Morderca w masce nō - Malenka Ramos - ebook + książka
NOWOŚĆ

Morderca w masce nō ebook

Ramos Malenka

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

W samym sercu Barcelony dochodzi do serii zbrodni, które wstrząsają miastem i opinią publiczną. W opuszczonych tunelach metra odkrywane są ciała pozbawione twarzy, a w ich miejsce ktoś zakłada japońskie maski – symbole duchów i ukrytych emocji. To znak, że na ulicach działa morderca, którego precyzja i teatralny styl wprawiają policję w osłupienie, a mieszkańców w panikę.

Do prowadzenia tej niezwykle medialnej sprawy wyznaczony zostaje inspektor Andreu Martí, jeden z najbardziej skutecznych śledczych w Barcelonie. Nikt jednak nie spodziewa się, że wkrótce śledztwo zacznie prowadzić wprost do jego prywatnego życia. W obliczu presji mediów, strachu społeczeństwa i własnych demonów Martí musi działać szybciej niż kiedykolwiek – bo każdy kolejny krok mordercy obnaża nową, jeszcze bardziej przerażającą tajemnicę.

Morderca w masce nō to thriller, który porusza wyobraźnię i trzyma w napięciu do samego finału. Mroczna atmosfera Barcelony, perfekcyjnie budowane napięcie i zaskakujące zwroty akcji sprawiają, że to powieść, obok której nie sposób przejść obojętnie. To opowieść o zbrodni, tożsamości i cienkiej granicy między przeszłością a teraźniejszością – idealna dla czytelników, którzy szukają historii równie hipnotyzującej, co niepokojącej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 560

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: El asesino de la máscara noh

© Malenka Ramos, 2024 © Contraluz (GRUPO ANAYA, S. A.) Madrid, 2024 www.contraluzeditorial.es

Translation rights arranged by Sandra Bruna Agencia Literaria SL and Booklab Literary Agency, Poland All rights reserved

Copyright for this edition © Wydawnictwo ARKADY Sp. z o.o., Warszawa 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie ani powielana graficznie, elektronicznie czy mechanicznie, w tym za pomocą kopiowania, nagrywania ani przechowywania w informatycznej bazie danych, bez pisemnej zgody wydawcy. Prosimy o przestrzeganie praw twórców do ich własności intelektualnej i nieudostępnianie książki w sieci.

Tłumaczenie: Wioletta Połeć

Redakcja: Magdalena Olejnik

Korekta: Monika Matczak-Nalborska

Projekt okładki: Natalia Krzeszczakowska

Projekt powstał przy użyciu narzędzi opartych na sztucznej inteligencji, z uwzględnieniem autorskiej obróbki.

Skład i łamanie: Sylwia Szur

ISBN 978-83-213-5378-4

Wydanie I, 2026, Symbol 5363/R

CIP Biblioteka Narodowa Ramos, Malenka Morderca w masce nō / Malenka Ramos ; przełożyła Wioletta Połeć. - Wydanie I. - Warszawa : LeTra, 2026

Wydawnictwo ARKADY Sp. z o.o. ul. Dobra 28, 00-344 Warszawa tel. 22 444 86 50 e-mail: [email protected], www.arkady.eu Facebook: @Wydawnictwo.Arkady, Instagram: @wydawnictwo.arkady Facebook: @Wydawnictwo.Letra, Instagram: @wydawnictwo_letra księgarnia wysyłkowa: tel. 22 444 86 56www.arkady.info

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Teatr nō to teatr liryczny, którego początki odnajduje się w rytualnych tańcach wykonywanych w japońskich świątyniach. Opiera się na tekstach buddyjskich, poezji i mitologii japońskiej. Ma wysublimowany charakter i skierowany jest do wyrafinowanej arystokratycznej publiczności. Aktorzy noszą maski, a spektakl składa się z pięciu aktów lub części oddzielonych interludiami.

Wiatr ucichł, niebo się przejaśnia,

a łódź opuściła port i przełamując fale,

kieruje się do krainy wygnania.

Funa Benkei(Statek Benkei), sztuka teatru nōautorstwa Kanze Kojiro.

AKT 1

MASKI

1

3 LISTOPADA, CZWARTEK

W tunelu było coś, co budziło strach. Andreu nie umiał określić, co to takiego, jednak przez wszystkie lata służby w policji nigdy czegoś takiego nie czuł. Ogarnął go dziwny, niesprecyzowany, przejmujący lęk, który siedział w nim głęboko, jakby przed czymś ostrzegając. Zeskoczył na tory i podszedł bliżej z latarką w lewej dłoni i pistoletem w prawej. Za nim szedł Lluc, usiłując nie potknąć się na kamykach chrzęszczących przy każdym kroku.

– Jest w głębi.

Instynkt podpowiadał mu, że wchodzenie tam nie jest najlepszym pomysłem. Prawdę mówiąc, zaledwie godzinę wcześniej miał już pójść do jednego ze swoich ulubionych barów, aby spędzić resztę nocy tak, jak robił to zazwyczaj: sam. To był plan zdecydowanie mniej ryzykowny i bardziej przekonujący niż sytuacja, w której znajdował się teraz.

Kobieta.

W zaułku tunelu, bardzo blisko wilgotnej ściany, znajdowała się kobieta. Klęczała na ziemi, a jej dziwny profil odcinał się w ciemności. Ciało było delikatnie pochylone do przodu, jakby się modliła, dłonie złożone na kolanach, głowa spuszczona w dół i zakryta czymś w rodzaju kaptura, odsłaniającego jedynie część twarzy i nosa. Najdziwniejsze było jednak to, że w ogóle tam była, pod placem Antoniego Maury, na nieczynnej, widmowej stacji metra, której nigdy nie użyto. Mówiono, że projekt związany był ze skarbcem starego Banku Hiszpanii, dokąd miały przybywać pociągi pełne pieniędzy. Najzabawniejsze w tym wszystkim, że nie było żadnego tunelu do banku, oddalonego o dwadzieścia pięć metrów, a jedyne istniejące schody prowadziły donikąd.

Klęczała naprzeciwko łuku starych drzwi, które zamurowano surową cegłą. Nad zwłokami wisiały dwa kable, które kiedyś zapewne przewodziły prąd. Zapach kociego moczu, śmieci i wilgoci stawał się coraz intensywniejszy.

Andreu uniósł latarkę. Wiązka światła padła na postać, oświetlając rodzaj szaty, czy peleryny, która całkowicie ją okrywała. Jej szczupłe nadgarstki były dokładnie widoczne i wyglądały jak bezkształtne patyki wystające spod dziwnego odzienia, długie palce zamarły w bezruchu. Lluc oddalił się nieco od Andreu i rozejrzał się po tunelu. Sam nie wiedział, czego właściwie szuka. Ta opuszczona stara stacja miała w sobie coś złowrogiego, coś czaiło się w jej ciemnych zakamarkach, czekając na okazję do ataku. Andreu zmarszczył brwi, zrobił dwa kroki w kierunku ciała, schylił się i szepnął:

– Ma maskę...

Na twarzy kobiety, z której dotąd widział tylko szczękę i sine usta, zauważył białą maskę, która przykrywała nos, oczy i czoło. Pociągnięciami pędzla namalowano na niej czerwono-czarny pysk zwierzęcia. Głowa kobiety opierała się o ścianę.

– Lluc, chodź tu.

Andreu odłożył broń, naciągnął lateksowe rękawiczki i pochylił się nad kobietą. Opuszkami palców delikatnie zsunął kaptur, uwalniając burzę blond włosów, które opadły na zgarbione plecy. Biała maska ukazywała twarz bez wyrazu, coś na podobieństwo lisa z czerwonymi uszami, czarnymi oczami, kilkoma liniami po obu stronach policzków. Po bokach wisiały czerwone wstążki ze złotymi koralikami na końcach.

– Halo... – szepnął, ale zabrzmiało to raczej jak wołanie w pustkę niż sposób na zwrócenie uwagi kobiety. Jej sine usta i blade ręce wskazywały, że nie żyła. Ale spróbował jeszcze raz, zwłoki w tej pozycji, na kolanach, wyglądały bardzo dziwnie. – Proszę pani, słyszy mnie pani?

Lluc kręcił się za nim, cały czas zerkał na złowrogo wyglądający tunel, który znajdował się obok. Męczyła go przerażająca myśl, że może się z niego wyłonić coś potwornego.

– Andreu, nie podoba mi się to gówno.

Dlaczego tam byli? Bo jakiś cholerny pijak musiał się przypałętać na tę widmową stację. Pijany, ale dostatecznie przytomny, aby przeraziła go ta nieruchoma postać, którą nagle zobaczył. Andreu dotknął maski od dołu i chwytając ją w dwa palce, uniósł bardzo powoli.

– Mój Boże...

Części twarzy, przesłoniętej maską, po prostu nie było. Zdarto z niej skórę.

– Ona nie ma... Nie ma twarzy...

– Co ty pieprzysz? – Lluc ruszył w jego kierunku.

Andreu cofnął się odruchowo.

– Brakuje połowy twarzy.

Gruby szczur przemknął po lewej stronie i zniknął w ciemnościach tunelu. Jego długi ogon poruszał się jak w szalonym tańcu, kiedy wskoczył na tor i zaczął biec w nieznanym kierunku.

– Lluc! Wezwij całą ekipę, natychmiast.

Lluc stał kilka metrów dalej i obserwował z góry martwą, złowrogo wyglądającą sylwetkę kobiety. Trzymał telefon mocno przyciśnięty do ucha, jego usta wykrzywiły się w dziwnym grymasie. Odczekał kilka sekund. Choć to on dzwonił, najwyraźniej ktoś powiedział mu coś zbyt ważnego, aby zachować to w milczeniu.

– Jest jeszcze jedna.

Andreu odwrócił się.

– Co?

– Na nieczynnej stacji Correos. Jest jeszcze jedna martwa dziewczyna. Mam na linii Moreno.

Spojrzenie jego kolegi skakało nerwowo, zupełnie jakby nie wiedział, co ma zrobić. Wbił wzrok w wąski tunel i zdawało się, że wpatruje się w ciemność, szukając czegoś w tym wąskim i śmierdzącym przejściu. Moreno mówił, a on robił się coraz bardziej nerwowy i spięty. Andreu odsunął się od zwłok. Na ścianach tłoczyły się cienie, które obserwowały ich z głębi wszechogarniającej ciemności. Próbował odpędzić to uczucie strachu, które go ogarnęło, kiedy jego partner odwrócił się i z dziwnym wyrazem twarzy rzekł:

– Andreu, musimy już iść... Te drugie zwłoki mogą... to może być ktoś, kogo znasz.

* * *

Inspektor Moreno stał nieruchomo na końcu starego peronu na stacji Correos, gdzie ujawniono drugą ofiarę, a do jego uszu dobiegały przyciszone głosy policjantów. Niemal wyczuwał nerwowe bicie ich serc, rytmiczny puls szybko płynącej krwi, uderzający w żebra niczym werbel, ich przerażenie.

Kobieta klęczała pod zardzewiałym napisem reklamowym z lat siedemdziesiątych. Litery były żółte, ale wyblakłe, pokryte warstwą kurzu i brudu, ledwo czytelne. Czerwona maska z dużym, spiczastym nosem wysuniętym do przodu zdawała się wskazywać kierunek, w którym należy podążać. W oczekiwaniu na prokuratora i lekarzy medycyny sądowej inspektor stał, kontemplując tę dantejską scenę. Ostatni oddech, zapach śmierci, ten kwaśny posmak w ustach, które zmuszają do cofnięcia się o krok. Morderca się nie śpieszył, zdarł skórę z jej twarzy. Jej szeroko rozwarte oczy patrzyły przez maskę. Miała długie, czarne, falowane włosy, a po bokach twarzy, której już nie było, zwisały dwa dzwoneczki na czerwonych wstążkach. Dwa rogi zakręcające w kierunku czoła, cztery białe kły wystające z monstrualnych ust.

Czerwona. Cała czerwona. Czerwona i czarna. Chyba demon...

– Proszę pana, już są, na górze.

To był moment. Uniósł tę piekielną maskę i zobaczył zaczerwienioną skórę, zakrwawione mięśnie i w połowie zmasakrowany nos. To był tylko moment, potem puścił maskę i odszedł. Powietrze tam na dole było przytłaczające, jakby cała podłość tej zbrodni została na miejscu i unosiła się nad ich głowami, niemal namacalna. Spojrzał na wyblakłe zdjęcie starego plakatu wyborczego: „Głos tych, którzy nie mają głosu” napisano czarnymi literami pod wizerunkiem grubego kandydata z wąsami, który pewnie nie żył już od ponad trzydziestu lat.

Wkrótce zjawi się Andreu i będzie trzeba go powstrzymać. Dobrze znał jego impulsywność, chociaż przez te wszystkie lata nauczył się już sobie z nią radzić.

Moreno, w rękawiczce, trzymał w dłoni mały skórzany portfel, który znaleźli. Dowód osobisty. Nazwisko: Arlet Soler. Przez chwilę zdawało mu się, że dostrzegł delikatny ruch klęczącej postaci, i jego oczy powędrowały w jej kierunku.

„Mam nadzieję, że nie poczułaś tego, co ci zrobili, że nie cierpiałaś, że byłaś już martwa, kiedy zdzierali ci skórę z twarzy”.

Głos kilku policjantów przywrócił go do ponurej rzeczywistości. Andreu biegł przez tunel metra w jego kierunku. Moreno zrobił kilka kroków, oddalając się od kobiety, od diabolicznej maski, od upiornego odgłosu dzwoneczków, które zabrzęczały poruszone jakimś niewidzialnym prądem powietrza. Czyjaś dłoń wylądowała na ramieniu Andreu i potrząsnęła nim. Któryś z policjantów przytrzymał go z najwyższym trudem. Inspektor podniósł nieco twarz, ale wzrok miał spuszczony, unikając kontaktu wzrokowego z przyjacielem.

– Czy to ona? Powiedz mi! Czy to ona?

– Wydaje się, że tak, ale... nie jesteśmy w stanie tego potwierdzić. Znaleźliśmy to obok. To jej dokumenty. Andreu...

Andreu wyrwał mu portfel z rąk. Dzięki Bogu nadal miał założone lateksowe rękawiczki, nawet nie pomyślał, aby je zdjąć, kiedy wyszedł z tamtej stacji.

– To... – Jego oszalałe oczy szybko przeglądały zawartość. – To jej cholerny portfel...

Skrzywił się, patrząc na zdjęcie w dowodzie, i może nawet rozpłakałby się, gdyby jeszcze tylko została mu jakakolwiek łza, ale przez lata uodpornił się na tego rodzaju ból, nawet na taki...

Moreno spojrzał na niego krótko. Pierwszy raz spojrzał mu w oczy.

– Chodźmy, Andreu. Nie możesz tutaj być...

Położył mu rękę na ramieniu, ale Andreu rzucił się do niego. Moreno chwycił go mocno, spodziewał się tego rodzaju reakcji i był przygotowany, ale szkliste oczy jego towarzysza uświadomiły mu potworną rzeczywistość.

– Sprawdź jej rękę! Powiedz mi, czy ma tatuaż na tej cholernej ręce! Tylko o tyle cię proszę, Víctor! Powiedz mi, czy go ma! To cholerny motyl! Powiedz mi, czy ma tego cholernego motyla na prawej ręce!

Víctor Moreno zamrugał z wahaniem, widział jego desperację. Desperację, która w każdej chwili mogła się przerodzić w atak szału. Andreu nadal był przytrzymywany przez policjantów, a Víctor powoli zawrócił i ponownie ruszył w stronę klęczącej kobiety. Przykucnął przy niej i spojrzał na jej blade, martwe dłonie.

– Ma go? Powiedz, czy go ma!

Odwrócił się i potrząsnął głową. Nie było żadnego motyla. Andreu upadł na kolana. Dezorientacja, strach. Położył ręce na ziemi i westchnął.

– To nie ona... Cholera, to nie ona...

* * *

Víctor zamknął drzwi swojego gabinetu i usiadł za biurkiem. Spojrzał na nich. Przez całą noc pracowali, zresztą nie tylko ludzie z ich wydziału. Víctor obudził Joana Berila, lekarza sądowego, który był jego bliskim przyjacielem. Właściwie poznał go na konferencji poświęconej jednej z jego najbardziej niszowych pasji – wielkim cywilizacjom, ziemi między dwiema rzekami, jak Grecy nazywali region pomiędzy Eufratem i Tygrysem. Víctor pasjonował się Mezopotamią, ale wstydził się poprosić któregoś z przyjaciół, by z nim poszedł. Tam spotkał Joana Berila i tak zaczęła się ich znajomość. Od tego czasu patolog pomagał inspektorowi, kiedy ten tego potrzebował. Na Boże Narodzenie Víctor starał się zawsze wysłać mu świąteczny kosz podarków, ale Joan zawsze odmawiał, mówiąc, że jego przyjaźni nie można kupić.

Wokół dźwięki tego ogromnego biura cichły i zacierały się do tego stopnia, że brzmiały jak odległe, nieokreślone echo. Jego ciemnoszare oczy wyglądały na zmęczone. W kruczoczarnych włosach coraz więcej było siwych nitek, co tylko dodawało mu powagi i czyniło bardziej interesującym.

– Muszę cię odsunąć od sprawy, Andreu. Nie mogę pozwolić, abyś prowadził to śledztwo. Gdzie jest twoja dziewczyna?

– Nie wiem... Niech to wszystko szlag... Nie jest już moją dziewczyną. Przestaliśmy się spotykać sześć miesięcy temu.

Zrezygnował z pomysłu dalszego przepytywania go. Andreu zachowywał się jak pijany. Dwie godziny, które upłynęły, od kiedy wrócili na komisariat, spędził, próbując się do niej dodzwonić, kręcąc się z miejsca na miejsce niczym dusza pokutująca. Víctor znał tego człowieka od dziesięciu lat, ale tak naprawdę nic nie wiedział o jego życiu prywatnym.

– Więc... znaleźliśmy jej portfel przy zwłokach, a sam wiesz, jakie nasuwają się wnioski, gdy trafiasz na czyjeś dokumenty na miejscu zbrodni, dlatego będę ci wdzięczny za udzielenie wszystkich informacji o zwyczajach twojej eks. Albo jest w to zamieszana, albo ją porwali, albo... – westchnął, przerwał na chwilę i dodał: – albo znajdowała się bardzo blisko ofiary i tego, który to wszystko zrobił...

– Cholera, od kiedy się rozstaliśmy, praktycznie nie mamy kontaktu.

Lluc pokiwał głową.

– Może być tak, że portfel został jej skradziony albo...

Inspektor rzucił mu spojrzenie pełne powątpiewania i Lluc umilkł.

– Spróbuję się z nią skontaktować, pójdę do niej do domu. Nie odsuwaj mnie od śledztwa, Víctor, bardzo cię proszę. W tej chwili mamy tylko portfel, a ja nie widziałem jej od sześciu miesięcy.

– Andreu...

– Przysięgam, że będę tylko zadawał pytania i jeśli wydarzy się coś dziwnego, odsuniesz mnie. Nie będę się pakował w problemy.

Víctor tylko się uśmiechnął. Gdyby odsunął go od sprawy w tym momencie, Andreu i tak zrobiłby wszystko, aby dalej ją prowadzić. Być może rozsądniej będzie trzymać go razem z Llukiem, przynajmniej do czasu, kiedy wyjaśni się, jaką rolę odegrała w tym wszystkim jego była. Jeśli pozwoli, aby jego osobiste emocje wpływały na pracę, będzie musiał ponownie nadstawiać za niego karku. Tak naprawdę nie był to pierwszy raz, kiedy krył wyskoki Andreu. Wymierzył w niego palec.

– Cholera... Zajmijcie się tym obaj natychmiast i informujcie mnie o wszystkim. A ty, Andreu, pamiętaj, że nic jeszcze nie wiemy, bazujemy na przypuszczeniach. Dlatego musimy panować nad nerwami i dobrze przemyśleć każdy krok. Uprzedzam.

Andreu wzruszył ramionami.

– Dwie kobiety – zaczął mówić Víctor, patrząc na brązową, tekturową teczkę, która leżała przed nim. – Dopóki nie dostaniemy wyników badań kryminalistycznych, wiele się nie dowiemy: dwie kobiety w wieku od trzydziestu do pięćdziesięciu lat. Nie wiemy, czy mają ze sobą coś wspólnego, czy się znały, to będziemy musieli ustalić. Technicy przeczesali miejsce zdarzenia, a specjalista medycyny sądowej przygotuje wstępny raport. Ciała zostały zabrane do badań i zobaczymy, co uda się znaleźć. Zadzwonię do eksperta zajmującego się azjatyckim folklorem. Santos z laboratorium kryminalistycznego uważa, że to japońskie maski. Jego syn jest fascynatem kultury japońskiej i ma podobną na ścianie w pokoju. Być może podpowie nam, czy mamy do czynienia z rytualnym zabójcą, czy ze ześwirowanym skurwielem, który się nudzi. Dopóki nie zbierzemy wszystkich tych danych i nie będzie eksperta, nie robimy spotkania ekipy. Na razie to wszystko. Andreu, ustal, z kim przebywała Arlet, być może zmieniła się od czasu waszego rozstania, ale znasz przecież jej najbliższych przyjaciół. Przekaż Llucowi wszystko, co o nich wiesz. A ty, Lluc, zajmij się tą sprawą z jego pomocą.

Za nimi, po drugiej stronie szklanej ściany oddzielającej gabinet od pozostałych stanowisk pracy, zrobiło się jakieś zamieszanie. Ktoś zapukał do drzwi. To był Max, pozbawiony cech szczególnych facet w rogowych okularach, który zawsze kiedy był potrzebny, zajmował się rzeczami banalnymi i nieistotnymi.

– Proszę pana, pojawiło się nowe ciało. Zawiadomił nas grafficiarz. Oni łażą po tunelach i... Wygląda na to, że dzisiejsza noc jest jakaś specjalna. Mamy kolejnego trupa.

– Co? Następna kobieta?

Andreu wstał tak gwałtownie, że prawie wywrócił krzesło. Mógł udawać, że go to nie obchodzi, bo przecież minęło sześć miesięcy, odkąd nie miał z nią żadnego kontaktu, że nic już do niej nie czuje i że może bez problemu pracować, ale byłoby to kłamstwo.

– Nie. To nie jest kobieta. To mężczyzna. I także ma założoną maskę.

* * *

Trzecia ofiara odnaleziona została na kolejnej nieczynnej stacji metra o nazwie Bordeta, zbudowanej w celu wydłużenia linii do Torrassa i zamkniętej ponad czterdzieści lat temu. Był to złowieszczy tunel praktycznie bez światła z ponurym, zakurzonym przystankiem pełnym martwych szczurów i ich odchodów. Postać klęczącego mężczyzny, podobnie jak inne zwłoki, znajdowała się na końcu peronu i była delikatnie oparta o gzyms. Najbardziej ponure wrażenie robiło to, że patrzył w stronę drugiej ściany, w stronę billboardów, a jego ciało, pochylone lekko do przodu, faktycznie nie dotykało ściany. Jego ręce także spoczywały na kolanach, jakby był pokutnikiem.

– Jak to możliwe, że się nie przewrócił?

Drżący głos Lluca u jego boku sprawił, że spojrzał na niego. Szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w zwłoki, jakby nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Andreu ruszył do przodu, oświetlając światłem z latarki zgarbione plecy trupa, i nachylił się do jego twarzy. Jego maska robiła jeszcze bardziej przerażające wrażenie niż dwie pozostałe. Była biała z dwoma długimi złotymi rogami i dwoma kłami tego samego koloru. Rząd żółtych zębów wystawał na zewnątrz, zdobiąc krzywe, rozdziawione usta z czerwonymi wargami. Pod wystającym czołem znajdowały się wielkie oczodoły, a zwierzęcy, przesadzony uśmiech miał diabelski wygląd.

– Kurwa...

Z wielką ostrożnością zbliżył długopis do maski i lekko ją uniósł. Gdy to zrobił, dzwoneczki zwisające na wstążkach natychmiast zadźwięczały. Ten też nie miał skóry. Pod ohydną maską zamiast twarzy znajdowała się czerwona, mokra masa. Andreu opuścił maskę i zmarszczył brwi.

– Lluc, chodź tu.

– Nie mam na to najmniejszej ochoty, przyjacielu.

Mężczyzna nie miał na sobie żadnego ceremonialnego stroju, jak pozostałe dwa ciała. Ubrany był w długi, czarny, wełniany płaszcz, którego poły leżały na ziemi, unurzane w kurzu i ekskrementach.

– Chodź tu, cholera!

Lluc szedł przez peron z latarką najpierw skierowaną na sufit, a następnie na ściany.

– Co?

Andreu odsłonił klapę płaszcza za pomocą długopisu, a Lluc otworzył usta w niemym grymasie.

– Ma na sobie pieprzoną koloratkę!

– To ksiądz.

* * *

Bar Tábula znajdował się w dzielnicy Raval i należał do tych starych, ponad stuletnich lokali, które wciąż zachowały tajemniczy klimat przybytków monopolowych z przeszłości. Drewniane stoliki, aksamitne sofy, skórzany bar nabijany ćwiekami... Wszystko w półmroku, aby zapobiec ucieczce pijaków.

Andreu przeszedł obok chudego kelnera i usiadł koło Lluca. Jego towarzysz był blady, a jego ciemne oczy wydawały się zagubione w nieokreślonej pustce. Lluc miał trzydzieści jeden lat i był wysokim, szczupłym facetem z dosyć wyostrzonym poczuciem sprawiedliwości. Z pewnością mógł uchodzić za przystojnego, chociaż na pierwszy rzut oka nie wyglądał na kogoś, kto przywiązuje do tego wagę. Pracował z Andreu od niedawna, bo spędził wiele lat w Madrycie. Przeniósł się do Wydziału Kryminalnego, zapewne licząc – po długim czasie spędzonym za biurkiem – na więcej wrażeń.

Gdy komisarz zobaczył apatyczny wyraz twarzy kolegi, zrobiło mu się trochę głupio, że zmusił go do wspólnego wyjścia do baru. Chciał go tylko rozweselić, porozmawiać przez chwilę. Z pewnością tam na dole, w tunelach, Lluc poczuł strach, rodzaj przerażenia, jakie odczuwa żółtodziób w obliczu swojego pierwszego trupa, tym bardziej że nie chodziło o śmierć naturalną.

Swoje pierwsze zwłoki Andreu zobaczył w wieku ośmiu lat, gdy zakradł się do starego kościoła w małej wiosce na północy, w której spędzał długie wakacje z dziadkami. Zszedł do krypty i znalazł ciało bezdomnego, który prawdopodobnie zmarł z zimna. Zmarły uległ swego rodzaju mumifikacji, ale tamtego popołudnia Andreu nie krzyczał ani nie był przerażony, ponieważ mężczyzna strasznie przypominał mu mumie z reportaży, które jego ojciec oglądał w telewizji. Z czasem przeczytał wiele książek na ten temat i odkrył, że zbyt wysokie temperatury odwadniają zwłoki, zanim enzymy prowadzące do mumifikacji zaczną działać. Ale w przypadku tamtego bezdomnego mężczyzny było wręcz przeciwnie – bardzo niskie temperatury hamowały aktywność bakterii. Właśnie dzięki temu procesowi wiele ciał znalezionych pod śniegiem i lodem mogło przetrwać ponad cztery tysiące lat. Andreu miał obsesję na tym punkcie do tego stopnia, że skończył właśnie tak: rozwiązując sprawy morderstw. Rzeczywistość nie miała jednak wiele wspólnego z dziecinnym obrazem włóczęgi, jaki ukształtował się w jego umyśle. Śmierć była czasem dzika, przerażająca, a w tych tunelach przypomniała mu o tym na nowo...

– Słuchaj, to normalne, takie rzeczy robią wrażenie, Lluc. Zwłaszcza jeżeli nigdy wcześniej nie miałeś do czynienia z przestępstwem takiego kalibru.

Lluc podniósł piwo z nieobecną miną i wydał z siebie coś w rodzaju chrząknięcia.

– Trzeba być naprawdę szalonym, by oskórować komuś twarz – powiedział cichym głosem. – Mało tego, ktoś ułożył te ciała w nienaturalny sposób, jakby próbował utrzymać je przy życiu lub wywołać zamieszanie. Paskudna sprawa... Nie wiem... Nie będę zaprzeczał, nigdy nie spotkałem się z czymś takim, dzięki Bogu. Tam na dole... miałem wrażenie, że oddychamy skondensowanym złem... – Zrobił krótką przerwę. – Słuchaj, wiesz już coś o tej twojej dziewczynie?

– Nie jest moją dziewczyną – powiedział Andreu z lekkim wyrzutem. – I nie. Jeszcze nie zadzwoniłem do jej przyjaciółek. Jest bardzo późno, zresztą może rzeczywiście będzie lepiej, żebyście wy to zrobili. Słyszałeś, co mówił Víctor. Miałem klucz do jej mieszkania, ale oczywiście nie zachowałem go. Jest pierwsza w nocy, teraz niewiele zdziałam, pójdę tam jutro z samego rana. Głowa mi pęka.

– Te twarze... Nie miały ich... Po co ktoś zdarł im twarze?

– Nie wiem. To może mieć jakieś symboliczne znaczenie albo po prostu je okaleczył bez powodu. Jutro, kiedy przyjdzie ekspert od japońskiego folkloru, dowiemy się o tym więcej, a ja jakoś spróbuję się upewnić, że z Arlet wszystko w porządku. Ona imprezuje w dość specyficznym stylu. Kiedy wychodzi, co nie zdarza się za często, i trochę wypije, traci orientację. Nie byłby to pierwszy raz, kiedy została w domu jakiejś koleżanki, żeby nie wracać samochodem. Mogła zgubić ten cholerny portfel, a ta dziewczyna go znalazła, sam nie wiem. Przynajmniej tak próbuję to sobie wytłumaczyć.

Lluc wziął łyk piwa i powoli skinął głową.

– Myślisz, że zabije ponownie?

Andreu wzruszył ramionami.

– Nie mam pojęcia. Trzy ciała tego samego dnia są dość szokujące, ale nie wiemy przecież, czy zabił ich wszystkich w tym samym czasie...

– Pijak, który wpadł na jedną z ofiar, nawet nie wiedział, co to jest. Policjant mówił, że spierdalał stamtąd, aż się kurzyło – skomentował Lluc. – To okropne miejsca, ale znaleźli puszki z farbą na dwóch z tych stacji i w połowie zrobione graffiti na trzeciej, w Bordeta. Jedno ze zgłoszeń było od gościa mieszkającego w pobliżu, który wpadł na rozhisteryzowanego dzieciaka. Trudno go będzie znaleźć. Ale wiadomo, że te dzieciaki czasami całymi bandami łażą tej samej nocy w różne miejsca.

– Stężenie pośmiertne rozpoczyna się w ciągu trzech godzin od zgonu i osiąga swój szczyt po dwunastu godzinach. Ciała były sztywne, a obchodzenie się z takimi zwłokami jest dosyć trudne. Mamy zatem dziewięciogodzinny margines błędu. Poza tym zakładamy, że to tylko jeden morderca, a może być ich trzech albo cholera wie, co jeszcze... To był gówniany dzień.

Lluc dopił piwo.

– Wiesz, zawsze myślałem, że jestem przygotowany na wszystko, ale dopiero gdy masz przed sobą taki scenariusz, okazuje się, czy nie stracisz zimnej krwi w kluczowym momencie. Muszę ci się do czegoś przyznać, Andreu: nie mam takich jaj jak ty. Dziś zdałem sobie z tego sprawę.

– To był długi dzień, Lluc – ciągnął Andreu. – Nigdy nie pracowałeś w terenie. To normalne, że nie jesteś gotowy na pewne rzeczy. No dobra, kończymy piwo i wracamy do domu. Odpoczniemy kilka godzin, lub przynajmniej spróbujemy, a później pociągniemy dalej to śledztwo.

– Przykro mi z powodu twojej dziewczyny.

– To nie jest moja dziewczyna, to już przeszłość. Wszystko się ułoży...

* * *

Kiedy pożegnał się z Llukiem, skierował się w stronę Santa Caterina. Początkowo nie planował iść tamtą drogą, ale teraz chciał rzucić okiem. W głębi duszy wyobrażał sobie, że zobaczy oświetlone okno w jej mieszkaniu lub jakiś inny znak, że tam jest. Arlet nie miała samochodu, nigdy nie lubiła siadać za kierownicą, praktycznie wszędzie jeździła metrem. Kwiaciarnia, którą prowadziła, znajdowała się niedaleko jej domu, dlatego przeważnie chodziła pieszo przez miasto. W dniu, w którym ją poznał, siedziała w fotelu w kawiarni, a jej kolana wystawały spod spódnicy. Czytała jakiś magazyn, popijając kawę. Andreu czekał w kolejce przy barze, aby coś zamówić, i nie mógł oderwać od niej wzroku; przyciągała jego spojrzenie, ale jednocześnie nie było w niej nic szczególnie wyjątkowego. Być może to właśnie ta normalność, to zwykłe piękno, sposób, w jaki subtelnie zakładała włosy za uszy, i jej nagie kolana... może to przykuło jego uwagę. Ta sytuacja sprzed dwóch lat wydawała się teraz tak odległa. Kochał ją, ale nigdy jej o tym nie mówił. No i poza tym pracował, zawsze tylko ta praca. Arlet nieraz wypominała mu, że nie jest dla niego priorytetem. Miała rację. Nie mógł zaprzeczyć temu, co było oczywiste. Odeszła od niego, ale po tamtym bólu nie pozostał już żaden ślad, tylko lekki żal, że powinien był coś zrobić, ale tego nie uczynił. Zastanawiał się, czy sprawy potoczyłyby się inaczej, gdyby zdecydował się poświęcać trochę mniej czasu na pracę. Arlet nigdy nie prosiła o nic niemożliwego, nic, czego nie dałoby się zrobić, trochę więcej czasu, trochę więcej uwagi, trochę więcej miłości, trochę więcej wszystkiego...

Andreu spojrzał na fasadę jej domu. Tak jak przypuszczał, na drugim piętrze było ciemno, ale drzwi główne były otwarte, co nader często się tam zdarzało ze względu na właścicieli psów, którzy wychodzili na spacer bardzo późno i zostawiali otwarte drzwi, dopóki nie wrócili. Coś kazało mu wejść do środka i wspiąć się po schodach, które prowadziły do jej mieszkania. Gdyby nie było tak późno, zapukałby do sąsiednich drzwi i zapytał sąsiadów, czy widzieli coś dziwnego, czy Arlet odwiedzają goście, czy zauważyli coś nietypowego w ciągu tych ostatnich kilku dni, ale przecież nawet nie wiedział, czy zniknęła, musiał więc poczekać. Zaniepokoił się, widząc, że drzwi są otwarte. Nie rzucało się to w oczy, ponieważ były tylko leciutko uchylone, ale jednak niedomknięte. Zmarszczył brwi i powoli naparł na drzwi dwoma palcami, otworzyły się.

– Cholera...

Arlet była stanowcza, kiedy zakończyła ich związek. Po tym, jak wystawił ją do wiatru dwa razy z rzędu tego samego dnia, wyraźnie mu powiedziała, żeby spierdalał do swojej pracy. Kategoryczny ton kobiety, która nigdy nie podnosiła głosu. Wiedział, że nie ma już odwrotu, i nie zrobił nic, żeby to naprawić. Pewnego razu Víctor zapytał go, dlaczego na to pozwolił. Najwyraźniej szef zauważył, że coś jest nie tak, choć Andreu zwykle nie dzielił się z nikim swoimi problemami osobistymi. Nigdy nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie, nawet gdy wracał do domu i się nad tym zastanawiał. Już w dzieciństwie pozwalał, by wszystko toczyło się swoim torem. Jego dziecięce wątpliwości, zainteresowanie seksem, kiedy był nastolatkiem, konflikty w szkole, które przerodziły się w bójki, kiedy osiągnął wiek, w którym mógł się bronić. Czasem zastanawiał się, dlaczego nigdy nie był w stanie podzielić się swoimi problemami i rozterkami z innymi ludźmi, z przyjaciółmi, z rodzicami, z jakimś kolegą, do którego miał trochę więcej zaufania... Jednak zamiast rozmowy zawsze wybierał bierność: pozwalał rzeczom przeminąć. Cała stanowczość, trzeźwość myślenia i zdecydowanie, które charakteryzowały go w pracy, ulatniały się w życiu prywatnym. Ta pasywność narastała, nie przemijała, nie pracował zresztą nad tym ani nie próbował w żaden sposób naprawić. Zrozumienie innych ludzi, ich uczuć, nie zaprzątało mu głowy. Uważał, że wszyscy ludzie funkcjonują zupełnie tak jak on, że przywiązują wagę do tych samych rzeczy. Nie inaczej było w przypadku Arlet.

– Halo?

Myślał o niej w ciągu kolejnych nocy, myślał o niej podczas pracy lub kiedy szedł przez uśpione miasto do domu. Myślał o niej podczas pracowitych godzin spędzanych przed biurkiem na wypełnianiu akt. Myślał o jej blond włosach, sposobie, w jaki poruszała dłońmi, kiedy mówiła, o jej nagich kolanach i o tym, jak lubiła chodzić boso po domu. Myślał o tym wszystkim przez wiele miesięcy, aż pewnego ranka postanowił posunąć się o krok dalej.

– Arlet?

Serce waliło mu w piersiach, kiedy zobaczył swoje własne odbicie w lustrze na kredensie. Położył dłoń na pistolecie, chociaż nie wyjął go z kabury, i ruszył naprzód wąskim korytarzem, który prowadził do salonu. Żaluzje były opuszczone, a w miarę jak szedł, ciemność zdawała się gęstnieć. Z jakiegoś powodu miał wrażenie, że nie jest sam, że w mieszkaniu jest ktoś jeszcze. Wydawało mu się, że dostrzegł jakąś postać przez matową szybę w drzwiach – chudy, ciemny kontur, który usunął się na bok.

– Arlet! To ja...

Zdecydowanym ruchem otworzył drzwi i wszedł do salonu przekonany, że ona tam będzie, ale nie zobaczył nikogo. Rzucił okiem na meble, okno, mały kredens w rogu, stół, uchylone drzwi do sypialni. Z pomieszczenia dochodziło słabe, pulsujące światło.

– Arlet!

Źródłem migoczącego światła okazała się lampka na stoliku nocnym, która zapalała się i gasła. Żarówka musiała być źle wkręcona. Podejrzewał, że Arlet wyszła, zostawiając ją włączoną, co było dla niej typowe, w ogóle nie zwracała uwagi na takie sprawy. Łóżko było idealnie zaścielone, nikt w nim nie spał. Wszedł powoli do pokoju, rozglądając się dookoła, i wyregulował żarówkę. Czasami – nawet dosyć często – Arlet bywała roztargniona, ale z czasem zdał sobie sprawę, że to lubi. Doszedł nawet do wniosku, że dzięki temu wie, że w gruncie rzeczy ona go potrzebuje, że może jej się na coś przydać w tym związku, nie tylko do seksu lub towarzystwa przez te kilka godzin, które spędzali razem jako para. Tym sposobem mógł tam być i jednocześnie nie być. Nawyk gaszenia zapalonego światła, podnoszenia wstążki do włosów, która jej spadła na podłogę, zamykania drzwi, znajdowania broszki, której szukała przez pół godziny, a którą sama zostawiła w łazience. Bycie użytecznym dla Arlet, poczucie, że wnosi coś do związku, który czasami wydawał mu się trudny lub o który po prostu nie dbał, ponieważ uważał, że nie trzeba o niego dbać. Arlet skarżyła się, mówiąc mu, że czuje się tak, jakby go nie było, że prawie nic nie robią razem, że wydaje jej się, że wcale mu na nich nie zależy, a on zamiast zastanowić się nad jej słowami, porozmawiać z nią lub poszukać sposobu na rozwianie jej obaw, po prostu pozwolił wszystkiemu przeminąć.

Stał tak, wpatrując się w pustkę, jakby na coś czekał. Nagle coś na podłodze zwróciło jego uwagę: kartka papieru złożona na pół. Leżała na środku pokoju, pomiędzy łóżkiem a szafą. Podniósł ją i otworzył.

KITSUNE

SKLEP Z PAMIĄTKAMI

Notka została napisana przez kogoś innego, to nie było jej pismo, zawierała również adres, sklep znajdował się w dzielnicy gotyckiej.

Nagle ogarnęło go nieprzyjemne uczucie. A jeśli Arlet miała z tym coś wspólnego lub coś wiedziała? Jeśli zobaczyła coś, co ją przeraziło i zmusiło do ucieczki? Nie, to niemożliwe, porozmawiałaby z nim przecież. Ale dlaczego czuł ten niepokój? Japońskie maski... To było możliwe. Japońskie maski, sklep z pamiątkami, dziwna nazwa. Był wyczerpany, w dodatku wcale nie miał tu być.

Włożył kartkę do kieszeni w spodniach, wyszedł z pokoju. Po raz ostatni omiótł wzrokiem mieszkanie i opuścił je, bardzo ostrożnie zamykając za sobą drzwi. Musiał ją znaleźć, być pierwszym, który z nią porozmawia. Musiał otrząsnąć się z tego uczucia niepokoju, tej ciągłej potrzeby ratowania jej przed wszystkim, chociaż nie był w stanie uratować ich związku, tej jedynej rzeczy, która rzeczywiście od niego zależała.

– Arlet, gdzie ty się, do cholery, podziewasz?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki