Motyl Nocny - Żywia Baczuń - ebook

Motyl Nocny ebook

Żywia Baczuń

0,0

Opis

Żyjący na marginesie watahy wilk Ruten nie miał łatwego startu w życiu. Osierocony i wyobcowany, postanawia poświęcić się nauce.

Pewnego dnia na jego drodze staje ciekawski szczeniak, który dostrzega w ekscentryku mistrza i przewodnika. Aby sięgnąć po wiedzę, jakiej nie zdobył jeszcze żaden wilk, decydują się wspólnie przeciwstawić całej watasze – wiedząc, że ceną ich odkryć będzie cudza krew.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 891

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Żywia Baczuń

Motyl Nocny

© 2026 Żywia Baczuń

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana w systemach przetwarzania danych ani przekazywana w jakiejkolwiek formie — elektronicznej, mechanicznej, fotograficznej, nagraniowej czy innej — bez pisemnej zgody właściciela praw autorskich, z wyjątkiem przypadków dozwolonych prawem.

ISBN 978-83-979938-1-5

Wydanie I

Redakcja i skład: Justyna Włodarczyk

Projekt okładki i ilustracje: Oliwia Wysocka

Kontakt z autorem: [email protected]

Przyjacielu, zatrzymaj się na chwilę i pozwól na słówko.

Autor apeluje: wyciągnij ostateczne wnioski, dopiero poznawszy całą opowieść. Zanim to nastąpi, zetkniesz się z bohaterami, którzy podejmują różne decyzje, właściwe lub nie, i z biegiem czasu uczą się ze swojej własnej historii… lub nie. Obserwuj ich tak, jak obserwuje się ludzi w swoim otoczeniu: KRYTYCZNIE.

Zresztą, jeśli sięgasz po tę książkę, to pewnie i tak nie ma już dla Ciebie ratunku. Kolejnym krokiem będzie dołączenie do watahy magicznych wilków, aby zastąpić przyjaciół, którzy odwrócili się od Ciebie po Twoich opowieściach o tym, jak zabić pustą strzykawką.

Część pierwsza: wstęp

Rozdział 1

Oto ogół wydarzeń

Niepowszednie historie rzadko zaczynają się z hukiem. Najczęściej dają im początek zwyczajne poranki i drobne wydarzenia, wszystkie razem skradające się jak kot, którego tylko sekundy dzielą od upolowania zdobyczy; niczym ziarnko po ziarnku wpadające do naczynia, żeby w końcu wypełnić je po brzegi. To nie hałas buduje naszą przyszłość. To ciche słowa, jedno po drugim wpełzające do świadomości.

Świeży śnieg pokrywał ziemię od podnóży gór, aż po szczyty. Jego panowanie kończyło się u progu małej jaskini, w głębi której leżała nastroszona kupka futra, kształtami już przypominająca wilka, ale wciąż trochę nieforemna. Zimowy bezruch i nagość lasu sprawiały, że mógł bez trudu wyłapać każdy kroczek, każdy oddech. Żaden intruz nie zaskoczyłby Rutena.

Tego popołudnia, leżąc na swoim legowisku, usłyszał zbliżające się kroki.

Przybyszów było… jeden, dwóch… chwileczkę. Półtora? Wyraźnie słyszał przecież sześć nóg. Świeży puch zagłuszał dowody i tłumił przypuszczenia; pośród jego chrzęstu nie dało się rozpoznać, czyje to mogą być nogi.

— Dziwne szczenię — zaraz po tym stwierdzeniu rozległo się chrząknięcie i świszczący kaszel, zwykle tłumiony przy obcych. Ruten poznałby go wszędzie. Słowa należały do jego opiekuna. Pod troskliwym płaszczykiem kryła się grzeczna obojętność. — Może to, jak to się teraz mówi, melancholia, a może tylko ciężki wyrost, ale jak pomylony się zachowuje. Odkąd mam go pod opieką, codziennie przez pół dnia siedzi w tej jaskini, a przez drugie pół po lesie łazi. Nie bawi się, nie poluje z innymi, jakby niczego wokół nie widział. Nie podoba mi się, że w tej głuszy mieszka. To jeszcze gówniarz. Ja w jego wieku…

— Niech zgadnę. Miałeś matkę, ojca i czwórkę rodzeństwa — przerwał mu nowy głos. Choć jego melodia zdawała się z natury miękka, to nagłość, z jaką wszedł w słowo opiekunowi, zmroziła Rutena jak zbyt szybko połknięty kawałek lodu. Stary krzykacz miał krótki lont. Niewiele było trzeba, żeby go podpalić.

Kroki ucichły. Najwyraźniej goście chcieli skończyć rozmowę, zanim wejdą do jaskini.

— Trójkę rodzeństwa miałem — sprostował opiekun z wyczuwalnym wyrzutem, ale nie pozwolił sobie nawet warknąć. To wydało się Rutenowi szczególnie interesujące, bo zwykle basior nawet nie próbował hamować przy nim swoich docinków. Dbał o niego równie mocno, jak o zeszłoroczny śnieg. Czasami głodził go przez dzień lub dwa, przekonując, że tylko w ten sposób Ruten w końcu nauczy się polować, pozna tereny watahy, posłucha wilczych rozmów, krótko mówiąc: zacznie żyć.

„Bo nie jesteś jakimś odmieńcem jaskiniowym, tylko wilkiem!”, mawiał, jednak za każdym razem po takiej tyradzie wracał z kawałkiem zdobyczy i łagodzącymi słowami, których młodzik słuchał jednym uchem. Nie łudził się, że to wszystko ze skruchy. Opiekun raczej chciał uniknąć tłumaczenia się z martwego szczeniaka przed resztą watahy.

— Niemniej…

— To prawda, wilki rzadko tędy przechodzą, ale przecież go do mojej jaskini nie zabiorę. Zwariowalibyśmy obaj. Jeden wariat wystarczy.

— Nie lubisz go. Naprawdę już zrozumiałem.

— On nie da się lubić!

— Zobaczymy. — Drugi głos pozostawał przesiąknięty chłodnym dystansem. — Nie lepiej, żeby najpierw porozmawiał z nim psycholog?

— Psycholog? Mamy jakichś chętnych po tym, jak tamta wariatka poprzedniego spaliła? — Opiekun kaszlnął z nutą zdziwienia.

— Ale i sama ostatnią stronę dzieła swojego życia zapisała nad rzeką dwa księżyce temu — zauważył jego towarzysz bez specjalnych uniesień, choć uwadze Rutena nie umknęła chwila wahania, znacząca tyle, że jeszcze niedawno, na widok jęzorów ognia strzelających z wijącej się pacjentki, pod logiczny umysł musiał podszyć się strach. Z łatwością mógł sobie wyobrazić całą scenę; jak oszalała z bólu wadera, niczym przyziemna kometa, pędzi w stronę wody, która miała być jej zbawieniem, a okazała się grobem. Od małego miał bujną fantazję. Po co prawdziwy świat, skoro można stworzyć sobie własny? — Otóż jest nowy psycholog, imieniem Vitale. Nie poznałeś go?

— Chyba nie. Zresztą bardziej tobie ufam, Mundus. Nie chciałbym go przestraszyć, bo i tak jest dość nieśmiały.

— Pamiętaj, że ostrzegałem: nie czuję się kompetentną osobą.

— Ale czasem pomagasz uczyć szczenięta taktyki. Mógłbyś po swojemu… coś mu powiedzieć.

— Chcesz otworzyć go na świat, czy zwerbować do służb?

— Ty to najchętniej byś się z tą swoją pracą ożenił… A zresztą, może przeszkolenie wojskowe to nie taki zły pomysł.

— Jak sobie życzysz. Chociaż uważam, że nie bez powodu tobie Wrotycz powierzył opiekę nad swoimi dziećmi — mówił dalej nowy głos, choć teraz zabrzmiał nieco cierpko.

Wreszcie weszli do jaskini. W królestwie Rutena nikt nie grał fanfarów. Władca siedział na swoim legowisku niczym na tronie, nonszalancko oparty o ścianę. Chłodne spojrzenie musiało zdradzić, że słyszał każde ich słowo. Uniesione brwi ogłaszały, że liczy na szybkie zakończenie audiencji. Każdy ruch był dokładnie taki, jak planował… Do czasu. Gdy tylko dostrzegł, z kim ma do czynienia, zdradziło go lekkie drgnięcie ucha. Maska obojętności zaczęła pękać. W pewnym sensie nie pomylił się: rzeczywiście było ich półtora.

Drugi gość nie był bowiem wilkiem. Nie był w ogóle żadnym psowatym. Przypominał niebieskawego żurawia z nietypowym, jaszczurczym ogonem, zakończonym sztywną miotełką sterówek w kształcie płetwy. Poza tym prezentował się całkiem zwyczajnie. Po prostu kolejne dziwne, z pozoru szare jak cały świat stworzenie. Jedno z takich, które widzi się raz czy dwa w życiu, ledwie przez chwilę, na dalszej niż zwykle wyprawie w głąb nieznanych zakątków kniei, lecz nie potrafiąc przyporządkować ich do żadnego ze znanych gatunków, zapomina się o nim już następnego poranka. Jednak tę szarość wyraźnie przebijał błękit i duże, pogodne oczy o barwie jasnego berberysu.

— Witaj, Ruten — odezwał się opiekun maślanym głosem. Ostatni raz użył tego żałosnego tonu, gdy żegnał się z radą, by odprowadzić młodego do jego nowego domu. Żuraw uśmiechnął się lekko.

W odpowiedzi mały położył uszy po sobie i zmarszczył brwi. W głębi duszy czuł, że ten uśmiech nie był jednym z wymuszonych skrzywień, jakie często stosowały dorosłe wilki względem młodych, aby zyskać ich sympatię. To było raczej coś zupełnie odruchowego. Ruten niemal czuł, jak serce nieznajomego zaczęło bić mocniej. Czy rzeczywiście spotkanie szczeniaka, zwłaszcza takiego jak on, osieroconego i niekochanego, mogło być powodem radości? Do tej pory myślał, że taki widok ucieszyłby jedynie większego drapieżnika. Zaraz, zaraz. Gość wspominał coś o ojcu. Zatem zagadka rozwiązana. Przyjaciel.

To mgnienie, przelotne skrzyżowanie spojrzeń, szybciej, niż się tego spodziewał, pomogło mu przełamać pierwsze lody. Jeszcze chwilę wcześniej mógłby przysiąc, że jego maska pozostanie twarda niczym głaz.

— Miło mi — rzucił w stronę przybyłych, chociaż zupełnie nie było mu miło. Sam nie był do końca pewien, czy to dobra odpowiedź; jawiła się jako przynajmniej zgodna z konwencją. Ponieważ obecność takiego tłumu we własnej jaskini nieco go tremowała, ominął gości łukiem i usiadł w innym miejscu.

— To Mundus. — Basior spokojnym gestem wskazał na ptasiego kolegę. — Nasz przyjaciel. Poprosiłem go, żeby się tobą zajął przez kilka dni, gdy ja… Będę poza terenami watahy. Mogę was zostawić? — zapytał ciszej. Wzrokiem zdał się nagle szukać pomocy u skrzydlatego towarzysza.

— Nie gryzę — odrzekł ptak. To żarliwe zapewnienie zabrzmiało nawet dość zabawnie, lecz szczeniak zapobiegawczo postanowił zachować na pysku śmiertelną powagę.

***

Ruten urodził się o pół jesiennego wieczora wcześniej od swojej siostry, jako syn pewnej powabnej wilczycy o anielskich rysach i jakiegoś tam zwykłego żołnierza, niegdyś dobrze znanego na tych ziemiach. Czym się on wsławił? To zamierzchła i strasznie nudna opowieść: jedna strona gryzła się z drugą o wpływy i terytorium, pod starannym pozorem walki o uniwersalne wartości; tak jak to zazwyczaj bywa w bajkach, które małe i duże szczenięta znają z kart kronik watahy. Ojciec, niejaki Wrotycz, zginął, raniony w walce. To uczyniło go kimś ważnym, choć miał już nigdy się tym statusem nie nacieszyć. Nie nacieszył się też narodzinami szczeniąt. A może i nacieszył, lecz odszedł z tego świata niedługo później, dlatego nawet najbardziej zamglony obraz Wrotycza nie zdążył zagościć w ich pamięci.

Niedługo po śmierci ojca, w trakcie połogu zmarła także matka; postać zupełnie przezroczysta w oczach Rutena. Nie miała zbyt wielu przyjaciół, więc nikt nigdy nie opowiedział mu o niej żadnej doniosłej historii.

Zostali tylko oni. Bordowy szczeniak o złotych ślepiach i jego ciemnoszara siostra, Cymonia. Otoczeni opieką krewnych i przyjaciół, przynajmniej mogli być spokojni o swoje życie. Nie życzono im zguby. Nie ofiarowano im też wielkiej miłości. Właściwie niczego od nich nie chciano i nie wymagano, a zapewniano tylko to, co konieczne do przeżycia. Rośli więc jak chwasty na żyznej ziemi, w gronie pozostałych chwastów należących do Watahy Srebrnego Chabra.

Z początku nie było nawet tak źle. Razem budzili się w kupie siana służącej za wygodne gniazdko. Całe ranki turlali się i kotłowali w walce na niby. Kiedy dopadało ich zmęczenie, mniej więcej około południa, pożywiali się mlekiem zastępczej matki, której maluchy były jeszcze w drodze. „Co za niebywale szczęśliwe zrządzenie losu”, powtarzała stara medyk, zawsze, gdy ich odwiedzała.

Ruten do tej pory nie miał na temat swojej macochy wyrobionej żadnej opinii. Bardzo dbała o to, by jego małe ciałko nie marzło, a futerko zawsze było czyste i gładkie, jednak rzadko ze sobą rozmawiali. Przez większość czasu to Cymonia, urodzona gaduła, zajmowała ją opowieściami o tym, jakich to ona bestii nie pokona i jaką to ona świetną alfą nie będzie. Choćby basiorek głowił się bez końca, nie był w stanie ułożyć takiej gadki szmatki. Pewnie to wzbudziłoby podziw opiekunki, zamiast niezręcznych spojrzeń i wymijających pytań, które słyszał za każdym razem, gdy zaczynał mówić o bezcelowości życia i kruchości wilczego umysłu. Jego siostra przynajmniej go nie oceniała, choć też nie grzeszyła bystrością. Obracała wszystkie jego monologi w żart. W konsekwencji niemal każde popołudnie spędzał na zapamiętywaniu składu maści i mikstur, o których opowiadała mu medyk podczas rutynowych wizyt. Również przed nią większość swoich przemyśleń trzymał zamknięte na kłódkę z tyłu głowy. Słuchał w milczeniu, bojąc się, że nieopatrzny komentarz mógłby zniechęcić wilczycę do dzielenia się z nim swoimi sekretami.

Kiedy w mroku nie sposób było już rozpoznać pojedynczych cieni, a nieustanny potok słów Cymonii zaczynał zwalniać, macocha otulała ich swoim ogonem. Puch wnet zatykał siostrze pyszczek i odcinał Rutena od męczącego świata. Zasypiali razem, zwinięci w jeden kłębek, by rano powtórzyć idealny cykl. Chciał, żeby to wszystko trwało wiecznie. Tylko ich dwoje w nieskończonym wirze zabaw i ciepłych wieczorów.

Nawet odejście zastępczej matki niespecjalnie go poruszyło. Wiedział, że był już wystarczająco duży, by ogrzać się sam. Próbował w ten sposób pocieszyć chlipiącą waderkę; zdziwił się niezmiernie, gdy odwróciła się do niego plecami, jakby ją czymś obraził. Zasnął jednak, mając pewność, że następnego dnia wszystko wróci na swoje miejsce. Zawsze tak było i nie wyobrażał sobie, by tym razem stało się inaczej.

W takiej krainie dane im było przyjść na świat. Z początku Ruten rozumiał tylko te jej prawidła, które istotne były dla jego samopoczucia.

Tak się jednak stało, że ledwie nauczyli się biegać, pewnego ranka Cymonia zniknęła, zostawiając go samego w jego małym świecie. A potem, nocą, pojawiła się znów. I ponownie zniknęła, jakby nigdy nie zstępowała w progi rzeczywistego wymiaru, który uwięził jej brata. Jakby była tylko odwiedzającym go, ułudnym marzeniem, niewyraźną marą, przelatującym czasem gołębiem lub wróblem, jednym z chmary innych, które można wypatrzeć na niebie. Gdy ulatniała się porankami, czasem na pożegnanie rzucała mu tylko roztargnione: „Też byś czasem dokądś wyszedł!”. Kim ona była?

Ruten wiedział jedynie, że była. Nie mając niczego oprócz tej pewności, całe dnie przesiadywał w jaskini, wpatrując się w chropawe ściany, dopóki nie nauczył się na pamięć każdej rysy i każdej szczeliny. Najpierw czekał na siostrę. Próbował ją namówić, żeby została i się z nim pobawiła. Oczywiście nie rozumiała. W odwecie wyrzucała mu, że ani razu nie odwiedził ich dawnej opiekunki. Potem jej wieczorne powroty straciły znaczenie. Bardziej frapowało go nowe pytanie: gdzie znikała? Wreszcie pewnego dnia zebrał się na odwagę, by pójść w jej ślady. Wyściubił nos na świeże powietrze. Ogrom doznań go wtedy przytłoczył. Światło słoneczne było jaśniejsze, niż wcześniej przypuszczał, a wiatr dął jak gniewny miech lodowego kowala. W końcu jednak Ruten musiał przyzwyczaić się do tych niewygód i odkryć to, co znajdowało się poza zasięgiem wzroku, do tej pory osadzonego wciąż w tym samym miejscu. Nigdy jeszcze niczego nie miał tak dosyć, jak tej nieszczęsnej jaskini. Być może dlatego, że niczego innego nie znał.

Wyruszał więc na coraz śmielsze wyprawy. Dreptał poza utartymi szlakami, po świeżym śniegu, wsłuchując się w jego jednostajne skrzypienie, żeby zagłuszyć myśli o siostrze. Niekiedy była okazja, by powłóczyć się jak cień za opiekunem: podobno przyjacielem ojca, o którym Ruten wiedział wszak niewiele ponad to, że był przyjacielem opiekuna. Jednak i w takich przypadkach nawet chrzęst śniegu był bardziej od tego czarnego gbura przejęty towarzystwem szczenięcia, które przychodziło chyłkiem, a po niedługim czasie po prostu znikało, często nie wypowiedziawszy ani słowa.

Od chwili, gdy opiekun zrugał go za nazwanie po imieniu jego głupich znajomych podczas wieczornego ogniska, młody wilczek wychodził tylko na samotne spacery. Tak urwała się ostatnia nitka sympatii, niegdyś rozciągnięta pomiędzy nimi.

Gdy wieczorami malec układał się do snu, Cymonia pojawiała się obok niego, grzejąc go swoim ciepłem. Z każdym dniem ciepło to denerwowało go coraz bardziej. Jakim prawem porzucała Rutena i z taką radością wędrowała, jak słońce, gdzieś po świecie, a on zostawał sam, bez zajęcia i pomysłu, w swojej smutnej jaskini, gdzie czekał na niego tylko mrok? Dlaczego pojawiała się w nocy, jak dobry sen, który próbował przypodobać się śpiącej duszy? Dlaczego kładła się obok niego, choć z każdym dniem coraz bardziej oddalali się od siebie, oni, rodzeństwo, które ledwie znało swoje imiona?

Zastanawiał się nad tym długo, ale nie znalazł odpowiedzi, które jednocześnie nie przynosiłyby kolejnych pytań. Zdawało mu się, że on i siostra są jak barwne motyle różnych gatunków, tak inni, a jednocześnie tak podobni. Inni? Od siebie nawzajem, czy może od otaczającego ich świata, który oferował tylko poczucie niespełnienia? Pokrewne myśli nawiedzały go często, a ponieważ były ciekawą alternatywą pustki, wyłapywał je spośród innych, rozkładał na czynniki pierwsze, obracał, unosił pod światło swego oświeconego umysłu. Wciąż nie potrafił zrozumieć siostry. Gdy ją widział, zęby same mu się zaciskały, a czoło marszczyło się, zamiast wygładzać, jak dawniej.

W końcu niechęć przerodziła się w nienawiść.

Pewnej nocy, gdy zostali całkiem sami, a siostrzyczka jak zwykle spała u jego boku, usiadł nad nią. Zapatrzył się w jej stalowoszare futro i lekko pacnął ją po ogonie, aby potwierdzić, że jest zupełnie nieświadoma tego, co dzieje się wokół. To dodało mu odwagi. Postanowił jej dotknąć. Położył łapy na jej szyi i poczuł, jak mięśnie pod skórą lekko drgnęły. Ciepło jej ciała szumiało mu pod palcami. Kiedy delikatnie je zgiął, poczuł coś jeszcze. Władzę. Władzę nad życiem. Władzę nad przeznaczeniem. Ona była rzeczywista, tak jak żałosny świat, który go otaczał. Pomimo swojej prozaicznej otoczki pozostała piękna i fascynująca. Była czymś, co nagle schwyciło wilczycę i przytrzymało ją przez moment na ziemi, w jaskini, ich jaskini, tam, gdzie zawsze na nią czekał. Coś pociągnęło go w kierunku władzy. Znów i znów.

I chociaż po chwili odsunął łapy, a potem położył się obok, do rana śpiąc snem uczciwego, tego co się stało, już nie zapomniał.

***

Świat za wyjściem z jaskini był tego poranka tak bury, że równie dobrze mógłby w ogóle nie wyciągać słońca z nocnych czeluści. To samo skrzypienie śniegu, to samo zimne powietrze. Ruten ziewnął, przekonany, że dzień skończy się równie jałowo, jak poprzedni. Następne popołudnie miało upłynąć zmarnowane w tej pieprzonej jaskini. Jasne, nie był przykuty łańcuchami do ściany. Mógł wyjść, dotrzymać towarzystwa opiekunowi, pogawędzić z innymi wilkami, może nawet spróbować upolować jakąś kuropatwę, ale… Brrr. Nie. Zdawało się to tak bezsensownym marnotrawstwem energii.

Chyba zaczynał wariować.

Od jego narodzin nie wypełniły się jeszcze cztery księżyce. Ostatnio Cymonia przeniosła się do nory ciężarnej wilczycy, która opiekowała się nimi od urodzenia. Brata, głosem większości bliższego i dalszego kuzynostwa z Watahy Srebrnego Chabra, okrzyknięto dzieckiem na tyle rozsądnym i ułożonym, by mogło samo zatroszczyć się o siebie — rzecz jasna, pod nadzorem opiekuna. „Najwyższa pora”, zawyrokowały dorosłe wilki, kiwając głowami, a potem dodały: „Jesteś już dużym chłopakiem, poradzisz sobie”. Pozostawiono mu więc tylko gnuśne czekanie na dzień następny, w poczuciu beznadziei, które coraz częściej zaczynał traktować jak kompana owego niczego: swojego jedynego zajęcia w chwilach, których nie poświęcał na spanie lub jedzenie.

Tym razem stało się jednak coś, co przeszkodziło mu w rozmyślaniach. Coś niespodziewanego, co czekało, odkąd przyszedł na świat, aby pojawić się w końcu, właśnie tamtego dnia. Oto wkroczyli do jaskini, jego opiekun i ktoś jeszcze. Oto ktoś nowy. Ktoś ciekawy. A oto…

Oto Ruten

Nie mówiąc wiele więcej, czarny basior ulotnił się pośpiesznie.

Ptak stał w cieniu, opierając się o ścianę jaskini. Nie pozwoliłem, by jakiekolwiek emocje wydarły się spod moich powiek. Tylko słaby okazuje uczucia, nie znając zamiarów rozmówcy.

Najbezpieczniejszym pytaniem na rozpoczęcie rozmowy zdawało się proste i treściwe „co?”. Na szczęście gość wyręczył mnie w bardziej pomysłowy sposób.

— Wstęp chyba słyszałeś, więc nam go oszczędzę. Wiesz, dlaczego tu jesteś, Ruten?

— Moi rodzice nie żyją. Siostra wyniosła się z domu, bo woli ciotki od brata. Nawet gdy się tu wciąż pałętała, znikała przy byle okazji. A ten prymitywny osobnik, co to niby się mną opiekuje i udaje stryja, nie jest nawet moim stryjem. Jest tu coś, co zgadza się z pożądanym stanem rzeczy? — zakończyłem pytaniem, zanim zdążyłem ugryźć się w język za tak dogłębne wyznanie. Mimo to nieoczekiwanie rozgorzał we mnie ciepły ognik zadowolenia, że wreszcie miałem szansę donieść komuś o wszystkich swoich żalach.

Mój przedmówca lekko uniósł brwi.

— Nie. Nie ma nic.

— Więc po co to mielić? Jeśli wszyscy wszystko wiemy, to lepiej zająć się bezmyślnym istnieniem.

— Uważasz je za bezmyślne?

— Nie każde, ale tę różnicę też trzeba zrozumieć. Nie oczekuję tego od bezmyślnych — odparłem, na co prychnął cicho.

— Rozumiem. Choć może nie tak, jak tego oczekujesz. — Na to oświadczenie nieznacznie przechyliłem głowę, ale jego spojrzenie pozostało nieprzeniknione. — Pewnie miałeś sporo czasu na dumanie o takich rzeczach, siedząc tutaj całymi dniami?

— Trochę wychodzę na zewnątrz.

— To dobrze, będziesz zdrowszy i silniejszy.

— O rany, woda jest mokra. Kto by pomyślał. Ale to świetnie, chcę być silniejszy. Jak mam zdobyć siłę? — mój głos wyprzedził myśli. Zaintrygowało mnie widmo korzyści, jakie według Mundusa mogło mi przynieść wychodzenie.

Chyba nie spodziewał się tych słów, w odpowiedzi na swoje, rzucone mimochodem. Uśmiechnął się, tak jak wtedy, gdy zobaczył mnie po raz pierwszy. Lekko zmrużył oczy, zbliżył się o dwa kroki i przycupnął naprzeciwko mnie. Żywość jego spojrzenia była subtelna, ale zbyt nagła, by ją przegapić.

— A na co ci ta siła?

— Po… — Wzruszyłem ramionami i zamilkłem. — To śmieszne, że pytasz. To tak, jakby robak pytał but, po co mu twarda podeszwa. — Uśmiechnąłem się półgębkiem, uważnie śledząc jego reakcję.

— Siła — oznajmił, pomijając moją błyskotliwość milczeniem — jest po to, Ruten, abyś mógł wybrać, jaką historię będziesz pisać. Słabi rzadko miewają ten przywilej.

— Będę silny — odpowiedziałem poważniej i niezbyt odkrywczo, nie dbałem jednak o efekt. Jakoś zależało mi na podtrzymaniu wymiany zdań z tym podejrzanym znajomym.

— Na takiego wyglądasz — odrzekł, znowu mrużąc oczy. — Pamiętaj tylko, że siła jest niejednolita.

Nie wiedziałem, co ma na myśli, więc postanowiłem udać, że się zgadzam.

Oto Mundus

Nie czuł się stworzony do takiej roli. Nie był ani krewnym, ani wychowawcą. Nie był kolegą. Doskonale wiedział, że nie ma takowych wśród wilków z watahy. Na litość boską, nie był nawet wilkiem.

A jednak pamięć po jedynym przyjacielu była równie świeża, jak ziemia na jego grobie. Choćby ze względu na nią Mundus nie mógł i nie chciał odmówić pomocy.

Wyobrażał sobie jaskinię duszną od westchnień. Smutek wiszący w powietrzu i ściekający ze ścian; łatwy do rozpoznania i, miał nadzieję, do przepędzenia.

Ku swojemu zaskoczeniu na miejscu nie zastał rozpaczy, a obojętność. Szczeniak leżał jak kłoda, odwracając spojrzenie od wszystkiego, co mogłoby go podnieść. Mundus nie musiał dociekać przyczyny, znał ją doskonale. Jak jednak zaradzić brakowi towarzystwa, tęsknocie za siostrą, matką i ojcem, czy wynikającej z braku ich wsparcia nieufności do całego świata? Aby zbliżyć się do Rutena, należało znaleźć szczelinę w murze, którym odgrodził się od świata. Opiekun stanowczo zbyt późno wziął się za jego socjalizację.

Dopiero podczas rozmowy okazało się, że sprawy mogą potoczyć się nieco inaczej, niż wyglądało to w optymistycznych założeniach. Należy bowiem przyznać uczciwie, że o ile Mundus był świetnym teoretykiem, zwłaszcza jeśli chodziło o rozmowy z wilkami, o tyle, gdy przychodziło co do czego, miał brzydki zwyczaj rezygnowania z większości swoich pomysłów kosztem wycofania się i obserwacji pozbawionej tak ryzyka, jak i szans. Sam był jeszcze młody i brakowało mu w tej sferze doświadczenia. Potęgował to fakt, że, za sprawą prawideł natury, stety niestety czekać go miało życie sporo dłuższe i fizjologicznie bardziej rozwlekłe niż jego wilczych przyjaciół. Dziwnie żyło mu się ze świadomością, że gdy psowaci rówieśnicy będą pochylać się od ciężaru lat, on dopiero zdąży się wyprostować.

Przyglądał się więc i słuchał również tym razem; a z każdym słowem rosło prawdopodobieństwo, że następne odgadnie sam. Coś spodobało mu się w tym dziecku. Nie złote serce, bo nawet ze stetoskopem nie znać było takiego. Nie czyste myśli, bo na kilometr czuć było, że jego, odcięte od świeżego powietrza, zaczynały gnić. A może to właśnie ta pustka i zgnilizna przyciągały uwagę? Ta odmienność od wzorca, która czyniła Rutena wyjątkowym przypadkiem?

Jaki był tego cel? Mundus jeszcze nie wiedział. Po prostu znał zarówno budującą, jak i niszczącą moc słów, i miał ochotę ją wykorzystać.

To nie tak, że nie podejrzewał, że brak ostrożności może doprowadzić do katastrofy. Zdawanie się na rozsądek malców w decydowaniu o swoim życiu, gdy ich doświadczenie jest jeszcze nikłe, a ich młode mózgi nierozwinięte, nie jest chyba dobrym pomysłem, prawda?

Zawrócił więc z krzywych torów i zaczął grać na czas, ograniczając się do odpowiedzi na nudne, szczenięce pytania. Poszedł nawet o krok dalej, zaczął zadawać pytania równie bezwartościowe: o opinię na temat samopoczucia i dzisiejszych przeżyć Rutena.

Obiecał sobie traktować go jak kolejnego małego druha, któremu mógłby posłużyć za starszego brata. Na wspomnienie czasu spędzonego z Wrotyczem w Lidze Płowej Ziemi wykiełkowała w nim naiwna nadzieja, że się uda, że nowy rozdział otworzy mu drogę do zasiania na młodym, podatnym gruncie ziaren pasji, a potem zebrania plonów w postaci wymiernych korzyści, jakie mógłby przynieść watasze kolejny, pracowity członek. W końcu, mimo wszystko, w Mundusie odezwał się odruch wyrabiany spolegliwie od skorupki, za każdym razem, gdy uczono go, by stał z boku i brał to, co zostanie. Dawno już skrzydła mu się wzmocniły, szpony wyostrzyły, a wilki, które niegdyś szczerzyły na niego kły, dziś tylko odwracały wzrok. Mimo to w sercu pozostała nieuchwytna luka, której nie potrafił zapełnić, a która wolała czerpać ze źródła, niż być źródłem. Ledwie wyłapał moment, w którym pozwolił sobie stracić kontrolę nad rozmową.

Jak czasoprzestrzeń zakrzywia się w zasięgu galaktyki pod wpływem jej masy, tak słabości charakteru ujawniają się, gdy mówca ugina się pod wpływem świdrującego spojrzenia słuchacza.

— Kim chcesz zostać w przyszłości? Myślałeś już nad tym? — zapytał. Szczeniak pokręcił głową, marszcząc nos.

— To kolejna mądrość ludowa, że każdy musi być kimś?

— To wzajemna zależność. Ty dajesz watasze swój czas i wysiłek, a ona zapewnia ci pożywienie, wsparcie, bezpieczeństwo i medyka, jeśli się połamiesz.

— A co, jeśli nie chcę tego wszystkiego?

— Zamierzasz zdobyć to sam? To by było interesujące. Jakim sposobem?

— Liczę, że dowiem się tego na przykład od ciebie. Po coś chyba tu jesteś. Miałeś mi pomóc. No, pokaż, profesorze, ile jesteś wart.

„To chyba nie jest pomoc, której teraz potrzebujesz, Ruten”, Mundus odpowiedział tylko w myślach. Oczy szczenięcia rzucały mu wyzwanie, które usilnie próbował zlekceważyć. „Ale czy nie jest to przypadkiem pomoc, której potrafiłbym ci udzielić?”.

A to ciąg dalszy ogółu wydarzeń

Gość wyszedł późnym wieczorem.

Cisza po jego zniknięciu zdawała się dudnić w kamiennych ścianach jaskini. Nowe doświadczenie udrożniło w głowie Rutena zatarasowany wcześniej korytarz, ale jeden diabeł wiedział, dokąd on prowadzi. Jeszcze przez chwilę wilczek kręcił się w kółko, aż odgłos własnych kroków zaczął drapać go w uszy. Wreszcie machinalnie skierował kroki w stronę lasu, ścieżką na najbliższą polanę. Zatrzymał się dopiero, gdy usłyszał echo powarkiwania i głośnej rozmowy. Skręcił, upatrzywszy sobie godne obserwatorium pod rozłożystymi gałęziami rosnącej na skraju polany sosny.

Cień objął go szczelnie jak zimowa sierść. Sosnowe igły drażniły jego ucho, zmuszając do krótkich, nerwowych szarpnięć.

Nie wychodził z ukrycia, mimo że jedno ze szczeniąt bawiących się pod lasem rzuciło mu przelotne spojrzenie. Nawet jeśli ich oczy go dostrzegały, przyzwyczaił się już do bycia niewidzialnym. Przeźroczystość społeczna stała się jego wyjątkowym uzdolnieniem, które pieczołowicie rozwijał każdego dnia. Wiedział już, które dzieci z towarzystwa nie zawodziły; nigdy nie odzywały się ani słowem, nie zapraszały go do zabawy. Ich obecność denerwowała go najmniej.

Zawsze, gdy jeden z przebiegających obok, roześmianych rówieśników szturchnął go przypadkiem na ścieżce lub gdy, pędząc ku swoim naiwnym przygodom, wymijał jak krzak czy pień drzewa, serce Rutena, niczym głęboka i pojemna studnia, napełniało się dumą. Był ponad nimi. Stał pośród tłumu i patrzył na niego z góry, jak żuraw pomiędzy wijącymi się w trawie zaskrońcami. A chociaż dziób miał jeszcze miękki i tępy, powtarzał sobie, że jego zaostrzenie jest tylko kwestią czasu.

Także tego dnia, gdy wpatrywał się w podgryzające się nawzajem szczeniaki, każde ich puste spojrzenie, skierowane na niego, lecz nie do niego, wzbudzało przyjemne dreszcze. Były jak porozumiewawcze mrugnięcie, od samego siebie, do samego siebie. Były jak ostateczna zapowiedź czegoś długo wyczekiwanego.

Kiedy ta ferajna postanowiła przenieść zabawę gdzie indziej, bliżej centrum watahy, wstał z ociąganiem i zniknął w cieniu pierwszych drzew. Bez szczególnego zainteresowania zaczął śledzić wydeptaną w mchu trasę, którą, w stronę mrowiska, biegła niepoliczalna grupa dużych, czarnych mrówek. Maleńki pochód maszerował naprzód, tworząc widoczną z góry ciemną chmurę. Drobinki sunęły prosto, równym tempem, jakby były już spóźnione. Nieliczne uciekały na boki, tylko po to, by szybko cofnąć się na szlak. Dopiero po chwili Ruten zauważył, jak każdy zbłąkany owad wraca w szeregi doskonałym półokręgiem i coś w tej uporczywej precyzji stopniowo zaczęło pochłaniać bez reszty głodny bodźców mózg. Chwilę później miał już wrażenie, że idzie razem z mrówkami, dokądś, w nieznane. Chyba nawet lekko otworzył pysk.

Świat zaczął wirować.

Maleńkie mróweczki. Jak pewne siebie były. Jak pewnie dreptały naprzód. Jak w pocie czoła znosiły do domu, na swoich maleńkich ciałkach, wszystkie tak dla nich wartościowe rzeczy.

Odetchnął głębiej, to przymykając, to znów otwierając oczy. Obserwacja stała się czymś na kształt medytacji, uspokajającej i układającej rozbiegane wszędzie myśli, by stały się jak te mrówki. Aby dotrzymały kroku jedna drugiej.

W zadumie uniósł łapę. Delikatnie zbliżył ją do ciemnej gęstwiny drobnych owadów. Patrzył, jak rozpraszają się w popłochu, gdy kładzie ją na środku drogi. Po krótkiej chwili towarzystwo uspokoiło się i znów zaczęło iść prosto do celu, obierając nową trasę przez środek tej niewielkiej przeszkody. Jakże interesujące było to chwilowe zmieszanie.

Potem zrodziła się ciekawość. Co się stanie, jeśli…

Podniósł łapę po raz drugi, najwyżej jak mógł, po czym z całej siły uderzył w ubity piach, miażdżąc wszystkie stworzonka znajdujące się na linii ognia. W grupie znów zapanował zamęt, lecz tym razem okazał się mniejszy, najprawdopodobniej dlatego, że kończyna zaraz po uderzeniu ponownie zawisła w powietrzu i nie zagradzała już trasy.

To dopiero ciekawe.

Maleńkie mróweczki. Było ich tak wiele, że śmierć kilku towarzyszek zdawała się dla nich niezauważalna, nieistotna jak przedawnione plotki. Nie to, co u wilków, gdzie każdy każdego znał i… A może właśnie nie? Wzajemna troska to stan pożądany dla gatunku, którego funkcjonowanie opiera się na istnieniu rodziny, ale czy mały Ruten był w stanie wymienić imiona wszystkich swoich krewnych? Nie, wataha była naprawdę liczna. Nawet w zestawieniu z obiema sąsiadkami tworzyła przytłaczająco gęstą grupę.

Nie namyślając się długo, wstał. Z braku lepszego zajęcia w lesie, gdzie jego jedynym towarzystwem były martwe mrówki, które nie zdążyły uciec do mrowiska, podreptał z powrotem do swojej jaskini.

Mundus wrócił następnego dnia, około południa.

Rutena intrygowały nie tylko słowa tego dziwnego stworzenia, ale i cała istota charakteru, który się za nimi krył. Z niezrozumiałych dla siebie powodów czuł też, że w jakiś sposób ma tego nowego znajomego w garści. Ten błysk w oku nie mógł być przecież nieszczery.

— Masz jakieś zainteresowania? Siedzenie w jaskini i unikanie innych się nie liczy.

— Mam, nawet niejedno — odparł Ruten, lekko wzruszając ramionami. — Lubię obserwować, jak świat się miota.

— Widzę… — Ich spojrzenia spotkały się w pół drogi.

— I wymyślać dla niego… rozwiązania — dodał, nie znajdując innego określenia na to, co przyszło mu do głowy.

— Poznajesz i udoskonalasz — mówił ptak, chyba bardziej do samego siebie niż do rozmówcy. — Pięknie.

— Nie pięknie, tylko praktycznie. Lubię doskonałe rzeczy, bo na niedoskonałe tylko traci się czas. Lubię… Panować nad tymi rzeczami. — Milczał przez krótką chwilę, po czym z gniewnym błyskiem w oku dodał: — Wytłumacz mi, dlaczego wszyscy boją się słowa „władza”? Traktujecie ją jak brud, którego nie wolno dotknąć. Dlaczego wszyscy boją się nawet wspomnieć o władzy? Dlaczego mam wrażenie, że opiekun powiedziałby mi teraz, że robię coś, czego „nie powinienem”?

— „Dlaczego” to zawsze dobre pytanie. Tylko odpowiedź na nie pozwala zrozumieć istotę sprawy, jakiejkolwiek. Dlatego właśnie to pierwsze pytanie, na które trzeba odpowiedzieć, opowiadając.

— Ziemia do Mundusa.

— Bo czasem trudno rozstrzygnąć, czy władza niesie więcej dobra, czy zła. Widzisz, porządek społeczny wygląda różnie u różnych gatunków zwierząt i łączy się z szeroko pojętą władzą nad czymś. Ale ty… mówisz o władzy nad czymś, lecz myślisz o władzy nad kimś. O niej mówimy i myślimy najczęściej albo chcąc ją zdobyć, albo by uniknąć dostania się pod jej wpływ.

— Najczęściej — powtórzył w zadumie wilczek.

— Czasem też odpowiadamy na pytania. — Ptak uśmiechnął się lekko.

— A jeśli nawet? Ogół jest ślepy, to jasne, że ktoś musi trzymać go za pysk.

— Tak uważasz?

— W rzeczy samej. I nie potrzebuję twojego potwierdzenia.

— Fakt, ogół to siła, ale bez rdzenia kręgowego łapa nie odsunie się od ognia.

— A więc się ze mną zgadzasz — mruknął Ruten podejrzliwie.

— Niezupełnie. Potrzebne są do tego także mięśnie, płuca… Każde z nich jest od czegoś zależne, a czymś innym zarządza. Poza tym nie uważam, aby ogół był z zasady do końca ślepy. W jednym masz rację. Wilcza wataha ma w sobie coś z organizmu, więc powinna działać jak organizm, we współpracy i wewnętrznej równowadze. Organizm potrzebuje neuronów jak każdych innych komórek. Mózg nadzoruje skurcz oskrzeli i ruch jelit. A sam mózg potrzebuje tlenu, którego dostarczą płuca, i glukozy, którą wchłoną jelita.

— Wiesz, że brak mózgu oznacza koniec. Skóra może gnić, pazur się złamie… i nic — zauważył szczeniak. — Gdyby nagle zginęło kilku szeregowców, nikt by tego nawet nie zauważył. Ale zabierz jednego alfę, a wataha rozpadnie się szybciej niż twoje metafory.

— Organizmy się adaptują. Wataha też. Przywództwo jest potrzebne, ale nie samowystarczalne. Taką władzę zawsze coś wiąże.

— Wiem co. Prawo. Te wszystkie kruczki i zawiłości.

— Kto opanuje prawo, ma władzę tylko nad tym, na co pozwoli jego twórca. I tylko dopóki się ono nie zmieni. Istnieją zjawiska stojące ponad prawem.

— Szkoda, że nie mogę kazać burzy zejść mi z drogi. — Pomimo pozornie żartobliwego tonu, zdanie to nie brzmiało jak naiwne, dziecięce marzenie. Wielu mieszkańców Watahy Srebrnego Chabra matka natura obdarzyła nadprzyrodzonymi mocami. Niejeden sąsiad potrafił skręcić zającowi kark telekinezą, a niezwykłe sąsiadki miały umiejętności manipulowania emocjami mężów lub podpalania stosików suchych gałęzi kłapnięciem zębów. Ani Ruten, ani Cymonia nie należeli do grona tych szczęśliwców, co wydawało mu się bardzo niesprawiedliwe. On, zamiast bawić się w budowanie szałasów, wymyśliłby, jak wykorzystać pełnię swojej mocy.

— Teoretycznie to możliwe. Nieosiągalne dla nas, ale możliwe. Lecz sama pogoda nie jest wszechmocna i nie osiągnie dla ciebie wszystkiego. Pomimo całej swojej potęgi, może być za słaba i zbyt nieprecyzyjna. — Uciął wypowiedź. Rozmowa zmierzała w złym kierunku. Zanim jednak zdołał delikatnie sprowadzić ją na inną ścieżkę, przerwał mu zawiedziony głos Rutena; byt nieuchwytny, lecz jaskrawy jak iskra wypadająca spod krzesiwa.

— Nie ma zatem prawdziwej władzy?

— Chcesz prawdziwej władzy? — Mundus przerwał, zastanawiając się, czy wypowiedzenie tych słów jest tylko miernym, czy raczej tragicznym pomysłem. Widząc jednak wyczekujące oczy małego, wreszcie dokończył nieśpiesznie: — Pamiętaj, że kto ma władzę nad biologią, ten ma władzę nad życiem.

Tym razem odpowiedziała mu cisza i błysk w żółtych ślepiach. Choć Mundus dostrzegł go, z jakiegoś powodu nie żałował.

Może… może później.

***

Kości, wilcze kości. Ruten był bardzo ciekawy, jak mocne są wilcze kości. Tego dnia na spacerze w lesie znalazł fragmenty szkieletów kilku różnych zwierząt, które chciał wykorzystać do swoich pierwszych badań. Postanowił zostać wynalazcą. Odkrywcą nowych rozwiązań, na które, choć były zupełnie proste, nie wpadł jeszcze nikt przed nim.

Tak więc kości. Jakie zwierzęta z lasu mają najtwardsze kości? Wilki, które często przemierzają w ciągu dnia ogromne odległości, przypuszczalnie będą silną konkurencją. Dla innych psowatych na pewno. Kilka razy widział w lesie jakiegoś zabłąkanego albo porzuconego psa, który ani chybi został szybko zlikwidowany przez łowców watahy. Jakie to chude i słabe! Niemoc aż spływała z położonych po sobie uszu i zapadniętego kręgosłupa, który przypominał raczej kręgosłup wygłodzonej szkapy.

Może łosie lub jelenie? Ich nogi też muszą być silne, ale jak wypadłyby, gdyby zmniejszyć je do rozmiarów wilczych nóg? Nad tym trudniej pracować, nie mając odpowiednich narzędzi. Co najwyżej można pozbierać kilka ładnych egzemplarzy piszczeli różnych gatunków. Potem porównać ich twardość i wytrzymałość. A potem…

Sokół własnych myśli poderwał jego umysł do lotu, ale nagle coś szarpnęło i nieszczęsny Ruten spadł, z ciężkim wstrząsem lądując w rzeczywistości. Potoczył wokół trochę nieobecnym wzrokiem. Stało przed nim stworzenie, które dobrze znał, a przynajmniej tak mu się wydawało. Nie panikował, szybko zerknął tylko za siebie, dla pewności, że ma czystą drogę ucieczki.

— Hej. Już ze spaceru wróciłeś? — mruknął czarny basior. Ten ktoś… Czy on nie miał być w tym momencie daleko stąd?

— Taaak. — Szczeniak uśmiechnął się przebiegle, za co niemal od razu zganił się w duchu. Zbyt wymowny wyraz pyska mógł zniweczyć wszystkie jego plany. Trudno mu było sklecić słowa w sensowną całość, gdy myślał zupełnie o czymś innym. Przed oczyma miał już swój nowy cel na następne dni, tygodnie, a przy dobrych wiatrach, może nawet całe księżyce.

— Widzę, że humor też już ci się polepszył. — Wilk zamachał ogonem na znak radości, choć Ruten był prawie pewny, że w rzeczywistości ten gest nie miał z nią nic wspólnego. Z grzeczności pokiwał głową, w nadziei, że etapowo uzyska odpowiedzi na wszystkie kłopotliwe pytania. — No cóż, jeśli niczego nie potrzebujesz, może już pójdę. — Sapnął basior. — Wyglądasz na zmęczonego.

Basiorek mruknął pod nosem coś, co najwyraźniej wystarczyło, bo nieznajomy odszedł. Dopiero patrząc za oddalającą się sylwetką, zaczął odzyskiwać świadomość. Przecież to jego opiekun! Co sprawiło, że chwilę wcześniej zapomniał nawet, skąd zna jego głos?

Nie, zacznijmy od początku: skąd on w ogóle wziął się… tam? Kości, szukał kości w lesie. A potem trach.

Rozejrzał się wolno. Był przed jaskinią, w której mieszkał. A jednak jeszcze przed momentem, choć stał w tym samym miejscu i gniótł łapą tę samą kępkę trawy, wszystko zdawało mu się obce.

Powoli zaczął przypominać sobie urywki ostatniej rozmowy z Mundusem. Z jakiegoś powodu nie mógł pozbyć się wrażenia, że miała ona miejsce kilka dni wcześniej. Nieźle pasowałoby to do całokształtu sytuacji, w której znalazł się tak nagle: rzeczywiście szukał kości w lesie, a potem nagle się zamyślił i umknęło mu kolejne kilka dni.

Przede wszystkim jednak byłaby to prawda alarmująca. Jeszcze bardziej alarmująca, niż zadowolony opiekun. A może tę rozmowę sobie tylko wyobraził?

Otrząsnął się i wszedł do środka. Chyba rzeczywiście był bardzo zmęczony.

***

Ruten sunął wzdłuż brzegu jeziora, uważnie obserwując otoczenie. Jego łapy ślizgały się po równej gładzi, niekiedy tylko napotykając drobne niedoskonałości. Z niełaską w oczach ominął dramatyczne wgłębienie; stary ślad jakiegoś bliźniego, który zaufał lodowej płycie zbyt wcześnie i zafundował sobie kąpiel w mroźnej toni.

Zatrzymał się w miejscu, gdzie lód wydawał się bardziej przezroczysty, i podskoczył, by uderzyć mocniej w taflę. Jednak miękkie poduszki łap tylko pacnęły o twardą powierzchnię, nie przyozdabiając jej nawet w skromne pęknięcie. Szczeniak zasępił się. Łatwiej byłoby pozyskać lód na południowych mokradłach Watahy Wielkich Nadziei. Tamten był cieńszy, w wielu miejscach rozdeptany przez łosie. Opiekun kręcił nosem, gdy odkrył, że wychowanek podczas spacerów zapuszcza się aż tam. Rutena bawiła jego udawana troska, a każde pogrożenie konsekwencjami i tak kończyło się w ten sam sposób: czarny basior znikał na kolejny dzień, czasem dwa, podczas których jego podopieczny robił, co chciał, śmiejąc się w twarz wszelkim konsekwencjom. Kłopot był w czym innym: lód na mokradłach był poprzetykany trawą i podbarwiony błotem. Był brudny. Nadawałby się może do chlapania lub picia, ale nie do uprawiania nauki!

Podszedł do rosnącej nad brzegiem leszczyny. W trawie, u jej drewnianych stóp, leżała gruba gałąź, której koniec, pochwycony w lodowe kleszcze, znikał pod wodą. Szczeniak okrążył go, ujął w zęby i szarpnął do góry. Potem wcisnął z powrotem w ziemię. Znów pociągnął… aż dźwignia poszła w ruch. Niebawem kroczył zasapany, dzierżąc w pysku swoją zdobycz. Dorzucił kawał lodu do trzech innych, które leżały już w kryjówce.

Na pierwszy rzut oka to miejsce wydawało się zupełnie zwyczajną jamą. Była ciasna, skryta na uboczu i szczerzyła się skalnymi szpicami wystającymi ze ścian, niczym paszcza szczerbatego rekina. Za paszczą mieściła się gardziel: kręty korytarz zwieńczony maleńką komorą, z której ciągnęło chłodem jak z samego wnętrza ziemi. Choć była stanowczo za mała, by mógł przecisnąć się przez nią i zbadać to, co kryło się dalej w podziemnych tunelach, zauważył pewne ciekawe zjawisko. Dzięki wiejącemu z wnętrza lodowatemu wiatrowi, temperatura i wilgotność w kryjówce pozostawały niezmienne, niezależnie od pory dnia oraz pogody.

„Mundus mówił, że gdy zacznie się wiosna, lód stopnieje. A może znalazłem miejsce, w którym zawsze trwa zima?”. Choć nie poznał jeszcze na własnej skórze ocieplenia czy lata, liczył, że jego praca będzie warta zachodu i zebrany lód poleży w kryjówce jeszcze przez długi czas. A do czego będzie można go wykorzystać? Nie wiedział, ale był pewien, że woda w kawałkach może mieć tysiące zastosowań.

Gdy bordowy ogon zniknął, a kroki ucichły, tylko wiatr zajęczał w lodowej samotni.

***

Ruten czuł się coraz bardziej dorośle. Z dnia na dzień jego pysk stawał się poważniejszy, jego mięśnie nabierały wyczekiwanej siły i masy. Opiekun nie miał już nad nim władzy. Najbardziej podniecająca była jednak myśl o początku realizacji wielkiego planu, teraz, gdy zyskał towarzysza, dzięki któremu nie czuł się zupełnie osamotniony.

— Masz chyba trudności z czytaniem emocji — zauważył kiedyś Mundus. — Zresztą skąd miałbyś znać wilki, jeśli w ogóle się z nimi nie spotykasz.

— Gadasz od rzeczy — uciął krótko basiorek, tym razem nie zaszczycając znajomego nawet przelotnym spojrzeniem, jakby był źle postawionym przypisem w przeglądanej właśnie kronice.

— Cudze uczucia cię nie obchodzą. A może od nich uciekasz? Zastanawiałeś się kiedyś nad tym?

— Przestań — warknął Ruten. — Nie chcę tego słuchać.

— Dlaczego? Obrażam cię?

— Nie podobają mi się twoje dziwne nadinterpretacje. Wiesz, że to może być niebezpieczne, jeśli nie ma się nawet czterech łap, co nie?

— Tak mówisz? — Mundus uśmiechnął się lekko. Rutenowi nie podobał się ten uśmiech. W zasadzie ptak nie musiał się nawet uśmiechać; samym tym przenikliwym, zwodniczo odprężonym spojrzeniem sprawiał, że wilka skręcało w przełyku.

— Niepotrzebnie przypomniałeś mi o Cymonii. — W końcu Ruten postanowił zmienić temat. Tym razem wybaczył gościowi tak bezczelne znieważenie.

— To twoja siostra. W żaden sposób nie jest winna twojemu nieszczęściu. Za to może pomóc ci zdobyć wiedzę, na której podobno ci zależy.

— Niby w jaki sposób? Jest głupia jak but.

— Jeśli tak uważasz, musisz mieć powód. A co, jeśli się zaskoczysz?

— Nie sądzę.

— Zobaczysz, w jaki.

— Gdzie ona będzie? Ta dzieciata kluska nie wypędziła jej, jak dorobiła się własnych szczeniąt? Ja bym się bał, że któreś przez przypadek rozdepcze.

— Teraz mieszka na południu, na stepach. — Mundus westchnął z ostrożnością, z jaką dotyka się niedawno zagojonej rany. — Kiedyś była to siedziba stowarzyszenia twojego ojca.

— Mało o nim wiem, ale myślałem, że nikt już tam nie mieszka.

— Teraz już tylko dwa wilki. Ardyt, najbliższy współpracownik Wrotycza, który został tam po rozwiązaniu ligi, oraz Cymonia, odkąd trochę wyrosła. Oboje nie bardzo mieli dokąd pójść.

— Powtarzam pytanie — odezwał się nagle Ruten. — Jak niby ona ma pomóc mi zdobyć wiedzę?

— Może nie do końca ona, ale jej nauczyciel.

— Kto to? Zresztą, nieważne. Sam mógłbym się uczyć, a ty byś mi pomógł, jeśli taki z ciebie mądrala.

— On ma wiedzę, której ja nie mam. Zresztą ma też więcej czasu. Lepiej, jeśli zostaniesz jego uczniem.

Basiorek rzucił jeszcze kilka niechętnych min, ale umilkł, skrycie zaciekawiony niezwykłym źródłem wiedzy, które zamierzał przedstawić mu przyjaciel.

Wyszli. Był to ich pierwszy wspólny spacer. Nie różnił się zbytnio od dawnych wędrówek, podczas których szczeniak dreptał krok w krok za opiekunem. Po prostu w milczeniu przedzierali się przez krzaki i przemierzali kolejne leśne polanki. Tym razem było jednak coś, co sprawiło, że ta mordęga wydała się Rutenowi warta zachodu. Wreszcie widział cel; był uczestnikiem wyprawy, a nie kulą u nogi. Mimo to zdał się na swojego przewodnika i pozwolił sobie na odpoczynek od myślenia. Rozglądając się wokoło, chłonął oczyma nieruchomy, głuchy las. Podążał za ptakiem jak zagubiony na morzu statek, płynący wprost na światło latarni.

W końcu coś zaczęło się zmieniać. Gdy wyszli na otwartą przestrzeń, świat nagle wydał się bezgranicznie głęboki. Młody wilk odetchnął pełną piersią. Powietrze pachniało stepem; suchą trawą i pyłem, które od razu ściągnęły go myślami na południe, poza znany mu obszar skalistych wzniesień, przez miejscowych szumnie zwanych górami.

— To tutaj. Poczekaj — oświadczyła jego latarnia.

Mundus na chwilę zniknął w wejściu do obszernej jamy, widocznej pomiędzy ciernistymi krzewami, a następnie wyszedł w towarzystwie płowego wilka, jeszcze dosyć młodego z wyglądu, lecz starego z oczu i kulejącego na swoich trzech nogach.

— Jest u siebie. — Obcy skinął głową. — Chciałem, żeby zamieszkała w naszej głównej siedzibie, ale wolała jedną z nor, które wykopaliśmy dla rodzin naszych wojowników.

— Są tam. — Mundus wskazał szczeniakowi kierunek. — Idź, my chwilę porozmawiamy. Cymonia wie już o wszystkim.

Ruten w milczeniu pokiwał łbem.

— Ładnie tu sobie żyjesz. — Skrzydlaty potoczył wzrokiem dookoła.

— Powoli uprzątamy pobojowisko. Najwyższa pora — mówił Ardyt. — Trzeba żyć dalej. Tyle że ja całe życie związałem z ligą. Co mam robić teraz, gdy jej nie ma? Wszyscy pamiętają, że Wrotycza pogrzebano, ale nikt nie wie, że mnie pogrzebano razem z nim. Jego córka chce ożywić to pustkowie i teraz siedzimy tu we dwoje, ale w końcu i jej sił zabraknie. Dobrze chociaż, że ty jeszcze potrafisz tu trafić.

— To miejsce to też trochę mój dom. Jak twoja noga? Medyk obawiał się łamać kość. Chciał amputować całą.

— Już dawno się zagoiła. — Basior zawiesił głos, zerkając na to, co zostało z jednej z jego tylnych łap i sięgało niedaleko za kolano. — Lepiej zresztą żyć bez stopy niż z wiecznymi wyrzutami sumienia. Prawda?

Mundus uśmiechnął się. Jeszcze raz objął wzrokiem opustoszały zagajnik, po czym nieśpiesznie skinął głową, jakby wciąż szukał w sobie przekonania.

Ruten tymczasem podreptał przed siebie. Gdy tylko głosy z tyłu ucichły, przystanął i rozejrzał się po tym dziwnym miejscu, które w jego oczach mogło zostać nazwane co najwyżej ruiną. Odłamane gałęzie rosnących wokół, karłowatych drzewek, walały się po piasku, z którego wyrastały kępy ostrej trawy. Bezlistne krzewy splatały się w ażurowe ściany, dające złudne przeświadczenie, że łatwo dostrzec to, co znajduje się po ich drugiej stronie. Wszystko to nadawało scenerii nieco mroczny charakter. Nieopodal leżało kilka stert kamieni będących pewnie pozostałością po jakiejś niedokończonej budowie. Jak na ironię, tak starannie ułożone, były chyba najbardziej harmonijnym elementem tej osobliwej przestrzeni. Na niektórych skałkach widać było bordowe zacieki.

Szedł przed siebie. Cymonia. Cymonia, w której płynęła podobna krew. Sporo minęło od ostatniego spotkania.

— Halo? — Z wahaniem zajrzał do jednej z kilku położonych blisko siebie jam wykopanych w ziemi. Ta wyglądała na najbardziej zadbaną, albo raczej na najmniej opuszczoną ze wszystkich. Ze środka wyjrzała szara wadera o szczerych, choć niewielkich ślepiach.

— Ruten? To ty? Ruten! Jak cudnie cię widzieć, braciszku! Ile to już czasu minęło? — Skoczyła w jego kierunku z entuzjazmem, który w pierwszej chwili sparaliżował młodego wilka, nieprzygotowanego na takie powitanie.

— Tak, ciebie też… siostro. — Z wrażenia usiadł na ziemi, kładąc uszy po sobie.

Nie rozmawiali długo, bo i o czym? Oprócz wspólnych rodziców nic ich nie łączyło. Przeciętny obserwator nie mógłby pewnie zauważyć żadnych wyraźnych podobieństw nawet w ich wyglądzie. Cymonia była jak na wilczycę wysoka, szczupła, a jej oczy miały specyficzną, morską barwę, która brutalnie kontrastowała z gadzią żółcią ślepiów Rutena. Z jakiej dziwnej, genetycznej plątaniny musiały wyłonić się takie różnice?

— A więc interesujesz się biologią? Jeśli chcesz, mogę pokazać ci jutro kogoś, kto też się tym zajmuje — rzekła wesoło. — Na pewno się dogadacie. Co prawda to nie mój pomysł, ale myślę, że jest świetny.

— Jeśli tylko będzie w stanie wyjaśnić mi, na czym polega świat… — wyłuskał słowa spomiędzy myśli, niezdecydowany, czy w ogóle chce mówić. — Bo jeśli skończy się na bajkach i sentymentach, to szkoda mi nóg na taką wycieczkę — dodał donośniej.

— Rozchmurz się! Jestem pewna, że ci się spodoba. To twój typ wariata.

A jednak jej entuzjazm skutecznie zasiał w głowie samotnika ziarno nadziei na coś wielkiego.

Przespał się w jednej z nor na stepach. Nazajutrz razem udali się na Polanę Życia, na której już czekał Achpil, przyjaciel i nauczyciel Cymonii.

Młodemu wilkowi nowy znajomy wydał się niezwykle wartościowy. O wiele bardziej niż jego własny opiekun, który był tak zajęty swoim życiem, że z miłą chęcią przekazałby pieczę nad Rutenem choćby i samemu diabłu, a bordowy szczeniak by mu przytaknął. Bardziej nawet niż Mundus, który, choć zarzekał się, że odwiedza go tak często jak może, większość czasu spędzał wraz z alfą i żołnierzami, załatwiając jakieś nudne, urzędowe sprawy. Bardziej niż własna siostra, która przez cały czas nawijała o głupotach, jak wczorajsza wizyta u przyjaciółki, anegdoty o chabrze i bławatku lub upolowany tydzień wcześniej jeleń, którego gałki oczne porastała sierść (no dobrze, to ostatnie akurat wydało mu się względnie interesujące).

Był przekonany, że dzięki Achpilowi może osiągnąć wymarzony poziom wiedzy, a że pragnął poznania świata jak łyku wody ze świętego kielicha, postanowił bez zbędnych wstępów opowiedzieć nowemu guru o swojej pasji do kości. Starszy basior wysłuchał jego obserwacji z najwyższą uwagą.

— No dobrze. Umiesz pisać? — Posadził Rutena pod ścianą, wręczając kartkę i papier. Uczeń pokręcił głową.

— W porządku, w twoim wieku mało kto umie. Żeby sięgnąć szczytu, trzeba wygrzebać się z doliny i wspiąć po zboczu. Od tego zaczniemy. Potem zajmiemy się obliczeniami. Tu masz gęsie pióro, z samego przedramienia. Ach, pewnie jeszcze nie wiesz, gdzie jest przedramię.

Ruten zawahał się, a następnie dotknął jedną łapą drugiej.

— Tutaj? — zapytał cicho. Jego nauczyciel uniósł brew.

— W rzeczy samej.

To powiedziawszy, nakreślił na papierze jakąś literę i nakazał basiorkowi przepisać ją dziesięć razy.

Potem następną.

I następną.

I następną.

W końcu zarządził przerwę, co młodzieniec przyjął z niewyobrażalną ulgą. Chwilę później, rozmasowując drżącą od tak precyzyjnego wysiłku łapę, słuchał wykładu z wilczej anatomii.

Kiedy dzień zaczął chylić się ku końcowi, Ruten miał wrażenie, że jego głowa lada chwila pęknie od nowych informacji. Trudno było mu jednoznacznie stwierdzić, czy powinien uznać to za dobry, czy zły znak.

Głęboki jak nigdy sen i noc pełna niezwykłych wizji szybko rozwiały jego wątpliwości. A gdy następnego ranka obudził się z poczuciem misji silniejszym niż kiedykolwiek, był już pewien, że rozpoczęcie nauki u tego enigmatycznego mentora było najlepszym, co spotkało go w życiu. Nie tracąc ani chwili, poszedł, a właściwie w podskokach pobiegł ścieżką, którą poprzedniego wieczora człapał w drugą stronę, marząc tylko o zapadnięciu w sen. Tego dnia ogłosił, że chce więcej.

Achpil odnalazł w bracie swojej przyjaciółki cennego ucznia. Szybko ocenił, jakie granice mają jego możliwości, i każdego dnia wykorzystywał je do ostatniego kawałeczka.

W wirze pracy Ruten nawet nie zorientował się, kiedy minęła jedna, potem druga faza Księżyca. Stopniały resztki śniegu w dolinie u podnóży gór.

Równie często rodzeństwo odwiedzało basiora wspólnie. Coraz częściej jednak nauczyciel zdawał się dziwnie zapominać o Cymonii. Wreszcie zamiast pobierać nauki, zaczęła służyć jako model do nauki anatomii prawidłowej.

— Popatrz — wykładał, uprzednio ustawiwszy waderkę w pięknej, wystawowej pozycji. — Doskonale zbudowane ciało, aparat ruchu bez deformacji. Linia prosta poprowadzona od ziemi przez stopę przechodzi przez koniec kości kulszowej. Silne mięśnie i równoległe względem siebie śródstopia.

— To znaczy, że ja również mam w sobie coś z ideału. — Młody wilk wyprostował się, delikatnie łącząc na ziemi przednie łapy.

— Jesteś wyjątkowo typowy — Uczeń nie był pewien, czy lepiej poczytać to za wyraz uznania, czy za coś zupełnie odwrotnego. — Masz proste, silne łapy, muskularny grzbiet i długi ogon. Morfologia poprawna, proporcje zgodne z gatunkiem. Wyglądasz jak… wilk w czystej postaci.

Ruten zastrzygł uszami, dosłyszawszy w tych słowach coś więcej, niż chciał usłyszeć. Nie dopytywał jednak. Postanowił nie kłopotać swoich myśli niczym, co nie było równoznaczne z dowolną formą samorozwoju. A do takich zaliczał półsłówka sugerujące pochodzenie.

Cymonia tymczasem coraz później przychodziła na zajęcia i coraz rzadziej się na nich odzywała. Któregoś dnia przelała się jej czara goryczy.

— Nie podoba mi się, jak mnie traktujesz! — rzekła z żalem, kątem oka zerkając na braciszka, który nieopodal doskonalił swój kaligraficzny kunszt. Podczas nauki sprawiał wrażenie głuchego na wszystko, co działo się wokół. — Cały czas każesz mi tylko stać, pozować, obracasz mną jak jakąś figurką!

— Doprawdy? — odparł szorstko nauczyciel, wnet jednak złagodniał. — Jesteś moim największym dziełem, Cymonio. Żywym dowodem, że teoria przekłada się na praktykę. Nie ma tu nikogo, z kogo byłbym równie dumny.

— Ale to nie mnie wtajemniczasz w swoje plany… plany, które mnie niepokoją.

— Dziewczynko. — Spojrzał jej prosto w oczy. — Jesteś cudem. Jesteś tym, czego szukałem przez całe życie. Każda komórka twojego ciała jest świadectwem moich odkryć. Jednak to Ruten jest moim następcą.

„Po co jej to mówisz?”, pomyślał wspomniany osobnik. „I tak nie zrozumie… To tylko obiekt, którym musimy odpowiednio pokierować. To tak, jakbyś tłumaczył chartowi, dlaczego biega szybciej od buldoga, zamiast zająć się rozwijaniem jego możliwości i wystawianiem do wyścigów”.

Młody wilk codziennie wracał ze stepów z głową dymiącą od nowych wiadomości. Tak upływały tygodnie. Całkowicie pochłonięty nauką, pogrążał się coraz bardziej w swoim wewnętrznym, słabo oświetlonym świecie. Za każdym razem, gdy na chwilę musiał tę oazę spokoju opuścić, był zmuszony do mrużenia oczu coraz bardziej, by nie oślepnąć od światła, którego blask wydawał mu się tak denerwujący, jak nigdy wcześniej. Jeśli kiedyś miał wątpliwości, czy dobrym wyjściem będzie spędzenie reszty życia w mroku, pozbył się ich ostatecznie.

Nie musiał nawet kłopotać się chodzeniem do łowców po jedzenie. Cymonia postanowiła polować za nich dwoje; był przecież jej gościem. Po zajęciach przesiadywał więc w jej norze aż do kolacji, dbając o to, by być jak najdalej od śmiechów i chichów wadery oraz Ardyta, który często uczestniczył w posiłkach.

Już niemal codziennie odwiedzał Achpila, swój nowy wzór i pewnego rodzaju guru, które miało poprowadzić go ku oświeceniu niedostępnemu dla szarej masy, w jaką w oczach młodzika zlewały się pozostałe wilki. Podobnie jak osobniki wszystkich innych gatunków, nigdy bowiem jeszcze nie spotkał, oprócz nauczyciela oczywiście, istoty wartej uwagi, czymkolwiek by ona nie była. Nawet Mundus zszedł na drugi plan.

Długo zastanawiał się, czy może otworzyć przed nauczycielem wrota do swoich najskrytszych myśli. Lecz czy istniała bardziej odpowiednia osoba?

— Zastanawiam się, jak to jest zrobić coś, czego większość się boi.

— Jak na przykład? — Achpil skrzyżował łapy na piersi i łypnął na ucznia jednym okiem. Cienka gałązka wysunęła się ze szczenięcej łapy, nie dokończywszy dłubać linii w piasku. Ruten pozwolił jej wypaść i skupił się na pysku mentora. Każde drgnienie mogło podsunąć mu nowe rozwiązanie; pokazać drogowskaz na ścieżce do właściwych wniosków.

— Przestępstwo.

— Zależy od klasyfikacji przestępstwa. Któż z nas kiedyś się nad tym nie zastanawiał? — Młody wilk już napiął kark, gotów porozumiewawczo pokiwać głową. Już układał sobie w myślach mądrą przemowę. — Ale przestrzegam pana naukowca przed rozpowiadaniem o tym na prawo i lewo. Niektórzy nerwowo reagują na takie pomysły. Zaczynają wyobrażać sobie nie wiadomo co.

Szczeniak tylko opuścił wzrok na piasek i podniósł swoją gałązkę. Czego się spodziewał? Jakiejś złotej rady, gotowego planu? Widocznie w życiu nie bywa tak łatwo. Do pewnych rzeczy trzeba dojść samodzielnie.

Anatomia, anatomia, anatomia. Znał już na pamięć wszystkie najważniejsze nerwy w wilczym organizmie. A jednak tak dużo wciąż było przed nim. Tak wielu rzeczy jeszcze nie wiedział. Tyle długich księżyców, a być może lat i zim musiało minąć, by osiągnął mistrzostwo.

W tym miejscu należy się uważnym czytelnikom pewne wyjaśnienie. W naszej krainie od wiek wieków, jak dzieje dziejami, „rokiem” nazywano nie cztery pory roku, a jedynie dwie. Tak, dobrze słyszycie. Zaprawdę lata i zimy tak były długie, że święto Nowego Roku obchodzono zarówno pierwszego dnia zimy, jak i pierwszego dnia lata; miało to zapewne uspokoić rozhisteryzowane ciotki i utwierdzić je w przekonaniu, że ich krótkie życie może trwać dłużej, niż będzie to mieć miejsce w rzeczywistości. Każda zima i lato zdawały się trwać wieki.

Mistrzostwo Rutena, w przeciwieństwie do umiejętności czytania kalendarza, wymagało jednak nie tylko teorii. Z każdym dniem był bliżej naciśnięcia guzika uruchamiającego praktyczny wymiar wiedzy. Przed oczyma malowały mu się obrazy świetlanej przyszłości. Pracy, która pozwoliłaby przedrzeć się przez ciemną łatę niewiedzy, pokrywającą szczelnie każdy zakątek watahy. Tej zapadłej dziury, błotnistego dołka na niespełnione marzenia wszystkich jego znajomych i sąsiadów.

W przerwach między nauką kształtującą jego umysł, spacerował po lesie, aby rozwijać również ciało. Nie dbał o godzinę wędrówek. W każdej porze dnia dostrzegał coś pociągającego. Niekiedy celowo wybierał noc. Podczas takich wypraw parł przed siebie, kierunek kreśląc w myślach, pod wpływem chwili. Nierzadko docierał aż na tereny dwóch sąsiednich watah. Innym razem szedł na wschód i zatrzymywał się dopiero wśród oszałamiającego huku niespokojnych fal. Siadał wtedy na zimnym piachu morskiego brzegu i patrzył na ginącą w ciemności linię horyzontu, która stanowiła granicę jego świata; jak przypuszczał, jedyną, której nie potrafił przekroczyć.

Pewnego razu podczas takiej przechadzki znalazł się na terytorium Watahy Wielkich Nadziei: serdecznej sojuszniczki Chabrów z południa. Całkiem lubił odwiedzać tę społeczność. WWN była cicha i senna, sprawiała wrażenie, jakby wszyscy hałaśliwi mieszkańcy już zdążyli potopić się w leśnych mokradłach. Wiedział, że pałętanie się przy granicy nocną porą nie było rozsądne, ale czuł, że musi odprężyć się po wyjątkowo marnym występie na sprawdzianie z wilczego układu krążenia. O tej porze nie spodziewał się tam zastać nikogo wartego uwagi, co najwyżej kilku stróżów, których z łatwością można było niepostrzeżenie ominąć. Jeden z nich właśnie przesunął się jak duch gdzieś daleko, pomiędzy drzewami. Mało nie przyprawił Rutena o zawał serca. Poza tym noc była spokojna i cicha. Wędrowiec wtopił się w nią na nowo i bezszelestnie pokłusował przed siebie.

Nagle obcy zapach uderzył go w nozdrza. W ciemności, tuż obok, dostrzegł zarysy drugiego osobnika. Choć nie wyglądały na zupełnie bezbronne, nie wzbudziły w nim poczucia zagrożenia. To dawało czytelną wskazówkę: miał przed sobą wilczycę. W pierwszym odruchu planował przemknąć obok i kontynuować spacer, lecz zatrzymały go ciche słowa.

— Chodź, chodź.

Odwrócił się gwałtownie i zmarszczył brwi. Wadera bynajmniej nie wyglądała, jakby gdzieś się śpieszyła czy potrzebowała pomocy. Ostrożnie podszedł bliżej, czujnie lustrując jej oblicze. Neurony zaczęły pracować na najwyższych obrotach. Nowe doświadczenie uderzyło w niego jak siekiera. Poczuł, jakby coś w środku się złamało.

Tak, to bez wątpienia była wadera. Miała w sobie pewien urok, choć nie był to wdzięk lekkiego motyla, a raczej siła zaklęta w kształtach. Solidnie zbudowana, stworzona nie do fruwania, lecz do przetrwania.

„Gdyby wszystkie nasze wilczyca były takie, gatunek mógłby być silniejszy”, przyszło mu do głowy, gdy przyglądał się bez krzty zakłopotania jej szerokim nadgarstkom i usiłował obliczyć ich obwód. „Jest trochę niższa ode mnie, będzie z dziesięć centymetrów, a więc trop nie szerszy niż osiem i pół centymetra… Palce rozstawione na zewnątrz, w takim razie… Nie, nie, nie, to wszystko bez sensu. Śródręcze szersze tylko optycznie, węższe, niż mi się wydawało. Nic nadzwyczajnego”.

Znał ją. Wilczyca z jaskini, gdzie nocą dudniły niejednoznaczne krzyki i ciężkie westchnienia. Wiedział, że nocami krążą wokół niej basiory z wszystkich pobliskich watah, czasem nawet przynoszą w prezencie okazałe udźce z jeleni albo ludzkie błyskotki… ale nigdy się nad tym faktem nie zastanawiał.

Nigdy, aż do tej nocy, gdy sam stanął nosem w nos z mieszkanką zaczarowanej jaskini i zdał sobie sprawę, że stoi przed nim uosobienie tak zwanego upadku obyczajów.

Ponownie obrzucił ją chłodniejszym spojrzeniem i czekał biernie na rozwój wydarzeń. Zapamiętał to jako jeden, jedyny raz, kiedy pozwolił się życiu prowadzić, zamiast wydzierać mu swoją porcję wrażeń.

— Dokąd to zmierzamy o tak późnej porze? — zapytała, co wydało mu się niemal zuchwałe. Lekko przechylił głowę i sztywno machnął ogonem, podwijając go pod jedną z tylnych łap. Gdy wadera nie usłyszała odpowiedzi, uraczyła się nią sama. — W takim razie, samotny wędrowcze, cel twojej podróży najwyraźniej jest u nas. — Zaśmiała się perliście.

— O czym mowa? — Zajrzał twardo w oczy rozmówczyni. Ciemne, ze złotymi obwódkami wokół źrenic. Duże, kuszące i obdarzone długimi rzęsami.

— Strach chodzić samemu po nocy, nie?

— Nie, dlaczego? — zaprzeczył. — Mogę samemu spożytkować tlen, który w innym wypadku musiałbym dzielić z innymi. — Zdawało mu się, że popatrzyła na niego z zaskoczeniem, ale niczego nie powiedziała. Błyskawicznym ruchem owinęła swój nadgarstek wokół jego przedniej łapy i pociągnęła za sobą. Pomimo rażącej zniewagi, dreszcz przepłynął po muskularnej kończynie, a w głowie rozległo się natrętne pytanie: jak daleko można posunąć się w tak niecodziennych okolicznościach?

„Jeśli z taką ochotą wchodzimy w role, niczym komórki w wielkim organizmie, kim naprawdę jesteśmy? Jaki mechanizm nami rządzi? Komórka żyje nie dla własnego dobra, ale dla dobra organizmu. Dopóki jest potrzebna i wydolna, jest zasilana i utrzymywana przy życiu. Czyż wilki nie żyją poniekąd w myśl tej samej zasady? Utrzymują równowagę w społeczeństwie, dają mu coś i coś z niego czerpią, rozmnażają się, a gdy ich młode staną się na tyle silne, by je zastąpić, umierają. Co dzieje się z tymi, którzy wyłamią się z takiego systemu? Czy jest to w ogóle możliwe?”.

Postanowił odłożyć roztrząsanie wykrytych właśnie analogii na wolną chwilę. Miał ciekawsze rzeczy do roboty. Zyskał szansę, by zasmakować nieznanego.

Chwilę później byli już na miejscu. Niewielka jaskinia podzielona była na kilka drobnych pomieszczeń, jakby sama natura zadbała o odrobinę porządku w surowym schronieniu. Z wnętrza doszły go chichoty dwóch innych wader siedzących przy ognisku, które oświetlało całe pomieszczenie.

— Och, Peri, masz gościa! — zawołała wesoło cytrynowa piękność, na której futrze rozpryskiwały się ogniste refleksy. — A gdzie twój poprzedni przyjaciel? — Obie znowu zaczęły się śmiać, jakby właśnie opowiedziały najlepszy żart na całych wschodnich ziemiach. Ruten położył uszy po sobie i usiadł.

„Jaką funkcję w organizmie wilczego społeczeństwa pełnią właściwie takie komórki? Czy jeśli znajdują się poza prawem, to są w ogóle jego częścią, czy już tylko martwą wydaliną, z której nie da się niczego odzyskać i która powoli, lecz nieuchronnie, spływa do pęcherza? Każdy pęcherz ma swoją objętość. W końcu musi pozbyć się zbędnego balastu”.

— Nie przejmuj się nimi, wędrowcze. — Ta, która go przyprowadziła, demonstracyjnie wzruszyła ramionami. Och, był daleki od przejmowania się czymkolwiek. Wiedział, po co przyszedł i wiedział, z czym wyjdzie. Mniejsza o resztę. — Chodźmy już.

Zniknęli w ciemności, w innym segmencie groty. Trudno powiedzieć, co dokładnie się działo, gdy ich kroki ucichły. Fakt faktem, na samym końcu basiora naszły smutne refleksje krążące wokół nieodwracalności wyborów.

„Ona nie może zostać matką moich szczeniąt”, myślał, przenosząc wzrok, wcześniej sztywno wbity w skalne sklepienie, na chrapiącą obok wilczycę. „Nie mogę pozwolić, aby ktoś o tak słabych drogach oddechowych rozmnożył się i posłał swoje geny w dalszy obieg. Ani nie zamierzam marnować swoich”. Wykrzywił pysk z najwyższą dezaprobatą, po czym odetchnął, zapadając się w sobie, jak ślimak chowający się w swojej skorupce. Na wycofanie się było już za późno. Achpil uczył go przecież, skąd biorą się szczenięta. A może jednak…?

Wtedy Ruten poczuł żądzę większą niż kiedykolwiek wcześniej. Oto prawdziwa okazja. Chciał dotknąć tej istoty, mocno, tak mocno, by poczuć jej puls w każdej opuszce. Zgasić blask jej oczu.

Cicho przysunął się do wadery i jednym, gwałtownym ruchem chwycił ją za gardło. Kolejne chwile zaczęły umykać jego świadomości, wśród dominujących podczas niemej szarpaniny odruchów. Za każdym razem wysiłek drapieżcy chwytającego ofiarę wzmagał w nim zapamiętale powtarzane w myślach dwa, proste zdania. Działały jak zaklęcie, jak hasło, jak okrzyk bojowy.

„To wreszcie się dzieje. To naprawdę się dzieje”.

Żar uderzał w skronie, zmuszając go do zaciskania palców aż do bólu. Miał ochotę krzyczeć, ale pamięć podpowiadała mu, że nie może tego zrobić, jeśli nie chce sprowadzić kłopotów. Metaliczny smak wypełnił mu usta, a obraz rozmazywał się, gdy odpowiedź drugiego ciała zaczęła słabnąć. Na granicy wytrzymałości, marzył tylko o tym, by paść na ziemię, gdy to wszystko wreszcie się skończy. Na odwrót było już za późno. Łapy trzęsły mu się jak liście osiki.

***

Jasna łuna napływała nad zakryty przez drzewa horyzont i karmiła spragnione światła oczy lekkim, matowym brzaskiem.

Otrząsnął się i wbił wzrok przed siebie, próbując powrócić pamięcią do poprzednich wydarzeń. Gdzie był, co robił? Przez chwilę stał jak zaczarowany. Dostrzegłszy, że prawdopodobnie nie ściga ani nie jest ścigany, odetchnął głęboko i celebrował pierwsze przejaśnienia, które pojawiły się na suficie z gałęzi drzew. Dobiegający z oddali pisk wreszcie skłonił jego ciało do ruchu; najpierw wolno, potem nieco szybciej. Oto jedna z przerażonych koleżanek towarzyszki poprzedniego wieczoru. Tej, której miękkie futro pamiętały jeszcze poduszki jego łap.

Zanim zdążą wybiec z jaskini, jego już dawno tam nie będzie. A może nie wybiegną wcale? Obie będą się bały? Zabawne. Nieprzewidywalne. Pociągające.