutno, pisał coś na jej plecach. To była taka ich zabawa. Ona miała odgadnąć, co to za słowo. Skoncentrowała się. Polska. Napisał: Polska.
Kolejny uśmiech.
– Jeszcze Polska nie zginęła… – szepnęła Tina do siebie.
Żaba wypowiedziała akt ułaskawienia i zadzwonił dzwonek.
Klasa 2a powinna skakać pod sufit. Wygrali. Tina po wakacjach idzie z nimi do trzeciej klasy. A oni po prostu wyszli. Nikt nic nie mówił. To była trudna, ale ważna lekcja. Tina ledwo trzymała się na nogach. Z jednej strony coś z niej uleciało. Była lekka. Z drugiej ciężar emocji wbijał ją w podłogę. Chciała pobiec do domu, ale musiała przetrwać jeszcze pięć lekcji. Nie mogła sobie pozwolić nawet na jedną godzinę wagarów. Zamknęła się w łazience, żeby ogarnąć myśli.
– Co to miało być? – znowu pojawiły się dreszcze. – Jaja sobie ze mnie robisz? – Myjąc twarz zimną wodą, zachlapała całą podłogę.
–Aco to jest twoim zdaniem? – spytałem najłagodniej, jak umiałem.
– Rollercoaster?
Oparła ręce na zlewie. Woda leciała do odpływu. Czas mijał. Łzy płynęły.
–Masz rację.
– Nie. – Popatrzyła na mnie. Wziąłem mop i zacząłem wycierać kafelki wokół nas. – Nie chcę mieć racji. Chcę do domu. Życie jest do niczego. Zrozum, ja nie dam rady…
Zerknęła w lustro. Podałem jej ręcznik. Stała z zasłoniętą twarzą.
Tina nosiła zbroje. Wielkich rozmiarów bluzy, najlepiej czarne, szare lub ekstremalnie sprane. One chroniły ją przed światem. Chowały jej długie włosy, ciemną karnację i bursztynowe oczy. Odgradzały jej niecałe pięćdziesiąt kilogramów przed atakami ze strony świata. Przynajmniej tak jej się wtedy wydawało. Ja widziałem więcej.
– To jest za trudne. Zobacz, jak ja wyglądam. Powiedz mi, jak mam stąd wyjść? Jestem spuchnięta i pognieciona. Ona zrobiła ze mnie totalne pośmiewisko.
– Ona?
– Hej, nie udawaj głupiego, przecież tam byłeś. Łaziłeś i dotykałeś wszystkich w czoło, a potem takie czarne coś wylatywało z nich w kosmos. To były czary czy co?
– Czary? – Uśmiechnąłem się. – Nie, czary nie.
– To co, jak nie czary? Oni się zmienili. Potem byli już tacy… Brakuje mi słowa. Tacy bardziej żywi… – Tina wzięła głęboki oddech. Zakręciła kran i oparła się o umywalkę. – Dlaczego to zrobili? Rozumiem, że Anka. Ona potrafi wykorzystać okazję. Palnęła taką przemowę… Będą gadać miesiącami – szepnęła. – Ale reszta? Wiedzieli, jaka jestem…
–Wiedzieli i walczyli. Byłaś widzialna. Chcieli, żeby ci się udało.
– Idioci. – Zamilkła.
Trzymała w rękach ręcznik. Wzrokiem analizowała kolor i fakturę kafli na podłodze, ale wcale ich nie widziała. Zapadła się w sobie, w swoim bólu i rozpaczy.
– Sama się wpędziłam w takie bagno – powiedziała w końcu. – Wiesz, dzisiaj zobaczyłam dziewczyny z mojej klasy. One są takie… zrobione. Anka ma fajne ciuchy, włosy. Są zadbane. Magda rozmawiała z Danielem o studiach. Ja jestem w czarnej dupie. – Weszła do toalety. Zatrzasnęła drzwi. Usiadła na zamkniętym sedesie.
Stałem za drzwiami. Wyraźnie słyszałem jej ciężki oddech.
– Kacpi ma najnowszego iPhone’a. Mamusia przysłała mu kasę z Londynu. Nie umiałabym tego nawet włączyć. Siedziałam w domu, a teraz czuję, jakby wokół mnie ludzie przeżyli z pięćdziesiąt lat. Zostałam w tyle… Pewnie w ogóle Cię to nie interesuje…
–Przeciwnie. Bardzo. Lubię, jak mi o sobie opowiadasz. Mogę?
Wszedłem do toalety. Stanąłem obok niej.
Tina podciągnęła nogi pod brodę. Objęła je kurczowo ramionami. Nie patrzyła na mnie, ale słuchała. Dobre i to.
–Tinuś, to nie była cała prawda. Jesteś kimś znacznie większym niż to, co powiedziała Anka. To nie świat cię nie dostrzega, to ty się ukrywasz. Chowasz się przed nim. Ja to rozumiem. Wydaje ci się, że nie masz nic do zaoferowania. I to, moja droga, jest kłamstwo. Twój głos ma znaczenie. Teraz wydaje ci się… Myślisz źle o swoim położeniu, ale ja bym chciał to zmienić. Popatrz na to, gdzie jesteś, jak na początek drogi. Teraz wstań. Tinuś, zrób jeden krok. Potem drugi. Koncentruj się tylko na kolejnych paru metrach. Do ciuchów i strojów dojdziemy w odpowiednim czasie.
– Boję się. Tak strasznie się boję. Ludzie są nieprzewidywalni. Trzeba z nimi rozmawiać i w ogóle, a ja nie umiem…
– Ja umiem. Poprowadzę cię.
Wziąłem ją za rękę. Delikatnie pociągnąłem, a ona wstała. Zobaczyła Jezusa opierającego się o ścianę damskiej łazienki. Popatrzyła na mnie i na Niego. Zatrzymała się.
– A Ten? On też tam był…
–Był.
Jezus wyciągnął ręce z kieszeni i podał jej dłoń na powitanie. Odpowiedziała tym samym gestem. Uśmiechnęła się niemrawo. Ruszyliśmy.
– On jest jakby mniej przystojny – szepnęła.
Złapała mnie za rękę. Przytuliła się troszkę. Spod kaptura zerkała na Niego.
– No… Nie ma zachwycającej postawy ani oszałamiającej urody. Generalnie to nie jest typ, który podoba się ludziom24.
– On jest jak ja.
– Tak, jesteście do siebie bardzo podobni.
Chwilę później staliśmy we trójkę na korytarzu. Tina ściskała mocno swoje życie. Była młoda, naiwna i słaba. Była. Cieszyłem się, że mimo wszystko udało jej się być. Ruszyła w kierunku znajomych. Krok za krokiem. Metr po metrze.
Anka stała pośrodku korytarza i gadała z ludźmi. Dzikuska rozglądała się za Zojką, ale nie udało jej się zlokalizować przyjaciółki. Nie było się za kim schować.
Zobaczyła, jak Anka odrywa się od dzieciaków z ich klasy i podchodzi do niej pewnym siebie krokiem, po czym rzuca jej w twarz kolejne wyzwanie:
– Idziemy do Aleksa na film, mała.
22Turp (alb.) – wstyd.
23Accusa (wł.) – oskarżenie.
24Księga Izajasza 53,2.
Po powrocie do domu Tina potrzebowała prawie trzech godzin, żeby wrócić do względnej równowagi. Chciała się schować i po prostu płakać. Miała w głowie natłok myśli. Pojawiały się nie wiadomo skąd. Przeplatały się, krzyczały. Niektóre były abstrakcyjne i barwne, jak ptaki z lasów tropikalnych. Inne raczej pragmatyczne i sztywne. Część z nich wybuchała w jej głowie jak fajerwerki tylko po to, by następnie spokojnie opaść na dno serca.
Usiadła przy brudnym stole kuchennym i pozwoliła myślom wirować. Ja usadowiłem się naprzeciwko niej. Uśmiechnęła się.
– To jest takie piękne – szepnęła.
Przyglądała się swoim myślom. Zaczęła łapać te kolorowe. Obracała je na różne strony. Odkładała na bok, by sięgnąć po następne.
– D.S., wiesz, do tej pory miałam w głowie jakby kisiel czekoladowy.
–Czemu akurat taki?
– Był ciemny.
Zabrzęczał telefon. Tina przeczytała snapa na głos:
| Tina. Film 20. ubierz się.
| no to będą kłopoty
| 19 u ciebie.
Odłożyła komórkę. Proza życia wcisnęła ją w krzesło. Znowu brutalnie uświadomiła sobie swoje położenie.
– Życie jest strasznie przygniatające.
– Co takiego?
– Życie…
– Chodź, coś ci pokażę.
Przeszliśmy do jej pokoju. Razem usiedliśmy na łóżku. Podałem jej kubek niebiańskiego kakao. Początkowo była zdziwiona. Jeden łyk wystarczył, by się rozmarzyła. Przez okno wpadało rozproszone ciepłe majowe słońce. Zamknęła oczy. Przyjemny spokój zaczął opanowywać jej ciało i umysł.
Spokój. Bardzo dużo spokoju. Rozluźniła się. Chciała wrócić do kuchennych rozmyślań, ale nie umiała ich w sobie odnaleźć. Szukała, coraz intensywniej i głębiej, ale one jakby zniknęły. Użyła siły, przedarła się do miejsca, w którym widziała sens życia.
Pustka. W jej głowie nie było już przyjemnego ciepła. Była pustka. Coś zjawiło się w pobliżu. Nad nią, przy niej albo w niej. Za blisko. Stanowczo za blisko
– Boże, co się dzieje? Czy to Twój spokój? Jest taki błogi. Mocny. Kręci mi się w głowie. Nie chcę. Chyba nie chcę mu ulec. Nie mogę mu się oprzeć ani przeciwstawić. Przygniata mnie. Próbuję, ale jest silny…
–Nie – odpowiedziałem.
Tina otworzyła oczy i usiadła na łóżku. Mięśnie nie chciały się poddać jej woli. W końcu, po chwili zmagań, wykonały polecenie. Zaczęła kaszleć.
– Co? Co jest?
Pokazałem jej. Zobaczyła potężnego demona, który wisiał nad łóżkiem. Jak helikopter unosił się nad jej ciałem. Wieloryb z okropnymi szarymi, mokrymi i brudnymi dredami poruszał się wolno. Przestraszyła się. Rzuciła mi się w objęcia.
–Wszystko w porządku. Ja jestem. To jest Biṣaṇnatā, depresja. To demon. Coś innego, coś więcej niż jednostka chorobowa zapisana w waszych ludzkich rejestrach. To, co tak ładnie nazywałaś do tej pory swoją schowanką, jaskinią, wygląda właśnie tak. To, co nazywasz spokojem, jest ciężarem jego cielska. Wchodzisz do jaskini, kiedy jest ci źle. Czasami dlatego, że wieje wiatr, czasami dlatego, że pada deszcz. Może chcesz się schować przed intensywnością ludzi wokół. Może uciekasz przed samotnością. Wchodzisz przez długi, ciemny korytarz, na końcu jest jednak pięknie. Piękna świetlista komnata, jak sala tronowa, czeka na ciebie. Wszystko tam sprawia, że po ciężkich doświadczeniach jest ci dobrze. Bez złych bodźców. Nie ma tego, co cię przeraża. To, co jest, jest tylko dobre. Miękkie i wygodne. Wygodne dla ciebie. Problem w tym, że im częściej tam wchodzisz, tym trudniej jest ci potem wyjść. Komfort, ciepło, cisza wciągają. Ta jaskinia nie jest zbudowana z litej skały, to żywa istota duchowa. Niestety, zła istota. Biṣaṇnatāchce, żebyś została. Ona karmi się twoją obecnością. Dzięki niej wzrasta i nabiera siły. Sensem jej istnienia jesteś ty! Zamknięta w środku, odizolowana ty…
– Co mam robić? – Tina złapała mnie mocno za przedramię.
Patrzyliśmy na demona.
–Żyj, kochana. Nie zatrzymuj się. Nie skupiaj się na spokoju. Musisz znaleźć swoje granice, a potem zacząć jej przekraczać. Biṣaṇnatānie da ci wytchnienia. Ja dam ci pokój, ale nie taki, jaki daje świat25. Zajmę się tym demonem, a ty żyj! Dziś Aleks przyprowadzi cię do Jezusa. ON jest bardzo silny, będzie z tobą cały czas. Uwolni twoją duszę. Uzdrowi twoje ciało.
– Jezus? Serio? Ten od stajenki?
– Nie, zupełnie nie ten. Pamiętasz Życie? Tego gościa ze szkoły?
– Tak. Ten mniej przystojny bliźniak, co mi zrobił jatkę na chacie.
–Heh. Ten mniej przystojny. Prawda. To klawy gość…
– Klawy? Wiesz, że od pierdyliona lat nikt tak nie mówi?
–Hej, młoda damo! Uważaj na język.
Tina wtuliła się we mnie.
– D.S., fajny jesteś, lubię Cię. A słuchaj, można zrobić jakoś tak, żeby tego stwora nie było?
– Można.
Zadzwonił dzwonek. Drzwi otworzyły się z impetem i do mieszkania wpadła Anka. Przyniosła zieloną bluzkę koszulową, w której Tina wyglądała zjawiskowo. Pomogła jej upiąć włosy. Ja wyrzuciłem demona.
25Ewangelia Jana 14,27.
Tina stanęła przed drzwiami. Zanim je otworzyła, wzięła dwa głębokie wdechy. Zamknęła oczy. Przez głowę przeleciały jej wydarzenia poranka. Lekcja biologii. Zaproszenie na film do chłopaka, przepraszam, do Aleksa. Potem nasze spotkanie i demon. Dotknęła czołem zimnego drewna.
Dwa ciężkie sapnięcia i szarpnęła za klamkę. Za drzwiami stała Anka.
– Uda ci się, mała. Wierzę w ciebie. Zawsze będę przy tobie – szepnąłem.
Założyła Ankową bluzkę i pozwoliła przyjaciółce bawić się jej włosami. Patrzyła, jak jej sprawne ręce zaplatają kosmyki przesuszonych, długich włosów. Anka czarowała. Tina widziała, jak jej wygląd się zmienia. Stawała się księżniczką szykującą się na bal. Ania była jej dobrą wróżką.
Sama Anka była piękna ponadczasową urodą. Myślę, że gdyby stanęła na drodze Rafaela, Sandro Botticellego, Picassa czy Tycjana, chcieliby ją namalować. Jej ciemnobrązowe włosy idealnie współgrały z piwnymi oczami. Zgrabne ciało było wysportowane i zawsze zmierzające do jakiegoś celu. Tina nazywała ją grecką boginią, bo przypominała jej wyidealizowane antyczne posągi.
Poza tym, że ładna, była otwarta na ludzi. Odważna i mądra. Więcej. Wiedziała, że posiada kombinację wszystkich tych cech. Nauczyciele jej słuchali. Była przeciętną uczennicą. Ocenę z zachowania miała ledwo dopuszczającą, bo lubiła się wykłócać. Chodziła na wagary. Była przewodniczącą szkoły, przewodniczącą klasy, szefową kółek aktorskiego, fotograficznego i dziennikarskiego. To typ, który jest wszędzie, robi wszystko i zna wszystkich.
Chociaż była skrajną indywidualistką, umiała sobie poukładać ludzi. Zawsze grała pierwszoplanową rolę w dramie zwanej życiem. Chociaż miała wpływ na wiele osób, w jej wewnętrznej egzystencji tak naprawdę nie było nikogo, nawet mnie. Nazywali ją kierowniczką, bo lubiła kontrolę. Nie szukała relacji. Nikogo nie chciała. Fàjdalom i Mokemoke wmówili jej, że są częścią jej tożsamości. Miała mamę. Miała przyjaciółki. Miała wielkie grono znajomych. Miała nawet Kacpiego, który podkochiwał się w niej od przedszkola. Ale wybierała samotność.
Ona, Tina i Zośka były najpopularniejszymi dziewczynami w szkole, od pierwszej klasy. Nie wiem dlaczego. W amerykańskich serialach jest tak, że za popularnością kryją się uroda i zadzieranie nosa. Na szczęście siedemdziesięciotysięczne miasteczko to nie Nowy Jork. Szkoła była prowincjonalna, więc trójkącik V.I.P. Girls też był zaściankowy. Anka nie zadzierała nosa. Zośka kochała absolutnie wszystkich. A Tina? Tina nie była nawet ładna, była przeciętna. Przy niej nie trzeba było się starać. Zocha czasami stawiała się Ance czy światu. Kiedy trzeba było kogoś chronić, ratować, umiała walczyć. Tina, w swojej mierności i bierności, dawała się prowadzić. Nie umiała nic załatwić, bała się ludzi. Anka mogła do woli ratować ją z opresji. Ostatnio, kiedy z Tiną było naprawdę źle, przyjaciółka zaczęła dotkliwie odczuwać jej brak. Nie miała dla kogo być bohaterem. Ale teraz wszystko wróciło na swoje miejsce. Nawet lepiej, Tina miała ostro przerąbane, więc Anka mogła stać się superbohaterką.
Tina uśmiechnęła się do efektu pracy Anki.
– Wow, kierowniczka, dałaś radę, jak zwykle.
– No, dałam, jak zwykle – powiedziała.
Dziewczyna uważnie przyglądała się włosom kumpeli. Wszystko, pod czym miała się podpisać, musiało być idealne. Na tle Tinkowej łazienki, nieremontowanej już od dwudziestu lat, efekt półgodzinnych starań więcej niż zachwycał. Anka popatrzyła w lustro. Napotkała wzrok przyjaciółki.
– Moje pytanie jest takie: czy TY dasz radę?
– Z czym?
Anka świadomie nie odpowiedziała. Jej spojrzenie było twarde. Chciała wyzwać Tinę na pojedynek. Zmusić ją do obrony, ataku, czegokolwiek. Przed sobą miała jedynie przestraszone dziecko, które w duchu woła: „Nie, nie, no oczywiście, że nie dam”.
Tina skupiła się na dolnym fragmencie bluzki. Kierowniczka po raz kolejny zmusiła ją do zamieszkania w przestrzeni, którą dla niej wykreowała. W sercu poczuła znowu to straszne czerwone i ciepłe coś.
– Pytam, czy wytrzymasz bez tej swojej okropnej bluzy… – powiedziała łagodniej bogini, po czym z całą mocą wydała rozkaz: – Idziemy do twojego pokoju. Posprzątam.
Zapachniało pomarańczami. Stanęły w drzwiach. Tina poruszyła się, jakby chciała coś zrobić, pomóc.
– Nie – zareagowała stanowczo Anka. – Ty nie możesz. Na głowie masz arcydzieło sztuki fryzjerskiej. Siedzisz i pachniesz. Ja haruję.
Mała zasiadła więc na wielkim ciemnym fotelu stojącym pod oknem. Nie był modny ani nawet ładny. Był wygodny. Uwielbiała go. Podkurczyła nogi, by nie przeszkadzać przyjaciółce. Patrzyła, jak Afrodyta zbiera z podłogi bluzy, spodnie i majtki. Te kilka książek z biblioteki, które Tinka przetrzymywała, ułożyła w stosik koło łóżka. Wytarła parapet. Śmieci – ogryzki, papiery, odłamki plastikowo-metalowych części jej starego życia – wrzuciła do wielkiego wora na śmieci.
Fala emocji. Znów tak dużo uczuć jak na jedną, małą, dziką istotę. Żal po słabym życiu, ale jej życiu, wymieszał się z wdzięcznością. Wściekłość na Ankę, że po raz kolejny obnaża jej słabość, zmiksował się z doświadczeniem troski i zainteresowania.
W końcu Anka wiedziała wszystko – pomyślała. No może nie tak wszystko-wszystko, ale dużo. Była. Ludzie odchodzą. Zostawiają mnie samą i bezradną, a ona jest.
Zapach świeżego kakao pojawił się z nieba. Tina się rozejrzała. Bogini podeszła do parapetu i niemalże duszkiem wypiła kubek ciepłego napoju.
– Tego mi było trzeba – powiedziała.
Ti zobaczyła mnie stojącego przy drzwiach. Zastygła. Czekałem, aż oswoi się z myślą, że jestem.
– W moim sercu są pragnienia. Dla moich dzieci przygotowałem dużo dobrych rzeczy, na ziemi i potem w niebie. Tinuś, one są już gotowe. Musisz po nie sięgnąć.
Dziewczyna się odwróciła. Delikatnie, jak po największy skarb, sięgnęła po kubek.
–Jestem dla ciebie. Teraz i zawsze…
– Tylko mi się tu nie rozbecz. Będzie dobrze. O ile nie uciekniesz… – Anka kucnęła przed fotelem. – Słuchaj. Nie możesz tak znikać. Nie pozwalam ci. Rozumiesz? Wiesz, ile razy tu byłam? Wiesz, ile się nawaliłam w te cholerne drzwi? Z twoją sąsiadką przeszłam na ty. Tina, ja nie znoszę starych ludzi. Nigdy więcej mi tego nie rób. Zrozumiano?
Dwie olbrzymie krople popłynęły z oczu Tiny.
– Nosz do jasnej, rozmażesz makijaż. Uspokój się natychmiast! – Uśmiechnięta pociągnęła przyjaciółkę do łazienki i zaczęła ją na nowo pudrować.
Śmiały się. Tak po prostu…
Teraz mam dla ciebie wyzwanie. Wyobraź sobie, że jesteś w zupełnie innej bajce. Odłóżmy na bok depresję, cienie i walki.
Rodzina – normalna, polska rodzina. Chociaż może nie… Wyjątkowa rodzina. Przez ostatnich kilka stuleci walczyłem o wszystkich z tego rodu. Wywodzą się od jednego z moich ulubieńców. Bardzo chciałem się do nich zbliżyć. Nie wszyscy mieli odwagę chodzić moimi ścieżkami, ale wielu, naprawdę wielu z nich próbowało. Rodzice Aleksa – Janeczka i Antoni Orłowscy – zawsze służyli Bożemu Królestwu, nawet gdy nie do końca rozumieli, kim jestem.
Myśleli, że mają już kompletną układankę: dwoje dzieci i przyjemne życie zawodowe. Kiedy Aleks pojawił się na świecie, pełnia mojego błogosławieństwa na dobre zagościła w ich sercach.
Cztery lata temu Marta i Marek, rodzeństwo Aleksa, przez „przypadek” wpadli na mojego przyjaciela na górskim szlaku. To długa historia. Wystarczyłoby materiału na drugą książkę. W skrócie powiem ci tylko, że mój przyjaciel nie mógł nie powiedzieć im o mnie… Jeszcze tego samego wieczora oboje oddali mi swoje życie, a ono zaczęło się diametralnie zmieniać.
Aleks miał dwanaście lat, kiedy w jego domu zaczęli pojawiać się obcy ludzie. Jedni sami się wpraszali, innych trzeba było prosić. Wszyscy rozmawiali o Jezusie. Nikomu nie przyszło do głowy, żeby wytłumaczyć mu, o co właściwie chodzi w całym tym zamieszaniu. Mówili, że jest za młody. Nigdy nie zgadzałem się z taką postawą. Cały czas trzymam się wersji, że wszystkim należy pozwalać przychodzić do mnie.
Rodzeństwo nazywało go dzieciakiem – wtedy poczuł po raz pierwszy, że nie ogarnia. Jako turbo inteligentny chłopak zaczął walczyć o zrozumienie tego, co działo się wokół. Aleks słyszał słowa, których znaczenia nie rozumiał. Słyszał zdania, których sensu nie przeczuwał. Był ambitny, więc szukał. Czytał. Badał. Nie zawsze mu się udawało, ale pragnienie, by poznać Boga i udowodnić, że da radę, rosło.
Gdy skończył piętnaście lat, brat zabrał go na pewną konferencję. Jechał z mieszanymi uczuciami, ale był otwarty na przygody. Okazało się, że na wielkiej polanie rozłożona była niewielka scena, wokół której tłoczyły się setki osób. Chorzy – niesieni, pchani lub ciągnięci – starali się przedostać jak najbliżej niepozornego mężczyzny stojącego na scenie. Aleks też chciał zobaczyć go lepiej. Po części zadziałało prawdziwe pragnienie, po części zwykła psychologia tłumu: chłopak przeciskał się wytrwale z innymi. Zgubił brata. Kiedy był blisko, usiadł na trawie. Ogłoszono kilka minut przerwy.
