Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
40 osób interesuje się tą książką
Każdy los jest nicią w jej dłoniach.
Ziemia, magia i kobiecość w dwunastu pełnych mocy i przesiąkniętych tajemnicą opowieściach o jednej z najważniejszych bogiń słowiańskiego panteonu.
Odkryj, dlaczego słowiańscy bogowie nie przestają fascynować, inspirować i poruszać. Wybierz się w literacką podróż przez dwanaście niezwykłych historii stworzonych przez dwunastu autorów, którzy tchnęli nowe życie w dawne podania, łącząc słowiański mit, naturę i fantastykę.
„Mokosz” to kolejna – po bestsellerowym tomie „Weles. Opowieści z podziemia”– antologia, ożywiająca zapomniane mity w nowoczesny sposób. Twórcy, którzy wcześniej oczarowali czytelników mroczną magią podziemia, tym razem zapraszają do świata rządzonego przez Mokosz– boginię kobiecości, płodności i przeznaczenia.
W tym tomie znajdziesz różnorodne historie oddające hołd Matce Ziemi: od legend i baśni po współczesne narracje, w których bogini przemawia poprzez sny, znaki i intuicję. Każda opowieść to inny czas, inny głos i inny wątek w wielkiej tkaninie losów, którą Mokosz przędzie od wieków.
Autorzy Antologii: Aleksandra Seliga, Wiktoria Korzeniewska, Witold Jabłoński, Marta Krajewska, Grzegorz Gajek, Justyna Hankus, Łukasz Malinowski, Paweł Majka, Monika Maciewicz, Franciszek M. Piątkowski, Marcin Sindera, Magdalena Wolff
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 412
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redaktorka prowadząca: Marta Budnik Wydawczyni: Agnieszka Fiedorowicz Redakcja: Adrian Kyć Korekta: Piotr Królak Wprowadzenie: Joanna Malita-Król Projekt okładki: Agata Łuksza Ilustracja na okładce: © Agata Łuksza
Copyright © 2026 by Aleksandra Seliga • Copyright © 2026 by Wiktoria Korzeniewska • Copyright © 2026 by Marta Krajewska • Copyright © 2026 by Monika Maciewicz • Copyright © 2026 by Magdalena Wolff • Copyright © 2026 by Justyna Hankus • Copyright © 2026 by Franciszek M. Piątkowski • Copyright © 2026 by Marcin Sindera • Copyright © 2026 by Grzegorz Gajek • Copyright © 2026 by Łukasz Malinowski • Copyright © 2026 by Paweł Majka • Copyright © 2026 by Witold Jabłoński • Copyright © 2026 by Joanna Malita-Król
Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.
Droga Czytelniczko, Drogi Czytelniku, pamiętaj, że zbiór ten – mimo nawiązań do historii – należy do gatunku slavic fantasy i nie jest w żadnym stopniu publikacją naukową. Baw się dobrze, wędrując przez światy stworzone przez Autorki i Autorów!
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie elektroniczne
Białystok 2026
ISBN 978-83-8417-655-9
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Ossowska
Kim jest Mokosz?
Mokosz zwykła przynosić więcej pytań niż odpowiedzi, jak to już z bóstwami słowiańskiego panteonu bywa. Wystarczy przyjrzeć się jej imieniu. Tropów etymologicznych mamy co najmniej kilka, od sanskrytu, przez grekę, aż po nazwę jednego z fińskich plemion. Najbardziej prawdopodobne wydaje się powiązanie imienia bogini z prasłowiańskim określeniem na miejsce mokre czy też na błoto. To z kolei łączy Mokosz z płodną wilgocią, a konkretnie – z ziemią. I właśnie tak, jako Matka Ziemia, zazwyczaj kojarzy się ją w najbardziej powszechnym rozumieniu. Jest tą, która wydaje z siebie plony.
Historyczne ślady Mokoszy odnajdziemy z pewnością na wschodzie Słowiańszczyzny. Jest jednym z bóstw, uczczonych posągami w Kijowie pod koniec X wieku przez księcia ruskiego, Włodzimierza I. Mokoszowy wizerunek nie przetrwał długo, bo gdy Włodzimierz przyjął chrześcijaństwo, posągi bogów dawnej religii obalono. Powieść lat minionych, słynny ruski latopis spisany w XII wieku, wskazuje wszystkie postaci z kijowskiego panteonu. To Perun, Chors, Daźdbóg, Strzybóg i Simargł oraz Mokosz, jedyna bogini wśród nich. Inne ruskie źródła wymieniają Mokosz jednym z tchem razem z wiłami, postaciami iście demonicznymi. Jej imię wspomina się także tytułem potępienia praktyk nielicujących z chrześcijańską wiarą. Wymowne Słowo św. Grzegorza Teologao tym, jak poganie kłaniali się bożkom wspomina o ludziach, którzy nawet po przyjęciu chrztu modlą się potajemnie „Perunu i Chorsu, i Mokoszy i wiłom”. Mokosz z pewnością zatem pojawia się w źródłach, ale czy znała ją cała Słowiańszczyzna w dokładnie takiej samej postaci? Czy w ogóle była boginią? Jerzy Strzelczyk ostrożnie wysuwa niepewny wniosek, że Mokosz mogła stać wśród bóstw niższego rzędu, czyli wśród demonów. Niektórzy natomiast próbują odnaleźć ślady neolitycznej Wielkiej Bogini Matki w słowiańskiej kulturze. Włoski badacz Evilo Gasparini oręduje za matrylinearyzmem (czyli liczeniem pochodzenia w linii żeńskiej) u Słowian. A skoro matrylinearyzm, to i matriarchat, i konieczność istnienia Bogini. Czy była nią Mokosz? I znów pytanie bez jasnej odpowiedzi. Natomiast folklor północnoruski podpowiada, że Mokosz miała pod swoją opieką sferę kobiecą, w tym czynności związane ze strzyżeniem owiec i przędzeniem lnu.
Mokosz może poszczycić się posiadaniem krewniaczek w innych panteonach, jak Anahita (też ją zresztą spotkamy w jednym z opowiadań z niniejszego tomu), irańska bogini związana między innymi z płodnością, wodą i uzdrawianiem. W swoim własnym słowiańskim kontekście Mokosz z kolei nawiązuje relacje z Perunem. Niektórzy badacze widzą w bogini właśnie małżonkę Peruna Gromowładnego, i to nawet ukaraną za zdradę i zesłaną wskutek tejże zdrady z niebios do ziemskiej domeny. Te skojarzenia Mokoszy z ziemią pozostają najważniejsze. Postrzeganie ziemi jako matki należy do najbardziej archaicznych przedstawień i najwcześniejszych stadiów rolnictwa, jak zauważa Aleksander Gieysztor. Mokosz jako taka może stanowić odbicie tego prastarego kultu. Staroruskie określenie mat’ syraja zemlja, „matka ziemia wilgotna”, a także zachodniosłowiańskie „Święta Ziemia” głęboko zakorzeniło się w kulturze ludowej. Wilgoć powiązana z płodnością dobrze wpasowuje się w rozumienie ziemi jako matki. Matka, która jest Ziemią, i Ojciec, który jest Niebem – tę boską parę spotkamy w niejednej mitycznej opowieści. Andrzej Szyjewski zauważa, że ziemia oznacza dla Słowian tę, która daje płodność i moc życia, która rodzi roślin dzikie i uprawne: zioła i zboża. Działalność rolnicza, jak oranie pługiem czy sianie zbóż, może być zatem rozumiana jako symbol stosunku z płodną Ziemią. Podobnie piorun i deszcz – zwłaszcza pierwszy wiosenny piorun – można interpretować jako zapłodnienie matki-ziemi przez jej boskiego niebiańskiego małżonka. Z drugiej strony, wbijanie do niej czegokolwiek zbyt wcześnie podlegało tabu. Nawet bicie ziemi czy wyrywanie trawy podlegało zakazom. Pisze o tym Kazimierz Moszyński, przywołując napomnienia rodem z Rusi: „Grzech bić ziemię, ona jest naszą matką”.
Trudno przecenić znaczenie ziemi dla Słowian na przestrzeni dziejów. Szacunek do niej jako do matki, która rodzi, zachował się w obyczajach w różnych stronach Słowiańszczyzny. Na ziemię nie wolno było pluć czy jej kopać, a przed oraniem należało ją ucałować. Za nieumyślny upadek na ziemię powinno się było przeprosić. Na ziemię przysięgano, kładziono na niej chorych, a dziurę w niej wykopaną uważano za usta, które szepczą rady i przepowiadają przyszłe dzieje. Pojawia się też w klątwach: mogła pochłonąć czy pożreć przeklętą osobę albo odwrotnie, odmówić jej przyjęcia w myśl przekleństwa „Bodaj cię święta ziemia nie przyjęła!”.
Rozumienie Mokoszy jako bogini-matki, ściśle powiązanej z ziemią, obecne jest także dzisiaj w rodzimowierstwie słowiańskim. Jak pokazują badania Piotra Grochowskiego, to jedna z najważniejszych postaci w rodzimowierczym panteonie. Poświęca się jej osobne święto, zwane często Mokoszowym, obchodzone w drugiej połowie sierpnia. Rodzimowiercy widzą Mokosz zazwyczaj jako opiekunkę ludzi i uosobienie związku człowieka z ziemią. To matka-rodzicielka, odpowiedzialna z jednej strony za przyrodę i żyzną glebę, która wydaje plon, a z drugiej strony za ludzki wymiar płodności. Opiekuje się tym samym wszystkimi aspektami macierzyństwa oraz kulturowym wymiarem kobiecości razem z codziennymi pracami domowymi i podtrzymywaniem rodowej tradycji. Do ofiar składanych Mokoszy podczas rodzimowierczych obrzędów często należą mleko i chleb, reprezentujące pierwszy pokarm człowieka i połączenie płodności ziemi z domową pracą kobiet. Podczas modlitwy wyznawcy zwracają się do niej „matko, mateńko nasza” i śpiewają podczas obrzędów pieśni odwołujące się do wielu jej aspektów:
Sław się, Mokoszo
Topolo wysoka.
Sław się, Mokoszo
Koroną szeroka.
Mokoszo-prządko
Matko stuwrzecienna,
Tyś zawsze pełna
Dostatkiem brzemienna.
Z Twojej krynicy
Daj napić się wody
Sław się, Mokoszo
Z Tobą nasze rody.
W roku obrzędowym Mokosz pojawia się wielokrotnie, choć wiele rodzimowierczych gromad uważa, że w trakcie pory ciemnej – od jesiennych Plonów po wiosenne Jare Gody – bogini przebywa w domenie Welesa, pod ziemią, w zaświatach. Oznacza to, że ziemia wtedy nie jest płodna i pozostaje pozbawiona wilgoci. Mokosz powraca z Welesowego królestwa na wiosnę i jako matka-ziemia zostaje zapłodniona przez Peruna podczas pierwszej wiosennej burzy. Poza rodzimowierczym środowiskiem pojawiają też dziś jeszcze inne ujęcia Mokoszy, jak próba wpasowania jej w ramy triady bogiń na wzór wiccańskiej Potrójnej Bogini – gdzie Dziewanna reprezentuje pannę/dziewczynę, Mokosz matkę, Marzanna zaś staruchę.
Historycznie, we współczesnej praktyce rodzimowierczej, a także w kulturze popularnej: Mokosz ujawnia się w nich na różne sposoby. Gdy piszę te słowa, dla utrzymania odpowiedniej atmosfery towarzyszy mi świeca „Mokosz”, niosąca słodki aromat lipy i rumianku. Mokosz „matronuje” dziś także innym produktom, jak choćby kosmetykom, co opiera się na skojarzeniu z kobiecością, naturą, ziołami. Natomiast na karty literatury pięknej wkroczyła już wcześniej, choćby ingerując w życiowe wybory niejakiej Gosławy Brzózki, szeptuchy-in-spe. Autorzy i Autorki opowiadań z niniejszego tomu łączą mityczną przeszłość Mokoszy z jej teraźniejszością i przyszłością (w tym ostatnim przypadku – wręcz apokaliptyczną!). Sięgają po alternatywne ujęcia wydarzeń znanych nam z historii, zagłębiają się w dynamikę aktywizmu klimatycznego, przywołują postaci, które polubiliśmy we wcześniejszych powieściach czy mitycznych historiach. Czasem Mokosz osobiście pojawia się w opowiadanej historii, czasem jest tylko odległym bóstwem, do którego modlitwy wznoszą bohaterowie (a częściej: bohaterki) opowiadań. Oblicza Mokoszy w niniejszym niezwykłym zbiorze opowiadań odpowiadają naszej – wciąż niepełnej, niestety – wiedzy na temat tej bogini w Słowiańszczyźnie. Jawi się jako Bogini-Matka-Ziemia, bogini wilgotnej płodnej ziemi, opiekunka kobiet, która w swojej domenie sprawuje pieczę nad naturą, ale i nad tkackim rzemiosłem. Niech wszystkie twarze bogini na stronach tej książki przyniosą Czytelnikom i Czytelniczkom inspirujące odpowiedzi na pytanie: kim jest Mokosz?
Joanna Malita-Król, kulturoznawczyni i religioznawczyni z Instytutu Religioznawstwa UJ, autorka m.in. książki W rytualnym kręgu. Opowieść o współczesnych poganach w Polsce
fot. Bratki Studio
Pisarka, dziennikarka i literaturoznawczyni, doktor nauk humanistycznych. Autorka trylogii Gołoborze oraz współautorka dylogii Historie z Etherton. Laureatka Nagrody Specjalnej w konkursie Fantastycznie Utalentowani za „fantastycznie słowiańską fantastykę” oraz plebiscytu SLAVNI za najlepszy słowiański audiobook. Autorka książek i artykułów popularnonaukowych i monografii naukowych, promotorka kultury słowiańskiej.
Na Uniwersytecie Łódzkim prowadzi badania nad XIX-wieczną fascynacją Słowiańszczyzną oraz zaraża studentów miłością do literatury tego okresu. Po pracy tworzy opowieści inspirowane dawnymi wierzeniami, mitologią i folklorem. W podcaście Retro Slavic Fantasy dzieli się ciekawostkami na temat kultury słowiańskiej i folkloru.
Jeżeli nocną przybliżysz się dobą
I zwrócisz ku wodom lice:
Gwiazdy nad tobą i gwiazdy pod tobą
I dwa obaczysz księżyce.
Adam Mickiewicz, Świteź
Matki Boskiej Roztwornej
966 rok
Młoda kapłanka biegła co sił w nogach. Pędziła, po drodze.mijając gęsto zabudowane ulice Kruszwicy, gdzie drewniane chaty kuliły się do siebie bliziutko niczym dzieciaki zbite w gromadkę. Wiosenne roztopy spływały w dół drogi, która miejscami – tam, gdzie formowały się najgłębsze kałuże – wyłożona była drewnianymi kładkami i chrustem. Wiączka nie zważała na fakt, że niekiedy jej stopy nie trafiają na kładkę i wpadają wprost w lodowate błoto. Białą sukienkę też miała już do połowy ubrudzoną. Skręciła teraz w lewo, zostawiła za plecami główne zabudowania książęcego grodu i doszła na peryferia z ubogimi, rozpadającymi się chałupami rybaków i wyrobników. Wreszcie minęła wał, który okalał całe miasto, broniąc go przed najazdami obcych – i dostała się nad brzeg jeziora Gopło, gdzie dostrzegła cel szaleńczego biegu. Właśnie tutaj, na największej wyspie zwanej Potrzymionkiem, znajdował się chram Bogini Mokoszy. I to nie byle jaki, a najstarszy i największy na ziemiach Goplan, Polan i Mazowszan. Wiączka zatrzymała się, by złapać tchu. Zgięła się wpół i oparła dłonie o kolana, starając się w kilku dużych haustach uzupełnić zapas brakującego w płucach powietrza. Stąd zauważyły ją pozostałe kapłanki: niektóre wracały właśnie z lasu z zapasem świeżej oskoły, którą od kilku dni można już było zbierać z brzóz, inne niosły kosze wypełnione rybami z jeziora, otrzymane w darze od okolicznych mieszkańców jako zapłata za pomoc w leczeniu lub odebraniu porodu. Jedna ze starszych kapłanek, sucha, wysoka Sięgniewa o wąskich ustach i siwiejących, ciemnych włosach, podeszła do Wiączki i złapała ją mocno za przedramię, krzycząc przy tym:
– Skąd tak pędzisz, dziewczyno? Miałaś dzisiaj pomagać Domasławie przy zwierzętach! Jak się Mateczka Bogumiła dowie, żeś znowu gdzie pociekła, każe złoić skórę!
– O, kochana pani Sięgniewo, wybacz, ja właśnie do niej biegnę – wydyszała Wiączka. – Byłam w Kruszwicy… Słyszałam straszne wieści… Podsłuchałam! Muszę przekazać! – Wyrwała się i już pomknęła dalej, nie oglądając się za siebie.
Aby dostać się do chramu, trzeba było wsiąść do wąskiej, dębowej dłubanki (których kilka zawsze kołysało się przy drewnianym pomoście), złapać za wiosło i popłynąć przez spokojne, turkusowe wody jeziora, nad którymi unosiły się mgły. Gdy Wiączka dobiegła do Gopła, nie zwolniła, tylko pognała wzdłuż brzegu, mijając kolejne kapłanki stojące na wąskiej plaży. Jezioro zdawało jej się ogromne, potężne i święte. Od niepamiętnych czasów dostarczało pożywienia tym, którzy pobudowali liczne osady rozsiane wokół jego rozległych wód. Ale bywało też niebezpieczne. Odbierało życie. Pływające w nim stwory kusiły i mamiły wędrowców. Na szczęście obecność kobiet oddanych w służbę Bogini przyczyniała się do utrzymania kruchej równowagi.
Wiączka wpadła na pomost, zręcznie rozsupłała węzeł jednej z łodzi i wpakowała się do środka, łapiąc za wiosło. Drewniana dłubanka oddalała się od brzegu, mknąc przez spokojne, rozległe wody, nad którymi unosiła się półprzezroczysta mgiełka. Po pewnym czasie dziewczyna zbliżyła się do wyspy, która zawsze zdawała się magicznie wyłaniać spod powierzchni. W centralnym miejscu, otoczony prastarymi, rozłożystymi wierzbami i olszami o czarnych pniach, stał chram kapłanek Bogini Mokoszy, w którym Wiączka żyła od kilku wiosen, oddana przez rodzinę ze względu na „widzenia”. W niektórych miejscach po jeziorze pływała jeszcze kra, ale szybko topniała, bo Matka Ziemia otwierała powoli swe podwoje, ogrzewana i zachęcana wiosennym słońcem, jak kuszona przez wybranka młoda dziewczyna. Wiączka mijała wyrastające tu i tam trzciny i pałki wodne, po kilku miesiącach zimy zeschłe i pożółkłe, połamane, wątłe, czasem jeszcze przyprószone resztkami śniegu. Uważała, by łódź nie utknęła w szuwarach. Wreszcie dobiła do brzegu, gdzie krzątało się kilkanaście kapłanek. Oderwane od swoich zajęć, rzucały jej spojrzenia – niektóre pełne zainteresowania i sympatii, inne wyrażające dezaprobatę, a nawet oburzenie. Coś do niej krzyczały, pytały, lecz zignorowała je. Wdrapała się po usypanym wzniesieniu, aż dopadła do wielkich, bogato zdobionych, teraz szeroko rozwartych drzwi chramu. Wewnątrz nieustannie panowały półmrok i cisza. Dziewczyna prędko minęła sień, w której zawsze stały beczki wypełnione zbożem i dzbany miodu, wzdłuż belek suszyły się pachnące zioła i przewieszone były rozmaite amulety, skóry, rogi i pazury. W nozdrza uderzył ją zapach dymu – pośrodku płonął wieczny ogień, a tuż za nim znajdowała się drewniana rzeźba Bogini.
Była pewna, że spotka tu Mateczkę Bogumiłę – i nie myliła się. Stara kapłanka klęczała na klepisku, wpatrzona w ogień. Nie odwróciła się do Wiączki. W świetle płomieni padających z ogniska jej twarz wyglądała niepokojąco, przypominała kamienny posąg o złowieszczym spojrzeniu. Dziewczyna straciła cały animusz. Nagle to, że tak tutaj pędziła, wydawało jej się wyjątkowo głupie i szczeniackie. Ale przecież musiała powiedzieć Mateczce, czego się dowiedziała…
– Mateczko – zaczęła.
– Sława Mokoszy – przerwała jej kapłanka.
– Sława Mokoszy – poprawiła się Wiączka. Zapomniała, że witają się tutaj pozdrowieniem Bogini, po którym dopiero mogą przejść do innych spraw. – Mateczko, byłam w Kruszwicy. Przynoszę straszne wieści! Mieszko, władca zjednoczonych plemion, zdradził Starych Bogów. Uległ tej żmii, Dobrawce, i zgodził się na krzest!
Bogumiła wreszcie na nią spojrzała, lecz Wiączka nie potrafiła zinterpretować tego wzroku. Stara wciąż była dla niej nierozwiązaną tajemnicą. Mądrą, rozważną jak nikt inny, inspirującą, pobudzającą do działania, do myślenia – tak. Mistrzynią. Ale przyjaciółką? Chyba za bardzo trzymała wszystkie uczennice na dystans, by mogły w ten sposób ją postrzegać.
– Dlaczego byłaś w Kruszwicy, dziecko? – spytała Bogumiła. Podała Wiączce woreczek z ziołami, które należało wsypać do ognia jako żertwę. Zapachniało trochę słodko, trochę ciężko i gryząco.
– Rano usłyszałam, jak rybacy mówią, że wojowie z książęcej drużyny zbierają się na naradę, że przybędą Leszek, Bolesław, Racimir… – ucięła.
– Taaak? – spytała przeciągle Bogumiła.
– No, tom pomyślała, że pójdę podsłuchać.
– I zamiast do swoich obowiązków, udałaś się do grodu. – Mistrzyni kapłanek pokiwała głową. – Oj, Wiączka, Wiączka, Mateczka Mokosz wlała za dużo ciekawości w twoje lędźwie, ale cóż, nie winię cię, wszyscy jesteśmy tacy, jakich nas Bogowie ulepili.
– Przycupnęłam sobie na skraju placu wiecowego i słuchałam. Oj, straszne oni rzeczy mówili! Pierwsze, że w tym roku po Jarych Godach mają do Gniezna przybyć goście od Czechów, od Niemców i może nawet z samego Rzymu! Drugie, że się Mieszko będzie wtedy chrzcił ze swoim orszakiem i wszystkimi książętami z drużyny, z ich rodzinami, z całym dworem! – Wiączka czuła, że z oburzenia coraz bardziej podnosi głos. Już prawie piszczała. – A trzecie, że potem wszyscy, wszyściutcy w kraju mają to samo zrobić, że będą chramy Starych Bogów niszczone, kąciny, kupiszcza, święte gaje! Że… – Urwała i rozpłakała się. Przez łzy spoglądała na rozmazany posąg Bogini, która zdawała się stać cicha, niezmienna, niewzruszona, wieczna.
– Tak – powiedziała spokojnie Bogumiła. – Tak, spodziewałam się tego.
– Jak to? – Wiączka otworzyła szeroko oczy. – I co my mamy teraz zrobić? Przecie przed Kupalnocką miały przyjść dziewczynki na wtajemniczenie, mieliśmy wielkie święto odprawić, jak co roku… Możesz tak spokojnie tu siedzieć, Mateczko, kiedy już po pełni Chorsa tamte krystiańskie chwosty przyjdą i nas pozabijają, zniszczą chram? Wszystko może się zmienić, a my mamy po prostu po oskołę do lasku chodzić jak jakie ślepe dzieci?
– Dosyć – przerwała jej Bogumiła. – Nie krzycz na mnie, dziecko, bo nie godzi się podnosić głos na mistrzynię kapłanek. Nie zarzucaj mi też gnuśności i głupoty, wielce mnie tym drażnisz. Najlepiej idź teraz do kuchni i pomóż siostrom przygotować posiłek, skoroś opuściła wszystkie poranne obowiązki. A gniotąc ciasto na podpłomyki, pozbądź się całego gniewu, dziecko. Niech się powygniata razem z mąką i solą. Odejdź!
– Ale… – Wiączka nie chciała być odesłana do kuchni. Chciała wiedzieć, co będzie dalej z chramem, z jej przyjaciółkami i nauczycielkami, ze Starą Wiarą.
– Powiedziałam: odejdź – powtórzyła Bogumiła, a wcześniejsza łagodność w jej głosie zupełnie zniknęła, zastąpiona rozdrażnieniem i szorstkością, której Wiączka nie słyszała od czasu, gdy jako dziesięciolatka upiła trochę miodu przeznaczonego na żertwę w świętym ogniu.
***
Gdy Bogumiła została sama, powoli i ze stęknięciem podniosła się z klepiska, otrzepała szatę, rzuciła ostatnie spojrzenie na rzeźbę Mokoszy i skierowała się do tylnego, sekretnego wyjścia z chramu. Czasem z niego korzystała, gdy chciała uciec przed Sięgniewą i jej jazgotliwym utyskiwaniem na zachowanie młodych kapłanek. Było ukryte za białym płótnem, na którym ręcznie wymalowano czerwone symbole Bogini. Należało obejść rzeźbę dookoła, zostawić główną salę za plecami, odchylić kotarę i nacisnąć ukrytą w drewnianych deskach wypukłość, którą dało się wyczuć pod palcami gdzieś na wysokości serca. Teraz drzwi lekko się uchyliły, a Bogumiła wyszła z chramu i znalazla się wprost w świętym gaju, który rozpościerał się na wyspie za budynkiem świątyni. Dopiero od niedawna w powietrzu rozchodziły się pierwsze tchnienia wiosny, więc drzewa, pokryte maleńkimi pączkami, nie zdążyły jeszcze wypuścić świeżych listków. „Nowe kapłanki są jak te pączki – pomyślała Bogumiła. – A w tym roku mogą nie zdążyć rozkwitnąć…”
Westchnęła i udała się pod lipę – najstarszą, ogromną, o rozłożystych gałęziach. Drzewo jeszcze nie roztaczało tego wspaniałego, słodkiego zapachu, towarzyszącego im latem podczas wieczornych modlitw do Bogini. Do Mokoszy. Tej, która była wodą i ziemią, matką wszystkiego, co żyje – i Tą, która ostatecznie przynosi śmierć i staje się grobem dla wszystkiego, co żyło. A potem pozwala się odrodzić. Bo na tym świecie rzeczy następują po sobie cyklicznie, czas nie biegnie linearnie, tylko po okręgu, tak jak wiosną życie powraca po zimowym mrozie…
Nagle Bogumiła chwyciła się tej myśli.
„A potem pozwala się odrodzić…”
Może więc Bogini nie da im zginąć? Sprawi, że Jej kult przetrwa, że one przetrwają – Jej kapłanki, wyznawczynie, akuszerki, zielarki, znachorki? Czy mogłaby tak po prostu pozwolić, by spalono chram, by wszelka pamięć o Niej zaginęła?
Bogumiła uśmiechnęła się. Jak zwykle przebywanie w świętym gaju pomogło, oparcie się czołem o świętą lipkę pomogło, natura ukołysała jej lęki, uspokoiła, jak matka uspokaja płaczące w kołysce dziecko, pozwoliła wyrównać oddech, rozluźnić ucisk w klatce piersiowej. Teraz Bogumiła już wiedziała, co powie swoim podopiecznym, w jaki sposób je pocieszy. Skłoniła głowę przed drzewem i ruszyła dróżką prowadzącą ze świętego gaju do Domu Kapłanek. Była to w rzeczywistości duża chata o dachu krytym strzechą, gdzie sypiały, przebierały się i trzymały kilka osobistych przedmiotów, które każda z nich posiadała. Większa część ich życia toczyła się w chramie, gaju, lesie lub chatach okolicznych mieszkańców, którym pomagały. Służba Mokoszy nie polegała bowiem tylko na czczej modlitwie, ale przede wszystkim na aktywnym współuczestnictwie w życiu społeczności, na pomocy kobietom. Były ich opiekunkami, reprezentując Boginię, która jest dobrodziejką wszystkich kobiet i dzieci. Bogumiła przekazywała młodym wiedzę o ziołach, które w połowie sirzpnia1 zbierane były w bukiety i święcone pod posągiem Mokoszy, o przebiegu ciąży i porodzie, o opiece nad niemowlętami i leczeniu dziecięcych chorób, o wszelkich darach ziemi, pochodzących od Bogini i stworzonych po to, by pomagać ludziom. O opiece nad zwierzętami, które kapłanki same tu hodowały, o tym, jak pomóc urodzić owcom i krowom. O przędzeniu, ponieważ ich bogini była panią wrzeciona i kądzieli, na których tka ludzkie losy. Tak. Wiedza o tym wszystkim przetrwa, w taki czy inny sposób. Nie może zaginąć. Od zarania dziejów to było zadanie Jej kapłanek – i będzie nim nadal, niezależnie od tego, czy jakieś tam durne książęce głowy dadzą się ochrzcić, czy nie. Zresztą… co mężczyźni mogli wiedzieć o tych sprawach, co z nich rozumieć?
Bogumiła stanęła przed Domem Kapłanek i złapała za zawieszony u wejścia sznur od dzwonów, po czym rozkołysała je z całej siły. Czysty, donośny dźwięk rozszedł się po wysepce i zapewne dotarł nawet do przeciwległych brzegów Gopła, wokół których krzątały się dziewczęta, wykonując swoje codzienne obowiązki.
– Do mnie, rychło! – zakrzyknęła mistrzyni i znów zaczęła dzwonić. – Na naradę przed obiadem!
Wkrótce zaczęły przybywać ze wszystkich stron. Łącznie mieszkało ich tu, na wyspie, około czterdziestu. Tak było dobrze, idealnie. Uczono ją, że czterdzieści to boska liczba, to „doskonała modlitwa”. Tyle bowiem palców mają łącznie kobieta i mężczyzna spleceni w rytuale hierogamii, w świętym akcie Jedności, która tworzy nowe życie. Patrzyła teraz uśmiechnięta na wszystkie siostry, które nadchodziły. Najmłodsze, jak Wiączka, miały po kilkanaście lat. Najstarsze – dostojne matrony, nestorki, sławne kapłanki, onegdaj doradczynie władców – przewyższały wiekiem nawet ją. Pracowały do ostatniej chwili, do ostatniego tchu, póki pozwalały im na to ciało i umysł. Wiedziały, że pracą i nauczaniem młodszych pełnią służbę dla Bogini. Bogumiła zastanawiała się z ciekawością, co one mają do powiedzenia na temat chrztu Miecisława.
Wreszcie wychowanki chramu Mokoszy zebrały się na polanie przed Domem Kapłanek. Popatrywały na mistrzynię z ukosa, szeptały coś między sobą w przejęciu. Na pewno wszystkie mówiły już o wieściach z Kruszwicy, nie było więc sensu odkładać tematu na później, zanim plotki urosną do monstrualnych rozmiarów i absurdalnych rozwiązań.
– Sława Mokoszy – zaczęła, a zebrane kapłanki ucichły. Gdzieś na niebie słychać było krzyki powracających wiosną ptaków. To też dodało Bogumile otuchy. Krąg życia. Ziemia otwiera się, by znów rodzić, jak kobieta, która ochoczo rozkłada mokre uda przed młodym, jurnym kochankiem. – Na pewno już wiecie, o czym tego ranka rozmawiano na wiecu w Kruszwicy. Wieści, które do nas docierają, niepokoją was.
– Bo też i nikt nas o nic nie pyta w tej sprawie! – zakrzyknęła jakaś dziewczyna.
– Lekceważą nas!
– Cicho! – Bogumiła podniosła głos, by zdusić w zarodku bojowy nastrój. – Ja i starszyzna od jakiegoś czasu wiedziałyśmy, że prędzej czy później do tego dojdzie.
Stojąca najbliżej Sięgniewa przytaknęła, ale chwilę później się rozpłakała, a młodsze dziewczęta natychmiast poszły w jej ślady.
– Co z nami będzie, mistrzyni?
– Podobno nowowiercy hańbią kapłanki Bogini, gwałcą, zabijają, biorą do niewoli!
– Ludzie gadają, że katolicy obcinają pogankom włosy i przypalają piersi! O, Mokosz, Mokosz, ratuj nas!
– Dzieci! Wysłuchajcie mnie! – Bogumiła wzniosła ręce w górę, starając się opanować potężniejącą panikę, podsycaną przez wykrzykiwane tu i tam słowa, szlochy, jęki, fragmenty modlitw. – Przede wszystkim musicie zrozumieć, że Mieszko tak naprawdę wcale nie wierzy w tego nowego boga.
Znów udało jej się wzbudzić ich ciekawość, na moment uciszyć.
– Nie wierzy? To po co się krzci? – spytała Wiączka, ta młoda, niesforna, która podsłuchała naradę Leszka, Racimira i innych wojów.
– Przez tę żmiję, Dubrawkę Przemyślidkę! – zakrzyknęła stojąca obok Czębira, krępa, swarliwa dziewczyna o cienkich włosach i śladach po ospie na policzkach.
Bogumiła westchnęła głośno. Chyba naprawdę się starzeje, skoro nie potrafi już utrzymać ich w ryzach jak onegdaj. A może po prostu nigdy wcześniej nie działo się coś tak niezwykłego i strasznego? Na pomoc przyszła jej stara Modliboga, która powoli weszła do kręgu, podpierając się przy tym pokrzywioną jak ona sama laską.
– Dziewuszki – zaczęła głosem cichym, ale wyraźnym, klarownym, w którym słychać było jeszcze wewnętrzną moc i silną wolę. – Dubrawka może i próbowała Mieszka od dnia ich ślubu nawracać2, ale to nie jej ostatecznie posłuchał nasz książę. Ani nawet nie Jordana, tego wysłannika Rzymu, który tu niby przybył, by nawracać duszyczki, jak to oni mawiają, a w istocie szpiegować dla swojego papieża… Mieszko posłuchał własnej ambicji. Chce, by możni panowie z zagranicy traktowali go jak równego, zresztą… gdyby sam się na to nie zgodził, przybyliby do nas woje niemieccy i czescy, by siłą nawracać. Uprzedził ich atak. Tak to sprytnie rozegrał. Może to i dobrze, że do tego dojdzie, jeśli tylko… – Urwała, położyła obie dłonie na lasce, uniosła drżącą brodę i popatrzyła na Bogumiłę.
– Jeśli co? – pytały zatrwożone kapłanki. – Jeśli co, babuniu Modlibogo?
– …jeśli Mieszko i jego następcy nie będą nas wszystkich zmuszać do krztu – dokończyła za nią Bogumiła. – A na nas, kapłankach Starych Bogów, dokonywać egzekucji ku przestrodze dla niechętnego do współpracy ludu.
Po polanie przetoczyły się jęki i westchnienia. Dziewczyny drżały, kuliły się do siebie i ściskały mocno za ręce.
– Nie zamierzam was okłamywać – powiedziała Bogumiła. – Będzie nam ciężko. Nadchodzi wielka dziejowa zmiana, w czasie której przyjdzie nam pełnić swoją służbę. Życie, jakie znamy, bezpowrotnie odejdzie. – Dała im chwilę, by pomyślały nad jej słowami. – Ale zebrałam was tutaj nie po to, by nastraszyć, ale po to, by dać nadzieję. Bogini zesłała na mnie myśli o dobrym losie, który jeszcze może nas czekać… I przypomniała, że prawdziwym celem naszej służby nie są modlitwy o poranku i wieczorem, nie są nawet wielkie obrzędy i ogniska na Kupałę i Szczodre Gody, ale przekazywanie wiedzy o kobiecych misteriach.
Wszystkie umilkły. Od czasu do czasu słychać było siąkanie, z jakiegoś gardła wydobywał się pojedynczy szloch przypominający czkawkę, wreszcie nastała cisza.
– Zapytamy Boginię, co możemy zrobić, dziewuszki – zadecydowała spokojnym, pogodnym głosem stara Modliboga. To jej opanowanie zdawało się rozchodzić po całej polanie niczym niewidzialny, ale ciepły powiew wiosennego wiatru, który sprawia, że życiodajne soki znów krążą po nabierających zieloności roślinach. – Użyjemy wieszczych zdolności, które przekazała nam w darze. Te z nas, które posiadają Wzrok, ujrzą przyszłość w transie.
Do kręgu natychmiast wstąpiła Wiączka. Bogumiła uśmiechnęła się pod nosem, ponieważ zawsze bawiło ją, jak zmienny jest nastrój młodych dziewcząt. Od złości potrafiły w parę minut przejść do trwogi, by chwilę później wpaść z kolei w ferwor walki.
– Rodzice przysłali mnie do chramu, bo od małego mam widzenia – przyznała.
Do kręgu weszło jeszcze kilka innych kobiet w różnym wieku.
– Nas także przysłano z tego powodu – tłumaczyły.
Bogumiła pokiwała głową z uznaniem.
– Mamy brzezień3 i zbliża się Skrzypiąca Pełnia – oznajmiła. – Gdy nadejdzie, wybierzemy trzy spośród was, które będą reprezentować Prządki, Rodzanice. Wejdziecie do magicznego kręgu i zapytacie Boginię, co mamy robić. Jak sprawić, by wiedza o Jej misteriach przetrwała? Mokosz powie nam, czy z tej sytuacji jest jakieś wyjście.
***
Wiączka naciągnęła szarą chustkę na głowę, by nie rozpoznali jej mieszkańcy Kruszwicy. Pochodziła stąd i spędziła tutaj kilka pierwszych lat życia, których nie wspominała zbyt miło. Tak naprawdę dopiero w chramie Mokoszy rozwinęła skrzydła. Nie wyobrażała sobie powrotu do dawnego życia, ponownego babrania się w tym błocie ulicy, z którego wypełzła, towarzyszącej jej każdej nocy trwogi, czy zza grodowych zabudowań nie wyjdzie zaraz jakiś drab, który siłą dociśnie ją do twardej, chropowatej ściany.
Brnęła przez ulice, pogrążona w obmierzłych wspomnieniach z dzieciństwa, gdy nagle ktoś położył jej dłoń na ramieniu. Obróciła się szybko, odruchowo sięgając po kapłański sztylecik noszony u pasa. Odetchnęła z ulgą, gdy zobaczyła roześmianą twarz Bronka. Znajomość z nim była jedną z niewielu jasnych stron życia w Kruszwicy. Chłopak wziął ją w objęcia i pocałował w ucho.
– Wiąsia! Wiedziałem, że to ty, chociaż gębę zakrywasz jak jaki rozbójnik! – zakrzyknął wesoło. – To się ociec ucieszy!
– Cichaj! Mnie tu nawet nie wolno przebywać! Ukrywam się, bom przyszła podsłuchiwać. – Wiączka wywróciła oczami. – Oćca swego pozdrów, błogosławieństwo Bogini mu przekaż, ale nie wejdę dziś do waszej chaty.
Chłopak zasępił się.
– A, to pewno przez ten cały krzest? – zapytał, po czym bacznie rozejrzał się dookoła. – Mogę iść z tobą?
Wiączka westchnęła. Może ten jeden raz złamie zakaz Bogumiły dla starego przyjaciela z dzieciństwa.
– Iść na podsłuchy to nie wiem, ale właściwie mógłbyś mi opowiedzieć, jakie nastroje wśród ludzi…
Weszli do karczmy i usiedli pod ścianą przy brudnym, ciemnym od zaschniętych plam stole. W Kruszwicy, będącej stolicą nadgoplańskiego regionu, było wiele karczm. Wiączka wiedziała, że mieszka tutaj kilka tysięcy rzemieślników, że wielkością gród mógłby rywalizować z samym Gnieznem, które dopiero za rządów Mieszka zaczęło nabierać znaczenia. Wcześniej to stąd, z Kruszwicy, rządzono rozległymi ziemiami Goplan, to tutaj mieli swoją siedzibę grodowi książęta Popielidzi i możni panowie, to na ich wielki targ kupcy zza siedmiu mórz przywozili pachnące, niezwykłe towary, kolorowe tkaniny i przyprawy, jakich próżno byłoby szukać na rodzimych łąkach i w lasach. Jeszcze będąc niedorostkiem biegającym po zaułkach Kruszwicy, Wiączka znała rogowników, tokarzy, bednarzy, zdunów, kowali, a nawet złotników. Nad jeziorem swoje chaty mieli rybacy i myśliwi, a wokół grodziszcza rozciągały się rozległe, żyzne pola uprawne. Gdyby ten przeklęty Mieszko nie nabrał chętki na zjednoczenie wszystkich plemion i sięgnięcie po koronę, może chram wciąż byłby bezpieczny i życie w Kruszwicy toczyłoby się jak dawniej.
– Po domach gadają, że Leszek z Racimirem i Bolesławem poparli Mieszka, że przyobiecał im wielką sławę i bogactwo, jeśli dołączą do drużyny książęcej, którą sobie tworzy.
– Niechże zgadnę: warunkiem jest ochrzczenie się.
– Prawda – przyznał Bronek. – Ale to nie wszystko. Gadają, że zburzą wasz chram, a w Kruszwicy stanie świątynia tego boga z Rzymu, nazywana Kościełem Świętego Wita.
– Świętego Wita? Że jak Świętowita? Czyli będzie jednak dla naszych bogów! – ucieszyła się Wiączka.
– Dziwna to jest sprawa, moja miła – zasępił się Bronek i złapał za jej drobną dłoń, leżącą płasko na stole. Cofnęła ją wystraszona. Ostatni raz trzymali się za ręce, kiedy mieli po dziesięć lat i uciekali przed cięgami żony młynarza. – Bo podobno do naszego pana grodowego, Leszka, przybyli jacyś mnisi w czarnych szatach i tłumaczyli, że święty Wit to był żyjący dawno temu Włoch, który umarł w męczarniach za tę ich wiarę w Krystusa i Maryję. I że teraz on właśnie ma być opiekunem nowej świątyni, a nie nasz wielki Świętowit.
– A co z moim chramem? Co z kultem Bogini? – spytała cicho, czując, jak w gardle rośnie jej wielka gula, której nie sposób przełknąć.
– Nie wiem, Wiąsiu – odpowiedział Bronek. – Leszek dobry pan, chyba nie każe was pozabijać, toć jego własną żonę uleczyłyście trzy zimy temu. Zapomniałby?
Wzruszyła ramionami, a smutny wzrok utkwiony miała w podłodze. Zaciągnęła kaptur na głowę.
– Nie wiem. Wy, mężczyźni, robicie dziwne rzeczy z powodu ambicji.
Podniosła się, a Bronek nie próbował jej zatrzymać.
– Muszę już iść, przez rozmowę z tobą straciłam czas na podsłuchiwanie. Sięgniewa znowu będzie mnie łajać za spóźnienie…
– Przyjdź za parę dni, ja tu popytam, dowiem się. – Posłał jej uśmiech. – A jak będzie źle, Wiąsia… – Urwał i zrobił się czerwony, po czym dokończył głośno, z werwą: – A jak będzie źle, to ja cię wezmę na żenimę. Zrzucisz tę kapłańską kiecę i jakoś ocalisz głowę! Chcesz?
Wiączka chciała udawać oburzenie, ale zamiast tego się uśmiechnęła.
– Zobaczymy – odparła. – Kiepska byłaby ze mnie żenima. Chociaż Sięgniewa i Bogumiła wciąż powtarzają, że i kiepska ze mnie kapłanka… – Ucałowała go w policzek i wybiegła z karczmy.
***
Ciche, skupione, przyobleczone w białe szaty, wchodziły po kolei przez szeroko rozwarte wrota świątyni. Księżyc padał na zdobienia, misternie wyrzeźbione w jasnym lipowym drewnie, z którego wykonano potężne drzwi – srebrny blask lekko oświetlał płaskorzeźby Bogów, zwierząt i roślin, a wreszcie kołowrotu, wytyczającego wieczny obrót czasu. Bogumiła weszła jako ostatnia, kiedy już wpuściła do środka wszystkie kapłanki. Zamknęła za sobą drzwi, by odgrodzić święty krąg od zewnętrznego świata.
Ustawiły się wokół ogniska. Na północy stał idol Ich Pani, Ich Matki i Opiekunki. W płomieniach, które tańczyły w palenisku, Jej oblicze zdawało się zmieniać – raz było uśmiechnięte, raz złowrogo wykrzywione. Pachniało słodkimi ziołami rzuconymi w ogień, w zadymionym półmroku trudno było rozpoznać twarze współtowarzyszek. Na znak dany przez Bogumiłę złapały się za ręce i rozpoczęły taniec po okręgu, najpierw powolny, następnie coraz szybszy, coraz bardziej szaleńczy. Twarze, szaty i włosy wirowały, dym ze spalanych ziół nieomal zmienił się w trąbę powietrzną i wzniósł w górę, słychać było okrzyki, westchnienia, jęki ekstazy. Wreszcie – upadły na ziemię. Bogumiła czuła, jak kręci jej się w głowie. Obraz falował, świat wokół coraz bardziej tracił swoje realne kształty i właściwości, ciało zdawało się ociężałe, senne. Trzy z kapłanek wyszły na środek kręgu. A może to wcale nie były one? Nie, to musiały być Rodzanice, Trzy Zorze, Sudiczki… Najmłodsza, niemalże dziecko o piegowatej buzi i żółtych jak kłosy zbóż warkoczykach, odezwała się:
– Kręci się, kręci koło dziejów, boską wolą wprawione już w ruch… – Jej głos był delikatny i słodki jak wiosenny poranek, jak srebrny blask rosnącego księżyca, jak szczebiot młodej dziewczyny, nad której głową fruwają przylatujące na wiosnę ptaki.
Druga z Rodzanic, starsza, o okrągłym jak księżyc w pełni brzuchu, mówiła:
– Nie zatrzymacie go, moje dzieci, tam krew wasza wartkim strumieniem Gopło zaczerwieni… Proścież Peruna o boski grom, nim was dosięgną obce miecze, chram zniknie pod wodą jeziora, a was zamieni w kwiaty. – Jej głos był jak rozszalała na oceanie burza, jak jęk rodzących samic, jak trzask drzew w gęstym, tysiącletnim borze.
– Albo wybierzcie drogę mądrości – dodała trzecia, stara i pokurczona, o twarzy zakrytej płynną ciemnością, tajemniczej i strasznej. – I ucieknijcie spod ostrza topora. Ukorzcie się przed waszymi oprawcami w udawanej uległości, klęknijcie przed nimi i proście o azyl u tych, które nadal skrycie mnie wyznają, które dbają o to, by mój kult przetrwał pod inną postacią, wybierzcie drogę sprytu, moje dzieci… – szeptała ochryple, a jej głos był świstem wiatru między kurhanami, gdzie kości umarłych praojców rozsypują się już w proch, był krakaniem rozszarpujących padlinę wron, był zgrzytaniem zębów Kostuchy.
Wzniesione przez ich wirujący taniec tumany kurzu opadły, powietrze rozrzedziło się, a Bogumile zaczęła wracać jasność umysłu. Rodzanice zniknęły i w kręgu znów stały tylko trzy znajome kapłanki, które wzdychały wyczerpane, słaniając się na nogach. Sięgniewa wpadła na środek i w ostatniej chwili złapała najstarszą z wieszczek, zanim ta osunęła się na klepisko.
– Posilmy się – zarządziła głośno Bogumiła. – Teraz trzeba podjąć decyzję.
***
W świętym gaju wrzało jak w wiosennym ulu. Wiączka patrzyła ze zdumieniem, jak prawie wszystkie z czterdziestu mieszkających na wyspie kapłanek trajkoczą jedna przez drugą. Spożywały porytualny kołacz z miodem wprost na ziemi, usiadłszy pod brzozami, lipami i jabłoniami zasadzonymi tu dziesiątki, a może setki lat temu. Dziewczyna żuła skórkę od chleba i słuchała, jak jej siostry zażarcie dyskutują, nawet się kłócą. Słowa Rodzanic wywołały wielkie oburzenie, a jednocześnie były kością niezgody. Oblane srebrnym blaskiem księżyca, kapłanki Mokoszy co rusz roztrząsały wszystkie możliwości i decyzje, jakie powinny podjąć wobec nadchodzącej dziejowej zawieruchy.
Wciąż było chłodno. Wiączka czuła lodowate, nocne podmuchy od strony jeziora, w którego wodach odbijał się drugi księżyc. Patrzyła na niego przez chwilę – nagle zafalował, a spod czarnej tafli na moment wynurzyła się blada, zielonkawa dłoń… Wiączka mrugnęła i zmrużyła oczy, by się przyjrzeć, ale zjawisko zniknęło i nie powtórzyło się więcej. „Rusałki?” – pomyślała. Nie było jednak czasu skupić się na tym, gdyż wokół wciąż szalała kłótnia.
– Matka ma rację! Nie możemy się Jej wyprzeć, nie możemy opuścić chramu! Pełnimy swoją wartę i zostaniemy tu do śmierci. Prośmy Peruna, by pochłonęły nas wody Gopła! – krzyczała Sięgniewa. – Kapłanka na zawsze pozostanie kapłanką!
– Starucha rzekła prawdę, moje duszki – przerwała jej Modliboga. – Mogłybyśmy udać się do Niemców, do żeńskiego klasztoru w Gandersheim. Przeczekać tam, a potem powrócić na polskie ziemie i tu założyć klasztor dla tej ich Maryi, udawać mniszki… Misteria przetrwałyby w ukryciu…
– W ukryciu? Wolę zginąć, niż ukorzyć się przed niemiecką przeoryszą! Tfu! Mamy udawać, zakładać maski, czynić błazeństwa? Naszą Panią jest Mokosz, nie ich Maryja! Będziemy walczyć o nasz kult do końca! Sprawa nie jest jeszcze przegrana! Będziemy szukać sprzymierzeńców na wschodzie, gdzie nie dotarła chrześcijańska zaraza!
– Tak jest, dobrze! Sława Mokoszy! Precz z krystiańskimi chwostami!
– Nie! Musimy się ukorzyć, musimy udawać, żeby przetrwać!
– Przeczekać, przyczaić się, przywrócić prawdziwą wiarę, gdy nadejdzie dobry moment!
– Bzdura, walczyć!
– O, Perunie Gromowładny, niechże nas pochłoną wody jeziora!
Wiączka zamknęła oczy i schowała twarz w dłoniach. Bolała ją głowa. To był intensywny wieczór. Nie miała pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Chciała być jednocześnie po jednej i po drugiej stronie. Albo po żadnej – chciała uciec z Bronkiem. Albo nie, chciała, żeby wszystko było tak jak dotychczas i nic się nie zmieniało, i żeby Mieszko nie przyjmował żadnego chrztu. Chciała przez chwilę zniknąć, żeby przestać roztrząsać to wszystko w głowie. Czuła, że zaraz pęknie, eksploduje, że nadmiar myśli i emocji rozleje się przez jej oczy, uszy, usta i obie dziurki w nosie. Jak ciasto, które rośnie i rośnie w środku głowy.
– Wiączka – usłyszała i popatrzyła przed siebie. Stała tam Bogumiła. – Chodź, przejdziemy się nad jezioro.
Reszta rozemocjonowanych kapłanek nawet nie zauważyła, że we dwie wyszły spomiędzy drzew i zaczęły powoli schodzić po stromej, błotnistej skarpie. Wreszcie trafiły na maleńką plażę, nieledwie skrawek piaszczystego, półokrągłego lądu wysuniętego poza linię świeżych traw. Wokół nich chlupotała woda. Delikatne fale niemal podmywały im stopy. Było tu jeszcze chłodniej, więc Wiączka z wdzięcznością przyjęła jeden z płaszczy, które przyniosła w rękach Bogumiła.
– Co teraz będzie? – spytała dziewczyna.
– Nie wiem.
Przez chwilę milczały. Nad czarnymi wodami Gopła świeciły miliardy odległych gwiazd. Gdzieś tam, w koronie Świętego Drzewa, oczekiwał na nie Wyraj. Czy bogowie przyglądali się światu i chcieli interweniować?
Nagle w wodzie rozległ się upiorny kobiecy chichot i dało się słyszeć plusk dobiegający ze środka jeziora.
– Co to? – spytała Wiączka, wystraszona. Cofnęła stopy, obawiając się, że rusałki wciągną ją w czarną toń, o tej porze roku robiły się wszak najbardziej swawolne, a ich szaleństwa i błazenady każdej wiosny zbierały krwawe żniwa.
– Nie słuchaj ich. Będą cię mamić. Mieszkają w Gople od zawsze.
Bądź naszą Królową – usłyszała Wiączka w głowie. Wzdrygnęła się, zaskoczona.
– Co? – zapytała głośno i popatrzyła na Bogumiłę, ale mistrzyni wpatrywała się milcząco w gwiazdy.
Potrzebujemy Królowej. Stań się narzędziem zemsty na tych, którzy chcą zniszczyć twój ukochany chram.
Chichot, pluskanie, westchnienia. Nawoływania – intymne, zmysłowe, zupełnie jak wezwanie kochanki. Wiączka ostrożnie postąpiła krok w stronę wody. Brzmiały tak słodko, tak nęcąco…
– Stój! – Bogumiła złapała ją w pasie, a zaskoczona dziewczyna spostrzegła, że stoi po kolana w wodzie. – Mówiłam, nie słuchaj ich! Wracajmy do Domu Kapłanek, musisz się przebrać i ogrzać.
***
Nadszedł łżykwiat4 i w połowie księżycowego cyklu mówiło się w Kruszwicy o tym, że do Gniezna przybyli zagraniczni goście na zaproszenie księcia Miecisława, jego nowej żony, Dubrawki, oraz jej doradcy i spowiednika, Włocha Jordana5. Na gnieźnieńskim dworze przebywał także Leszek, pan Kruszwicy i władca Goplan. Wszyscy w grodzie wiedzieli, że zostanie on ochrzczony wraz z najściślejszym gronem książęcych wojów i możnych, że sakramentu dostąpi także jego żenima, synowie oraz dwie córki. Mówiło się o tym, że książę, w porozumieniu ze swą radą oraz za namową Jordana, wydał rozkaz rychłego spalenia świętych gajów, zniszczenia posągów Starych Bogów, a wreszcie egzekucji opowiadających się po stronie dawnej wiary kapłanów i kapłanek – jeśli nie zechcą uznać Nowego Boga za jedynego i prawdziwego, jeśli nie przyznają publicznie przed ludem, że dotychczas karmili go grzesznymi łgarstwami, szatańskimi zmyśleniami, oszukiwali go i mamili, twierdząc, że istnieją inni Bogowie ponad Świętą Trójcę.
Nastrój w chramie zmienił się nie do poznania. Kapłanki stały się milczące i trwożliwe, raz po raz od nowa wybuchały kłótnie, gdyż buzujące w nich emocje musiały znaleźć ujście. Część mieszkańców Kruszwicy i okolicznych siół wciąż składała im w darze ryby, sery i mąkę, inni przestali wzywać je do pomocy przy porodzie, do leczenia chorych, bojąc się kar ze strony książęcych wojów. Tak naprawdę nic się jeszcze nie wydarzyło, a jednak zmieniło się wszystko. Bogumiła czekała zasępiona. Było tak, jakby świat nabrał oddechu i spiął wszystkie mięśnie tuż przed skokiem na głęboką wodę. A skoro już o wodzie mowa – nawet Gopło zdawało się poruszone. Mgły gęstniały, a rzęsiste ulewy, nieustające przez cały marzec, zasiliły jezioro, które wystąpiło z brzegów, zalewając pola. Drewniany podest i łodzie zniknęły na jakiś czas pod powierzchnią. Dziewczęta bały się, że cały Potrzymionek zostanie zalany. Bogumiła służyła w chramie przez dziesiątki lat, ale nigdy jeszcze nie przeżyła takiej burzliwej wiosny. Rozszalały się nawałnice, pioruny co rusz uderzały w jakieś okoliczne dęby, jakby sam Perun chciał przestrzec ich przed nadchodzącymi wypadkami. To znaczy – jedni gadali, że to Gromowładny Stary Bóg, a inni, że to tamten, Nowy, pokazuje swoją potęgę.
Pewnego popołudnia, kiedy poziom wód wreszcie nieco opadł, do chramu przybył łodzią posłaniec z kąciny pod Poznaniem. Miał zniszczony, poparzony płaszcz, czarną od sadzy twarz, rozwichrzone włosy i szaleństwo w oczach.
– Dokonało się! – krzyczał, szarpiąc Bogumiłę za ramiona. – Miecisław ochrzczony wraz z całym dworem! Wsadzili mu ten zakuty łeb w jakąś misę z wodą… Wkrótce rozpocznie się budowa kościołów na Ostrowie, w Gnieźnie, w Wiślicy i u was, w Kruszwicy. Płoną już pierwsze święte gaje… Widziałem, Mateczko! Widziałem… Niechże na nich spadnie przekleństwo Swaroga, niech nigdy już nie obaczą promieni słońca! Wyrzynają nas, kapłanów, do których wcześniej chodzili po wróżby, po rady! – Upadł na kolana i doczołgał się do posągu Mokoszy.
Bogumiła patrzyła rozeźlona, jak jej dziewczęta znów poddają się trwodze i przerażeniu, jak zaczynają biegać tam i z powrotem niczym kurczaki pozbawione głów.
– Uciekajcie, dobre mateczki! Uciekajcie, jeśli wam życie miłe! – krzyczał kapłan.
– Przeżył szok – zawyrokowała Modliboga. – Czębira, skocz szybko po napar z chmielu, ruty i rumianku, zanim nam tu wszystkie powpadają w szał – zarządziła.
Młoda, tęga kapłanka natychmiast pobiegła do kuchni, gdzie trzymały rozmaite ziołowe specyfiki. Po dłuższej chwili, wypełnionej pojękiwaniem i szlochaniem poznańskiego posłańca, wróciła z parującym naparem. Podeszła ostrożnie do mężczyzny, który teraz obiema rękami obejmował posąg Mokoszy, i podała mu zioła. Przyjął je z wdzięcznością. Pijąc, stopniowo się uspokajał. Kiedy zasnął, przesunęły go pod ścianę świątyni.
– Nie ma sensu dłużej zwlekać – powiedziała głośno stara Modliboga. – Zaczęło się. Stało się to, czego się obawiałam. Mieszko i jego drużyna zapomnieli już, ile są nam winni. Ile są winni Starym Bogom. Musimy podążyć za radą mądrej Staruchy i ukryć się między mniszkami z Gandersheim. Pakujcie się, drogie dziewczęta. Zetnijcie warkocze i spalcie je w świętym ogniu, a potem przyobleczcie głowy w skromne chusty, jak robią wyznawczynie Marii z Nazaretu. – Spojrzała przy tym na Bogumiłę. – Czy poprzesz moje słowa, mistrzyni? – zapytała.
Wstrzymały oddechy, przypatrując się jej z uwagą. Ciszę panującą w świątyni przerywało tylko delikatne chrapanie uśpionego mężczyzny. Bogumiła zerknęła na spokojną, łagodną twarz Bogini wyciosaną w lipowym drewnie. „Przecież sama modliłam się o jakieś rozwiązanie. Chciałam, by misteria przetrwały”, pomyślała.
– Tak – odezwała się. – Tej nocy ostatni raz odprawimy święty rytuał w naszym gaju. A potem spakujemy suknie w tobołki i poczekamy, aż przybędzie wojsko Mieszka. Gdy tu dotrą, będę wiedziała, co im powiedzieć.
***
Wiączka przytuliła się do Bronka. Siedzieli we dwoje nad brzegiem jeziora, wpatrzeni w widoczną w oddali świątynię Mokoszy.
– Być może widzę ją ostatni raz – zachlipała. – Tyle lat była moim domem.
Pogładził ją czule po włosach.
– Zbudujemy sobie nowy dom – rzucił. – Przykro mi, Wiąsiu… Nie chciałem, by to się tak skończyło.
– Trochę chciałeś – odparła z przekąsem. – Podkochujesz się we mnie od dzieciaka.
– No wiesz! – Oburzył się i puścił ją. Usiadł naprzeciwko, by popatrzeć jej prosto w oczy. – Ja też oddaję cześć Starym Bogom. Tak nauczyli mnie ociec i matula. Wszyscy w Kruszwicy szanowaliśmy wasz chram i jego kapłanki. Świat stanął na głowie. Wielu z nas sprzeciwia się temu, co uczynił Mieszko. Pańskie światowe gry to nie sprawa prostych ludzi, którzy w Mokoszy widzą matkę wszego stworzenia…
– Sprzeciwiają się, tak – przyznała Wiączka. – Ale czy staną w naszej obronie, gdy nadejdą wojska, by spalić chram? Czy raczej pochowają się w swoich domach i zaryglują drzwi, obawiając się ściągnąć na siebie karę Mieszka?
– Czy ich potępiasz, Wiąsiu? Boją się o swoje dzieci, nie chcą się wtrącać. Słyszałaś wieści z Poznania i Gniezna. Po całym kraju dzieją się straszne rzeczy, odkąd książę wprowadził nową wiarę.
Znów się w niego wtuliła. Kwitnące wokół owocowe drzewka roztaczały wspaniały, błogi zapach. Ale co z tego, skoro w powietrzu można było nieomal wyczuć swąd nadchodzącej pożogi. Szczególnie gdy posiadało się dar Wzroku, jak Wiączka.
Chodź do nas – usłyszała naraz od strony jeziora. Ponownie była pewna, że tylko ona słyszy ten subtelny, roznamiętniony szept. – Zostaw go, chodź… Zostań naszą królową.
„Nie mogę – odparła w myślach, puszczając Bronka i podnosząc się z trawy, by stanąć nad brzegiem jeziora i spojrzeć na swoje falujące w wodzie odbicie. – Odchodzę z Bronkiem. Wiele z nas zrzuci kapłańskie szaty i będzie służyć Mokoszy jako matki, rodząc dzieci, przędąc i prowadząc dom”.
Usłyszała śmiech. Najpierw pojedynczy, potem dobiegający jak gdyby z wielu gardeł. Szyderczy, ostry, w niczym nieprzypominający tego delikatnego, subtelnego nawoływania sprzed chwili.
Głupia Widząca! Spójrz w głąb swego serca. Spójrz w sny. Idą Rusalia. Wtedy oni przyjdą. Wtedy cię zabierzemy i założymy na głowę koronę z wodorostów.
Spod tafli powoli wyłoniła się trupio zielona twarz rusałki, dokładnie w miejscu, gdzie falowało odbicie Wiączki. Uśmiechnęła się, ukazując rząd ostrych ząbków. W jej rozczochranych włosach tkwiły czarne pijawki i szczeżuje. Wiączka cofnęła się przestraszona.
– Widziałeś ją? Widziałeś rusałkę? – Odwróciła się w stronę Bronka, a ten tylko wzruszył ramionami. – Nie chcę z nimi odejść! Chcę uciec z Kruszwicy i zbudować z tobą chatę – powiedziała, przerywając każde słowo pocałunkiem, ale coś w głębi duszy mówiło jej, że czeka ich zupełnie inny los.
***
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
1 Sirzpień – dawna nazwa sierpnia.
2 Istnieją dwie sprzeczne odpowiedzi na pytanie, czy ślub Mieszka I z czeską księżniczką Dobrawą nastąpił przed chrztem w 966 roku, czy po nim. W mojej historii przyjmuję wersję Thietmara z Merseburga, wedle której Mieszko pojął Dobrawę za żonę, a chrzest przyjął już po jej usilnych namowach. Alternatywną wersję przedstawia Gall Anonim, który podaje, że chrzest miał być warunkiem tego ślubu.
3 Brzezień – dawna nazwa marca.
4 Łżykwiat, łudzikwiat – dawna nazwa kwietnia.
5 Istnieje kilka hipotez dotyczących tego, gdzie odbył się chrzest Mieszka I. Ja przyjmuję tutaj wersję, że miało to miejsce w Gnieźnie, które następnie stało się pierwszą stolicą Polski. O pozostałych hipotezach można przeczytać m.in. w monografii Przemysława Ubrańczyka Mieszko Pierwszy Tajemniczy (Toruń 2012).
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
