Morderstwo na Gęsiej Szyi - Wojciech Wiercioch, Jolanta Szymska-Wiercioch - ebook

Morderstwo na Gęsiej Szyi ebook

Wojciech Wiercioch, Jolanta Szymska-Wiercioch

0,0

Opis

Podhale, lato 1889 roku. Sezon na kurację i śmierć

 

Bolesław Prus szuka w górach spokoju i literackiego natchnienia. Zamiast tego trafia mu się makabryczna zagadka.

 

W Tatrach zostaje znalezione ciało młodej kobiety. Krąg podejrzanych jest szeroki. Na żart zakrawa to, że tropy prowadzą do słynnego pisarza, który niedawno skończył publikować w „Kurierze Codziennym” swoje arcydzieło – Lalkę. Strzelba, którą znaleziono przy martwej Izie, ma wygrawerowaną dedykację: „Bartłomiejowi Obrochcie – Bolesław Prus”. Działania c.k. żandarmerii nie przynoszą rezultatów, dlatego literat zmuszony jest rozpocząć śledztwo. Korzysta nie tylko z chłodnej logiki i poetyckiej wyobraźni, ale i z pomocy genialnego uczonego Juliana Ochorowicza. Śledztwo pobudza intelektualnie wszystkich wybitnych przedstawicieli nauki i sztuki, przebywających akurat w Zakopanem, m.in. Stanisława Witkiewicza (ojca Witkacego), Adama Chmielowskiego, Lucjana Malinowskiego, Tytusa Chałubińskiego, Bronisława Chwistka, Andrzeja Chramca.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 568

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © 2026, Wojciech Wiercioch, Jolanta Szymska-Wiercioch

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN 978-83-8241-414-1

Projekt okładki: Anna Slotorsz

Ilustracje wykorzystane na okładce: polona.pl (domena publiczna) oraz Adobe Stock. Ilustracje modyfikowano przy użyciu sztucznej inteligencji (Firefly).

Korekta: Dorota Ring

Skład i łamanie: Jacek Antoniuk

[email protected]@gmail.com

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Zdaje się wam, że tu wszystko zamarłe jest w ciszy, w pustkowiu, a tymczasem w kamieniu i w powietrzu wre nieustanny ruch. Nie dostrzegamy go okiem, ale ruch ten porusza całe góry. Wszystko ulega ciągłym przemianom. Takie jest życie świata, od gwiazd poprzez człowieka do najdrobniejszego ziarenka piasku. Życie nigdy nie stoi w miejscu, pamiętajcie o tym, ciągle kłębi się, pędzi, zmienia się, rusza.

JALU KUREK, Księga Tatr

Lubię, kiedy kobieta omdlewa w objęciu,

Kiedy w lubieżnym zwisa przez ramię przegięciu,

Gdy jej oczy zachodzą mgłą, twarz cała blednie,

I wargi się wilgotne rozchylą bezwiednie.

KAZIMIERZ PRZERWA-TETMAJER

POSTACIE HISTORYCZNEWYSTĘPUJĄCE W KSIĄŻCE:

Bachleda Klemens (1849-1910) – góral, przewodnik tatrzański, członek TOPR (pierwszy polski ratownik górski, który zginął tragicznie, idąc na ratunek człowiekowi w Tatrach)

Bałucki Michał (1837-1901) – komediopisarz, prozaik, poeta, nowelista, publicysta, krytyk teatralny (popełnił samobójstwo)

Boy-Żeleński Tadeusz (1874-1941) – najpierw lekarz, potem literat (poeta-satyryk, kronikarz, eseista, publicysta), krytyk literacki i teatralny, tłumacz literatury francuskiej, działacz społeczny, prof. Uniwersytetu Lwowskiego; brat cioteczny Kazimierza Tetmajera 

Ciszek Jan (1847-1922) – góral, powstaniec 1863 r., sybirak, społecznik

Chałubiński Tytus (1820-1889) – lekarz i botanik, działacz społeczny, taternik, jeden z czołowych badaczy Tatr; jedna z najbardziej zasłużonych postaci dla rozwoju Zakopanego i poprawy bytu górali podhalańskich

Chmielowski Adam, brat Albert (1845-1916) – najpierw malarz, potem powstaniec 1863 r., zakonnik i społecznik; święty Kościoła katolickiego

Chramiec Andrzej (1859-1939) – lekarz klimatyczny, społecznik, właściciel zakładu wodoleczniczego w Zakopanem

Chwistek Bronisław (1854-1922) – lekarz klimatyczny; od 1892 r. właściciel zakładu wodoleczniczy „Hygea”; od 1896 r. współwłaściciel willi „Adasiówka”, przemianowanej na sanatorium dla nerwowo chorych

Chwistek Leon (1884-1944) – matematyk, logik, filozof, teoretyk sztuki, malarz

Głowacki Aleksander – Bolesław Prus

Hoesick Ferdynand (1867-1941) – historyk literatury polskiej, publicysta, redaktor, księgarz, wydawca, muzykograf, taternik

Kulig Romuald (1851-1918) – hotelarz, radny, działacz społeczny, wójt Zakopanego

Krzeptowski Sabała Jan (1809-1894) – góral z Kościeliska, przewodnik tatrzański, muzykant, myśliwy, gawędziarz i pieśniarz ludowy

Malinowski Bronisław (1884-1942) – antropolog społeczny i ekonomiczny, filozof, etnolog, religioznawca, socjolog, podróżnik

Malinowski Lucjan (1839-1898) – językoznawca, badacz dialektów śląskich, zbieracz i dokumentalista polskiego folkloru, podróżnik, profesor UJ, członek Akademii Umiejętności

Obrochta Bartłomiej (1850-1926) – góral podhalański, najwybitniejszy skrzypek ludowy swoich czasów, przewodnik tatrzański

Ochorowicz Julian (1850-1917) – doktor filozofii, psycholog, pionier parapsychologii, zajmował się mediumizmem, magnetyzmem, hipnotyzmem i psychoterapią; przeciwnik spirytyzmu; literat; wynalazca w dziedzinie elektroakustyki, telefonii, fototechniki, telegrafii bez drutu; pierwowzór Juliana Ochockiego z Lalki Bolesława Prusa

Piasecki Wenanty (1832-1909) – lekarz klimatyczny, właściciel zakładu przyrodoleczniczego „Klemensówka”, propagator przyrodolecznictwa, teoretyk i nauczyciel wychowania fizycznego, jeden z pionierów ruchu gimnastycznego w Polsce, działacz „Sokoła”, w powstaniu 1863 r. komisarz Rządu Narodowego

Piltz Jan (1870-1930) – lekarz neurolog i psychiatra, twórca krakowskiej Kliniki Neurologiczno-Psychiatrycznej i krakowskiej szkoły neurologicznej, profesor UJ, pierwszy kierownik Katedry Neurologiczno-Psychiatrycznej UJ, odkrywca odruchu źrenicznego

Przerwa-Tetmajer Kazimierz (1865-1940) – poeta, nowelista, powieściopisarz, taternik; przyrodni brat malarza Włodzimierza Tetmajera

Przerwa-Tetmajer Włodzimierz (1861-1926) – malarz i grafik, poeta, prozaik, publicysta, działacz ludowy, polityk, poseł do parlamentu austr., działacz niepodległościowy, taternik; przyrodni brat poety Kazimierza Tetmajera

Raczyńska (s.v.) Róża, z d. Potocka, p.v. Krasińska (1849-1937) – arystokratka, działaczka społeczna

Retinger Józef Stanisław (1849-1897) – adwokat (m.in. hr. Władysława Zamoyskiego), autor książek z zakresu prawoznawstwa i prawa wekslowego; ojciec Józefa Retingera (przyjaciela Josepha Conrada)

Stolarczyk Józef (1816-1893) – ksiądz katolicki, pierwszy proboszcz zakopiański, taternik

Tatar Szymon (prawdop.1832-1913) – przewodnik tatrzański, bratanek zbójnika Tomasza Tatara

Trembiński Emil (1886-1904) – syn (nieformalnie adoptowany) Aleksandra i Oktawii Głowackich; popełnił samobójstwo

Uznańska Lucyna – arystokratka, żona Adama Uznańskiego (1837-1903), właściciela dóbr szaflarskich i pierwszego kąpieliska w Jaszczurówce

Witkiewicz Stanisław (1851-1915) – malarz, literat, krytyk malarski, działacz społ., twórca stylu zakopiańskiego

Witkiewicz Stanisław Ignacy (1885-1939) – malarz, teoretyk sztuki, dramaturg, powieściopisarz, filozof; syn malarza Stanisława Witkiewicza

Wyspiański Stanisław (1869-1907) – malarz, grafik, dramaturg, poeta, reformator teatru polskiego, architekt, projektant mebli

Zamoyski Władysław (1853-1924) – arystokrata, działacz społeczny, fundator Zakładów Kórnickich (fundacji Zamoyskich), od 1889 r. właściciel dóbr zakopiańskich, jeden z pionierów ochrony tatrzańskiej przyrody

Żuławski Jerzy (1874-1915) – filozof, poeta, dramaturg, eseista, powieściopisarz, taternik, alpinista; działacz niepodległościowy, legionista

WZMIANKOWANE POSTACIE HISTORYCZNE:

Asnyk Adam (1838-1897) – doktor filozofii, poeta, eseista, publicysta, dramatopisarz, redaktor dziennika „Nowa Reforma”, działacz polityczny

Bobrowski Stefan (1840-1863) – działacz niepodległościowy, powstaniec styczniowy, zwolennik uwłaszczenia chłopów; zginął w pojedynku z hr. Adamem Grabowskim; wuj Josepha Conrada (Józefa Konrada Korzeniowskiego)

Dietl Józef (1804-1878) – polsko-austriacki lekarz, polityk, profesor i rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego, prezydent Krakowa w latach 1866-1874

Eichborn Ludwik (1847-1908) – niemiecki baron, właściciel dóbr białczańsko-zakopiańskich (1870-1881), współzałożyciel Galicyjskiego Towarzystwa Tatrzańskiego (1873) i Muzeum Tatrzańskiego w Zakopanem; w 1874 r. przekazał Towarzystwu Tatrzańskiemu grunt pod budowę schroniska nad Morskim Okiem

Franciszek Józef I Habsburg (1830-1916) – cesarz Austrii i król Węgier, król Czech i król Chorwacji (w latach 1848-1916), prezydent Związku Niemieckiego w latach 1848-1866

Galton Francis (1822-1911) – brytyjski przyrodnik, antropolog, lekarz, meteorolog, geograf, socjolog, eugenik, ekonom, filozof i statystyk; prekursor daktyloskopii

Gronikowski Jan (1851-?) – góral zakopiański, gajowy, przewodnik tatrzański

Hahn Theodor (1824–1883) – niemiecki lekarz przyrodnik, pionier dietetyki i hydroterapii, działający w Szwajcarii w połowie XIX wieku

Homolacsowie (Emanuel, Klementyna ze Sławińskich, Edward) – spolonizowani węgierscy przemysłowcy, od 1805 r. właściciele Zakładu Hutniczego „Zakopane” w Kuźnicach, huty żelaza na polanie Stare Kościeliska w Dolinie Kościeliskiej i tzw. dworu kuźnickiego (ważnego ośrodka pomocy dla naukowców, artystów i turystów przybywających w Tatry) oraz zwierzyńca, właściciele dóbr zakopiańskich (1824-1869), obejmujących znaczną część Tatr Polskich, oraz sekcję ostrowską, położoną na Podhalu, poza Tatrami

Jánošík Juraj (1688-1713) – słowacki zbójnik i bohater narodowy

Karłowicz Mieczysław (1876-1909) – kompozytor, dyrygent, taternik, fotografik, publicysta; zginął w Tatrach, pod lawiną śnieżną u stóp Małego Kościelca

Kościesz Józef (bd.) – właściciel restauracji w Zakopanem w II poł. XIX wieku

Lombroso Cesare (1835-1909) – włoski psychiatra, jeden z pionierów badań nad przestępczością kobiet, nazywany ojcem kryminologii

Mateja Wojciech (?-1875) – zbójnik grasujący na terenie Tatr i Podhala

Modrzejewska Helena, Helena Modjeska, właśc. Jadwiga Helena Chłapowska z domu Misel (1840-1909) – aktorka (jedna z najwybitniejszych kobiet teatru w jego historii); propagatorka twórczości Williama Szekspira

Országh Pavol „Hviezdoslav” (1849-1921) – słowacki poeta, dramatopisarz, tłumacz

Palocsayowie (Horváth-Palocsay, Palochay) – węgierski ród szlachecki i magnacki istniejący od XVI do lat 50. XIX w., rodzina władająca dobrami na Spiszu, mająca siedzibę w zamku w Niedzicy, właściciele Tatr Jaworzyńskich (1589–1856), czyli części Tatr obejmującej Dolinę Białej Wody z jej odnogami i otaczającymi szczytami, masyw Szerokiej Jaworzyńskiej, Jaworową Dolinę z jej odnogami i otoczeniem oraz zach. część Tatr Bielskich, aż po Hawrań

Pawlikowski Jan Gwalbert (1860-1939) – ekonomista, historyk literatury, encyklopedysta, publicysta, jeden z pionierów ochrony przyrody, taternik, polityk

Pawlikowski Tadeusz Gwalbert (1861-1915) – krytyk teatralny, reżyser, dyrektor teatrów

Peltz Magnus (II poł. XIX w.) – niemiecki przemysłowiec, fabrykant lalek i zabawek w Saksonii, właściciel dóbr zakopiańskich (1881-1888) i dwóch papierni, od 1884 r. właściciel największego tartaku w Zakopanem; zięć Ludwika Eichborna

Pęksa Jan – góral, uczestnik powstania chochołowskiego, który przekazał grunt położony na wysokim urwisku nad potokiem Cicha Woda pod stary cmentarz w Zakopanem, na Pęksowym Brzyzku przy ul. Kościeliskiej (cmentarz powstał w latach 50. XIX wieku; drugim fundatorem gruntu był Paweł Gąsienica, zm. w 1813 r.; założycielem cmentarza był zaś ks. Józef Stolarczyk)

Popławski Jan Ludwik (1854-1908) – publicysta, polityk i jeden z głównych twórców ideologii narodowo-demokratycznej, autor pism politycznych oraz szkiców literackich i naukowych

Sieczka Maciej (1824-1897) – górnik, kamieniarz, jeden z najsłynniejszych polskich przewodników tatrzańskich w II połowie XIX wieku

Szmaciarz (Smaciarz) Franciszek (1875-1930), właśc. Franciszek Ksawery Smreczyński, ps. Władysław Orkan – pisarz tworzący w okresie Młodej Polski, piewca Podhala nazywany Dumacem z Gorców; oficer Legionów Polskich i Wojska Polskiego

Stojałowski Stanisław (1845-1911) – duchowny katolicki, polityk, pionier ruchu ludowego w Polsce

Święcicki Julian Adolf (1850-1932) – pisarz i tłumacz, powstaniec 1863 r.; przyjaciel Bolesława Prusa i Juliana Ochorowicza

Tatar Tomasz (prawdop. 1788-1858) – myśliwy i zbójnik zwany Tatarem Myśliwcem, grasujący na terenie Tatr i Podhala

Zaratustra, Zaratusztra, Zoroaster (prawdop. ok. 1000 r. p.n.e) – perski (irański) prorok, kapłan i reformator religijny; twórca jednej z najstarszych na świecie religii monoteistycznych (dualistycznych) nazywanej od jego imienia zaratusztrianizmem; nie zachowały się prawie żadne źródła historyczne mówiące coś pewnego o jego życiu, postać tę przyobleczono w przeróżne mity i legendy

POSTACIE FIKCYJNE:

Zostały wykreowane dla ładu i składu narracji, żeby ten kryminał retro swobodnie balansował na granicy prawdy historycznej i fikcji literackiej. Poniższa powieść historyczna zawiera tyle prawdy, ile to możliwe, oraz tyle zmyślenia, ile to konieczne.

Wyimki z LalkiBolesława Prusa

Bywają wielkie zbrodnie na świecie, ale chyba największą jest zabić miłość.

*

Stary romantyku!... stary romantyku!... – mówił. – Chwytasz się za głowę, bo w twojej chorej wyobraźni ciągle jeszcze pokutuje chimera idealnej miłości, kobiety z anielską duszą... Takich jest ledwie jedna na dziesięć, więc masz dziewięć przeciw jednemu, że na taką trafisz... A chcesz poznać normę?... więc rozejrzyj się w stosunkach ludzkich. Albo mężczyzna jak kogut uwija się między kilkunastoma kurami, albo kobieta, jak wilczyca w lutym, wabi za sobą całą zgraję ogłupiałych wilków czy psów... I powiadam ci, że nie ma nic bardziej upadlającego jak ściganie się w takiej gromadzie, jak zależność od wilczycy... W tym stosunku traci się majątek, zdrowie, serce, energię, a w końcu i rozum... Hańba temu, kto nie potrafi wydobyć się z podobnego błota!

*

O zabiciu się myśli wariat, łajdak albo człowiek dużej wartości, któremu za ciasno na świecie.

*

Można kobietę uwolnić od intrygantów, ale czy podobna uwolnić ją od jej własnych instynktów?... Co pan poradzisz, jeżeli ten, który w pańskich oczach jest tylko bałamutem czy intrygantem, dla niej jest – samcem tego co ona gatunku?

*

...jest gatunek kobiet, które po to tylko żyją na świecie, ażeby drażnić i podniecać namiętności mężczyzn. Tym sposobem ogłupiają ludzi rozumnych, upadlają uczciwych i utrzymują w równowadze głupców. Mają licznych wielbicieli i dzięki temu wywierają na nas taki wpływ jak haremy na Turcję.

*

Po ziemi gonimy marę, którą każdy nosi we własnym sercu, i dopiero gdy stamtąd ucieknie, poznajemy, że to był obłęd.

*

Trafiają się kobiety z defektem moralnym, niezdolne kochać nic i nikogo, prócz swoich przelotnych kaprysów, podobnież i mężczyźni; jest to tak dobra wada, jak głuchota, ślepota albo paraliż, tylko mniej widoczna.

*

– Pan sądzi, że są szczęścia, które warto opłacić krótszym życiem? – spytała panna Izabela.

– I nieszczęścia, których warto uniknąć w ten sposób – odpowiedział Wokulski.

*

Natura miewa kaprysy i analogie. Motyle istnieją także w rodzaju ludzkim: piękna barwa, latanie nad powierzchnią życia, karmienie się słodyczami, bez których giną – oto ich zajęcie. A ty, robaku, nurtuj ziemię i przerabiaj ją na grunt zdolny do siewu. Oni bawią się, ty pracuj; dla nich istnieje wolna przestrzeń i światło, a ty ciesz się jednym tylko przywilejem: zrastania się, jeżeli cię rozdepcze ktoś nieuważny. I tobież to wzdychać do motyla, głupi?... I dziwić się, że ma wstręt do ciebie?... Jakiż łącznik może istnieć między mną i nią?... No, gąsienica jest także podobna do robaka, póki nie zostanie motylem. Ach, więc to ty masz zostać motylem, kupcze galanteryjny?... Dlaczegóż by nie? Ciągłe doskonalenie się jest prawem świata, a ileż to kupieckich rodów w Anglii zostało lordowskimi mościami? W Anglii! Tam jeszcze istnieje epoka twórcza w społeczeństwie; tam wszystko doskonali się i wstępuje na wyższe szczeble. Owszem, tam nawet ci wyżsi przyciągają do siebie nowe siły. Lecz u nas wyższa warstwa zakrzepła jak woda na mrozie i nie tylko wytworzyła osobny gatunek, który nie łączy się z resztą, ma do niej wstręt fizyczny, ale jeszcze własną martwotą krępuje wszelki ruch z dołu.

Prolog

Lato 1889 roku

Ciało drży, świat wiruje.

Worek na głowie odciął mężczyznę od świata.

Czuje się niczym ta zielona gąsienica w swoim kokonie.

Być może za chwilę wzleci jak motyl. Ale ponieważ nie posiada skrzydeł... pewno runie w przepaść. Taki to będzie jego prywatny efekt motyla.

Nie widzi nic, prawie nic, tylko w górze jaśnieje słoneczna plama.

Lniany worek tworzy przestrzeń ciasną, ciemną i szorstką, drażni twarz, szoruje po wąsach i brodzie. Płytki oddech. Przez nieokreśloną woń zatęchłego materiału przedziera się powietrze ostre, wilgotne. Pewno mgła zalała szczyty gór i przepaście nad dzikimi dolinami.

Zaszumiał wiatr, kręci się w głowie. Ptaki zamarły lub odleciały do lepszych krajów.

Rytmiczne kroki, szuranie kamykami, stukot żelaznych okuć ciupag. Świszczące oddechy mężczyzn.

Prowadzą go w nieznane. Idą może na Gerlach, może do samego piekła.

Dłonie górali są twarde i stanowcze, choć raczej nie brutalne. Litości pełne. A nawet – zdaje się – ci ludzie gór podtrzymują go, kiedy się potyka o kamień czy wystający korzeń. Skały są ostre i śliskie, gdzieniegdzie błoto więzi przyciasne buty.

Ramiona ofiary zdają się tak powykręcane, jakby z nich miały zaraz wyrosnąć skrzydła. Nawet nos, wyszorowany płótnem, jest jakiś większy, zakrzywiony, jak dziób drapieżnego ptaka albo nawet tropikalnego dzioborożca. Tylko te oczy... raczej kreta, nie zaś sokoła czy jastrzębia.

Góral po prawej charknął, wypluwa flegmę i wolno mówi do kompana:

– Patrzoj, Stasek, nase panisko robi sie jakiesi smaciane. Coby nom ino nie furgnoł jako tyn Rysio z Gubałówki, kie mu sie wyśniło, co mo orlom duse, hej, i polecioł z Giewonta na zatracenie wiecyste.

– Józek, a godojze po kolei, panocek nie znajom, jako to ś’nim było. Pieron wie, co mu sie ta we łbie ubździło. Skocył. I telo go widzieli, bo potem ino wilcy poozwłócyli cłonki, a pewno i niedźwiedzie tys. Był chłop i ni ma chłopa. Po chłopie jako po zesłorocnym śniygu.

– A mnie sie zdaje, co on ze swojom babom strzymać juz nie zdolił, no i se wyśpekulowoł, co jako głupek zodnego grzychu nie bee mioł, no i go probosc w poświynconej ziemi pochowajom.

– Jo by tys z Kaśkom jego nie wytrzymoł długo, moze to dlo niego i lepiyj, teroz to se z janiołami tońcy zbójnickiego...

Prowadzony stracił rachubę czasu, pomieszały mu się w głowie kierunki świata, wysokości, nachylenia terenu. Wie tylko, że serce bije niemiłosiernie. Pierwsze oznaki panicznego lęku?

Boże, jak to jest lecieć w przepaść? Jakie są te ostatnie sekundy życia? Jakiemu obłędowi zawdzięcza teraz tę poniewierkę? Jaka egzystencja – takie unicestwienie?! Jak będzie wyglądał koniec?

Najważniejsze: zakuć się w zbroję pozornego spokoju. Krok za krokiem – niczym ziarno za ziarnem w klepsydrze istnienia.

Wszechobecny niepokój, otulający przyrodę i cywilizację jak duszna mgła.

Dusza z ciała chce wylecieć, by pofrunąć szlakiem orła.

Zobaczyć przepaść?

Wolałby nie...

PLACÓWKA POSTĘPU

– Mów mi „wuju”! – proponuje pan w średnim wieku, z krótko przyciętą brodą na pucołowatej twarzy. Dwudziestoczteroletni Edmund patrzy na niego nieufnie. Pulchny brodacz nalega: – Gdzie ojca nie ma, tam Pismo mówi... wuja słuchać będziesz.

– Ale ja nie jestem tak silny jak Roch Kowalski z Potopu, za to mój intelekt ostry jak brzytwa.

– Młodzieńcze, jam też przecie nie Onufry Zagłoba – oświadcza Michał Bałucki. – Fakt jednak niepodważalny... jesteśmy spokrewnieni. Po naszych ojcach. A zatem i wujem ci jakimś tam jestem. I co ważne, linia męska. Bo moja biedna matula, niegdyś Miriam, potem Eufrozyna, jak wiesz pewno, pochodziła z Kochmanów, neofitką czy przechrztą była, spokojna kobieta. Całą jej miłością byłem ja. Mały brzdąc. Jako jej zabawka. Do czasu, gdy zamiast iść do porządnego cechu, postanowiłem oddać się zajęciom literackim... Zaś kawiarnia, druga jej wielka miłość, zabawiała ją do chwili, gdy zebrawszy majątek, została rentierką. A potem zdarzyło się to potworne morderstwo rozbójnicze. To był szok, cały Kraków o tym plotkował i jeszcze dziś głośna jest ta sprawa, choć to przecie już cztery lata minęły. – Pięćdziesięciodwulatek odwraca głowę, w jego szklistych oczach pojawia się cała błoga i trudna przeszłość.

– A jaka to sprawa? Nie bardzo kojarzę, na studiach wtedy byłem...

– Taka jedna hazardzistka, chciwa Seweryna Łabędziowska na śmierć zatłukła moją matulę duszą żelazka. A po to tylko, by dorobek matki zrabować. Ale Kraków miał swego wybitnego detektywa, Władysław Swolkień mu było, no, nadal jest, herbu Pomian, aby mu zdrowie dopisywało jak najdłużej i najhojniej. Łabędziowską szybko ujęto, nawet na karę śmierci skazano, ale cesarz ją ułaskawił, a później wiedeński trybunał skazał na męki dożywotniego więzienia. Ja już tam wiem, jakie są te austriackie więzienia, sam przez nie przeszedłem jako powstaniec. – Zamyśla się przez chwilę, nabija fajkę. – Oby jej chleb więzienny w gardle stanął! – Chmura wonnego dymu spowija brodę cenionego dramaturga. – Hm, ale zmieńmy temat, jeśli nie możemy zmienić siebie ani swego życia... A jak ci się, dalszy bratanku, podoba to modne Zakopane? – Pan Michał wznosi do ust kieliszek portweina. Obaj Bałuccy siedzą w restauracji pani Kościeszowej, wdowie po Józefie, sławnym restauratorze z Białej Róży. To słynny lokal, w którym płeć piękna nie może się opędzić od adoratorów. Tu wiele par postanawia się pobrać, tu można zjeść rzetelne wiedeńskie rozbratle, tutaj w piwnicach leżakują niewyczerpane zapasy przedniego wina. Do Kościeszowej ciągnie cała przyjezdna i stacjonująca w Zakopanem elita. Stołują się tu i Głowaccy, i Ochorowiczowie, na małą czarną wpada też Sienkiewicz. – Naprawdę nigdy wcześniej tu nie byłeś?

– Wyznam panu... hm... Przyznam ci się, drogi wuju, że jestem po raz pierwszy i nie wiem, co rzec. Wrażenia moje są dość świeże, ale z całą pewnością mogę powiedzieć, że tych zachwalanych piękności to tu raczej nie widzę, nie czuję... – wywnętrza się świeży absolwent uniwersytetu w Edynburgu. – Cóż tu ładnego? Kamień na kamieniu i krowie placki pomieszane z owczymi bobkami. Wszędzie pod górkę. Jak już w dół... to jeszcze gorzej. Tu woda i błoto, tam drzewa bezładnie porozrzucane między polanami. Tak jest wszędzie, tylko że lepiej poukładane. Jak choćby w takim Paryżu. Wody Sekwany płyną spokojniej, drzewa jakieś bardziej cywilizowane. Kamienie zaś lubię, gdy są przycięte, zrównane, ułożone w gładki chodnik. A te góry? One właściwie wszystko zasłaniają. – Zniesmaczony wyraz twarzy, ale mina trochę kpiarska.

– Jakże to, Tatry cię nie zachwycają? Jak mogą nie zachwycać, skoro wszystkich zachwycają!? Toż góry to niemal dogmat, więc grzechem ty się nie kalaj! Toż i warszawka tu przybywa, i krakówek przyjeżdża, nawet z Wilna i Lwowa przyciągają tabuny entuzjastów i emancypantek. A jakie widoki z tych szczytów!?

– Och, żeby tam koleją wjechać było można, to i owszem, pierwsza klasa.

– Ha, pociąg! Oświadczam stanowczo... człek ma wrodzony pociąg iść wyżej i wyżej, a to nie tylko ciałem, ale i umysłem oraz duchem. A kiedy się już wystyrmasz na te niebosiężne skały, dumą szlachetną się twoja dusza wypełni, wleje się w nią uczucie potęgi własnej nieśmiertelności...

– Ale jak ci się noga powinie, lecisz w przepaść i nawet wieku średniego nie doczekasz. Niewarta skórka wyprawki – wyłuszcza swoją opinię Edmund. Młodzieniaszek jest żywym dowodem na to, że człowiek może mieć nadmiar talentów i nie wiedzieć, co z tymi talentami robić. Wygląda dokładnie tak, jak ogół wyobraża sobie „młodzieńca z przyszłością”, który postanowił całą tę przyszłość przetrwonić na eleganckie nicnierobienie. Wysoki, szczupły, umięśniony, poetycko zamyślony i rozbrajający rozmówców swoim serdecznym uśmiechem. Szykowny czarny surdut, elegancka, nieskazitelnie biała koszula z czarnym krawatem w drobne niebieskie kropki, angielski cylinder, słowem, aparycja greckiego bóstwa, ubierającego się u najlepszych krawców w Paryżu i Londynie.

Młody Bałucki mógł przesiedzieć trzy noce w paryskim „Czarnym Kocie” i niemal nic w jego fizjonomii się nie zmieniało. Wychodząc, nie wyglądał jak inni, niczym pognieciony papier. Zawsze wytworny, zawsze czyściutki, zawsze uśmiechnięty. Jego życie to zwykłe wariackie ekskursje. Malarz amator – wprawdzie pędzlem włada sprawnie, ale częściej używa go do poprawiania przedziałka w swoich wypomadowanych włosach niż do uwieczniania postaci czy widoków. Jego głowa, wypchana po brzegi wiedzą z Sorbony, Edynburga i berlińską metafizyką, przypomina kufer podróżny, w którym traktaty Kanta sąsiadują z przepisami na absynt.

Jako niespokojny duch przybył do Zakopanego z misją dziejową: chce pożenić pragmatyczny pozytywizm, nudny jak flaki z olejem, z rozhukanym, płaczliwym romantyzmem. Efektem tego mezaliansu ma być – zgodnie z jego życiową dewizą: ratio et comicum – rozum podlany sosem złośliwego żartu.

– Pożyjesz, zobaczysz i się zachwycisz – upiera się stały bywalec Zakopanego. – Wdrapiesz się na Giewont i zakrzykniesz: Veni! Vidi! Vici!1. Ja już za gruby...

– Przereklamowane to wszystko! – Edmund robi minę niczym aktor z komedii dell’arte. – Albo ci górale... Co to za ludzie?!

– To nie jacyś wieśniacy z Mazowsza – wyjaśnia starszy Bałucki – co łażą pokornie z czołem pochylonym ku ziemi, w niskich ukłonach wobec panów obszarników. Tu każdy hardo patrzy ci w oczy, jest uprzejmy, ale nie służalczo uniżony. Czuje się, że to lud nieprzywiązany do ziemskich bogactw. Wolny duchem, czyli ślebodny, jak to się tu mówi. Życie wśród niebezpieczeństw i trudów czyni go takim. A te śwarne górolecki...

– Tępe i chytre baby... – prowokuje Edmund. – Jak ta Kaśka, karczmareczka. Taka to ci na kredyt nie da.

– Da lub nie da, zapytać można. Góralki ponoć chętnie dają, potem do ślubu idą z kilkoma bachorami...

– Dają, twierdzisz, wuju?... Och, teraz to Podhale coraz bardziej zaczyna mi się podobać. I nie sama okowita chyba temu winna... Nawet owa Kaśka coraz ponętniejsza mi się zdaje.

– No, no, tylko sobie nie folguj rozbuchaną imaginacją. Za każdą góralką stoi góral. A ten zawsze ciupagę z sobą nosi. – Michał Bałucki wymachuje widelcem w zaciśniętej dłoni.

Edmund uśmiecha się cynicznie, kręci głową, robi głupie miny i gesty, jakby już występował w kabarecie, po czym wzdycha i mówi:

– Tatry, Tatry... przereklamowane i tyle.

– A wiesz ty w ogóle, skąd ta nazwa? – pyta starszy Bałucki. – Pochodzi od starosłowiańskiego słowa titri, oznaczającego niedostępny teren skalny. Potem nazwa ewoluowała i od pewnego czasu titri są Tatrami. Nazywano je kiedyś Górami Śnieżnymi, bo śnieżne kopuły ich szczytów widać z daleka. Ale, co najważniejsze, nasze Tatry to stolica polskiej myśli niepodległościowej. Wszystkich tu spotkasz. I profesorów, i literatów, i malarzy, i żołnierzy, i szlachcianki, i mieszczki. Nawet primadonny i aktorki tu bywają. Sama Helena Modrzejewska tu sobie willę o nazwie Modrzejów postawiła. Choć po Ameryce się teraz ugania, przyjechać kiedyś musi. Za nią przyleci pewno ten fortepianista z czerwoną rozczochraną czupryną... No, ten... Ignaś Paderewski, co to Chopina tak ci zagra, że myślisz, iż to sam Bach. Ale to śpiewka przyszłości. Zaś aktualnie pełno tu naszych inteligentów od sztuk i nauk. I nie byle jakie to sławy... Sienkiewicz i Ochorowicz, Witkiewicz i Malinowski, podobno i Matejko się tu gdzieś ukrywa przed swoją potworą... Teodorą.

– Profesor Lucjan Malinowski? Ten słynny krakowski językoznawca? Byłem ostatnio u nich, a to że niby doktorat mam robić. I ciekawa była sprawa, bo Malinowscy pensję dla chłopców prowadzą. Przyszła tam razu pewnego góralka ze swoim chłopakiem, takim brzdącem, i ona chciała, by w Gimnazjum Świętego Jacka się uczył, i żeby też mógł na Małym Rynku pomieszkiwać za półdarmo. W zasadzie nie ma o czym mówić, tyle że zapamiętałem ową godność młodzika: Franio Szmaciarz. Ojciec drwal, a ci z Poręby przyczłapali pieszo. Porąbana gra słów! Że pozwolę sobie na taki kalambur...

– Chyba z ciebie urodzony komediopisarz. Kalambury ci się łba trzymają. Dobra nasza!

– No właśnie! Komedie na scenie, kabaret w kawiarni. Żyć, nie umierać! – Edmund wznosi kieliszek demonstracyjnie i chichocze.

– Kabaret? Chodzi ci o cabaret, co z francuska znaczy szynk bądź tawerna?

– Izba, gospoda, grog i poncz. A i to też.

– To może idzie o der Kabarett? – dopytuje komediopisarz.

– Jedno i drugie. Knajpa i teatrzyk o bardzo lekkim repertuarze. Nie jakieś tam prawdziwe komedie, czyli poważne sztuki teatralne, które ty, wuju, piszesz i wystawiasz w tym starym teatrze, trochę zbyt konserwatywnym jak na mój gust.

– Poważne komedie, prawisz... I pijesz do mnie? – Dramatopisarz wykrzywia się dobrotliwie.

– Ależ skąd, są świetne. Mnie jednak ciągnie do podkasanej muzy paryskiej. Ostatnio w Paryżu natknąłem się na coś przeuroczego, no, właściwie przerażająco śmiesznego i śmiesznie prowokującego. To Le Chat Noir2. I teraz mi ten Czarny Kot po głowie tak chodzi, jak jakieś wszy w syberyjskich więzieniach katorżniczych.

– Och, tego nie trzeba szukać tak daleko. Pamiętam, jak wszy oblazły mnie w austriackim więzieniu. – Michał Bałucki robi przerwę, by sprawdzić, czy to wywarło wrażenie na słuchaczu. Chyba tak. A więc kontynuuje: – Byłem osobliwym chłoptasiem. Takim w gorącej wodzie kąpanym. Tyś wykapany mój portret artysty z czasów młodości. I przystąpiłem do Czerwonych, no, wiesz, tych demokratów radykałów. Absolutna głupota. Choć przecie poznałem owymi czasy dość wybitnych działaczy. Jak Jarosław Dąbrowski, Ludwik Mierosławski, Stefan Bobrowski czy Apollo Korzeniowski. W powstaniu styczniowym nie walczyłem. Aresztowano mnie i koniec pieśni. Dlatego może jeszcze żyję. Za to wszy i karaluchy poznałem dobrze. Czyli źle. Źle to znosiłem, bo stworzony byłem do salonów artystycznych. Przecież wcześniej „Niewiastą” się zajmowałem. A to była rozkoszna redakcja. Emancypacyjna, jak z nazwy dobrze wynika. Choć niewiast odrobinę za mało. Za to mężczyźni całkiem otwarci na kwestię kobiecą, choćby taki Karol Estreicher albo Józef Szujski tudzież Karol Libelt. Ale zostawmy niewiasty w spokoju. Wolę... wiedźmy. Choćby te paryskie.

– No właśnie, w to mi graj – ekscytuje się Edmund. – Francuskie klimaty. Kobiety trzydziestoletnie, Kuzynka Bietka czy Pani Bovary. Co zaś do kocic w „Czarnym Kocie”... och, łasiły się tam różne, mruczały, wystawiały pazurki... Stop. Ad rem. A więc Montmartre, klub nocny, stoliki, alkohol, konferansjer i reszta trupy. A reszta się zalewa w trupa, śmiejąc się przy tym do rozpuku. Ciekawy człek z tego Rodolphe’a Salisa, co ów kabaret założył. Bawi publikę i jednocześnie maluje Drogę Krzyżową. Więc przybywają tam i księża, i rycerze ponurego oblicza, i malarze, i mieszczanie, i subretki et cetera. Dzięki hydrofobom, toż to lęk przed wodą, któremu najmocniej sprzyja alkohol... dzięki hydrofobom grupa nabrała blasku. Skecze zaczęły skrzeczeć i krzyczeć. A Salis przechodził sam siebie i prowokował, obrażał, ośmieszał. Osobowość ma ten facet nieziemską, nieco piekielną, bo jest piekielnie inteligentny i anielsko dowcipny. Właśnie! Coś takiego chciałbym przenieść na polski grunt. To znaczy do tych prusko-rosyjsko-austriackich ziem o temperamencie słowiańskim. Ale Kraków chyba jeszcze na to niegotowy. Pomyślałem więc, że może... morze gór... Zakopane... Tu powietrze jest inne, więc i atmosfera duchowa będzie sprzyjająca.

– Rozumiem... – Starszy Bałucki zasłuchał się, aż fajka mu zgasła, teraz próbuje ją rozgrzać. – A więc chcesz stworzyć konkurencję dla moich komedii...

– Polowanie na męża, Radcy pana radcy, Emancypowane, Grube ryby, Gęsi i gąski, Dom otwarty... to poza moim zasięgiem. Aż takiego talentu komediowego nie mam. Ale sądzę, że francuski esprit mi dopisuje. Zatem bawić mógłbym na mniejszą skalę...

Edmund święcie wierzy, że Polska potrzebuje kabaretu, bo tylko śmiech może uratować naród, który podchodzi do siebie z powagą godną karawaniarza. Trochę gardzi Teką Stańczyka za brak jadu i kadzenie austriackiemu zaborcy. Krakowskich konserwatystów wielbi i wyśmiewa jednocześnie, co czyni go postacią wybitnie towarzyską, choć męczącą dla ludzi o niskim ciśnieniu płynu mózgowo-rdzeniowego.

Zaczyna grać góralska kapela. Jeden z muzykantów intonuje Góralu, czy ci nie żal. Goście i gospodarze zwykle wychwalają tę „twórczość ludową” – i piękne słowa, i wspaniałą melodię, która wypływa wprost z góralskiego serca. Jednak prawda jest inna. Słowa tej piosnki w formie wiersza Dla chleba wydrukowane zostały w 1866 roku w „Tygodniku Ilustrowanym” i są autorstwa Michała Bałuckiego, który stworzył je jako pamiątkę po dzieleniu więziennej celi z pewnym góralem. Muzykę zaś do tych strof skomponował Władysław Żeleński, ojciec Tadzia. Edmund słyszy to po raz pierwszy. Nie może uwierzyć, że autorem jest siedzący przed nim poczciwiec.

Muzyka rwie się ku niebu niby orzeł nad Giewontem. Smyczki tną po strunach, jakby duchy halnego wstąpiły w te drewniane instrumenty, budząc w nich dzikość odwieczną, błogość i ból srogi, uczucia bez granic. Basy huczą niczym lawina w mrocznych żlebach. W tej wezbranej fali nut wibruje i wrze hardość skalnego Podhala. Serce pęka z tęsknoty i skleja się z marzeniem. Dusza gna ku szczytom, gdzie tylko anielska śleboda króluje nad światem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

PRZYPISY

1 Przybyłem. Widziałem. Wygrałem (z łac.) ↩

2 Historyczny francuski kabaret artystyczny na paryskim Montmartre, czynny w latach 1881-1897, znany z plakatu Steinlena z czarnym kotem siedzącym na pianinie. ↩